summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/6000-8.txt
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to '6000-8.txt')
-rw-r--r--6000-8.txt13226
1 files changed, 13226 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-8.txt b/6000-8.txt
new file mode 100644
index 0000000..a5c838b
--- /dev/null
+++ b/6000-8.txt
@@ -0,0 +1,13226 @@
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000]
+Release Date: June, 2004
+First Posted: September 22, 2002
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: ISO-8859-1
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+"Ironia Pozorów"
+
+Maciej hr. Lubienski
+
+
+
+PROLOG
+
+
+Dnialo...
+
+Leniwo, sennie pierzchaly mgly przezrocze, tulace sie dotad w
+niemej pieszczocie do scian wielkiego grodu i wodnej, plynacej u
+stóp jego fali.
+
+Wreszcie - znikly...
+
+Na wzgórzu ukazalo sie miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
+gmachami i zzólkla zielenia ogrodów przejrzalo sie dumnie w
+nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotal
+równoczesnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego switu.
+
+Na poddaszach krytego cegla staromiejskiego domku nieprzesloniete
+niczem okno jedno zasmialo sie weselej od innych do matowego
+porannego swiatla. Ciekawie do wnetrza facyatki wsliznal sie
+brzask smetny.
+
+W pokoiku, o paru najniezbedniejszych tylko sprzetach, na razie nie
+bylo nikogo.
+
+Posciel nienaruszona bielila sie dosc schludnie, wszystko wokolo
+zas wskazywalo wyraznie, iz wlasciciela siedziby tej od wczoraj
+juz nie bylo, puls bowiem kielkujacej tu jakiegos jednego zycia,
+zastygly w panujacym wszedzie nieporzadku, wyraznie oczekiwac sie
+zdawal cierpliwie na swego pana i wladce.
+
+Tymczasem zas tylko po niezamiecionych katach blakaly sie pustka i
+nuda, a nietrudno bylo domyslec sie, ze bieda w swej ziemskiej
+wedrówce zagladac tu nieraz musiala...
+
+Goscine jej bowiem zdradzalo tutaj - wszystko. A wiec i ubozyzna
+mebli i atmosfera jakas duszna, wreszcie to cos niewidzialnego,
+nieokreslonego, z katów, ze scian, zewszad, wyzierajacego, co, jak
+widma cien, szeptem jakby, mówi wciaz o sobie i lzawo sie skarzy.
+
+W przedziwnie zgodnej, panujacej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
+melancholii i smutku, dzwieczala jednak, drgala, niby usmieszek
+radosny, jasny, nuta weselsza. Byla zas nia stojaca w rogu pokoju,
+na komódce staroswieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
+oprawna fotografia gabinetowa mlodej dziewczyny, ku której z obok
+stojacej szklaneczki malej wychylala sie pieszczotliwie w rozkwicie
+swym sliczna aksamitna pasowa swieza róza.
+
+Dziewcze i róza patrzyly na siebie, lecz królowa kwiatów z
+sasiedztwa swego dumna byc tylko mogla.
+
+Z martwej bowiem kartki kartonu, spogladala na swiat duzemi oczyma
+cudna twarz dziewczyny, a zaklety w rysach i ukladzie calej postaci
+nieujety jakis wdziek - ta sila najwieksza kobiety, oporna na lata
+i burze zycia, swieza zawsze, jak kwiecie wiosny - szla na widza i
+chwytala go za serce, czarujac natychmiast swem slabem badz co
+badz tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.
+
+Odosobnienie zas wyrazne rogu izdebki, gdzie stala fotografia, od
+otaczajacych i rozrzuconych po pokoju sprzetów, oraz pewna czystosc
+staranna, cechujaca to miejsce - swiadczyly soba równiez az
+nadto, ze nieobecny wlasciciel mieszkanka tego dbal wielce o ten
+zakatek, zdradzajac przytem, ze i on w biedzie swej mial moze
+jakas chwilke jasna, jakies swoje marzenie!...
+
+Tak, niewatpliwie!...
+
+Sila bowiem jakby ukryta, a nieujeta jednoczesnie i dziwna, bila od
+tego kacika pamiatek; zdawal sie byc on jedynym usmiechem smutnego
+zkadinad tu bytu i jedyna równiez kapliczka, niklego zludnego
+zapewne jakiegos szczescia, ale zawsze - szczescia.
+
+W szara nedze istnienia "pana", zamknietej w tych scianach biedy,
+zycie wplatalo widac jakas nic zlota, rzucilo na oslode
+hojnie i litosciwie pek duchowych promieni!...
+
+Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywalo nic zgola... Przez male
+okienko widac tu bylo spietrzone dachy z czerwonej cegly, kominy;
+dalej, w dole, srebrzyla sie rzeka, a srodkiem niej cicho sunela
+wlasnie berlinka, zdazajac ku miejskiej przystani.
+
+Z wiezy którejs z poblizkich swiatyn w ogólnem milczeniu
+melodyjnie rozlegl sie niebawem dzwiek sygnaturki porannej.
+Monotonne nieco poplynelo w dal echo z dzwonu, a zawtórowaly mu
+wkrótce swistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
+pieczywem, oraz inne, plynace zewszad odglosy.
+
+Powolnie budzilo sie juz miasto.
+
+Kretymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdazal krokiem równym i
+szybkim ku opisanej powyzej siedziby swojej mlody mezczyzna, rosly
+i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miekki kastrowy
+kapelusz, nadajacy sniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyrazny
+typ jakby poludniowca z Zachodu. Szedl on, pogwizdujac z cicha, z
+rekami w kieszeniach, zamyslony, a po wyminieciu kilku przechodniów,
+skreciwszy w uliczke wazka i glucha, znalazl sie na niej sam
+zupelnie.
+
+Po chwili jednak z poza wegla staroswieckiego domu, tworzacego róg
+tej ulicy, wysunela sie pewna postac i poczela isc w slad za
+nim.
+
+Byla to biedna jakas babina, a snac nieco podpita, bo zataczajac
+sie z lekka, krzykliwie podspiewywala cos sobie. Mala, krepa,
+okrecona czerwona welniana chustka i w takiejze spódnicy,
+kolysala sie ona zabawnie, przystajac co kroków kilka, i niby
+baletnica szybko wykrecajac sie na jednej nodze.
+
+W swe kosciste rece spódnice ujmowala przytem pociesznym ruchem, a
+z pelna komizmu gracya unoszac ja wyrazniej i glosniej
+powtarzala ostatnia piosenki zwrotke, i szla dalej, aby w pare
+minut ponownie wykonac tez same identycznie produkcye.
+
+Idacy ulica mezczyzna przystanal i patrzal ciekawie na babine,
+wkrótce jednak, znudzony, obojetnie odwrócil sie i poczal isc
+dalej.
+
+W tej samej chwili poslyszal za soba wolanie:
+
+- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
+
+Mlody czlowiek odwrócil sie i ujrzal zmierzajaca ku niemu
+kobiecine; trzymala cos w reku i kiwala nan. Zdziwiony podszedl
+blizej i zapytal:
+
+- Cóz to, czegóz ode mnie chcecie?
+
+Babina zas, podajac mu jakis przedmiot, objasnila:
+
+- A dyc zgubilista to panoczku!... Przez mala psewrócilabym se bez
+te torbe...
+
+Nieznajomy machinalnie ujal w reke, co mu dawano.
+
+Trzymal pugilares duzy, ciezki i elegancki; byl on ze skóry koloru
+wisniowego i mile dotknieciem swem piescil.
+
+Na ten widok zarumienione od porannego chlodu oblicze mlodzienca
+zbladlo, reka mu zadrzala nerwowo, a na ustach, które z lekka
+poruszyly sie niedostrzegalnie, zamarly, jakby niewypowiedziane
+jakies slowa.
+
+Jednoczesnie spojrzenie jego duzych ciemnych oczu obrzucilo badawczo
+uliczke: wokól nie bylo nikogo, tylko zapuszczone story licznych
+okien u domów patrzyly przed siebie martwem okiem - w ciszy uspienia
+jeszcze drzemalo tu miasto.
+
+Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczal z kolei na twarzy
+stojacej przed nim kobieciny, i zatrzymal sie na niej dluga
+chwile...
+
+Zdawala sie ona byc ze wsi, a Bogu dusze winna, ucierala w tej
+chwili swój nos zamaszyscie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
+naszemu wlasciwym sposobem, mrugajac równoczesnie malemi,
+zaszlemi krwia, jak u królika, oczkami. Niewatpliwie byla przytem
+poweselala od trunku, a nie pijana przed chwila widac spiewajaca
+tylko - tak sobie, gwoli zadoscuczynienia nastrojowi swemu, czy tez
+moze zbytkowi przyrodzonego temperamentu.
+
+- Dziekuje wam! - Lakonicznie rzucil nagle nieznajomy, prosto w
+piegowata i czerwona twarz babiny i odwróciwszy sie z pospiechem,
+podniósl kolnierz paltota, wtulil w niego glowe, nasunal na oczy
+kapelusz i poczal isc bardzo szybko, wkrótce zas puscil sie
+prawie ze biegiem.
+
+- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemajaca,
+- zawyrokowala glosno do siebie, wzruszajac ramionami, kobiecina.
+
+Razno z miejsca ruszyla i spiewac znowu poczela, echo zas jej
+piosenki, odbiwszy sie o mury charakterystycznych, przygarbionych
+wiekiem kamienic Starego Miasta - pognalo za niknacym juz w glebi
+uliczki mezczyzna, ostatnia swa, dwukrotnie powtórzona, zwrotka:
+
+ "A kto kocha, ten jest zdrów,
+ A kto kocha - ten jest zdrów..."
+
+
+
+Zgrzytnal klucz w zamku cichej facyatki, otworzyly sie gwaltownie
+drzwiczki, i na progu stanal wlasciciel tego mieszkanka. Od powiewu,
+wywolanego pradem powietrza, zadrzaly firanki u malego okienka, ze
+szklanego zas kielicha pochylila sie ku fotografii mlodej dziewczyny
+róza aksamitna, jakby pragnac z nia wspólnie powitac pana swego.
+
+- Nareszcie!... - wyszeptaly z ulga usta przybylego i ruchem
+nerwowym, zamknawszy cicho drzwi za soba, przekrecil klucz w zamku.
+
+Rzecz dziwna - natychmiast w czterech scianach smutnej dotad izdebki
+zrobilo sie jakos weselej i jasniej!...
+
+Mlodosc bowiem i sila szly, bily od mlodego mieszkanca facyatki,
+i niby brakujacy promien swiatla, ozywily, zda sie, wnetrze
+poddasza.
+
+Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzeslo, mlodzieniec bacznie rozejrzal
+sie po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby cos rozwazajac,
+pozostal w pozycyi stojacej dluzsza chwile.
+
+Poruszyl sie jednak niebawem i podszedl do drzwi, nadsluchujac
+równoczesnie. Postawszy zas tam minut pare, zblizyl sie
+nastepnie do okna, a wpatrzywszy sie w nie przez sekunde moze, po
+krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuscil rolete.
+
+Szarawa ciemnosc zalegla izdebke.
+
+Mlodzieniec podszedl do kanapy, przed która stal stoliczek
+mahoniowy, i usiadl. Wkrótce w ciszy rozlegl sie zgrzyt zapalki. Po
+chwili mala lampka oswietlala juz poddasze, mlody czlowiek zas,
+raz jeszcze obejrzawszy sie wkolo, szybko, siegnal do kieszeni
+swego ubrania.
+
+Nerwowo, spiesznie wydobyl stamtad wreczony niedawno portfel
+skórzany i, z blyskiem ciekawosci w oczach roztworzywszy go,
+polozyl na stole.
+
+Z szesciu, zapietych malemi klapkami, przedzialów zlozony, z
+wielka spodnia, idaca przez cala dlugosc jego kieszenia, w
+oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzec sie zdawal na siedzacego
+mezczyzne...
+
+Rece jego jednak, dotknawszy sie tylko pobieznie wypelnionych
+kryjówek, zatrzymaly sie chwile bezczynnie, a na nerwowej twarzy
+odbilo zdumienie, polaczone jakby z przestrachem.
+
+- Jak to, wiec tak duzo tu czegos? -mówily wyraznie wielkie,
+wyrazu pelne oczy mlodzienca, i jednoczesnie pytac sie zdawaly
+niepewne: - Czy tylko to aby pieniadze?..
+
+I dziwna reakcya odbywala sie w duszy jego.
+
+Gdy kretemi uliczkami lecial do swego mieszkanka, palila go chec
+ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lek oto jakis
+niewytlumaczony zawladnal nim nagle.
+
+Przeczucie mówilo mu wyraznie, ze tu, przed nim, w pugilaresie tym,
+ukryty na razie od oczu ludzkich, miescil sie majatek moze, tkwil
+pieniadz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczescia, drzemala
+swiata tego potega - zloto...
+
+A jednak nie poruszyl on dotad wcale portfelu... Dlaczego?
+
+Bo z przeczuciem bogactw, które czekac sie zdawaly tylko dotkniecia
+jego, czul dobrze, zdawal sobie on sprawe z czegos innego równiez.
+
+To byla wlasnosc cudza!...
+
+Upomna sie o nia niewatpliwie; on zas, nie wiedzac, co sie tam
+znajduje, mozeby mógl jeszcze, pomimo swej nedzy, zwrócic
+wlascicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
+rece w zawartosci jego?
+
+Z reka na portfelu oparta mezczyzna zamyslil sie bardziej
+jeszcze.
+
+Wszak, choc z pozoru wesól i syty, nie posiadal on w istocie na
+razie zlamanego szelaga przy duszy. Ostatnie pieniadze wydal na
+bilet kolejowy, który pozwolil mu wrócic w sciany poddasza z
+wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwiazanej z nadzieja otrzymania
+posady.
+
+Nie otrzymal jej - wracal z niczem; glodne dzisiaj juz teraz
+pytajaco zagladalo mu w oczy zimnem nieublaganem spojrzeniem.
+
+A tu, przed nim!...
+
+Mlodzieniec zerwal sie z kanapki i przebiegl pokój kilka razy.
+Nagle, wytrzymac snadz juz nie mogac, pochwycil w drzace rece
+lezacy portfel i rozpial ruchem gwaltownym po kolei wszystkie jego
+kieszonki...
+
+I oto z jednego przedzialu natychmiast z przyciszonym brzekiem
+posypaly sie na wyszarzala serwete stolika rulony zlota,
+blyszczace, nowe - zamigotaly w niepewnem swietle lampy i ulozyly
+sie cicho... W slad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem
+wypadly pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej
+wysunely sie do polowy wielkie kwadraty piecsetrublówek!...
+
+Wiec nie bylo to urojeniem, marzeniem, mrzonka!.. Rzeczywiscie zatem
+drzemal tu pieniadz w swym majestacie!..
+
+Mlody czlowiek odskoczyl od stolu i wpatrzyl sie w nagromadzona
+kupe grosza.
+
+Na twarz jego wystapil wyraz chciwosci i oszpecil ja, oczy
+glebokie, duze, przybraly polysk koci i wpily sie uporczywie w
+banknoty i zloto.
+
+Po chwili zblizyl sie ponownie do stolika. Lubieznym ruchem swej
+delikatnej reki przesunal po nagromadzonych pieniadzach, a po ciele
+jego równoczesnie przelecial dreszcz.
+
+Jak wlosy pieknej kobiety, jak cialo jej zmyslowe, aksamitne,
+piescily go banknoty... Zanurzyl reke glebiej i dotknal sie
+zlota.
+
+Z cichym brzekiem rozsypalo sie ono w strumyk blyszczacy, a nim do
+glebi ponownie wstrzasnal dreszcz.
+
+Nigdy w zyciu swem nie mial tyle pieniedzy u siebie. Fortuna zawsze
+impertynencko odwracala sie od niego, szczescie dotychczas uciekalo
+oden równiez, jak od zapowietrzonego, pieniadz zas, drwiaco
+unoszac sie w niedostepnych dlan wyzynach, niepochwytny, szyderczy
+- stronil od niego stale.
+
+Mlodzieniec przesuwal wciaz machinalnie reka po storublówkach.
+Przed oczyma migaly mu wizerunki, podpisy na banknotach, zlote
+imperyaly zimnym dotykiem glaskaly jego dlon...
+
+Wyrwawszy reke wreszcie z pieszczotliwego uscisku zlota, mezczyzna
+pochwycil nagle pliki storublówek i liczyc poczal.
+
+Drzace rece jego braly i porzucaly co chwila zwitki banknotów;
+szelest papieru, zduszony dzwiek monety zagraly w ciszy izdebki,
+zdziwily te biedne sciany, tak zdawna odwykle od brzeku pieniedzy,
+wyganiajac, zdawalo sie, biede, przykucla gdzies w kacie, z
+legowiska swego. I widmo jej w lachmanach zniknelo przestraszone,
+wygnane szmerem poddanych Zlotego Cielca - umknelo, szukajac gdzie
+indziej schronienia.
+
+A mlody czlowiek wciaz liczyl... Teraz dlon jego dotykala zwitka
+piecsetrublówek. Bylo ich dwadziescia.
+
+Ciemny rumieniec powoli wystepowal na sniada twarz mlodzienca,
+oczy zas jego palily sie bezustannie chciwosci niezdrowym blaskiem.
+
+W papierach i zlocie, z pewna, drobna tylko róznica, bylo
+wszystkiego dwadziescia siedem tysiecy.
+
+Mlodzieniec odstapil od stolu i wolno z rozmyslem poczal
+przechadzac sie po izdebce.
+
+- Dwadziescia i siedem tysiecy!.. Dwadziescia i siedem...
+
+Powtarzajac sie bezustanku, w glowie jego huczala i wracala mysl
+jedna, a dziesiatki innych ginely, topily sie tylko w niej, jak w
+chaosie, zanikaly - milkly...
+
+On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru
+sprzetów wokolo, nie posiadal nic na swiecie, on - za jednym
+zamachem mógl stac sie oto wlascicielem owych, rozsypanych przed
+nim pieniedzy?..
+
+Mlodzieniec zadrzal.
+
+- A moralnosc? a etyka? To wlasnosc nie twoja, to zguba czyjas
+tylko, ty powinienes pieniadz ten zwrócic, zwrócic, zwrócic!..
+jak rój owadów nagle zabrzmialy w uszach mezczyzny jakies szepty i
+glosy.
+
+- Oddac? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwil rozsadek
+zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazles
+- to twoje! A zreszta, gdyby to samo, co ty, znalazl byl kto inny,
+czy myslisz, ze postapilby on inaczej?
+
+- Oddalby, oddal na pewno, bo chcialby pozostac uczciwym!.. - silny
+glos prawosci rozlegl sie smialo w duszy mezczyzny.
+
+Wstrzasnal sie mlody mieszkaniec facyatki i przetarl reka
+czolo, po chwili zas zmeczony usiadl na jednym z koszlawych
+fotelików i, podparlszy glowe dlonia, zadumal sie gleboko.
+
+A rozum drwil dalej bezlitosnie, zjadliwie, saczac sie kroplami
+ironii:
+
+- Nie sluchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptal. -
+Uczciwosc - frazesa!.. Któz naprawde uczciwym jest w czasach
+obecnych? Obejrzyj sie tylko i wpatrz uwaznie w ludzi, walczacych o
+byt obok ciebie. Czyn wreszcie, jak chcesz... odtrac laskawy
+usmiech fortuny!..
+
+Los, odbierajac moze naumyslnie drugiemu, co mial zanadto w swym
+trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyc ciebie, nie chcesz-li?
+
+- Ha, to badz sobie zatem wspanialomyslnym, szlachetnym, wielkim!
+Umieraj z glodu, badz glupim!.. Ale pamietaj, ze gorzkiemi lzami
+zalowac kiedys bedziesz chwili swojego szalu - pamietaj, zes
+biednym!
+
+Zasmial sie jeszcze rozum szyderczo i umilkl, mezczyzna zas,
+zadumany, pochylil sie na krzesle, jakby przygnieciony do ziemi,
+oparlszy przytem lokcie na kolanach, ukryl twarz w dlonie.
+
+Tak, niestety, byl on biednym!..
+
+Straciwszy matke lat temu pare, uczyl sie nastepnie za granica: w
+Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja
+wyksztalcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowal sie
+rok temu wlasnie powrócic do miasta, gdzie ujrzal byl swiatlo
+dzienne, by zblizyc sie do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
+rodzonego niezyjacego juz ojca.
+
+W mlodzienczej wyobrazni studenta roila sie nawet podówczas
+nadzieja smiala owladniecia sercem starego bogacza, aby po
+najdluzszem zyciu zapisal mu mienie.
+
+Tembardziej zatem spieszyl sie z swoim wyjazdem, lecz przybyl za
+pózno niestety; stryja swego juz nie zastal.
+
+Lozacy tylko z obowiazku na studya bratanka, a nie przywiazany don
+zgola innym, serdeczniejszym wezlem, pare tygodni temu wlasnie
+starzec przeniósl sie byl do wiecznosci, zapisawszy caly majatek
+na dobroczynne cele.
+
+Nie zastawszy wiec w miescie nikogo na razie, kto by go znal lub
+pamietal, odwaznie z bieda wzial sie on wówczas za bary.
+
+Przepisywal referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawal lekcye, czynil,
+co tylko mógl i zdobywal miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a
+tak zazwyczaj niegoscinnym stole...
+
+0 chlodzie i glodzie mijaly mu w ten sposób dnie cale, gorycz
+jednak do zycia, w walce o byt ciaglej, nie rozgaszczala sie w
+duszy jego, nie majacego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i
+goraczce zarobku analizowac ciemnych stron swego zywota. Miesiecy
+pare temu dopiero sila okolicznosci i ludzi, o których ocierac sie
+poczal, zal wyklul mu sie w duszy do swiata, saczac z niej
+niezadowolenie i gorycz.
+
+Traf slepy zrzadzil pewnego dnia, iz spotkal rówiesnika swego z
+lat dawnych.
+
+Przy wspomnieniu tem ostatniem, mlody mieszkaniec poddasza zmarszczyl
+brwi i zamyslil sie jeszcze glebiej, niz przedtem.
+
+Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
+nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzis bywalec stolicznych
+salonów, chlopiec zamozny, zblizyl sie do niego pierwszy wówczas.
+Bylo to podczas karnawalu, w zimie, w jednej z kawiarn, bardziej
+uczeszczanych w miescie.
+
+Po dluzszej gawedzie i rozpamietywaniu mlodzienczych lat
+ubieglych, Edumund R-ski rzekl mu wtedy:
+
+- Wiesz co, mój drogi? Dobrze sie nazywasz, ladne masz maniery,
+które pozostaly ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale
+dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowalbym
+ci cos... tylko nie obraz sie na mnie przypadkiem... Gdyby cie tak
+ubrac elegancko, bardzo dobry i okazaly bylby z ciebie tancerz... He,
+cóz ty na to? Proszony wlasnie jestem o mlodziez do panstwa W. na
+bal, pojutrze, chodz ze mna... Siedzisz i marnujesz sie gdzies w
+kacie, qui lo sa, przystojnym jestes, a nuz podobasz sie komu?.. Ja
+ci pomoge i ulatwie wszystko...
+
+Od slowa do slowa, dal sie namówic wtedy. Otrzymawszy od bogatego
+i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pozyczke, wyekwipowal sie i
+poszedl na bal z nim razem.
+
+Edmund R. przeprowadzil rzecz cala bardzo zrecznie. Przedstawiwszy
+protegowanego swego, nie omieszkal przypomniec wszystkim z osobna o
+stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a takze o rodzicach, ongi,
+przed laty, zamoznych i wplywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+milego tancerza zapraszac poczeto chetnie, tembardziej, iz
+powszechnie wiedziano o przyjazni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
+bywalcem.
+
+Mlody mieszkaniec skromnego poddasza poruszyl sie niespokojnie na
+krzesle i spojrzal przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
+wspomnienia wlasne.
+
+Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestapil on zaczarowany dlan
+dotad próg salonów i zapamietale bawic sie poczal. Zycie,
+które prowadzil, upajalo go. Niepomny jutra - szalal.
+
+Trwalo to tygodni pare, i nagle skonczylo sie wszystko... Edmund
+R-ski, wezwany telegraficznie do umierajacej siostry za granice,
+wyjechal, pieniadze wyczerpaly sie równoczesnie, a zaniedbana
+czasowo jego wlasna zarobkowa praca wysunela mu sie z rak; ktos
+inny, takze potrzebujacy biedak, zastapil go.
+
+W okienko facyatki karnawalowicza zajrzal glód; po wizytach i balach
+pozostal w pamieci jego tylko chaos ogólny - wrazenie chwil
+rozkosznie jakby przesnionych, i jedno wspomnienie trwale.
+
+Oczy mlodego mezczyzny zadumane, w tej chwili blyszczace i jakby
+tkliwe, skierowaly sie w róg izdebki, gdzie w pólswietle lampy
+majaczyla fotografia.
+
+Nabyl ja u fotografa i niemal codziennie stroil w kwiaty;
+przedstawiala zas ona elegancka panne z towarzystwa, córke
+ukrainskiego magnata, blyszczaca ubieglego karnawalu w salonach
+pieknoscia, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a która pokochal
+uczuciem milosci pierwszej - prawdziwej.
+
+Dla niej rzucil sie w wir czczych zabaw bez srodków po temu, bez
+pamieci...
+
+Odepchnietemu twarda reka biedy od rydwanu bawiacego sie swiata -
+przeslonietego w pamieci jego gaza uludna, mieniacego sie
+setkami odcieni i blasków - pozostaly tylko wspomnienia dreczace,
+rozkoszne, kilkunastu rozmów, tanców, uscisków dloni, spojrzen...
+i - nabyta za pieniadz wlasny fotografia pieknej dziewczyny.
+
+Mydlana banka zludna - marzenie!..
+
+Siedzacy wciaz w zamysleniu przed stolikiem mlodzieniec glowe
+pochylil i ponownie ukryl ja w dlonie. Niby na jawie, przed oczyma
+zywo stanal mu bal ostatni... W jarzacej sie swiatel powodzi,
+wsród kolyszacych sie w takt melodyjnego walca par, suneli oni
+wówczas po szklistej posadzce salonów...
+
+Ona miala spuszczona glówke cudna i opierala sie z wdziekiem na
+jego ramieniu, on zas, tulac nieznacznie tancerke swa do piersi,
+pozeral wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyje ksztaltna, a
+dluga i gietka, jak kwiat, o lodydze wysokiej.
+
+Od czasu do czasu piekna panna wznosila na niego swoje glebokie,
+mieniace sie zrenice, i spojrzenia ich spotykaly sie na chwile...
+
+Potem sliczne dziewcze przykrywalo znów oczy dlugiemi rzesami; on
+rzucal slówko, przyciskal machinalnie kibic jej do siebie,
+czekajac ponownie niemej zrenic rozmowy. Nagle uciszylo sie w
+balowej sali...
+
+To muzyka ustala byla, a oni walcowali jeszcze, ciagle przytuleni do
+siebie - zrosli skrytem jakby pragnieniem.
+
+Pózniej odprowadzil znuzona swa tancerke, a ona leciutenko,
+dziekczynnie paluszkami drobnemi scisnela jego dlon...
+
+Mlodzieniec zerwal sie z krzesla, potracil je gwaltownie, i
+duzymi krokami zaczal przebiegac szybko swój pokoik. Jednoczesnie
+z wyrazem milosci bezgranicznej spojrzenie jego pobieglo do komódki
+malej, gdzie stala fotografia z róza.
+
+Z krysztalowego kielicha delikatnie wychylal sie kwiat purpurowy,
+dotykajac warg prawie dziewczyny. Usteczka jej male usmiechaly sie
+rozkosznie, pocalunku zda sie spragnione...
+
+Mlody czlowiek pozostawal chwile w niemej kontemplacyi ubóstwianego
+przez sie kacika izdebki, az wreszcie powoli wzrok swój przeniósl
+w strone stolika, gdzie lezaly cicho banknoty i zloto.
+
+Wyraz marzenia, ekstazy blyskawicznie znikl z jego oblicza -
+przypomnial sobie chwile obecna.
+
+Zwolna do stolika zblizac sie poczal; utkwiwszy spojrzenie w
+rozsypanych pieniadzach, jednoczesnie myslal:
+
+- Niemi tylko moze zdobyc bym mógl swe marzenie, one pozwola mi i
+ulatwia zblizenie do ukochanej! A potem...
+
+I mimo woli znowu spojrzal mlodzieniec w róg pokoiku.
+
+Oczy dziewczyny kuszace patrzyly zalotnie, palily go, obiecywac sie
+zdawaly rozkoszy ulude, milosc - szczescie!.. Rumieniec oblal
+twarz mezczyzny.
+
+- Ach, miec ja, posiadac, i zyc jej zyciem, zlac sie z nia
+istnieniem i dusza!.. - zawirowala mu w glowie mysl uporczywa.
+
+- Przeciez to córka magnata; ksiazeta, hrabiowie ubiegaja sie o
+nia, czemze ty jestes dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakajala mózg, nerwy wzburzone, trzezwa, zimna logika. - Chyba, ze
+pieniedzy tych oto posiadziesz wiele... wiele...
+
+- Z malych strumieni tworza sie rzeki; wez to, a moze ci wiecej
+przybedzie!.. - szepnal rozum podstepnie.
+
+Mlody mieszkaniec facyatki schwycil sie nagle za glowe.
+
+Boze, Boze! - wyszeptal - cóz jednak uczynilo ze mnie to, tak
+krótkie zetkniecie sie z swiatem zbytku, to zbratanie sie, otarcie
+z ludzmi szychu i zlota! Jakze innym bylem dawniej! Jakze -
+lepszym!..
+
+Mezczyzna smutnie zwiesil glowe.
+
+Teraz, przyjrzawszy sie niedawno ludziom bogatym, ich trybowi zycia,
+czul w sobie, poza uczuciem milosci, dziesiatki zwiazanych z niem
+pragnien. Zloto, ten bozek dumny i wspanialy, przed którym korzyly
+sie miliony, olsniewal go, mamil... Przedsmak zas mozliwych w
+dalekiej przyszlosci bogactw, uzycia, a kto wie, moze znaczenia i
+wplywów, wespól z osiagnieciem najprzód ukochanej kobiety, za
+pomoca tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbieral mu
+równowage duchowa, mieszal mysli.
+
+Porwal sie znowu z miejsca i po pokoju biegac poczal, niebawem
+jednak rzucil sie na krzeslo, wyczerpany, uporczywie, ponownie
+wpatrzywszy sie w fotografie ukochanej.
+
+Od czasu do czasu odrywal wzrok od drogich rysów kobiety i przenosil
+go z wolna na stos banknotów i zlota. Pózniej spojrzenie jego,
+wewnetrznej pracy mysli jakby posluszne, wracalo powtórnie do
+lubego wizerunku.
+
+Przy samych wargach dziewczyny drzal kwiat purpurowy obecnie -
+dziewcze i róza calowaly sie teraz lubieznie...
+
+A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasac poczela stopniowo,
+niepewnem, migocacem swiatlem klócac sie jakby z rabkiem
+radosnego slonca, poprzez rolety zagladajacego co chwila do wnetrza
+facyaty.
+
+I pólcienie jakies, tajemnicze, mgliste wsunely sie równoczesnie
+na poddasze - zaludnily cicho puste, zakurzone katy jego...
+
+Siedzacy mlody czlowiek zrywa sie nagle z krzesla swego.
+
+Bo oto niespodzianie dwoic mu sie w oczach zaczyna...
+
+Rozsypane na stole zloto zalewa izdebke cala, a z komódki starej
+zstepowac zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postac...
+Dotykajac stopkami drobnemi zlota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
+usmiechem, piekna niewinna - chyli sie rozkosznie w jego ramiona!..
+
+Mezczyzna ku zjawisku temu wyciaga instynktownie rece, na wpól
+przytomnie naprzód pochyla...
+
+Lecz oto nagle czar pryska...
+
+Wypelniajaca wnetrze izdebki zlocista przestrzen znika, zjawisko
+eteryczne zas zaczyna oddalac sie coraz bardziej, unosi w góre,
+niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak waz
+ognisty, wije sie struga blyszczaca sciezka, dotyka stóp jego -
+pomostem zlota laczac go w ten sposób z uchodzacym cieniem
+ubóstwianej przezen kobiety.
+
+Wreszcie znika wszystko.
+
+Mlody mezczyzna przeciera dlonia czolo, rozglada sie...
+
+Niema nikogo!
+
+Cóz to wiec bylo?
+
+Hallucynacya zapewne naprezonych nerwów i rozigranej wyobrazni,
+rzucajaca mu na ekran pólcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
+noszonego ciagle w duszy dziewczecia! Wplyw to rozprzezonych
+wrazen i mysli, skutkiem wysilku, szumiacego jak potok, nawalem
+zwatpien i pytan mózgu. Zapewne...
+
+I mlodzieniec powtórnie przeciera dlonia zmeczone czolo, a
+jednoczesnie zaluje jakby, ze widzenie juz pierzchlo. Przed oczyma
+stoi mu ciagle, jak zywy, obraz jej, ukochanej - chlonie w siebie jej
+postac wdzieczna, caluje mysla oczy jej i usta.
+
+W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo juz który, wzrok jego dotyka
+banknotów i zlota, a w duszy bunt mu sie zrywa.
+
+- Jak to?.. On mialby odtracic od siebie ten grosz, i w ten sposób
+stracic, na zawsze moze, srodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
+Zniszczyc bezpowrotnie pomost zlocisty, laczacy go z nia jakby w
+widzeniu proroczem?
+
+Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bedzie...
+
+Pieniadz ten potroi, majatek zrobi, fortune - zlotem przelamie,
+zwalczy przeszkody wszelkie.
+
+- Zrobic majatek, czyz to tak latwo? - na dnie duszy gdzies
+zatajone zwatpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzic pragnac
+przedwczesna radosc.
+
+Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mezczyzny.
+
+- Tak, zaiste, prawda, to nie tak latwo. Lecz z potega pieniedzy w
+dloni tak, czy tez inaczej, do wszystkiego zawsze dojsc lacniej w
+zyciu; - klucz zloty otwiera wszystkie bramy!..
+
+I ostateczna, przelomowa walka odbywac sie w tej chwili zdaje w duszy
+mezczyzny. Na wysokiem czole naprezaja mu sie zyly, oczy
+ciemnieja, a twarz bledsza sie staje... Z necaca pokusa
+zawladniecia cudzem mieniem, po raz ostatni staja do boju wpojone w
+mlodocianych latach jeszcze zasady.
+
+Powrotna fala z daleka cicho plyna i plyna coraz potezniejsze,
+blizsze i zalewaja stopniowo umysl mlodzienca. Szemrza coraz
+donosniej, silniej...
+
+A z przyplywem ich jednoczesnie mieknac poczyna cos w duchu
+mlodego mezczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja sie stopniowo.
+Co mysli, z rysów twarzy odgadnac jeszcze trudno, domyslec sie
+jednak mozna, ze poryw jakis, szlachetniejszy od poprzednich,
+czystszy, opanowywac go - w swoje posiadanie bierze.
+
+Po chwili machinalnie ujmuje on w rece porzucony na stoliku obok
+pieniedzy pugilares i milczac, zgarniac poczyna rozsypany stos
+banknotów i rulonów monety.
+
+Przy czynnosci zas tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
+zamyslony mlodzieniec odwraca niebawem w dloni trzymany portfel, a
+równoczesnie spojrzenie jego pada na cos, czego nie zauwazyl dotad
+wcale.
+
+W rogu pugilaresu, u góry, malenka, dziewieciopalkowa rzuca mu sie
+w oczy korona hrabiowska; wdziecznie granacikami oprawionemi w zloto
+mieni sie ona, szyderczo zda sie patrzy... Na ten widok poprzedni
+spokój i wyraz pierzchaja nagle z rysów mezczyzny, i rzuca sie w
+tyl gwaltownie.
+
+Zrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamysleniem, zlowrogim
+teraz blyszcza ogniem, a jednoczesnie w duszy nastepuje momentalnie
+przewrót nagly.
+
+Znowu poczyna biegac po pokoju wzdluz i wszerz...
+
+I jak kepa drzew gdzies w polu samotna, co ugina sie pod gwaltownym
+naporem wichru ku ziemi, zwyciezona, pokorna - tak duch mlodzienca,
+miotany ponownie burza mysli, kolysac i giac sie poczyna.
+
+Gdy ujrzal on bowiem emblement ludzi utytulowanych, zywo stanely mu
+przed oczyma salony, których miesiecy temu pare byl gosciem i
+sylwetki hrabiczów, krecacych sie kolo jego ukochanej.
+
+Widzi ich jak na dloni, wszystkich, niby na jawie!..
+
+Widzi dumnego ojca pieknej dziewczyny, zazwyczaj traktujacego go z
+góry - dla nich, potomków starozytnych rodów, chociaz czestokroc
+biednych - pelnym uprzejmosci wyrafinowanej i unizonej niemal
+grzecznosci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
+obrazanym przez tychze arystokratów, lecz tak zrecznie, ze na
+pozór nieraz nie mozna zda sie bylo winic ich, czynili to bowiem
+oni, z ta subtelnoscia, oraz jubilerskiem jakby wykonczeniem, jak
+dotknac potrafia tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."
+
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec malej
+izdebki, wzdryga sie i wyrzuca szeptem:
+
+- Jak to? te dwadziescia pare tysiecy nalezy do jakiegos hrabiego?
+Zatem los slepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rece czesc mienia
+jednego z tych wlasnie, którym tak czesto zazdroscilem bogactwa,
+znaczenia i tytulów!..
+
+I ja, wobec jednostki takiej, mialbym grac role szlachetnego,
+zwracac mu to, co dlan moze kropla w morzu tylko, fundusikiem,
+przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawe?
+
+- Ha-ha-ha!.. - rozlega sie po pokoiku szyderczy, szatanski prawie
+smiech mezczyzny, i odbija od scian niemilem dla ucha brzmieniem.
+
+- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
+pólglosem, a krew w zylach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
+burzliwa.
+
+I z duszy jego jednoczesnie pierzchaja bezpowrotnie, zda sie, nikna,
+jak uluda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
+jeszcze, wahania pomiedzy prawami uczciwosci i ich pogwalceniem.
+
+Zwyciezka, jedyna, jedna rozgaszcza sie tam nienawisc tylko do kasty
+uprzywilejowanej i wyróznianej w spoleczenstwie. Wypielegnowana
+cierpieniem i bieda, wysubtelniona wyksztalceniem, a szczególniej
+przestawaniem jeszcze za granica w kolach róznych zapalonych glów,
+o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczuloscia nerwowa w zblizeniu sie i czasowem powierzchownem
+zzyciu z przedstawicielami tej sfery - buchala obecnie goracym
+plomieniem, wszystko soba przewyzszajac i tlumiac.
+
+- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptaly znów cicho usta
+mezczyzny - za moje cierpienia i biede - za to, ze ja nie mam takich
+przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i zlota -
+mam zycie cale w nedzy cierpiec, i to, gdy los sprawiedliwie bez
+watpienia, odbiera ci czastke mienia, przypadkiem, i mnie nia w
+zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Zydowi, cyganowi, wrogowi -
+kazdemu bym zwrócil moze, lecz tobie - nigdy!..
+
+Ostatnie slowa mieszkaniec poddasza wymówil w zapamietaniu glosno
+calkiem i z moca jakas dziwna. Twarz zas jego dziko po prostu
+wygladala w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnetrznego ognia,
+demonicznie piekna i straszna zarazem byla ona, a zajadly plomien
+szczerej nienawisci do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
+zajasnial na niej pelnym blaskiem.
+
+Odruchem naglym zblizyl sie do stolu i obie dlonie polozyl na
+plikach banknotów i zlocie. Czego nie zdolaly stanowczo uczynic
+okolicznosci inne, sprawila chec dokuczenia w czemkolwiek wyzej
+postawionej spolecznej jednostce, jedna chwilka nienawisci i szalu.
+
+- Moje, moje!.. - wyszeptaly usta mezczyzny zwyciezko, jakby z
+mimowolna, ukryta w sobie radosci nuta, a echo slów tych,
+urywanych, cichych, dziwna moca rozbrzmialo w martwem milczeniu
+facyatki.
+
+Cisza nastala znowu.
+
+Tylko w piersiach mieszkanca poddasza przeleknione jakby swym czynem
+serce poczelo bic przyciszonym tetnem, a szelest ten miarowy, jak
+zegaru wahadlo, mierzyc sie zdawalo te chwile przelomowa w duszy
+czlowieka, depczacego uczciwosc prawa dla milosci, nienawisci i
+zlota!..
+
+Nagle martwote pokoju przerwalo cos gwaltownie. Byly to czyjes
+kroki silne, przyspieszone, idace po schodach, a coraz wyrazniejsze,
+blizsze... Niebawem rozlegly sie tuz za drzwiami, ucichly, i jakas
+reka wstrzasnela lekko klamka, w slad zatem zas rozleglo sie
+trzykrotne pukanie.
+
+Gdyby w kataklizmie niespodzianym runela ziemia, zapadajac sie gdzie
+w niezmierzone glebie wszechswiata - mniejsze to chyba uczyniloby
+wrazenie na stojacym przed stolem mezczyznie, niz chwila
+obecna...
+
+Nogi zadrzaly mu, a bojazliwa trwoga sciela krew w zylach, cos
+zas, niby gad obslizly, przemknelo po krzyzach i za kark chwycilo
+despotycznie, zaparlszy dech w piersiach.
+
+W pólswiatlach dogorywajacego wlasnie plomyka lampy twarz
+pochylonego nad pieniedzmi mlodzienca nabrala strasznego, a zarazem
+dojmujaco trupio-bladego wyrazu, rece zas, jak kleszcze, wpily sie
+w lezace pod niemi banknoty.
+
+- Nie oddam was, nie zwróce za nic w swiecie! - mówic sie zdawaly
+wyraznie kurczowo zacisniete palce, drzace w zwojach papierów i
+zlocie.
+
+Z ekranu izdebki, majaczacego coraz bledszymi cieniami, swiatlo w tej
+samej chwili zniklo; zapanowala tu szarawa ciemnosc, a w slad zatem
+rozleglo sie powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
+zas jednoczesnie daly sie slyszec slowa, wyrzeczone glosem
+meskim, dzwiecznym i mlodym.
+
+- Widac, ze spi, lub go nie ma...
+
+- Ale to oryginalne - zauwazyl ktos drugi, ciszej nieco. - Zareczam
+ci, iz przed chwila palila sie wewnatrz pokoju lampa, przez szpary
+u drzwi slizgalo sie swiatlo! - slowo!
+
+- Ha, jesli tak, to moze Romanek ma u siebie jakas dyskretna, a
+wesola wizytke - snac z rozmyslem donosnie rozlegl sie glos
+pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodz, Hermanie!..
+
+- Wesolej zabawy! - krzyknal ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
+sie do drzwi, zapewne blizko, bo echo glosu jego wstrzasnelo
+scianami poddasza, poczem kroki przybylych oddalac sie zaczely.
+
+Westchnienie ulgi podnioslo piers mezczyzny.
+
+Kilka kropel zimnego potu upadlo mu na rozpostarte dlonie; zbudzony
+tem jakby, odstapil od stolu i rzucil sie w wycienczeniu na
+kanapke.
+
+Poznal po glosie tych dwóch, dobijajacych sie don przed chwila,
+poczciwych studentów uniwersytetu - widzial w wyobrazni swej teraz
+niemal obok siebie wyrazne postacie ich, w wytartych mundurach i
+splowialych od slót i slonca czapkach, pokrzywionych butach...
+Biedni chlopcy!
+
+Przypadkowo zaprzyjaznil sie z nimi, jak tylko przybyl tu, do miasta
+- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastreczyli mu zarobkowa
+prace...
+
+Dawno juz nie widzial ich. Ba, pare razy nawet w epoce owego
+kilkutygodniowego swiatowego szalu, spotykajac ich na ulicy, a
+bedac w towarzystwie eleganckich karnawalowiczów, mimo woli
+powstydzil sie ich i udal, ze nie dostrzega. Nie pamietali mu tego
+- przyszli.
+
+Mieszkaniec poddasza w zamysleniu przesunal dlonia po jedwabistych
+swych wlosach.
+
+- Gdybyz oni wiedzieli i czytac mogli w duszy jego?
+
+Rumieniec palacego wstydu i upokorzenia zakwitl na twarzy
+mlodzienca, a wyraz cierpienia i wewnetrznego bólu rylcem swym
+zlobic mu poczal rysy wyrazistego oblicza.
+
+Dlugo jeszcze przesiedzial tak w zadumie...
+
+A gdy po niejakim czasie slonce zajrzalo znów do poddasza, nie bylo
+juz zlota na stole; schowane - zniklo, mlody zas czlowiek,
+smiertelnie znuzony moralna walka, na wpól ubrany, cicho zdawal
+sie drzemac na lózku.
+
+Niebawem zasnal.....
+
+I sen oto, przed wewnetrznym wzrokiem duszy mlodzienca, w tem
+tajemniczem jej zyciu marzen i rojen, snuc mu zaczal przedziwne
+obrazy...
+
+A wiec najprzód zdalo sie spiacemu, iz leci on w przestrzen bez
+konca, ciemna i mroczna, unoszony niewidzialna jakas sila...
+
+Tuli w objeciach swych przytem jakas powiewna kobieca postac...
+Podobna, choc nie identycznie i calkiem, jest ona do ukochanej
+przezen dziewczyny, a objawszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
+ramiony, tak zawisla, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zas,
+jak z kielicha pieniace sie, musujace wino, pije nektar warg tych
+wilgotnych, tonac w pocalunku ciaglym, nieustannym, zda sie -
+wiecznym.
+
+Upajajacy wreszcie jednak zawrót glowy i oslabienie omdlewajace
+jakies i dziwne z wolna poczyna go ogarniac.
+
+Za wiele, zanadto upajajacej, oszalamiajacej slodyczy daja mu juz
+te kobiece usta, jak pieczec do warg jego bez konca przylgniete.
+
+Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokola i sil swoich nie
+czuje juz prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
+przestrzen, niczego niepomny i nic zgola w okrag siebie nie widzac.
+
+Trwa tak dosc dlugo...
+
+Wreszcie, wypoczawszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czujac
+juz ani ciezaru zwislej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
+jej tchnienia... otwiera oczy...
+
+Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchly; obecnie
+znajduje sie zupelnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaja
+jakiejs kamienistej plaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
+Promienie zachodzacego slonca zloca ja i krwawia swym
+dogasajacym, zamierajacym blaskiem...
+
+On zas nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
+
+Nagle promienie gasna... Mrok szary pokrywa plaszczem swym wszystko
+dokola, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptac i ruszac
+sie cos poczyna.
+
+Z rumowisk i kamienistych szczelin podstepnie wypelzly oto jakies
+postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
+rozpierzchaja sie po równinie, z przytlumionym szelestem. Nad
+glowami ich leca wielkie czarne zlowrózbne ptaki, szumem swych
+skrzydel macac martwote rozlanej wokolo pustki i ciszy.
+
+On, nic zgola nie pojmujac, spoglada wciaz, przelekly,
+zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje sie rozumiec...
+
+To - posluszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - leca tak
+zapewne zerowac na padól ziemski - wyrzuty sumienia!...
+
+Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochlania
+ich postacie - nikna.
+
+On z ulga oddycha i instynktownie postepuje pare kroków naprzód.
+
+Nagle wyrywa mu sie z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego glowa
+wiszac, chwieje sie ptak czarnopióry, a znizywszy lotu swego,
+wkrótce siada mu na ramionach, niemilosiernie wpiwszy w nie swe
+szpony, równoczesnie zas w glowie uczuwa uderzenia miarowe.
+
+To ptak ów straszny i wielki, niby dzieciol w pien drzewa, stuka
+jemu tak w czaszke jednostajnie...
+
+W slad za tem jedna z pierzchajacych wokolo postaci zjawia sie przed
+nim blizko. Ubrana w lachmany, czarna i brudna, przyskakuje don
+obcesowo, drapiezna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palace zarem,
+plomienne, dzikie zrenice, nachyla sie bardziej jeszcze i plwac mu w
+sama twarz poczyna.
+
+Z ust jej, wykrzywionych, wstretnych, leja sie strumienie lawy
+zlotej i pala, bola...
+
+A jednoczesnie tancza oto w krag, z szelestem widziane niedawno w
+portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojac sie, trojac
+w oczach, przybieraja one fantastyczne ksztalty, a niektóre,
+przedzierzgniete jakby w jakies karly zlowrogie, szponami drobnemi
+rwa mu cialo bez litosci. Inne znowu, z glowami wezów
+obrzydliwych, syczac, kasaja go zewszad.
+
+Napastowany, nieprzytomny, opedzajac sie rozpaczliwie, rekami,
+nogami - ciagle, tarzajac sie nawet od jakiegos czasu po
+kamienistych zrebach - uciekac w koncu zaczyna równina, jak
+szalony. Potyka sie co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czereda
+karlów i olbrzymików, o glowach, szyjach gadów, z blyszczacemi
+zadlami ze zlota.
+
+Nad glowa, z ramion przemoca spedzony, wisi wciaz ptak olbrzymi, a
+postac glówna, mglista, leci z nim wespól w mroczna dal...
+
+Nagle, niewiadomo jak, skad i kiedy zjawia sie znowu poprzednia
+kobieca postac.
+
+Spiacy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewyslowiona radosc; a
+ona, podawszy swa raczke drobna, z usmiechem zalotnym na slicznie
+wykrojonych usteczkach, towarzyszyc mu zaczyna.
+
+Razem bezustannie biegna teraz po kamienistej równinie. Czarowna
+towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mezczyznie, i nie
+widzi roju przesladowców jego.
+
+Dziewcze to, czy kobieta, ubrana cala w bieli, zasypana kwieciem róz
+i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykajac sie zaledwie stopkami swemi
+ostrych kamieni. Nad glówka jej, jakby w przeciwienstwie ptakiem
+czarnym, lecacym obok - chwieje sie duzy ptak bialy...
+
+Zjawisko snieznego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
+wpatrzonemu uporczywie w swa towarzyszke, zdaje sie nagle, ze pióra
+u skrzydel tych mlecznych z lekka szarzec poczynaja, stopniowo
+ciemniejsza przybierajac barwe...
+
+Wyteza wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokolo, nawet
+przesladujacych go mar, rozpoznac nie jest w stanie.
+
+Noc czarna, despotyczna, rozpinac wlasnie poczyna nad plaszczyzna
+ponura swa opone.
+
+Naraz znika wszystko...
+
+On równoczesnie czuje, ze leci w przepasc bez dna, tresci, oraz w
+chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o cos calem
+cialem.
+
+Spoglada...
+
+Przed nim obecnie wznosi sie sfinks olbrzymi; o niego to w rozpedzie
+uderzyl sie przed chwila. W jasnosciach aureoli gorzeje fosforycznym
+blaskiem, usmiechajac sie zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tulowiu - obliczu, wszedzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wija sie, ruszaja miryady drobnych lilipucich postaci.
+
+Jedne z nich rodza sie tu z usmiechem na ustach i piskiem, innych do
+grobu zanosza; ci walcza, depcza po sobie, zabijaja sie, wzajem w
+przepascie spychaja - tamci w ramionach drugich pija milosci
+rozkosze, a tam znów inni jeszcze glodne twarze i rece wynedzniale
+wyciagaja po datek, sasiadujac z blizka z takimi, co w bogactwie i
+zbytkach nurzaja sie po uszy, lub grzezna cialem w rozpuscie, jak
+w blocie.
+
+A srodkiem - rozbite na tysiace strumieni, na kropel miliony
+rozprysle, plynie, faluje zloto...
+
+I przed promienistymi jego potoki, jak przed swietoscia - korzy sie
+pokornie, sluzalczo, wszystko dokola.
+
+Czolem lilipucie bija przed nim miryady - to tez ono nadaje owemu
+sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu,
+bezpodzielnie panuje.
+
+Lecz oto nagle olbrzymia glowa sfinksa ujrzala snac nowego przybysza.
+
+Usta jego, wyniosle i dumne, rozchylaja sie szerzej, i miast
+zwyklego usmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrzasa
+przestrzeniami smiech.
+
+Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks smieje sie - smieje szatansko i
+zwyciezko jakby - wyniosle - strasznie!...
+
+............................................
+
+Gluchy jek wyrwal sie z piersi uspionego czlowieka. Wstrzasnal
+on murami pograzonej w ciszy izdebki, krajac zali serce swem echem
+smutnem, cichl i gasl, zamierajac powoli...
+
+............................................
+
+Obudzil sie spiacy.
+
+Wyleklym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzyl zaspany
+wokolo siebie bezprzytomnie i niebawem przymknal na powrót
+ociezale powieki, obróciwszy sie równoczesnie do sciany.
+
+W kilka zas minut pózniej, blada twarz mieszkanca facyatki,
+spokojna, nieruchomo spoczywala na poduszce, pograzona w twardem
+uspieniu. Dusza tym razem zdrzemnela sie w nim zapewne równiez,
+oddech bowiem spiacego miarowy rozlegal sie juz swobodnie calkiem
+w samotnej, cichej izdebce.
+
+
+
+CZESC PIERWSZA.
+
+
+Zdazajac do poblizkiej Wenecyi, wpadl pociag kuryerski w morze, i
+huczac, lecial, plynal niby po powierzchni fali. W przedziale
+wagonu drugiej klasy bylo tylko dwoje ludzi. Kobieta mloda, ubrana w
+strój lekki, dystyngowany, z szarego materyalu, drzemala, czy spala,
+wcisnieta w glab, z glówka oparta o poduszke boczna -
+mezczyzna zas, siedzacy naprzeciw, trzymal delikatnie w dloniach
+pozostawiona w uscisku jej raczke drobna, i pochylony z lekka,
+patrzyl z miloscia w znuzone rysy i blada twarzyczke kobiety.
+
+Od czasu do czasu wzrok jego odrywal sie od oblicza towarzyszki,
+biegl poprzez otwarte okno, scigajac, zda sie, pograzone w
+ciemnosciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuz poza mknacym
+pociagiem Adryatyku fale.
+
+I wtedy, za kazdym razem przesuwala sie chmurka jakby po czole jego,
+osiadal tam jakis cien niepochwytny, a usta jednoczesnie drgaly
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pelnem.
+
+Gdy jednak wzrok znizal ponownie, to w zetknieciu sie z obliczem
+mlodej kobiety, pograzonem w cichem uspieniu - oczy smutkiem
+zamglone lagodnialy mu prawie natychmiast, a choc pomimo woli i
+bezustannie mysl rozpamietywac sie cos zdawala - z ust momentalnie
+znikalo zagiecie cierpienia i powoli przeistaczalo sie w usmiech,
+oraz zapatrzenie sie w ukochane rysy.
+
+Siedzacy tak w zamysleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
+towarzyszki - podrózny posiadal cechy zewnetrzne dosc
+interesujace.
+
+Byl to przede wszystkiem mezczyzna piekny bardzo; ciemny brunet, o
+wytwornej powierzchownosci i ukladzie, charakterystycznej owalnej
+glowie i czole wypuklem, upiekszonem lukiem brwi czarnych,
+waziutkich i regularnych, mial on pociagla, sniada twarz,
+okolona sredniej wielkosci broda. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza
+tego wyraznie zdradzaly przytem pochodzenie poludniowe, zarówno jak
+i piekne, duze oczy, patrzace na swiat goraco, z rozmarzeniem
+nieokreslonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.
+
+Do drugiej ojczyzny swej poniekad rzeczywiscie dazyl tak lat
+trzydziesci zaledwie majacy mlody czlowiek.
+
+Noszacy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierzymirski, byl
+synem niezyjacego juz, a dawniej bogatego bardzo i znanego w
+szerokich kolach wlasnego kraju, Oskara Dzierzymirskiego, oraz zony
+jego, rodem Wloszki, a bylej przed swoim slubem spiewaczki.
+
+Pochodzenia pono watpliwego bardzo, choc niezwyklej urody i wdzieku,
+byla ta matka Dzierzymirskiego Romana, bedaca, jak mówili jedni,
+dzieckiem milosci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
+twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z metów spolecznych dzisiejszej
+Romy, wychowanem i uposazonem przez tegoz przemyslowca wloskiego.
+
+Po niej pieknosc odziedziczyl syn, po ojcu zas niewatpliwie te
+wytwornosc, która cechowala najmniejsze nawet poruszenie siedzacego
+podróznika, i postawe jakby panska, mimo woli nieco wyniosla.
+
+Roman Dzierzymirski jechal wlasnie z malzonka swa w podróz
+poslubna, a raczej z kraju uciekal, ojciec bowiem spiacej cicho
+naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o slicznych rysach, January
+Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówil byl jemu jej
+reki...
+
+Lecz milosc namietna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
+
+Roman zdobyl swa zone dzisiejsza, porwawszy ja za jej zgoda.
+Slub ich tajemny, w malej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbyl sie
+wlasnie dwa dni temu...
+
+Przyszlo mu to wszystko z latwoscia. Ola kochala go, ubóstwiala,
+nic zgola nie widzac poza nim, na strone materyalna zas i koszta,
+wynikle z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracac on uwagi nie
+mial potrzeby.
+
+W rodzinnem miescie wiadomem bylo powszechnie, iz rok, czy dwa lata
+temu odziedziczyl Roman Dzierzymirski fortunke w kapitale, po dalekim
+krewnym, osiadlym i zmarlym w Stanach Zjednoczonych.
+
+Jechal zatem dzis mlody i ostatni potomek dogasajacej juz w nim
+rodziny Dzierzymirskich, ze skarbem swym, droga sercu malzonka, do
+Wloch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, blakajacy sie bezustannie
+pomiedzy twarza zony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,
+myslacy, w dalszym ciagu wspominac sie cos zdawal.
+
+Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemraly wciaz cicho, w
+dali zas, na czarnem tle widnokregu, stopniowo, coraz blizsze,
+blyszczaly juz swiatelka Wenecyi.
+
+- Oto tam - mówily niejako marzace oczy mezczyzny - za godzin kilka
+czekaja mnie usmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczescia w
+objeciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj wlasny uludnego podzialu wzajemnego
+uczucia, w zupelnem oddaniu sie niepokalanego niczem dotad kwiatu -
+niewinnego dziewczecia...
+
+Wzrok Romana z zachwytem spoczal na twarzy spiacej kobiety.
+Równoczesnie pociag, pozostawiwszy morze za soba, wpadl w jakies
+gaje, brzeczace rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
+wpadala uporczywie w uszy podróznego, a on, caly zasluchany,
+spojrzeniem swem znowu ogarnal ciemna przestrzen poza oknem wagonu.
+
+- Co, zagadkowa przyszlosci, niesiesz mi w darze?.. Czy zaplacisz mi
+za to, com przebyl dotad, przecierpial, dla zdobycia drogiego
+dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytac sie zdawaly czarnej
+nocnej dali posmutniale nagle chwilowo oczy mezczyzny.
+
+I ponownie w kaciku warg jego pojawilo sie bolesne, przelotne
+zagiecie ust, a snac usilujac odpedzic mysl przykra,
+Dzierzymirski powstal ostroznie, nie wypuszczajac wciaz z dloni
+raczki uspionej swej towarzyszki. Wychylil przez otwarte okno
+glowe... Na tle ciemnosci polyskiwaly juz teraz rzesiscie
+swiatla - pociag wjezdzal wlasnie na stacye. W sekunde, z
+nagla szarpniete, gwaltownie zatrzymaly sie wagony.
+
+Dzierzymirski o malo nie upadl, straciwszy na razie równowage, i
+pociagnal za soba raczke zony, sciskajaca jego dlon lewa -
+prawa zas oparl sie silnie o rame okna.
+
+- Ach!.. ach!.. - z trwoga, wyrwalo sie z ust mlodej kobiety, i
+otworzyla szeroko oczy, zdziwiona.
+
+Szybko Roman pochylil sie ku niej i przemówil miekko:
+
+- Przepraszam cie, kochanie, przestraszylas sie, prawda?.. Ale to
+wina nie moja - wagony szarpnely tak silnie...
+
+- To ty... Romanie!.. - szepnela kobieta i zarzuciwszy w slad za tem,
+z niewyslowionym wdziekiem, obie rece na szyje mezczyzny,
+przytulila sie don czule, skladajac równoczesnie pocalunek na
+pieknem czole.
+
+- Wysiadziemy, zlotko, juz Wenecya! - rzekl Roman, wysuwajac sie
+delikatnie z objec mlodej zony unióslszy ja w ramionach,
+postawil na równe nogi.
+
+- Nareszcie!... - wykrzyknela Ola radosnie, oprzytomniawszy calkiem
+na widok jasniejacego dworca.
+
+- We-ne-cya! - zabrzmialo donosnie pod samem oknem wagonu, gdzie
+ukazala sie kedzierzawa glowa i smiejaca twarz konduktora.
+
+- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciagle, spiewnie odpowiedzial glosowi
+pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginal.
+
+Pociag, którym jechali Dzierzymirscy, zatrzymujac sie tylko kilka
+minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - nalezalo sie spieszyc...
+
+Roman pobiegl do przeciwleglego okna, otworzyl gwaltownie drzwiczki
+od wagonu, i poczal wolac donosnie:
+
+- Facchino!.. facchino!.. *)
+[*) Po wlosku tragarz.]
+
+Za mezem zrecznie wyskoczyla z wagonu Ola Dzierzymirska. Niebawem
+zjawil sie pozadany tragarz i ruszono z bagazem do dworca. Tu
+obstapiono przyjezdnych.
+
+Caly rój przeróznych figur halasliwie ofiarowywac im poczal
+swoje uslugi, rzad zas sluzby hotelowej, w galonach, z ozywieniem
+i gestykulacya namawial ich kazdy z osobna do siebie. Gadatliwosc
+Wlochów oszolomila na razie Dzierzymirskich.
+
+Po chwili dopiero Roman, znajacy kilka wloskich wyrazów, zdolal
+sie porozumiec i wybrawszy hotel, kazal sie prowadzic do przystani.
+
+Niebawem mloda para podróznych sadowila sie juz w wygodnej, na
+czarno pomalowanej gondoli, obslugiwana z natarczywoscia przez
+róznorodnych oberwanców i gapiów, stojacych w poblizu.
+
+- Pysznie sie siedzi! - zawyrokowala glosno Ola, wyciagnawszy sie
+na miekkiem, czarna skóra obitem, siedzeniu.
+
+Roman usiadl przy niej - gondola zakolysala sie lekko...
+
+Powoli odpychano juz ja od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
+wyciagnely sie ku majacym odjezdzac proszace dlonie z
+kapeluszami, i chórem zabrzmiala prosba o datek. "Soldo, soldo!"
+choc unizenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby grozby, rozlegalo sie
+dokola ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.
+
+- A to zlodzieje!.. - mruknal Dzierzymirski; zmuszony jednak wyjac
+z kieszeni portmonetke, rzucil tam i ówdzie z humorem drobne monety.
+
+Gondola ruszyla juz - plyneli...
+
+Mloda kobiete zabawila ta scena. Perlisty smieszek jej, wesoly,
+rozlegal sie wokolo, gdy oto nagle, jakby czems zmrozony, ucichl.
+I Ola, objawszy wzrokiem roztaczajacy sie przed nia krajobraz,
+ruchem wdziecznym przytulila sie do meza.
+
+- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaz? - szepnela.
+
+Dzierzymirski, milczac, opiekunczo objal ramieniem kibic zony i
+przycisnal ja miekko do piersi, rozejrzawszy sie zarazem.
+
+Rzeczywiscie, czarno tu bylo.
+
+Wenecya juz spala. Sklebione chmurami niebo odbijalo sie w metnej
+wodzie kanalów i powlekalo je kirem ciemnosci, po którym tylko
+blednym ognikiem przeswiecalo, wilo sie czerwone swiatelko
+latarni, umieszczonej u spiczastego, zebatego konca gondoli.
+
+Plyneli przez Canale Grande*).
+[*) Po wlosku : Kanal Wielki.]
+
+Jak gdyby sniac o swej dawnej potedze i chwale, wokolo nich
+zadumane, ciche staly wyniosle rzedem weneckie palace. W zadnem
+oknie nie palilo sie juz swiatlo, otulalo je milczenie zupelne.
+
+Gondola, kolyszac sie z lekka, unoszac co chwila swe przednie i
+tylne dzioby, plynela spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiosel i
+szmerem rozstepujacej sie pod nia fali.
+
+Przytuleni do siebie, dluzsza chwile z ciekawoscia patrzyli
+Dzierzymirscy wokolo. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypaly sie
+rozliczne uwagi.
+
+- Patrz, patrz, Romanie! - wolala ona co chwila, wskazujac z
+zajeciem na wznoszace sie zewszad budowle.
+
+Dzierzymirski potakiwal zonie, objasnial, i pólglosem prowadzona
+swobodna pomiedzy jadacymi rozmowa zbudzila milczenie sniace -
+rozniosla sie echem wyraznem po grodzie weneckim, o tej porze tak
+bardzo cichym.
+
+Tymczasem po obu stronach kanalu kolejno przesuwaly sie, jak w
+kalejdoskopie, cudne swa archaiczna struktura palace.
+
+A wiec, najpiekniejszy moze z prywatnych siedzib Wenecyi, wlasnosc
+ksiazat della Grazia, wychylal sie z cieni "Palazzo
+Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu poczatkowego odrodzenia; z nim
+sasiadowal skromny, siegajacy XV wieku, palac "Erizzo" - dalej
+zwracal znów uwage inny, z pozlacanym niegdys frontem, do dzis
+dnia zwany "Ca Doro".
+
+Opodal bardzo piekny wznosil sie majestatycznie dzisiejszy lombard
+miejski, palac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
+miejscu, gdzie ujrzala swiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
+Cornaro.
+
+Wkrótce, tuz poza dzisiejsza poczta w Wenecyi, zajmujaca
+dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczyl
+olbrzymi most "Ponte di Rialto", w ksztalcie murowanego luku
+wzniesiony.
+
+Wsunawszy sie pod jego arkady, gondola Dzierzymirskich cichutko
+przesliznela sie tamtedy i skrecila wkrótce na lewo, w wazki
+kanalik, stanowiacy arterye boczna "Canale Grando". Szeroka tasma
+wielkiego kanalu znikla wkrótce z oczu i jadaca barka,
+zaglebiajac sie coraz bardziej w szyje wodnej uliczki, wymijac
+poczela coraz ciasniejsze i wezsze zaulki. Sciany domów
+odrapane, ponure, szly, zdawalo sie, na plynacych w gondoli, a
+sciesniajac sie coraz bardziej, pragnely pochlonac, gubic ja
+niejako w swym labiryncie.
+
+Ciemnosci nocne panowaly tu jeszcze wieksze. Gdzieniegdzie tylko
+lsnila zóltawo mdlym swiatlem latarnia - zywego ducha zas
+nigdzie dopatrzec sie nie mozna bylo.
+
+Umilkla od paru minut Ola trwoznie przylgnela glówka do ramienia
+Romana.
+
+- Brr! straszno tu jakos... - szepnela.
+
+- Nic, kochanie - odparl Dzierzymirski, musnawszy pocalunkiem jej
+wlosy - zaraz dojezdzamy.
+
+Nieprawdaz, ze juz blizko? - zwrócil sie do gondoliera lamanem
+wloskiem narzeczem.
+
+- Si, signore. - odparl zywo zapytany, a nudzac sie znac, bo z
+cudzoziemcem gawedzic nie mógl, zanucil pólglosem jakas
+smetna piosenke.
+
+Ubrany calkiem bialo, wahadlowym ruchem przechylajac sie
+bezustannie przy wioslowaniu w prawo i lewo, na tle otaczajacych
+ciemnosci, czynil on wrazenie fantastycznego zjawiska, glos zas
+jego monotonny blakal sie po katach i odbijal dziwnem echem o
+mury, oraz zakratowane okna w swym snie zakletych jakby domów. Roman
+milczal.
+
+Ujmujac dlon i tulac miekko w objeciu Ole, wsluchiwal sie w
+ten spiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawal wrazenia.
+Zdawalo mu sie mianowicie, ze on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,
+ale jakiegos zbójeckiego z zamierzchlej przeszlosci dojezdza
+grodu; ze ucieka, kryje sie tu ze swym porwanym, czy tez skradzionym
+lupem... Oto z ciemnych zaulków i katów spiacej Wenecyi wysuwaja
+sie po prostu jakby wyrazne jakies cienie, mary, czy odbicie dawnych
+zbrodni, mordu i gwaltów, tak licznych w historyi krwawej tego
+dziwnego miasta...
+
+- A ņel! *) - rozlegl sie nagle tuz za Dzierzymirskim krzykliwy
+glos gondoliera, i lódz jednoczesnie zboczyla w zaulek ciemny.
+[*) Uwaga!]
+
+- Sia-stali! *) - przeciagle odpowiedzial ktos z innej gondoli.
+[*) Na prawo!]
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
+
+W nadplywajacej weneckiej barce siedzial mezczyzna czarno ubrany, w
+bialym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
+
+Gondola, otarlszy sie prawie o napotkana lódke, przesliznela
+sie cicho - znowu byli sami.
+
+- Patrz, tam sie swieci, co sie stalo?... - rzekla pólglosem
+Ola, krecac glówka i wskazujac pietro jednego z domów.
+
+Roman spojrzal.
+
+- A, rzeczywiscie - odparl - przeciez choc jeden jakis znak
+zycia...
+
+Na brudna wode kanalu, porysowana sciane i kolyszacy sie
+kadlub pustej gondoli, przywiazanej u stopni marmurowych wielkich
+kutych drzwi, kladlo sie cieniem przycmione czerwonawe swiatlo,
+idace z okna oswietlonej komnaty. Jednoczesnie plynely melodyjne,
+ciche akordy fortepianu, wydobywane znac miekka kobieca raczka.
+Wtórowal im niesmialy brzek mandoliny.
+
+Rozplywajac sie powoli, w milczeniu, muzyczne tony laczyly sie
+zgodnie co pare minut ze spiewem, meskim, silnym tenorem, i szly
+ponad dachy, kanaly, lecialy daleko, drzace...
+
+Poruszony muzyka i spiewem, Dzierzymirski silniej przycisnal do
+siebie Ole. Wsluchani w melodye milosnej piesni poludnia,
+zblizyli sie oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
+pochylily sie.
+
+Pocalunek goracy zlaczyl usta mezczyzny i kobiety; nie odrywajac
+warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wsród deszczu spadajacych, jak
+drobne krople rosy, dzwieków - przeplyneli Dzierzymirscy pod
+oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi gonily ich, powodzia
+zalewaly jeszcze czas jakis, az umilkly.
+
+Gondola w tej samej wlasnie chwili wjechala na kanal s-go Marka;
+plac tejze nazwy, gdzie w calej pelni ogniskowalo sie jeszcze
+zycie miasta, zamigotal rzesiscie w oddali dziesiatkami
+niebieskawych i zóltych swiatel - przewoznik oznajmil glosno
+podróznym, ze sa juz na miejscu.
+
+- Dojezdzamy, Oluniu! - poinformowal Roman i z usmiechem wpatrzyl
+sie namietnie i czule w twarz swej towarzyszki.
+
+W ciemnosciach nawet nocy, widoczny rumieniec objal plomieniem twarz
+kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuscila przed palacem spojrzeniem
+mezczyzny, które zapewne swym blaskiem mówilo cos nad wyraz
+smialego.
+
+W tej chwili wlasnie przedni dziób gondoli stuknal o marmurowe
+stopnie hotelowego balkonu, a w pare minut pózniej Roman i Ola
+znajdowali sie juz w obszernym, o marmurowych scianach i posadzce
+pokoju, rozbrzmiewajacym w ciszy stlumionem, gluchem brzeczeniem
+mustyków.
+
+Odprawiwszy natarczywego sluge, proponujacego im przyslac
+natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na
+przechadzce placu San Marco, bazyliki i palacu Dozów -Dzierzymirscy
+wkrótce pozostali zupelnie sami.....
+
+
+
+W Wenecyi wszedzie pogasly juz swiatla. Noc zupelna, czarna,
+zawisla chwilowo nad grodem. Nie trwalo to jednak dlugo; stopniowo
+chmury na niebie rozstepowac sie poczely i rabek ksiezyca
+niesmialo wychylil sie z poza nich.
+
+Zamigotal na wiezycach kosciola s-go Marka, zlotawym brazie
+czterech rumaków, królujacych na szczycie tej katedry - musnal swym
+blaskiem sciany palacu Dozów, a przeszedlszy sie po jego galeryach
+ponurych, zajrzal w zakratowane okna wiszacego mostu, laczacego
+palac z dawnem wiezieniem, a znanego powszechnie pod nazwa "Mostu
+Westchnien".
+
+Wyjrzawszy zas juz odwazniej nieco, tracil srebrzysty lsniaca
+tafle laguny, zadrgal siecia swiatla na powierzchni wód, a
+niebieskawa sciezyna dotknawszy sie ich pieszczotliwie, otworzyl
+nagle perspektywe daleka, hen! az ku Lido-na morze...
+
+W niezamaconej niczem ciszy, starozytne zegary licznych koscielnych i
+klasztornych wiezycach wybijac poczely rytmicznie któras
+godzine. Jedne z nich brzmialy basem, inne kwilily wiolinem, lub
+brzeczaly melodyjnie, laczac w sobie te dwa melodyjne klucze, a
+bijac w ten sposób, zdawaly sie mierzyc w milczeniu chwile
+czyjegos moze szczescia...
+
+Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiezyca zaszklily sie jasnem
+swiatlem na taflach szyb hotelowych, dawnego palacu Dandolo.
+Zatrzymaly zda sie dluzej przy jednem oknie i pomknely znowu
+obojetne w dal...
+
+A posagowo usmiechniete, wiecznie tak samo szerokie oblicze
+ksiezyca nie zmienilo wcale wyrazu.
+
+Bo cóz go zaiste, obchodzic moglo tych dwoje ludzi, którzy przybyli
+az tutaj po ulude rozkoszy? Cóz znaczyly dlan dwa serca,
+zrywajace wspólnie kwiat milosci i zapomnienia?
+
+On, filozof, wszak w swem zyciu prawiecznem widzial podobnych zdarzen
+az nadto wiele; on znal nicosc tych chwil, umial na pamiec
+kochanków zaklecia i ich nieraz slomiane zapaly, gasnace za zycia
+podmuchem - pod rzeczywistosci bezlitosna reka. Wiedzial równiez,
+ze zapaly te same, odegrzane czestokroc i ozyle, kiedys, w
+przyszlosci, obosiecznem cieciem ranic moze beda tych samych
+ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno laknacych uczucia i
+uzycia...
+
+Powiewna chmurka pieszczotliwie przytulila sie do twarzy ksiezyca i
+przeslonila go leciutko, kaskada zas miesiecznych promieni,
+zbladlszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalala uspiona Wenecye.
+
+W tej samej chwili dwie jakies postacie, zblizone do siebie,
+zamajaczyly poza tafla jednego z okien hotelowych, i dwie glowy,
+dotykajac sie wzajemnie, zapatrzyly sie we wdzieczny krajobraz
+laguny i morza, zamglonych chwilowo pólswiatlem, oraz cieniami
+ksiezyca.
+
+I postawszy tak dluga chwile, jakby rozmarzone, znikly niebawem,
+splecione w uscisku, niezdolne napawac sie dlugo poza soba niczem,
+nawet pieknem przyrody...
+
+W slad prawie zatem nastala ciemnosc nieprzejrzana i zapanowala nad
+miastem pamiatek.
+
+---------
+
+
+Zadumany i jakby teskny tulil sie zmierzch szary do scian kamienic
+wielkiego miasta, do witryn wspanialych sklepów jego, pelzal u
+podnózy pomników, scieral kontury gmachów kosciolów - wszystko
+dokola pograzal w mroki i cienie.
+
+W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziala na fotelu Melania,
+marszalkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzierzymirskiej, a dotychczasowa od dziecinstwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.
+
+Przez otwarte okno, lacznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskal
+sie tutaj wolno zmrok, a sciemniajac sie stopniowo coraz bardziej,
+pocieszajaco jakby wygladzac sie staral zmarszczone wysokie czolo
+wiekowej juz matrony, lagodnie muskal jej siwe wlosy, i zagladajac
+jednoczesnie niesmialo w oczy rozumne, wyraznie zdawal sie
+wspólczuc smutnemu jej zamysleniu.
+
+Na malym stoliku przed marszalkowa lezal otwarty telegram. Opiewal
+on zas lakonicznie: "Przewidzenia sluszne. Ola juz po slubie z
+Dzierzymirskim. Przyjezdzam. Ladyzynski."
+
+Juz moze pól godziny po przeczytaniu powyzszej wiadomosci,
+nieruchomo w swym fotelu siedziala pani Melania.
+
+Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknela z domu swej ciotki,
+by wiecej nie wrócic - marszalkowa Warnicka z niepokoju postarzala
+sie byla o lat co najmniej kilkanascie.
+
+Poczatkowo nie mogla zrozumiec postepku swej siostrzenicy; tak
+dobrze bylo jej u niej, moze zatem powróci ona lada chwila -
+niewatpliwie.
+
+Musiala wyjechac z miasta na pare godzin, znaglona interesem
+waznym... mówila sobie, perswadowala staruszka.
+
+Nazajutrz jednak wieczorem, gdy zadnej o Oli nie bylo wiesci, obawa
+kochajacej dziewcze ciotki wzrosla o nia do tego stopnia, iz
+myslala, ze zwaryuje. Dom caly byl przerazony, latano, szukano
+rozpaczliwie nieobecnej po miescie, na chybil trafil - wszedzie,
+oczekujac zarazem z trwoga wiszacej zda sie w powietrzu katastrofy -
+wiadomosci jakiej strasznej, o nieszczesciu, lub nawet o smierci.
+
+Zbawca pelnej niepokoju marszalkowej okazal sie wówczas Emil
+Ladyzynski, przyjaciel calego domu Gowartowskich, stary kawaler,
+sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem czlowiek rozumny i bystry
+bardzo. Zebrawszy napredce wskazówek tu i ówdzie, wpadl od razu na
+trop wlasciwy. Domysly jego byly trafne.
+
+- A ja powiadam pani marszalkowej, ze panna Ola uzywa juz miodowych
+miesiecy! Mlodosc nie zartuje, gdy kocha... byly to ostatnie
+slowa jego i sprawdzily sie, niestety...
+
+Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
+konkurent, inaczej poradzil sobie.
+
+Marszalkowa w zadumie westchnela cicho, ciezkie bowiem, zaiste,
+czekaly ja niebawem przejscia. Brat jej, January, którego, o niczem
+jeszcze nie wiedzac, powiadomila, wzywajac go, natychmiast po
+zniknieciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...
+
+Cóz ona, na Boga, powie ubóstwiajacemu córke ojcu, jak sie
+potrafi wytlumaczyc przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece
+pozostawil on byl, wyjezdzajac, jedyne swe dziecie...
+
+Lecz czyz mogla przewidziec podobne rozwiazanie sprawy?
+
+Przenigdy!...
+
+I marszalkowa Warnicka nizej jeszcze pochylila na piersi glowe swa
+siwa, a czolo jej pooraly zmarszczki, znaczac jakby slad
+meczacych scigajacych sie mysli.
+
+- A ja, Ole, to dziecie, które wespól z bratem i ona kochala
+cala sila swej duszy, czyz tak znów dalece winic mozna bylo?...
+
+Zapewne...
+
+Nie porzuca sie od razu wszystkiego, nie ucieka chylkiem, chocby
+nawet w ramiona ukochanego mezczyzny, gdy sprzeciwia sie temu wola
+rodzica, gdy...
+
+Pani Melania przetarla czolo pomarszczona dlonia. "Mlodosc nie
+zartuje, gdy kocha!" zabrzmialy jej w uszach slowa Emila
+Ladyzynskiego. Mial slusznosc...
+
+I nagle, z poczatku nieokreslone, pózniej coraz glosniejsze,
+smielsze, zakielkowaly w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyz
+doprawdy, Ola nieszczesliwa tak bardzo byla winna?... Milosc
+oszolomila ja, porwala, a reszty niewatpliwie dokonalo wychowanie
+mlodej panny, kaprysnej pieszczotki ojca, ulubienicy równiez jej,
+marszalkowej, zawsze dlan poblazliwej i slabej.
+
+I pani Melania znów zadawala sobie dalej w mysli pytania...
+
+- Czy Ola posiadala w duszy swej to, coby ja od popelnionego kroku
+wstrzymac moglo? Czy wpajano w nia te zasady mlodych, takie na
+przyklad, jakiemi ja karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
+podobnych wyroslo?... Marszalkowa w zadumie spuscila nisko glowe.
+
+- Nie, nie! - odpowiadalo cos skrycie na dnie jej duszy.
+
+Ola zasad takich nie miala, a z czyjejze to bylo winy?
+
+Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastepnie i jej przecie,
+zastepujaca Oli odeszla z tej ziemi matke.
+
+I z szara godzina, coraz bardziej rozgaszczaja sie po buduarze - z
+mrokiem, pelnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradajace sie
+do duszy marszalkowej wyrzuty poteznialy, rosly... Samokrytyka zas
+wlasnego postepowania zgryzliwie szarpac poczela jej mózg, coraz
+to nowemi pytaniami ja zasypujac:
+
+- Czy staralas sie wniknac do duszy mlodego dziewczecia, a potem,
+zbadawszy ja, formowac i uksztalcac? - mówila ona. - Czy wtedy -
+pytala dalej - gdy po niewinnem dziecinstwie i mlodocianych leciech
+po raz pierwszy wstapila Ola, juz jako dorosla panna, na sliska
+arene salonów i swiatowego zycia, dalas ty jej, prócz wskazówek
+powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, glebszej,
+powazniejszej natury?...
+
+A pózniej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawa, flirtami i tancem, z
+pobudzonymi zmyslami i wyobraznia, wracala ona do domu z
+towarzyskich balów i zebran - czy zastanowiliscie sie wy kiedys, ty
+i brat twój, January nad tem, co przechodzilo tam przez owa mloda
+glówke, co zapalalo wyobraznie jej i w bezsennych nocach moze
+marzeniem uludnem na skrzydlach niezdrowych fantazyj nie pozwalalo
+zamknac zrenic do snu cichego?...
+
+Uczyniliscie wy to wszystko? Zastapilisciez dziewczeciu temu
+matke, wykonywujac wspólnie ten nalozony na was obowiazek, z ta
+konieczna drobiazgowoscia, z która w istocie czestokroc nie
+rachuja sie rodzicielki same?...
+
+Oblicze zadumanej marszalkowej wyrazalo teraz ciche cierpienie, zal
+jakby i skruche, w tym bowiem wewnetrznym, milczacym rachunku
+sumienia coraz ciezsze odczuwala winy po swojej i brata stronie.
+
+A raz poruszone sumienie znów pytalo dalej nielitosciwie: - Czy
+pochwycilas ty równiez te chwile, gdy do krysztalnej mlodej dotad
+jeszcze duszy zapukala milosc, wkradla sie tam, i rozkwitla
+bujnie? Czuwalazes razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
+Rozumnem slowem, uwaga gleboka, ksztalcilisciez je? hodowali,
+strzegac to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
+Myslelisciez wy o tem, iz tam, zamiast skromnego, pieknego paczka,
+o barwie lagodnej, moze wzrosc ukrycie i bezksztaltna zajasniec
+purpura kwiat namietnosci cichy, wszystko dokola duszacy swa
+wonia?..
+
+Czy uczyniliscie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
+watpliwosci wszelkich, szarpnelo pytanie ostatnie dusza
+marszalkowej.
+
+Przygnebiona oparla znuzona glowe o poduszke staroswieckiego
+mebla.
+
+Odpowiedziec nie mogla obrona na zarzuty, powstale w jej myslach za
+podszeptem sumienia - milczala zatem.
+
+- Nie! - szyderczo odpowiedzial z kolei rozum!... Wypiesciliscie
+tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiscie mu niczego -
+osypywaliscie wszystkiem, czego zapragnelo, znoszac nawet kaprysy,
+zachcianki i urojenia; ustepujac woli, która rozumnie powinniscie
+byli ksztalcic; sluchajac - a nie rozkazujac!
+
+- O, wy! wychowawcy mlodego pokolenia, jakze daleko jestescie od
+powinnosci swoich!.. zasmial sie w koncu rozum z gorycza.
+
+Marszalkowa Warnicka, nie ruszajac sie z miejsca, przymknela
+powieki, chwile dluzsza w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
+wreszcie wstala ociezale z miejsca swego i powoli zblizyla sie ku
+oknu.
+
+Zapalono juz latarnie w miescie. Po szerokich - trotuarach
+pierwszorzednej ulicy snuly sie tlumy. Pani Melania wpatrzyla sie
+w nie, a w jej myslach jednoczesnie szumialo:
+
+- Uderz sie w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bos winna, bardzo
+winna!
+
+Zamigotal, zablysl snopem promieni i iskier milosci plomyk, i
+dziewczyna wyciagnela ku niemu pragnace ramiona, jak lódz bez
+steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, która wychowalas -
+zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie ogladajac sie nawet za
+ich blogoslawienstwem!
+
+- Zbieracie, coscie zasiali! - glos jakis w uszach marszalkowej
+rozbrzmiewal i rósl, pelen potegi.
+
+Nagle staruszka cofnela sie wstecz calem cialem i drgnela
+nerwowo. W ciszy apartamentów rozlegl sie w tej chwili pokilkakroc
+silnie dzwonek.
+
+To byl January Gowartowski. Marszalkowa przeczuciem juz zgadywala
+przybycie brata, a przetarlszy czolo reka, z glebokiem
+westchnieniem odstapila od okna.
+
+
+W sasiednim salonie, na odglos dzwonka, zapalal wlasnie maly
+lokajczyk swiatlo, w przedpokoju rozbieral sie ktos i rozmawial ze
+sluzacym.
+
+Pani Melania, wsluchawszy sie pilnie, poznala glos brata. Wysilkiem
+woli rozpogodziwszy, jak umiala, oblicze, przestapila próg buduaru,
+i weszla powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
+ukazal sie przybyly.
+
+Byl to mezczyzna, lat kolo szescdziesieciu moze, chudy, wysoki,
+i pomimo wieku, trzymajacy sie jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
+trzcina, o wygladzie i ukladzie delikatnym, zrecznym i dystyngowanym.
+Twarz January Gowartowski mial wygolona starannie, glowe piekna, z
+przyprószonym nieco wlosem, a was sumiasty, bialy, okalal mu wargi,
+wygiete nieco dumnie - oblicze zas jego, nacechowane jakby wyrazem
+wynioslosci, nerwowe, zmienne, znamionowalo czlowieka, na. pierwszy
+rzut oka, nader wrazliwego i uczuciowego moze nad miare.
+
+Ujrzawszy siostre, podbiegl ku niej szybko i zlozyl w milczeniu na
+jej rece pelen uszanowania pocalunek. Przytem spojrzenie
+Gowartowskiego spoczelo na jej twarzy pytajaco, i dopiero po
+przelotnej chwili oczekiwania jakby, widzac marszalkowa nieco
+zmieszana, odezwal sie pierwszy:
+
+- Odebralem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnal mie tu
+natychmiast... Ola wyjechala podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
+jej co zlego sie nie stalo? moze ona chora, groznie, bron Boze?..
+Powiedz, Melanio, szczera prawde, mów predzej, bo wytrzymac z
+niepokoju nie moge!.. - drzaco wymówil pan January slowa ostatnie,
+z akcentem prosby, glosem pelnym obawy, i z troska na wyrazistej
+twarzy czekal na odpowiedz.
+
+Tymczasem zmieszanie marszalkowej roslo. Unikajac spojrzenia brata,
+rzekla:
+
+- Alez uspokój sie, mój drogi, cóz znowu?.. Upewniam cie, iz Ola
+najzdrowsza sie czuje i ze zgola nic zlego jej nie grozi...
+
+Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzila sie i westchnienie ulgi
+podnioslo piers jego, odczul bowiem szczerosc w slowach siostry.
+
+Rzuciwszy opodal kapelusz i podrózna torebke, usiadl wygodnie na
+fotelu i spokojnym juz zupelnie glosem zapytal:
+
+- No, wiec cóz, na Boga, stalo sie z Ola? wyjechala - dokad?...
+
+- Zmeczonym pewnie jestes i glodnym - przerwala bratu Melania -
+moze kazac dac ci herbaty, przekaski?... - i mówiac to,
+przycisnela guzik elektrycznego dzwonka.
+
+- Alez, ma chčre, - zachnal sie troche niecierpliwie Gowartowski
+- to wszystko zrobimy pózniej, po cóz te ze mna ceremonie; co ci
+sie dzisiaj stalo, taka nienaturalna jakas jestes? - zatrzymal sie
+pan January i spojrzal siostrze badawczo w oczy.
+
+- Nakarmisz mnie potem - dorzucil po chwili, z usmiechem - lecz
+opowiedz mi najprzód, co sie tutaj stalo?...
+
+Marszalkowa i na to nic zupelnie nie odpowiedziala, bo w tej
+wlasnie chwili na progu salonu ukazal sie przywolany lokaj.
+Wszystko, co dotad czynila, mialo za cel zyskac tylko na czasie, po
+prostu bowiem nie wiedziala, w jaki sposób podac bratu smutna i
+wstrzasajaca odpowiedz i w jakiej uczynic to formie. Zwrócila
+sie do sluzacego.
+
+- Zapal lampe w buduarze, a gdyby kto tam przyszedl, to powiedz, zem
+cierpiaca, i nie przyjmuje...
+
+- Wszak prawda - z kolei pytajaco na pozór skierowala sie do brata -
+i ty zapewne nie masz dzis ochoty widziec gosci?...
+
+Za cala odpowiedz Gowartowski wzruszyl z lekka ramionami,
+jednoczesnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzal na siostre, a z
+twarzy jego pierzchla pogoda.
+
+Cos poza kulisami dzialo sie w tym domu niedobrego, czul to pan
+January nerwami, wiec czolo zasepilo mu sie i brwi przelotnie
+zmarszczyly. Powstal goraczkowo z siedzenia, nieobecny mysla,
+szukajacy zagadki, nie rozumiejac slów siostry, znajdujacej sie
+juz w oswietlonym buduarze i mówiacej cos do niego.
+
+- Co mówisz? nie slysze... - rzucil po chwili. - Moze tu
+przejdziesz, bedzie nam wygodniej rozmawiac... - powtórzyla
+glosniej tym razem marszalkowa.
+
+Gowartowski poslusznie podszedl ku drzwiom i przestapil próg
+buduaru.
+
+Zamknij drzwi za soba, mój kochany, i siadaj, prosze cie! -
+bezdzwiecznym glosem odezwala sie pani Melania, sama zas
+skierowala sie, by przymknac drzwi do pokoju jeszcze jedne.
+
+Pan January tymczasem usiadl i ze wzrastajacym coraz bardziej
+niepokojem sledzil ruchy swej siostry. Teraz byl juz pewnym, ze
+czeka go cos niezwyklego, i zlego, tak bowiem ostroznej i dziwnie
+postepujacej siostry dawno juz nie ogladal.
+
+Marszalkowa zblizala sie wlasnie ku niemu, a usadowiwszy sie
+obok, na kanapie, ujela w obie dlonie rece brata. Postanowila w
+mysli zaraz od razu przeciac drazniace peta wstepnej rozmowy,
+rzekla zatem lagodnie i serdecznie, wpatrzywszy sie rozumnemi i
+dobremi oczami w twarz brata.
+
+- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, ze nie zanadto
+zmartwisz sie tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomosc bardzo
+smutna, co ci zakomunikowac musze - prawdziwie po mesku...
+
+- Alez dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-ze mi nareszcie, o
+co chodzi, bo siedze, jak na rozzarzonych weglach, i po glowie
+lataja mi wprost niemozliwe przypuszczenia!.. Mów predzej, blagam -
+cóz z Ola sie stalo?.. - wybuchnal Gowartowski, ostatnie zas
+slowa jego drgaly wymówka i prosba.
+
+Wyraz wspólczucia przemknal po twarzy matrony siwej, i objawszy
+rekami glowe brata, ucalowala ja czule.
+
+- Ola... juz po slubie... - rzekla równoczesnie szeptem.
+
+Gowartowski, jak podrzucony, zerwal sie z fotelu, i wzrokiem blednym
+na marszalkowa spojrzal. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknal w
+pierwszej chwili. - To byc nie moze!... - dorzucil i urwal...
+Wpatrzywszy sie bowiem uwazniej w twarz siostry, poznal, iz ona
+mówi prawde, po chwili jeknal wiec tylko cicho:
+
+- Z kim?... i caly, zdawalo sie, zawisl na ustach pani Melanii...
+Glos zadrzal marszalkowej, gdy, jak mogla najspokojniej, panujac
+nad wlasnem wzruszeniem, odpowiedziala wolno:
+
+- Z Romanem Dzierzymirskim...
+
+- Z Dzierzymirskim... z tym holyszem... synem tej... tej Wloszki,
+spiewaczki!... - glos zalamal sie panu Januaremu, i schwycil sie
+on obiema rekami za glowe. - I bez... bez... - tu glos
+Gowartowskiego przeszedl w chrypke, snac wstrzasajaca nowina
+zatamowala mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
+blogoslawienstwa!... - wykrztusil; dokonczyl nareszcie, z bólem i
+gniewem... Twarz przytem znekanego otrzymana wiadomoscia ojca,
+dotad blada bardzo, zakwitla nagle ceglastym rumiencem, nogi zas
+widocznie zachwialy sie pod nim, gdyz ciezko, bezsilnie, upadl na
+pobliski gleboki fotel.
+
+Powtórnie, z macierzynska iscie troskliwoscia, objela glowe
+stroskanego brata marszalkowa Warnicka, jakby ta czula pieszczota
+siostrzana ukoic pragnela, choc chwilowo, cios, przed chwila
+slowami przez nia zadany.
+
+Lecz Gowartowski odtracil ja prawie ze brutalnie, niepomny niczego,
+a chwyciwszy w dloni reke siostry, przemówil zapalczywie, urywanym
+glosem.
+
+- Jak to? I ty, Melanio, pozwolilas na to? ty, na opiece której, niby
+matki rodzonej, zostawilem moje dziecie? Ty dalas zezwolenie, nie
+zawiadomiwszy mnie o niczem?
+
+I pan January ponownie z miejsca swego sie zerwal, i wykrzyknal
+wzburzony:
+
+- Wiedzac, ze temu mlokosowi, awanturnikowi odmówilem dawniej,
+naumyslnie usypialiscie czujnosc moja, by mnie podejsc, oszukac,
+i mysleliscie moze, iz ja to przyjme post factum, "tak sobie!"
+
+- Alez zmiluj sie, uspokój ! - pospiesznie przerwala marszalkowa.
+- Nic jeszcze nie wiesz dokladnie, a juz obwiniasz innych na
+chybil-trafil. Prosze cie, bardzo prosze, cierpliwosci troche,
+spokoju, az opowiem ci wszystko, - dodala blagalnie.
+
+Pan January mimo woli ucichl i spojrzal pytajaco na siostre.
+
+- Serce-z ty moje, posluchaj, a nie martw sie tak okrutnie -
+drzacym od wzruszenia glosem, ze wspólczuciem, przemówila znowu
+pani Melania, w naglem rozczuleniu zatracajac przytem wyraznie
+rodzonym ukrainskim akcentem, od którego odzwyczaila sie byla swa
+ciagla bytnoscia w miescie. - Posluchaj, jak sie rzecz miala -
+zaczela marszalkowa, i ciagnela tak dalej : - Przede wszystkiem,
+kiedy juz tak bolesnie dotknales mie przypuszczeniem, ze bylam w
+zmowie przeciwko tobie, wytlumaczyc sie winnam... Tak nie bylo
+wcale, jak sadzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgola
+nie wiedzialam...
+
+Jak to? - przerwal siostrze zdumiony Gowartowski.
+
+- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupelnie nie wiedzialam -
+powtórzyla marszalkowa, z widocznym zalem w glosie - a dlaczego?
+Dlatego, ze oni poradzili sobie bez nas... Roman porwal Ole i
+natychmiast wyjechali razem za granice.
+
+I pani Melania umilkla, wszystko najgorsze juz bylo bratu wiadomem.
+Pod nowym ciosem pochylila sie glowa mezczyzny, i odbilo sie na
+niej jeszcze bolesniejsze cierpienie.
+
+- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakze zawiodlem sie na, tobie! - z
+ciezkiem westchnieniem wymknelo sie z ust biednego ojca.
+
+Marszalkowa spogladala wzruszona na brata. Gniewu jego nie bala sie
+ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lekala sie dotad najbardziej,
+to tej rany wlasnie, zadanej kochajacemu sercu ojcowskiemu przez
+córke, depczaca przywiazanie do niej silne i bez upamietania - dla
+uludnej fatamorgany zmyslowych rozkoszy, dla milosci kwiatów i
+ponet...
+
+Pan January, z glowa na piersi schylona, milczal teraz, ukrywszy
+twarz w dlonie. Ze wzrastajacem coraz bardziej wspólczuciem
+patrzyla wciaz pani Melania na brata i myslala:
+
+- 0, dzieci, dzieci, pokolenia mlode, jakze wy czesto i okrutnie
+ranicie serca starych! Przywiazuje sie ich jesien smutna do waszych
+wiosen, pelnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukajace wciaz ciepla
+i slonca, lekkomyslnie rzucacie te serca, tratujecie milosc,
+zaparcia siebie pelna, a pogardzajac dogasajacemi, popielejacemi
+iskrami - szukacie, garniecie sie do ognia, do mlodych!..
+
+Przeciez i dla mnie pieszczotka Ola byla dotad wszystkiem, lube
+dziecie!
+
+Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bilo slonce milosci
+mlodej, ptaszyna zerwala jedwabne peta przywiazan domowych, bo w
+mroki cichych, dotychczasowych jej uczuc, do serduszka dziewczecego,
+wdarl sie promienisty blask potezniejszy, silniejszy! Zwykla kolej
+rzeczy tego swiata...
+
+Chcac przerwac milczenie, pelne dla obojga rozmyslan przykrych,
+pani Melania poczela mówic znowu przyciszonym glosem:
+
+- Podziekujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, ze slubem skonczylo
+sie to wszystko. Teraz z wola Boza pogodzic sie nalezy, i z
+przeznaczeniem, to trudno... - ciagnela dalej, widzac, ze na jej
+slowa wyrwany z glebokiej zadumy brat podniósl glowe i slucha -
+Nie uwierzysz, ile ja przecierpialam, nim doniesiono mi o tem, ze oni
+gdzies w poblizu austryackiej granicy, w jakiejs tam wioszczynie
+slub wzieli.
+
+- Zkadze masz te wiadomosc? - zlamanym i cichym glosem spytal
+Gowartowski.
+
+- Marszalkowa ze smutkiem spojrzala na brata. Serce zabolalo ja,
+jakze bowiem innym, odmiennym calkiem, stal sie on nagle teraz, po
+odebraniu wiadomosci, tak dlan wszechstronnie bolesnej. Powoli,
+miekko, opowiadac mu ona poczela stopniowo wszystko.
+
+A wiec, o ucieczce Oli, o wlasnych cierpieniach, o tem, ze z tak
+licznych znajomych prawdy nie domysla sie dotad nikt jeszcze, o
+Ladyzynskim...
+
+Pan January, przybity, sluchal teraz slów siostry pokornie, jak
+dziecko, nie odzywal sie juz wcale, trudno zas bylo zareczyc, czy
+w myslach bezustannie zatopiony - slyszal.
+
+Skonczywszy swa opowiesc, marszalkowa rzekla:
+
+- Bóg mi swiadkiem, iz nic winna nie jestem... Po wyjezdzie twoim i
+odmowie, która dales Dzierzymirskiemu, gdy oswiadczyl sie o Ole
+przed paru tygodniami, nie przyjmowalam go wcale. Gdzie widywal sie z
+Ola, jak i kiedy ulozyli ze soba wszystko? Dotychczas zadnego o tem
+nie mam pojecia. Cóz robic - wola Boska!..
+
+Gdy marszalkowa wymawiala te ostatnie wyrazy, instynktownie
+przysunela sie do brata, chcac pocieszyc go zapewne, lecz w tej
+samej chwili spojrzenie jej padlo na drzwi od salonu, i drgnela
+nerwowo. Zdalo jej sie, ze ktos dotyka wlasnie klamki...
+
+Rzeczywiscie, w sekunde pózniej rozleglo sie trzykrotne pukanie, w
+slad za tem zas sluzacy zawiadomil, ze podano kolacye i
+herbate.
+
+- Czy masz ochote jesc teraz? - spytala lagodnie brata pani
+Melania.
+
+Pan January, machnawszy poprzednio reka, zrobil glowa ruch
+negatywy, pelny obojetnosci i zniechecenia.
+
+Marszalkowa westchnela cicho.
+
+-Bedziemy jedli pózniej! - rzucila glosno.
+
+Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylil sie i
+spojrzal przez dziurke od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
+przyciszona rozmowa, której watka schwycic nie mógl, postawszy
+chwile, oddalil sie na palcach by zakomunikowac wiadomosc te
+pozostalej sluzbie.
+
+Z dobra godzine, a moze i wiecej jeszcze, minelo nim roztworzyly
+sie owe drzwi buduaru, i wyszlo z niego rodzenstwo. Jakiez jednak
+bylo zdumienie domowników, gdy zamiast spozyc wieczerze, oboje
+rozeszli sie do swoich komnat, nie tknawszy jej wcale.
+
+I pózno potem w apartamentach marszalkowej Warnickiej palily sie
+dwa swiatla.
+
+Dlugo, bardzo dlugo, na kleczkach przed zapalona lampka i
+wizerunkiem Matki Bozej modlila sie goraco polska matrona, zanoszac
+prosby do nieba. Ukrywszy glowe w dlonie, rozmyslala ona o
+ulubienicy swej, Oli, modlila sie za nia, za brata wreszcie, by mu
+los przyszlosc oslodzil. W koncu swiatlo u niej zgaslo.
+Zmeczona wrazeniami ciezkich trzech dni ostatnich, staruszka
+zasnela twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwa...
+
+Inaczej sie dzialo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
+zmeczony jednostajna po pokoju wedrówka, zgasil lampe,
+ulozywszy sie do snu.
+
+Lecz sen - ukoiciel daleko odlecial od znekanego starca.
+
+Przez wielkie okno wkradalo sie pólswiatlo usianej gwiazdami nocy
+letniej, sennej i cichej; mrugajace na niebie gwiazdy zagladaly do
+wnetrza - komnaty, polozonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
+zawislszy nad lozem, wpatrywaly sie blyszczace, pytan
+niedyskretnych pelne, w pobladle lica bolejacego tu czlowieka.
+
+0! jakze noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna byla inna dla
+zapomnianego ojca, a jak inna, choc ta sama, rozpieta na wloskiem
+niebie, dla dwojga mlodych w Wenecyi!...
+
+Tam, w upojeniu, w milosnej ekstazie, dwie dusze, dwa mlode istnienia
+zlewaly sie w jedno!... Na zegarach ich przeznaczen teraz wlasnie
+bila moze zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska uludna
+szczescia godzina...
+
+A tu?...
+
+Z cierpieniem i bólem sam na sam borykal sie starzec, tlumiac lzy,
+cisnace mu sie gwaltem do oczu...
+
+Bo czyz, zaiste, to dziecie wlasne, drogie, nie sponiewieralo go
+bezlitosnie? Czyz za tyle lat ojcowskich trudów, milosci i zaparcia
+sie siebie, on, rodzic kochajacy, jak rzadko który moze, zasluzyl
+tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
+
+Wiec on wobec córki wlasnej nic nie znaczyl? Blogoslawienstwo
+jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zas, jego wlasne "ja,"
+którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawalo mu sie pietnem, odbite
+bylo na duszy Oli, takze okazalo sie tak slabem tylko? 0! do
+jakiego stopnia slabem nawet, kiedy nie potrafilo oprzec sie nowemu
+uczuciu - intruzowi!...
+
+Usmiech gorzki, bolesci pelny, przemknal sie po ustach
+Gowartowskiego.
+
+- Wiec nic trwalego na tym padole! - myslal - wszystko
+marnoscia... rozwiewajacym puchem!... Wiec drogie kamienie, perly
+uczucia, powstale w ojcowskiej duszy z tysiacznych zycia
+szczególów, cicho wyrosle tam kwiaty trwalego rodzicielskiego
+przywiazania, z góry juz skazane byc musza niemilosiernie, by
+zwiednac zapoznane...
+
+Ach, jakze on, naiwny, dalekim byl mysla od tego! Jakiemze przykrem
+rozczarowaniem byla dlan ta naga rzeczywistosc, brutalna, bez
+zaslon, chocby konwencyonalnych tylko!
+
+Gowartowski scisnal glowe rekami, zdawalo mu sie bowiem, iz ona
+peknie od mysli, cisnacych sie, jak nieproszone tlumy... Subtelny
+umysl jego gial sie pod ich naporem, szumial, niby rój
+brzeczacych, dokuczliwych owadów.
+
+Nagle, jakby dziwnym wplywem reakcyi, w glowie lezacego zapanowala
+próznia...
+
+Gowartowski na mala sekunde tylko przestal myslec...
+
+I natychmiast zrecznie z chwili tej skorzystala samowiedza.
+
+- Przypomnij sobie wlasna przeszlosc - szepnela - badz
+wyrozumialym!... Poszukaj dobrze, a niewatpliwie znajdziesz tam
+moment, analogiczny z chwila obecna!...
+
+Wszak mlodosc ma swoje silne prawa, kazdy w tym czasie korzysta z
+nich, a starosc, ubrana w pozólkle, lecace liscie jesieni
+zycia, swa glowe srebrna pochylic zawsze musi przed jej
+oslepiajacym blaskiem, pomna, ze i ona kiedys taka sama byla.
+
+I pan January wysilkiem woli uprzytomnil sobie nagle minione lata
+swoje, wpatrzyl sie w nie na chwile...
+
+- Nie, nie!... - wolac poczelo we wzburzeniu cale jego jestestwo.
+
+Tego, co go dzisiaj spotykalo, nie bylo tam zgola. On szanowal
+sedziwy wiek, przywiazania starych nie tratowal; choc kochal i
+szalal, jednak zawsze godzil jedno z drugiem.
+
+Tu zas obecnie dzialo sie zupelnie co innego. I Gowartowski w tej
+samej chwili odwrócil sie do sciany, a przymknawszy machinalnie
+powieki, i jakby chroniac sluch od jakichs odglosów, jak dziecie
+wcisnal w poduszki glowe swa siwa. Bo nagle zdalo mu sie
+wyraznie, ze czyn Oli przyoblekl sie w slowa i w pustych, cichych
+scianach pokoju krzyczy wielkim glosem:
+
+- Idz w kat, stary niedolego! Czyz ja potrzebuje ciebie sie
+pytac? Ja chce zyc, kochac! Pragne za meza mezczyzny drogiego
+sercu, a tu ty myslisz mi przeszkodzic?...
+
+W ciszy pokoju, w uspieniu letniej nocy, rozleglo sie bolesne,
+stlumione lkanie - starzec plakal...
+
+Dawno niezmoczone lza sedziwe meskie powieki, zaszklily sie rosa
+- stroskanego ojca uniósl ból poczal rozsadzac piersi.
+
+A jednoczesnie przywidzialo mu sie, jakby w halucynacyi naglej, ze
+oto skadsis nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
+rydwan zlocisty... Przytuleni, zrosli jakoby ze soba, siedza na nim
+Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widzac nic dokola.
+
+Rydwan zas wspanialy zbliza sie coraz bardziej...
+
+Ciagna go ogniste piekne rumaki biale, a po jego stopniach, ozdobach
+i kobiercach, wszedzie sypia sie kwiaty; zasypuja go,
+pochlaniaja...
+
+Muzyka wesola, skoczna, zaglusza tymczasem tetent koni - nad
+zakochana para mlodych roje cherubów unosza sie w górze,
+skrzydelka ich szumia radosnie, a czarowna milosc toruje im
+droge!...
+
+I Gowartowskiemu zdaje sie równoczesnie, ze pojazd ten wprost na
+niego wpada.
+
+Tak jest, wyraznie, wyraznie!...
+
+Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijanskie uderzenia kopyt
+konskich...
+
+Ach!...
+
+To kola rydwanu przemknely po nim zwyciesko!...
+
+Zaszumialo... Posypaly sie znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka
+glosniej zabrzmiala.
+
+Minela chwila...
+
+Ucichlo wszystko, zniklo i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
+zadrzal milosnie pocalunku szmer...
+
+Pojechali.
+
+Zimny pot zaperlil sie na czole Gowartowskiego. - Przez mysl
+przemknelo mu slowo: Waryuje?...
+
+Lecz niebawem znowu powrócila mysl zblakana.
+
+I cierpienie natychmiast ukluciami drobnemi ranic go ponownie
+zaczelo.
+
+Powtórnie, umilkle na drobna chwile, jak przyplyw morza,
+niepowstrzymany, powrotny, rozleglo sie w cichym spokoju komnaty
+zduszone lkanie...
+
+Szerokiem korytem rozlewala sie bolesc upokorzonego, zranionego
+ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho plynela eterami, w
+dal...
+
+Na dworze sciemnilo sie tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
+pojawily sie male chmurki, przeslonily zagladajace ciekawie do
+pokoju gwiazdy...
+
+Cienie rozkladaly sie obecnie w sypialni, a z nimi powoli,
+zmeczeniem snac zwyciezane i wyczerpaniem, milklo bolesne lkanie
+starca, przechodzac stopniowo w placz cichy. Cóz stalo sie powodem
+tego ukojenia, dzialajacego lagodnie, jak balsam, na znekana
+cierpieniami dusze stroskanego ojca?
+
+Moze to bylo przywidzeniem tylko, jednak w majaczacych, coraz wiecej
+zasiedlajacych pokój pólcieniach, na ich tle widoczna zarysowala
+sie niewyrazna jakas postac, nachylona ze wspólczuciem...
+
+Któz to byl tak niepochwytny, z eterów zaledwie zlozony caly?
+Mara, czy zludzenie?
+
+Jednoczesnie jakis dziwny szelest jakby rozlegl sie równiez po
+pokoju... Z przytlumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce
+spadalo cos w pewnych od siebie odstepach, za spadnieciem zas
+kazdej kropli rozlegal sie w cichej komnacie jakis pelny,
+oddzielny, harmonijny ton stlumiony - grala jednolita, oderwana,
+melodyjna nuta.
+
+Cichla - i znów to samo czynila druga, trzecia, czwarta...
+
+Cóz to bylo na Boga? Czary, czy tez tylko igraszka cieni i
+sluchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywolany ze sfer
+niebieskich prawdziwem cierpieniem, splynal byl Aniol pocieszenia,
+a siadlszy cicho przy lozu szarpiacego sie z hydra bólu starca,
+niósl mu ukojenie - od Boga!...
+
+Sciany pokoju tymczasem coraz ciszej graly swa muzyke dziwna...
+
+To ostatnie, do czary konchowej w dloniach Pocieszyciela, zmieniajac
+sie tam w piekne drogocenne perly, spadaly z oczu czlowieka-ojca -
+lzy...
+
+
+
+
+------------
+
+
+Nad lekko zmarszczona, a mieniaca sie jeszcze w zielonkawe blaski
+powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokregu, lagodniala
+coraz bardziej czerwona wstega zachodu, az znikla, spelzla
+zupelnie, wyparta mrokiem idacego wieczoru.
+
+W zakladzie kapielowym, na Lido, zapóznieni, w rozmaitych kostyumach
+goscie, powoli, stopniowo, zdazali do kabin swych, az objeta palami
+i sznurem ogromna przestrzen morza, przeznaczona na kapiel, zupelnie
+opustoszala niebawem.
+
+Natomiast na werandzie posrodku zakladu, na rubiezy kapieli,
+zaroilo sie od gosci, spragnionych wypoczynku.
+
+Odcinajac sie od innych wysoka, smukla swa postawa i dystynkcya,
+zmierzajacy do wolnego miejsca tuz pod balustrada, nad morzem,
+przeciskal sie pomiedzy licznymi zajetymi juz stolikami, Roman
+Dzierzymirski, w ubraniu calem bialem, licujacem bardzo korzystnie z
+piekna sniada twarza jego i czarnym zarostem. Znalazlszy w korku
+wolne miejsce, usiadl i kazal podac sobie napój odswiezajacy, a
+zdjawszy zarazem bialy kapelusz - z tegoz materyalu, co odzienie
+zrobiony - spojrzal wokolo...
+
+Przytlumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróznych jezykach,
+brzeczal w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tlum; na pieknego,
+a samotnego cudzoziemca spogladalo ciekawie i zalotnie kilka
+siedzacych opodal, przystojnych Wloszek o grubych zmyslowych wargach
+i duzych, blyszczacych, czarnych, jak wegiel, oczach.
+
+Dzierzymirski przetarl czolo reka, i popatrzyl z kolei przed
+siebie. Otulone juz mglami zmierzchu morze marzylo jakby zadumane.
+Przyciszonym loskotem uderzalo o brzeg fala, mówilo cos,
+szeptalo...
+
+Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejacej jego fali scigaly sie
+teraz mroki, jakies cienie tajemniczo plywaly po niem, gwarzyly ze
+soba gdzies w oddali, a tlumione ich glosy niósl echem lagodny
+szmer fali...
+
+Tesknym wzrokiem wpatrzyl sie Dzierzymirski w bezmiar wód
+Adryatyku, zdalo mu sie bowiem, ze wsród tych otaczajacych go,
+obcych ludzi, ono jedno brata sie z nim obecnie, i przyjacielskiem
+uchem mysli jego slucha.
+
+A Roman calkiem swobodnie poddac sie im mógl po raz pierwszy od
+bardzo dawna; nie oczekiwal bowiem na nikogo, byl sam zupelnie;
+zone, cierpiaca na migrene, pozostawil w hotelu na wlasne jej
+zadanie.
+
+Dotad zas po prostu nie mial czasu pomyslec, wniknac w siebie.
+
+Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijalo dwa tygodnie, a w calym
+tym okresie, upojony haszyszem milosci dzielonej, przykuty do Oli
+zlotymi lancuchy uczucia, wprzagniety w oszalamiajace, uludne
+jarzmo chwil miodowych - snil on, spal, zyjac zyciem nie
+rzeczywistem, ale jakiems innem, oderwanem, lsniacem sie li tylko
+jasnoscia, promieniami i blaskiem.
+
+Prócz tego, jednoczesnie doznawal on i wrazen innych,
+subtelniejszych. Byly zas niemi: po pierwsze, wrazenia czysto
+zewnetrzne, a wiec ciagle, bezustanne pobudzenie poczucia piekna,
+wyzwane zetknieciem sie z sztuka tego zakatka pamiatek Italii; -
+wewnetrzne, a tym razem równiez w scislej pozostajace lacznosci
+z osia wszystkiego dlan teraz - z Ola.
+
+Dzierzymirski z licznych dotad milostek obeznany byl dobrze z
+kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwal to, co dzis...
+
+Bo dotad tak zwykle zdarzalo sie zazwyczaj; ze on byl w milosci
+zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejsza
+byla - poddawala sie tylko sile jego uczucia.
+
+Teraz zas dzialo sie wrecz przeciwnie: to on czul sie wiecej
+pragnionym i kochanym - to on poddawal sie sile szalów,
+pozadan...
+
+Po stronie kobiety byla widoczna przewaga, Roman zas nurzal sie w
+tej czystej toni niepokalanego dotad niczem uczucia, jak w zródle
+swiezem, krynicznem nowego zlotego zycia, odmladzal sie w niem,
+orzezwial, i upojony, odurzony - zasypial zycie, marzyl i snil,
+wchlaniajac w siebie cala moc i potege skierowanej ku niemu
+milosci.
+
+A jednak, wszak i on kochal Ole: Któz by watpil o tem, gdyby tylko
+mógl spojrzec na ukryta, starannie od ludzkiego oka, a zapisana
+karte jego tak niedawnej jeszcze przeszlosci.
+
+W tej chwili Roman, przezywajac jakby w myslach swych, poza
+terazniejszoscia i lata minione, wzdrygnal sie, brwi zmarszczyl,
+i machinalnie spojrzal przed siebie.
+
+Zupelnie spowil juz morze mrok ciemny. Hen, daleko, blyszczaly
+swiatla, pozapalane na niewidzialnych prawie golem okiem parowcach.
+Trzy z nich mrugaly juz na kolyszacym sie wodnym obszarze, po
+chwili zablyslo czwarte, piate...
+
+Lekki wietrzyk wional po fali, poruszyl sie zadumany wód olbrzym,
+zakolysal, zaszumial tajemniczo glosniejszym, niz dotad, chórem
+podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagral...
+
+U stóp Romana silniej zapluskaly fale.
+
+W uderzeniach zas ich, teraz juz zupelnie bliskich, wyraznych,
+powtarzajacych sie co chwila, jakis ukryty, szyderczy, szemrzacy
+jakby glos wolal, zda sie, gdzies z glebin dalekich:
+
+- No, i cóz, przywlaszczycielu cudzego zlota, dobrze ci z niem, co,
+nieprawdaz? Ubóstwiaja cie, grasz role milionera!
+
+Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zasmialy sie nagle wody.
+
+- Myslisz moze, ze teraz, dotykajac sie juz pieniedzy innych,
+wytlumaczonym przez to jestes? Ze zapomniano, zagrzebano twa
+tajemnice?
+
+- Ha-ha!-ha-ha!.. - smialo sie morze ironicznie, i dalej znowu
+szydzilo:
+
+- A widzisz - zbladles! Ty dotychczas pewnym byles, ze nikt nic nie
+wie o tem!..
+
+- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zasmialo sie morze, a
+smiech ten wód ogromy coraz glosniej przedrzezniac poczely.
+
+Teraz juz cale morze bezlitosnie drwilo.
+
+Naraz glos Adryatyku ustal i cichym szeptem zaszemrala fala:
+
+- Nie bój sie! ja zartuje tylko... nie trwóz sie, ja cie nie
+zdradze...
+
+- Patrz, jakie glebie kryja sie w mem lonie jak wielkiem jestem
+ja!..
+
+- Tajemnice twa zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
+
+- Nie powiem, ci... cho bede... ci... cho... - zaszeptala znów fala,
+i szept ten powtórzyly fal miliony...
+
+I jak smiech szyderczy, tak i teraz ten pólszept cichy, stlumiony,
+drzacy, szedl znowu po luskach fal, tajemniczy, straszny...
+
+Nie... po... wiem!.. ci-cho bede, ccci-cho...
+
+Nerwy Romana zadrgaly; podraznily go te dziwne glosy Adryatyku,
+odsunal krzeslo na drugi koniec stolika, podparl rekami glowe, a
+zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumal
+sie gleboko.
+
+Przeszlosc, wywolana chwila samotnosci, i dziwnymi morza pogwary,
+swieza i zywa, niby wczorajsza, stanela mu przed oczyma, jak widmo.
+
+Na ubogiem poddaszu, ujrzal zatem siebie budzacym sie po snie
+strasznym!
+
+Dwa juz lata od tej chwili mijaly. A co on od owego czasu
+przecierpial, przezyl, przewalczyl! - nie zliczyc!..
+
+Dlugo nie tknal wówczas cudzych pieniedzy; tajemniczy portfel
+lezal pod kluczem, pozornie zapomniany.
+
+A on ciagle walczyl ze soba!..
+
+Nie zanosil jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiscie
+wlasciciela nie szukal. Czekal...
+
+Pod tym wzgledem niepokojaca, tloczaca swa zagadka, glucha
+panowala cisza.
+
+W zadnem pismie nie bylo wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o
+tem wladzom nie doniósl...
+
+A on wciaz szalal.
+
+Wreszcie wyczerpaly sie wszystkie jego wlasne fundusze, pare
+ostatnich lekcyi stracil bezpowrotnie; glód zajrzal do jego
+izdebki... Nie bylo rady, napoczal wówczas cudzego zlota.
+
+Jakby to bylo wczoraj, dzis zaledwie, pamieta wyraznie te tygodnie
+meczarni, bojazni, wyrzutów, gdy sila okolicznosci zmuszonym
+zostal "zyc" z mienia przywlaszczonego... Pamieta swa trwoge
+dziecinna przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniedzy, i
+innych, nastepnych... Widzi siebie, jak naumyslnie zmienial je na
+drugim koncu miasta, jak bal sie wtedy wlasnego cienia, i tak dalej,
+tak dalej!..
+
+Kazda drobnostka zywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
+
+A pózniej znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymac juz nie
+mógl!..
+
+Wyjechal. Blakal sie za granica dlugo, bezmyslnie, az dotarl
+do Monte-Carlo.
+
+Tam, opanowany goraczka zlota, widzac, jak strumienie jego, rzeki
+cale, plyna hojnie wokolo - do gry w rulete rzucil sie z
+zapalem.
+
+Poczatkowo mial szczescie szalone. Cudzy pieniadz dwoil sie,
+troil cudownie, pewnego poranku jednak przegral wszystko co do grosza.
+Nie stracil jednak odwagi. Dawszy sie juz poznac w domu gry, jako
+czlowiek bogaty i nierachujacy sie wcale z groszem, oraz
+rozpowszechniwszy falszywa pogloske o olbrzymich swych jakoby
+dobrach, pozyczyl u poznanego amerykanskiego miliardera trzykroc sto
+tysiecy franków.
+
+Poreczyl za niego pewien lord angielski, z którym sie on, Roman,
+poprzyjaznil bardzo. Poczal grac... Pieniadze Amerykanina,
+(który, mówiac nawiasem, wygrywal w tym sezonie sumy olbrzymie),
+przyniosly mu szczescie.
+
+Dzieki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej dlugosci
+seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzal
+sie panem miliona franków. Usmiech fortuny oszolomil go na razie.
+Poczal grac ze zdwojona energia i ryzykiem.
+
+Znowu wygral kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem poczal znowu
+przegrywac, z przerazajaca szybkoscia. Opamietal sie. Przyszla
+chwila rozwagi; oddal dlug milionerowi zza oceanu i wyjechal.
+Wzglednie byl jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozil z soba
+do kraju blizko szescdziesiat tysiecy, a wyjezdzajac mial tylko
+dwadziescia kilka.
+
+Wówczas rozpoczelo sie dlan nowe zycie...
+
+Przede wszystkiem wracal spokojny. Niezrozumialy na razie, subtelny
+bardzo, posiadajacy jednak pewna podstawe scisle logiczna,
+owladnal nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciezyl.
+
+Roman Dzierzymirski, caly pograzony w swych wspomnieniach,
+odslonil twarz, machinalnie powstal, i oparlszy sie o balustrade,
+wpatrzyl w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
+
+- Tak, zwyciezyl! - myslal Roman dalej. Zdawalo mu sie bowiem
+wówczas, ze nie jest tak bardzo winnym.
+
+- Te pieniadze sa teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedzial sobie
+wtedy, doszedlszy do tej pewnosci calem poprzedniem skojarzeniem
+wywodzen. A mianowicie: Zloto znalezione wszak przegral; stopilo
+sie ono, zniklo, zlalo w calosc jedna z morzem przegrywanych w
+jaskini gry pieniedzy. Mienie zas jego obecne - to byla tylko wygrana
+z pozyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemajaca juz
+bezposredniego, dotykalnego zwiazku ze znalezionym portfelem.
+
+Jemu, Dzierzymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekan,
+zwatpien, ubywal jeden szkopul powazny - nie dotykal sie on juz
+wyjetego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
+nalezal do niego ten pieniadz, slepa igraszka losu nabyty;
+podwalina zas, przeszloscia tylko fortunki tej bylo
+przywlaszczenie.
+
+Pozostawal fakt, wprawdzie juz daleki, znalezienia i nieoddania -
+pozostawalo niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwosci ze
+strony jego, jako jednostki spolecznej - niczem niestarta, wieczna tego
+plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
+znosniejszem, nie tak piekacem, lzejszem bez porównania bylo od
+odleglego strasznego wczoraj.
+
+Z glowa podniesiona zatem do góry, pokrzepiony powyzszymi w swoim
+rodzaju sofizmatami, rozejrzal sie wówczas po swiecie i poczal
+dzialac. Rozpowszechniwszy, za pomoca ponownie odnalezionego
+przyjaciela i dawnego kolegi-swiatowca, pogloske o dziedzictwie
+niespodzianem, a dosc pokaznem, po stryju, zmarlym w Stanach
+Zjednoczonych, rzucil sie w wir zabaw eleganckiego swiata, w celu
+zblizenia sie do Oli. Dopial togo, zawladnac jej sercem
+potrafil, oswiadczyl sie o jej reke, odrzuconym zostal, i...
+
+Powierzchnia morza spokojna juz byla. Obojetna calkiem
+równomiernie i lagodnie uderzala fala o podnóze werandy - milczala
+cicha...
+
+Dzierzymirski obudzil sie ze swych mysli, zanurzyl rece w bujnej
+czuprynie, glowa wstrzasnal, jakby pragnac odpedzic roje
+wspomnien, i odwrócil sie od wodnej toni.
+
+Publicznosci nie bylo juz prawie, po platformie kawiarni, ziewajac,
+przechadzala sie sluzba. Zawolawszy kelnera, Roman rzucil mu
+duza srebrna monete, i odprowadzony glebokim jego uklonem,
+opuscil zaklad kapielowy.
+
+Niebawem znalazl sie na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
+szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
+
+W umysle jego cichl szept przeszlosci, niepostrzezenie, stopniowo,
+obrazy jej niknely - terazniejszosc wracala... Przed wzrokiem
+mezczyzny mignela naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
+milosci, zycia, silnie nim owladnelo.
+
+Spieszyl sie.
+
+Odpedzil natretnego wyrostka, zachwalajacego mu swieze ostrygi i
+jakies slimaczki nadzwyczajne; niebawem zachnal sie znowu
+niecierpliwie, ujrzawszy zastepujacego mu droge rozczochranego
+starego Wlocha, z manezkami, pelnemi pieczonych homarów i drobnych
+raczków.
+
+Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roilo sie od
+spozywajacych i zapijajacych wino ludzi, z oddali dolatywalo echo
+muzyki. Roman, przyspieszajac bezustannie kroku, wyrzucac teraz
+poczal sobie, ze zostawil zone sama; niepokoila go mysl
+uporczywa, iz nie cierpi ona moze na migrene, lecz, ze to poczatek
+zapewne slabosci zupelnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
+rozpoczynaja sie bólem glowy.
+
+Po co tu przyszedl?... By bezuzytecznie odgrzebywac minione chwile?
+Alez to nonsens zupelny. A tam ona, Ola, sama zupelnie - niewatpliwe
+chora!..
+
+Milosc pani, z calem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszen i
+niepokojów, zawladnela niepodzielnie Dzierzymirskim.
+
+Spojrzal na zegarek - dochodzila dziewiata. Przed nim juz bardzo
+blisko widnialy dwie male platformy przystani; pelne byly ludzi,
+przed jedna z nich stal parowiec, gotowy do odejscia. Dzierzymirski
+w obawie, ze sie spózni, puscil sie pedem, i spotnialy dobiegl
+do przystani w tej samej wlasnie chwili, gdy na poklad odrzucano juz
+sznur gruby, przytrzymujacy parowiec. Wskoczywszy nan szybko, Roman
+znalazl sie pomiedzy natloczona cizba ludzi, jak glosny rój
+pszczól gwarzaca pomiedzy soba, ze smiechem i giestykulacya.
+
+Otarlszy pot z czola, Dzierzymirski wsparl sie o porecz balustrady
+pokladu. Boki statku lagodnie pruly fale; oddzielona ciemna tonia,
+w bliskiej juz odleglosci mrugala kregiem swiatel rzucona na wód
+obszary Wenecya.
+
+Podnióslszy do oczu dalekonosna lunete, wpatrzyl sie Roman w
+rzad domów, polozonych nad brzegiem, ku któremu szybko plynacy
+parowiec zblizal sie coraz bardziej. Szukal hotelu swego, i okna
+pokoju, gdzie pozostawil Ole.
+
+Okno komnaty tej wlasnie otwartem bylo szeroko. W ramie zas jego
+stala kobieta, szatynka, smukla, o jasnem, habrowem spojrzeniu
+podluznych, mieniacych sie oczu, o piersiach wypuklych,
+wznoszacych sie jak fala, a ksztaltach ponetnych, pelnych, jakby
+pragnacych gwaltem wydostac sie z ciasnych ram opietej, bialej,
+pikowej sukni. Male wklesniecia po obu stronach wazkich usteczek
+zdradzaly przy usmiechu rozkoszne doleczki, raczka malenka i
+dystyngowana calosc postaci mówily wyraznie o rasie mlodej
+osóbki.
+
+Ola, wypoczawszy w lózku godzin kilka, wstala wlasnie przed
+chwila, czujac, ze nerwowy, spowodowany upalem i zmeczeniem ból
+glowy ustaje. Pragnela po za tem rozerwac troche mysli, z
+wyjsciem bowiem Romana zasnela i snil jej sie rodzinny Gowartów i
+ojciec, jak zywy, tylko jakis smutny i zbolaly.
+
+I po przebudzeniu mysl Oli pobiegla stad daleko... Mimo woli sama
+uleciala do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podraznil
+wyrazny zapach polnego kwiecia, ziól i bodjaków, w uszach
+zabrzmiala melodya cicha szumiacych borów, kolyszacego sie miarowo
+stepu - smetna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnela ja tu,
+pod wloskiem niebem, poczula, zda sie, powiew jej, tesknoty pelny,
+do uszu zas dolecialo jakby ginace echo zalosnej dumki, spiewanej
+nieuczonym glosem molodycy...
+
+I smutek ogarnal Ole... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
+
+Wszak podeptala wszystko - jednem szarpnieciem sie zerwala wszelkie
+wiezy - sama otworzyla sobie przemoca brame do wymarzonego
+szczescia. Tak jest. Bo Ola czula sie przeciez rzeczywiscie
+szczesliwa.
+
+- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umial, tak ja
+kochal - myslala dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
+Ladyzynski? Gdzie Gowartów, z którym zrosla sie jej dusza cala?
+Co sie tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu
+drodzy?..
+
+Rozpamietujac w ten sposób przeszlosc, przepedzila Ola z
+godzine.
+
+Moc upajajacej rzeczywistosci tak silna byla, jednak, ze stopniowo
+scierac poczela wrazenie snu i ozyle chwilowo wspomnienia.
+Obecnie stojaca w oknie mloda kobieta mysla daleka juz byla od
+tego wszystkiego. Obejmujac wzrokiem panorame portu i morza -
+oswietlona Wenecye, wysepke z kosciolem S-to Giorgio Maggiore,
+oraz kanaly z mknacemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z
+niecierpliwoscia wypatrywala Romana.
+
+Pragnela juz bowiem widoku meza. Przedluzona nieobecnosc
+Dzierzymirskiego i w jej duszy zasiala ziarnka niepokoju; tesknila
+juz za jego pieszczota, zapragnela czulosci i pocalunków...
+
+Wziawszy lornetke, przylozyla ja Ola do swych oczu, scigajac po
+chwili widnokrag spojrzeniem. Piers jej przytem unosic sie poczela
+miarowo, usteczka zas zdawaly sie calowac przestrzen, rozchylone,
+proszace...
+
+Zniechecona, odjela niebawem lornetke od oczu. Jakis statek w
+kierunku Lido zblizal sie wprawdzie, lecz znajdowal sie jeszcze tak
+daleko...
+
+Ola odstapila od okna, i szeleszczac jedwabiami swych spódniczek,
+poczela niecierpliwie przechadzac sie po pokoju, pytajac sama
+siebie:
+
+- Któz widzial spózniac sie tak dalece? Widocznie zobojetniala
+juz ona Romanowi, czyz to jednak mozliwe? Wszak tak niedlugo trwa
+ich szczescie...
+
+Mysli ostatnie i watpliwosci smiesznemi widocznie zdaly sie
+mlodej kobiecie, bo po zastanowieniu sie twarz jej poweselala, a w
+ciszy pokoju rozlegl sie smieszek srebrzysty. W slad za tem
+zapalila dwie swiece i przystapila do duzego lustra. Dlugo, z
+luboscia, wpatrywala sie w nadobne wlasne oblicze. Przymknawszy z
+lekka powieki, lecz tak, by mogla widziec siebie, przegiela swa
+ladna glówke i kibic nieco w tyl, oraz rozchylila usteczka...
+
+Ksztalty postaci jej calej uwypuklily sie ponetnie; w pozycyi tej
+zatrzymala sie chwile... Usmieszek zwycieski przewinal sie
+niebawem po drobnych wargach pieknej kobiety; podniosla do góry
+rece, laszaco, jak kocie, wyprezyla naprzód swe cialo, i
+uczyniwszy gest, podobny do przeciagajacego sie po snie czlowieka,
+wymówila glosne: Aaaa...
+
+Po chwili zas, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualete swa i wlosy,
+stanela znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
+razem pokoju, z lornetka przy oczach.
+
+Zblizajacy sie tymczasem od strony morza parowiec stawal wlasnie
+juz w przystani. Po drewnianych pomostach wysypal sie na ulice tlum
+róznolity i barwny; swiatla, pozapalane w poblizu padaly nan
+skosnie, oswietlajac wyraznie ruszajacych sie ludzi. Ola wsród
+nich starala sie odnalezc sylwetke meza, niebawem dojrzala go
+rzeczywiscie i z radoscia wykrzyknela do siebie:
+
+- Jest! jest!..
+
+W oka mgnieniu odskoczyla od okna, zapalila swiece, odnalazla
+szybko kapelusz i parasolke, i wybiegla z hotelu. Zdazala na
+spotkanie Romana, smiejac sie z góry na mysl, jak on sie zdziwi,
+ujrzawszy ja na nogach.
+
+Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roilo sie od
+publicznosci. W poblizu hotelu, zamieszkiwanego przez
+Dzierzymirskich, muzyka grajaca zazwyczaj na placu Swietego Marka,
+rozbrzmiewala kaskada ochoczych tonów przed kawiarnia,
+przepelniona ludzmi, snujacymi sie równiez wszedzie, gdzie tylko
+bylo rzucic okiem. Ola, zdazajac ku przystani, wymijala ich
+szybko, w oddali widziala juz wsród idacych sylwetke Romana,
+cala biala, górujaca wzrostem nad innymi.
+
+Dzierzymirski, niespokojny snac dotad jeszcze, szedl krokiem
+raznym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczyl tak zamyslony, ze
+bylby, nie widzac wyminal Ole niewatpliwie, gdyby ta, ubawiona,
+nie rozesmiala sie wesolo i nie pochwycila go za ramie. Na
+dzwiek znajomego srebrnego smiechu podniósl Roman glowe i twarz,
+chmurna dotychczas nieco, rozpogodzila mu sie natychmiast.
+
+- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknal radosnie, i ujawszy obie raczki
+Oli w swe dlonie, obsypywac je zaczal pocalunkami, a nastepnie
+pociagnal ja ku sobie, i nie zwracajac zgola uwagi na kilka
+mijajacych ich osób, ucalowal w twarz serdecznie.
+
+- A tak, Romeczku! - odparla zywo Ola - wybieglam, bo zobaczylam
+przez lornetke, jak wysiadales! Fe! któz widzial siedziec tak
+dlugo, gdy sie ma tak ladna, jak ja zoneczke... - dorzucila,
+przymilajac sie, z lekka wymówka w glosie, i dodala jeszcze:
+
+- Myslalam juz, ze ci sie co zlego stalo!
+
+ Promien przebiegl po twarzy mezczyzny, ujal ramie Oli, i
+ odparl:
+
+- A wiesz, moje zycie, ze i ja mialem co do ciebie mysl podobna?..
+- usmiechnal sie i dodal - ale z mej strony to usprawiedliwione,
+zostawilem cie przecie bowiem w lózku...
+
+Idac wciaz szybko przed siebie, zamilkli oboje. Milosc odczuta,
+taka sama, drobna swa powyzsza oznaka zamknela im usta na
+chwile.
+
+- Skadsis od Wielkiego Kanalu, w pewnych od siebie, odstepach,
+dolatywalo wlasnie echo silnego meskiego glosu, przy
+akompaniamencie chóru innych.
+
+- Pojedziemy moze gondola, jak myslisz? - zapytala Ola - slyszysz
+jak ladnie spiewaja?..
+
+- Dobrze, moje zycie, jedziemy!.. - odparl wesolo Roman.
+
+Jak na zawolanie, w tej samej chwili Dzierzymirscy uslyszeli za soba
+kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
+gón-dola signore... gón-dola!.."
+
+Na lewo, obok idacych, znajdowala sie "Piazzeta", a naprzeciw
+wznoszacego sie majestatycznie palacu Dozów, najwieksza przystan
+gondolierów.
+
+Dzierzymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszajacych sie
+przewozników, podszedl ku przystani, gdzie wespól z Ola usadowil
+sie niebawem w gondoli.
+
+- Serenada, Canale Grande! - rzucil ubranemu bialo Wlochowi.
+
+"Rematore"*) uderzyl w wiosla, i gondola z wolna, cicha, wysunela
+sie z pomiedzy dziesiatek innych, a kolyszac sie na, czarnej fali
+kanalu, pomknela we wskazanym kierunku. Roman objal kibic zony i
+poczal muskac delikatnie ustami jej oczy, czolo, szyje i usta. Ona
+zas uchylala sie wciaz figlarnie, szepczac:
+[*) Wioslarz.]
+
+- Wstydz sie... gondolier patrzy...
+
+Lecz mezczyzna nie przestawal. Kilkakrotnie usta ich zlaczyly sie
+w pocalunku goracym, dlugim, od którego zadrzeli oboje, z ust
+Romana sypaly sie ciche i urywane, dyszace uczuciem i
+namietnoscia, pieszczotliwe wyrazy...
+
+A wkolo nich, szeleszczac uderzeniami wiosel, sunac równiez, jak i
+oni cicho, mknely, migoczac kolorowemi swiatelkami, gondole,
+zmierzajac wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanalowi,
+calemu rozbrzmiewajacemu w tej chwili, jak harfa ruszona spiewem i
+muzyka. Oswietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migaly
+w oddali wielkie gondole, a raczej statki male, tak zwane "serenady",
+na których orkiestry cale grajków i spiewaków-samouków popisywaly
+sie ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet czestokroc artyzmem.
+
+Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabilo swiatlami i
+stlumionym spiewu odglosem, kolo nich zas, w poblizu, grupowaly
+sie kregiem dziesiatki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich
+niedbale i wygodnie sluchaczami. Niektóre z rozbrzmiewajacych
+spiewem i muzyka bark podjezdzaly pod okna dawnych dworców, a
+dzisiejszych pierwszorzednych hoteli i koncertujac tam wylacznie dla
+hotelowych gosci, zbierali od nich dla siebie datki, sunac
+róznobarwnemi swiatlami i gorejacym kadlubem stateczku zwolna u
+marmurowych stopni palacowych balkonów.
+
+Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, spiewajacych wprost kosciola
+S-ta Maria della Salute, pod oknami palaców Ferro i Zucchelli,
+(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kosciolem,
+zabrzmiala wlasnie nagle piesn solowa ..
+
+Zagluszajac inne glosy spiewaków blizszych i dalszych, zadrgala
+ona uczuciem, i zrecznie modulowana przyjemnie piescila sluch, coraz
+donioslejsza, blizsza...
+
+- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowala Ola, ujeta glosem
+spiewaka.
+
+- Bene, carissima! - odparl Roman, i skinal na wioslujacego.
+Gondola ich, kierowana umiejetna reka, wymijac zaczela lodzie,
+coraz liczniejsze.
+
+Roman i Ola, widzac sie coraz bardziej otoczonymi, przestali
+pocalunków i pieszczot, chwilowo poddawszy sie zupelnie czarowi
+piesni, plynacej ku nim w ciszy wieczoru.
+
+Oboje milczeli...
+
+Gondola tymczasem skrecila powoli w lewo, ku rozspiewanej barce, i
+wsliznawszy sie swym wysokim przednim dziobem, jak waz, pomiedzy
+kolyszace sie dziesiatki innych gondol - stanela wreszcie,
+zatrzymana zrecznie. Gondolier przymocowal sznurem swój pojazd do
+sasiednich i zalozywszy na krzyz rece, w skupieniu wespól z
+innymi zasluchal w piesn...
+
+Szerokiem pólkolem, ciche, kolysaly sie wszedy inne gondole;
+wsparci w nich sluchacze poddawali sie niewytlumaczonemu czarowi tej
+weneckiej, cichej nocy, tej piesni szczerej, niewykwintnej,
+chwytajacej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadajacej w dusze
+gleboko.
+
+Po smetnych piesniach nastepowaly skoczne, i tak dalej, bez zmiany.
+Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodzil wloch, rozczochrany,
+od spiewu wzruszony jeszcze, i z czapka w reku zbieral "co laska",
+przestepujac ostroznie z jednej gondoli na druga.
+
+W ciszy zas wzglednej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
+ruszaly sie z miejsc swoich niektóre lodzie, wracajac, lub
+zdazajac dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwala sie
+milczaco nowoprzybyla gondola, a publicznosc, zebrana w tych
+zaimprowizowanych wodnych lozach, natychmiast spogladala ciekawie na
+swego sasiada, pólglosem komunikowala sobie uwagi, w rozmaitych
+jezykach.
+
+I w cichosci powoli milkly, to znów z kolei rozbrzmiewaly dalsze i
+blizsze rozspiewane barki, wreszcie antrakt sie konczyl, po wodach
+kanalu mknela znów ze "sceny" serenady piesn namietna...
+
+Sluchaly jej echa zdawalo sie, poblazliwie i ciekawie gwiazdki,
+licznie rozsiane po gwiazdzistem niebie poludnia - sluchaly krzyze,
+i wiezyce licznych swiatyni, i zadumane marmury wiekopomnych
+dworców.
+
+Od czasu do czasu komunikujac sobie przyciszona uwage, Roman i Ola
+sluchali równiez uwaznie wloskich piesni, nastrój zas
+dzisiejszego wieczora rozmarzajaco dzialal na nich. Mysli ich daleko
+ulatywaly, pod wplywem tej nocy, tego krajobrazu niezwyklego, a
+pelnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnacej uczuciem piesni,
+wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujacych
+sie melodya slów swoich, kochajacych tak wyraznie piesni owe,
+narodowe - wlasne!
+
+Wywolana zatem swiezemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
+popoludnia, mysl Oli biegla nieprzeparcie do stron ojczystych -
+przymruzala oczy, i widziala ogród Gowartowski... wyniosle oblicze
+ojca...
+
+Romana zas trapily z kolei te same, co i nad morzem mysli... Falsz
+obecnego polozenia, przyszlosc niejasna, zakryta, ciemna, z
+tajemnica na dnie duszy ukrywac sie zmuszona, przed okiem
+najdrozszej nawet teraz dlan na swiecie istoty, zaciemnialy chmura
+troski czolo Dzierzymirskiego, mgla smutku matowaly spojrzenie
+czarnych, rozumnych oczu.
+
+I zal jakis niezmierny, zal do zycia, rozpieral mu piersi, do losu,
+ze, postawil go na tak sliskim i kolyszacym sie gruncie, ze tylko
+za cene tego falszu i wyrzutów sumienia, pozwolil mu zdobyc to jego
+dzisiejsze nieograniczone szczescie!
+
+Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spogladal
+na Ole. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
+poduszkach gondoli, zadumana, równiez marzyla cicho... Cienie
+przechodzily, przemykaly sie po jej wdziecznem, zamyslonem obliczu,
+czasem na usteczkach zagaszczal blakajacy sie usmieszek.
+
+Roman wtedy z miloscia bezgraniczna zatrzymywal dluzsza chwile
+spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadal w zadume, lub
+slówkiem pieszczoty, albo spostrzezeniem jakiem przerywal milczenie.
+Ola odpowiadala mu skinieniem glówki - zamieniali pomiedzy soba
+zdan urywanych kilkanascie, i znowu milkli, poddajac sie nastrojowi
+zewnetrznemu otoczenia i wewnetrznemu dusz wlasnych. W ten sposób
+czas mijal.
+
+Powoli, stopniowo rozluznilo sie sciesnione gondol pólkole... Z
+cichym wiosel szelestem i pluskiem ruszonej wody odplywaly one jedne
+po drugich - duze barki sasiednich serenad ginely równiez w
+oddali, spiewy ich cichly...
+
+Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewalo po kanale ostatnimi tony, a
+miedzy innemi i barka, kolo której kolysala sie gondola
+Dzierzymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikaly juz takze
+liczne sylwetki i twarze gosci, w poblizu, na wiezy koscielnej,
+wybila rytmicznie godzina jedenasta...
+
+Roman ocknal sie pierwszy, dotknal delikatnie dlonia raczki Oli
+i rzekl:
+
+- Pora juz nam, kochanie... prawdaz?..
+
+- Która? - zapytala Ola, zbudzona.
+
+- Jedenasta, moje zycie - odparl Roman.
+
+- Juz?.. - zdziwila sie Ola, westchnawszy. To jedzmy, nie
+sadzilam nigdy, by juz tyle czasu minelo...
+
+- O czemze tak dumala moja pani? - zapytal Roman, z usmiechem.
+
+- A ty? - odpowiedziala pytaniem Ola.
+
+- 0... ja?.. nic ciekawego - odparl pospiesznie Roman, i jakby
+pragnac, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócil sie szybko
+do gondoliera, informujac go, dokad ma ich zawiezc.
+
+Gondola, wycofana z latwoscia z przerzedzonego juz kregu,
+zawrócila i pomknela ku oswietlonemu niebieskawym swiatlem
+latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wiezach odleglych
+kosciolów, ukladajacej sie do snu Wenecyi, w milczeniu, róznymi
+tony dzwonila godzina jedenasta, zdala dochodzil jeszcze przyciszony
+odglos muzyki...
+
+Wyciagnawszy sie wygodnie w gondoli, Roman ujal znów kibic zony,
+i pieszczac wargami jej szyje, poczal mówic cicho, dlugo,
+ciagle.
+
+Czul potrzebe mówienia; chcial zagluszyc, odpedzic natretne
+mysli, wspomnienia, przechodzil z tematu na temat, smial sie,
+dowcipkowal, calowal Ole co chwila. A ona szczebiotala równiez...
+
+Pelne wesela glosy dwojga mlodych zlaczonym akordem przerywaly co
+chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padaly i slizgaly sie
+echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei plawily sie
+cienie palaców, zlotym deszczem igraly gwiazdy i swawolil powiew
+wietrzyka, idacego z morza, pokrytego ciemnoscia, sniacego w
+oddali...
+
+Dostawszy sie na pelnie wód kanalu sw. Marka gondola pomknela
+chyzo, a niebawem po falistej tafli wloskiej laguny rozlegla sie
+spiewana zgodnym liórem meskiego barytonu i kobiecego sopranu piesn
+polska: "Szumia jodly"...
+
+- A co, nie mówilem, ze to nasi, choc on taki czarny, jak Wloch -
+odezwal sie po polsku, z gondoli, która mijali Dzierzymirscy,
+rubaszny troche glos mezczyzny.
+
+- No, tak dziobac sie, jak golabki, to i inni potrafia...
+odpowiedzial ironicznie ktos drugi.
+
+- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
+przekonaniem, stanowcza, rozlegla sie odpowiedz szlagona.
+
+Tymczasem gondola Dzierzymirskich malala juz coraz bardziej, na tle
+nocy tylko czerwonawem swiatelkiem migocac z oddali. Wkrótce,
+zaleciala jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,
+Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
+
+- Moo - ja!... oddalo echo lagun morza i zmilklo, caly zas kadlub
+czarnej gondoli znikl gdzies niebawem, ustepujac miejsca innym,
+nadciagajacym coraz gesciej od strony Wielkiego Kanalu, coraz
+cichszego, coraz bardziej pograzajacego sie w czerni bezbarwna,
+glucha, zapadajacego tam uspienia - Nocy!
+
+
+* *
+*
+
+- Patrz, patrz! jakiez to piekne!..
+
+Slowa te, pólglosem, z akcentem zachwytu, wymówila Ola, i oboje
+wraz z Romanem staneli na miejscu, jak przykuci. Nad ich glowami
+wznosila swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiekniejszych, po
+bazylice San Marco, swiatyn w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari
+- stali zas przed mauzoleum Canovy.
+
+- Prawda! - szepnal w odpowiedzi zonie Dzierzymirski. - Zdawaloby
+sie, iz ten oto aniol, czy geniusz uspiony, zyje, oddycha, stróz
+czujny... urwal, studjujac dalej pomnik z uwaga.
+
+- A te postacie, nieprawdaz, iz rzeczywiscie ida, ruszaja sie
+wolno, pograzone w cichej bolesci i smutku! - podchwycila zywo Ola,
+podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piekna.
+
+Oboje umilkli, z nieklamanym zachwytem wpatrujac sie w rzezbe.
+
+Od grobowca bowiem, przez samego Canove modelowanego niegdys na pomnik
+dla Tycyana, bilo rzeczywiste, szczere piekno i chwytalo za serce -
+mówilo...
+
+Przyparty do sciany, caly z bialego marmuru, a trójkatnym
+ksztaltem w minjaturze przypominajacy, piramidy Egiptu, stal sarkofag
+otworem...
+
+Na lewo, jakby strzegac don wchodu, olbrzymi lew marmurowy lezal, z
+obwislemi lapami, potezny, srogi, i jakby smetnie zadumany, a na
+nim, z rozpostartemi skrzydly, opieral sie wielki Aniol uspiony...
+
+I tchnace lagodnoscia, cudne oblicze Aniola zda sie byc
+rzeczywiscie nie z tego nedz padolu!..
+
+Z ludzka twarza, to prawda, spogladac sie zdaje na widza, lecz oczy
+jego przymkniete nieco, skupienia i zadum pelne - znieruchomione w
+nadziemskim spokoju, cisza zaswiatów, wiecznosci milczeniem i bytu
+zagadka, neca oto wyraznie, wzrok ciagna za soba, unosza dusze,
+mysl... gdzies w strefy nadziemskie do nieba!...
+
+A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze swiata, wolno suna
+jakies postacie, zmierzajac do otwartych na sciezaj wrót
+sarkofagu...
+
+Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wieksza, kobieta mloda,
+jest juz tuz blizko, u grobu prawie, w slad za nia, z girlandami
+kwiatów, postepuja postacie mniejsze - to dziatki.
+
+Ida... Krocza, z pochylona glowa, przygnebieni, smutni, niebawem
+juz cisi przestapia oni próg grobowca...
+
+- Chodzmy! - szepnela Ola pociagajac lekko Romana za reke.
+
+Z widoczna niechecia, jakby nie mogac oderwac wzroku od pieknego
+pomnika, poruszyl sie Dzierzymirski, i wyrzekl pólglosem:
+
+- Czy juz obejrzelismy tutaj wszystko?
+
+- Zdaje mi sie, ze wszystko - odpowiedziala Ola.
+
+
+W pustej i cichej swiatyni rozlegaly sie wyraznie ich kroki, prócz
+nich bowiem obecnie nie bylo tu nikogo.
+
+Dzierzymirski wyjal zegarek.
+
+- Szósta! Wracajmy, musimy pozegnac jeszcze Wenecye z Campanili -
+rzucil zywo, i ujawszy ramie zony, skierowal sie ku wyjsciu z
+kosciola.
+
+Na progu Dzierzymirscy staneli, obrzucajac ostatniem spojrzeniem
+kosciól; wzrok ich przesunal sie raz jeszcze po wspanialych
+grobowcach dozów, Tycyana i wyszli.
+
+Upalny spokój wloskiego popoludnia objal ich natychmiast. Slonce
+palilo jeszcze, na uliczkach Wenecyi bylo pusto.
+
+Dzierzymirscy szli przyspieszonym krokiem, zmierzajac ku mostowi "di
+Rialto." Byl to ostatni juz dzien pobytu ich w Wenecyi, wyjezdzali
+nazajutrz, zegnajac dzis po raz ostatni urocze miasto pamiatek.
+
+A zegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
+jeszcze kosciolów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokad
+zachecalo ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piekna.
+
+A wiec palac Dozów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiekne
+sale i ponure wiezienia, palac królewski, bazylike, a takze
+zarówno arcydziela pedzla Tycyana, Tintoretta, Pawla Veronese,
+Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."
+
+- Wiesz, kochanie? musimy spieszyc sie porzadnie, gdyz o siódmej
+podobno zamykaja juz Campanillie*)-odezwal sie Roman po dluzszem
+milczeniu idac z Ola bezustannie tak sarno szybko i sluchajac
+zarazem szczebiotu jej, wciaz jeszcze znajdujacej sie pod wrazeniem
+pysznego dziela Canovy.
+[*)Znana powszechnie pod ta nazwa dzwonnica Swietego Marka w
+Wenecyi, siegajaca budowa i stylem X wieku, dzis, jak wiadomo, juz
+nie istnieje. Runela dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
+
+- Co za swietna doprawdy miales mysl, Romciu, zestawic to
+obejrzenie Wenecyi z wyzyn na zakonczenie! - rzekla Ola, i dorzucila
+z ozywieniem: - Bo ostateczne owe wrazenie nie zuzyte dotad jeszcze,
+nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...
+
+- A widzisz, me zycie, ze nietylko moja pani miewa genialne koncepty -
+z usmiechem odparl Roman, mila mu bowiem byla mysl, ze ich
+wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzaja sie tak dobrze.
+
+W tem bo ostatniem los rzeczywiscie nie byl poskapil zadowolenia
+Romanowi. Ola, byla to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
+poczuciem piekna i niezmierna wrazliwoscia na dziela sztuki,
+zgrzytów pod tym wzgledem pomiedzy nimi nie bylo wcale - dopelniali
+sie wzajemnie.
+
+- Poczekaj, kochanie - odezwal sie znów Roman - spozyjemy sobie
+pare brzoskwin... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
+
+- O! ja takze!.. wykrzyknela potwierdzajaco i wesolo Ola, poczem
+oboje zblizyli sie do charakterystycznego, szerokiego, pod
+plóciennem okryciem od slonca, weneckiego straganu, przepelnionego
+róznemi owocami i jarzynami.
+
+Mineli juz byli wasnie "ponte di Rialto", znajdujac sie obecnie w
+okolicy i punkcie targu, oraz ozywionego ruchu. Wokolo nich szwendali
+sie liczni przechodnie, przekupnie wychwalali glosno swój towar, t.
+j. drobiazgi, owoce, lub rzadkosc w Wenecyi - zimna wode do picia,
+mówiac nawiasem, nadzwyczaj niezdrowa.
+
+Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwin, i spozywajac je,
+Dzierzymirscy puscili sie znowu w dalsza droge. Szli obecnie
+najbardziej ozywiona i handlowa ulica w Wenecyi, tak zwana "la
+Merceria", wijaca sie w ksztalcie szerokiego trotuaru pomiedzy
+domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim polozonych sklepów, a
+wiodacej zygzakiem od mostu di Rialto do wiezy zegarowej na placu San
+Marco.
+
+Zaczepiani co chwila przez natretnych wlascicieli magazynów,
+przekupniów mozaiki i malych bosonogich chlopaków, narzucajacych
+sie im co chwila, z pytajacem slowem i spojrzeniem ladnych, czarnych
+oczat: "Accompagnare, signore?...", Dzierzymirscy szli szybko,
+wygodna, choc kreta ulica, rozmawiajac wciaz ze soba.
+
+Niedoslyszane wzajemnie czesto w gwarliwym halasie "Mercerii" slowa
+ich ginely bez echa, gdy naraz i tym razem zupelnie glosno, po
+niewiele znaczacych uwagach, odezwal sie pierwszy Dzierzymirski.
+
+-Czy wiesz, moje zycie, iz to juz trzy tygodnie blisko, jak
+wyjechalismy z kraju? Czas leci, kto by pomyslal, ze niebawem juz
+minie miesiac, jak porwalem ciebie, szczescie moje, z lona
+rodziny?..
+
+Choc w ostatnich slowach brzmial ton zartobliwo-dobroduszny, jednak
+Roman niespokojnie spojrzal na zone, pierwszy to bowiem raz tak
+wyrazna czynil alluzye do niedawnej, a przelomowej chwili ich
+zycia; dorzucil zaraz:
+
+- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem mysli i co czyni w tej chwili
+twój ojciec... przytem wahajaco spojrzal z pod oka na Ole, uwaznie,
+jakby zbadac pragnac, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
+
+
+Lekka mgla jakby przemknela po twarzy mlodej kobiety, a brewki jej
+zmarszczyly sie przelotnie, jednakze odpowiedziala natychmiast.
+
+- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuscila oczy, zarumieniwszy
+sie lekko - bardzo czesto... podkreslila akcentem te slowa, -
+mysle o tem...
+
+I Ola z kolei podniosla swe przymglone oczy na Dzierzymirskiego, a
+jemu zdalo sie jednoczesnie, ze wilgotnemi byly one...
+
+W tej samej chwili mloda kobieta ruchem lagodnym, a wdzieku pelnym,
+polozyla swa raczke drobna na reku meza.
+
+- Nie gniewaj sie, mój drogi, ze ci to mówie - rzekla miekko -
+ale... ale wierz mi, ze ja nieraz lekam sie jakby po prostu, by ta
+przeszlosc nasza, a w szczególnosci gwaltowna chwila ucieczki
+mojej, nie przyniosla nam nieszczescia... Biedny ojciec! - cicho
+westchnela Ola i umilkla, spusciwszy niesmialo wzrok ku ziemi, jak
+gdyby przestraszywszy sie slów ostatnich.
+
+Teraz Roman z kolei pochwycil reke zony i uscisnawszy ja
+serdecznie kilka razy, wzruszony, poczal pocieszac Ole z cicha, w
+koncu zmienil zupelnie temat rozmowy, przeszedlszy pospiesznie na
+przyszle zamiary wspólnej podrózy. Równoczesnie jednak
+sposepnial, i, choc drobna, mala chmurka, co niby cien,
+wsliznela sie pomiedzy ich dusze - wzglednie rozwiala sie dosc
+predko, zostawila jednak w umysle Dzierzymirskiego slad trwaly.
+Teraz zatem, gdy znowu zamienial z Ola banalne nieco frazesy, mysl
+jego pracowala uparcie w dalszym ciagu.
+
+Wiec on nie mylil sie, bedac czestokroc niespokojnym, gdy
+widzial przychodzaca na czolo zony nagla zadume, na pozór
+niewytlumaczona zgola niczem.
+
+Wiec w glówce tej, w której, prócz milosci dla niego, dlugo nie
+przypuszczal innego uczucia - tkwil jednak w swoim rodzaju wyrzut
+sumienia?.. Odmiennemi zatem kroczac drogami, dusze ich - ze zródla
+tylko innego calkiem plynace - obie jednoczesnie mialy swoje skryte
+zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wiec
+takze cierpiala...
+
+- Dziwne, to zycie, dziwne! - omal ze nie glosno wymówil Roman.
+
+- 0! patrz, juz plac sw. Marka - wesolo wykrzyknela Ola w tej samej
+chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednoczesnie dodala:
+
+- Wpól do siódmej! - Zdazymy!..
+
+Dzierzymirski nie podniósl uwagi zony, przelotnie spojrzal tylko w
+jej twarz, a widzac Ole usmiechnieta, poweselal sam równiez.
+
+Wydostawszy sie z waskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali sie juz
+oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokolo
+kolumnami palacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzednych
+kawiarniach Wenecyi, roilo sie od ludzi; na mozajkach, krzyzach,
+brazowych koniach i kopulach bazyliki sw. Marka graly promienie
+slonca, u stóp zas Campanili, dokad zmierzali Dzierzymirscy, i
+przed kosciolem, posrodku placu, gruchaly i lataly setki golebi,
+karmionych reka publicznosci. Zaplaciwszy za wejscie, Roman i Ola
+powoli zaczeli wstepowac na góre.
+
+Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelajacej w
+góre wysoko i samotnie, szlo sie nie po schodach, lecz po lekko
+pochylonej plaszczyznie spiralnej, nader wygodnej, choc kretej,
+wchodzacego wcale nie meczacej.
+
+Co kilka minut postepujacym na szczyt dzwonnicy Dzierzymirskim
+migaly z prawej strony male okienka, pozwalajace im pochwycic rabek
+krajobrazu, sciany zas wiezy przepelnione byly licznymi podpisami
+turystów.
+
+Wzglednie dosc dlugo, bo powoli, zmeczeni poprzednim pospiechem,
+szli pod góre Roman i Ola, zanim dostali sie wreszcie na obszerna
+szczytowa platforme dzwonnicy. Prócz sprzedajacego w
+zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"
+kilka zaledwie osób znajdowalo sie tutaj. Dzierzymirscy zblizyli
+sie do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem caly widok, u stóp ich i
+henhen, daleko!...
+
+- Sliczne, przesliczne! - rzekla po chwili Ola pólglosem, z
+przejeciem, Roman zas, potakujac zonie, wyjal noszona stale ze
+soba lunete i regulowac ja poczal.
+
+Slonce wlasnie znizalo sie ku zachodowi. Z jednej strony
+krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejac purpura, kapala sie
+promienistymi blaskami w morzu, rozswietlala jego tajemnicza
+glebie, rozzarzala, na ksztalt glowni, czerwonawym ogniem
+zmarszczone grzbiety fal, zlotym prostopadlym goscincem zanurzajac
+sie stopniowo coraz bardziej w iskrzaca sie swiatlami ton. I
+zielonkawe, lagodne Adryatyku fale, rozchylaly sie przyjacielsko i
+goscinnie - roztwieraly swe nurty do idacego na spoczynek slonca,
+wód szmerem kolysac sie je zdajac do snu cichego...
+
+Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegly ostatnie promienie
+jego; rozlewaly sie wkolo pozegnalnym odblaskiem - piescily juz
+morze cale, zapalaly na niem miljony barw i odcieni, skosne lecialy
+w lewo ku Lido, "giardini publici," slaly sie krwawiace na dachach i
+wiezach lezacej w dole Wenecyi - i ginely nareszcie w zamglonej
+gdzies dali, tulac sie do majaczacych hen, hen, w perspektywie
+górskich alpejskich szczytów...
+
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
+
+Otulony cisza bezmiarów, tchnacy spokojem idacego wieczora,
+zachwycal ich ten krajobraz.
+
+- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaja sobie nasi brudni wlosi swoje
+"pranzo" - rzekla nagle do meza Ola, wskazujac reka spietrzona u
+stóp ich, wsród waskich kanalów, Wenecye, i sciesnione dachy
+jej domów, gdzie na werandach spozywano wlasnie posilek.
+
+- A, prawda! - potwierdzil Roman.
+
+- Zabawnie wygladaja na swoich daszkach, jak liliputy... - zauwazyl
+jeszcze i ujawszy ramie zony, zblizyl sie znów ku balustradzie od
+strony morza.
+
+- Patrz! - rzekl przyciszonym glosem, wskazujac na prawo lad staly
+- widzisz te otulone mglami sylwety miast i gór?..
+
+- Widze - potwierdzila Ola.
+
+- Oto Fusina - objasniac poczal zonie Roman - tam znów glebiej,
+to Padwa i Treviso...
+
+Tu, na zachodzie - to otaczajace Werone szczyty górskie, a tam -
+wskazujac ruchem reki kolistym krajobraz, mówil dalej Dzierzymirski
+- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
+
+I Roman manewrujac równoczesnie luneta odkrywal coraz to inne
+odlegle góry i miasta, a uzyczajac lornety swej zonie, objasnial
+ja, tlumaczyl.
+
+Tymczasem zas platforma dzwonnicy opustoszala stopniowo. Prócz
+przekupniów, zalecajacych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie
+bylo tu juz prócz Dzierzymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali sie
+do odejscia, gdy oto nagle przystaneli znowu, zasluchani.
+
+Z weneckiego starego grodu szla muzyka dziwna... Jak orkiestra
+dobrana grana, wedrowala przez otulone milczeniem przestworza melodya
+koscielnych dzwonów...
+
+Rozpoczely ja, na wprost Campanili dzwony kosciolów: Redentore, na
+wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w slad za niemi
+powtórzyly inne swiatynie. Z Santa Maria della Salute na czele
+rozbrzmialy kolejno po calej Wenecyi, wstrzasnely cisza "królowej
+Adryatyku" - tu donosnie bijac basem, tam znów skarzac sie
+lagodnie, kwilac - wspólnie zagraly chórem swa piesn
+wieczorna...
+
+Dobranymi jakby akordy poplynely dzwiecznie tony poprzez laguny i
+kanaly, morzem, po grzbietach fal, ulecialy w dal sina, zda sie,
+niosac swe echa az do podnózy gór.
+
+Roman, nachyliwszy sie ku zonie, rzucil pólglosem:
+
+ - Co za wspaniale i silne wrazenie, nieprawdaz?...
+
+Chcial powiedziec cos jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
+urwal...
+
+Dzierzymirscy zadrzeli oboje. Kobieta przytulila sie, jak powój, do
+mezczyzny, on zas objal opiekunczym ruchem jej kibic i silnem
+ramieniem przycisnal wylekla do siebie.
+
+To z dzwonnicy sw. Marka, tu, na szczycie jej, o pare zaledwie kroków
+od nich, zagrzmial wlasnie do wtóru innym, zadudnil, gluszac
+wszystko swa sila, dzwon olbrzymi i potezny - "San Marco."
+
+Glos jego tubalny, huczacy, zmieszal sie z ogólna arya dzwonów,
+napelniajac echami grzmotów, trzesac platforma wiezycy.
+
+A jednoczesnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrazenia. Zdalo sie im
+bowiem, jakby ich tutaj nie bylo juz zupelnie.
+
+Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowal sie tu jeno jeden jedyny
+olbrzymi dzwiek, z którym istnienia wspólne zlaly sie,
+zlaczyly. Glos dzwonu przenikal ich do glebi, szedl az do dna
+dusz, gral na fibrach nerwów; trzasl nimi, potezny w swej mocy -
+wielki...
+
+Ola jeszcze bardziej przytulila sie do meza, jakby szukajac obrony
+przed czems, czy przed kims, Dzierzymirski silniej przygarnal ja
+do siebie. Równoczesnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem
+jednomyslnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zblizyly sie i
+zlaczyly usta!...
+
+Ostatni z ostatnich promien zachodu zapalil na sekunde jedna
+gwiazde na czolach mezczyzny i kobiety, skojarzyl sie z ich
+pieszczota i znikl. Slonce zgaslo... Roman i Ola jednak nie
+odrywali ust od pocalunku, a trwali w nim jeszcze...
+
+Jakas bowiem niewytlumaczona niczem chec przedluzenia jakby tej
+chwili ogarnela Dzierzymirskich.
+
+W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgaly uczuciem, a huczacy
+glos dzwonu zdawal sie bardziej jeszcze kojarzyc ich ze soba...
+Laczyl sie sam niby z ekstaza ich pocalunku, a usuwajac z niego
+zarazem pierwiastek zmyslów poziomy - wznosil dusze Romana i Oli w
+nadziemskie gdzies strefy, uszlachetnial, budzil w nich jakies
+checi i pragnienia i przypinal skrzydla do lotu i rozszerzal piersi
+i kazal sie modlic pokornie...
+
+Z ekstazy pierwsza zbudzila sie kobieta.
+
+Przybladla nieco, oderwala drobne wargi od ust Romana i szepnela
+cichutko: - Chodzmy juz!..
+
+- Dobrze, zloto moje, kochanie najmilsze! - odparl pieszczotliwie
+Dzierzymirski, i oboje w slad za tem skierowali sie ku wyjsciu.
+
+Nic nie mówili teraz do siebie. Zamysleni, pograzeni w swój dziwny
+stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w
+dól ciagle.
+
+I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wslizgiwac sie poczela w
+ich dusze, mózgi i serca...
+
+Przy dzwiekach bo oto grajacego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,
+jakies zwatpienia obsiadly nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,
+odczuty - niknal, wewnetrzne zadowolenie i napiecie duchowe
+slablo!..
+
+Lecz czyz to zludzenie? Wszak glos tegoz samego dzwonu jest teraz
+jakims calkiem innym, odrebnym; to nie ten na górze, wysoko!
+
+Tamten, pelen otuchy, dodawal odwagi, wzmacnial. A ten, wstrzasajac
+murami wynioslej wiezycy, blaka sie gdzies tylko po jej
+zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
+
+I pod jego wplywem, jakby pod dzialaniem czarodziejskiej sily, w
+myslach Dzierzymirskich, kazdemu z osobna, zaszumialy znowu wyrzuty
+sumienia.
+
+Jej, Oli, stanela przed oczami, jak zywa, marsowa twarz ojca, i jego
+spojrzenie smutne, wyrzutów pelne. Zrenice rodzica wyraznie przytem
+zdawaly sie skarzyc, mówic: Ja cie kochalem, drogie dziecie, a
+ty tak pogardzilas mna, zranilas tak dotkliwie i bolesnie!
+
+Romanowi zas tak zywo przypomniala sie z przed laty chwila pewna,
+iz zdziwil sie sam niepomiernie. Swa uboga izdebka z przed laty,
+straszna noc walki ze soba samym, i zwyciestwo zlota ujrzal tu w
+Campanili-wszystko!..
+
+A dzwon tymczasem huczal coraz bardziej, i przytem coraz jakby srozszy
+i bezwzgledniejszy, surowszy... Dzierzymirscy bezwiednie, w mimowolnej
+po prostu obawie przed tym glosem karcacym z wysoka, pospieszniej w
+dól schodzic poczeli.
+
+Cienie wieczorne kladly sie juz po pustych zakatkach starej, jak
+swiat, wiezycy, mroki tajemnicze pelzaly tu swobodnie. Przy
+dzwiekach dzwonu, który wciaz trzasl jej scianami, wsród
+ciemniejacej stopniowo, a zamknietej w nich pustki, schodzila,
+spuszczajac sie coraz szybciej, znizala sie para mlodych.
+
+Wreszcie zmierzch szary pochlonal zgrabne postacie, i zapanowal
+bezpodzielnie w Campanili. Jednoczesnie o jej mury odbilo sie echo
+ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierzymirskich
+przypomnienie przeszlosci...
+
+W slad za tem uspokoilo sie wkrótce wszystko.
+
+Wiekopomna wiezyca, zasluchana jakby jeszcze w koncowy zamierajacy
+dzwiek dzwonu, przycichla; szarosc, smutek i glusza rozsiadly
+sie tu wokolo... W milczaca senna zadume, we wspomnienia
+przebrzmiale, zapadala powoli Campanile.
+
+
+
+---------------
+
+
+
+- Rojno i gwarno bylo dzis u marszalkowej nieprawdaz? Ha-ha-ha,
+wiedzialem doskonale, ze sie stawia wszyscy... Poczciwa jednak ta
+nasza swiatowa menazerya.... No, i cóz? Uwierzyli?
+
+Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej duzym, pieknym
+salonie, wyglosil, sadowiac sie wygodnie na fotelu, Emil
+Ladyzynski. Byl to mezczyzna lat przeszlo piecdziesieciu,
+wysoki, szczuply, od stóp do glów drobiazgowo wytworny, o wyrazie
+twarzy szyderczym, przyroslym jakby do rysów jego, swiezych i
+zywych jeszcze, oraz pieknych oczu podluznych, zielonkawych, z pod
+pincenez patrzacych rozumnie.
+
+- Uwierzyli. To jest, moze udali tylko, ze wierza... odpowiedziala
+marszalkowa rozpartemu z gracya w krzesle gosciowi swemu.
+
+- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
+dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy mysla sobie,
+co im sie zywnie podoba!- zawyrokowal tenze glosem stanowczym.
+
+- C'est ce qui me tranquillise, iz zamknelam zupelnie dzis juz
+rachunki z towarzystwem tutejszem - odparla z westchnieniem ulgi pani
+Melania.
+
+Rozmowa potoczyla sie dalej; trescia jej byl przebieg dzisiejszego,
+a ostatniego czwartkowego przyjecia u Marszalkowej.
+
+Znikniecie Oli, choc trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
+takich razach, nagle, pewnego poranku przedostalo sie niewiadomo przez
+kogo, jak i kiedy, do miasta, a wiesc ta, podawana z poczatku
+ostroznie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce byla juz na
+wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotka i skrzydlatym
+ptakiem obmowy obleciala niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego
+swiata w miescie. Pomimo to, nikt nie wiedzial nic jeszcze
+dokladnie. Zaalarmowany pierwszy Ladyzynski, który, jako przyjaciel
+domu Gowartowskich, a zarazem bywajacy wszedzie swiatowiec, osaczonym
+byl ciagle pytaniami, odbyl dni temu pare istna sessyjna
+konferencye z marszalkowa: Co czynic, by ocalic pozory?.. I
+wówczas to postanowiono, co nastepuje:
+
+Puscic natychmiast w swiat niejasna pogloske o slubie Oli z
+Dzierzymirskim, i opowiedziec wyjazd marszalkowej, która,
+postanowiwszy juz poprzednio przeniesc sie calkiem na wies, teraz,
+po naradzie z Ladyzynskim, zgadzala sie te chwile odjazdu swego
+przyspieszyc. Za pare dni wlasnie przypadal czwartek, jour fixe
+pani Melanii; latwo bylo przewidziec, iz towarzystwo cale, wobec
+rozsiewanych zrecznie pólslówek o wielkiej powyzszej nowinie, nie
+omieszka, przywiedzione ciekawoscia i checia pozegnania czcigodnej
+matrony, zawitac na jej salony...
+
+ - Wówczas to wszystkim i kazdemu z osobna damy do spozycia
+ nastepujaca pigulke! - zadecydowal wesolo na owej konferencyi
+ pan Emil:
+
+- Powiemy, ze Ola i Dzierzymirski sa juz po slubie, uznanym przez
+rodzine najblizsza i przez nia urzadzonym, lecz cichym i bez
+rozglosu, a to na wlasne i wyrazne zadanie panstwa mlodych...
+
+- Co sie zas tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
+wytlumaczymy ja tem, iz dzisiejsi panstwo Dzierzymirscy kochali
+sie w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuscmy, osmiu... ze
+ojciec srogi nie chcial o zwiazku tym slyszec nawet, iz zmiekczony
+wreszcie zgodzil sie nan... Pani marszalkowa nie byla na slubie,
+no... bo jest slabego zdrowia, January zas, w ostatniej chwili, gdy
+jechal na kolej, zachorowal... Panstwo mlodzi obecnie bawia
+zagranica. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przyklad,
+ze w Szwecyi... Cala te historyjke, pani marszalkowa na przyjeciu
+u siebie, a ja u innych, tegoz samego dnia i w tychze godzinach
+ukoloryzujemy jeszcze nalezycie kilkoma pseudo-autentycznymi
+szczególami, no... et il faut espérer, ze nam chyba uwierza!..
+
+Tak ostatecznie uradzil Ladyzynski, a do ultimatum owego, uznawszy
+jego slusznosc, marszalkowa Warnicka zastosowala sie scisle
+przez caly dzien dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjecia.
+Obecnie zas w dalszym ciagu informowala przybylego swego wspólnika
+o wywiazaniu sie z zadania i roli wlasnych, opowiadajac mu zarazem,
+jak wiele dnia tego odwiedzilo ja osób ze swiata, do tego stopnia
+licznych, iz chwilami w ogromnym jej salonie braklo po prostu dla nich
+miejsca.
+
+- Kazdy niemal po banalnym wstepie grzecznostek, pytal mnie o Ole,
+nie przeoczyl tego nikt -mówila pani Melania, konczac opowiadanie
+swoje - az w duchu sama smialam sie z tego...
+
+- Wiec któz byl? któz byl? - pytal ciekawie Ladyzynski.
+
+- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo cale, nie zawiódl nikt -
+opowiadala dalej marszalkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
+niemili, oraz nawet, którym sie zdaje, ze obecnoscia swoja czynia
+mi laske najwyzsza, raz na rok zaledwie bywajac u mnie... i
+lekcewazaco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnela
+reka...
+
+Pan Emil zas sluchal i nieznacznie usmiechal sie pod wasem, znal
+bowiem dobrze slaba strone staruszki, która gniewalo zawsze, gdy
+ktos ze "swiata," mieszkajacy stale w miescie, omijal jej dom w
+wizytach.
+
+- Par exemple... - odezwal sie - reczylbym, ze ksiezna Marya i
+hrabiowie Doliwscy...
+
+- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksiaze Jerzy, hrabia
+Alfred, ksiestwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córka i jej
+narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksiecia Ryszarda S. z
+Poznanskiego... A takze Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... juz nie
+pamietam wszystkich nawet... konczyla pani Melania, zadowolona w
+duszy z szumnej nomenklatury.
+
+- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, smietaneczka ze smietanki
+naszej... Powinszowac marszalkowej, powinszowac... - rzekl z lekka
+drwiaco pan Emil. -L'essentiel - ciagnal dalej, - ze wszyscy, jak
+przewidywalem, polkneli przygotowana przez nas wiadomostke.
+
+- Wszyscy, bez wyjatku; robilam przeciez, co tylko moglam -
+potwierdzila pani Melania.
+
+- A wiec n... i-ni-c'est fini; nie pokazemy sie my im tu tak predko
+na oczy; by sprawdzic to, co poslyszeli, Dzierzymirskich równiez
+miec nie beda, a zreszta - pan Emil niedbale poruszyl reka - tout
+passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesza sobie nowe
+sitko na kolek i... zapomna. Ainsi va le monde - dokonczyl, i
+wyjmujac srebrna z monogramem papierosnice, ujal w palce
+delikatnej swej reki cienki papieros, uprzejmie pytajac zarazem pani
+domu: - Vous permettez?..
+
+Marszalkowa, z usmiechem, przyzwalajaco kiwnela glowa.
+Ladyzynski zapalil, i wypusciwszy z ust maly obloczek dymu,
+pogladzil wytwornym ruchem reki swe siwiejace juz nieco, a
+starannie wyczesane, bokobrody.
+
+- Ja takze, wedlug programu, nie próznowalem, - odezwal sie po
+chwili swobodnym tonem. - Wyszedlszy stad temu godzin pare, bylem na
+jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksiestwa Pilanich...
+Zastalem tam wiele bardzo osób i wszedzie opowiadalem, naturalnie en
+long et en large la nouvelle du jour, co nalezy, o Romanie i Oli -
+bref, Januarek powinien byc kontent ze mnie: wykrylem, jak, co i
+dokad wyfrunela mu jedynaczka, teraz znów my z pania marszalkowa
+tuszujemy za mloda para slady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
+
+- Ze tez pan wszystko z wesolej tylko strony bierze - nieco smutnie i
+poblazliwie jakby usmiechnela sie pani Melania.
+
+- Que voulez vous, pani marszalkowo, swiat pelen dramatów i tragedyj
+w teatrze i w zyciu, ze cózby wartem bylo ono, gdybysmy sie
+czasem starali przynajmniej komizmu choc troche zen wycisnac -
+odparl pan Emil, poczem zas dodal: - Wiec pani marszalkowa jutro na
+Podole, do Ulanówki?
+
+- Tak - potwierdzila pani Melania - do siebie jade na dni kilka, potem
+zas natychmiast do Januarego, a pan wyjezdza?.. Il faudrait.
+
+- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na szesc tygodni...
+Ale, a propos, cóz January?..
+
+- Niespokojna jestem o niego - odpowiedziala marszalkowa - jak panu
+wiadomo, bawil tu u mnie tylko dzien jeden; nazajutrz po otrzymaniu
+smutnej wiadomosci odjechal, pozegnawszy sie ze mna, notabene,
+bardzo chlodno, i odtad zadnej oden z Gowartowa nie mam wiadomosci.
+Moze chory...
+
+- Eee! cóz znowu!.. - okrzyczal sie Ladyzynski - pani
+marszalkowa niech bedzie spokojna, poluje sobie na kaczki, i
+jedynaczke swa wydziedzicza. Dobrze robi zreszta, bardzo dobrze...
+Wydziedziczac mlodych! Niech nie lekcewaza woli starszego
+pokolenia!.. Wydziedziczac!.. dokonczyl pan Emil z patosem, i
+powstawszy z fotelu, jednoczesnie z pania Melania zegnac sie
+poczal.
+
+- Uciekam juz, bo mam jeszcze pare wizyt, ale... Ladyzynski urwal
+- Wszak pani marszalkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaz? -
+mówil, calujac z wdziekiem reke staruszki - nie zegnam sie
+wiec, bede na dworcu, moze wypadnie cos ulatwic, dopomóc...
+
+- Dziekuje panu, dziekuje bardzo - odparla z usmiechem pani
+Warnicka - do milego zobaczenia sie. .
+
+Pan Emil, z cylindrem w reku, uklonil sie u drzwi raz jeszcze,
+poczem jego elegancka, opieta w tuzurek, zgrabna sylweta zniknela za
+portyera salonu.
+
+Znalazlszy sie zas przed domem, na ulicy, Ladyzynski wskoczyl
+pospiesznie do oczekujacej nan dorozki na gumach, i rzuciwszy
+niedbale adres, kazal sie wiezc dalej.
+
+Juz na ulicach i w magazynach jasnialy rzesiscie swiatla, gdy w
+dwie godziny pózniej wysiadal z tegoz pojazdu przed piekna
+kamienica w sródmiesciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaz,
+skierowal sie w brame czteropietrowego domu, gdzie na pierwszem
+pietrze zajmowal eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
+
+Maly, zwinny chlopczyna, ubrany w liberyjna, ze zlotemi guziczkami,
+granatowa kurtke, przekomarzal sie wlasnie na dziedzincu, z
+któras chichoczaca mlodsza, gdy pan jego zjawil sie nagle w
+bramie, a ujrzawszy smiejaca sie dwójke, pogrozil jej laska, z
+usmiechem. Sluzaca zasmiala sie zalotnie i glosno, lokajczyk
+zas pedem porwal sie z miejsca i polecial na góre, w pare minut
+pózniej, z pokorna mina, otwierajac drzwi Ladyzynskiemu.
+
+- Ej, malutki!.. pogrozil mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjawszy
+paltot, zapytal: - Byl tu kto?
+
+- Owszem, prosze jasnie pana, oto bilety odparl chlopak
+pospiesznie, podajac mala tacke ze stolu.
+
+Pan Emil obojetnie przerzucil kilka biletów.
+
+- Aaa!.. zadziwil sie glosno przy jednym z nich, poczem odlozyl
+wszystko na bok.
+
+- Frak od krawca przyniesli? - zapytal jeszcze - wyprasowany?
+
+- W sypialni u jasnie pana powiesilem - objasnil maly lokajczyk.
+
+- Dobrze. Siedz tu, smyku, i nie lobuzuj sie!.. rzekl Ladyzynski,
+a minawszy przedpokój, zatrzasnal za soba drzwi od gabinetu,
+prowadzacego do sypialni i ubieralni, gwizdzac jednoczesnie pod
+nosem arye z modnej podówczas operetkowej premiery.
+
+Jako szanujacy sie kawaler, pan Emil, stale zadnego wieczoru nie
+przepedzal u siebie w domu. Dzis zatem równiez wybieral sie na
+raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynajacy sie
+juz o dziesiatej.
+
+Dziewiata wlasnie bila na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil
+wiec, znalazlszy sie w gustownie umeblowanej sypialni, przystapil
+natychmiast do tualety swej wieczorowej.
+
+W tym celu wygodnie zasiadl na foteliku przed mala gotowalnia,
+przepelniona wytwornymi, w srebrnych pudelkach i przykrywkach,
+przyborami tualetowymi.
+
+Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroil sie na
+raut, marszalkowa, po wyjsciu ostatnich, zapóznionych, gosci,
+przykazawszy pogasic swiatla, odpoczywala na kanapce znuzona, po
+dniu tak pelnym dla niej zmeczenia i wysilków. Oparlszy glowe o
+poduszki mebla, pani Melania, polozyla sie, i wyciagnawszy
+wygodnie swe czlonki, przymknela powieki, stan zas blogi nie
+krepowanego niczem spoczynku owladnal nia bezpodzielnie.
+
+Jak szum niknacy, daleki, w uszach jej tylko brzmial jeszcze gwar
+prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywaly urywki z dali, a przed
+oczyma majaczyly, zmieniajac sie kolejno, postacie, zaludniajace w
+ciagu kilku godzin jej salony...
+
+Ponownie zatem widziala przed soba staruszka w sasiednim pokoju tlum
+elegancki, rozbawiony...
+
+Mile piescil on wzrok wytwornym wdziekiem kobiecych tualet,
+szeleszczacych lagodnie, a zgola nie krzyczacych barwa i gustownych
+- necil powabem na jedna modle elegancko skrojonych ubiorów
+meskich, plawil sie caly w estetyce ogólnej manier, uklonów, w
+szablonie swiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie razil niczem
+harmonii, w calosci swej nie wywolujac równiez wcale falszywo
+brzmiacych zgrzytów. I usmiech pól gorzki, pól smutny, w
+zamysleniu okolil waskie usta marszalkowej Warnickiej.
+
+Jak nicosci pelnem bowiem wydalo jej sie teraz, w oswietleniu
+dzisiejszej zlosliwej ciekawosci, to cale towarzyskie stado,
+kryjace swa przewrotnosc pod blichtrem i szychem zewnetrznych
+pozorów, jak malo godnem zalu i marnem!
+
+Ach, bo ilez schowanej zrecznie zlosci, tlumionych checi
+sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego
+falszu krylo sie w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej
+swiatowych pseudo-przyjaciól i gosci!..
+
+Marszalkowa czynila dalej w mysli przeglad galeryi osobników,
+widzianych na dzisiejszem przyjeciu; we wspomnieniu ich slów,
+wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytala, zda sie, ukryte mysli
+przybylych; moralnie obnazala ich wszystkich, starajac sie zarazem
+znalezc, przypomniec choc jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego
+uczucia, wykwitly wsród tych chwastów obludy!..
+
+Nie znalazla nic podobnego jednak. Byly tam tylko same smiecie.
+
+Pani Melania, dumajac w ten sposób, miala oczy wciaz przymkniete,
+niebawem znuzenie wzielo góre nad jej myslami, glowa staruszki
+pochylila sie na piersi, cichy mrok wieczoru otulil postac
+marszalkowej. Zdrzemnela sie.
+
+W kwandrans moze pózniej, w milczeniu wypoczywajacych po najsciu
+gosci apartamentów, rozlegl sie; silny odglos dzwonka... Staruszka
+rzucila sie z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,
+poczela wsluchiwac sie w macacy cisze odglos.
+
+W drzwiach buduaru po chwili stanal lokaj i zaanonsowal:
+
+- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, ze chcialby koniecznie widziec
+sie z jasnie pania.
+
+- Pros, pros natychmiast tutaj! - rzekla zywa marszalkowa i
+równoczesnie powstala z kanapki. Lokaj wyszedl.
+
+Zadowolenie, polaczone z ciekawoscia osiadlo na twarzy staruszki.
+
+Boleslaw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszalka,
+a zaprotegowany ongi przez nia sama na zajmowana dotad posade
+ogólnego i glównego zarzadcy dóbr pana Januarego, nareszcie wiec
+przynosil jej wiadomosc o bracie!..
+
+Mlodzieniec, lat dwudziestu osmiu, ciemny brunet, ogorzaly i
+przystojny, z dziarsko do góry podkreconym wasem, stanal na progu.
+
+- Sluga pani marszalkowej, moje uszanowanie - przemówil swobodnie, i
+podbieglszy, ucalowal z szacunkiem reke staruszki.
+
+Ubrany byl niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zas jego, oraz
+sposób mówienia, zdradzaly czlowieka, choc nie obytego moze
+zupelnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
+
+- Kochany mój panie Boleslawie, - zaczela staruszka, zwracajac sie
+dobrotliwie ku przybylemu - siadaj, prosze, i mów, mów jak
+najpredzej, co slychac?..
+
+Mlody czlowiek, widzac zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekl
+pospiesznie:
+
+- O, nic zlego... zupelnie nic zlego, pani marszalkowo, ale... i nic
+równiez dobrego - dokonczyl wahajaco i ostroznie.
+
+- Jak to?.. -- zapytala pani Melania. Krasnostawski oczy spuscil, i
+ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, dlugiemi rzesami, mówic
+czal zwolna:
+
+- Pani marszalkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknal
+pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
+
+- Wiec pan juz wiesz?.. Skad? - z okrzykiem niepohamowanego
+zdziwienia, wyrwalo sie staruszce, pytanie.
+
+Cos niemilego snac dla ucha mlodzienca zabrzmialo nagle w tych
+kilku slowach, bo nie podnoszac oczu, jakby nie chcac oniesmielac
+marszalkowej swym wzrokiem, spokojnie i powaznie odrzekl:
+
+- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie majac nikogo, zwierzyl sie z
+troski wlasnej, naturalnie pod slowem honoru z mojej strony, ze
+slówkiem nawet o tem nikomu nie wspomne...
+
+Krasnostawski zatrzymal sie chwilke, i ciagnal dalej:
+
+- Obowiazki, jakie mam dla calej rodziny panstwa, szacunek i
+powazanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowia, chyba
+dosc trwala rekojmie, iz slowa dotrzymam... I... o tem... nikt z
+panstwa, przypuszczam, nie watpi... - dokonczyl mlody czlowiek,
+podnoszac tym razem wzrok, jasny i pytajacy na marszalkowa.
+
+- Alez naturalnie, panie Boleslawie, naturalnie! - skwapliwie
+pospieszyla z odpowiedzia staruszka. - Lecz mówze mi pan, co sie
+tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytala niespokojnie.
+
+- To, pani marszalkowo, ze z panem Gowartowskim jest zle... - i
+Krasnostawski, spusciwszy znów wzrok, ciagnal dalej:
+
+- Panne Ole, jak pani marszalkowej wiadomo, ojciec kochal bardzo,
+prawie, ze balwochwalczo; otóz skutki wypadków ostatnich bardzo,
+bardzo silnie odbily sie na nim. Nic go juz prawie teraz nie zajmuje,
+ani gospodarstwo, ni wies, ni inne zajecia, do sasiadów nie jezdzi,
+u siebie nikogo nie przyjmuje - slowem obecnie z niego zupelnie inny
+czlowiek...
+
+Krasnostawski przerwal opowiadanie, jakby namyslajac sie, co mówic
+dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dól spuszczonym,
+milczala.
+
+Po chwili wahajaco ciagnal dalej:
+
+- Wobec tego samotnosc dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójcza,
+koniecznie potrzebuje on nieustajacego towarzystwa, jednem slowem -
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.
+
+Krasnostawski ponownie zatrzymal sie na sekunde.
+
+- Moja osoba nie wystarcza - mówil dalej - zajecia liczne, mieszkanie
+nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
+tu po twarzy mlodego czlowieka przemknal lekki cien - wszystko
+sklada sie na to, iz pan Gowartowski, choc zawsze dla mnie tak samo
+laskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
+
+Z pod oka, przelotnie, spojrzal Krasnostawski na marszalkowa. Z
+misya nader delikatna i przykra przybyl on tutaj; w kieszeni surduta
+palil go wlasnoreczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,
+zywiacy jeszcze do siostry bardzo gleboka uraze za spelnione
+wypadki, pomimo wszystko, w glebi duszy posadzajacy nawet
+staruszke, iz byla, moze w tajnej zmowie z jego córka -
+delikatnie, lecz stanowczo, odmawial jej goscinnosci u siebie, wobec
+zapowiedzianego przez nia przyjazdu do Gowartowa.
+
+Krasnostawski o zawartosci listu wiedzial, w chwili zalu bowiem
+Gowartowski wypowiedzial mu wszystko, ba, polecil jemu nawet, jako
+protegowanemu i lubianemu przez marszalkowe, napomknac jej o tem
+przed wreczeniem listu.
+
+Przerwawszy na chwile opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie
+zastanawial sie wlasnie, czy poruszyc w rozmowie, lub nie, temat
+drazliwy. Postanowil jednak nie czynic tego wcale, a natomiast,
+czujac, ze na ustach domyslajacej sie juz czegos: marszalkowej,
+zawisa jakby jakies pytanie, by powstrzymac je, odezwal sie
+pospiesznie:
+
+- I dlatego, pani marszalkowo, polecil mi pan January, lacznie z
+innymi interesami, powolywujacymi mnie tutaj, zaprosic do Gowartowa
+na czas dluzszy pana Ladyzynskiego, jego bowiem obecnosci tylko
+pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Musze zatem byc dzisiaj
+u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
+Ladyzynskiego niewatpliwie znanym jest pani marszalkowej?..
+
+Slowa powyzsze i pytanie ostatnie zabrzmialy w ustach mlodzienca
+pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczul chlód jakby w zachowaniu
+sie staruszki, milczacej wciaz od chwili, gdy jej powiedzial, iz:
+wie o wszystkiem. Gniewalo go to spostrzezenie i ranilo dotkliwie
+dume jego.
+
+Wypowiedziana glosem miarowym, a wskazujaca ulice i numer domu,
+zamieszkalego przez pana Emila, zabrzmiala odpowiedz marszalkowej.
+
+Krasnostawski zerwal sie natychmiast i rzekl szybko:
+
+- Dziekuje stokrotnie pani marszalkowej...
+
+Z udana zas swoboda, powodowany silnem zyczeniem wycofania sie
+stad co predzej, ciagnal zywo dalej:
+
+- Nie zajmuje juz wiecej czasu pani marszalkowej, zapomnialem
+zupelnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzien przyjec - uciekam...
+
+- Ach, tak... - z usmiechem protekcyjnym nieco rzekla sedziwa
+matrona. - Ale juz po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
+
+- Tak... tak, prawda, zapomnialem - baknal Krasnostawski, siegajac
+jednoczesnie reka do kieszeni. - Przepraszam najmocniej pania
+marszalkowa dobrodziejke, cóz za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!
+Bylbym zapomnial... Mam list od pana Gowartowskiego, sluze pani
+marszalkowej.
+
+Pani Warnicka schwycila list, Krasnostawski jednak równoczesnie
+pochylil sie do reki jej, w uklonie.
+
+- Do widzenia, mój panie Boleslawie, do widzenia! - z roztargnieniem
+pozegnala go staruszka, podajac mu reke do ucalowania, poczem zas
+goraczkowo rozerwala koperte.
+
+Mlody czlowiek juz byl na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
+marszalkowa, zdazyl byl jeszcze dojrzec na jej twarzy rumieniec
+oburzenia, zakwitly tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
+Dostrzeglszy to, mlody plenipotent, jak szczupak w wode, rzucil sie
+calem cialem w ciemnosci sasiedniego salonu, pobieglszy zas na
+palcach do przedpokoju, chwycil paltot swój i umknal z mieszkania.
+Na schodach dopiero odetchnal.
+
+- Uf! wyrwalem sie wreszcie... - szepnal. - Ladniebym sie ubral,
+gdyby tak przy mnie list czytala!..
+
+W slad zatem wypadl na miasto, a mijajac ulice jednoczesnie
+pograzal sie w myslach.
+
+Wywolana wspomnieniem apartamentów marszalkowej, stanela mu nagle
+przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczylo jej glebokie i zalotne
+spojrzenie, którem, jak wielu innych zreszta, witala i jego, gdy
+przypadek laczyl ich kiedy na chwile.
+
+Krasnostawski od kilku juz lat znal córke pana Januarego;
+etykietalne utrzymujac stosunki z palacem Gowartowskim na wsi,
+widywal ja rzadko, najczesciej z daleka, na spacerze, w kosciele,
+lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszalkowej w miescie.
+Podobala mu sie piekna panna, bo komuz zreszta nie potrafila ona
+sie przypodobac, pelna wdzieku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiala
+poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochal sie w niej jednak
+bynajmniej, za trzezwym byl na to; choc z upokorzeniem dumy wlasnej,
+stanowisko swe podrzedne oceniac potrafil, a jednak...
+
+Zdziwiony analiza duszy wlasnej, przyznac sie sam przed soba
+musial, ze wiesc o ucieczce i slubie Oli zabolala go, a raczej,
+bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewala.
+
+Rozmyslajac w ten sposób, Krasnostawski wszedl do kamienicy,
+wskazanej przez marszalkowa. Za pare chwil znalazl sie juz na
+pierwszem pietrze, ledwie jednak zadzwonil u drzwi apartamentów
+Ladyzynskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i
+paltocie, ukazal sie pan Emil, jak zwykle usmiechniety ironicznie i
+z pogoda na czole.
+
+- A!.. pan Boleslaw, herbu Rawita, powitac, prawico Januarego de
+Gowartów-Gowartowskiego, powitac!.. - i uscisnal serdecznie
+wyciagnieta reke mlodzienca.
+
+- Przepraszam, ze nie prosze pana kochanego do siebie, lecz postacia
+swoja do odejscia gotowa wypedzam go raczej, lecz powody wazne... -
+tu pan Emil uczynil obydwiema rekami ruch pólokragly, -
+sklaniaja mnie do tego! - dokonczyl, i mówiac to, elegancko
+zamknal drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a usmiechnawszy sie pod
+wasem ciagnal dalej wesolo, poufale wsunawszy zarazem reke pod
+ramie Krasnostawskiego.
+
+- Nie gniewasz sie na mnie, kochany panie Boleslawie, wszak prawda?..
+Spiesze na raut; no, mówze tam, co slychac?.. Kochany Januarek
+cóz tam porabia, poluje; weseli sie, czy smuci?
+
+Krasnostawski juz chcial wypowiedziec, z czem przyszedl, gdy
+Ladyzynski znowu odezwal sie zartobliwie:
+
+- Ale, zaiste, pysznie pan wygladasz, jak rydz w masle, powinszowac!
+Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnac beda do pana, jak pszczólki
+do miodu! Slyszalem o panskich sprawkach za studenckich czasów, za
+mlodu! - tu poklepal z lekka mlodzienca poufale po plecach -
+slyszalem - powtórzyl - nie bede wiec wzajemnie nudzil pana
+swoja osoba, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko, co cie do mnie
+sprowadza, a posiedzenie to odbedziemy w dorozce. Podwioze pana...
+Zgoda?
+
+- Alez i owszem, dziekuje bardzo! - odparl Krasnostawski, z
+pospiechem.
+
+Znajdowali sie juz na ulicy, pan Emil skinal na stangreta parokonnej
+dorozki, rzucil adres, i pojechali.
+
+Ruchem codziennym wrzalo wkolo nich strojne wesole miasto:
+
+- Slucham pana - rzekl Ladyzynski.
+
+Mlody czlowiek w krótkich slowach opowiedzial mu o niepomyslnym
+stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy
+zas tylko o liscie do marszalkowej, zakomunikowal zaproszenie do
+Gowartowa.
+
+Skrzywil sie lekko przy ostatnich slowach pan Emil i odrzekl:
+
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyc drogiego Januarka, ale
+wlasnie wyjezdzam za granice i przyznac musze, ze na razie
+wybral on sie z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy
+zreszta... Co pan wiesz, - tu spojrzal uwaznie na Krasnostawskiego -
+o pani Oli i Dzierzymirskim?..
+
+Zapytanie to postawionem bylo bardzo zrecznie mówilo nic, a pytalo
+wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowal krótko i zwiezle pana
+Emila, iz wiadomem mu jest wszystko.
+
+- Aaa!.. - wyrwalo sie tylko z ust Ladyzynskiego, i dodal
+ironicznie:
+
+- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o plaszczu gronostajowym
+przywiazania dziecinnego, szalonej milosci mlodzienczej, weselu pod
+niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odziezy codziennej, ukrytej
+przez nas starannie przed plotka, jedna - purpura drugiej; zatem
+wobec tego, mozemy mówic szczerze...
+
+- Widzi pan - tu Ladyzynski spojrzal znów na Krasnostawskiego,
+jakby pragnac sie przekonac, czy warto wywnetrzac sie przed nim -
+ta cala rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya
+przywiazania do córki i ów od poczatku do konca poemat "zbolalego
+ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy
+fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od poczatku do
+konca jednym nonsensem. Czy nie miala racyi?
+
+Krasnostawski milczal.
+
+- Piescili dziewczyne - ciagnal w tym samym tonie Ladyzynski -
+upodobala sobie Dzierzymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To
+trudno, panie, kobiety takze maja serca i temperament... Zachcialo
+sie Oli ladnego chlopca - nie dali jej go - wziela go sobie sama, a
+raczej wziac sie pozwolila... Niech Januarek lepiej dziekuje i
+spiewa Hosanne na wysokosciach, ze bez plebana sie nie obeszlo!
+Lub niechze nawet gniewa sie, i wydziedziczy córunie, lecz nie
+lamentuje, bo to i nie po mesku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje
+zdanie. Cóz na to pan, panie Boleslawie, herbu Rawita?..
+
+Krasnostawski zzymnal sie niecierpliwie; denerwowal go zwykle ton
+rozmowy Ladyzynskiego, dzis jeszcze bardziej rozgniewal go
+przycinek "herbu Rawita", bedacy widoczna alluzya do uzywanych
+niegdys przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
+
+Podrazniony zatem, silac sie na spokój, odparl zimno:
+
+- Przepraszam, ale calkiem inaczej i zupelnie przeciwnie zapatruje
+sie na te sprawe, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
+
+- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszac, wiedzialem tylko, ze i z
+kochanego pana takze romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliscie
+sie razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgola potrzebny
+nie jestem, doskonale sie tam obadwa rozumiecie...
+
+- Ale, cóz znowu! - przerwal zywo Krasnostawski, bojac sie, czy
+czasem mimo woli nieostroznem slowem nie zepsul danego sobie
+polecenia. - Moge byc tych samych zapatrywan na te sprawe, co i pan
+Gowartowski i odczuwac jego charakter, lecz przeciez w zadnym razie
+nie potrafie zastapic szanownego pana, który jest tak dobrym jego
+przyjacielem...
+
+- No tak, tak..., - urwal z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
+litosci, nic stalego na tej ziemi, prócz przyjazni i milosci;" to
+wszystko nader pieknie brzmi i wyglada, lecz mego zdania, ja
+osobiscie nawet dla przyjazni zmieniac, niestety, nie uwazam za
+stosowne. Czy zas ono Januarciowi sie spodoba - grubo watpie..
+
+Dorozka w tej samej chwili zatrzymala sie.
+
+- No, kochany mój panie Boleslawie, addio!.. - odezwal sie
+protekcyjnym nieco tonem Ladyzynski podajac Krasnostawskiemu reke.
+
+- Zakomunikuj pan z laski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
+Gowartowie, a jesli potem jeszcze znac mnie bedzie chcial - niechze
+mi napisze, a moze przyjade...
+
+Wysiedli obaj. Pan Emil uchylil cylindra i skierowal sie ku bramie,
+na progu zas jej rzucil jeszcze mlodemu czlowiekowi, tym razem
+jednak przyjazniej nieco:
+
+- A trzymaj sie tam pan dzielnie, ba plec nadobna ma tu na
+wiesniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...
+
+Ladyzynski znikl, Krasnostawski pozostal sam ulicy. Rozejrzal
+sie...
+
+Byl w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór juz
+rozpoczynal swe panowanie, nadchodzila noc, wielki gród zarzyl sie
+setkami swiatel; srodkiem ulicy pedzily pojazdy, po chodnikach
+szerokich zwarta gromada wymijal go pospiesznie tlum ludzi.
+
+Piekne, zgrabne mieszczanki prawie ze ocieraly sie o niego,
+rzucajac co chwila zalotne spojrzenia na ladnego chlopca. Niewiele
+jednak z nich szlo samych, wiekszosc miala juz przy sobie
+czulacych sie towarzyszy, szepczacych im z usmiechem slodkie
+slówka.
+
+Pod wplywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
+przejrzal sie uwazniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
+zadowolony z przegladu wlasnej osoby, spojrzal wesolo przed siebie.
+Jakies puste pragnienie zabawienia sie, oszolomienia, podobnie tym
+wszystkim, snujacym sie parom, owladnelo nim.
+
+Przeksztalcony okolicznosciami zycia w wiesniaka mieszczuch
+przypomnial sobie naraz lata dawne, studenckie, pelne niefrasobliwego
+jutra i wesolych kawalów, a choc przeplatane czesto bieda i
+glodem, bogate jednak w milosc i swobode!
+
+Bawiac przelotnie w murach miasta, którego kazdy zaulek znal na
+pamiec, a mijajacych go mieszkanców, szczególniej kobiety, jednym
+rzutem oka nieomylnie segregowal, jak znawca, - zapragnal nagle
+Krasnostawski napic sie koniecznie z musujacego uciech milosnych
+kielicha.
+
+I mimo woli mlody czlowiek poczal uwazniej przygladac sie
+kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukle i zgrabne,
+mijaly go one, smiejace sie i wesole, uprawiajac z zamilowaniem
+flirt uliczny, skrzacy sie miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak
+poza nim na kazde spojrzenie przystojniejszego mezczyzny,
+odwzajemniajace mu sie zalotnem zrenic blysnieciem - "oczkiem" i
+obiecujacym nieraz wiele usmiechem.
+
+A rozmaitosc dzisiaj byla wielka. Wieczór przedswiateczny,
+pogodny, lwia czesc wlascicielek nadobnych twarzyczek wywabil na
+pierwszorzedne ulice - na wspólna arene letniego jakby "demisalonu"
+pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, sniade,
+czarnobrewe, blondynki, powiewne - biale, szatynki, o ruchach
+omdlewajacych, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,
+wlasciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, zwawe - sunely
+przed zachwyconym wzrokiem wiesniaka.
+
+I od tego rozpedzonego, barwnego, poruszanego jakby tajna jakas
+sprezyna tlumu, bil na Krasnostawskiego swiezy, bo odzwyczajeniem
+dluzszem starty, urok; nozdrza grac mu poczely, wchlanial w
+siebie niewyrazny, niepochwytny powiew, sunacy jakby ponad glowami
+publicznosci, goretszem okiem patrzyl w twarz kobietom, swawolnie i
+niechcacy, na pozór, zagladal im prosto w oczy...
+
+Co zas przewaznie czytal w owych czarnych, szarawych, fijolkowych i
+modrych oczach, z natury juz swej, zalotnych, bynajmniej nie zrazalo
+go do tej; czynnosci.
+
+- Pójdz, pójdz, nie zrazaj sie pozornie skromna minka, badz
+odwaznym, smialym, a moze... moze... - szeptaly, zda sie, cicho
+wejrzenia niesmialsze, gorejac ogniem, nieprzeparcie ciagnac ku
+sobie; daleko wiecej jeszcze mówily spojrzenia inne, a wszystkie
+razem, wyzywane smialym wzrokiem mezczyzny, calowac go jakby sie
+zdawaly, obiecujac milosc-pieszczote!...
+
+Ruchliwa fala w pewnych godzinach przelewajacy sie przez ulice
+miasta, a obejmujacy soba oddzielna warstwe wracajacych z zajecia
+pracownic róznej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roil
+sie dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczecy swiatek, i coraz
+bardziej liczny, barwniejszy - obejmowal go swym ruchomym usciskiem. I
+mlody czlowiek, ulegajac stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom
+dawnym, a zwiazanym scisle z tymze samym swiatkiem, zapomnial o
+wszystkiem.
+
+Znikly mu z pamieci Gowartów, pan January, marszalkowa,
+Ladyzynski, Ola, a odzyl w nim tylko dawny lobuz i balamut,
+zadny swawoli i uzycia.
+
+Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujetych mala raczka, a
+odkrywajacych modelowana slicznie, zgrabnie obuta, w azurowej
+ponczoszce, nózke, otarla sie prawie o Krasnostawskiego wysoka
+dziewczyna, smukla, jak gazella, czarnowlosa, i rzucila
+mlodziencowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palacy ,
+smialy, rzucila mu takie same drugie, uwazniejniejsze jednak,
+goretsze. Z dwojga par mlodych oczu posypaly sie iskry, a panu
+Boleslawowi stanelo w tej chwili w mózgu, nieodwolalne ultimatum:
+Ta, lub zadna!
+
+Puscil sie w pogon za piekna dziewczyna. Dognal ja niebawem,
+zajrzal w oczy raz, drugi, trzeci, i poczal isc w slad za nia.
+Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewcze skrecilo nagle w bok i
+zniklo w bramie domu.
+
+Zawiedziony i zly, Krasnostawski obrócil sie na piecie, a
+wlozywszy reke w kieszenie od palta, z humorem przystanal. W
+oddali zachecajaco zielenial ogród sródmiejski, jakby zapraszajac
+goscinnie.
+
+Mlodzieniec skierowal sie w te strone, i w dziesiec minut potem
+wchodzil juz w brame ogrodu.
+
+O tej wieczornej i spóznionej juz porze cienie jago, tajemnicze i
+ciche, pochlonely Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego
+dolecialy jednoczesnie, z pogwarem drzew szumiacych splecione,
+jakies szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...
+
+To przytulone do siebie, tam i ówdzie po lawkach siedzac samotnych,
+gruchajace przerózne "pary" fabrykowaly najczesciej udana, rzadko
+szczera milosc... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,
+tam znów, w kontrascie subtelniejszy, miekkszy, ten sam flirt
+brukowy, rdzennie miejscowy, musowal, kipial po katach ogrodu,
+przyczajony do tego stopnia, iz w niektórych alejach dla uwaznego
+sluchacza grala po prostu, zda sie, powszechna jakby i wspólnie
+harmonijna nuta, zlozona ze szmeru pocalunków, glosniejszych
+pólslówek, namietnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego
+smiechu...
+
+Odglosy te, drgajac w powietrzu, lecialy cicho ku wierzcholkom
+drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadal wolno pozólkly
+lisc wczesnej jesieni, - jakby pragnac przypomniec bawiacym sie tu
+ludziom, o koncu wszystkiego na swiecie.
+
+Przeszedlszy sie po ogrodzie, Krasnostawski usiadl na jednej z
+lawek. Zmeczonym byl nieco... Przyjechal kilka godzin temu zaledwie.
+Marszalkowa, Ladyzynski, piekna nieznajoma, gwar miasta - wszystko
+to znuzylo mlodzienca, przywyklego od lat paru do ciszy i
+regularnego wiejskiego zycia.
+
+Wyjawszy papierosnice, zapalil papierosa, ziewnal, a spojrzawszy
+obojetnie na siedzacych obok na lawce sasiadów, wpadl w mimowolna
+zadume.
+
+W myslach stanela mu nagle wlasna przeszlosc w tem samem miescie
+i przed oczyma migac poczely przerózne minionych lat obrazy.
+
+Ujrzal zatem siebie malenkim, u rodziców jeszcze, chlopcem, potem
+gimnazista, a nastepnie akademikiem. Oblicza rozpierzchlych gdzies
+po swiecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyly mu zywo,
+wspomnial ich przywary, zalety charaktery i serca...
+
+W kalejdoskopie wspomnien odbilo sie, przesunelo równiez, kilka
+twarzyczek kobiecych, pare szalów, niepomnych jutra, goraczkowych,
+pieniacych sie wówczas rozkosza, plomieniem uczucia, a dzis
+spopielalych juz i zagaslych zupelnie.
+
+A wszystko w tem miescie, z którego murami zzyla sie, zrosla jego
+dusza. Dla chleba porzucil kolebke dziecinstwa - mlodosci...
+
+- Cha!... - westchnal glosno mlody plenipotent gowartowski, poczem
+instynktownie obejrzal sie wokolo, i jakby nieco zawstydzony swem
+westchnieniem, z pod oka uwaznie popatrzyl na swoich sasiadów.
+
+Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasunietym na oczy, w
+wyszarzalej kapocie i z rekami w kieszeniach, drzemala jakas meska
+figura, z glowa, wcisnieta w ramiona, zgarbiona, o nedznej
+powierzchownosci; byl to zapewne pijak jaki ululany, lub moze biedak
+bezdomny; z przeciwleglego zas kranca lawki jakis staruszek
+zbieral sie do odejscia...
+
+- Przepraszam pana, która godzina? - zapytal go Krasnostawski,
+pamietajac, iz zegarek zostawil przez roztargnienie w hotelu.
+
+Staruszek malutki, siwiutenki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknal
+przyjaznie na mlodego czlowieka, oczy przymruzyl i rozesmial sie
+glosno i dobrotliwie.
+
+- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucil w slad za tem - nie przyszla...
+Ba!... la donna č mobile... - szczerze zasmial sie jeszcze do siebie
+i podreptal dalej, nie odpowiadajac na pytanie mlodzienca.
+
+- A to ci mantyka jakis ! - usmiechnal sie Krasnostawski i
+wzruszyl ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyslil
+sie znowu.
+
+Tymczasem w tej samej wlasnie chwili siadala obok niego wysoka,
+zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzacy staruszek wyglaszal swa
+sentencye, pospiesznie przechodzila ona droga, a uslyszawszy
+glosno wyrzeczono slowa, zwrócila uwage na siedzacego
+mlodzienca i uwaznie spojrzala nan; poczem zwolnila kroku, a po
+przelotnej wahania chwilce usiadla na lawce. Teraz zas, uporczywie z
+pod oka, patrzyla na Krasnostawskiego.
+
+Ten zas poczul snac na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
+chwili machinalnie obrócil glowe w jej strone.
+
+Na widok nowej sasiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbil sie na
+jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawac sie zdawal
+piekna nieznajoma sprzed pólgodziny. Spojrzenia mlodych
+skrzyzowaly sie. Z czarnych zrenic ladnej dziewczyny posypaly sie
+iskry, poczem opuscila na oczy powieki, z rzesami dlugiemi.
+
+Krasnostawski jednak milczal w niepewnosci.
+
+- Nie, to nie ona - myslal - tamta, smukla gazella, piekniejsza
+byla, lecz ta znów... tu spojrzal przeciagle na dziewcze - kto wie,
+czy nie ponetniejsza, milsza?... Bez watpienia... co za oczy!... -
+dopowiedzial sobie w duchu.
+
+Nie ruszal sie jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydala mu sie
+dziwnie nieprzystepna - przynajmniej z powierzchownosci. Ubrana byla
+z miejskim szykiem, przecietnym wprawdzie, ale nie razaco bynajmniej,
+calkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakas nieujeta jakby
+dystynkcya.
+
+Tak sie zdalo Krasnostawskiemu.
+
+W tej samej chwili nieznajoma podniosla nan znowu oczy. Powoli
+zdjela woalke, wciaz palac spojrzeniem pieknych, duzych zrenic
+i westchnela cicho...
+
+Krasnostawski instynktownie przysunal sie do dziewczecia blizej. W
+pare jednak sekund pózniej, raz jeszcze przyjrzawszy sie delikatnemu
+profilowi nieznajomej i przywolawszy w pamieci cale swe znawstwo
+dawnego "don-juana", zawyrokowal w mysli: - "szyk facetka, ale szkoda
+czasu," i obojetnie zgaslego zapalil papierosa.
+
+Poza tem, przed godzina pelen werwy i animuszu, teraz czul sie
+zmeczonym i spac mu sie po prostu chcialo, rój mysli zas,
+poruszonych niedawno, bezustannie macil mu sie w glowie. Ziewnal
+wiec przeciagle i zamierzal juz powstac, gdy oto nagle, proszaco,
+poslyszal wyrzeczone glosikiem dzwiecznym swej sasiadki:
+
+- Przepraszam pana... ale.... nie moge dac sobie sama rady... Czy...
+nie bylby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinac mi parasolke?...
+
+Slowom tym towarzyszyl wyraz twarzy, pelny milutkiego wdzieku i
+przybranej okolicznosciowo zaambarasowanej niby niesmialosci;
+zatrzymala sie pytajaco...
+
+Widzac jednak na obliczu mlodego czlowieka usmiech i wyciagnieta
+juz reke po parasolke, dokonczyla zalotnie, podajac mu ja:
+
+- Tylko... tak ladnie... cieniutko...
+
+- Pan sie dziwi, zapewne - dygnela juz smialo, lecz z tym samym
+nieokreslonym nieco twarzy wyrazem, - ze ja, nie znajac pana,
+osmielam sie, pomimo to, trudzic go... ale...
+
+- Boli raczka? - podchwycil Krasnostawski spiesznie i pochylil sie
+ku dziewczeciu, z usmiechem.
+
+W oczach dziewczyny zapalily sie skry, nerwowo zadrzaly jej
+wisniowe usta i rozchylily sie kuszaco... Zasmiala sie...
+
+- Tak, mam reumatyzm w prawej dloni... - odparla z powlóczystem
+spojrzeniem.
+
+I rozmowa w slad zatem potoczyla sie gladko... Krasnostawski poczul
+sie w swoim zywiole, wpadl w zapal, dowcipkowal, smial sie,
+opowiadal. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinala mu sie
+dowcipnie, podtrzymywala rozmowe...
+
+Gwar dwojga mlodych odbijal sie echem po coraz to pustszym ogrodzie;
+spiacy dotad spokojnie na lawce sasiad ich, bezdomny biedak,
+zbudzony, zaklal z cicha i bez ceremonyi polozyl sie na lawce,
+jak dlugi.
+
+Wespól z towarzyszem rozesmialo sie piekne dziewcze. Powstali.
+
+Pobladziwszy zas samotnie po alejach ogrodu, w pól godziny
+pózniej wychodzili z niego, ochoczo i zwawo, na pusta ulice,
+trzymajac sie pod rece, po przyjacielsku juz zupelnie. Mlody pan
+plenipotent gowartowski skinal na stojace opodal "gumy", kazal
+stangretowi podniesc bude, wsiadl do powozu razem z piekna nowa
+znajoma, rzucil adres - i pojechali...
+
+Gdy w ten sposób odzyly w wiesniaku lobuz zabawial sie swobodnie
+w wesolym grodzie - na Ukrainie, w palacu gowartowskim, który
+zaledwie opuscil byl dwa dni temu, w ta sama noc wrzesniowa,
+pomimo spóznionej juz wielce pory, palily sie, jeszcze swiatla.
+
+Po obszernych komnatach duzego pietrowego domu, otoczonego cienistym
+parkiem, przechadzal sie, zamyslony, pan January Gowartowski, z
+rekami zalozonemi na piersiach. Klasc sie na spoczynek wcale nie
+mial ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomosci
+o slubie Oli, sen, wyploszony cierpieniem i myslami, bezpowrotnie,
+zda sie, ulecial od powiek starca.
+
+Pan January juz od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
+nie sypial wcale. Chodzil po pustych komnatach, myslal, czytal,
+czasami wychodzil na przechadzke, blakal sie po polach, z rzadka
+bardzo polujac do swita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,
+oddajac sie teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
+zniecheceniem.
+
+By sobie zas te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicic, pan
+January wzial sie do pisania wlasnych pamietników, a sunac
+piórem po papierze i godzinami zapelniajac go swem drobnem pismem,
+nieraz potem, znuzony, zasypial przy biurku, i tak go nazajutrz nad
+ranem zastawal lokaj. W ciagu dnia zas wyraznie nudzil sie coraz
+bardziej; czasami odwetowal sobie dlugie biale noce ciezkim snem po
+obiedzie; poza tem nie wyjezdzal nigdzie, ani do sasiadów, ani
+nawet do kosciola, nikogo równiez nie przyjmujac.
+
+W palacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiac
+sie stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie byl
+iscie razacym. Poprzednio, wesoly, usmiechniety, rzezki, nad wiek
+swój zywy, bioracy udzial we wszystkich sprawach wiejskich,
+interesujacy sie najdrobniejszym niemal szczególem, obecnie zmienil
+sie rzeczywiscie do niepoznania.
+
+Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadl pan January w trwajacy
+dotad stan apatyi, zniechecenia i nudy, a powiekszajacy sie ciagle
+i coraz bardziej. Z malzenstwem Oli pogodzil sie, bo zgodzic sie
+na nie musial, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyslna reka
+córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoila sie bynajmniej. Pan January
+zamknal sie w sobie i przezuwal cierpienie wlasne, nie mogac o
+niem zapomniec.
+
+I czyz nawet mozna bylo dziwic sie temu? Kazdy kat, kazda
+sciezka i sprzet w palacu nasuwaly biednemu ojcu na pamiec
+jedynaczke, martwota zas i cisza komnat, oraz ich glucha pustka
+przypominaly stale nieobecnosc jej bezpowrotna.
+
+Gdy Krasnostawski, zamieszkaly w pobliskim folwarku, Tomaszówce,
+wpadal tu czasem w interesach i sprawach majatkowych, - ozywial
+nieco obecnoscia swa te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,
+dnie jeszcze bardziej dluzyly sie panu Januaremu.
+
+Na stole w jadalni gowartowskiego palacu lezalo kilka ksiazek, obok
+w salonie i buduarze widnialy porzucone pisma swieze - na biurku w
+gabinecie przyleglym bielaly rozlozone arkusze, zapelnionego pismem
+papieru. Pan January przed chwila przestal byl czytac, oraz pisac
+teraz zamierzal, a przechadzajac sie tymczasem poprzez szereg
+czterech lezacych obok siebie, otwartych, pooswietlanych pokoi,
+myslal.
+
+W ciszy uspionego juz od dawna domu wybila godzina druga...
+
+Monotonny odglos zegara zbudzil Gowartowskiego z zadumy. Poruszyl
+sie szybciej, sam pogasil swiatla w czterech sasiednich komnatach,
+poczem, westchnawszy cicho, przetarl dlonia czolo i usiadl przy
+biurku przed rozlozonemi cwiartkami papieru.
+
+Nie wzial jednak pióra do reki... Mysl leniwa odbiec na rozkaz nie
+chciala, podparl wiec pan January dlonmi glowe i zamyslil sie
+znowu.
+
+Wokolo, z umilklem echem jego miarowych kroków, zapanowala
+niezamacona niczem cisza, i trwale dosc dlugo, nie przerywana zgola
+niczem.
+
+Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósl glowe dziedzic Gowartowa,
+siegnal po pióro i zaczal pisac szybko. Jedne po drugich
+wypelnialy sie jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na
+biurku, zgrzyt zas stalki w milczeniu gluchem donosnie rozbrzmiewal
+po pokoju. W ten sposób minela godzina, a moze i wiecej...
+
+Przestal wreszcie pisac ojciec Oli, odlozyl pióro i schowawszy
+starannie papiery do szuflady biurka - powstal.
+
+Wywolany zazwyczaj umyslowem znuzeniem, sen nie kleil jednak dzisiaj
+powiek jego.
+
+Przeciwnie. Zmuszony przed chwila jeszcze, oderwawszy sie od
+terazniejszosci, zanurzyc w przeszlosc wlasnego zycia, która
+opisywal - pan January orzezwionym byl jakby, a wyraz melancholyi
+smutnej znikl z oblicza jego, oczy patrzaly jasniej jakos,
+zapatrzone, zda sie, w odlegle dawne wspomnienia...
+
+I wyparte ta chwila obecna, cierpienie pierzchlo na chwile, ojciec
+Oli zas, spragniony snac powietrza, otworzyl okno, wychodzace na
+ogród.
+
+Dotykajac szyb, zaszelescily cicho galezie pnacego sie wysoko po
+murze winogradu, i powiew balsamiczny, swiezy, wplynal do pokoju.
+
+Palac gowartowski górowal nad okolica. Do stóp jego, poza parkiem i
+stawem, w pólkole, tulila sie wioska, a dalej widnialy uprawne
+pola, odcinal sie na widnokregu sinawy pas lasów, wsród
+rozleglych zas, jak okiem siegnac, plaskich obszarów - majaczylo
+kilka dalekich siól i futorów...
+
+W chwili, gdy pan January stanal w oknie gabinetu, z którego
+krajobraz ten caly, jak na dloni, mozna bylo objac okiem - nad
+otaczajacemi Gowartów wkolo równinami, pelnemi nieujetego jakby
+smutku i niewyslowionej dziwnej tesknoty - nad zadumanymi jarami,
+sennymi lanami i bielejacymi szerokimi traktami - z wolna gasla
+wlasnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknac,
+pierzchaly ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgly przedporanne
+blakaly sie tam i ówdzie, pólmrok zas szarawy przedswitu,
+walczacy z cieniami nocy, coraz bardziej zwycieski, hardy, panoszyl
+sie juz dokola.
+
+Gowartowski stal nieruchomo w oknie, a odczuwajac gleboko nieujety
+czar, plynacy ku niemu senna fala z ziemi rodzinnej, jednoczesnie
+uczuwal w duszy chec konieczna wyrwania sie, choc na krótko z
+tych ciasnych ram pokoju.
+
+W tej samej chwili cisze drzemiaca przerwal nagle pojedynczy
+dzwiek, rytmiczny i daleki. Wplótlszy sie melodyjnym akordem w
+ogólne milczenie, szedl coraz donioslejszy... blizszy...
+
+Przez perlace sie jeszcze nocna rosa lany zboza i laki, zagony
+buraków i jary, lecialo monotonne echo dzwonka, zalosne soba i
+jakby smetne, blakajac sie po uspionych jeszcze obszarach, budzac
+drzemiace ptactwo, leniwo i niechetnie zrywajace sie gdzieniegdzie
+do lotu.
+
+- Telegram! Moze do mnie, pójde i zobacze... mruknal do siebie
+pólglosem pan January, i odstapiwszy od okna, siegnal kapelusz.
+
+W tej samej chwili wzrok jego przesunal sie po scianie, na której
+wisiala strzelba i przybory mysliwskie. Gowartowski spojrzal mimo
+woli na swój ubiór.
+
+Byl w butach wysokich z cholewami, których dobe cala nie zmienil,
+pelen apatyi.
+
+Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzial strzelbe, torbe,
+naboje i wyszedl przez balkon do ogrodu. Czul potrzebe ruchu,
+powietrza i postanowil zapolowac na dzikie kaczki. Drzemiaca zylka
+mysliwska przebudzila sie w Gowartowskim, a odnalazlszy ulubienca
+swego, legawca, spiacego w ladnej budce, wyruszyl przez park na
+pola.
+
+Mysl jego byla jakby wolniejsza, wzrok zas uporczywie scigal
+krajobraz, niejako wsluchujac sie w bliski juz teraz zupelnie
+odglos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunela mu bezpodstawne
+przypuszczenie, iz moze ten oto znajomy dzwiek, zwiastujacy
+telegraficznego poslanca, przyniesie mu jakas dobra, a
+niespodziana od Oli wiadomosc.
+
+Rzeczywistosc, jak zwykle, rozwiala chwilowe zludzenie. Spokojnie i
+równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyzu drewnianym,
+przesunela sie sennie, w jednego konia, dwukolowa bida, z siedzaca
+na niej skulona postacia, i brzeczac dzwonkiem, zginela w mglach
+porannych.
+
+Dziedzic Gowartowa westchnal, i minawszy park oraz wioske, boczna
+sciezyna skierowal sie ku polom. Poprzedzany krecacym sie
+wesolo, calym czarnym, z bialemi lapami, legawcem, w pól godziny
+potem spuszczal sie w jar gleboki.
+
+Otulony cisza przedswitu, drzemal tu staw obszerny, caly zarosly
+sitowiem - siedziba kaczek dzikich; maly mlynek drewniany, cichutko
+szemrzac przelewajaca sie woda, odpoczywal, przyparty do wazkiej
+grobelki; w jej pobliza malenka, garbata chatynka mlynarza
+dopelniala krajobrazu.
+
+Po raz pierwszy od bardzo dawna poddal sie pan January obecnej chwili
+tylko, zapomniawszy momentalnie o dreczacem go cierpieniu. Stapajac
+ostroznie i cicho po zroszonej trawie, szedl wzdluz stawu, nad jego
+brzegiem, rozgladajac sie bystro dokola.
+
+Milczenie i spokój panowaly niepodzielnie w tym zakatku. Czasem tylko
+zalopotalo cos w sitowiach i zaraz zcichlo; tuz ponad senna tafla
+wód przelecial wolno kolo idacego mysliwca jastrzab wodny, kulik,
+zniknawszy niebawem z oczu...
+
+I melancholijna szarosc, jeszcze na wpól pograzona we snie,
+cicha, królowala dalej znowu, skupiona w sobie, niezamacona niczem,
+chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.
+
+Nagle pan January przystanal:
+
+- Wara! do nogi! - syknal cicho na psa. Legawiec, podnióslszy lewa
+lape i wyprostowawszy ogon sprezyscie, znieruchomial.
+
+Na czysta tafle wód stawu, rzecz rzadka, wyplywaly powaznie dwie
+kaczki dzikie i kolyszac sie niedostrzegalnie, zblizaly sie, ufne,
+z wolna plynac, na odleglosc strzalu. Mysliwiec odwiódl kurka u
+strzelby, jak mógl najciszej, i przylozyl bron do ramienia.
+
+Przeczekal chwile jeszcze, i pociagnal za cyngiel...
+
+Odbity w milczeniu dziesieciokrotnem echem huknal w ciszy pierwszy
+strzal!... Dosiagl on jednoczesnie obie kaczki, polozyl je
+trupem, i zbudzil zarazem spiaca w sitowiach zwierzyne.
+
+Zagotowalo sie tam teraz wszedzie; tlumione szelesty rozlegly sie
+na wsze strony; kurki wodne, kaczeta, kaczki nawolywaly sie
+wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwalo sie nawet hen, w
+perspektywie, na drugim krancu stawu... daleko. Jedna zas, wynurzywszy
+skads, z charakterystycznym poswistem skrzydel, przeleciala: wysoko
+prostopadle ponad glowa mysliwego.
+
+Posluszny legawiec jednoczesnie przynosil panu w zebach zabita
+zwierzyne; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesil je u torby i
+poszedl dalej.
+
+Powoli, stopniowo, rozjasnialo sie tymczasem.. Na wschodzie, gdzies
+w oddali, widnokrag zarózawial sie, niedostrzegalnie, leciutko...
+
+Ojciec Oli Dzierzymirskiej, ze spuszczona glowa, postepowal
+wciaz brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwalo sie
+trwozliwie, mysliwiec jednak nie zadawal sobie trudu strzelac do
+nich, bo oto znowu, wywolane na pozór drobnostka, pochlonely
+bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.
+
+Rok temu, podobnie jak dzis, polowal on tutaj.
+
+Razem z Ola wyjechali o drugiej, noca, i przybyli nad staw przy
+ksiezycu jeszcze. Tak samo cisza uspienia panowala dokola, tak
+samo, jak przed chwila, na ton czysta, lsniaca sie tylko w
+dogorywajacych, drzacych promieniach miesiaca - wyplynela
+zwierzyna...
+
+Pamieta, jak dzis, owa chwile, radosc córki z tej przejazdzki i
+jej ciekawosc asystowania przy polowaniu. Stoi mu zywo przed oczyma
+twarzyczka jej zarumieniona, ladniutka, wzruszona, ciekawie sledzaca
+wzrokiem kaczki, plynace po wodach...
+
+Pamieta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy juz cyngla dlonia
+dotykal, szczebiot jej wesoly sploszyl zwierzyne, i jak wówczas
+Ola tego sobie darowac nie mogla...
+
+Westchnienie ciche podnioslo piers Gowartowskiego, brwi zmarszczyl i
+zatopil sie w myslach niepomny zupelnie otoczenia swego.
+
+Tymczasem zwierzyna co chwila podrywala sie tam i ówdzie,
+przelatujac blisko idacego machinalnie naprzód mysliwego.
+
+Legawiec, krecac ogonem, wiercil sie na wszystkie strony, skamlal
+niesmialo, z cicha, gonil uciekajace kaczki i powracal, podnoszac
+rozumny swój wzrok na zamyslonego pana, z wyrazem zdziwienia, iz nie
+slyszy juz strzalów - wyraznie zgorszony postepowaniem jego.
+
+Staw tymczasem juz sie konczyl..
+
+W poblizu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
+blotnistych moczarów, widnial taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
+sitowiem zarosniety caly.
+
+Znajac snac dobrze droge ku niemu, pan January nie zatrzymal sie, a
+tylko ciagle tak samo zadumany, ruszyl w droge dalej, prosto przez
+bagno, stawiajac powoli stopy na trzesacych sie kepkach zielonych.
+
+Pod ciezarem ciala idacego mysliwca grunt uginal sie, kolysal
+niedostrzegalnie, a pod nim chlupotala woda i poruszal sie krag
+caly wodnistej ziemi.
+
+Pan January nie zwracal jednak na to zadnej uwagi; w myslach
+rozpamietywal cos ciagle, w oczach zas uporczywie majaczyla mu
+wywolana przypomnieniem twarz i postac Oli, przeslaniajac sylwetka
+swa wzrok jego zamglony.
+
+Roztargniony jakby, tu, gdzie sie znajdowal, zgola nieobecny,
+Gowartowski szedl przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
+niespodzianie obsunela mu sie na malej kepce, i malo, malo, ze
+nie stracil równowagi...
+
+Tymczasem poza nim, w dal roztwieraly sie niby widnokregu podwoje...
+
+Stopniowo, waskie pasmo skrytego jeszcze slonecznego swiatla, roslo
+na niebiosach. Z pod bialych puchów poslania i spuszczonych
+dyskretnie jakby gazowych u loza zaslon - zarumieniona, wstydliwa
+wychylac sie poczela jutrzenka rózana, przeciagajac sie
+lubieznie jeszcze poza przejrzysta opona obloków bladych...
+
+Ponad stawem lataly teraz ciagle kuliki; w dali na horyzoncie, z
+innego snac legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciagnelo tutaj
+cale stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrzab
+krazyl majestatycznie nad lanem zboza...
+
+Ostatnie wreszcie cienie przedswitu pierzchly nagle... Pierwszy
+promien slonca wyjrzal niesmialo, blysnal po bialych scianach
+chatynki i blaszanym dachu starego mlyna, dotknal sie tafli stawu,
+zamigotal w metnych blotach moczarów i musnal pieszczotliwie
+odwrócona sylwete idacego mezczyzny.
+
+Na blyszczacej lufie przelozonej przez plecy strzelby zapalil sie
+blaskiem. Minela chwila... i juz tryumfalnie zajasnial on,
+objawszy plomieniem swiatel liscie kilkunastu drzew, rosnacych
+wsród bagien. Postac kroczacego miarowo po moczarach czlowieka na
+zakrecie, czy tez w drzew cieniu, znikla nagle w mgnieniu oka...
+
+Po chwili w dali rozleglo sie tylko glosne szczekanie psa.
+
+Umilklo...
+
+Nad ziemia w tej samej chwili wstal dzien nowy, pelen nadziei, z
+radoscia na promienistem czole.
+
+---------
+
+
+Na platformie kawiarni, polozonej na szczycie góry "Gutsch,"
+wznoszacej swój cypel wyniosly ponad wdziecznie rozrzucona u jej
+stóp Lucerna, roilo sie od turystów, siedzacych przy stolikach.
+
+Szmery prowadzonych rozmów laczyly sie w akord wspólny z grajaca
+smetnie i cicho orkiestra, wzrok zas wypoczywajacych gosci
+piescil widok cudny i wspanialy na miasto, tulace sie zacisznie do
+brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe glebie, w których
+lustrzanej toni milczaco przygladaly sie równiez zadumane
+wierzcholki gór.
+
+Zamykaly one lancuchem swym caly widnokrag naprzeciw miasta, po
+drugiej stronie jeziora, i ramowaly na prawo kreta szyje wód jego,
+plynacych cicho w dal...
+
+Ozlociwszy purpura i zlotem sniezne szczyty ginacych we mgle Alp,
+zamigotawszy krwawo na bialych frontach nadbrzeznych hoteli,
+spiczastych wiezach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,
+wlasnie przed chwila zgasl ostatni promyk slonca...
+
+Natomiast zmierzch szary juz obecnie wychylal sie skads
+niesmialo, slizgal sie po gladkiej tafli jeziora, przechadzal po
+dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starozytnych i waskich,
+a omraczajac szesciokatny czubek, polozonej tuz przy jednym z
+nich, oryginalnej wodnej wiezycy, swawolnie zdawal sie zatapiac ja,
+jedynaczke, sterczaca zabawnie posród wód szafiru.
+
+A tymczasem, pod wplywem idacego wieczora, cichlo jakby jeszcze
+bardziej wszystko dokola... Senny spokój plynac sie zdawal od
+Lucerny, która, choc przepelniona goscmi z calego swiata,
+tetnic poczynajaca wlasnie o tej porze muzyka i gwarem -
+obserwowana jednak stad, z "Gutsch" wierzcholka, wydawala sie tak
+spokojna - tak cicha, jakby nie byla zgola punktem zbornym
+kosmopolitycznej towarzystw smietanki, ale tylko - oaza wytchnienia i
+swobody.
+
+W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
+przy stoliku, siedzialo piec osób.
+
+Towarzystwo to skladali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córka i
+powaznym jegomosciem, ojcem zapewne rodziny - mlody, zwawy,
+przystojny Francuz i Dzierzymirscy.
+
+Ozywiona, niemilknaca rozmowa, podtrzymywana glównie przez Ole i
+mlodego Francuza, panowala przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.
+Stary jegomosc smial sie co chwila serdecznie i jowialnie z
+dowcipów mlodzienca, panienka równiez rozmawiala wesolo i jeden
+tylko Dzierzymirski stanowil w tym akordzie dobranym kontrast az
+nadto wyrazny, zachowanie sie zas jego milczace i bierny, li tylko
+konieczny, udzial w rozmowie, swiadczyly dobitnie, ze to wszystko
+nudzi go nad wyraz.
+
+Oczy Dzierzymirskiego, pelne zamyslenia, prawie bezustannie
+spoczywaly na krajobrazie u podnóza góry, z rzadka przenoszac sie,
+obojetne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywal sie glównie
+na Oli. Zaduma smetna, od otoczenia daleka, znikala wówczas na
+chwile z jego oblicza, zrenice zas czarne Romana, ciemniejszemi
+stawaly sie, badawcze... Nader korzystnie zas dnia tego wygladala
+pani Ola. Ubrana w zgrabna suknie, z jasnej materyi, czynila
+wrazenie wytworne i eleganckie; obnazone zas dosc gleboko, z
+okazyi niby goraca, piers, szyja i ramiona, przykryte tylko azurowa
+koronka, stanowiaca calosc z suknia - podnosily jeszcze wdziek
+jej postaci. Siedzac obok mlodego Francuza, rozmawiali z nim
+przewaznie, smiejac sie, dowcipkujac, i bezwiednie zapewne tylko,
+rzucajac mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
+
+Trwalo tak dosyc dlugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwazyla
+snac dziwne troche zachowanie sie meza, bo, skorzystawszy z
+ogólnego powstania, spowodowanego czyjas uwaga o krajobrazie,
+zblizyla sie do Dzierzymirskiego, i przytuliwszy sie, otarlszy,
+jak kocie, swa rozkwitla kibicia o niego, miekko i czule
+zapytala:
+
+- Cos taki smutny, Romciu, co ci?
+
+-Nic, kochanie! - odparl krótko Dzierzymirski i dorzucil po chwili:
+
+- Ale, a propos, ja cie tu zostawie, bo sam wpasc jeszcze musze na
+poczte, tam, na dole...
+
+- Koniecznie chcesz tam isc? To moze jedzmy juz razem?..
+
+Dzierzymirski odczul niechec lekka w glosie zony; cien ledwie
+dostrzegalnego niezadowolenia, przemknal mu po twarzy, odezwal sie
+jednak szybko:
+
+- Nie, nie, zostan, ma chčre, prosze cie... Spotkamy sie pózniej
+w alei nadbrzeznej, bede czekal na ciebie... au revoir...
+
+Dzierzymirski scisnal zlekka raczke zony i zrecznie wycofal
+sie z platformy, zdazajac po schodkach na dól, do stacyi kolejki
+zebatej, zwanej "funiculaire," a laczacej w pieciu minutach czasu
+góre z miastem.
+
+Zajete lornetowaniem krajobrazu - którego wdziek teraz dopiero, po
+chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdolal przemówic do ich
+poczucia piekna. Towarzystwo nie zauwazylo nawet odejscia Romana.
+Ten ostatni spuszczal sie powoli po schodkach i zasiadl niebawem w
+wagoniku kolejki, wkrótce ruszyc majacej do Lucerny.
+
+- A to mnie znudzili - mruknal - zakazane towarzystwo...
+
+W tej samej chwili rozlegl sie sygnal odjazdowy, wagoniki poruszyly
+sie z chrzestem, i hamowane, powoli w dól spuszczac sie zaczely.
+
+Roman obejrzal sie; w wagonie, dziwnym zbiegiem okolicznosci,
+znajdowal sie zupelnie sam.
+
+Wygodnie wyciagnal nogi, rozparl sie i patrzyl w dól.
+
+Przed nim czerniala stromo idaca para szyn kolei, z polozonym
+posrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem,
+drzemalo jezioro - wierzcholki gór stopily sie w zmierzchu, zlaly
+jakby z chmurami niebios, w ciemnosciach zas, coraz to wiekszych,
+wystepowaly teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki bledne,
+zapalaly sie co chwila tu i tam swiatelka.
+
+Roman nagle przymknal oczy.
+
+Bo oto jemu - wpatrzonemu ciagle w dól, w stroma pochylosc i
+powietrzna próznie, dzielaca jeszcze kolejke od jeziora i, miasta
+- zakrecilo sie w glowie, w wirze zas tym wylonila nagle sie
+jedyna szalona mysl, spowodowana jakims jednoczesnym, nic nie
+znaczacym wagonów halasem. Mianowicie zdalo mu sie po prostu, ze
+oberwany pociag leci w dól, coraz szybciej, i... ze juz... juz oto
+w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie sie on niebawem szklistej
+toni wód...
+
+Po krótkiej atoli chwilce Dzierzymirski otworzyl oczy i rozesmial
+sie glosno.
+
+Nic wokolo nie zmienilo poprzedniego wygladu. Wolno i ostroznie
+staczala sie kolejka dalej, jezioro byle juz tylko znacznie blizej,
+u brzegu jego mrugala, iskrzaca sie dziesiatkami swiatelek,
+Lucerna; wagony, brzeczac, spuszczaly sie ciagle, zawieszone nad
+miastem.
+
+Roman wzruszyl ramionami.
+
+- Co mi dzis jest! sarn nie wiem! - mruknal.
+
+W istocie byl nie swój od samego rana. W silnej mierze niewatpliwie
+przyczynilo sie do tego postepowanie zony.
+
+Zapoznawszy sie sama z kilkoma osobami, o natretnej manji
+zaznajamiania sie, zanudzala go od kilku dni pobytu w Lucernie ich
+obecnoscia bezustanna, bawiac sie wszakze sama znakomicie. I to
+wlasnie ostatnie najbardziej irytowalo Romana. Tak unikal dotad
+ludzi, tak uciekal od nich, by byc samym tylko z Ola, by bez
+zamacenia niczem pic szczescie chwili i ta miloscia w sobie
+wszystko zagluszyc!..
+
+Ominal wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
+gdzie pochowana byla na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
+tem posiadal jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym
+celu unikniecia musu obcowania z ludzmi, innymi, prócz niej, Oli...
+
+A tu tymczasem ona sama wyszukiwala sobie jakies zakazane figury!..
+
+Roman przy tej ostatniej mysli, wyrzuciwszy z ust dogasajacego
+papierosa, zachnal sie niecierpliwie.
+
+Bo na przyklad ten Francuz, czyz nie wzbudzal w nim slusznego
+gniewu? Mlodzik nieznosny, z bezmyslnym, banalnym wiecznie na ustach
+usmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze sie
+smiala...
+
+- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówil sobie dalej Roman, - w
+Wenecyi przeciez bylo daleko gorecej, nie ubierala ona jednak gorsu
+swego tak przejrzyscie, a tu chlód w porównaniu...
+
+- Dla tego osla z Paryza niewatpliwie, by mógl cynicznie i
+lubieznie napawac sie ksztaltem i cialem jej kibici! - pólglosem
+dopowiedzial podrazniony Dzierzymirski.
+
+- Ze tez te kobiety bez wabienia mezczyzny po prostu zyc nie
+moga!.. - wyrwalo mu, sie jeszcze.
+
+Spostrzezenie powyzsze, a tyczace sie w danym wypadku wlasnej
+zony, gniewalo go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwujac
+Ole, dostrzegl ceche w charakterze jej, nieznana mu dotad: chec
+zalotna przypodobania sie innemu mezczyznie - nie jemu...
+Jatrzylo go to bardzo, choc pragnal pozornie traktowac fakt ów
+lekko.
+
+Wagoniki stanely wlasnie. Roman wyskoczyl szybko i skierowal sie
+ku gmachowi poczty, polozonemu kolo glównego mostu, tuz przy
+dworcu kolejowym. Przed paru dniami wyslal list do kraju, do jednego
+ze swych dobrych znajomych. Powiadamial go o swoim slubie i zarazem
+prosil usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem miescie mówia o jego
+malzenstwie i co porabia January Gowartowski.
+
+Dzierzymirski najbardziej byl ciekawym tej ostatniej wiadomosci, ze
+wzgledu na Ole i smutek, od niedawna, stopniowo zlobiacy, coraz
+czesciej jej twarzyczke.
+
+Podal adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy
+razno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazl sie juz przy
+wlasciwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty.
+Spiesznie powiedzial urzednikowi swe imie i nazwisko.
+
+Grymas pocieszny wykrzywil twarz tego ostatniego, i wykrztusil z
+trudnoscia:
+
+- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podal
+kartke Dzierzymirskiemu.
+
+Roman poslusznie napisal swe nazwisko.
+
+Urzednik wzial papier do reki, skrzywil sie raz jeszcze, poczem
+wzruszyl wymownie ramionami, a po chwili dopiero podal cudzoziemcowi
+list.
+
+Roman chwycil go spiesznie i wybiegl na ulice.
+
+Przy swietle latarni rozerwal koperte i czytac poczal zapelniona
+bitem pismem cwiartke. Twarz jego wyrazala niepokój i zaciekawienie
+widoczne, które po chwili dopiero ustapily wrazeniom, otrzymanym
+bezposrednio z lektury pisma.
+
+List ten, donoszacy o towarzyskiem zyciu w rodzinnem miescie, o
+ostatniem przyjeciu u marszalkowej, i pogloskach o stanie
+Gowartowskiego, nic w sobie zatrwazajacego nie mial.
+
+"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jesli chcesz
+koniecznie miec dokladne wiadomosci o wszystkiem, tyczacem sie
+Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniose ci szczególowo.."
+opiewal koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
+
+Uspokojony, Dzierzymirski zlozyl list i schowal go do kieszeni; pod
+wplywem jednak ostatnich slów pisma, zawrócil, przestapil raz
+jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówke z widokiem, napisal
+szybko, odrecznie, przyjacielowi swemu kilka slów szczerego
+podziekowania, z prosba o dalsze wiadomosci, podawszy adres "Vevey",
+dokad zamierzal z Ola udac sie nazajutrz. Poczem wyszedl
+spiesznie i wrzuciwszy karte, skierowal sie przez szeroki most ku
+nadbrzeznej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
+Lucerny, pelnemu w obecnej chwili publicznosci, rozbrzmiewajacemu
+muzyka, wesoloscia i gwarem.
+
+Minawszy most, Roman wkrótce znalazl sie w cieniu drzew i uszedlszy
+pareset kroków, siadl na samotnej laweczce, kapelusz zdjal i
+polozyl obok siebie.
+
+Wpólobróciwszy sie jednoczesnie, ujrzal stragan z owocami. Poczul
+nagle pragnienie, i skinal, kazawszy sobie przyniesc pare gruszek i
+brzoskwin.
+
+Gdy usluzny szwajcar podawal mu je, z ugrzecznieniem, Dzierzymirski
+siegnal do kieszeni, a wyjeta ruchem szybkim sakiewka jego
+roztworzyla sie, i zawartosc jej cala wysypala sie szeroko i z
+brzekiem na ziemie.
+
+Roman, widzac to, machinalnie schylal sie juz, by zebrac lezace
+na zwirze alei kilkaset moze franków, w zlocie i srebrze, gdy oto
+jakas refleksja nagla powstrzymala go w pól ruchu. Wyprostowal
+sie.
+
+Rzuciwszy zas oczekujacemu na zaplate przekupniowi po francusku,
+niedbale: "Ramassez Ēa.! - odwrócil sie obojetnie na pozór w
+druga strone, i utkwil wzrok w jezioro.
+
+Po chwili, w pólobrocie glowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
+zorana bruzdami, opalona twarz szwajcara, zbierajacego juz rozsypany
+pieniadz - zamyslil sie...
+
+O, jakze on pragnal w tej chwili, by z garsci tych oto pieniedzy,
+które mu wreczonemi beda za pare minut , zabraklo
+pieciofrankówki choc jednej!...
+
+Podarowalby on ja smialkowi temu, a biedakowi zapewne, z
+pewnoscia!... Bo czyz?... Czyz godziloby sie "jemu" rzucac na
+niego kamieniem?...
+
+Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, goraczkowo,
+niecierpliwie oczekiwal rezultatu swej próby.
+
+- Wezmie, z pewnoscia wezmie! - mówil sobie równoczesnie w duszy
+i glos jakis cyniczny, drwia co wolal w nim szyderski.
+
+- "Uczciwosc ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!..
+malowana, wzorzysta zewnetrznie kraszanka, wewnatrz zas skrycie
+cuchnaca!..."
+
+Przed Dzierzymirskim roztaczal sie tymczasem krajobraz wdzieczny nad
+wyraz. W drzacych wiec oto glebiach jeziora, na prawo,
+przegladalo sie tysiacem swiatelek miasto... plynace wody, o
+kilka kroków od alei, skrecaly w bok, toczac swe ciemne fale, jak
+rozpieta nad niemi wrzesniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po
+powierzchni jeziora blakaly sie lódki i male stateczki, przy
+kazdym zas blyszczala czerwona, duza, okragla latarka, krwawym
+sladem, sciezyna purpury znaczac gleboko swe przejscie w
+przezroczej toni.
+
+I ogniki owe, lacznie ze swem odbiciem, drzaly tak bezustannie po
+jeziorze, sunely z wolna, zmienialy miejsce - wreszcie malaly,
+utozsamiajac sie jakby w dali latajacym gdzies swietojanskim
+robaczkom...
+
+Na lewo zas, tuz przy brzegu, u przystani statków parowych, inne
+znów ognie dotrzymywaly tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne
+spacerujacych gosci puszczano tam fajerwerki; krecily sie zatem
+mlynce, pekaly rzymskie swiece, strzelaly wysoko barwne rakiety -
+spadaly snopami iskier, ginely w ciemnych falach jeziora.
+
+Dzierzymirski, wpatrzony poczatkowo bezmyslnie, poczal sie teraz
+wlasnie przygladac uwazniej, ujety wdziekiem widoku, gdy nagle
+poslyszal glosno wyrzeczone kolo siebie slowa:
+
+- S'il vous plait, monsieur!
+
+Roman odwrócil sie szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniadze,
+oddawal mu sakiewke.
+
+- To dobrze, macie za owoce i fatyge! - pospiesznie odparl
+Dzierzymirski i wreczyl przekupniowi dwa franki, w srebrze.
+
+- Merci, monsieur! - akcentujac przeciagle ostatnia sylabe u wyrazu:
+pan, odparl zadowolony Szwajcar, sklonil sie, bez unizonosci
+jednak, i odszedl.
+
+Dzierzymirski wstal i skierowal sie ku innej, odleglejszej, skrytej
+cieniem drzew, a pustej równiez lawce. Wychodzac z domu, dziwnym
+trafem okolicznosci, przerachowal wlasnie pieniadze i wiedzial co
+do grosza, ile ich znajdowalo sie w portmonetce. Odtraciwszy w mysli
+wydanych kilkanascie franków, poczal goraczkowo liczyc zloto i
+srebro.
+
+Nie brakowalo ani jednego centa.
+
+Widoczne rozczarowanie odbilo sie na twarzy Dzierzymirskiego.
+Pochylil sie na siedzeniu, oparl lokcie na kolanach i ukryl twarz w
+dlonie.
+
+- Wiec ludzi uczciwych na swiecie nie brak... Uczciwym byc potrafi
+nawet czlek prosty, wiec tylko ty... ty!.. - huczalo mu bezlitosnie
+w glowie, i rumieniec wstydu palil policzki.
+
+Nie mogac usiedziec, Roman zerwal sie po chwili z lawki i
+skierowal przed siebie nadbrzezna aleja.
+
+Minal niebawem jeden z pierwszorzednych hoteli, przed którym co
+wieczór stale grywala orkiestra, dotarl az do polozonego na koncu
+"quai" - kursalu, - zawrócil, wciaz opanowany jedna i ta sama
+mysla.
+
+W okolo niego roilo sie teraz od eleganckiej, wytwornej
+publicznosci; piekne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani
+panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urzadzonym z wielkim
+komfortem hotelem "National", towarzyskie kólka siedzialy grupami na
+bambusowych fotelach - bawiono sie wesolo; wykwintnych gosci pelno
+bylo równiez i wewnatrz hotelu, we wspanialych salach na dole;
+przez otwarte na sciezaj okna dochodzily dzwieki walca - tanczono.
+
+Kosmopolityczny prózniaczy high-life, zjechawszy sie tutaj, uzywal
+do woli wywczasu i przyjemnosci, starajac sie zarazem opróznic
+kieszenie z niepotrzebnego zlota, oraz zabic czas milo i polknac
+trawiaca nude.
+
+- A moze miedzy nimi znajduje sie on "wlasciciel", "on", wówczas,
+przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drazniac
+Romana uporczywie, mysl dziwaczna meczyc go nagle poczela.
+Wstrzasnal sie i skrzywil bolesnie...
+
+W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecial swiezy, jedrny
+glos kobiecy.
+
+Piesn wloska, namietna, jak krew i milosc dzieci poludnia,
+drzaca uczuciem, pomknela po drzacej fali jeziora, ponad glowy
+przechadzajacych sie gosci, odbila sie o echo gór...
+
+Ktos z plci nadobnej spiewal artystycznie i pieknie w jednej z sal
+"National'u"; Dzierzymirski podszedl blizej i sluchac poczal,
+zniewolony pieknoscia glosu.
+
+I powoli, rozpedzona czarem piesni, w jego duszy równoczesnie
+uspakajala sie burza.
+
+Gdy spiew ustal, Roman juz mysla byl gdzie indziej; jak wplyw
+zewnetrzny zycia przed chwila poruszyl byl dotkliwie struny duszy
+jego - tak samo, ulagodziwszy je teraz, przeniósl naraz mysl Romana
+do chwili obecnej.
+
+Dzierzymirski przypomnial sobie zone, spojrzal na zegarek i
+skierowal sie droga powrotna do mostu; zaniepokojony raptem, ze
+dotad nie ma jeszcze Oli. Idac zas, przesuwal wzrok uwazny po
+twarzach przechodniów.
+
+Nagle brwi zmarszczyl. Bo oto o kroków kilkanascie przed soba
+ujrzal Ole, ale sama i w towarzystwie tylko mlodego Francuza, w
+ciemnej narzutce na ramionach, snac nie swojej, gdyz zadnej podobnej
+ze soba nie miala.
+
+Roman usmiechnal sie ironicznie:
+
+- Zmarzla, biedaczka! - mruknal z zadowoleniem. - Przyspieszyl
+kroku, a znalazlszy sie tuz przy idacej parze, pochylonej z lekka ku
+sobie, szyderczo odezwal sie po francusku:
+
+- A, powitac !. . Cóz to, Ola w pozyczanych szatach?...
+
+Urwawszy w pól zdania rozmowe, idacy podniesli jednoczesnie
+glowy, Ola zas zarumienila sie nieco i odparla:
+
+- A tak. Pozyczylam okrycia u panny K... po zachodzie slonca tak
+chlodno...
+
+- Mozna sie bylo z góry tego spodziewac; bardzos zle zrobila,
+wyletniajac sie, a z odsylaniem znów owych zarzutek klopot tylko
+bedzie! - rzucil Roman opryskliwie.
+
+- Wiesz przecie, ze jutro raniutko jedziemy! A te panie gdziez?...
+
+Dwa ostatnie zdania wymówil Dzierzymirski po polsku tym samym,
+niezadowolonym wciaz glosem.
+
+- Wstapily po drodze do znajomych - odparla Ola, oniesmielona nieco
+tonem meza.
+
+- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowal Dzierzymirski w
+tymze, co poprzednio jezyku, i odwrócil sie szybko, pragnac w
+duszy co predzej pozbyc sie towarzysza zony.
+
+- Przeciez juz Ola nigdy tego cymbala nie ujrzy! - dodal w mysli
+zarazem.
+
+- Panstwo jada jutro? O której? - pytal tymczasem wlasnie
+mlodzieniec.
+
+Widzac, iz Ola pragnie poinformowac Francuza, Roman rzekl
+spiesznie.
+
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciagnal
+reke...
+
+- Ach, wiec juz moze nie bede mial szczescia ogladac panstwa?
+Doprawdy, jakze mi przykro! - rzekl mlody Francuzik, sciskajac
+podana dlon; nie odchodzac jednak, wciaz szedl obok Oli.
+
+- Panstwo w która strone? - zagadnal uprzejmie. - Tak malo
+mialem sposobnosci rozmawiac dzis z panem... - slodziutko
+ciagnal dalej, zwracajac sie do Dzierzymirskiego - umknal nam
+pan tak predko...
+
+Bawidamek z nad Sekwany umilkl nagle pod drwiacem spojrzeniem Romana.
+
+- Panstwo... w roku przyszlym zapewne przyjada tu równiez? -
+jeknal jeszcze, podtrzymujac rozmowe.
+
+- A pan ?.... - slodko i uprzejmie zapytal Dzierzymirski.
+
+- O, naturalnie, iz bede! - pospieszyl z odpowiedzia mlodzieniec.
+
+- No, to my - nie! - odparl z przyciskiem, calkiem seryo Roman,
+lodowatym glosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinal na tramwaj
+elektryczny, by stanal.
+
+- Wsiadamy! - rzucil krótko zonie.
+
+- Przeciez ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w
+przeciwna strone?! - zauwazyla zdziwiona Ola.
+
+- Nic nie szkodzi. Pozbedziemy sie tego kulfona!- odrzekl po polsku
+Roman. - No, wsiadaj!... - rzucil gniewnie do ociagajacej sie zony,
+i pchnal ja z lekka do czekajacego na nich tramwaju.
+
+W sekunde pózniej Dzierzymirscy ruszyli; wehikul elektryczny
+pomknal i znikl, odprowadzony oslupialym wzrokiem Francuza, który,
+postawszy na chodniku chwile, caly, jak burak, czerwony, ruszyl w
+droge, i zginal niebawem w róznobarwnym tlumie.
+
+Gdy w Lucernie odbywal sie ten drobny epizod, jednoczesnie prawie,
+szerokim ukrainskim traktem, w bezgwiezdna i ciemna noc wrzesniowa,
+pedzil konno na oklep wyrostek, w burej switce, trzymajac w reku
+smolne luczywo, tak zwany kaganiec.
+
+Krwawy blask jego rozswietlal panujace wokolo nieprzejrzane
+ciemnosci, torujac w ten sposób w slad za jezdzcem droge malemu
+koczykowi, zaprzezonemu w cztery bulane zwawe koniki. W powoziku
+siedzial Boleslaw Krasnostawski, otulony burka i oblozony
+pakunkami. Jechal wlasnie od kolei, a powracal z podrózy swej do
+miasta.
+
+Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesiec, dzis
+dopiero pospieszal do swoich obowiazków, przez cala droge
+lamiac sobie wlasnie glowe, jak upozorowac przed starym
+Gowartowskim swa przydluzona troche nieobecnosc.
+
+Bo zgola nie interesy sluzby przytrzymaly pana Boleslawa w wielkim
+miescie; o, bynajmniej! Mlody pan plenipotent wracal goly, jak
+swiety turecki. Calkowita, naturalnie ze tylko wlasna, zarobiona
+gotowizne przehulal bowiem tam doszczetnie.
+
+A teraz na ostatek, jadac w swoim koczyku, rozpamietywal on jeszcze
+milo, na odleglosc nawet necace chwile, w wesolym grodzie
+spedzone... Myslac zas jednoczesnie o swym chlebodawcy, jedna
+szczególniej rzecz dziwila go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z
+Gowartowa nie otrzymal on dotad wcale zadnej, naglacej do powrotu,
+depeszy, lub przynajmniej chocby jakiego listu ?... Bo ze on nie
+dawal znaku zycia - nie bylo w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?...
+To zaiste, bylo calkiem niezrozumialem...
+
+I analizujac fakt ten, po raz nie wiadomo juz który, Krasnostawski
+ziewnal przeciagle i roztworzyl oczy, przymkniete dotad,
+usilowal bowiem zdrzemnac sie w powozie.
+
+Patrzal teraz wokolo nieco bezmyslnie, dosc szybko wzglednie
+wsród ciemnosci jadac swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony
+czerwony od blask kaganca slizgal sie szerokiem kolem po obu
+stronach drogi i zapalal sie kolejno na zzetych rzyskach, zaoranych
+polach, lub majaczyl po grzedach zielonych plantacyj buraczanych,
+ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzal do
+rowu, musnal kurhan, z pochylonym krzyzem, oswietlil przydrozne
+samotne drzewo...
+
+- Zeby sie tylko stary na mnie nie zacial i za nieposluszenstwo
+nie wymówil miejsca, hm... hm!.. - chrzakajac niespokojnie,
+wymówil do siebie pan plenipotent, pólglosem. - E, chyba ze nie...
+zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludowal glosno.
+
+Nagle wytezyl wzrok, bo oto zdalo mu sie, ze w ciemnosciach, w
+oddali, na prawo, rysuja sie jakies cienie, a tuz, niedaleko,
+srodkiem pola, jak gdyby droga, posuwaja sie z wolna, zblizaja,
+dwa inne migocace male swiatelka, eskortowane z przodu kregiem,
+czerwona plama swiatla.
+
+- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknal na furmana.
+[*) Slyszysz.]
+
+Czlowiek, siedzacy na kozle, w burce i ceratowej czapce, odwrócil
+sie leniwie. Krasnostawski wskazal reka na prawo.
+
+- Co to takiego? - zapytal.
+
+- Ktos z kahancem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowal
+stanowczo woznica.
+[**)Ktos z kagancem jedzie od Gowartowa - i juz.]
+
+- To juz Gowartów? - zdziwil sie Krasnostawski.
+
+Jadac do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta,
+przejezdzalo sie pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pól
+wiorsty.
+
+Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzesiony, klekotal po
+drodze, konie szly razno, wyciagnietym klusem, czujac snac w
+poblizu juz domowa stajnie. Krasnostawski zapalil zapalke i
+spojrzal na zegarek: dochodzila druga po pólnocy.
+
+- Hm... hm!.. Stary znów nie spi, bo widocznie to we dworze sie pali
+- ponownie mruknal, wpatrzony w gorejace w oddali podluzne wstegi
+swiatel.
+
+- Kolo hresta - stanesz! - rozkazal, zwracajac sie do furmana,
+zaciekawiony naraz, kto moze jechac z Gowartowa o tak póznej porze?
+
+Furman huknieciem donosnem zakomunikowal rozkaz wyrostkowi z
+kagancem.
+
+Na rozdrozu staneli. Ramiona stojacego tu, omszalego starego
+krzyza, zabarwily sie od luczywa purpura. Czekali.
+
+W nocnej ciszy dochodzil juz turkot powozu, tetent koni i dzwiek
+jazd zblizal sie szybko.
+
+- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy sie ku Krasnostawskiemu z
+kozla, furman pospieszyl z informacya.
+
+Pierwszy pod krzyzem zjawil sie na roslym stajennym kasztanie
+parobek, z kagancem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylil
+pokornie czapki.
+
+- Kto to jide? - rzucil pytanie Krasnostawski.
+
+- Pan dochtór! - brzmiala odpowiedz.
+
+Pod krzyz nadjezdzala zaprzezona w pare rasowych gniadoszów
+nejtyczanka, powozona przez wasatego i porzadnie ubranego stangreta.
+
+Krasnostawski wychylil sie ze swego kocza, poczal machac kapeluszem
+i krzyknal donosnie:
+
+- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitac, witac! Stój, Semenie!...
+
+Nejtyczanka zatrzymala sie poslusznie i w podwójnem migocacem
+swietle kaganców u rozstajnego drzemiacego krzyza, zeszlo sie
+dwóch mezczyzn.
+
+- To pan? - Nie poznalem... - odezwal sie nazwany przez
+Krasnostawskiego konsyliarzem.
+
+- Dobry wieczór, a raczej dzien dobry! - pozdrowil mlody czlowiek
+przybylego - bo to juz dobrze po pólnocy - dorzucil. - Czy szanowny
+pan z Gowartowa? Cóz to tak pózno, ktos chory, bron Boze, a moze
+tylko z wincika?....
+
+Z pod czapki spojrzala uwaznie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
+doktora, okolona dluga broda.
+
+- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytal.
+
+- Wracam z podrózy... - objasnil Krasnostawski.
+
+- Aaa! nic nie wiedzialem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinal
+sie tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
+komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszta juz lepiej...
+moze Bóg da... doktór zatrzymal sie.
+
+- Ale, nie mówie panu, od czego sie to wszystko zaczelo - dorzucil
+informujaco.- Juz byl pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadl,
+polujac na moczarach, w wode po szyje i zaziebil sie...
+
+- Nikt mi znac nie dal, mój Boze! - szczerze zasmucil sie
+Krasnostawski. - Wiec pan mówisz, ze dzis lepiej?...
+
+- O tyle, o ile!.. teraz spi po lekarstwie, goraczka spadla nieco,
+lecz wczoraj bylo zle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki,
+w calym domu nikogo nie ma przy sobie...
+
+- Mozebym ja pojechal tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? -
+rzekl Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
+
+Doktór przyjaznie spojrzal na mlodzienca, usmiechnal sie z
+dobrocia i rzekl:
+
+- No, zmeczony jestes, kochany panie, podróz, mosci dobrodzieju,
+wspomnienia po niej mile zapewne, panie tego - tu poklepal
+Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciagnal dalej
+seryo - wyspij sie pan i jutro tam pojedziesz, bo zreszta, mówiac
+miedzy nami, przeszkadzac tam tylko bedziesz... Niech spi sobie,
+nieborak, klucznica i sluzba przypilnuja go. Ba ! zeby to tylko
+zawsze tak bylo, jak dzis....
+
+- Jak to? wiec obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów glosem
+zapytal Krasnostawski.
+
+- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeznil szorstko doktór i widocznie
+nadrabiajac mina, dorzucil. - Wam wszystkim sie zdaje, ze doktór
+to prorok!... Naturalnie, ze jest!... Czy ja wiem zreszta - wszystko w
+reku Najwyzszego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor
+wyciagnal reke na pozegnanie.
+
+Krasnostawskiemu twarz spochmurniala, i niepokój wyrazny odbil sie
+na niej; odczul nerwami, czego nie bylo w slowach doktora i co on
+usilowal widocznie pokryc przed nim na razie, i posmutnial jeszcze
+bardziej.
+
+Jednoczesnie jakis jakby wyrzut sumienia wezbral mimo woli w jego
+duszy, iz on tak dlugo pozostawil starca w samotnosci, bez opieki,
+sam bawiac sie wesolo. Pozegnawszy lekarza, pomógl mu wsiasc do
+bryczki.
+
+- Jakze tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, zony, dzieci?...
+- baknal, aby cos powiedziec.
+
+- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziekuje, dobranoc!
+
+- Dobranoc! - powtórzyl, jak echo, Krasnostawski, i ruszyl do swego
+pojazdu.
+
+- Czohos meni ne skazal, szczo pan slabujut - rzucil wymówke
+furmanowi.
+
+Tenze odparl lakonicznie:
+
+- Zabul, pane!
+
+- Do Tomaszówki! - rozkazal Krasnostawski.
+
+Powozik ruszyl w dalsza droge. Turkot jego w milczeniu nocy
+polaczyl sie z cichnacym coraz bardziej odglosem kól i dzwonków
+nejtyczanki lekarza, a dwa kagance, w dwie przeciwne strony, rzucily
+znowu ruchome swe kregi krwawe w pasmo uspionych, kirem nocy
+pokrytych, obszarów. Oddalajac sie od siebie, dlugo tak na
+horyzoncie, malejac coraz bardziej, swiecily ich luczywa, az
+wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakis purpurowymi punkcikami na
+niezmierzonych plaszczyznach - spelzly calkiem na widnokregu,
+zniklszy, zlawszy sie z ciemnoscia, która wchlonela je w siebie.
+
+Turkot na trakcie ucichl. Szeroka tasma ukrainskiego szlaku,
+rozjasniona na chwile, znikla i czarnosc jeszcze wieksza zawisla
+nad polami, stepami i krzyzami kurhanów.
+
+W milczeniu nocy, pelnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko
+dokola zapadlo w sen twardy i cichy.
+
+
+---------
+
+
+
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz moze i nie przypuszczasz nawet, jak ja
+cie kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdrozszy, ty moje
+zycie, me wszystko!... - szeptal goraco Dzierzymirski, nachyliwszy
+sie ku Oli i tulac ja do siebie.
+
+- Ty zdac sobie sprawy nie potrafisz - ciagnal dalej, zapalajac
+sie coraz bardziej do slów wlasnych - ile ja gotów jestem rzeczy
+najdrozszych nawet - poswiecic dla ciebie, co dla cie zdolnym
+stlumic, przecierpiec!... Ja gdybym byl cie nie posiadl -
+podeptalbym bez namyslu wszelkie prawa ludzkie, jesliby one stanac
+mi smialy wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie
+wiesz!...
+
+Roman, pobladlszy, umilkl. Chmura osiadla mu na czole, skrzywienie
+bolesne zadrgalo w ust kacikach. Pochylil na moment glowe.
+
+Och, czemuz nie mógl, czemuz, powiedziec jej Oli, wszystkiego?.. Na
+ustach mu drzalo, przemoca prawie wyrywalo sie z nich wyznanie
+przeszlosci, zdusil je jednak, wtlumil w siebie, z obawy, by te
+piekne lica ukochane nie odwrócily sie oden z pogarda. Po chwili
+znów mówil:
+
+- Tak, ty obszaru, ty glebi uczucia, które wre we mnie, które dla
+ciebie niejedna juz tame zerwalo, nie oceniasz, nie rozumiesz...
+
+Dzierzymirski silniej przycisnal do siebie kibic zony, a
+pochwyciwszy jej rece, przywarl do nich ustami, i pocalunkami
+okrywac je poczal.
+
+- Ty... moja... moja! - szeptal w kólko namietnie, coraz czulej...
+ciszej...
+
+- Ty moja!... Ja za nic w swiecie nikomu cie nie oddam, wydrzec sobie
+nie pozwole!...
+
+A uspokoiwszy sie stopniowo, ciagnal:
+
+- I czyz wobec tego zatem dziwic sie nawet mozesz zlemu humorowi
+memu, owego wieczora, pamietasz, w Lucernie!... To nie byl gniew,
+opryskliwosc, jak to nazwalas, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To
+byla, wywolana cierpieniem tylko - zazdrosc i zal duszy, ze komu
+innemu pozwalasz choc czescia wdzieków twych sie napawac, ze na
+nie patrzy, roscic sobie moze jakies urojone, chocby imaginacyjne
+do nich prawa - mezczyzna inny - nizli... ja...
+
+Roman mówic przestal wzburzony i wzruszony.
+
+- Rozumiesz wiec teraz, kochanie ty moje? rzekl znowu po chwili
+miekko, lagodnie, i spojrzawszy proszaco w oczy sluchajacej go w
+milczeniu Oli, rzucil pytajaco: -Przebaczasz?..
+
+- Alez przebaczam... przebaczam!... - rzekla, usmiechem,
+pieszczotliwie Ola, a ze nikogo podówczas wlasnie w poblizu nie
+bylo - siedzieli w cieniu alei nadbrzeznej nad Lemanem - zarzucila na
+szyje Romana swe dlugie biale rece, i przytuliwszy sie don,
+poczela mu z kolei szeptac:
+
+- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrze na ciebie i rosne w
+duszy, takis szlachetny, rozumny, piekny... Piekny!... - powtórzyla
+z zalotnoscia, namietnie i przymilajaco sie musnela wargami
+sniada twarz Dzierzymirskiego.
+
+- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zly, brzydki!...- przekomarzala
+sie z wdziekiem - ale taki zakochany... wielki!...
+
+I Ola czulej jeszcze przycisnela sie do Romana, zblizyla swe wargi
+swieze do jego ust zmyslowych, i mówic poczela gluchym szeptem,
+urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczota, pelnym
+tetniacych w nim mlodych pragnien:
+
+- Kocham cie!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotad... nigdy,
+nigdy!... - szept przy tem mlodej kobiety zadrzal namietniej
+jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak
+cie kocham, uwielbiam !...
+
+- Wszak dla ciebie porzucilam ojca, Gowartów, rodzine! Stlumilam,
+zgniotlam uczucia inne!... Pospieszylam na twe wolanie, pobieglam
+za toba, w twe objecia, podeptalam wszystko... wszystko!.. O!... Ja
+bym sobie zarówno wydrzec ciebie nie dala - tys takze mój!...
+mój!...
+
+I szept mlodej kobiety laszacy sie, palacy, zawrotny - skonal...
+
+Zblizone usta mlodych silnie zwarly sie w pocalunku. Na chwile,
+minut pare, zniklo im z oczu wszystko, przesloniete mgla jakby, z
+której jedna jedyna wylonila sie tylko - milosc.
+
+Wokolo zas wciaz nie bylo nikogo. W cieniu drzew tonal w mroku
+tajemniczym, cisz zadumanych pelnym "quai Perdonnet," nadbrzezna aleja
+w Vevey, wijac sie brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
+szwajcarskiego miasta.
+
+Nad "Lac Leman" drzal ksiezyc w pelni; przegladal sie w
+glebokich jego toniach, z pieszczota slizgal swe promienie po
+ciemno-modrych falach...
+
+I w blasku miesiecznego swiatla tchnal krajobraz caly jakims
+czarem dziwnym...
+
+A wiec, poza jeziorem, hen, gdzies, w perspektywie, niewyraznie
+srebrzyl sie mglisto Alpejski szczyt wyniosly - w tafli Lemanu,
+ogromnej, szklistej, niby morze, odbijaly sie gwiazdy, topil w nich
+swe wierzcholki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadlubów miejscami
+zaciemnialy jezioro, a w ciemniach tych, odbijajacych razaco na
+obszarach wód od fali, tych oswietlonych tasm jasnych, blakaly -
+sie jakies mary i cienie, ze snieznym zaglem sunela cicho
+zgrabna, wysmukla barka...
+
+Ksiezyc tymczasem wzbijal sie coraz bardziej i wyzej, malal,
+stawal sie jasniejszym, przezroczym - milczenie wzrastalo... Fala u
+stóp Dzierzymirskich szemrala teraz cichutko, a tam, z mroków, od
+gór podnóza, na przestrzenie wód Lemanu, skrzace sie pylem
+srebrzystych promieni, marzaco, niepokalana, biala, spokojnie
+wyplywala z wolna ta sama lódz zaglista...
+
+Oderwawszy usta od goracych pocalunków, Roman i Ola patrzyli w
+zachwycie.
+
+Do dusz ich, na piekno czulych, wslizgiwal sie czar tej
+szwajcarskiej, boskiej nocy, studzil krew rozigrana swym bezmiernym,
+majestatycznym spokojem, ponizal, równal z zerem ich troski ziemskie
+ogromem i potega przyrody - podnosil, wzmacnial ducha, dodawal mu
+skrzydel, lecacych w zaswiaty...
+
+Pierwszy z nastroju tego ocknal sie Dzierzymirski i spojrzal na
+zegarek. - O, juz mija dwunasta! Chodzmy, moje zycie! - odezwal sie
+do Oli.
+
+Powstali.
+
+- Ach, jakze noc dzisiejsza jest piekna - jak piekna!.. - z
+zachwytem szepnela Ola - nie zapomne jej chyba nigdy.
+
+- Ani ja równiez! - potwierdzil Roman w zadumie.
+
+Wzial pod ramie zone i ruszyli z miejsca, kierujac sie pod
+góre, ku rozsianym willom miasta.
+
+Milczeli. W glowie Romana huczal chaos róznorodnych mysli. Z nich
+zas jedna, najuporczywsza, wylonila sie zwycieska.
+
+- Milosc, milosc raz jeszcze, i milosc tylko, jedyna, wielka! -
+krzyczal w nim glos podnieconego mózgu - ocalic cie jest w stanie!
+W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nia sie upijesz, przy jej pomocy
+zmatujesz bolesna rane przeszlosci, zdusisz sumienia wyrzuty !..
+
+- Bo milosc, to haszysz - wolal ten sam glos dalej - bo milosc,
+to szczescie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
+swiecie, dla której warto moze walczyc i trudzic sie, by ja
+zdobyc! - Ona czestokroc cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz
+ilez razy bólów zycia nagroda - jego zapomnieniem!..
+
+Dzierzymirski zdjal kapelusz z glowy, pod wplywem zas mysli
+ostatnich, opiekunczo i czule objal silnem ramieniem kibic zony.
+
+Postepowali krokiem raznym, idac pustemi, cichemi uliczkami
+bezustannie pod góre. Roman odezwal sie po chwili:
+
+- Zostaniemy dluzej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
+ludzi, od swiata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóz ty na to?
+- pytajaco nachylil sie ku mlodej kobiecie.
+
+- Alez i owszem, mój ty samotniku - odparla z usmiechem Ola - a
+zreszta, wszak nie zwiedzilismy jeszcze wszystkiego...
+
+- Ach tak, prawda... moje zycie, prawda... Koniecznie zobaczyc musimy
+wszystko! - mówil Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myslach.
+
+Od parodniowego pobytu swego w malem nadlemanskiem miasteczku,
+Dzierzymirscy prowadzili zywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
+wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzis, zwiedzili
+pobliskie Montreux i slawny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnatrz
+dokladnie, jego starozytne , sale i wiezyce, miejsca kazni - ponure
+wiezienia, z zachowana dotad tak zwana "oubliette," nad
+trzystumetrowa glebia Lemanu.
+
+Wsród narodowych spiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszacego im w
+kolejce, zwiedzili oni równiez przed paru godzinami góre
+"Soim-Pčlerin," majac swiezo jeszcze w pamieci cudny z wierzcholka
+jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone
+niby na ekran zielonego podnóza gór - zadumane, pelne melancholyi i
+cichego smutku...
+
+- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwal sie nagle do zony Roman,
+gdy, mijajac wlasnie wysokie, gotyckie wiezyce pieknego kosciola
+katolickiego, zaglebiali sie w aleje, poprzez drzew liscie,
+rozjasniona tajemniczo cieniami ksiezycowego swiatla...
+
+- Otóz - ciagnal po przelotnej chwilce wahania - ze napisalem do
+jednego z dawnych znajomych, by donosil mi, co sie dzieje z ojcem
+twoim w Gowartowie...
+
+- Ty zrobiles to? O, mój drogi, najdrozszy, jakis ty dobry,
+poczciwy, zloty! - wykrzyknela szczerze uradowana Ola i przytuliwszy
+sie do Romana, usciskala go serdecznie.
+
+- A tak, ja, we wlasnej osobie, tak czesto bowiem smutna bywalas...
+- potwierdzil Dzierzymirski, i urwal nagle.
+
+Przyjemnego a jednoczesnie i przykrego doznal on wrazenia. Mila
+byla mu mysl, ze odgadlszy utrapienie zony, ulzyl jej. Smutno
+nieco, widzac bowiem na twarzy zony tak pogodna radosc, poczul,
+iz o odebranym juz liscie wspomniec nie mógl. Ten, choc nie
+wesoly, nie wiózl jednak jeszcze ze soba zlych wiadomosci, gdy
+natomiast nastepne - kto wie?
+
+- Ha, trudno, - powiedzial sobie w duszy Dzierzymirski - niech cieszy
+sie! Nie zatruje ja jej tej chwilki zadowolenia.
+
+- I dotad niema zadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytala tymczasem Ola.
+
+- Nie, kochanie - sklamal gladko Roman - ale nadejdzie niebawem,
+podalem adres Vevey...
+
+- Podales? - ucieszyla sie znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo
+woli bije sie z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy mysla o
+mnie, czy potepiaja bardzo, czy gniewaja sie, czy smuca?..
+
+Ola ucichla i cien smutku przemknal po jej twarzy.
+
+- No, no, cóz to znów za niepokoje? - podchwycil Roman, korzystajac
+zas, iz na ulicy nikogo nie bylo, pospieszyl z pocieszeniem,
+pieszczac czule mloda kobiete.
+
+I znowu zagrala w nim nienasycona milosc namietna, ogarnela,
+zdeptala wspomnienia - zakrólowala sama!..
+
+Niebawem Dzierzymirscy odszukali swa wille, juz ciemna calkiem i
+uspiona, a bladzac chwile po pustych korytarzach, dotarli
+nareszcie do duzego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem
+pietrze.
+
+Kroki zapóznionych przybyszów zmacily cisze willi, skrzyp drzwi
+zgrzytnal falszywym dzwiekiem w ogólnej harmonii powszechnego
+milczenia.
+
+W pokoju okna byly otwarte, i panowalo w nim powietrze rzezkie,
+swieze, od gór plynace. Wchlaniajac je z luboscia,
+Dzierzymirscy poczeli gospodarzyc u siebie. Roman po chwili wzial
+sie do zamykania okien, Ola zas, zapaliwszy swiatlo, zdjela
+kapelusz i wolno poczela sie rozbierac.
+
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupelnej bowiem ciszy uspionego
+domu, tuz po za sciana sasiedniego pokoju, rozlegly sie silne
+uderzenia. Ktos bez ceremonii walil w mur piesciami, chcac
+widocznie zamanifestowac swoja tam obecnosc, a zarówno i fakt ze,
+halasujac, spac mu przeszkadzano.
+
+Wkrótce jednak rozjatrzone uderzenia ustaly i posypala sie garsc
+nieestetycznych, wyrazonych glosno i ze zloscia epitetów.
+
+Tyle bylo bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym glosie,
+zaspanym jeszcze, ze Dzierzymirscy rozesmieli sie wspólnie i
+szczerze.
+
+- To ta slodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzala, pseudo - wielka
+pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi kolo nas -
+objasnila pólglosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach,
+zwanych "pensions," obiaduja wszyscy razem).
+
+- Tak?.. - zdziwil sie Roman - nie wiedzialem... A to oryginal baba,
+naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iz my tu mieszkamy... Zlapala
+sie... Jak to jednak i pozory falszywej ukladnosci zdradzaja
+czestokroc to zwierze, ukryte w czlowieku - filozoficznie dorzucil.
+- Ale, ale... - ciagnal dalej, z usmiechem - wyobraz sobie,
+Oluniu... Zapomnialem ci powiedziec. Tu, na górze nad nami - wskazal
+sufit palcem i rozesmial sie - mieszka drugie dziwadlo:
+Pamietasz... ta mala, nasze vis-a-vis, zólta stara panna... Otóz
+wynajmuje ona az piec pokoi próznych naokolo siebie, a wiesz
+dlaczego? - Tu Roman po raz drugi glosniej jeszcze parsknal
+smiechem. - Zeby jej w nocy nie halasowano! Madrzejsza od naszej
+sasiadki, co?...
+
+Ola zasmiala sie z kolei srebrzyscie. Sluchajac meza, zdjela
+wlasnie przed chwila suknie, i siadala obecnie przed lustrem, z
+obnazona szyja i ramionami. Pragnac rozczesac wlosy, przechylila
+sie w tyl i poczela rozwiazywac je leniwym ruchem rak.
+
+- Poczekaj - rzucil zywo Dzierzymirscy - damy tej babie odpowiedz
+muzyka calusów!.. Przypomni sobie moze luba rozwódka malzonka!..
+Ha-haha, a to sie wsciekac dopiero bedzie!..
+
+I swawolnie, ze smiechem, Roman przylgnal wargami do ramion Oli, i
+poczal calowac je glosno, cmokajac z luboscia.
+
+- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozlegl sie po chwili za
+sciana gardlowy, swiszczacy glos, pelen nienawisci i jadu.
+
+- Buch! buch! buch! - rozlegly sie znów w pasyi uderzenia o mur
+wsciekle.
+
+Ola smiala sie serdecznie, Roman nie przestawal calowac
+zamaszyscie.
+
+- Dosyc juz, dosyc! - szepnela mloda kobieta, z trudnoscia
+hamujac wesolosc, - prosze mi wynosic sie teraz - szepnela w
+slad za tem, z pieszczota w glosie. - Idz na balkon! - dodala, i
+przechyliwszy wysoko gietka swa szyje na porecz krzesla, podala
+Romanowi do pocalunku rozchylone swe wargi zalotnie patrzac nan z pod
+dlugich rzes...
+
+Cudna i wdzieczna swych linji harmonia, biust kobiecy przemknal
+ponetnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mezczyzny.
+
+Dotknal ustami ust i z wezbrana miloscia w sercu wyszedl na
+balkon.
+
+Tu zapalil cygaru i znowu wchlonal w siebie pelnym, szerokim
+oddechem, orzezwiajaca atmosfere cichej szwajcarskiej nocy.
+Spojrzal w dól. U stóp jego szklilo sie w dali tam i ówdzie
+srebrem rozblekitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie
+tulily sie jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgielki, blakajace sie
+zazwyczaj dzien caly, od rana, po Lemanie, i wespól z bialemi
+mewami muskajace stale grzbiety jego fal.
+
+Ksiezyc juz byl bardzo wysoko. Snopami swiatla dotykal teraz
+grzbietów gór, mienil sie fosforycznie na wierzcholkach dalekich
+snieznych szczytów.
+
+A tam, w dole, zadumane, ciche usypialo miasto... Jedne po drugich, jak
+iskry dopalajacego sie plomienia, ogniki - gasly w domostwach Vevey
+swiatelka, kolejno - stopniowo nikly...
+
+Dzierzymirski, z zadowoleniem, wciagal wciaz w piersi zdrowy
+powiew, plynacy z dali, wypuszczajac zarazem z ust male obloczki
+niebieskawego dymu.
+
+Obecnie - chwilowo, byl on zupelnie szczesliwym! Tu, w zacisznym
+gór zakatku, czul on podwójnie, jako swoja wylaczna wlasnosc
+ubóstwiana kobiete, kochal ja zdwojonym sil zywotnych zapasem, a
+czujac równoczesnie wzajemnosc jej ku sobie nieklamana, nurzal
+sie w uczuciu tem, z rozkosza plywaka, rzezko wsród
+rozslonecznionych wód wesolych plynacego w dal radosnego jutra!
+Wizye przykre zniknely zupelnie, robak wewnetrzny, toczacy ducha
+Romana, przestal go dreczyc na chwile... Dawka milosci ukolysane
+sumienie - spalo.
+
+- Romciu!.. Romeczku!.. - uslyszal naraz Dzierzymirski pieszczot
+obietnic pelny, wolajacy go glos kobiety.
+
+- Ide... ide! - odparl pospiesznie i rzuciwszy cygaro, przestapil
+próg balkonu.
+
+Swiatlo w pokoju zgaszonem juz bylo. Tajemnicze natomiast
+blekitno-srebrne ksiezycowe fale zalewaly komnatke, a w
+pólswietle tem majaczyla postac Oli i bielaly alabastrowe jej
+ramiona.
+
+Dzierzymirski, wchodzac, chcial przymknac za soba obite szarem
+suknem balkonowe okiennice.
+
+- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ladnie ksiezyc swieci, tak
+slicznie!.. - poslyszal w tejze samej chwili prosbe Oli. Roman
+usluchal, a zamknawszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu,
+skierowal sie szybko w glab pokoju.
+
+***
+
+Jeszcze we mglach wczesnego poranku drzemaly góry, jezioro i
+niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierzymirskich
+zapukal ktos dyskretnie.
+
+Roman, który obserwowal wlasnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
+odglos zerwal sie pospiesznie. Odziawszy sie szybko, nie pytajac
+przez drzwi glosno, kto zacz, by nie zbudzic Oli, skierowal sie ku
+wyjsciu z komnaty... Otworzyl drzwi cicho...
+
+- Bonjour, monsieur! - pozdrowila go, przeciagajac spiewnie,
+wpólubrana, usmiechnieta wstydliwie, mloda Szwajcarka, i podala
+jakis papier.
+
+- Co to jest? - z cicha pytajaco rzucil po francusku.
+
+- Telegram! - brzmiala odpowiedz.
+
+- A... dziekuje - odparl Roman i zamknal drzwi. Niepokój wyrazny
+odbil sie na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegl na palcach do
+okna i goraczkowo rozwinal cwiartke papieru.
+
+Stlumiony gwaltem okrzyk zabrzmial w pokoju przyciszonem echem, i
+telegram z reki Romana upadl mu na posadzke. Poprzez szyby balkonu
+Dzierzymirski spojrzal blednym wzrokiem przed siebie.
+
+Tam, gdzies w oddali, poza wierzcholkami gór, zarózowialo sie
+cos niewyraznie, plonilo... W mglach tajemniczych zniknal caly
+wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp,
+pokrytymi jakby woalem, gdzies, daleko, - zakryta wstydliwie,
+wschodzila snac jutrzenka...
+
+Roman, blady jak plótno, przeniósl wzrok swój w przeciwna strone
+komnaty. Usmiechnieta, cicha spala tam Ola... Z pod lekkiej koldry
+wysunela sie jej glówka urocza, rzesy dlugie kladly swe cienie
+na rumiana twarzyczke, usteczka ponetne z koralu marzacym, od
+rzeczywistosci dalekim, rozchylaly sie usmiechem...
+
+Dzierzymirski patrzyl wciaz na nia, z czuloscia wspólczuciem,
+bólem...
+
+- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptal - Biedna!.. powtórzyl ciszej
+jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknelo mu po ustach, i odwróciwszy
+twarz, - nieruchomy, oparl sie w zadumie o szyby okien balkonu.
+
+
+---------
+
+
+Babie lato snulo swa przedze... Czepialo sie na zagonach
+poruszonej swiezo czarnoziemnej gleby; laskotalo nozdrza siwych
+wolów, w trzy pary leniwie sunacych u plugów, obmotywalo sie
+swawolnie wokolo ich przepysznie rozroslych rogów i bieglo dalej,
+unoszone wietrzykiem, by przytulic sie do rozgorzalej w sloncu
+czerwienia i zlotem sciany borów, do samotnych grusz polowych i
+zgarbionych strzech ukrainskich chatek, a zagladajac po drodze w
+ukolysane jesienna cisza jary - ginelo gdzies w stepie dalekim,
+splatajac tam ze soba usciskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie -
+pracowicie przedzac wszedy ustawiczna nic swa biala.
+
+Droga do Gowartowa, galopem, co kon wyskoczy, pedzila czwórka koni,
+unoszac w tumanie iskrzacej sie od slonca kurzawy powóz, a w nim
+dwie osoby. Pierwsza z nich byl ksiadz proboszcz, z pobliskiego
+miasteczka, druga - Krasnostawski.
+
+Jak huragan, minawszy pochylona garstke ludzi, kopiacych w poblizu
+lan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pelen uroku - pojazd
+wpadl do siola. Z zagród chlopskich wyskoczyly psy i szczekac
+poczely zajadle; wystraszone dzieciaki, o plowych, prawie bialych,
+wlosach, rzucily sie, uciekajac w poplochu, a przedzace konopie
+wiesniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych
+koszulach, stawaly zdziwione, przeprowadzajac migajacy pedem pojazd
+niespokojnem okiem.
+
+Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolnila wreszcie biegu, i
+stepa, wolniutko, ostroznie spuszczac sie zaczela z pagórka na
+wiejska groble.
+
+- Czy ksiedza dobrodzieja nie znuzyla nasza tak predka jazda?..
+Cóz robic jednak, kiedy inaczej nie zdazylibysmy moze... -
+odezwal sie Krasnostawski, korzystajac z mniejszego pedu powietrza.
+
+Barczysty ksiadz, o inteligentnem wejrzeniu duzych czarnych oczu i
+brwiach kruczych, odbijajacych wyraziscie od bialych wlosów,
+wymykajacych mu sie spod kapelusza, obruszyl sie na to pytanie.
+
+- Ale, cóz znowu!.. - odparl. - Oby tylko ten zacny pan January
+dozyl blogoslawionej chwili i mógl pojednac sie z Bogiem!..
+
+Umilkl ksiadz, i niebawem z poboznem westchnieniem, dorzucil:
+
+- O to ostatnie wlasnie od czasu, gdy jedziemy, mysl ma ku
+Najwyzszemu wznosze... Moze jej usluchac raczy!..
+
+- Doktór mówil, ze z godzin trzy pozyje - odparl Krasnostawski, a
+wyjmujac zegarek, rzekl jeszcze: - Od chwili tej minelo dwie
+godziny...
+
+- Ach, ci lekarze! - machnal reka ksiadz stary - cóz tam
+ostatecznie wiedziec oni moga - wszak wszystko w reku Stwórcy-Pana!
+Ja, na przyklad, pewnego razu bylem juz konajacym, a jednak, po
+przyjeciu Przenajswietszego Sakramentu i Olejów Swietych -
+wyzdrowialem...
+
+Umilkli. Ksiadz zas po chwili, widzac, ze furman wciaz jedzie
+stepa, zauwazyl:
+
+- Ale moze bysmy znów pojechali nieco predzej, nieprawdaz?
+
+- Naturalnie, niech minie tylko most i groble - odrzekl Krasnostawski.
+
+U stóp ich szumialo w tej chwili kolo u mlyna, pryskajaca oden
+wodna piana szeroko rozlewala sie na senna tafle duzego stawu, w
+której przegladaly sie pozólkle szczyty gowartowskiego parku.
+
+Za grobla znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminawszy jeszcze
+czesc wsi, zajechali przed ganek palacu. Na spotkanie wybiegl stary
+lokaj, klucznica i kilku domowników.
+
+W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
+czwórki koni, z lekiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytal
+glosnym szeptem:
+
+- Zyje?..
+
+- Zyje !.. Zyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zas natychmiast
+dorzucil:
+
+- Chwala Bogu na wysokosciach... Pan doktór powiedzial, ze moze i
+do jutra rana...
+
+- A gdziez pan doktór? - pytal dalej Krasnostawski.
+
+- A ot, tylko co patrzec, jak odjechal.. Pono do Karolówki, bo tam
+mlodsza jasnie pani niezdrowa...
+
+- Niezdrowa!.. - obruszyl sie plenipotent. - Tu przeciez konajacy w
+domu, mógl chyba zostac jeszcze! - dorzucil gniewnie, zly na
+widoczna obojetnosc wiejskiego eskulapa. Obejrzal sie.
+
+Ksiadz z nim przybyly wysiadal wlasnie z powozu, poprzedzany
+towarzyszacym mu chlopaczkiem... Rozlegl sie wkrótce dzwiek
+uroczysty koscielnego dzwonka - w progi palacu wstepowal Syn Bozy,
+utajony w Przenajswietszym Sakramencie...
+
+W pare minut pózniej, do pokoju chorego juz wchodzil ksiadz;
+idacy w slad za nim Krasnostawski zostal na progu i spojrzal w
+glab sypialni chorego.
+
+Na lózku zamajaczyla mu blada, juz nie z tego prawie swiata,
+sedziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknieto jednak w tej chwili -
+Krasnostawski cofnal sie dyskretnie i poczal przechadzac sie
+wielkiemi krokami po pokoju.
+
+Od czasu powrotu z podrózy swej do miasta, na nim jednym prawie
+spoczywalo wszystko. Przepedzal noce cale u chorego, dogladal go
+osobiscie, wzywal lekarzy, konsylia.
+
+Dzis, widzac, iz juz koniec nieodwolalny sie zbliza, a smierci
+widmo blaka u progów palacu, znaglony, pojechal po ksiedza, dnia
+poprzedniego juz, ciety przeczuciem, zatelegrafowawszy o
+nieszczesciu do marszalkowej, Ladyzynskiego oraz do dawnego kolegi
+swego, Tarnopolskiego.
+
+Od tego ostatniego bowiem odebral list iscie enigmatyczny, w którym
+proszono go usilnie, by doniósl szczególowo o wszystkiem, co sie
+dzieje w Gowartowie.
+
+Zanadto przyrodzonego sprytu posiadal w sobie Krasnostawski, by nie
+odgadnac, ze poza kolega jego, Tarnopolskim, ukrywa sie ktos inny,
+zainteresowany bardzo. Domyslil sie, iz byl nim prawdopodobnie
+dobry znajomy tegoz, Dzierzymirski, i dlatego nie ominal wyzej
+wzmiankowanego Tarnopolskiego, równiez donoszac mu, ze Gowartowski
+umiera.
+
+Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanal nagle
+Krasnostawski, poslyszal bowiem w tej wlasnie chwili glosy i szepty
+w przyleglej komnacie chorego.
+
+- Spowiada sie... - rzekl do siebie, i zblizywszy sie do okna,
+spojrzal w zadumie.
+
+Tak samo, jak codzien, podlewano dzisiaj pod zblizajacy sie wieczór
+klomby kwiatów, tak samo znizajace sie juz slonce slalo cienie
+na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie lawki, na chaty
+siola, i step w perspektywie.
+
+- I tak samo bedzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo slonce i
+wszystko weselic sie bedzie, nic porzadku swego nie zmieni, choc
+dusza tego zakatka uleci w zaswiaty!.. - szeptal Krasnostawski, i
+rzuciwszy sie na fotel, podparl rekami glowe, a mysli goniac sie
+przelatywaly mu po glowie.
+
+- O, jakze okrutna jest smierc! - myslal. - Jak pelna zagadki
+niezwalczonej potegi, przed która tylko w pokorze chylic musimy
+milczaco czola!
+
+I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
+nieublaganej godzinie przyjsc musi !..
+
+- Straszne, straszne!.. - szepnal znów do siebie pochylony
+mezczyzna. - Tem straszniejsze, iz niezrozumiale, nieujete rozumem
+ludzkim, zawsze, zda sie, nowe, choc prawieczne w sobie; zawsze tak
+samo niedoscigle, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadajace
+sfinksa zagadka...
+
+- I mnie to kiedys przecie spotka, wszak i ja umre!.. - rzekl
+glosno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnal z trwoga.
+
+I z pytaniem tem na ustach utkwil wzrok bledny we drzwi sasiedniego
+pokoju...
+
+Drzwi te tymczasem roztwarly sie cicho i na progu ukazala sie,
+natchniona w tej chwili jakby twarz ksiedza i postac jego wyniosla.
+Krasnostawski, zbudzony ze swych mysli ponurych, zywo podbiegl ku
+niemu.
+
+- Cóz, ksieze proboszczu? - zapytal.
+
+- Wszystko dobrze... Zbratala sie dusza jego z Panem... - odparl
+tenze z powaga.
+
+- Ale? ale, czy ksiadz dobrodziej nie uwazal przypadkiem ?... To
+jest... - platal sie Krasnostawski - powiedziec chcialem, czy
+choremu przypadkiem nie lepiej?...
+
+- Ha, Bóg wiedziec raczy... Nam pozostaje pogodzic sie tylko z Jego
+Najwyzsza Wola!.. - tym samym tonem odrzekl sluga Panski.
+
+- Zapewne!.. - baknal Krasnostawski. Zapanowalo chwile ciezkie,
+olowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksiedza
+dobrodzieja - uprzejmie przerwal pierwszy mlody czlowiek - w tej
+chwili podwieczorek podac kaze, ksiadz dobrodziej utrudzony droga,
+glodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom sie skierowal
+pospiesznie.
+
+- Nie, dziekuje ci, panie Boleslawie! Jechac musze...
+
+- Juz? - zdziwil sie mlody plenipotent.
+
+- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Kaz zaprzegac,
+jesli laska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe
+przedwieczorne odmówie.
+
+- W tej chwili sluze ksiedzu dobrodziejowi... - rzucil w
+póluklonie Krasnostawski i znikl za drzwiami.
+
+Ksiadz zajrzal jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
+staruszki-klucznicy, z pogoda na obliczu swem dziwna lezal on
+spokojnie.
+
+Widzac to, proboszcz wyszedl.
+
+Z dobry kwadrans migala wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
+wygracowanych starannie alejach parku, poczem w poblizu modlacego sie
+w skupieniu ksiedza pojawil sie Krasnostawski.
+
+Zaturkotalo jednoczesnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
+odprowadzony, proboszcz wsiadl niebawem do powozu. W pare minut
+pózniej pojazd, unoszacy go, znikl za wjazdowa brama palacu...
+
+Stojacy na ganku Krasnostawski poruszyl sie machinalnie i przez
+milczace palacowe komnaty skierowal do pokoju pana Januarego.
+
+- Cóz? jakze?.. - zapytal zaplakanej staruszki, siedzacej kolo
+loza chorego.
+
+- Teraz... lezy niby spokojnie - wyjakala cicho.
+
+- No, to prosze isc odpoczac, ja zostane i dam znac, gdy zajdzie
+tego potrzeba - stanowczo odezwal sie Krasnostawski.
+
+Po opieraniu sie dluzszem, staruszka, znuzona i senna wysunela
+sie z pokoju, Krasnostawski zas, podszedlszy do fotelu, stojacego
+przy lózku, usiadl ciezko.
+
+Cisza martwa zagoscila w komnacie... Gowartowski, oddychajac
+niepostrzezenie lekko, spokojny, lezal wciaz nieruchomo; znuzeni
+domownicy rozpierzchli sie, kazdy do swego zakatka i odglos zadny
+nie dochodzil tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story
+rzucalo swe jaskrawe blaski znizajace sie juz slonce...
+
+Krasnostawski, zmeczony zyciem ostatnich dni kilku, zamyslil sie
+gleboko, fizycznie wypoczywajac zarazem.
+
+Od czasu do czasu spojrzenie przenosil na starca, poczem zapadal znów
+w zadume, polaczona z nieokreslona apatya, gniotaca go swym
+ciezarem, z poczuciem bezradnosci, w obliczu zblizajacej sie nie
+odwolalnie, kroczacej smialo smierci!
+
+Minelo w ten sposób dwie godziny.
+
+Na ciemne zaluzye u okien padaly teraz prostopadle dogasajaca
+czerwona luna ostatnie zachodu promienie, majaczyly ognikami
+krwawymi po posadzce i scianach, a spoza parku, z oddali, niewyraznie
+jakies dla ucha dochodzily odglosy...
+
+To pracowity, znojny konczyl sie gdzies tam, po polach i siolach
+pogodny dzien jesieni; to, spiewajac chórem smetna ukrainska
+dumke - wracaly po pracy dziewczeta i molodycye, z buraczanych
+lanów, gromada...
+
+Nagle Krasnostawski, z przymknietymi oczyma w fotelu swym zaglebiony,
+ocknal sie, drgnawszy na calem ciele nerwowo. Spojrzal na
+chorego...
+
+Usta pana Januarego szeptaly cos niewyraznie, poruszaly sie szybko
+- wreszcie uniósl sie on na poduszkach i wzrokiem blednym spojrzal
+wokolo.
+
+Krasnostawski juz byl sie zerwal i stal teraz kolo lózka
+blisko.
+
+- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptal chory, z trudnoscia.
+
+- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzyl dobitnie.
+
+- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnal plucami
+powietrza i po chwili zupelnie juz przytomnie przemówil lamanym,
+cichym glosem:
+
+-Mój panie Boleslawie, odslon, prosze cie, okno, choc jedno...
+Tak tu ciemno...
+
+Krasnostawski, usluchawszy natychmiast zlecenia, podniósl rolete.
+
+Slonce juz bylo zaszlo. W pierwszych usciskach nadchodzacego
+zmierzchu staly cicho pólobnazone drzewa parku, przeplatane
+gdzieniegdzie czerwienia, slaly sie aleje zóltawym od opadlych
+liscie kobiercem - bielaly niewyraznie w dali zagrody siola,
+ciemnialy jego osady, senna i mroczna swiecila tafla stawu.
+
+Krasnostawski, odwróciwszy sie od okna, spotkal smutny, pelen
+tesknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczajacy sie poza oknem
+krajobraz.
+
+Do lózka zblizyl sie pospiesznie.
+
+- Dziekuje ci... mój kochany... pani Boleslawie... dziekuje -
+odetchnal Gowartowski i dokonczyl ciszej:
+
+- Ostatni to raz... ostatni widze to wszystko! - uczynil reka ruch
+slaby, a wskazujacy widok otulonego mrokiem siola i pól szerokich.
+
+- Dlaczego? - podchwycil szybko Krasnostawski, - uwazam wlasnie, ze
+glos panski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, bedzie lepiej...
+
+- Och... nie! Nie bedzie lepiej - westchnal pan January - nie
+bedzie... to tylko na chwile...
+
+Znów przestal, i zaczerpnawszy powietrza, ciagnal dalej,
+uczyniwszy jednoczesnie prawa reka ruch zniechecenia pelny.
+
+- Ja czuje, widze, ze koniec, smierc sie zbliza... Nic mi juz
+nie pomoze - wola Boska!.. - znów przerwal... w minute zas mówil:
+
+- Wlasnie... wlasnie powiedziec cos chcialem tobie... kochany
+panie Boleslawie... usiadz... - i pan January wskazal swa woskowo -
+zólta reka taborecik.
+
+Krasnostawski usluchal.
+
+- Poczekaj chwile... odpoczne... - wyszeptal oslabiony bardzo.
+Oparl glowe o poduszki i oddychac poczal ciezko, na bladej zas
+twarzy jego zakwitl i zgasl niebawem rumieniec nikly.
+
+Krasnostawski wyczekiwal, milczac.
+
+- Moze podac panu co do picia? - zapytal po chwili.
+
+Przeczacy ruch reki byl cala odpowiedzia pana Januarego. W
+dziesiec zas moze minut pózniej glosem slabym, przerywanym co
+chwila ciezkim oddechem, przemówil cicho :
+
+- Tys dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, cos mnie nie
+opuscil... Uczynili to wszyscy: siostra, Ladyzynski, córka... -
+spuscil glowe i umilkl, a dwie lzy duze, perliste zablysly w
+jego niebieskich, przybladlych zrenicach i stoczyly sie z wolna po
+wychudlej twarzy. Po chwili ciagnal znowu:
+
+- Zle uczynila Ola, zle bardzo... Nie poniewiera sie tak rodzicem,
+nie depce sie tak przywiazania ojca... nie, nie, po stokroc razy
+nie!... - powtórzyl z moca w oslablym glosie, i z ta skarga na
+ustach przeciw dziecku ostatnia, upadl na poduszki w znuzeniu, jak
+sciana blady.
+
+Krasnostawski, ze wspólczuciem, ujal reke starca w dlon prawa,
+a gdy Gowartowski ponownie uniósl sie na poslaniu, opiekunczo i
+silnie podparl, podtrzymal swem lewem ramieniem jego cialo wychudle.
+
+- Dziekuje ci, bardzo dziekuje!.. - wyszeptal pan January i mówic
+poczal dalej, glosniej nieco, lecz ochryplym juz od zmeczenia i
+wysilku glosem :
+
+- Ale nie o tem mówic chcialem, nie o tem! Przeciwnie... - znów
+zamilkl sekund kilka.
+
+- Przeciwnie - powtórzyl - ja Oli przebaczam, majatek caly
+zapisalem jej wylacznie, tylko... tu zatrzymal sie starzec dluzej
+nieco, jakby w ostatnim wysilku trudno mu bylo jasno wyrazic mysl
+swoja - tylko - ciagnal - ze testamentów jest dwa: jeden u
+notaryusza, zlozony dawno, na korzysc Oli... drugi... na jej
+niekorzysc...
+
+Umilkl znów Gowartowski blady i zmeczony, a po chwili konczyl:
+
+- Ten ostatni, pózniejszy, napisalem w chwili nierozumnego gniewu...
+Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podre go!..
+
+Tu pan January, oswobodziwszy sie od podtrzymujacego go ramienia
+Krasnostawskiego, opadl na poduszki wycienczony.
+
+- Czy przyniesc mam ten testament? - poddal Krasnostawski.
+
+Ojciec Oli Dzierzymirskiej przyzwalajaco skinal glowa i slabym
+ruchem reki poruszyl kluczyk od szufladki stojacego obok loza
+stoliczka.
+
+Krasnostawski zrozumial. Wysunal szybko szuflade, wzial stamtad
+pek kluczy i oddalil sie cicho.
+
+Blady, oddychajac ciezko, w oczekiwaniu mlodego czlowieka,
+odpoczywal Gowartowski... W ciszy gluchej minelo z dziesiec minut.
+Na progu wreszcie ukazal sie Krasnostawski, trzymajac w reku duza
+koperte.
+
+Na jego widok pan January goraczkowo, o wlasnych silach, uniósl
+sie na poslaniu i wyciagnal reke po testament.
+
+- Dziekuje... - wyszeptal.
+
+Odebrawszy zas od Krasnostawskiego koperte, otworzyl ja drzaca
+reka, wyjal arkusz papieru, znajdujacy sie tam i rozerwal zwolna
+na cztery czesci. Potem wlozyl na powrót do koperty zniszczony
+test, a zwróciwszy sie do Krasnostawskiego, glosem dziwnie
+dzwiecznym, stanowczym, wymówil:
+
+- Oddasz to jej... Oli - i umilkl, opadlszy znowu na poduszki.
+
+Mlody plenipotent machinalnie wzial koperte schowal ja do kieszeni
+surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igral w tej chwili
+jakis pelny dobroci usmiech, blady, tkliwy - milczal wzruszony, a
+dwie lzy nieposluszne zakrecily mu sie w oczach.
+
+Glosem cichym, jakby dogasajacym, mówil tymczasem jeszcze pan
+January:
+
+- Nie zapomnij oddac... Pamietaj!.. - urwal, a po chwili:
+
+- Powiedz... takze Oli... ze przebaczam... jej... i... jemu!..-
+dokonczyl z trudnoscia, w wysilku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
+trupio blady, umilkl...
+
+Palaca sie u obrazu Matki Boskiej nad lózkiem, z czerwonego szkla,
+lampka rzucila w tej chwili promien jasny na oblicze starca...
+
+W zmierzchu idacego wieczora twarz Gowartowskiego zajasniala jakims
+nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
+jednoczesnie poprawil poduszki u loza i pochylil sie nad chorym,
+zdalo mu sie bowiem, iz tenze porusza ustami.
+
+Rzeczywiscie. Niedoslyszalnym, urywanym szeptem mlody czlowiek
+poslyszal jeszcze:
+
+- Dziekuje... tys dobry!.. Mówic juz... wiecej... nie... moge...
+
+Poruszony slowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstapil od
+lózka Krasnostawski i przygnebiony, usiadl w fotelu.
+
+Minelo z dziesiec minut.
+
+Widzac, ze chory lezy teraz zupelnie juz cicho, mlody czlowiek po
+chwili powstal, posluchal oddechu jego, poczem wysunal sie
+cichutko z pokoju. Dusilo go cos w gardle...
+
+W sasiednich komnatach pusto bylo calkiem i szaro juz zupelnie.
+Mrok wieczora wciskal sie do palacu coraz natarczywszy, wszedzie,
+samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez halasu otworzyl podwoje
+balkonu i wyszedl na werande, spragniony odetchnac swiezszem
+powietrzem...
+
+Oparl sie o balustrade, chlodzic poczal rozpalone czolo zimnym
+powiewem jesiennego wieczora i stal tak nieruchomy dosc dlugo,
+oglupialy jakby na razie, bezmyslny...
+
+Nagle milczenie pograzajacego sie coraz bardziej w mroki domu i
+parku, przerwal jednostajny donosny, odglos dzwonu w poblizu. To
+codziennym, panujacym w Gowartowie, zwyczajem, zwolywana sluzbe na
+wieczorna kolacye.
+
+Krasnostawski sie ocknal, a jednoczesnie poczul pragnienie i
+glód.
+
+Wrócil do komnaty, zamknal drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy
+po drodze jakas pozostawiona swiece, zapalil ja pospiesznie i na
+palcach skierowal sie poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobe
+cala Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
+mial - mlody organizm dopominal sie o swoje prawa.
+
+W kredensie znalazl pochowane zimne miesiwa i chleb razowy; posilil
+sie, popil woda i przez puste komnaty znowu skierowal sie do pokoju
+Gowartowskiego.
+
+Tu juz zupelne panowaly ciemnosci. Krasnostawski zapalil lampke,
+przykryl ja abazurem i spojrzal na chorego.
+
+Lezal w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychajac lekko,
+cicho, bledszy tylko, zóltszy jakby... I w jednem równiez zaszla,
+zmiana nagla.
+
+Oto rece pana Januarego wykonywaly po koldrze jakies niewyrazne i
+dziwne ruchy, jakby szukaly czegos, szczypaly powierzchnie sukna,
+zatrzymywaly sie chwile, i znów rytmiczne poruszaly sie zwolna,
+jednostajnie...
+
+Krasnostawski, postawszy czas jakis, zblizyl sie do stolika,
+wziawszy do reki machinalnie stojace tam lekarstwo. Spojrzal na
+recepte. Przeczytawszy zas, westchnal.
+
+Byly to leki zwykle, przepisywane dogorywajacym...
+
+- Czyzby naprawde tak zle juz bylo? - szepnal do siebie
+mlodzieniec - tak przytomnym byl jednak przed chwila!.. E!.. moze
+Bóg da... pocieszajac sie - dokonczyl glosno.
+
+Tymczasem zmeczenie fizyczne i moralne walilo wprost z nóg
+Krasnostawskiego.
+
+Zblizyl sie chwiejny do fotelu. Usiadl i po kilkakrotnie ziewnal
+mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrzasnal sie...
+
+- Ooo... jakze mi sie spac chce!.. - mruknal i ponownie ziewnal
+przeciagle z cicha.
+
+- Ale nie mozna... nie mozna!.. - szepnal znów do siebie
+przekonywajaco i siegnal po stojaca opodal flaszke kolonskiej
+wody.
+
+Przetarl sobie skronie, powachal, poczem napil sie zimnej wody ze
+szklanki, i jak mu sie zdawalo, zupelnie obecnie rzezki, zaglebil
+sie w fotelu.
+
+Tymczasem minelo minut dziesiec zaledwie, gdy mlody pan plenipotent
+spal juz na dobre, pochrapujac nawet z lekka czasami.
+
+Sen zwyciezyl... Milczenie i spokój jakis zlowrogi zapanowaly w
+komnacie.
+
+A zewnatrz palacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królowac
+zaczela.
+
+Na ciemnem tle nieba zamrugaly wkrótce gwiazdy, od pól wional
+wietrzyk i cichym zólkniejacych lisci pogwarem zaszumial nad domem
+park stary.
+
+Wewnatrz zas dworu usneli wszyscy... Milczaly tu wszystkie katy, a
+w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodzil tylko regularny
+odglos staroswieckiego zegara, który brzdakal i tykal i bil
+przeciagle godziny jedna za druga.
+
+Nagle w gluchej ciszy sypialni pana Januarego rozleglo sie
+poczatkowo slabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory
+starzec juz konal...
+
+Za lozem, w pólswietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego,
+stanela smierc, lepu swego chciwa - jeki zgluszone umierajacego
+dziesieciokrotnem echem wstrzasnely cisza domu...
+
+Cos zbudzilo Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedzial na razie.
+Zerwal sie z fotelu, oczy przetarl i spojrzal na pograzone w
+cieniu loze. Zdretwial nagle i wlosy debem stanely mu na
+glowie.
+
+Z oczyma, wywróconemi po bialka zrenic, postawionemi w slup,
+nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zzólkly, zzielenialy -
+straszny, jeczal starzec, lapal powietrze, stekal zalosnie -
+charczal zlowrogo...
+
+Krasnostawski zrozumial, lecz znieruchomial na razie do tego stopnia,
+ze nie byl w stanie poruszyc sie z miejsca.. Po raz pierwszy w
+zyciu znajdowal sie wobec konajacego czlowieka, patrzal wiec
+bezprzytomny prawie i bledny nieustannie na Gowartowskiego... Drzal
+przy tem na calem ciele, chwytalo go cos za gardlo, przykuwalo do
+miejsca, do ziemi.
+
+Równoczesnie przygnebiajaca cisza gniotla mu piersi ciezarem,
+konajace drgnienia i jeki umierajacego, niby ostrzem ze stali
+krajaly niemilosiernie wyprezone nerwy, a zarazem lek
+niewytlumaczony, dziwny, zatrzasl nim.
+
+Wiec to smierc!.. smierc idzie juz, przybliza sie, okropna,
+bezzebna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliza sie teraz
+obojetna do loza... nachyla nad konajacym...
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrzasa scianami pokoju - oto
+smiech jej straszny!.. Rzezenie konajacego odpowiada mu echem coraz
+przerazliwiej, glosniej... Ponuro jeczy on, skarzy sie, miota !..
+
+- Boze!.. Boze!.. Co... to? Co... to? - krzyknal Krasnostawski,
+schwycil sie za glowe, zadygotal raz jeszcze i porwawszy ze stolu
+dzwonek - wybiegl.
+
+W milczeniu powszechnego uspienia rozlegl sie niebawem rozpaczliwy
+dzwiek pokojowego dzwonka, wstrzasnal murami !..
+
+Gowartowski tymczasem czynic poczal teraz rekami jakies szalone
+ruchy, gwaltownie odpedzal cos, bronil sie przed kims, jeczal
+jeszcze donosniej, chwytal powietrze, bezustannie charczal..
+
+Bieganie napelnilo niebawem dom caly. Garstka domowników i sluzby
+w kilka chwil pózniej napelnila pokój dogorywajacego czlowieka.
+Ostatnia przyszla staruszka, klucznica, z gromnica w reku.
+
+Zalobna swiece zapalono pospiesznie i uklekli wszyscy.
+Krasnostawski przy samem lozu, trzymajac w dloni reke pana
+Januarego.
+
+Chlodla mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli,
+charczenie, jeki, równiez ustawaly, ucichly wreszcie...
+
+Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwoga,
+przerwal szelest, dla ucha prawie niedoslyszalny. Ostatnie w tej
+chwili ziemskie westchnienie czlowiecze ulatywalo z piersi starca -
+mknelo w zaswiaty...
+
+- Skonczyl... - szepnal Krasnostawski. Wsród kleczacych rozlegl
+sie placz... Gdzieniegdzie plomyk zapalonej gromnicy oswietlil
+ponuro zóltawa plama sciany, sprzety i szyby komnaty, drgac
+zaczal blyskotliwy po twarzach kleczacych ludzi.
+
+Poczeto sie zegnac poboznie...
+
+Wspólna, cicha, a pelna glebokiej wiary prostych dusz modlitwa, z
+wola Najwyzszego godzaca sie, pokorna, napelnila mury pokoju, i
+az do stóp Stwórcy-Pana uleciala skrzydlata - wzniosla sie tam,
+gdzies wysoko, w slad za zagadkowa droga duszy zmarlego, jakby mu
+niebo otworzyc pragnela.
+
+
+---------
+
+
+
+Pokrasniale, czerwono-zlote dzikiego wina liscie, pnace sie po
+bialych scianach gowartowskiego dworu, zagladaja przez otwarte okno
+do malego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem,
+kolysza sie w promieniach jesiennego slonca, powiew zas zefiru
+delikatnym dreszczem przebiega równiez po rzedzie zóltawych u
+swiec plomyków, palacych sie wokolo katafalku, ginacego w zieleni
+cieplarnianych kwiatów.
+
+Obcisniety w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za zycia
+progiem, na podwyzszeniu lezy January Gowartowski...
+
+Zesztywniale palce jego trzymaja kurczowo w dloni krucyfiks,
+zaczesany starannie was mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pieknie
+na bialem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pelna,
+pograzona byc tylko sie zdaje w glebokim, cichym snie.
+
+Kamienny to sen!.. Sen zaswiatów, wiecznosci, zagadki bytu i
+swiadomosci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbic
+sie musi rozum ludzki; sen straszny - obojetny na wszystko dokola!..
+
+I niczem juz sa dla niego sprawy tego padolu; niczem troski,
+cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radosnie igrajace po pokoju
+slonce - niczem wreszcie bolesc i smutek kleczacej u stóp
+katafalku, sedziwej kobiety-siostry!..
+
+Przybyla w przeddzien marszalkowa Warnicka, drzacemi, zbielalemi
+usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmeczonych co minut pare upada
+lza cicha, a wzrok z bolescia tlumiona wpatruje sie w rysy
+ukochane.
+
+I modli sie znów pokorna!..
+
+Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówia zupelnie !.. Spokój i
+martwota nieziemska wyryte sa na nich, a pogoda tylko jakas
+nieuchwytna, cicha, swiadczyc sie zdaje, ze nie czuje on juz nic, a
+w kazdym razie, iz doczesnie na pewno nie cierpi juz wcale.
+
+- Módlcie sie, placzcie... przyjdzcie - odejdzcie... zakopcie w
+ziemie... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówia soba
+wyraznie zesztywniale czlonki zmarlego.
+
+A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naroznego pokoju wpadaja,
+igraja coraz radosniej promienie slonca, plyna jakies dalekie z
+pól piesni, pogwary - oddalone zyciowe echa...
+
+Babiego lata nic wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
+czuprynie zmarlego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykaja
+sie ostroznie i do pokoju wsuwa sie rosly, siwiejacy juz
+mezczyzna...
+
+To Ladyzynski. I on, przygnany straszna wiescia choroby groznej,
+podazyl do przyjaciela lat mlodych, przybywszy jednak - za pózno.
+
+Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraza w tej chwili ból
+nieklamany. Zbliza sie milczaco, opatruje plomyki swiec,
+przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszke - zrzuca z glowy
+Gowartowskiego swawolna nic jesieni, i uklaklszy, glowe opiera o
+katafalk, w bolesnej zadumie.
+
+Mija tak dluga chwila.
+
+Poczem drzwi skrzypia znowu, na progu ukazuje sie dorodna
+Krasnostawskiego postac. Objawszy wzrokiem pokój i znajdujace sie w
+nim osoby, wzdycha ciezko, nastepnie zas zbliza sie do
+Ladyzynskiego i opiera lekko swa reke na jego ramieniu. Potrzasa
+niem delikatnie raz, drugi...
+
+Za trzeciem dopiero dotknieciem budzi sie Ladyzynski z bolesnego
+zamyslenia i unosi glowe..
+
+- A, to pan? - pyta cicho - cóz to?...
+
+Jakby w odpowiedzi jednoczesnie do pokoju wpada wyraznie oddalony
+jeszcze nieco dzwiek dzwonków, i zgluszony gdzies po siola drodze,
+daleki tetent i turkot kól powozu.
+
+I w slad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
+
+- Ze stacyi konie wracaja... O ile wzrok mnie nie myli, ktos jest w
+faetonie... Zdaje mi sie, ze to - oni...
+
+Ladyzynski, sluchajac go uwaznie, juz powoli powstal byl z
+kleczek.
+
+- Moze szanowny pan dobrodziej bedzie tak laskaw wyjsc na ganek -
+ciagnie dalej Krasnostawski. - Pania marszalkowe - tu zniza glos
+jeszcze bardziej - fatygowac nie wypada... Ja zas pana
+Dzierzymirskiego nie znam... A tu, do wiadomosci zgonu...
+
+- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, ide... Ale
+prawda - zatrzymuje sie - trzeba uprzedzic marszalkowe, bo sie
+biedaczka wystraszy.
+
+Ladyzynski pochyla sie ku kleczacej pani Melanji i szeptem cos
+jej przeklada.
+
+Wpólprzytomnie slucha go marszalkowa Warnicka, po chwili zas wstaje
+i ze smutkiem bezbrzeznym, wzdycha kilkakrotnie...
+
+Jednoczesnie dwaj mezczyzni wychodza szybko, oddalony bowiem przed
+chwila jeszcze turkot pojazdu wstrzasa juz oto murami domu i powóz
+snac zajezdza spiesznie na dziedziniec. Odglos dzwonków donosnie
+przerywa martwa cisze... Powóz staje.
+
+A nastepnie, az tu, popod stopy umarlego czlowieka niewyrazne
+jakies zgluszone dochodza glosy i szmery...
+
+Nagle, o milczace sciany palacu obija sie krzyk kobiecy bolesny,
+straszny, oraz stlumiony jeszcze oddaleniem jek rozpaczliwy. W slad
+za tem rozlegaja sie kroki, coraz szybsze, blizsze, a pózniej juz
+calkiem donosnie tym razem, szelest sukni i lkanie.
+
+Jeszcze chwila...
+
+I cisza pokrytego kirem, tonacego w sloncu i gromnic swietle,
+zakatka, sfinksowy, dumny majestat smierci brutalnie przerywanym
+zostaje.
+
+Drzwi roztwieraja sie nerwowo, ruchem gwaltownym, od silniejszego
+pradu powietrza gasnie przy katafalku swiec kilka, i do pokoju wbiega
+ubrana w podrózne szaty, placzaca Ola...
+
+Za nia, ukazuje sie sniade spokojne oblicze Dzierzymirskiego i
+wytworna sylwetka jego.
+
+Jednoczesnie murami komnaty wstrzasa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
+halas drugorzedny jakis, inny...
+
+To Ola juz na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe cialo
+rodzica, odtraciwszy równoczesnie niebacznie przeszkadzajace jej
+wysokie srebrne lichtarze, z chrzestem padajace w tej samej chwili na
+ziemie...
+
+Ktos schyla sie pospiesznie i opodal ustawia je ponownie...
+
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera sie z ust Oli.
+
+- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wola mloda kobieta, placzac,
+wijac sie z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - konczy w
+lkaniu, szlochajac.
+
+Na dzwiek slów ostatnich chmura osiada na wynioslem czole Romana.
+
+- Tys winien takze!.. ty równiez!.. To dzielo takze twoje! -
+szepce mu cos w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla
+sie i kleka po drugiej stronie katafalku.
+
+A Ola sciska, caluje teraz rece, twarz i zimne czolo starca, oblewa
+je lzami, wlosy ojcowskie piesci i tuli swa glowe do serca, co
+bic juz na zawsze przestalo!..
+
+- Ty nie umarles - szepce - ty spisz tylko!.. ty nie umarles!.. -
+powtarza uparcie. - To byc nie moze - nie moze!!..
+
+Powstala z kleczek marszalkowa Warnicka podtrzymuje wijaca sie w
+bólu kobiete z jednej strony - z drugiej opiekunczo podpiera ja
+Ladyzynski.
+
+Wszystkim lzy kreca sie w oczach, jeden Roman tylko nieczulym byc
+sie zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi sciagniete
+swiadcza, iz i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Kleczy
+wciaz nieruchomo, mysli...
+
+Poza nim, swiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
+bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowialy.
+
+- Zloty tatuniu !!.. zloty !!.. - wola znów Ola, proszaco,
+blagalnie; z przerwami malemi, jekliwy, przeplatany lkaniem, odzywa
+sie bezustannie glos córki-sieroty, a echo jego plynie przez okno w
+dal, do parku, na step i pola!..
+
+I za glosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnalem wspólnym plakac,
+lkac oto zdaja sie stare drzewa parku; szumem swych lisci drobnych
+brzoza nad woda wiesc te powtarza dalej, placzac sama, a jek
+bolesci, podchwycony akordami przyrody, plynie, plynie w dal...
+
+I wszystko, zda sie teraz, za panem swym boleje !..
+
+A wiec i staw, sniacy fali swej szmerem, i lany, i polne kwiecie, i
+step, strzasajacy z traw swych niby lzy zalu - drobne kropelki
+rosy...
+
+Jeden tylko umarly, jak glaz nieczulym jest na jek, ból swego
+dziecka.
+
+Lecz czyz to zludzenie?..
+
+Pod pocalunkami przed chwila i lza jedynaczki, zdawalo sie, ze
+oto znika z alabastrowego czola starca gleboka, zastygla tam
+zmarszczka, i calkiem juz teraz pogodne, obojetne, sni ono dalej bez
+konca...
+
+Moze dusza z poza stref swiata niewidzialna zablakala sie jeszcze
+tutaj przed dalsza w wiecznosc zagadkowa wedrówka?.. A moze trup
+slyszal jeszcze ?
+
+Któz wie? któz zgadnie?
+
+- Ojcze!.. ty zyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
+nieszczesliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega
+sie dalej u stóp starca wolanie Oli, w spazmach lkan bolesnych,
+bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
+
+- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk mlodej
+kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami siola i pól
+szerokich... pólomdlala i slaba zone wynosi pospiesznie na
+rekach Dzierzymirski z powleczonej kirem komnaty.
+
+Wystraszeni podazaja za nim wszyscy...
+
+To zycie juz ze smiercia walczyc poczynalo. Przepotezne w swej
+sile, nie lubiace, by zapominano o niem, odrywalo w tej chwili
+despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczajacych go dotad ludzi.
+Troska o zywym wziela góre!..
+
+W promieniach radosnych jesiennego slonca, w ciszy, grajacej tylko
+powaznym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieladzie wpól
+przygaslych swiec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym
+majestacie smierci - umarly pozostal sam.
+
+
+***
+
+
+Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minelo dni kilka.
+
+W pograzonym juz we snie palacu w Gowartowie palilo sie jeszcze
+swiatlo w jednym pokoju, rzucajac w noc ciemna promien jaskrawy
+przez okienne szyby.
+
+W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzis sypialni nowego
+dziedzica, Dzierzymirskiego, on sam, znuzony dniem minionym, a nader
+dlan obfitym w niezwykle zdarzenia, kladl sie do snu i z wolna
+rozbieral leniwie.
+
+Na stoliku obok lózka stala odkorkowana butelka szampana i kieliszek
+wysoki, z krysztalu, oraz odemkniete pudelko cygar.
+
+Roman po chwili zapalil jedno z nich, nalal sobie wina i wypil
+haustem jeden kielich, poczem zmeczony, wsunawszy sie pod koldre,
+zgasil swiatlo.
+
+Odetchnal pare razy glosno, z ulga, przeciagnal sie, az
+zatrzeszczalo staroswieckie loze, ziewnal smakowicie,
+zaciagnawszy sie zas wyborowem cygarem, myslec poczal o
+ukonczonym dniu dzisiejszym, a przelomowym w dotychczasowem zyciu
+jego.
+
+Dzis to bowiem odbylo sie otwarcie testamentu nieboszczyka.
+
+Stosownie do woli zmarlego, córka jego stawala sie jedyna
+spadkobierczynia kilkakrocstotysiecznego majatku...
+
+Dzierzymirski powtórnie wyciagnal sie z luboscia w szerokiem,
+szeleszczacem posciela lozu.
+
+- Tak, kilkakroc-stoty-siecz-nego... - szepnal do siebie z
+zadowoleniem. Usmiechnal sie... Dwa dni temu jeszcze, jadac tu, a
+przeczuwajac zgon ojca Oli, - byl pewnym niemal, iz on córke za
+nieposluszenstwo wydziedziczyl.
+
+Juz dnia nastepnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo
+rozwialy sie jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach
+pana Januarego córce, w obecnosci Romana, wreczyl byl Krasnostawski
+podarty wlasnorecznie przez umierajacego ojca testament.
+
+On zas, pomimo to, watpil jeszcze... Bal sie otwarcia ostatniej
+woli nieboszczyka, zlozonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawal
+sie przeczuwac podstep jakis moze i przykra niespodzianke.
+
+Dzis wreszcie pierzchly bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nia
+uciekal równiez strach bliskiego bezpienieznego jutra, które
+czekalo nan, czyhalo z wydaniem ostatnich paru tysiecy, pozostalych
+z poprzedniej fortunki, zyciem nad stan przez lat trzy lekkomyslnie
+wydanej.
+
+Tu Dzierzymirski usmiechnal sie szydersko.
+
+Nie, stanowczo, pieniadz do niego sie garnie!.. Ten, który posiadal
+dotad, choc wygrany, palil go czestokroc, pomimo wszystko,
+przypomnieniem przeszlosci. Sofizmatami wtlumial w siebie
+wspomnienia gryzace, lecz jednoczesnie i instynktownie jakby
+rozrzucal, pozbawial sie grosza, tam, gdzies na dnie duszy wlasnej,
+choc nie przyznawal sie pozornie do tego, rad nawet bedac, iz
+zloto watpliwe szlo - niklo...
+
+Jakby otrzasajac sie z tego samopoczucia, Dzierzymirski poruszyl
+sie niespokojnie i powrócil mysla do terazniejszosci milej.
+
+On i Ola - wszak to jedno. Dzis zatem, pomimo praw miejscowych, de
+facto, stawal sie panem okazalej i panskiej, wlasnej fortuny.
+
+I pokryta, stlumiona waznoscia chwili, smutkiem Oli, oraz calego
+domu - przez dzien caly - teraz dopiero, w ciszy uspienia palacu, w
+czterech scianach sypialni, rozsadzac poczelo Dzierzymirskiemu
+piersi egoistyczne zadowolenie wewnetrzne.
+
+Szczerze zalowac zmarlego Roman w istocie nie mógl. Poza innemi
+cechami charakteru dodatniemu i milemi, arystokrata z przekonan,
+nieprzystepny i dumny wzgledem tych, których pragnal trzymac od
+siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazal sie niezyjacy pan
+January, w stosunku do dzisiejszego swego ziecia.
+
+Dzierzymirski nie bolal wiec wcale nad strata tescia swego... Teraz
+zas, powoli palac cygaro, mysl jego, przesunawszy sie obojetnie po
+wypadkach smierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymujac sie
+przy tych zdarzeniach tylko ze wzgledu na bolesc drogiej mu Oli -
+swobodna, pomykala obecnie chyzo w przyszlosc.
+
+Od jutra staje sie panem!.. Bedzie administrowal dobra, zbieral
+dochody...
+
+I Romana upajalo to jutro!..
+
+Lat temu pare skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, zle
+odziany, odzywiany - biedny... Pózniej zrzadzeniem losu slepego
+wlasciciel sumki pokaznej grosza... Dzis dziedzic, pan cala,
+geba!..
+
+- Do dyaska !.. - mruknal Dzierzymirski i usmiechnawszy sie z
+zadowoleniem, musial przyznac jednak, ze swiat nie tak zly i nic
+nie wart, jak nazywal go ongi, w pesymizmu chwilach, i ze zycie
+czasami bywa wcale milem.
+
+- I cóz moga o mnie zlego powiedziec ludzie, swiat caly? -
+rezonowal dalej w myslach swych Roman.
+
+- Nic zupelnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, kazdy
+zas znajacy mnie przedtem, gdy dzis mnie spotka, powie tylko z
+przekonaniem: Zuch, poradzil sobie w zyciu!..
+
+- A jak? któz o to pytac bedzie...
+
+Dzierzymirski, poczuwszy znów pragnienie, w pólswietle pokoju
+odnalazl kieliszek i butelke szampana, która, powodowany jakims
+dziecinnym wprost kaprysem, przyniósl sam sobie wieczorem z "wlasnej"
+piwnicy; nalawszy wina, napil sie chciwie.
+
+Radosc zas jego wewnetrzna, poza egoistyczna samowiedza
+przyszlego bytu, miala równiez na jego obrone, przyznac nalezy, i
+szlachetniejsza podstawe.
+
+- Teraz bede mial na to, by oddac to, co znalazlem - mówil sobie
+wlasnie w tej chwili, trzymajac machinalnie w reku wysoki
+krysztalowy kielich od wina, a w myslach bezwiednie i niejasno zarazem
+ukladal juz wzgledem tego plany na przyszlosc.
+
+- Ukrytym celem zycia mego bedzie znalezc, odszukac koniecznie
+zagadkowego wlasciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysiecy -
+szeptal cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniadze,
+oczyscic sie w ten sposób z plamy przeszlosci!..
+
+- Musze ja zmazac! Czystym byc musze!.. - z sila powtórzyl
+glosniej. - Chocbym mial swiat z posad poruszyc! - dokonczyl z
+moca i umilkl, a równoczesnie w piersiach jego zapalala sie teraz
+jakas goraczka czynu.
+
+Zdawszy zas sobie natychmiast sprawe z tego stanu swego,
+Dzierzymirski poruszyl sie w poscieli swej niespokojnie.
+
+- Tak, ja go znajde! - mówil sobie w mysli dalej. - Znajde, dla
+tego chocby, iz nie unikac bojazliwie, jak dotad, ale smialo
+szukac go bede. Ale... - tu Roman zatrzymal sie w myslach, - ale,
+by dopiac tego - powtórzyl - wszak musze wyplynac na arene
+szersza swiata!.. Bo przeciez tu, choc bede panem Gowartowa, nic
+przecie w tym wzgledzie uczynic nie zdolam!..
+
+- A wiec - gdzie ?.. - dreczyc go, meczyc poczelo pytanie.
+Dzierzymirski brwi zmarszczyl.
+
+Powtórnie, znowu poczul w sobie jakas nieprzeparta chec czynu, a
+równoczesnie zrozumial nagle, ze radosc jego chwilowa, przelotna z
+odziedziczenia majatku byla slomianym tylko ogniem!
+
+Bo, rzeczywiscie...
+
+Ambicya bowiem, czasem zle umieszczona - pojeta, lecz jedna i ta sama
+zawsze, która dotad pchala go slepo naprzód, i teraz, choc zostal
+panem i zdobyl, czego pragnal, ukaze mu niewatpliwie inne znów
+braki obecnego polozenia, "isc" naprzód kaze, wyniesc sie ponad
+drugich zachecac bedzie - nurtujaca, despotyczna - nie pozostawi go
+w spokoju!
+
+Wziawszy zas jeszcze pod uwage uspiony wyrzut sumienia i chec
+zmazania plamy z wlasnej uczciwosci - przyszlosc ta, przed chwila
+jeszcze wymarzona, idealna... juz teraz przed wzrokiem Romana
+pokrywala sie cieniem.
+
+Samowiedza powyzsza pokryla chmura na chwile piekne rysy
+Dzierzymirskiego.
+
+- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekl zupelnie glosno, a wypiwszy do konca
+szampanskie wino, postawil kielich na stole tak silnie, ze lejkowaty,
+delikatny, prysl on i szczatki krysztalu upadly z brzekiem na
+ziemie.
+
+Pierwszym ruchem pana na Gowartowie bylo siegniecie po zapalki,
+mysl zas zapalenia swiecy, by zebrac szklo stluczone, przemknela
+mu przez glowe.
+
+Powstrzymal sie jednak i mruknal zcicha:
+
+- Po co? Mam przecie na zawolanie kamerdyra i dwóch lokai...
+Sprzatna jutro...
+
+Poczem, znuzony myslami, przytulil glowe do poduszki, usilujac
+zasnac.
+
+--------------
+
+CZESC DRUGA
+
+
+
+
+Byla wiosna...
+
+Od opisanych zdarzen piata juz z kolei tak samo urocza zawsze,
+usmiechnieta i wesola - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach
+wschodzila ona znowu nad swiatem. Pelna w przyszlosc wiary i
+nadziei krzepila serca, rozjasniala umysly, siala po twarzach
+ludzkich usmiechy radosne, a rozogniajac wyobraznie, zmysly -
+upajajac swem tchnieniem, majowem, swiezem - szla zwycieska,
+królewska, wspaniala...
+
+Przez wpólprzymkniete okno powiew jej, lacznie z gluchym gwarem
+ulic wielkiego miasta, wdzieral sie do umeblowanego powaznie,
+obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazalem, a zarzuconem
+papierami, listami, ksiegami i pismami, siedzial Roman Dzierzymirski
+i sluchal mówiacego cos do niego mlodego mezczyzny.
+
+Po chwili tenze umilkl, w pokoju zapanowala cisza, zamykajaca snac
+powazna i czas dluzszy toczaca sie rozmowe.
+
+Roman zamyslony, ujawszy w dwa palce jakis papier, zlozony we
+czworo, postukiwal nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz
+zas milczal, wpatrzony w niego - na odpowiedz czekal cierpliwie,
+bawiac sie tymczasowo trzymanem w reku nozem do rozcinania.
+
+Gosc nieznajomy byl niskiego wzrostu; twarz mial myslaca,
+ruchliwa i zmienna, cala zas jego powierzchownosc, wyraznie
+zdradzac sie zdawala, kogos ze sfer finansów, lub przemyslu.
+
+Przenióslszy niebawem wzrok z twarzy Dzierzymirskiego na otaczajace
+go sprzety w gabinecie, pobieznie przygladac mu sie zaczal.
+
+Rzucil wiec okiem na stojacy opodal stól duzy, przykryty zielonem
+suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczajace go
+fotele, skóra kryte, na dwie, szafy ksiazek, zegar - cacko
+starozytne; spojrzal na pare konsol, stolików, i innych zbytkownych
+gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dluzszem milczeniem gospodarza,
+zagadnal:
+
+- Zatem... panie prezesie?
+
+Dzierzymirski ocknal sie, i juz otwieral wlasnie usta, by cos
+odrzec, lecz zatrzymal sie nagle, drzwi bowiem skrzypnely, i wszedl
+lokaj, trzymajac duzy list na tacy.
+
+- Jakis pan to przyniósl, czekal bardzo dlugo, - objasnil, - w
+koncu kazal mi list oddac jasnie panu, a sam poszedl...
+
+- Przepraszam pana!.. - rzucil Roman gosciowi swemu - pan pozwoli,
+nieprawdaz? - i rozerwal koperte przyniesionego pisma.
+
+Spojrzal na cwiartke papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
+wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
+podpisów.
+
+Lokaj znikl tymczasem, a, jednoczesnie Dzierzymirski, skonczywszy
+czytanie, ponownie zwrócil sie do goscia swego, lecz i tym razem
+znowu przeszkodzono mu.
+
+Ktos pukal do drzwi dyskretnie.
+
+- Prosze!.. - rzekl Roman glosno.
+
+Drzwi roztworzyly sie szybko. Do gabinetu wszedl mlodzieniec bardzo
+wysoki, ubrany modnie, o powierzchownosci wytwornej i panskiej, oraz
+ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt predkich.
+
+Przeprosiwszy pospiesznie siedzacego przemyslowca, Dzierzymirski
+zerwal sie na widok wchodzacego.
+
+- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, slówko tylko
+jedno - mówil juz tymczasem przybyly, a ujrzawszy powstajacego
+instynktownie goscia, dosc grzecznie rzucil w jego strone.
+
+- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekunde tylko!.. - ujawszy
+zas ramie Dzierzymirskiego, nachylil sie ku niemu, odprowadzil
+dalej nieco i pólglosem mówic poczal cos, z zywoscia i
+gestykulacya, stojac z nim razem posrodku gabinetu.
+
+Po chwili, odprowadzony az do drzwi, z atencya wyrazna, pozegnal
+sie serdecznie z Romanem i zniknal za portyera i drzwiami.
+
+Dzierzymirski tymczasem powracal juz do goscia swego, a
+przeprosiwszy go raz jeszcze, dodal na pozór niedbale:
+
+- To wlasnie ksiaze-ordynat B... nie zna pan?... Mial do mnie
+interes bardzo pilny... Tu znów - wskazal na otrzymana przed chwila
+korespondencye, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów
+jednej z naszych kolei. Dzis mam piec sesyj... - ciagnal dalej w
+tym samym tonie, - tam - uczynil glowa niewyrazny ruch ku drzwiom, -
+czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
+
+- Wobec tego - zatrzymal sie znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówil
+zwolna - czy przyjac moge tak zaszczytny wybór panów... Po prostu
+nie mam w ogóle czasu... Nie, nie moge !
+
+Cien przeszedl po obliczu nieznajomego, chcial cos zaprotestowac,
+lecz Dzierzymirski juz mówil:
+
+- Przykro mi tylko, iz panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie
+miec beda... - zatrzymal sie chwile i wskazal na trzymana do
+niedawna, w reku odezwe jednego z pierwszorzednych akcyjnych
+towarzystw weglowych, w której donoszono mu wlasnie o wyborze go
+podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczacego w
+komisyi rewizyjnej.
+
+- Lecz wyznac musze - ciagnal dalej i usmiechnal sie przy tem z
+lekka, - ze nawet czynnosc, proponowana mi przez panów, zastaje mnie
+calkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknal
+powtórnie usmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokladnie i
+zupelnie znanych... Terra incognita... - sklonil glowe ruchem
+lekkim - stanowiska podobnego nie mialem jeszcze dotad...
+
+I Dzierzymirski zamilkl na chwile poczem swobodnie dorzucil:
+
+- Ale! prawda... Zapomnialem jeszcze powiedziec szanownemu panu... Za
+pare dni wyjezdzam na czas dluzszy za granice, dla wypoczynku.
+
+Roman zatrzymal sie i pytajaco spojrzal na goscia swego.
+
+- O!.. to najmniejsza... - odparl szybko przemyslowiec - czynnosc
+komisyi w roku biezacym wypada dopiero za miesiecy kilka, a odbywa
+sie w ogó1e nieczesto... Co zas do pierwszego punktu... rzecz to
+równiez malej wagi...
+
+- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostke tak dalece rutynowana, -
+przepraszam za wyrazenie i mlody czlowiek usmiechnal sie lekko -
+lecz o czlowieka tych wplywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich
+kól naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyc
+sobie potrafil, i które niewatpliwie, rzec mozna, posiada obecnie
+juz w zupelnosci...
+
+Dzierzymirski teraz z kolei usmiechnal sie na tak jasne postawienie
+kwestyi.
+
+Rzeczywiscie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgola jeszcze przybyl
+osiedlic sie w miescie, czyzby snilo sie nawet komu przyjsc
+don z tego rodzaju propozycya. Blysk zadowolenia milosci wlasnej
+przemknal w tej chwili po licach Dzierzymirskiego.
+
+- Nie traciles czasu daremnie - mówil mu wewnetrzny glos i uczucie
+pychy rozpieralo piersi.
+
+Milczeniu zalegle przerwal tymczasem glos przemyslowca.
+
+- Zatem - rzecz zalatwiona nieprawdaz? Pan prezes - przyjmuje?...
+
+Dzierzymirski zawahal sie sekunde jeszcze, pochlebstwo jednak,
+podane zrecznie, dzialac poczynalo. Zdecydowal sie dac odpowiedz
+przychylna.
+
+- No... trudno!.. - wycedzil z wolna, obojetnie i z pozornym
+przymusem. Pomimo obowiazków i odpowiedzialnosci, które wkladaja
+na mnie czynnosci i stanowisko przewodniczacego w komisyi, przyjac
+juz chyba musze!..
+
+- Wybór panów akcyonaryuszów zreszta takiego zwiazku, jakiem jest
+Towarzystwo panów - tu Roman sklonil sie grzecznie w strone goscia
+swego, a bedacego - ciagnal dalej - bez pochwal i przesady, w
+rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzednych w kraju - zaszczyt mi tylko
+przynosi - i Dzierzymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylil
+z lekka glowe. - Co zas do czynnosci rewizyjnych, mam nadzieje
+równiez - konczyl - iz chyba im podolam, tymbardziej -
+usmiechnal sie tym razem nieco dumnie - ze zajec bardzo
+podobnych, choc tak róznorodnych, piastuje od pewnego czasu moc
+niezliczona...
+
+- O, naturalnie! - przyswiadczyl gosc skwapliwie, - zreszta
+przyjemnosc mialem powiedziec juz panu prezesowi w toku rozmowy
+dzisiejszej, ze zdaniem jest jednoglosnem akcyonaryuszów naszego
+Towarzystwa, iz w calem miescie nie ma formalnie nikogo, kto by
+lepiej od pana prezesa czynnosc wzmiankowana objac zdolal.
+
+Dzierzymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylil
+tylko glowe i powstal z siedzenia.
+
+Gosc jednoczesnie z krzesla zerwal sie szybko.
+
+- Dziekuje i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniadz, a
+przyslowie to nigdzie chyba lepiej, niz tutaj, zastosowanem byc nie
+moze.
+
+- Prosze wyrazic tymczasowo moje podziekowanie panom z Rady
+Zarzadzajacej,- odparl uprzejmie Dzierzymirski. - W sprawie tej
+zreszta wpadne osobiscie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
+
+- Sluga panski!.. - rzucil jeszcze przybyly w uklonie i w slad za
+tem znikl za drzwiami. Dzierzymirski krokiem miarowym przechadzac
+sie poczal po pokoju.
+
+- Wiec i ta akcyjna spólka weglowa - myslal - obracajaca
+kapitalami, najpotezniejszymi moze w kraju, ceniona, znana, wybrala
+go równiez! Wiec i oni don przyszli! Wposród siebie nie znalezli
+nikogo, godniejszego, by piastowac urzad, tak pelen zaufania!.. - w
+umysle Romana bezustannie nad innemi górowalo wrazenie wizyty
+ostatniej.
+
+Duma wciaz rozsadzala mu piersi, usmiech zadowolenia blakal sie
+po ustach; Roman, zamyslony, przebiegal ciagle swój gabinet wielkimi
+krokami.
+
+Nagle rozmyslanie to, tak wielce dlan mile, przerwane zostalo
+wejsciem lokaja.
+
+- Jakas nieznajoma pani w zalobie chce widziec sie z jasnie panem
+- zaanonsowal.
+
+- Jak sie nazywa?
+
+- Oto bilet, jasnie panie...
+
+Dzierzymirski wzial z rak slugi kartke brystolu i przeczytal
+wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedzialo mu ono.
+
+- Pros! - rzekl krótko.
+
+Lokaj wyszedl, a Dzierzymirski zblizyl sie z wolna do swego biurka
+i usiadl przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na lezace tam
+porozrzucane papiery.
+
+- A... prawda!.. - mruknal pólglosem do siebie i siegnal
+jednoczesnie po papier listowy, oraz koperte.
+
+Przed nim, jako wice - prezesem zakladów dobroczynnych, lezal list
+znanego w miescie i wplywowego ksiecia S., z prosba o umieszczenie
+w jednym z przytulków jakiegos schorzalego biedaka.
+
+Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - która dnia poprzedniego sam
+juz zalatwil osobiscie - nie dal jeszcze ksieciu; umoczywszy wiec
+pióro, Roman poczal pisac zamaszyscie.
+
+W tej samej chwili do komnaty wsunela sie przysadzista, krepa
+postac czarno ubranej kobiety. Malymi kroczkami podeszla natychmiast
+do biurka i przemówila glosno:
+
+- Przepraszam bardzo, ze tak natarczywie...
+
+Dzierzymirski, niezadowolony nieco, ze mu tak z nagla przerwano
+watek listu, spojrzal niechetnie z pod oka na nowo przybyla.
+
+Przed nim stala kobieta lat piecdziesieciu moze, o znekanych
+rysach, ubrana nieco z staroswiecka, dosc zreszta poza tem ukladnej
+powierzchownosci.
+
+- Niech pani spocznie, prosze... za chwile sluze! - rzekl
+uprzejmie i poczal pisac znowu.
+
+- Doprawdy nie rozumiem sama, jak osmielilam sie przyjsc tutaj, ale
+szlachetnosc, zacnosc szanownego prezesa... - uslyszal znowu
+Roman.
+
+Niecierpliwie tym razem wzniósl na przybyla spojrzenie i przerwal
+jej grzecznie, lecz sucho:
+
+- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajety jestem... Wszak
+pani nie pilno?..
+
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...
+
+Roman spuscil oczy i myslace czolo, oraz poczal pisac dalej,
+najspokojniej w swiecie. W pokoju zaleglo milczenie, przerywane li
+tylko zgrzytem pióra po papierze.
+
+Gdy Dzierzymirski list skonczyl, podniósl machinalnie oczy na
+nieznajoma.
+
+Usmiechnal sie mimo woli; spotkal sie bowiem z dziwnie zabawnym i
+uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem zlem i jakby
+obrazonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego zlagodnialo jednak
+natychmiast, przeistoczylo sie w slodkie i potulne, jak u baranka.
+
+Zaadresowawszy list, Dzierzymirski zadzwonil na lokaja. Gdy ten sie
+zjawil, polecil mu odeslac pismo natychmiast.
+
+- Czy jest kto? - zapytal.
+
+- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiala odpowiedz.
+
+- Powiedz, ze przepraszam, i za chwile go prosze! - rozkazal Roman,
+gdy zas lokaj znikl za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócil sie do
+nieznajomej.
+
+- Slucham pania... Czem sluzyc moge?
+
+Przybyla poprawila sie na krzesle, zrobila mine slodsza jeszcze,
+i zmieszana nieco przemówila:
+
+- Mój maz, znajac tak dobrze szanownego pana prezesa, tak czesto
+wspominal mi o jego szlachetnosci, zacnosci, dobrem sercu, ze... -
+tu przerwala na chwile, widzac zdumiona mine Dzierzymirskiego,
+poczem ciagnela znów dalej, straciwszy widocznie watek poprzednich
+mysli, bo nie dokonczyla juz poprzedniego zdania:
+
+- Mój maz, Nepomucyn, zawsze mawial mi takich ludzi potrzeba nam
+wiecej, jak prezes Dzierzymirski; ludzi hartu, zelaznej woli,
+inteligencyi rzutkiej, prawosci charakteru... O, mój maz bardzo,
+bardzo cenil pana prezesa... - i zawiklawszy sie ponownie w
+wyglaszane przez sie pochwaly, nieznajoma zatrzymala sie chwile.
+
+Dzierzymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystal skwapliwie z
+przerwy.
+
+- Przepraszam pania - spytal grzecznie - jak godnosc i imie meza
+pani? Czy zyje?...
+
+- Nepomucyn Wygrzywalski - odparla zapytana - zmarl rok temu...
+Swiec, Panie, nad jego dusza! - westchnela.
+
+Dzierzymirski zmarszczyl brwi i zamyslil sie chwile.
+
+- Nie przypominam sobie, bym mial przyjemnosc znac osobe tego
+nazwiska... - wycedzil z wolna.
+
+Z pod usmiechnietych slodkawo i mile, sila woli ulozonych rysów
+przybylej, blyslo ku Romanowi urazone i grozne spojrzenie.
+
+- Jak to ? - odezwala sie obrazonym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
+- Byc nie moze ?.. Pan prezes chyba przypomniec sobie tylko nie
+raczy...
+
+- A jak dawno? - lagodniej nieco przemówil Dzierzymirski. - I ile
+razy - slowa ostatnie podkreslil, usmiechnawszy sie ironicznie -
+widzial mnie maz pani?
+
+- O! kilka razy zaledwie mial sposobnosc... - pospieszyla z
+odpowiedzia przybyla. - Dwa, trzy moze... Ale widzenie sie to bylo
+dlan przyjemnem nad wyraz - utkwilo mu w pamieci...
+
+- Ach, maz mówil mi tyle razy - ciagnela dalej slodkawo, z
+wymuszonym okolicznosciowym usmiechem, - ze, naturalnie, poza
+zaslugami spolecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, milego
+czlowieka, jak pan, nie znal byl dotad, i dla tego tez myslalam,
+ze i pan prezes... - tu urwala swe przemówienie pani Wygrzywalska,
+sledzac na twarzy Romana wrazenie slów swoich.
+
+Ten jednakze, zrazony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypial, ni
+przylatal, pochlebstwami juz powtórnie, i calkiem notabene,
+niezrecznie, odrzekl zimno:
+
+- O, prosze pani... Ja widuje po trzydziesci, czterdziesci
+interesantów dziennie... Polowa z nich nieznana mi bywa zazwyczaj -
+liczbie tych wiec znajdowal sie zapewne maz pani... Dlatego tez
+nie przypominam go sobie.
+
+Jak pocisk zjadliwe tym razem i calkiem juz obrazone uderzylo w lica
+Dzierzymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
+
+- Dziwi mnie to niewymownie, ze tak uporczywie pan prezes przypomniec
+sobie mego meza nie raczy... - odezwala sie uszczypliwie, a w glosie
+jej czuc bylo smiertelna obraze.
+
+- Przeciez ostatecznie - mówila w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
+tak i jego, tu w miescie znalo duzo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
+Olscy, zacnosci i poczciwosci ludzie, z którymi mnie laczy nawet
+stosunek przyjazni... Wyjechali za granice wczoraj wlasnie...
+Nastepnie równiez i nieodzalowanej pamieci ksiaze
+Topór-Toporski Alfred tak laskaw byl za zycia opiekowac sie
+nami... - konczyla przybyla z godnoscia.
+
+- Chce zaimponowac mi znajomoscia z ksiazetami, a to oryginal
+baba, - przemknelo przez mysl Dzierzymirskiemu i usmiechnal sie
+jednoczesnie, zrobil bowiem i inna w tej chwili uwage, a mianowicie,
+ze jakos za wiele bylo nieboszczyków w gronie ludzi, na których
+powolywala sie siedzaca przed nim jejmosc.
+
+Chcac przytem przeciac zarazem zapowiadajaca sie prawdopodobnie
+znów na dlugo tyrade slów, pozbawionych, jak i poprzednie,
+scislej logiki, rzekl szybko:
+
+- Przepraszam bardzo: Nie mogla by mnie szanowna pani powiadomic
+jednak, czemu wlasciwie zawdzieczam jej wizyte?
+
+Na tak jasno postawione ultimatum zmieszala sie przybyla i
+wyjakala:
+
+- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczesliwa, zdobylam sie na
+taka smialosc... Ale, przynaglona materyalnem polozeniem bez
+wyjscia, ufajac w przyjazn, która zywil mój maz nieboszczyk
+do pana prezesa, chcialam prosic o drobna pozyczke... - urwala na
+chwile, poczem glosem smialym juz teraz i godnosci pelnym,
+dodala:
+
+- Co do oddania - nie moze byc obawy zadnej, poniewaz ludzie mnie
+znaja... A zreszta... - tu usmiechnela sie z dumna - pochodze
+sama z arystokracyi, wiec...
+
+To "wiec" bylo wypowiedziane takim tonem, iz rozwiewac sie zdawalo
+wszelkie co do zwrócenia kwoty watpliwosci; jejmosc nie
+dokonczyla zdania, a spojrzala tylko przenikliwie na sluchacza
+swego, jakby pragnac odgadnac, jakie wrazenie nan uczynilo
+powiedzenie jej ostatnie.
+
+Dzierzymirski zas tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem,
+usmiechnal sie pod wasem nieznacznie.
+
+- Czy wolno wiedziec - z której? - z kurtuazya zapytal.
+
+- Rodze sie z domu kniaziówna Rarowska - z godnoscia i
+namaszczeniem odparla dumnie wdowa.
+
+Dzierzymirski ponownie usmiechnal sie z ironia. Rodzina ta prawie,
+ze juz calkiem wygasla, aczkolwiek dawna bardzo, wedlug
+heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miala praw do zadnych
+w ogóle tytulów, prócz kopertowych chyba.
+
+Slyszac zatem wypowiedziane tak czelne klamstwo, Roman nie
+odpowiedzial nic, a tylko wpatrzyl sie badawczo, z uwaga, w twarz
+siedzacej przed nim kobiety.
+
+Od poczatku juz samego dziwily go jej rozmowa i zachowanie cale,
+teraz wiec, gdy wiedzial cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu
+wpatrywal sie wciaz w rysy przybylej. Trwalo tak minut pare.
+
+I pod spojrzeniem tem nagle spuscila wzrok kobieta...
+
+Po raz pierwszy od kwadransa spadla z twarzy jej obludna, falszywa i
+ukladna, a przyodziana li tylko w imie pozorów, maska. Zorane
+policzki wdowy okrasil lekki rumieniec, a pod wplywem jakiejs mysli
+zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignal na chwile
+przed oczyma obserwujacego mezczyzny.
+
+I to ocalilo nieboraczke. Zniecierpliwiony bowiem dotad obecnoscia
+jej Roman, i zdecydowany juz prawie wyprosic za drzwi kniaziówne "de
+domo", zamyslil sie nagle.
+
+Po chwili zas, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybylej,
+byl dlan wystarczajacym zupelnie, spuscil wzrok.
+
+I snac wiele nieklamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczescia
+prawdziwego moze wyczytal byl na tej twarzy goscia swego; bo po
+minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milczac, siegnal
+reke klamki drzwiczek wbitej w scianie ogniotrwalej kasy, i -
+wyjawszy stamtad papierek dziesieciorublowy, polozyl go na stole.
+
+Posunawszy zas banknot ten z lekka ku siedzacej, rzekl tylko:
+
+- Sluze pani!
+
+Poczem, gdy pieniadz ów schowala, obsypujac ofiarodawce swego
+potokiem slodko przyprawionych komunalów, zadzwonil na lokaja:
+
+Posluszny, zjawil sie sluga za chwile.
+
+- Pros pana hrabiego! - rozkazal Dzierzymirski.
+
+- Juz wyszedl. Mówil, ze wpadnie kiedy indziej, bo czekac wiecej
+nie mial czasu... Kazal przeprosic jasnie pana, bardzo i zostawil
+tu bilet swój, na którym cos napisal, - i przy tych slowach lokaj
+podal bilet.
+
+Roman rzucil nan okiem...
+
+Pani Wygrzywalska jednak przerwala mu czytanie. Do swej roli wracala
+powtórnie.
+
+- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczela mówic swym
+poprzednim tonikiem - ale wiedziec chcialam wlasnie, jak adresowac
+mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspanialomyslnie, szlachetnie, mi
+udzielonej... Pan prezes podobno na dlugo wyjezdza?..
+
+Roman na te slowa usmiechnal sie zlosliwie i odparl:
+
+- O, laskawa pani ! Adresem zupelnie dostatecznym beda dwa slowa :
+"R. Dzierzymirski." Zegnam pania... - tu powstal z siedzenia i
+sklonil sie z daleka.
+
+Pozegnany z kolei uklonem sztywnym nieco odchodzacej
+"pseudo-arystokratki", Dzierzymirski zwrócil sie do lokaja:
+
+- Jest kto? - zapytal.
+
+- Jakis pan powiada, ze jasnie pana zna dawno, chce sie widziec
+koniecznie.
+
+- Jak wyglada?
+
+- Taki sobie... nie bardzo pokazny...
+
+Codziennie, od dziewiatej do dwunastej z rana, kazdy mial wstep
+wolny do "pana prezesa". Dzierzymirski nie odstepowal nigdy od
+powzietej raz reguly, tym razem wiec zarówno rzucil obojetnie:
+
+- Pros!..
+
+Sam zas do biurka zasiadl, by skonczyc czytanie biletu hrabiego z
+Melsztyna.
+
+Minelo pare minut.
+
+Zaczytany, nie spostrzegl byl Roman, ze na srodku pokoju od pewnego
+juz czasu stal mlody czlowiek, lat okolo trzydziestu pieciu, i
+patrzyl nan uporczywie.
+
+Pod sila tego wzroku podniósl oczy Dzierzymirski, a ujrzawszy
+przybysza zbladl; poznal go bowiem od razu, nie dal jednak poznac
+tego po sobie, nie podniósl sie z miejsca nawet, a tylko ruchem reki
+obojetnym wskazal krzeslo.
+
+- Prosze pana... Przepraszam... za chwile... Nieznajomy zarumienil
+sie, nie rzeklszy nic jednak, usiadl pokornie na koniuszczku stolka,
+Dzierzymirski zas siegnal po jakies ksiegi, lezace - opodal i
+zaglebil sie w nich, ze skupieniem.
+
+Ale tylko na pozór... W rzeczywistosci zas potrzebowal czasu, by
+ochlonac z doznanego przed chwila wrazenia.
+
+Przed nim znajdowal sie towarzysz, niewidziany juz od lat siedmiu -
+jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi sie byl zbratal,
+przyjechawszy niegdys do kraju sam, nieznany i biedny!..
+
+I nagle, wywolane przypomnieniem, stanely mu w mysli jasno te chwile
+dawne !.. Ukazala mu sie zywo w wyobrazni straszna noc moralnego
+przelomu jego zycia, noc udreczen w izdebce na poddaszu - noc walki
+z uczciwoscia z jednej strony, a nedza, uluda milosci,
+pragnieniem zycia - z drugiej!...
+
+Wszak siedzacy oto teraz przed nim mlody czlowiek byl jednym z tych
+dwóch wlasnie, którzy, gdy on nurzal rece w kuszacem go swa
+potega zlocie, stukaniem naglem we drzwi izdebki wstrzasneli nim
+tak silnie...
+
+I Roman, przebiegajac spojrzeniem w duchu to wszystko, mówil do
+siebie jednoczesnie:
+
+- Dziwnem jednak jest to zycie nasze... O, jakze dziwnem !.. Gdyby nie
+to zloto, a pózniej Monte Carlo, Ola i smierc jej ojca, oraz
+dziedzictwo po nim, nie bylbym przecie nigdy tem, czem dzis jestem!..
+
+Przepastna ironia - kolo bez wyjscia!..
+
+Dzierzymirski, pochylony nad gruba ksiega, której cyfr i kolumn ich
+nie widzial zgola - pograzonym sie ciagle byc zdawal
+calkowicie, w rachunku i pracy.
+
+Milczenie zupelne - panowalo w pokoju, w ciszy zegar wydzwonil
+niebawem godzine wpól do dwunastej. Roman sie ocknal; zostawalo
+mu juz tylko pól godziny czasu. Uczynil nad soba wysilek i glosem
+spokojnym zupelnie przemówil obojetnie:
+
+- Z kim mam przyjemnosc i czem sluzyc moge?..
+
+- Herman Zielinski. Czy pan.. prezes naprawde mnie sobie nie
+przypomina? - odparl mlody czlowiek dobitnie.
+
+Dzierzymirski zawahal sie chwile.
+
+- Zielinskich znam wielu - rzekl z wolna - nazwisko panskie ma
+przedstawicieli tak licznych... Zreszta... moze... Przykro mi bardzo,
+lecz doprawdy nie przypominam sobie...
+
+- Ja za to - odpowiedzial mlodzieniec, akcentujac silnie slowa -
+przypominam sobie az nadto dobrze... Poznalismy sie przed laty
+siedmiu; ja, pan i Jasio Zboinski stanowilismy przez czas jakis
+nierozerwalna nawet trójke. Potem... pan przestales stopniowo nas
+poznawac... Kolej to zwykla rzeczy swiata tego, prawo ludzkie - byc
+moze... Pan wznosiles sie po drabinie spolecznej wysoko, my
+ginelismy w cieniu... Pan dosiegles jej szczytów obecnie, my, to
+jest ja, zostalem u jej podnóza...
+
+Zatrzymal sie w przemówieniu swem mlody czlowiek, po chwili zas
+dodal; z gorycza:
+
+- Jednak... myslalem, ze pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
+przypomniec. Cóz robic - omylilem sie!.. - mlodzieniec powstal,
+gotów do wyjscia.
+
+- Ale cóz znowu !.. - wykrzyknal sluchajacy go dotad w milczeniu
+wahajacem sie Dzierzymirski, a zarazem, powstawszy spiesznie z
+miejsca, przyjaznie wyciagnal reke ku przybylemu.
+
+- Witam i przepraszam... Pamietam te czasy doskonale, tylko pan
+zmieniles sie do niepoznania. Cóz Zboinski, cóz pan - porabiacie
+teraz?.. Niechze pan spocznie, prosze bardzo... - dorzucil Roman
+laskawie i swobodnie, teraz bowiem panowal juz calkiem nad soba.
+
+Zielinski, poznany, usiadl i osmielony odparl:
+
+- Cieszy mnie niewymownie, ze pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
+mnie, wyznac musze, okres ten caly zycia mego stanowi przyjemne
+nader wspomnienie - urwal, i usmiechnawszy sie ironicznie,
+zachowujac jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucil dobitnie:
+
+- Ba, dawniej przecie my ze Zboinskim, we trójke, mówilismy sobie
+"ty" nawet!
+
+- Cóz pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwal Dzierzymirski
+pospiesznie, niechcacy jakby, puszczajac mimo uszu ostatnia uwage.
+
+- Rad jestem niezmiernie z widzenia sie naszego, z przyjemnoscia
+usluze, jesli bede mógl to uczynic...- dodal jeszcze, jak
+mógl najprzychylniej.
+
+Choc zmrozony nieco poczatkiem zdania, Zielinski spojrzal
+przyjaznie na Romana, poczem odezwal sie:
+
+- Dziekuje, i zobowiazany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
+prezesie!., - usmiechnal sie znowu,
+z gorycza - poczatkowo jednak winienem w krótkich slowach objasnic
+go nieco o polozeniu mem obecnem.
+
+- Slucham - przerwal szybko Dzierzymirski i spojrzal na wiszacy
+maly zegarek, wskazujacy w tej chwili trzy kwadranse na dwunasta.
+
+Zielinski dostrzegl ruch jego.
+
+- O! to niedlugo potrwa! - pospieszyl z zapewnieniem.
+
+- Nic nie szkodzi, prosze bardzo... - odparl Roman. - O pierwszej mam
+wazna sesye, a ze wyjezdzam juz za dni pare, obecnosc moja
+jest tam bez opóznienia konieczna. Ale... slucham pana... -
+powtórzyl znowu uprzejmie.
+
+- Otóz wiec, streszczam - rzekl Zielinski.
+
+- Zycie moje odmiennem potoczylo sie korytem od zycia panskiego, a
+nawet Zboinskiego Jana. Pan - nie ma co mówic o tem ; cale miasto
+godzi sie jednoglosnie, ze o zdolniejszego i bardziej wplywowego
+zarazem czlowieka u nas trudno... Zboinski jest lekarzem na prowincyi
+i wiedzie mu sie niezgorzej, a ja... - tu Zielinski zatrzymal sie
+chwile - zostalem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!...
+Dlaczego? któz odgadnie ?.. Zdawaloby sie, ze los nie poskapil mi
+zdolnosci; szkoly ukonczylem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale,
+niestety, los nie obdarzyl mnie szczesciem do zycia! - Mlody
+czlowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówic przestal.
+
+- Trzy lata temu - ciagnal dalej niebawem - ozenilem sie z
+milosci, bez grosza... - rysy, dosc regularne Zielinskiego
+ozywily sie promieniem wewnetrznym - kochalem ja, te moja
+Maniute, tak, jak kocham ja do dzis dnia jeszcze, choc jak nie
+miala, tak i nie ma ani szelaga posagu!.. Obecnie mam troje
+drobiazgu... - tu z kolei twarz goscia Romana zasepila sie smutnie,
+zatrzymal sie, jakby trudno mu bylo wykrztusic reszte, czolo zas
+biale pociemnialo mu od rumienca - jednem slowem - dokonczyl - w
+domu u mnie - nedza!..
+
+Umilkl, nie podnoszac oczu. Po dluzszej chwili, ciagnal:
+
+- Pomny naszej dawnej znajomosci, przyszedlem tu, do pana prezesa, z
+pokorna prosba o posade, o prace, choc byle jaka, ale - platna,
+o zarobek, bo jalmuzny nie zwyklem przyjmowac!.. Byle z glodu nie
+umrzec... byle oslodzic zycie tej kobiecie, która mnie kocha, a
+której doli dotad w zadny sposób ulzyc nie moge!.. - wyrzucil z
+siebie z moca.
+
+Zamilkl i wstydzac sie jakby slów wlasnych, nie podnosil juz
+wcale oczu na Romana.
+
+Dzierzymirski zas z kolei przez czas ten caly sledzil slowa i gre
+fizyonomii Zielinskiego, a w myslach jego równoczesnie stanal
+wyraznie kontrast razacy, pelny ironii, miedzy zyciem jego, a
+zyciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego
+studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie poplaca byc
+idealista!
+
+Ozenil sie bez majatku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierzymirski,
+zgrzeszyl byl idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy,
+pozbyl sie przed laty nietknietych banknotów i ozenil sie
+nastepnie z jaka dziewczyna zupelnie biedna ?..
+
+- No, w kazdym badz razie, jakos dalbym tam sobie rade! -
+odpowiedzialo cos butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart,
+wole, rozum, rzutkosc, dar oryentowania sie trafnego, i spryt - to
+wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak troche... glupi!
+
+- Ale czysty ! - uklulo cos, jakby zadlem Romana. Spuscil
+glowe i sluchajac dalej losów kolegi Zielinskiego, mówil sobie
+zarazem:
+
+- Jednak pomóc trzeba... nalezy. Dla wspomnien, no, i dla zasady.
+
+Gdy zas dawny towarzysz mówic juz przestal, odezwal sie z kolei:
+ - Wiec zyczylby pan sobie otrzymac zapewne miejsce na kolei, gdzie
+ jestem prezesem... Niestety, nie moge, postanowilem bowiem podczas
+ calego trwania tam moich rzadów, od siebie nie narzucac nikogo...
+ Ale móglbym pomiescic pana gdzie indziej. W Banku
+ Handlowo-Przemyslowym, na przyklad, naleze do zarzadu... Czy znane
+ sa panu: rachunkowosc kupiecka, buchalterya i jezyki obce biegle,
+ jak francuski, niemiecki, a moze i angielski`?..
+
+- Niestety, nie! - odparl Zielinski. - Fachowego wyksztalcenia nie
+posiadam, gimnazya klasyczne zas i wydzial prawny uniwersytetu nie
+wyszkolily mnie dostatecznie w zadnym z nowozytnych jezyków
+europejskich... Co innego grecki i lacina... Co sie zas tyczy
+rachunkowosci, poza arytmetyka i matematyka wyzsza, t. j. algebra,
+geometrya, trygonometrya, inna sluzyc nie moge...
+
+I machnawszy przy tych slowach reka, w zniecheceniu, mlodzieniec,
+westchnawszy smutnie, dodal.
+
+- Zreszta, panie prezesie, mówiac szczerze calkiem, przekonywam sie
+teraz coraz bardziej, iz szkoly nie daly mi zgola zadnej nauki
+zyciowej i praktycznej.
+
+- Ma pan slusznosc, zapewne... - potwierdzil Roman. - Niedaleko,
+szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem miescie ludzi
+fachowych, zajechalbys pan ze swym dyplomem, ale nie martw sie pan...
+Spotkales mnie na swej drodze. Ja zaproteguje pana po pierwsze w
+imie lat dawnych, po drugie, ze nalezysz pan, jak widze, do
+prawdziwie potrzebujacych pracy! - ostatnie slowa silniej
+zaakcentowal Dzierzymirski. - Czy ladny i czytelny masz pan charakter
+pisma?
+
+- Owszem, staranny i czytelny w zupelnosci! - pospieszyl z
+odpowiedzia Herman.
+
+- No, to dobrze - odparl Roman, i przy tych slowach siegnal do
+stojacego na biurku pudeleczka po bilet wizytowy. - Napisze slówko
+do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w
+scislych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim
+pomówie - odmówic mi nie moze... Od pierwszego przyszlego
+miesiaca dadza panu posade. Przypuszczam, iz... na poczatek z
+jakies 500 rubli... Bedziesz pan obrachowywal, sprawdzal, a potem
+przepisywal zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak sie pan zas
+wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobie, iz dadza panu polisy do
+kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wiecej. Zgoda?...
+
+- Alez naturalnie - dziekuje stokrotnie, dziekuje po tysiac razy!
+Wdziecznosc moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy
+sie z krzesla, Zielinski, wzruszony i uradowany, uscisnal z
+przejeciem dlon Romana.
+
+Ten ostatni, napisawszy slów kilka, zapieczetowal list i powstal, a
+podajac go mlodemu czlowiekowi, rzekl:
+
+- Zycze szczescia i powodzenia!.. Bardzo kontent równiez jestem,
+ze pan zwróciles sie bezposrednio do mnie, i ze znajomosc
+nasza odnowilismy znowu... Doktorowi Zboinskiemu moje uklony, gdy go
+pan zobaczysz!..
+
+I Roman Zielinskiemu podal reke.
+
+- Dziekuje... Nie zapomne tego panu nigdy!.. - z serdecznem cieplem
+w glosie odparl mlodzieniec, sciskajac dlon dawnego swego
+towarzysza.
+
+Dzierzymirski odprowadzil go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielinskim
+zniklo mu z przed oczu przeszlosci widmo, odetchnal swobodniej, i
+zadzwonil na, lokaja.
+
+Ten zjawil sie natychmiast, niosac w reku tace z kilkoma biletami.
+
+- Czekaja jeszcze? - zapytal Roman, i spojrzal pobieznie na bilety,
+a równoczesnie wyjal z kieszeni zegarek, wskazujacy juz pare
+minut po dwunastej.
+
+- Przepros tych panów i powiedz, ze dzis za pózno!.. - rzucil
+czekajacemu sludze.
+
+Lokaj wyszedl, a Dzierzymirski przechadzac sie poczal z wolna po
+pokoju i cygaro zapalil, wypuszczajac od niechcenia z ust male
+kóleczka dymu.
+
+Caly byl jeszcze pod wrazeniem ostatniej wizyty, oraz tej odzylej z
+nia tak nagle swiezo minionej przeszlosci.
+
+I Dzierzymirskiemu czolo pooralo sie w drobne bruzdy, zamyslony
+wciaz tak samo, nerwowym krokiem przebiegal komnate.
+
+Od lat kilku, gdy ozenil sie byl z Ola, nie zmienil sie Roman
+prawie ze wcale. Ta sama inteligentna i piekna twarz poludniowca,
+taz sama mlodziencza szybkosc ruchów, oraz niezmienna wytwornosc
+sylwetki calej - cechowaly go obecnie tak, jak i przed paru laty.
+
+A ilez, ilez zdarzen przewinelo sie dotad w zyciu jego!
+
+Po odbyciu zaloby na wsi, w Gowartowie, przyjechal z Ola do miasta.
+Tu, dzieki dziedzictwu pana Januarego, polozeniu towarzyskiemu zony
+i, odnowionym wlasnym stosunkom, zdobyl Roman to, co do dzis dnia
+posiadal.
+
+Energiczny, rzutki, gietki, sprytny i pelen ambicyi zaszedl wysoko.
+Ola kochala go dotad niezmiennie, ludzie korzyli sie przed jego
+rozumem, stosunkami, wplywami, a jednak nie byl on zgola
+szczesliwym!..
+
+I teraz po twarzy jego odgadnac to równiez latwe bylo.
+Cierpial...
+
+Rozpamietujac w myslach przeszlosc wlasna, zapomnial widac
+zupelnie o terazniejszosci. Niby wczorajsze swieze, we
+wspomnieniach zyly znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
+uludna mamily wzrok duszy jego niedoscigla, bo bezpowrotna juz
+dala, rozpierzchaly sie, nieuchwytne, to znów wracaly jawne -
+zywe!
+
+Widzial sie wiec Roman w poslubnym roku milosci wzajemnej,
+haszyszów i upojen, z dysonansem smierci tescia swego na koncu i
+widzial siebie potem lata cale w ciaglych zabiegach, trudach, w
+prawdziwej, namietnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za
+popularnoscia, wielkoscia i znaczeniem.
+
+Wzniesc sie!.. wzniesc ponad drugich, ponad tlumy - to stalo sie
+zycia jego celem!.. Widziec kornemi te ludzkie masy u stóp swoich -
+marzeniem - pomimo samopoznania w glebi duszy, ze na to wszystko nie
+zasluguje sie zgola, pomimo gryzacej go, jak jad, toczacej go, jak
+robak, samowiedzy, ze on moralnie nie godzien moze zadnego z tych,
+którzy go ponad siebie wynosza!..
+
+Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzen, tysiace ludzi przemknely,
+jak w kalejdoskopie, w zyciu Romana, a tajemnica jego odleglego
+"wczoraj", pozostala nadal - tajemnica... Nikt jej nie odkryl, nikt
+nie przypomnial. O wlascicielu dwudziestu siedmiu tysiecy glucho i
+cicho bylo, jakby fakt ten caly byl li tylko snem strasznym,
+zakleta bajka z tysiaca i jednej nocy!
+
+A tymczasem zycie, toczac sie wartkiem kolem, pochlanialo soba
+Romana, pochlanialo go tak dalece, ze bywaly chwile, iz zapominal.
+Ale, niestety, byly to tylko... chwile.
+
+Sumienie uparcie czuwalo bezustannie. Nie bylo dnia jednego, by
+Dzierzymirski w cichosci ducha nie uchylil glowy przed
+przypomnieniem strasznem; nie mijal miesiac, by godzin kilka, z dala
+od ludzi, nie byl zmuszonym przepedzic sam na sam ze soba i z
+wyrzutami sumienia.
+
+O! jakze pragnal on nieraz oddac to zloto cudze, jak pragnal!..
+
+Oddac! Ale komu?.. Zwrócic, ale jak, nawet gdyby sie i znalazl
+wlasciciel zagadkowy, by nie splamic nieskazitelnego polysku czci
+wlasnej, honoru i opinii czlowieka, przodujacego spoleczenstwu
+calemu?..
+
+W tym samym, ozdobionym granacikowa korona hrabiowska, pugilaresie,
+lezaly odlozone przezen na miejsce, owe dwadziescia siedem
+tysiecy, w banknotach i rulonach zlota, schowane w tajemnej i nikomu
+nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego wlasciciela -
+czekaly one nan tam daremnie.
+
+Bo gdybyz przynajmniej, choc promykiem malym, rozdarla sie ta
+tajemnicza ciemnosc, kryjaca dotad w swych czelusciach bezustannej
+zagadki prawnego pieniedzy tych pana!
+
+Och, wtedy, bedac choc troche przygotowanym, niewatpliwie dalby on
+jakos sobie rade! Wolalby bowiem zobaczyc nawet roztwierajaca sie
+przed nim przepasc bez wyjscia, gdyz ufny w swój rozum, znalazlby
+je na pewno, niz widziec ciagle przed soba ten pelny milczenia
+sfinksowy spokój, idacego przed nim ciemnego, nieodwolalnego jutra!..
+Przestraszal go on - przejmowal zgroza...
+
+Bo Dzierzymirski poza licznemi zajeciami swemi spolecznej natury,
+czynil dotad niemal bez skutku wszystko, aby zrzucic z siebie, juz
+raz na dobre, gniotacy go skrycie ciezar wspomnienia!..
+
+Podawal wiec kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogloszenia
+w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granica, w nadziei, iz wpadnie
+na trop wlasciwy.
+
+Sam pozatem odbyl kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których
+wiedzial, ze zgubili niegdys, bez znalezienia, sumy wieksze...
+
+Zbadawszy ich jednak podstepnie, z ostrozna, wracal zawsze z niczem.
+Zagadka trwala.
+
+Teraz wreszcie równiez, nie dalej, jak za dni juz kilka, postanowil
+Roman raz jeszcze uczynic próbe w tym wzgledzie i wyjazd za
+granice, zapowiedziany przezen, dla wypoczynku, "de facto" byl
+zwiazanym scisle z ta tylko sama, wiecznie jedna, sprawa.
+
+Przechadzajacy sie wciaz szybko po gabinecie Dzierzymirski, w
+chaosie jatrzacych go mysli i wspomnien, schwycil sie nagle za
+glowe i szepnal do siebie przejmujaco:
+
+- Och, czemuz, czemuz, na Boga, natura obdarzyla mnie sumieniem tak
+czujnem, wrazliwem, czemu?.. Bylbym polozenie moje bral
+filozoficzniej, prosciej... Wszak z pieniedzy znalezionych w rzeczy
+samej korzystalem tak malo! Przegralem je przecie wszystkie w Monaco,
+do ostatniego grosza, a wygralem z pieniedzy zupelnie innych! -
+sofizmat, niezmiennie ten sam, powracal w umysle Romana.
+
+O ile jednak dawniej pocieszal on go chwilami, teraz, dzis - nie
+dzialal juz bynajmniej.
+
+Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przeksztalcony zycia szkola,
+patrzacy z odleglosci lat kilku zimniej daleko na uczynek swój
+wlasny "przywlaszczenia", Dzierzymirski, nie wyzbywszy sie dotad
+wcale wszczepionych silnie w dziecinstwie zasad uczciwosci,
+nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumial, iz, pomimo
+pochloniecia cudzego zlota przez jaskinie gry i dotychczasowej
+bezkarnosci - zbladzil, i ze wina jego zgola nie byla mniejsza.
+Czul, ze zycie moralne wykoleilo go niemilosiernie, i cierpial...
+
+Roman przetarl reka rozpalona glowe; atak apatyi nerwowej
+pesymizmu, zalu i goryczy, szeroka fala naplywal znowu do duszy
+jego.
+
+W tej samej chwili na sciennym zegarze wybilo wpól do pierwszej.
+Roman sie wstrzasnal.
+
+Sesya, obowiazki, przodownictwo spoleczne - trzeba byc silnym!..
+Odpocznie pózniej, gdy wyjedzie - za dni pare, teraz odwagi!..
+spokoju!..
+
+I uczyniwszy nad nerwami swymi i mysla wysilek, Dzierzymirski
+wyprostowal sie. Rzuciwszy opodal do polowy spopielale, cygaro,
+poczal porzadkowac spiesznie porozrzucane na biurku papiery.
+
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnal i
+odwrócil sie. Poznal sposób stukania zony, co dzien bowiem, o tej
+porze, Ola zwykla byla odwiedzac go po pracy.
+
+- Entrez!.. - rzucil donosnie i czolo jego wypogodzilo sie
+natychmiast.
+
+Ma ja przeciez, najdrozsza zone, podpore-kochanke i przyjaciela
+! Wszak wzajemnie nie posiadaja przed soba zadnych tajemnic, prócz
+jednej - jedynej!
+
+Przez próg komnaty do gabinetu wchodzila juz Ola, ubrana do wyjscia,
+w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczacej jedwabiami
+spódnic.
+
+I ona od lat tych pieciu nie zmienila sie prawie. Wypiekniala tylko
+jeszcze bardziej, bujniejszemi staly sie ksztalty i linie jej ciala,
+ponetniejszemi, w calym swym czerwcowym rozkwicie, lat juz niespelna
+trzydziestu.
+
+Z usmiechem, przywitali sie malzonkowie; Roman ucalowal zone w
+czolo i zapytal:
+
+- Dokadze to tak moja pani?
+
+- Na ogólne zebranie pan Opieki S-go Franciszka z Assyzu; a ty
+wychodzisz takze?..
+
+- A jakze. Na sesye Zwiazku Kredytowego.
+
+- Na która godzine?
+
+- O pierwszej sie rozpoczyna...
+
+- Pysznie!.. - zawolala uradowana Ola.- Kazalam wlasnie do powozu
+zaprzadz, podwioze cie... A sniadanie drugie juz jadles?
+
+- Nie, kochanie, czasu mi nie starczylo. Przekasze cos nie cos na
+miescie...
+
+- Mój ty biedaku !.. - i poglaskawszy pieszczotliwie meza po twarzy,
+usciskala go Ola serdecznie, - taki zajety zawsze, ze nawet prawie
+nie mozna nigdy pomówic z toba swobodnie...
+
+- A czyja wina? - przekomarzal sie wesolo Dzierzymirski.- Gdy ja do
+domu wpadne, nigdy pani mej nie ma... To zebranie S-go Antoniego,
+Kalsantego, Ambrozego, - wszystkich swietych jednem slowem... To
+znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytulki, obrady na zabawy
+filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich,
+ubieranie... Czy ja w koncu wiem i pamietam, wszystkie owe tam wasze
+damskie pseudo-prace?..
+
+- No, no... Bardzo prosze, nie wysmiewac mi sie z nas... Niby to wy,
+panowie, robicie co na owych sesyach. A jakze! Rozmawiacie zgola o
+czem innem, papierosy palicie, klócicie sie i rozchodzicie. Ho-ho,
+juz ja wiem dobrze, co mówie!..- odparla z przekonaniem obrazona
+niby Ola.
+
+I w ten sam sposób dluzej jeszcze przekomarzaliby sie zartobliwie
+malzonkowie, gdyby nie wejscie lokaja, który zaanonsowal:
+
+- Prosze jasnie panstwa, powóz juz czeka...
+
+- Aaa... to dobrze! - rzekl Roman zwawo, daleki juz mysla od
+dreczacych go do niedawna wspomnien.
+
+- Nie przebierzesz sie Romciu? - zapytala Ola.
+
+- Ani mysle, nie mam czasu! Patrz, dochodzi juz pierwsza... Cóz to,
+moje zycie, uwazasz moze, ze nie po dzentlemensku wygladam?... -
+zapytal lekko.
+
+- Ale gdziez tam... Cóz znowu?.. Tego myslec sie nie osmielam -
+rozesmiala sie Ola. - tylko tak troche... nie swiezo... Czekaj,
+przeczesze cie, poprawimy krawat i oczyszcze...
+
+Dzierzymirski poddal sie pokornie wymaganiom estetycznym zony.
+
+- No, fertig! Wygladasz znosnie!.. - zadecydowala Ola po chwili.
+
+- Phi... tylko? To niezbyt pocieszajace, - odparl, smiejac sie,
+Roman - i wyszedl z Ola do przedpokoju.
+
+W bramie domu czekal juz powóz odkryty; Dzierzymirscy wsiedli don
+pospiesznie, lokaj wskoczyl na kozly i ruszyli. Znany w calem
+miescie pojazd "prezesowstwa", zaprzezony w dwa rosle mieszance,
+krwi anglo-arabskiej, wytoczyl sie na ulice i pomknal chyzo.
+
+Co chwila z posród idacej po szerokich chodnikach publicznosci, lub
+z wymijanych powozów, klanial sie ktos uprzejmie Dzierzymirskim, a
+oni, usmiechnieci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim
+uklony. Po dluzszej chwili milczenia, odezwal sie Roman:
+
+- Ale, a propos, musisz sie tem zajac, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
+nie mam. Dzis, lub najdalej jutro, wysylamy zaproszenia do wszystkich
+naszych znajomych... W sobote damy raut pozegnalny... J'espere, ze
+nic nie masz przeciwko temu, moje zycie ?..
+
+- Alez, naturalnie!.. - pospieszyla z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
+przeciez zlozyc wizyty...
+
+- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobic musisz,
+kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zreszta, pas de
+crainte, stawia sie wszyscy...
+
+- Dlaczego nie chcesz jechac ze mna?
+
+- Nie nie chce, lecz nie moge. Mam przed wyjazdem jeszcze zajecia
+huk! Nie mozesz miec nawet wyobrazenia, moja droga, co to znaczy
+wyrwac sie na miesiecy kilka, jak tego pragne, z tego kolamych
+rozlicznych obowiazków - c'est un vrai tour de force!.. -
+Dzierzymirski zamilkl na chwile, poczem konczyl:
+
+- Bo pomysl tylko... Tu znalezc na czas ten caly zastepce, tam
+znów wycofac sie zrecznie, by nie obrazic nikogo i zalatwic
+wszystkie czynnosci juz z góry... Wiec chyba rozumiesz teraz, iz w
+wizyty swiatowe bawic sie nie moge, najwyzej do kilkunastu
+wybitniejszych osobistosci, i koniec.
+
+- Alez dobrze, juz dobrze, nie tlumacz sie, nie bron - zrobie
+wszystko, mój wladco i panie! - z usmiechem, pocieszyla go Ola. -
+Pytalam sie tak tylko... Czy wracasz dzis na obiad ?..
+
+- Pas possible! - odparl Dzierzymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
+zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego
+przedsiebiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwiazek krajowy...
+Zjem na miescie.
+
+- A wieczorem? - pytala dalej Ola.
+
+- Musze byc koniecznie u ksiecia Artura, w sprawie budowy nowego
+kosciola Sw. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
+obiecalem.
+
+- Niemozliwym jestes czlowiekiem !.. - rozesmiala sie Ola, - ja
+juz o czwartej wracam do domu.
+
+Umilkli. Wkolo nich smialo sie w sloncu miasto; wiosna
+czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny
+tchnac potrafila - oddychalo sie swobodniej, szerzej, swiezosc
+majowa piescila twarze spieszacych zewszad tlumów, smiejacych
+sie i wesolych.
+
+- Stan! - rzucil nagle i rozkaz Dzierzymirski, dotykajac z lekka
+laska liberyjnych pleców stangreta. Dojezdzali do wspanialego
+gmachu Zwiazku Kredytowego.
+
+Powóz zatrzymal sie poslusznie.
+
+- A ce soir! - rzekl Roman, i lekkiem uscisnieniem reki pozegnawszy
+zone, wyskoczyl z ekwipazu. Po kamiennych stopniach kruzganka
+skierowal sie ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim
+uklonie, otwieral juz usluznie szwajcar miejscowy.
+
+Na progu gmachu Dzierzymirski obejrzal sie i spotkal ze wzrokiem
+Oli. Spojrzeniami wzajemnie pozegnali sie jeszcze pieszczotliwie,
+poczem Ola odwrócila sie pierwsza, Roman zas, scigajac ja oczyma,
+zatrzymal sie i usmiechnal...
+
+W oddalajacym sie powozie, mloda kobieta po chwili, instynktownie
+jakby, raz drugi spojrzala za siebie. Dzierzymirski jednoczesnie
+skinal glowa i znikl za drzwiami, Ola zas odwrócila sie i
+niedbale rozpiela biala, koronkami obszyta, parasolke. Promienie i
+blaski majowe zalsnily sie jeszcze na jej postaci chwile, i powóz
+znikl, pochloniety wielkomiejskim wirem.
+
+------------
+
+
+Kaskada swiatel i blasków plona rzesiscie apartamenty
+Romanowstwa Dzierzymirskich...
+
+Z pól otwartych lilii z krysztalu, zdobiacych gazowe po bocznych
+scianach kinkiety, z zyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów
+lagodniej, drza w dusznej atmosferze salonów peki promieni,
+spadaja deszczem na tlum wesoly, elegancki i strojny, graja,
+zalamujac sie w klejnotach kobiet - pieszcza ich nagie gorsy i
+ramiona, glaszcza je swym niewidzialnym dotykiem.
+
+Gwar stlumiony prowadzonych z ozywieniem rozmów, oraz tlok i
+ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; czesc tylko gosci
+siedzi, wiekszosc, wahadlowym ruchem plynacej fali, przechadza
+sie bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.
+
+Nie omylil sie bowiem w przewidzeniach swych Dzierzymirski. Cale
+towarzystwo i wszystkie jego sfery stawily sie na raut pozegnalny
+prezesa, wice prezesa, dyrektora i czlonka licznych instytucyi -rade i
+poczuwajace sie do obowiazku obecnoscia swa zlozyc danine
+grzecznosci swiatowej temu, kto trzymal obecnie w silnej dloni
+watek ich spraw i interesów - natury spolecznej, przemyslowej,
+filantropijnej, a czesto gesto i osobistej nawet.
+
+Pelni uprzejmosci, dystynkcyi i goscinnosci szczerej, wsród tlumu
+swych gosci, uwijali sie Dzierzymirscy, zmieniajac sie kolejno w
+poblizu wejscia pierwszego salonu, dla witania wchodzacych co chwila
+nowych przybyszów. W koncu jednak i ten czasowy posterunek ich okazal
+sie wprost niemozliwym...
+
+Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszac sie z tlumem rautujacych
+gosci, ustepujac sami naporowi scisku.
+
+A kwadranse tymczasem mijaly szybko. Liczba naplywajacych osób
+powiekszala sie coraz bardziej, wsród szeleszczacej zas, barwnej
+fali gosci, w liberyi i ponczochach, ukazywac sie poczeli,
+posuwajac sie z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U
+wejscia zas salonów, wyparta zwiekszajaca sie fala ludzi,
+stanela zwarta gromada mezczyzn, tamujac w ten sposób po prostu
+komunikacye do przepelnionych nad miare apartamentów.
+
+Mlodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
+impertynenckiej nieco, choc wielkoswiatowej powierzchownosci,
+wchodzil w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierzymirskich.
+
+Znalazlszy sie niebawem poza zbita u drzwi garstka panów, na razie
+nie mógl postapic ani kroku naprzód. Widzac to, skrzywil swe
+waskie usta, i wspial sie dyskretnie na palce.
+
+Ponad zblizonemi, wypomadowanemi glowami stojacych mezczyzn,
+ujrzal dokladnie kolyszace sie morze kobiecych biustów, glówek
+czarownych, pieknych, róznobarwnych tualet, gorsów i fraków i
+mruknal do siebie:
+
+- Ho-ho!.. pas mal...
+
+Spojrzal nastepnie na stojacych opodal rautowiczów. Nie znal
+zadnego z nich. Zachnal sie niecierpliwie i szepnal znów z cicha
+do siebie, po francuzku:
+
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
+
+I jednoczesnie posunal sie zrecznie naprzód, potraciwszy zas
+lekko po drodze swej paru sasiadów, rzucil, z wytwornym uklonem,
+kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazl sie zaledwie o pare
+kroków naprzód.
+
+Popatrzyl znowu przed siebie, wspiawszy sie na palce.
+
+- Ach, przeciez choc jeden!.. - szepnal z ulga, tym razem juz po
+polsku, dojrzal bowiem wlasnie poznanego w przeddzien Emila
+Ladyzynskiego.
+
+Rzuciwszy po francusku pare ugrzecznionych przeproszen, mlodzieniec
+postapil znów kroków kilka, az stopniowo, przepraszajac dalej
+bezustannie, zdolal dotrzec do Ladyzynskiego.
+
+Ten juz go byl zoczyl. Podali sobie rece, witajac sie uprzejmie.
+
+- Eh bien, chčr comte - zagadnal, z usmiechem pierwszy pan Emil -
+jakiez wrazenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno sie dostac, co? Et,
+ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas,
+bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
+
+- A ja wlasnie musze, bo go nie znam. Pani Dzierzymirska byla tak
+bardzo uprzejma zaprosic mnie, bo zlozylem jej wizyte, lecz
+prezesa, jako nader zwykle zajetego podobno, nie widzialem...
+
+- Ba... ba... c'est simple - potwierdzil Ladyzynski - nasz
+prezesunio jest to czlowiek, który jest wszedzie, ale nigdy u siebie
+w domu... Voulez - vous, przedstawie pana. W droge zatem... Plynmy,
+plynmy, póki czas!.. - zanuciwszy pólglosem wyrazy ostatnie,
+rzekl starzejacy sie kawaler, i prowadzac za soba przybysza,
+puscil sie naprzód.
+
+Ostroznie, z wolna, dwaj panowie posuwac sie zaczeli. Czynnosc to
+zas nielatwa byla. Prócz obawy niezrecznego potracenia kogos z
+wytwornego, a sciesnionego grona - musieli oni pozatem lawirowac
+jeszcze bardzo zrecznie pomiedzy dlugiemi trenami pan...
+Ladyzynski jednak radzil sobie wybornie. Co chwila klanial sie
+komus uprzejmie z daleka, lub wital z bliska, przystawal, rzucal
+dowcipnych slów pare - rozstepowano sie przed nim. Szedl dalej.
+
+- Uf, nous y voilą!..- rzucil po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
+
+- Widze Romana, jak peroruje, cą va sans dire, o spolecznych
+sprawach... - Och, i pani Ola jest równiez niedaleko!.. Quelle
+chance...
+
+I pan Emil, odwróciwszy sie, skorzystal z wolniejszej nieco okolo
+siebie przestrzeni, wzial pod ramie mlodego czlowieka i zblizac
+sie poczal wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiajacymi zywo panami,
+Dzierzymirskiemu. Idac zas, podrwiwal z cicha, cytujac dolatujace
+glosniejsze wyrazy i zdania.
+
+- A co? nie mialem racyi ? slyszy pan ? Cel spoleczny, - potega
+dzialalnosci, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i
+tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieza Babel szumnych
+frazesów!
+
+Mlody czlowiek sluchal uwaznie, usmiechajac sie z lekka,
+tymczasem zas jednak znalezli sie obaj tuz kolo grupy
+rozprawiajacych zapalczywie mezczyzn.
+
+- Stój, panie hrabio, skromnie, az ja zatamuje, przerwe ten oto
+rwacy potok dyskusyi!.. - odezwal sie znów Ladyzynski.
+
+Nie okazalo sie to jednak potrzebnem. Dzierzymirski, bierniej od
+innych bioracy udzial w rozmowie, dojrzal juz wlasnie
+zblizajacego sie pana Emila. Wyciagajac przyjaznie reke ku
+niemu, z serdecznoscia, przemówil:
+
+- Emilu? Jak sie masz? cóz tak pózno?
+
+Romana z Ladyzynskim laczyly obecnie stosunki przyjazni szczerej.
+Dzierzymirski polubil szczerze tego wesolego zawsze, patrzacego na
+zycie trzezwo bywalca, a przyjaciela rodziny - zony, nie majacego mu
+przytem za zle - jak wiadomo - postepku ongi z Ola.
+
+- Bynajmniej nie za pózno - odrzekl swobodnie zapytany, - od godziny
+dzis tak rojno, niby u ministra... Dojsc do Jego Ekscelencyi nie
+moglem... - z uklonem, dokonczyl ironicznie.
+
+- A... tak. Rzeczywiscie. Zegnaja mnie czule, - w tym samym tonie
+odparl z usmiechem Dzierzymirski.
+
+- Czy widzisz, Romanie, - ciagnal Ladyzynski - tego mlodzienca w
+monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem ogladajacego w tej chwili tors
+hrabiny P ?
+
+- Widze i nie znam!.. - zadziwil sie Dzierzymirski.
+
+- Co? pas possible!., - zadrwil pan Emil. - Nie znasz swoich gosci? O,
+panie prezesie, wstyd i hanba!.. No, ale nic, wybawie cie z klopotu
+i przedstawie ci go. Ja go znam!..
+
+- Jak sie nazywa? Il a l'air assez bien!..
+
+- Parbleu, ēą va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - objasnil Ladyzynski, z ironia.
+
+- No, juz "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zasmial sie
+Roman - ale skadze go wyrwales?..
+
+- Przybyl z Galicyi, rodem z Ksiestwa Poznanskiego - zaprosila go
+twoja zona. Strzez sie, prezesie, pani prezesowa ma swoich
+protegowanych!..
+
+- No, nie gawedz, przedstaw mi go, bo biedak sie zanudzi, tak
+czekajac - rzekl Roman, i ujawszy ramie przyjaciela, skierowal sie
+ku Topolskiemu, idac zas, nachylony dyskretnie, szepnal:
+
+- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym bede
+wobec drugich uczynic to samo... Przeciez to nonsens wierutny
+tytulowac jakiegos tam Topolskiego hrabia tu u nas, gdzie roi sie
+od autentycznych, historycznych rodów...
+
+- E !.. daj pokój, obrazi sie, zreszta bogaty i epuzer... - odrzekl
+z niechecia Ladyzynski - in faut lui laisser son illustre illusion.
+
+- Alez wlasnie, przeciwnie! - przerwal Dzierzymirski. - "Bez
+zludzen", to najlepsza regula. Et je t'en prie, zrób, jak cie
+prosze...
+
+- No, dobrze, dobrze... Uspokój sie zreszta... Polkne "comte", ale
+jesli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz byc sekundantem! -
+zawyrokowal, po swojemu, Ladyzynski.
+
+- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucil po chwili, gdy znalezli sie
+kolo czekajacego na nich mlodzienca.
+
+- Dzierzymirski...
+
+Pospieszyl osobiscie przedstawic sie Roman uprzejmie i natychmiast
+zagail rozmowe.
+
+- Bardzo mi milo widziec u siebie goscia z za Kordonu... Wszak pan
+przybywa z Galicyi?..
+
+- Tak jest. Wczoraj wlasnie mialem zaszczyt przedstawic sie... i
+tam dalej - recytowal pospiesznie Topolski banalna swiatowa
+odpowiedz, wyjasniajaca jego tutaj obecnosc i dotychczasowa
+znajomosc z gospodarzem.
+
+- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysluchawszy go cierpliwie do
+konca, przemówil Dzierzymirski - tymczasem przedstawie pana par ci,
+par lą, zgoda?.. Venons! - dorzucil przyjaznie.
+
+- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuz obok nich
+rozleglo sie powitanie zwrócone do mlodzienca, i przed trzema
+panami stanela Ola, w przeslicznej jasnozielonej sukni balowej,
+mieniacej sie, przetykanej srebrem, wdziecznie ubranej kwieciem
+wodnych nenufarów.
+
+Topolski sklonil sie wytwornie i przywital z gospodynia domu, oraz,
+z wprawa obytego swiatowca, rozpoczal natychmiast rozmowe.
+
+Po twarzy Dzierzymirskiego tymczasem na slowa powitalne zony
+przemknelo niezadowolenie widoczne i skrzywil sie nieznacznie.
+Postal chwile w niepewnosci, poczem, zrezygnowany, rzucil
+Topolskiemu uprzejmych slów pare i znikl w tlumie gosci.
+
+Topolski tymczasem, pomimo powierzchownosci, na pierwszy rzut oka
+aroganckiej nieco, okazal sie milym i wprawnym "causeur em", a idac
+wolno obok Oli, z ozywieniem rozmawiac z nia nie przestawal.
+
+- Jak to? - mówila Dzierzymirska - wiec to pan odziedziczyl
+majatek w naszych stronach... Wolno wiedziec nazwisko dóbr
+panskich?..
+
+- Szczesnaja - odparl Topolski.
+
+- Alez to zaledwie o piec mil od Gowartowa, gdzie z mezem mieszkamy
+- objasnila towarzysza Ola. - Sliczna rezydencya, znam z widzenia...
+Nie przypuszczalam zgola, ze bede miala w pana sasiada. Bardzo mi
+milo! - dokonczyla uprzejmie. Topolski sklonil sie, rzuciwszy
+jednoczesnie zdawkowo - banalna grzecznosc.
+
+- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? -
+pytala dalej Ola.
+
+- Tak, pani; to byl mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
+Znalam doskonale swego czasu dziadka, panskiego, nous sommes donc en
+pays de connaissance... Byl to bardzo dystyngowany, zacny i mily
+czlowiek...
+
+- Oh, vous źtes bien aimable, madame...- zaczal swa wytworna
+francuszczyzna mlodzieniec, lecz przerwala mu, snac
+niedoslyszawszy, Ola:
+
+- I objal pan juz swe dobra ?..
+
+- Nie, pani, jade tam dopiero za pare tygodni...
+
+- Pozna pan zatem Ukraine, - ciagnela dalej swobodnie mloda
+kobieta, - kraj to cudny, sliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubie, tak
+kocham, z calego serca!.. - konczyla, z ozywieniem.
+
+- Ot bynajmniej nie jest mi obca Ukraina - pospieszyl z odpowiedzia
+Topolski. - Zaznalem juz jej uroku, bywalem bowiem u stryja dawniej,
+et je suis tout ą fait de votre opinion madame, c'est un pays
+charmant... Tyle wdzieku, cichego czaru, w tych drzemiacych stepach i
+polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tesknoty we
+wszystkiem!.. - z zapalem, wyglosil ostatnie slowa Topolski.
+
+Ola, po raz pierwszy, spojrzala nan uwazniej. Twarz mlodzienca w
+tej chwili pozbyla sie calkiem nalozonej konwenansowej maski
+swiatowca, zlagodniala jakby i wypiekniala.
+
+Przesunawszy uwaznie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
+nowopoznanego sasiada wiejskiego w przyszlosci, Ola zdziwila sie w
+duszy niepomiernie, tymbardziej, ze nie poza bynajmniej, ale
+przeciwnie, szczerosc w ostatnich slowach jego dzwieczala. Nie
+spodziewala sie podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przecietnego
+salonowca, za jakiego wziela nowego goscia, zamyslila sie zatem
+chwile, umilkla, i dopiero, w pare minut pózniej, przypomniawszy
+snac sobie obowiazki gospodyni, uprzejmie bardzo zwrócila sie do
+Topolskiego.
+
+- Gawedze z panem, et j'oublie tout ą fait, comte, que vous
+connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechal pan dni
+temu pare zaledwie... Przedstawie pana... donnez moi votre bras, s'il
+vous plait.
+
+Z wdziekiem, Topolski podal natychmiast Oli swe ramie, rozplywajac
+sie jednoczesnie w podziekowaniach, grzecznosciach i zasypujac
+zrecznymi komplementami mloda kobiete... Uprzejma gospodyni
+tymczasem prowadzila go ku grupie siedzacych starszych dam. Im
+naprzód przedstawiwszy goscia, skinela nastepnie na jednego z
+krecacych sie bezczynnie mlodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego
+protegowanego, polecila zaprezentowac go mlodszym paniom i pannom.
+
+- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
+rozleglo sie po chwili tu i tam po salonach, w milknacym wlasnie
+rozmów gwarze, tlo fortepianu bowiem, stojacego na zaimprowizowanej
+estradzie, zblizala sie w tej samej wlasnie chwili slawna
+artystka, spiewaczka wloska...
+
+Akompaniowac jej zamierzal znany profesor i muzyk.
+
+Topolski zaczal przyciszonym glosem zabawiac grupe pan i panien,
+wespól z wyfraczona i wymuskana mlodzieza, uwaga zas powszechna
+zwrócila sie jednoczesnie na mloda i piekna Wloszke.
+
+Coraz ciszej i ciszej, choc opornie, umilkl w koncu, niby morze,
+tlum wytworny i sluchac poczeto, z pozornem zajeciem...
+
+Wreszcie, w ciszy wzglednej jeszcze, odezwaly sie pierwsze akordy, a
+w slad zatem obil sie o sciany salonów i uszy sluchaczy melodyjny,
+o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Zlaczona w
+harmonijna calosc z muzyka fortepianu, rozlegla sie, zadrzala
+uczuciem wloska piesn namietna i jak swieze tchnienie z pod nieba
+Italii, splynela urocza, na rojna mase gosci...
+
+Wstrzasnawszy zas gama tonów przepelnione salony, poleciala
+piesn czysta, skrzydlata, daleko - wyrwala sie przez okna na ulice
+miasta potezna, silna, wcisnela sie do kazdego zakatka mieszkania
+Dzierzymirskich - zbudzila swym czarem dalekim siedzacego w zadumie w
+jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
+
+Podniósl glowe instynktownie, wsluchal sie w modulowana
+artystycznie piesn i westchnal po kilkakrotnie...
+
+Korzystajac ze zwróconej ogólnie uwagi na majacy sie rozpoczac
+wkrótce popis koncertowy, Dzierzymirski znuzony schronil sie byl
+tutaj.
+
+Mysli dluzej go przytrzymaly. Teraz zas, slyszac daleki,
+cichnacy stopniowo szmer tlumnego zebrania, a pózniej wyrazne tony
+piesni znakomitej spiewaczki, zlagodzone oddaleniem, piekne,
+marzace, drgajace uczuciem i sila - Roman, w milczeniu sluchal
+nieporuszony - jakby zaklety... I odejsc stad nie chcialo mu sie
+wcale...
+
+Poddajac sie bowiem urokowi sluchanej piesni, poruszaly sie,
+tracone jakby czyjas dlonia z lekka, jakies struny w jego duszy,
+kwilily cicho, graly...
+
+Tymczasem namietny glos Wloszki rósl, poteznial...
+
+Wreszcie w pozegnalnym rytmie ostatnie, donosne, slowa piesni
+zabrzmialy - polaly sie lawa jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia,
+wstrzasnely scianami cichej komnaty, a dobiegly az tu, pod stopy
+Dzierzymirskiego, i zgasly...
+
+Nastala drobna chwilka zupelnego milczenia, poczem, zgluszony nieco
+oddaleniem, zabrzmial oklask przeciagly, dlugi, szczery...
+
+Roman przetarl dlonia czolo i powstal... Trzeba bylo powracac do
+obowiazków niestrudzonego gospodarza domu.
+
+A tak dobrze bylo mu tutaj! Dawno nie pamieta tak cichej, niczem nie
+zamaconej chwili, bez zgrzytu zadnego, bez rozterki...
+
+Rozterka!.. Byla przeciez ona jego zyciem. Tak. Nie tem zewnetrznem,
+dla ludzi, dla swiata, ale tem prawdziwem, wewnetrznem - dla siebie.
+
+Cien smutku powlekl piekne rysy Dzierzymirskiego; rozpamietujac
+cos, zadumal sie on znowu.
+
+Nagle brwi zmarszczyl, i jakby przypomniawszy cos sobie, siegnal
+szybko do kieszeni fraka, skad wyjal welinowa podluzna koperte.
+Rzuciwszy uwaznem okiem na wypisany, drzaca reka, dokladny adres,
+odczytywac go poczal. Byl to zas list do niejakiego pana Wiktora
+Orleckiego w Paryzu. O pismo to chodzilo Romanowi bardzo od kilku
+juz tygodni, to jest od czasu, gdy sie dowiedzial, ze wzmiankowany
+powyzej, Wiktor Orlecki, zamieszkal w stolicy swiata z
+oszczednosci i musu po stracie -majatkowej, wyniklej, jak mówiono,
+ze zguby, przed samym terminem licytacyi majatkowej, sumy pienieznej.
+
+Opowiadanie to, poslyszane przypadkiem, uderzylo Romana
+Dzierzymirskiego. Rodziny Orleckich nie znal, szczególów
+dowiedziec sie nie mógl... Wiadomosc ta jednak niepokoila go;
+ogarniac go poczela chec niezbadana stanowczego zobaczenia sie, z
+owym Wiktorem Orleckim, oraz wybadania go zrecznego.
+
+I od chwili tej nie znal juz pragnien innych...
+
+Wreszcie poznal sie umyslnie pewnego dnia z bogaczem, slawnym
+odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orleckim, jedynym krewnym
+zamieszkalego, w Paryzu Wiktora, by w jakikolwiek badz sposób móc
+dotrzec przez niego do nieznanego mu zgola czlowieka, a
+trzymajacego, moze, kto wie, nic jego wlasnej zagadki! Dzis
+dopiero, na kilka godzin przed rautem, udalo sie zdobyc list od
+starego samoluba, dla którego napisanie go nawet bylo ofiara
+niewatpliwie wielka, zerwal bowiem zupelnie stosunki ze swym
+krewnym.
+
+Pismo to bylo w kwestyi oderwanej calkiem; tresc, poddana przez
+samego Romana, polecala tylko oddawce w pewnej sprawie wzgledem
+synowca starego bogacza, posiadajac jednak list ów w kieszeni,
+Dzierzymirski odetchnal. Latwiej mu juz bowiem bylo, majac
+sposobnosc poznania owego Orleckiego, potracic w rozmowie z nim o
+temat pienieznej zguby, którego, jako obcy zupelnie, prawdopodobnie
+tknac by nawet z nim nie mógl.
+
+- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnal Dzierzymirski i skierowal sie
+spiesznym krokiem ku rozbrzmiewajacym juz wrzawa salonom.
+
+Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono wlasnie do duzej
+pustej jadalnej sali, by z kolei przystapic do uczty ciala i
+pokrzepic sie jadlem, za stawionem pokaznie i suto, na olbrzymim
+podluznym, przybranym kwiatami, stole.
+
+Roman stanal w cieniu portyery, u wejscia jednego z ustronnych
+buduarów, gdzie w tej chwili nie bylo nikogo, i objal spojrzeniem
+swych gosci.
+
+W jego ogromnych salonach bylo juz nieco przestronniej; tu i tam
+siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano sie swobodniej...
+Wypuklej wystepowaly teraz wspaniale toalety kobiet, mienily sie
+teczowymi kolory.
+
+Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujacych sie
+zalotnie dam, latwiej mozna bylo dojrzec obecnie wspaniale
+klejnoty, polyskujace, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
+
+Na lewo zas, ku sali jadalnej, scisk natomiast panowal. Wiele osób
+dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzedu, salonie, oczekiwalo, rautujac
+tymczasowo, kolei swej, bo przy stolach biesiadnych pelno juz bylo
+gosci, posilajacych sie, przewaznie stojac, wystawna, urzadzona
+na zimno kolacya. Paniom i pannom uslugiwali panowie, jedzac,
+flirtujac, smiejac sie i bawiac wesolo.
+
+Obejmujac sale wzrokiem, dluzsza juz chwile stal tak
+Dzierzymirski, a na twarzy jego, w slad za
+pewnym jakby odblaskiem wewnetrznej próznosci, zawital teraz
+melancholijny cien...
+
+- Przyszli tutaj - myslal - tak, stawili sie z róznych obozów,
+sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawia sie obecnie swobodnie, weseli,
+splatajac zarazem swa obecnoscia dlug grzecznosci swiatowej,
+zaciagniety u niego - pozyczke moralnych uslug, czynnosci,
+zabiegów...
+
+Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli sie
+tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierzymirskiego, powloka sie
+kryje, gdyby w zawrotna glab duszy jego zajrzeli!..
+
+O, niewatpliwie! Przeczytawszy ukryta tam tajemnice, odwróciliby
+sie ze wzgarda...
+
+Dzierzymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, czlowiek
+czynu, energii, zelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powazany w
+szerokich kolach miasta?..
+
+Jakas pelna zgrzytów, piekaca ironia rozesmiala sie na glos w
+duszy Romana.
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
+Zasypujesz im oczy blyszczacym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
+wszystkich!..
+
+Roman wstrzasnal sie... W przywidzeniu naglem ujrzal on te klasy,
+sfery - tych wszystkich, przechadzajacych sie przed nim, strojnych
+ludzi, unikajacych jego wzroku, uklonu, uchylajacych sie od podania
+mu reki, ze wzgarda zimna, sucha na obliczu...
+
+I Dzierzymirski, wzburzony nagle, podniósl glowe hardo,
+wstrzasnal bujna czupryna, sniada twarz jego przybrala wyraz
+energii, oraz niezlomnej woli, i wyszeptal:
+
+- Nie dam sie, nie dam!.. - zacisnal instynktownie piesci i
+dokonczyl ciszej jeszcze: - Korza sie oni przede mna, kornymi
+zostana; bo ja tak chce i tak byc musi!..
+
+Dzierzymirski bowiem w tej chwili nie bal sie rzeczywiscie ciemnej,
+nierozwiazanej jeszcze zycia zagadki - ufal w siebie!..
+
+W ukryciu swem, niedostrzezony przez nikogo, stal dlugo jeszcze...
+Uspakajal sie stopniowo, a z równowaga umyslowa, wywalczana
+zwykle wola zelazna - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pelny
+samowiedzy, po raz setny znowu wstepowal do duszy jego.
+
+- Galernikiem jestem!... - szepnal Roman z gorycza. - Nie tym, z
+pietnem ludzkiej sprawiedliwosci na czole, potepianym, ale moze
+gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucaja
+hojnie, a on je z rumiencem wstydu ukryc by rad przed sumieniem, lecz
+nie moze!. W ciemnie zagadki wpatrzony blednie, wijacy sie
+bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem blednego kola
+przeznaczenia wlasnego jestem, bryzgajacym swiatu falszem mego "ja",
+potrafiacym go odurzyc komedya, grana znakomicie, nie mogacym zas,
+niestety, zagluszyli tylko - siebie!..
+
+(przypis - tu ksiazka jest spalona, elementy wziete w nawias
+kwadratowy sa dokonczeniem wyrazu, badz oznaczeniem przerwy w
+tekscie)
+
+I Dzierzymirski przesunal dlon po czole, jakby pragnac zetrzec z
+niego ostatecznie mysli nieposluszne. Stanal po chwili przed
+lustrem, rozczesal starannie wlosy i brode, poprawil szczegó[ly
+swej] toalety, a przybrawszy zwykla codzie[nna poze] oblicza -
+przestapil sprezyscie próg z[ bu]duaru... Rzucil znowu oczyma po
+salac[h ].
+
+Druga, czy trzecia partya gosci [ ]raz wieczerze, a tamci, syci,
+przechad[zali sie po] nim. Nagle ujrzal w dali sylwetke w[ ]
+szukajacej uparcie wzrokiem kogos ws[zak po] chwili oczy ich spotkaly
+sie, Ola usmie[chnela sie ] i przyzywac go poczela skinieniem
+glowy. [Równocze]snie ktos szybko uchwycil za reke Romana.
+
+- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmial glos Ladyzynskiego. - Co z
+toba sie dzieje? Kolacya rozpoczeta, pani Ola cie szuka, goscie
+dopytuja sie o ciebie bezustannie, a tys, jak w wode wpadl... Bój
+sie Boga, wielki czlowieku, cóz z ciebie za gospodarz domu!?.. - i
+pan Emil, wziawszy pod reke Dzierzymirskiego, prowadzic go poczal
+poprzez salony.
+
+Roman zas teraz dopiero zdal sobie sprawy dokladnie, jak widocznie
+dlugo nie bylo go pomiedzy goscmi.
+
+- Telefonowano do mnie, interes bardzo wazny!.. Napredce zalatwic
+musialem korespondencye... - sklamal gladko.
+
+- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zasmial sie
+Ladyzynski - wiesz co ? Ja mysle, ze jezeli tak dluzej potrwa,
+to i w nocy bedziesz przewodniczyl sesyom, a niby s. p. Napoleon
+godzin pare tylko spoczywal w objeciach Morfeusza!..
+
+(przypis - druga strona spalenizny)
+
+[Rom]an na te uwage nic nie odpowiedzial, bo [ ]go. Panowie i
+panie przywlaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak dlugo gospodarza do[
+]ie z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]ryl sie i tu nawet,
+zrecznie wyzyskujacy [ int]eres osobisty.
+
+[Dzierzy]mirski zas, ze zwykla sobie pozorna po[waga ] poddawal
+sie temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]ial z ozywieniem i niebawem
+znikl z oczu, [ ] fala gosci. W tryby swe, kóleczka i kola [ ]ala
+go znowu machina zycia, scierajac walke [my]sli, wrazenia z przed
+chwili, barwnym, bawiacym sie "towarzyskim swiatem", tak, jak wczoraj
+czynila to interesami, sesyami, praca spoleczna, lub czem innem
+wreszcie...
+
+To wlasnie zycie czynne bylo najwiekszem moze czasowem lekarstwem
+Romana - bylo jego morfina, której za moralna dawka zapominal
+chwilowo o wszystkiem.
+
+Tymczasem czas mknal szybko. Po skonczonej juz zupelnie kolacyi,
+przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ozywienia doszedl raut
+prezesowstwa Dzierzymirskich... Salony rozbrzmialy zdwojona zabawa i
+rozmowa. Na wszystkich prawie twarzach widnialo szczere zadowolenie,
+co w wielkiej mierze zawdzieczano niezmordowanym, goscinnej
+uprzejmosci pelnym zabiegom Romana i Oli.
+
+Eleganckie ich sylwetki, wsród barwnej lsniacej fali zaproszonych
+osób, migaly szybko, znajdowaly, zdawalo sie, wszedzie, by tylko
+uprzyjemnic, rozruszac i zabawic wszystkich, umiejetnem
+przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kól i kóleczek swych gosci.
+
+Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywac sie poczelo coraz
+wiecej swobodnego miejsca...
+
+Wybila gdzies godzina wpól do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
+dalo haslo do odwrotu, za jego przykladem, sladem poszly i sfery
+inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzinca
+zatetnialy liczne uderzenia kopyt konskich, zamajaczyly ogniki u
+latarn dziesiatek powozów i karet. Rozjezdzalo sie tlumnie i
+coraz szybciej.
+
+U wejscia wyludniajacych sie coraz bardziej salonów, znowu stali
+teraz Dzierzymirscy, zegnajac wszystkich serdecznie i grzecznie nad
+wyraz.
+
+- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzucila na pozegnanie
+Ola odchodzacemu juz w tejze chwili Topolskiemu.
+
+- Najmilszym to dla mnie bedzie obowiazkiem!.. - zabrzmiala, w
+uklonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedz.
+
+*******************************************
+
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
+zajrzala w swej gwiazdzistej szacie do salonów Dzierzymirskich.
+
+Cieplym, rzezkim powiewem zmieszala sie ona z pozostala tu wonia
+perfum, potu ciala i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknela
+glów siedzacych w zacisznym buduarze Romana i Oli.
+
+Ola z luboscia wciagnela w piersi oddech wiosennej nocy, poczem
+rzekla:
+
+- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mily i swiezy
+powiew!..
+
+Dzierzymirski, palacy w zamysleniu papierosa, spojrzal na
+wdzieczna postac zony, opieta zgrabnie w sliczna dekoltowana
+suknie, i dluzej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milczac, z
+usmiechem skinal potakujaco glowa; po chwili zas rzucil
+papierosa precz od siebie i przysunawszy fotel blizej do kanapki;
+gdzie siedziala Ola, polozyl miekka dlon swa na jej malej
+raczce.
+
+- Wiesz, kochanie - rzekl lagodnie i z wolna - ze ja juz jutro do
+Paryza jechac musze...
+
+- Juz jutro?.. - wykrzyknela ze zdziwieniem Ola. - Mielismy jechac
+razem do Gowartowa - dodala nastepnie z zalem - a ty za granice
+dopiero pózniej...
+
+I oczy Oli pociemnialy nieco, na twarzy zas odbil sie cien
+widocznego jakby rozczarowania. Dzierzymirski usmiechnal sie na te
+minke niezadowolona.
+
+- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknelo mu przez mysl, poczem
+lagodnie, glaszczac dlonia raczke Oli, mówil pieszczotliwie
+znów dalej, palily go juz bowiem goraczka: list schowany w kieszeni
+i nadzieja wpadniecia moze na tak dawno poszukiwany trop.
+
+- Wierz mi, zwlekac nie moge, musze jechac natychmiast... Zreszta
+przyjade do Gowartowa pózniej.
+
+- Alez wczoraj jeszcze - zachnela sie Ola - mówiles mi, ze nic
+tak dalece pilnego nie powoluje cie...
+
+- Ho-ho gniewy!.. - zauwazyl lekko i zartobliwie Dzierzymirski. -
+Cóz to, moze moja pani chcialaby mnie miec tak ciagle ą ses
+trousses?.. - I mówiac to, powstal, zblizyl sie do zony, a
+ujawszy jej obie dlonie, polozyl je usmiechniety sobie na twarzy
+i wargami muskac poczal delikatnie, bawiac sie jednoczesnie
+brzeczacemi na raczkach Oli bransoletkami.
+
+- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
+przedrzeznial z kolei - wczoraj nic nie wiedzialem jeszcze, a
+dzis... - tu Roman spuscil oczy - na raucie wlasnie uchwalilismy
+razem z czlonkami nowozakladajacej sie wspólki Przemyslu
+Fabryczno - Krajowego, ze ja, jako delegowany, musze, jechac
+czempredzej do Paryza, w celu obejrzenia na miejscu udoskonalen
+fabrycznych...
+
+Roman umilkl, puscil delikatnie dlonie zony i wyjal ruchem
+szybkim zegarek.
+
+- Oho - po trzeciej... Pózno, cherie, juz klasc sie pora - i
+konczac jakby poprzednia rozmowe, dorzucil: - No, i cóz, moje
+zycie, widzisz teraz, iz nie jechac jutro nie moge...
+
+- Zapewne. Ty zawsze nie mozesz, gdy nie chcesz! No, ale cóz
+robic... Jedz... Tylko w takim razie prosze mi dlugo tam nie
+siedziec i pisac listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomniec o
+mnie zupelnie - tu Ola z usmiechem pogrozila mezowi palcem i
+dodala jeszcze: - bo Paryz - Paryzem, ho, ho, ja znam sie na tem!..
+Nie oszukasz mnie tak latwo...
+
+- Ale cóz znowu? - zachnal sie Dzierzymirski, ale tym razem
+zupelnie szczerze. - Cóz za mysli - usmiechnal sie, a potem
+dorzucil calkiem powaznie: - Wiesz przecie, ze prócz ciebie, zadna
+na swiecie kobieta nie obchodzi mnie zgola!..
+
+Z wdziecznoscia spojrzala nan Ola.
+
+- Wiem i wierze - rzekla - a poniewaz i mnie teskno bez pana mego
+bedzie, wiec i ja jutro pojade...
+
+Zatrzymala sie, spojrzawszy filuternie na meza, cien bowiem
+mimowolny przebiegl po twarzy jego...
+
+- Nie, nie do Paryza!.. - rozesmiala sie szczerze, jakby mysli
+Romana zgadujac - ale do Gowartowa!..
+
+Usmiechnal sie z kolei Dzierzymirski.
+
+- Dobrze! - wykrzyknal wesolo. - Zatem jutro - marsz! Poniewaz zas
+pociag mój wychodzi pózniej od twego, wysle pakunki nasze przez
+sluzbe i odwioze cie na kolej powozem. A teraz - ciagnal dalej -
+spac!... Dobranoc, kochanie, zmeczona jestes.
+
+Pocalowal Ole serdecznie w obie rece i czolo - malzenstwo
+znuzone rozeszlo sie...
+
+Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierzymirskich pogasly
+wszystkie swiatla. Cisza i uspienie, prowadzac sie za rece,
+wstapily do rojacych sie tak niedawno od ludzi salonów, buduarów -
+rozpostarly sie wszedzie i mrokiem sennym otulily wszystko dokola.
+
+--------
+
+
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
+
+ Okrzyk ten jedrny, donosny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
+ akcentem, obil sie o sluch pasazerów pociagu, podjezdzajacego
+ pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudzil drzemiacego w
+ wagonowym przedziale Dzierzymirskiego.
+
+- Par... - ris !.. - zabrzmialo przeciagle raz jeszcze pod samem oknem
+wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwal sie, a
+pochwyciwszy podrózna torebke, wyskoczyl spiesznie na peron.
+
+Bieganina, ruch, zgielk, ogarnely go natychmiast, oszolomily
+chwilowo calkiem; w pare minut dopiero, zoryentowawszy sie, poszedl
+Dzierzymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobiezna z bagazem swym
+zalatwiwszy formalnosc, w kwadrans pózniej znalazl sie juz w
+dorozce, na bulwarach.
+
+Zapaliwszy cygaro i rozparlszy sie wygodnie, z przyjemnoscia
+przypatrywal sie on teraz od bardzo juz dawna nie widzianej
+nadsekwanskiej stolicy.
+
+Srodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulica, wymijaly go ogromne,
+zielone tramwaje elektryczne, róznobarwne omnibusy konne, ekwipaze,
+samochody; caly zastep ruchliwy pojazdów tamowal co chwila wir
+miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywac sie byla zmuszona
+wiozaca Romana dorozka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie
+czynila porzadek - poczem ruszano znowu.
+
+A pod wynioslemi drzewami, po bokach, snuly sie pospiesznie
+przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujacych czesc
+chodnika, pelno bylo równiez i gwarno od konsumentów - plci obojga
+oraz róznych stanów.
+
+I jakis prad kielkujacego, czynnego bezustannie zycia, lecacego na
+oslep jakby przed siebie, niepomnego bylego, zniklego juz "wczoraj",
+w ciaglej, spiesznej pogoni terazniejszosci i jutra - bil od tych
+uganiajacych sie mas ludzkich, zawrotna sila ciagnal jakby ku
+sobie - pochlanial i wabil...
+
+W pluca swe wciagajac bezwiednie tchnienie tego zycia, toczacego
+sie z loskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechal wreszcie do
+jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy sie niebawem,
+znuzony polozyl sie i zasnal.
+
+Przespawszy w kamiennym snie zmeczenia dobrych godzin kilka,
+Dzierzymirski zabral sie energicznie do celu swego tutaj przybycia.
+Wybiegl na miasto.
+
+Dla oryginalnosci i pod wplywem przypomnienia uzywanej za studenckich
+jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes"
+usadowil sie na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozgladac
+sie poczal wokolo.
+
+U stóp jego, blisko, w granitowem podlozu toczyla sennie swe ciemne,
+stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosily sie
+ponure nieco kwadraty wiezyc katedry Notre Dame, w prawo zas majaczyl
+Luwr olbrzymi. Dalej znów blyszczal ozdobami most Aleksandra III-go,
+odcinala sie na tle nieba wieza Eiffel - w perspektywie, kopula
+palacu Inwalidów zlocila sie w promieniach majowego slonca...
+
+A po Sekwanie, krazac, uwijaly sie parowe statki, zatrzymywaly
+sie u licznych przystani, obslugujac bezustannie mieszkanców
+stolicy.
+
+Trzesac niemilosiernie, zóltawy, w trzy siwe konie zaprzezony,
+omnibus zatrzymywal sie wlasnie na jednym z przystanków, gdy
+obserwujacy ciagle Paryz Dzierzymirski, zdal sobie nagle sprawe,
+ze mieszkanie Orleckiego moze byc juz blisko, i poczal schodzic
+szybko po kretych schodkach, laczacych pietnastocentymowa
+impériale z trzydziestocentymowym padolem.
+
+Znalazlszy sie na bruku, Roman przyspieszyl kroku, i wyminawszy
+kilka waskich zaulków, znikl w bramie jednego z domów. W chwile
+pózniej dzwonil na kretych ciemnych schodach starej, jak swiat,
+kamienicy - u drzwi pomieszkania Orleckiego. Otworzyla mu mloda,
+fertyczna sluzaca, w charakterystycznym bialym czepeczku na glowie.
+
+- Monsieur Orlecki? - zapytal Dzierzymirski.
+
+- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - poslyszal zwiezla
+odpowiedz.
+
+Zawiedziony Roman skrzywil sie, z niechecia i zagadnal:
+
+- A jutro o której godzinie zastac go bedzie mozna?
+
+- O, jutro zgola co innego. W Niedziele pan przyjmuje od drugiej do
+obiadu - poinformowala przybysza mloda Francuzka.
+
+- A zatem przyjde jutro o tejze godzinie - odparl Dzierzymirski, i
+siegnawszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orleckiego, wreczyl
+je sluzacej,
+
+- Prosze oddac to panu... Do widzenia!.. - skinal glowa uprzejmie.
+
+- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniajac sie dzien dobrym, wedlug
+miejscowego zwyczaju, pozegnala go dziewczyna usmiechem i zalotnem
+blysnieciem czarnych oczu.
+
+Wydostawszy sie na ulice, Dzierzymirski, niezadowolony ze zwloki, a
+caly pochloniety nadzieja rozwiazania za pomoca Orleckiego
+dreczacej go zagadki - szedl naprzód przed siebie odruchowo czas
+dluzszy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myslami, nagle zatrzymal
+sie jednak, spojrzawszy uwaznie dokola siebie.
+
+Znajdowal sie obok filarów wejsciowych Panteonu - przed nim zas w
+perspektywie juz bliskiej zielenial za krata ogród Luksemburski.
+
+Pustymi chodnikami skierowal sie w ta strone; wkrótce byl juz w
+ogrodzie i isc zaczal bez celu szerokiemi alejami, niebawem zas
+znalazl sie na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyly
+wiezyce Obserwatoryum, przed nim wznosilo sie muzeum Luksemburskie.
+
+- Wpadne tam i obejrze, co jest!.. - pomyslal, zadowolony nagle na
+widok gmachu, a poniewaz wejscie do palacu nie bylo od ogrodu, lecz
+od strony bulwaru S-go Michala, Dzierzymirski skierowal sie boczna
+aleja parku ku wyjsciu, na prawo. Twarz chmurna, znudzona, okrasil
+mu usmiech; przestapil sprezyscie próg muzeum i spojrzal
+jednoczesnie na zegarek - mijala czwarta, podwoje palacu zas
+zamykano o piatej.
+
+- Zdaze chyba zobaczyc wszystko!.. - mruknal, kontent juz tym
+razem zupelnie, z przyjemnego zabicia czasu.
+
+I rzeczywiscie.. Pod wplywem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
+sztuki, Dzierzymirski zapomnial o wszystkiem, co go dreczylo.
+
+Znajdowal sie w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych
+rzezb nowozytnych...
+
+Wiec oto najprzód spojrzenie jego przykula ustawiona na malem
+wzniesieniu, w poblizu wejscia, rzezba Moreau-Vauthier'a, a byla
+nia postac naga, lezacej na wznak, w lubieznej pozie i upojeniu,
+bachantki, z gronem winogron w lewej dloni... Naturalnosc pozy i
+ruchu, a szczególniej modelowane doskonale cialo kobiece, tetniace
+po prostu w zimnym bialym marmurze, zarem krwi mlodej - zatrzymalo
+dluzej na sobie wzrok Romana.
+
+Rozgladajac sie, przystajac co chwila, poszedl dalej!.. I niebawem
+znowu zapatrzyl sie dluzej, tym razem przed przegieta w tyl, w
+stojacej postawie, i unoszaca sie jakby w przestrzeni, postacia
+nagiej równiez dziewczyny. Oczy jej byly przymknietemi, twarz owiana
+mgla uspienia, w reku trzymane chwialo sie kwiecie...
+
+Bylo to "Zludzenie" F. Charpentier'a, oddajace subtelnie pochwycona
+nieuchwytnosc illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujetej -
+rozplywajacej sie jakby w przestrzeniach...
+
+Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uspionych pieknych rysów
+kobiecych, zdawalo sie, ze znajdujacy sie tutaj przedstawiciele
+rzezby turniej urzadzili sobie.
+
+Wsród wielu innych w tymze rodzaju posagów, wyrózniala sie
+jeszcze rzezba, nader piekna, zatytulowana : "Wspomnienie". Twórca
+jej byl Mercié Autonin.
+
+Przedstawiala ona mlode dziewcze, o rysach drobnych, z glowa
+przechylona w tyl nieco, z obliczem, tonacem jakby w glebokim,
+cichym snie. Na kolanach jej, na ziemi - wszedzie, widnialy rozsypane
+kwiaty; dwa golabki, niosac w dzióbkach równiez kwiecie, lecialy
+ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
+
+Poswieciwszy wzglednie dosc czasu na rzezbe, Dzierzymirski
+przeszedl spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodzila
+juz bowiem godzina zamkniecia. Szybko, jak mógl najuwazniej,
+poczal ogladac obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegl do sali
+ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracac zaczal.
+
+I teraz w jednym salonie uwage jego zwrócil nader oryginalnie, bo,
+jakby calkiem po swiecku traktowany, a mimo to nadziemskoscia
+tchnacy, obraz: "Najswietsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyla
+na widza, natchnionego oblicza, o duzych oczach czarnych, siedzaca
+postac Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na kleczkach,
+oparla sie kobieta, z twarza ukryta, z rekoma zalamanemi, w
+bezbrzeznym bólu, szukajaca na lonie Swietej Maryi pocieszenia! U
+stóp tych dwóch postaci kobiecych - ponizej, lezalo wdziecznie
+uspione dzieciatko, snilo, osypane cale, obrzucone puchem bialych
+róz snieznych, w rozkwicie...
+
+Dzierzymirski, zachwycony wdziekiem i poezya, bijacemi z obrazu
+tego, pedzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszyl dalej.
+
+Naraz zatrzymal sie ponownie. Ujrzal bowiem naprzeciwko siebie obraz
+dosc duzy, przez Detaille Edwarda. Nosil miano "Le rźve (Sen)".
+
+Na olbrzymiem oto polu, otuleni plaszczami, z czapkami nasunietemi na
+czolo, pokotem, jeden obok drugiego, leza setki odpoczywajacych,
+pograzonych we snie zolnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
+zarózawia sie leniwie jutrzenka, - wsród spiacych ludzi
+blyszcza w szarem switaniu rzedem poustawiane, ulozone w kozly
+bronie, a gdzies z boku, blisko, dogasa juz ognisko...
+
+Lecz cóz to za cienie majacza tam, w górze, nad nimi?
+
+To góra, w oblokach, plynie mgla przesloniety jakis hufiec
+inny, zwyciezki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka,
+bebnia, strzelaja, proporce sie chwieja, choragwie szumia...
+tamci, tam, zwyciezaja niezawodnie!..
+
+I ponad glowy uspionych zolnierzy, których potwór wojny moze juz
+jutro pochlonie, przesuwa sie, jak marzenie, uludne widzenie
+ostatnie: oni spiac, widza siebie, jak zwyciezaja, pelni
+chwaly!..
+
+To sen...
+
+Piata wybila glosno w salonach sztuki, i Dzierzymirski opuscic
+musial muzeum. Niebawem znalazl sie na bulwarach Paryza i
+równoczesnie instynktownie poczul glód.
+
+Wloch z matki i dusza cala artysta, mysla wspominal on jeszcze
+widziane przed chwila dziela sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarnial
+biegnace wokolo siebie tlumy, przepelnione kawiarnie i huczace
+pojazdy.
+
+- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
+wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spozywano juz
+posilek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - caly Paryz
+obiadowal.
+
+Na swiezem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachecony
+przykladem, zasiadl i Roman, a kazawszy podac obiad, zapalil
+swobodnie cygaro.
+
+Niebawem przyniesiono pierwsza potrawe. Wsród przelewajacego sie
+kaskada paryskiego zycia i huku ruchliwej stolicy, Dzierzymirski
+spokojnie zaczal spozywac zupe, sluchajac ciekawie, z usmiechem,
+glosnych rozmów swych przerozmaitych sasiadów i charakterystycznych
+czestokroc ich bulwarowych dowcipów.
+
+***
+
+Punktualny, pomiedzy druga, a trzecia po poludniu, wchodzil
+nazajutrz Roman do mieszkania Orleckiego. Sluzaca wprowadzila go
+natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedl tam, roztworzyly sie
+juz zamaszyscie boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazal sie
+mezczyzna rosly, blondyn; lysawy i dosc otyly, o siwiejacym, z
+polska podkreconym, wasie.
+
+- Jakze mi milo... Jak milo miec w swoich progach tak dostojnego
+goscia... rodaka!.. - zaczal od proga, z polska szczeroscia i
+uprzejmoscia w glosie, roztworzyl przytem machinalnie ramiona, jakby
+chcial do piersi przycisnac niemi przybylego, po chwili opamietal
+sie jednak i wyciagajac uprzejmie prawice; czysto juz tylko
+salonowym gestem, przedstawil sie: Orlecki... Wiktor... -
+siostrzeniec Hugona.
+
+- Nie uwierzy pan - ciagnal natychmiast bardzo grzecznie - jaka
+rzetelnie prawdziwa radosc uczynil mi list stryja i zapowiedz tej
+panskiej wizyty... Prosze, niech pan prezes siada!... Prosze
+bardzo...
+
+I Orlecki wskazal, z grzecznoscia, fotele, widzac zas zdziwienie
+na twarzy Romana, na dzwiek tytulu "prezesa", usmiechnal sie,
+odgadlszy mysl goscia.
+
+- Dziwnem sie panu prezesowi, jak widze, wydaje - przemówil, - ze
+tytuluje go... Cóz to, przypuszcza pan moze, - ciagnal dalej, ze
+swada, - ze my tu na obczyznie nic nie wiemy, kto w kraju u nas
+przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - sledzimy goraczkowo i z uwaga
+ruch naszych ziomków, wspólbraci !.. A jakze... a jakze!.. Ja sam
+osobiscie trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z
+nazwiskiem panskiem - tu sklonil sie grzecznie w strone Romana -
+spotykalem sie w nich tylokrotnie, ceniac zawsze ruchliwosc pana
+prezesa i oddaniu sie jego spoleczenstwu naszemu...
+
+Umilkl, a po chwili
+
+- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. sluze
+natychmiast - i zerwal sie miejsca, przynoszac wkrótce
+Dzierzymirskiemu pudelko papierosów.
+
+Roman siegnal po jednego z nich i baknal niewyraznie:
+
+- Dziekuje bardzo!..
+
+Obserwujac wciaz ciekawie, spod oka swego gospodarza, chcial przytem
+juz przemówic, lecz pelny bezustannej uprzejmosci Orlecki
+przerwal mu zanim usta otworzyc zdolal:
+
+- A moze cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwile! - i nie
+czekajac odpowiedzi, znikl za drzwiami przyleglego pokoju,
+Dzierzymirski zas usmiechnal sie.
+
+Poczciwy czlowiek jakis - pomyslal - i choc, zdaje sie, blagier
+nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem sie
+prawdopodobnie, czego chcialem...
+
+Ledwie Roman okreslenie to w umysle sformulowac zdolal, gospodarz
+domu stal juz przed nim, podajac szerokie puzderko cygar.
+
+- Doskonale - pochwalil - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
+tutejsze, które sa po prostu ohydne - zaopiniowal.
+
+- Dziekuje bardzo. Pan tak laskaw... - poczul sie w obowiazku
+odrzec Dzierzymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.
+
+- O, panie prezesie! - pospieszyl, z odpowiedzia, Orlecki, - Siadac
+prosze en bons amis... Ot -tutaj... - wskazal na kanapke - wygodniej
+bedzie! - i zapaliwszy równoczesnie zapalke, zblizyl plomien do
+koniuszczka cygara Dzierzymirskiego.
+
+- Merci!.. - sklonil sie tenze raz jeszcze, i wypusciwszy
+kóleczko dymu, odezwal sie wreszcie, skorzystawszy z sekundy
+milczenia goscinnego gospodarza.
+
+- Czytal pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu
+wiec zatem cel mego tu przybycia... Nie znajac nikogo w Paryzu,
+zdecydowalem sie prosic stryja panskiego, o tarte d'entree do
+pana...
+
+- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwal Orlecki - kazdego rodaka
+witamy tu z calego serca! Tembardziej zas pana prezesa, tak w kraju
+zasluzonego...
+
+- Ach, tak, nie watpie - z wolna potwierdzil Roman - lecz i mnie
+chodzilo równiez - tu usmiechnal sie z lekka - o specyalna
+protekcye do kogos, by potrafil ulatwic wiadoma nam sprawe
+przemyslowa...
+
+- A tak, tak! - przerwal znów Orlecki, niezadowolony jakby, ze
+poruszano te kwestye. Pan prezes radby obejrzec drobiazgowo i
+gruntownie urzadzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem,
+postaram sie, panie prezesie, choc uprzedzic musze, ze ja... -
+zatrzymal sie - nie mam tak rozleglych stosunków ze sfera
+handlowców... to jest, chcialem powiedziec... ze sfera
+fabrykantów... przemyslowców... Paryza... panie dobrodzieju...
+Jednakze... - tu zajaknal sie, zaplatal w swem przemówienia
+Orlecki i zamilkl, widocznie zmieszany.
+
+Usmiech niedostrzegalny okolil waskie usta Romana.
+
+- To nic nie szkodzi - odparl. Mam nieplonna nadzieje, iz razem z
+panem damy sobie z tem wszystkiem rade... Zreszta, to chyba
+drobnostka. Chodzi zaledwie o jakies dziesiec fabryk tylko...
+
+Roman zatrzymal sie i zapytal jeszcze, chcac konsekwentnie
+doprowadzic do konca zmyslony swój interes i misye:
+
+- Wszak fabryki owe wymienione sa w liscie pana Hugona...
+
+- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzil Orlecki i
+zajaknal sie znowu.
+
+- To dobrze, móglby mi moze szanowny pan powiedziec, czy
+wlasciciele ich znani sa jemu?.. Gdzie to zaklady fabryczne
+znajduja, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzec je mozna by bylo?..
+
+- Nic doprawdy nie moge jeszcze panu prezesowi w tym wzgledzie
+powiedziec - odrzekl Orlecki i dodal natychmiast:
+
+- Co sie tyczy, czy znam wlascicieli, to... prawdopodobnie...
+Zreszta zna sie tutaj osób tyle... - zatrzymal sie. - Tylko, vous
+savez, panie prezesie... otrzymalem list dopiero wczoraj - urwal, i
+dokonczyl po chwili - wiec, vous comprenez, czasu nie mialem...
+
+- Alez naturalnie!.. - pospieszyl z uspakajeniem Orleckiego
+Dzierzymirski. - Ja tylko dlatego sie pytam, iz to jest celem mego
+tutaj przybycia, i ze to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
+zakladajacej sie u nas w kraju wspólki
+Handlowo-Przemyslowo-Fabrycznej...
+
+- A tak, slyszalem,.. Czytalem nawet o tem gdzies w gazetach -
+odparl, z przekonaniem Orlecki.
+
+- Klamie, jak z nut - pomyslal Dzierzymirski, i usmiech dyskretny
+ponownie przemknal po ustach jego. Zaciagnal sie jednoczesnie
+cygarem i wpatrzyl badawczo w Orleckiego. - Bonne pāte d'homme... -
+myslal zarazem - ale jak tu zaczac o tych zgubionych pieniadzach?
+
+Tymczasem, nielubiacy milczec Orlecki, widocznie równiez pragnacy
+zrecznie odwrócic rozmowe, juz mówil:
+
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dluzej przybyl do
+Paryza, nieprawdaz?..
+
+- Och, tak... - odruchowo potwierdzil Roman, nie myslac o tem, co
+mówi.
+
+- No, to mam nadzieje - opowiadal uprzejmy gospodarz dalej - ze
+bede jeszcze mial okazye przedstawic panu prezesowi moja zone i
+córke... Dzis pojechaly do Versailles. Panu prezesowi wiadomo
+zapewne, iz w pierwsza niedziele kazdego miesiaca puszczaja wode
+ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas
+wspanialy. C'est charmant!.. - zatrzymal sie chwile i siegnal po
+zegarek do kieszeni. - O! trzecia juz dochodzi... Niebawem wróca...
+
+Dzierzymirski tymczasem, sluchajac, nie sluchal, pograzony
+wciaz w myslach. Naraz twarz sniada jego ozywila sie, przelecial
+po niej promien... Strzepujac delikatnie popiól z cygara,
+przemówil z wolna:
+
+- Prosze pana... - zatrzymal sie. - Za niedyskrecye popelniana
+moze, najmocniej przepraszam... Czyzby pan nie byl rad powrócic do
+kraju..
+
+I Dzierzymirski badawczo spojrzal w twarz Orleckiemu, czekajac
+odpowiedzi, jednoczesnie myslal.
+
+- Kazdy Polak na obczyznie teskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja
+nie mial uzyc tego sposobu do osiagniecia mego prywatnego celu? No,
+zobaczymy...
+
+Orlecki zas juz mówil:
+
+- Czy ja nie pragnalbym powrócic do kraju? Alez, panie prezesie, to
+moje najgoretsze zyczenie! pragnienie zony mojej, córki - codzienne
+marzenie nas wszystkich! - dokonczyl, z zapalem.
+
+- No, dobrze, mam cie!.. - przelecialo przez umysl Romana.
+
+- Czy wolno zapytac jeszcze - przemówil - o rzecz jedna, a
+mianowicie... Czy zyczenie to panstw - marzenie - poprawil, z
+usmiechem - ma juz dotad jakie pewne i konkretne podstawy?..
+
+Orlecki na te slowa spuscil wzrok ku ziemi.
+
+- O, bynajmniej - odparl... - Tam, w kraju, stosunki zerwalem
+wszystkie prawie... tu zas zawiazalem niektóre, potrzebne mi. Mam
+poza tem stale zajecie, przynoszace mi dochód pewny...
+
+- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwal szybko Dzierzymirski -
+wchodze w polozenie i przepraszam bardzo za me pytania... -
+dokonczyl grzecznie, a widzac równoczesnie na twarzy gospodarza
+zaklopotanie widoczne...
+
+- Nie ma za co jechac nieborak - to jasne, i zyc by z czego nie mial
+-wsród swoich - pomyslal i w tejze chwili zapytal:
+
+- Lecz gdyby tak trafila sie na przyklad szanownemu panu okazya dobra
+do objecia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, ze w takim razie
+przeszkody do wyjazdu nie byloby zadnej?..
+
+- No, zapewne... Lecz o tem i myslec niepodobna, nie posiadam bowiem
+juz zadnych w kraju stosunków - powtórzyl Orlecki, ze smutkiem.
+
+- A pan Hugo, krewny panski?.. - zagadnal Roman.
+
+- Och... ten... - przeciagle odparl gospodarz, z niechecia
+wyrazna, i z wybuchem szczerosci naglej, rzekl z gorycza:
+
+- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowal i wiesc mi sie w zyciu
+przestalo, znac mnie juz nie chce, ani wiedziec nic o mnie...
+Dziwie sie nawet niewymownie, iz raczyl napisac pod moim adresem, w
+interesie prezesa, slów kilka...
+
+Na twarzy Orleckiego, przy tych slowach, osiadl cien, po chwili
+dorzucil:
+
+- Zwykla kolej ludzka... nic dziwnego. Swiat pamieta o tych tylko,
+którym sie powodzi.
+
+Dzierzymirski wpatrzyl sie uwaznie w Orleckiego; ostatnie slowa,
+wypowiedziane przez niego, odkryly mu utajona strone zycia
+siedzacego przed nim czlowieka - nieszczescie, gorycz skryta, a
+powodów jej lacno domyslil sie Roman. Pomimo woli, zal mu sie
+Orleckiego zrobilo.
+
+- To szkoda jednak - przemówil z wolna - ze panowie mieszkaja tak od
+siebie z daleka... Pan Hugo, choc odludek i egoista, poza tem jednak
+czlowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wplywowy i
+bogaty.
+
+Orlecki na te slowa uczynil niewyrazny ruch reka; - nastala
+chwila milczenia.
+
+- Wypada mi raz jeszcze przeprosic stokrotnie pana - odezwal sie
+znów pierwszy Dzierzymirski - ze osmielam sie wkraczac w stosunki
+jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjatkowe polozenie nasze tu, na
+obczyznie, jako rodaków, sklania mnie do tego; po drugie zas, ze w
+tym wzgledzie moze moge stac panu uzytecznym...
+
+Orlecki, zdziwiony, spojrzal na Romana.
+
+- Tak jest - rzekl Dzierzymirski, z usmiechem - cózby szanowny pan
+bowiem powiedzial na to, gdybym... -- tu zatrzymal sie sekunde -
+ulatwil mu... - Dzierzymirski przy tem zaakcentowal wyraznie
+ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zas dal mu jaka
+posade korzystna?..
+
+- Alez, panie prezesie! - wykrzyknal Orlecki, i zerwawszy sie z
+fotelu, uchwycil dlon goscia swego, sciskajac ja serdecznie.. -
+Wdziecznosc moja i sercu memu bliskich nie mialaby granic!.. Lecz
+doprawdy, nie pojmuje... nie rozumiem!.. - urwal wzruszony... - Skad
+taka laska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznalismy sie tak
+niedawno! - dokonczyl i zamilkl, nie wiedzac snac, co powiedziec,
+jak sie obrócic i znalezc w sytuacyi, tak dlan niespodzianej...
+
+Roman tymczasem powstal równiez z miejsca, i oddawszy serdecznie
+uscisk Orleckiemu, po przyjacielsku ujal go za ramie.
+
+Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierzymirski,
+wciaz idac pod reke z Orleckim, rzekl calkiem swobodnie:
+
+- Przyznaje, poczulem do szanownego pana szczera sympatye, rozumiem
+przy tem w zupelnosci polózenie jego tutejsze, i gotów jestem
+uczynic dla niego wiele...
+
+- Dziekuje, po tysiac razy dziekuje! - uscisnal Orlecki
+serdecznie trzymane ramie Romana, z równowagi caly wyprowadzony.
+
+Dzierzymirski mówil tymczasem dalej, pomny celu swego:
+
+- Lecz daruje pan rzecz jedna... Nim przystapimy mianowicie do
+obchodzacej pana sprawy, wiedziec musze dokladnie - Roman zatrzymal
+sie - zupelnie szczególowo - poprawil - przebieg dotychczasowego
+jego zycia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znac mam
+przyjemnosc szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! -
+dokonczyl, z przyjaznym usmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
+
+- Alez, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszta nie ma zadnej! -
+odparl Orlecki szybko, przekonany zupelnie. - Opowiem prezesowi
+wszystko natychmiast! - ciagnal dalej rozradowany.
+
+- No, to siadajmy!.. - rzekl wesolo Dzierzymirski.
+
+Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzyl sie badawczo w twarz
+Orleckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
+pragnal, twarz mu pobladla mimo woli, aksamitne zas spojrzenie
+ciemnych oczu stalo sie bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
+
+- Slucham pana - rzekl powaznie.
+
+Usmiechniety, radosny, poprawil sie Orlecki na krzesle, i
+siegnawszy po cygara, zapalil jedno, w roztargnieniu czestujac
+niemi Romana.
+
+- Dziekuje, pale jeszcze - usmiechnal sie niedostrzegalnie Roman,
+i spojrzal z pod oka na gospodarza. - Rōti ą point! - zadecydowal w
+mysli sarkastycznie.
+
+- A, przepraszam! -odrzekl Orlecki i mówil dalej:
+
+- Otóz, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
+sie opowiedziec je prezesowi w kilku slowach. Rzecz ta przedstawia
+sie zatem jak nastepuje:
+
+- Urodzony lat temu, czterdziesci i siedem, dobiegam juz bowiem
+piecdziesiatki - usmiechnal sie - z ojca Ryszarda i matki Józefy
+z Lancjarskich de domo, przepróznowalem, ksztalcac sie w domu, do
+lat pietnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, nastepnie konczylem
+uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objalem klucz
+majatkowy, dziedziczny Orlin...
+
+- Bywajac w, swiecie przez lat kilka, starajac sie o pierwsze w
+kraju partye, zyjac nieco szeroko, stracilem majatek... Nastepnie
+spotkalem dzisiejsza zone moja, z domu hrabianke Bozkowska...
+Przez z - usmiechnal sie Orlecki, - bo sa i Borzkowscy przez rz,
+bez tytulu i nie pochodzacy wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki -
+objasnil.
+
+Dzierzymirski w tem miejscu usmiechnal sie poblazliwie -
+sarkastycznie, lecz sluchal w milczeniu dalej.
+
+- Pobralismy sie, - ciagnal tymczasem Orlecki - i osiadlem na
+roli, juz nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesieciu
+wlókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwalem przy tem zupelnie
+dawne swiatowe stosunki... Gospodarowalem sobie tak cicho lat
+kilkanascie, stalem sie domatorem - przeksztalcalem stopniowo, o
+ile moglem, w czcigodnego pana sasiada... Wreszcie, niestety, jak
+piorun z nieba, spadlo na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomozony przez
+nikogo, sprzedac musialem dobra, i przybylem tu - za chlebem!..
+
+Orlecki umilkl na chwile, poczem, dodal nieco smutnie :
+
+- Jak najpiekniejsza od slonca plowieje materya, tak i
+najbarwniejsze zycie blaknie od nieprzychylnych ciosów zycia.
+Szarzyzna ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnal, i zamilkl
+znowu.
+
+W nadziei, iz dowie sie jeszcze oczekiwanego przezen "clou" historyi
+tej calej, milczenia tego nie przerywal Dzierzymirski. Po dluzszej
+jednak chwili, widzac, ze Orlecki, pochloniety myslami, zapominac
+zdaje sie nawet o jego obecnosci, zagadnal uprzejmie:
+
+- I jesli wiedziec wolno, cóz dalej?
+
+Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlecki podniósl powoli
+posmutniale oczy na Romana.
+
+- Nic! - odrzekl bezbarwnie, glosem twardym.
+
+- Byc nie moze? - zadziwil sie Roman, jak mógl najszczerzej. - I
+pomyslec - ciagnal swobodnie - ze ja tam w kraju tyle
+przeróznych rzeczy o panu slyszalem...
+
+Urazony jakby tem, co uslyszal, Orlecki zapytal z kolei sucho:
+
+- No, i cóz takiego, ciekawym, wymyslila na mnie luba opinia, czy
+wiedziec moge?
+
+Roman niecierpliwie poruszyl sie na krzesle.
+
+- Cóz u licha! - pomyslal - czynie dotad tyle, i prawda wciaz
+wymyka mi sie sprzed nosa...
+
+Po chwili zas, jak gdyby nagle na cos zupelnie juz stanowczo
+zdecydowany, odpowiedzial z wolna, przetarlszy przytem reka czolo:
+
+- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócic musze do jadra
+zajmujacej nas kwestyi. Pragne dac panu posade... Czy wolno zapytac
+- jakie sa jego mocne - zaakcentowal - kwalifkacye fachowe?..
+
+- Fachowych scisle zadnych - przerwal niezadowolonym troche glosem
+Orlecki. - Posiadam jednak jezyki: angielski, francuski, rosyjski i
+niemiecki, oraz zdobyte praca i praktyka obecna - rachunkowosc i
+buchalterye - w banku, gdzie urzeduje i skad w razie potrzeby
+otrzymac moge swiadectwo odpowiednie.
+
+- A! - zadziwil sie mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...
+
+Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objal dluzsza chwile cala
+postac Orleckiego, mówiac do siebie mimo woli wyraznie; -
+Patrzcie?.. nie spodziewalem sie!..
+
+- Zatem - odezwal sie niebawem - objac moze szanowny pan inna,
+lepsza nawet posade od tej, która przeznaczalem w mysli dla niego.
+
+- Cóz to za miejsce? - zagadnal Orlecki.
+
+- Une place de confiance...- wycedzil z wolna Dzierzymirski. - Przy
+tem równoczesnie jedno z wyzszych przy korespondencyi i buchalteryi w
+Banku Komercyjno-Przemyslowym, otworzyc sie majacym za miesiecy
+kilka... Do komitetu naleze, odmówic mi nic nie moga... Skoro zas
+pan w tej wlasnie dziedzinie juz posiada praktyke pewna, tem
+lacniej wiec wybór mój zatwierdza...
+
+Roman skonczyl i spojrzal znów spod oka na obywatela - emigranta.
+
+Zdziwienie radosne bilo z twarzy Orleckiego.
+
+- No, teraz chyba wyspiewasz mi wszystko - pomyslal Roman, w duchu.
+
+- Pensya znaczna - ciagnal dalej calkiem obojetnie, - ile, nie wiem
+jeszcze na pewno... W kazdym razie tysiecy kilka .. - urwal niedbale.
+
+- Alez to miejsce idealne! - wykrzyknal zywo Orlecki. - Dziekuje
+po raz wtóry! - uscisnal dlon Romana.
+
+Dzierzymirski uczynil wysilek nad soba, by nie zdradzic sie
+przypadkowo nerwowem glosu brzmieniem i przemówil:
+
+- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahal
+sie...
+
+- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarzadzie,
+sa bardzo trudni... Czepiaja sie byle czego...
+
+I znów Roman mówic przestal, poczem zas, poirytowany nagle, ze
+bedzie zmuszony isc prosto do celu i palcami dotykac kwestyi,
+która zrecznie obejsc zamierzal, wyrzucil z siebie twardo:
+
+- Mówiono mi tam, o jakichs pieniadzach, zgubionych przez pana,
+nieodnalezionych, czy cos tam podobnego... Pojmuje pan zatem, ze ja,
+protegujac - zatrzymal sie Roman sekunde, i uprzejmie nieco
+dorzucil, z wymuszonym usmiechem. - Powiedziec musze wszystko, wszak
+pan to rozumie chyba?.. Nic zas o tem dotad szanowny pan mi nie
+mówil...
+
+- Alez nie powiedzialem? - obruszyl sie urazony widocznie Orlecki.
+- Bo uwazalem to, jak i uwazam dotad, za sprawe czysto osobista...
+
+- Masz tobie! - omal ze nie wykrzyknal Dzierzymirski, ze zloscia,
+lecz opamietal sie w pore, i zapytal w slad za tem spokojnie,
+wpadlszy zarazem na pomysl przebiegly.
+
+- No tak, zapewne... Czyjez to jednak pieniadze byly?..
+
+- Aaa! - wyrwalo sie z ust Orleckiego natychmiast, i powstawszy
+gwaltownie z krzesla, wykrzyknal:
+
+- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Lotry
+dopiero, infamisy!.. - wyrzucil z siebie z oburzeniem.
+
+Dzierzymirski spiesznie polozyl swa kobieca miekka dlon na
+zylastej rece szlachcica i pomimo woli rzucil niecierpliwie:
+
+- Ja równiez bardzo przepraszam! - zawahal sie - i slucham..: -
+dokonczyl.
+
+Orlecki usiadl, wzburzony jeszcze odsapnal i przemówil:
+
+Powiesz mi pózniej, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalowal.
+Pierwsza rzecz, gdy do kraju powróce, wyzwe go na pojedynek, jak mi
+Bóg mily, a teraz sluchaj:
+
+- Bylo to tak: Posiadalem majatek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
+hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Sa tam tylko tak zwane
+"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia sie z wyplaty na
+termin, egzekwuja bardzo szybko... Otóz w jednym z banków owych
+mialem gruba pozyczke... Minal termin jeden, drugi, trzeci,
+placilem malo, zebraly sie zaleglosci, wystawiono mi dobra na
+sprzedaz... Zaplacic musialem zaleglosci - razem dwanascie
+tysiecy... Nie mialem ich, pozyczylem wiec sume zadana u paru
+osób i w drodze, gdym jechal placic na miejsce, w ostatniej niemal
+chwili pieniadze te zgubilem... Majatek mi naturalnie sprzedano...
+
+- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysiegi zadac ode mnie nie
+bedzie, a zreszta?.. Gotowym! - i Orlecki powstal uroczyscie...
+
+- Ale, cóz znowu?.. - rozlegl sie w milczeniu suchy glos
+Dzierzymirskiego, a slowa te, wymówione zimno, zabrzmialy niemilym
+dla ucha dzwiekiem:
+
+Od chwili bowiem, gdy z ust Orleckiego padla cyfra "dwanascie
+tysiecy", Roman zmienil sie calkiem. Giestem, pelnym zniechecenia,
+wypuscil z rak trzymane cygaro, twarz zas, przybrawszy wyraz
+obojetny, chlodny, poorala sie w drobne zmarszczki. Wiec ponownie
+oto rozprysla mu sie w palcach mydlana banka!.. Zycie, z
+przerazajaca logika dawalo mu do zrozumienia, ze kpic z
+usilowan jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zranila
+go bolesnie, jednoczesnie zas gniew niewytlumaczony, instynktowny,
+zawrzal w Dzierzymirskim.
+
+Cóz go, zaiste obchodzic mógl Orlecki, historye i przysiegi jego?
+
+- Osiol!.. Mysli moze - rzucil w duchu gniewnie - ze obecnie, kiedy
+nie dwadziescia siedm, a dwanascie tylko zgubil tysiecy, zajmowac
+sie nim bede!.. Ba, nie glupim! - i usmiech zly, sarkastyczny
+wykrzywil waskie usta Romana.
+
+Powstal sztywno, majac zas juz z wieloletniej swej praktyki na
+ustach gotowy do pozbycia sie ludzi zdawkowy komunal, wyciagnal
+reke na pozegnanie...
+
+Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszal mu calkiem
+szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlecki, rozpoczynajacy wlasnie,
+malo juz obchodzacy teraz Romana, dalszy ciag swych zycia kolei,
+przeprosiwszy, wybiegl do przedpokoju, w slad za tem rozlegly sie
+dwa glosy kobiece, szelest okryc i sukien damskich. Rozbierano sie,
+potem szeptac zaczeto, po chwili zas znów dwa wykrzykniki zdziwienia
+i radosci obily sie o sluch Dzierzymirskiego.
+
+Slyszac je, skrzywil sie Roman nieznacznie, chrzaknal i znudzony
+zblizyl sie powoli ku oknu salonika. Nie trudno bylo domyslec
+sie, ze tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlecki wygadal juz
+rodzinie swej niemal wszystko.
+
+- Wpadlem! - pomyslal Roman, i zdenerwowany, stuknal palcami w
+powietrzu.
+
+Drzwi zas poza nim roztwieraly sie juz spiesznie. Odwrócil sie.
+
+Naprzeciwko niego szly dwie kobiety, zarózowione, usmiechniete.
+Jedna z nich, starsza, brunetka, piekna jeszcze, dobrze zakonserwowana,
+- druga, dziewcze mlodziutkie, szesnastoletnie zaledwie moze, hoze i
+swieze...
+
+- Prezes Roman Dzierzymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
+mówilem przed chwila, najszlachetniejszy z ludzi, których dotad w
+zyciu poznalem! - przedstawil szumnie Orlecki goscia zonie,
+glosem cieplym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili
+wrazen.
+
+Sklonil sie Dzierzymirski, a na dzwiek ostatniego zdania lekki
+rumieniec pokryl mu lica. Wstydzil sie za swe mysli - za siebie...
+
+Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciagnely sie ku niemu dwie
+male kobiece raczki.
+
+- Bardzo mi milo poznac pana, bardzo milo! - mówila, sciskajac
+dlon jego, pani Orlecka. - Tembardziej, ze jak mi wlasnie maz
+powiada, pan prezes staje sie aniolem opiekunczym naszych losów,
+przyszlosci - zwiastunem, iz zobaczymy kraj nasz, za którym ciagle
+tak bardzo tesknimy! - konczyla wzruszona.
+
+- Moja córka, Mita - przedstawila z kolei Romanowi mlodziutka
+panne.
+
+Dzierzymirski trzymal, sciskal wlasnie w dloniach drobna jej
+raczke, a choc nie powiedzialo mu dziewcze nic zgola, z uscisku
+jednak przyjaznego, cieplego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu,
+w których czytaly sie w owej chwili wdziecznosc bez granic,
+radosc i nadzieja - poczul Roman, iz okrucienstwem niemilosiernem
+byloby teraz z jego strony cofniecie obietnicy.
+
+I jednoczesnie reakcya nagla wstapila wen. Jakis przyplyw jakby
+dobroci zalal mu dusze, serce; zarazem zas pomyslal:
+
+- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii moze w tem
+wiele, ale... jednak... dlaczegózbym i ja czasami nie mial byc
+szlachetnym? A poza tem, cóz de facto winien ten oto Orlecki, ze nie
+jest tym wlasnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wplywowym,
+silnym, dlaczegóz wiec nie dopomóglbym czlowiekowi, pokrzywdzonemu
+badz co badz przez nieznanego pieniedzy jego znalazce, tak, jak
+pokrzywdzonym jest moze przeze mnie równiez i ten osobnik nieznany -
+"mój!.."
+
+I starczylo w slad za tem jednej chwili, by w glowie
+Dzierzymirskiego powstal plan gotowy.
+
+- Cieszy mnie niewymownie, ze los pozwala mi stac sie - tu zwrócil
+sie, z usmiechem, ku pani Orleckiej - Aniolem Strózem tego domu...
+Dzis zaraz zatelegrafuje do panów z komitetu nowego banku o
+kandydaturze pana - wskazal nieznacznie Orleckiego ruchem glowy.
+
+W milczeniu, wzruszony szlachcic uscisnal dlon Dzierzymirskiego.
+Ten ostatni zas zastanowil sie chwile...
+
+Kiedy czynic cos, to czynic zupelnie i wszechstronnie, - pomyslal,
+a siegnawszy do kieszeni, dyskretnie poczal dlugo szukac czegos w
+portfelu... Znalazlszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
+Lyonnais", wskazujacy sume dwóch tysiecy franków, rzekl swobodnie:
+
+- Choc to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
+opuszczac panie, - sklonil sie uprzejmie w strone dwóch kobiet -
+jednak panie wybacza, uczynic to bede zmuszony, i...
+
+- Alez, cóz znowu... - obruszyla sie Orlecka. - Obiad , podadza w
+tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwrócila sie do córki - kaz
+dawac!..
+
+- Dziekuje serdecznie! - sklonil sie z usmiechem Dzierzymirski w
+strone mlodego dziewczecia. - Wychodze natychmiast, a to z powodu
+naglacych spraw, które nieodzownie dzis jeszcze zalatwic musze...
+
+- Zegnam panie! - wyciagnal uprzejmie reke do pani domu, a
+nastepnie do panny.
+
+Ta ostatnia podala mu ja, z niewyslowionym wdziekiem i cicho
+rzekla:
+
+- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziekowanie za to,
+co czynisz dla ojca mego... Jestes szlachetnym, dobrym i wdziecznosc
+moja nie zapomni panu tego - nigdy!..
+
+- Szczesciem prawdziwem dla mnie, ze i pani bedzie z tego
+korzystac... Bo, o ile zgaduje, pani tu chyba najwiecej wrócic by
+rada do rodzinnego kraju?..
+
+- O! tak... - przyznala, z zapalem, szczerze: Wykolysaly mnie nasze
+lany i lasy, wychowala ta ziemia nasza, tak piekna chyba, jak
+zadna!..
+
+Z sympatya, spojrzal Roman na dziewcze, i skloniwszy sie raz
+jeszcze, zwrócil sie z kolei do Orleckiego.
+
+- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wzial
+gospodarza za ramie i poprowadzil ku oknu:
+
+- Rzecz przedstawia sie, jak nastepuje - rzekl, o ile mógl,
+najpowazniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzednikom
+nowego banku, naturalnie protegowanym, daje sie z góry na
+instalacye... Kwestye te jednak obmówic trzeba poprzednio na
+zebraniu. Otóz, poniewaz pan, pomimo, ze bank nie funkcyonuje
+jeszcze, za miesiac najdalej musisz juz byc na miejscu, a to, w celu
+ulokowania sie i objecia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja
+zas dopiero za miesiecy kilka tam bede - zatem...- Roman urwal,
+dobierajac jakby w umysle wyrazów. - Zatem - powtórzyl - awansuje
+tu kochanemu, panu przekazem, sume wlasciwa... Przypuszczam, bedzie
+ona odpowiadac mniej wiecej kwocie, która w swoim czasie przyznaja
+panu na zebraniu Rady... Cóz, zgoda? Dobra mysl mialem? -
+dokonczyl Roman.
+
+- Alez z kochanego prezesa aniol prawdziwy, nie czlowiek!.. -
+wykrzyknal Orlecki i po staropolsku, uscisnawszy go szczerze,
+podziekowal, z zapalem.
+
+- Klociu, czy slyszysz? - zawolal na zone. Pan prezes na
+instalacye awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformowal
+dobrodusznie, szczególowo malzonke o wspanialomyslnosci Romana.
+Nastapily w slad za tem ponowne podziekowania, wykrzykniki...
+
+Odprowadzony az do drzwi, zegnany serdecznie i czule, Dzierzymirski
+wydostal sie nareszcie na schody, a potem na ulice, sam pomimo woli
+wzruszony, z glowa pelna najsprzeczniejszych mysli.
+
+Gdy po niejakims czasie, wracajac z wolna do rzeczywistosci,
+podniósl glowe, spostrzegl w pewnem oddaleniu przed soba zlocona
+kopule tumu Inwalidów. Tkniety nagla mysla, z miejsca
+natychmiast skierowal sie ku furtce, a wyminawszy ja i strzegacego
+wejscia kulawego inwalide, znalazl sie na obszernym placu tumu,
+odgrodzonego krata od ulic miasta.
+
+Wkrótce, po stopniach wschodów wstepowac poczal do wnetrza
+przybytku, kryjacego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.
+
+W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakis potegi niewidzialnej
+i grozy objal Romana natychmiast.
+
+Cichym tylko szmerem rozlegaly sie tu kroki kilkunastu osób... Na
+dole, w szerokiem, na ksztalt basenu, poglebieniu, drzemal olbrzymi
+sarkofag, z ceglasto - wisniowego marmuru...
+
+Dzierzymirski zblizyl sie do balustrady grobowca, i stanal smutny,
+cichy...
+
+Wobec prochów moznego wladcy poczul sie równoczesnie drobnym,
+niklym... Huczace jego troki zmalaly równiez - uspakajal sie...
+
+I mysli jego nagle wziely równiez obrót zupelnie inny.
+
+- Wiec to tu - mówil sobie Roman - lezy zwyciezca z pod Marengo,
+Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wiec tu spoczywaja snem,
+nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - malego
+imperatora!..
+
+Dawno bardzo nie bawiacy juz w Paryzu, pamietajacy go zaledwie w
+zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat mlodzienczych,
+Dzierzymirski, w skupieniu i z nabozenstwem w duszy, wpatrzony,
+milczacy, z glowa pochylona, zadumal sie przed trumna cesarza
+Francyi.
+
+Wokolo niego z prawej i lewej strony, w wewnetrznym pólkregu tumu,
+widnialy wklesle poglebienia, z grobowcami malymi; przed nim zas,
+poza drzwiami do grobu, wznosil sie rozpiety na krzyzu Syn Bozy
+umeczony...
+
+Dzierzymirski po chwili ocknal sie z zamyslenia i postapil
+wzdluz kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejscia:
+
+Zamkniete szczelnie drzwi pomnikowe polyskiwaly hebanem czarnego
+marmuru; u progu ich i wschodów, wiodacych do wnetrza "tombeau", w
+mundurze granatowym, powazny, ze wstegami i orderami, brodaty, stary,
+strózowal inwalida...
+
+Na górze zas blyszczal wielki napis zlocisty: "Je désire, que mes
+cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
+francais, que j'avais tant aimé" *).
+[*) "Pragne, aby me prochy spoczely u brzegów Sekwany - wsród tego
+ludu francuskiego, który tak bardzo kochalem."]
+
+Dzierzymirski patrzyl, przejety mimowolnie do glebi powaga,
+skupienia pelna, i jakas melancholia rzewna, wiejaca od tego
+grobu zmarlego geniusza despoty, sniacego tu cicho, zapomnianego
+jakby w samem sercu republikanskiego dzis Paryza.
+
+Nagle, gdy poruszony, niemy, stal tak, wciaz, zamyslony, drgnal
+gwaltownie.
+
+Bo oto w tejze samej chwili wybila w ciszy glosno godzina czwarta, a
+z jej uderzeniem, jako sygnal zamykania juz gmachu, raptowny, rozlegl
+sie wlasnie odglos bebna.
+
+Grano bojowa pobudke... Donosnie rozchodzil sie w milczeniu
+uderzenia krótkie, wzbijaly sie pod strop wysoki, echem dudnily w
+zaglebieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.
+
+- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
+sortez!.. - rozlegl sie jednoczesnie twardy glos szwajcara, stróza
+Napoleonowego grobowca... Postukujac gruba laska, isc poczal on i
+rozpedzac energicznie przed soba, ku wyjsciu rozsypanych po gmachu
+tam i ówdzie gosci.
+
+- Sortez! - rozkazujacy, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
+rozbrzmiewal glos jego i mieszal sie! z bojowa fanfara bebna!..
+
+Dzierzymirski jednak nie ruszal sie wcale z miejsca przeciwnie.
+Wrósl jakby w ziemie; ucho jego lowilo lapczywie donosne, jedrne
+tony pobudki, wyobraznia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona,
+snula mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.
+
+W gmachu panowal mrok...
+
+Ostatnie dzwieki surmy bojowej konaly, a Romanowi zdalo sie, iz z
+milknacem coraz juz dalszem echem bebna, poczynaja oto zaludniac
+tum wspanialy jakies wyrosle jakby zewszad mary i cienie poleglej
+dawno Napoleonskiej gwardyi starej, i wyrazny o sluch jego obija sie
+przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..
+
+Ida! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoja oto niezliczeni wokolo
+grobu wodza swego... Przebóg, cóz to jest?..
+
+Huk jakis rozlega sie w gmachu - to marmur grobowca peka, unosi
+sie...
+
+W trójgraniasty kapelusz przybrana, z zalozonemi na piersiach
+rekoma, staje wyraznie przed wzrokiem Romana postac Napoleona -
+wodza!..
+
+- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuz kolo Dzierzymirskiego o
+posadzke uderza ktos zamaszyscie.
+
+- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
+rozlega sie glos twardy i szorstki.
+
+Roman budzi sie, rozglada... A zirytowany natychmiast, ze tak
+obcesowo przerwano mu jego widzenie marzace, gotów juz jest a to
+rzucic w twarz stajacemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakas
+ostra okolicznosciowa uwage... Otwiera juz usta, spojrzawszy jednak
+na twarz wybladla, poorana zmarszczkami, o wyrazie pelnym
+melancholii i smutku, milknie.
+
+W tych rysach bowiem czyta wyraznie gniew tlumiony, lecz nie
+bezmyslny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakies inne,
+szlachetniejszej, podnioslejszej jakby natury, i mówic zda sie:
+
+- Ach idzcie, juz idzcie!.. Odejdzcie wy wszyscy, profanatorzy
+wstretni, kalajacy te progi ciekawoscia banalna - nieprzystojnym
+szumem, halasem, gadanina i gwarem macacy bezmyslnie spokój i sen
+wieczny wielkiego imperatora!..
+
+- Cóz wy? - mówily z pogarda te szare smutno oczy starca. - Cóz
+wy, karly, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedziec mozecie? Co sadzic
+o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuc? Cóz zrozumiec jestescie
+zdolni?..
+
+Dzierzymirski z uwaga wpatrywal sie dalej w stojacego przed nim
+niecierpliwie szwajcara - inwalide.
+
+Czyzby istotnie w umysle tego starca uczucia podobne sie kryly? -
+myslal i zatopiwszy raz jeszcze, milczac, badawcze spojrzenie w
+metnych zrenicach starca, bez slowa, skierowal sie ku wyjsciu z
+tumu.
+
+Otworzono przed nim, zamkniete przed chwila: z hukiem drzwi wchodowe,
+i zatrzasnieto je poza nim.
+
+Wydostawszy sie na ulice, Roman, znuzony, wsiadl do pierwszej
+dorozki; tu zas, ochlonawszy nieco od wzruszen i wrazen,
+porzadkowac zaczal w glosno zdarzenia minionych godzin kilku.
+
+- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistosci, chwytalem mare, cien
+uludny!.. - mówil sobie w duchu, z nagla gorycza. - Pochloniety
+wciaz jedna mysla, przybieglem tutaj nadziei pelny, i znowu nic -
+zero!..
+
+- O, ironio, niezrozumiala, dziwna!.. - dumal dalej. - Czyz nigdy nie
+trafie na slad pewny? Czyz wiecznie, biczowany sumieniem, dreczyc
+sie tak bede, zmuszony?
+
+Dzierzymirski opuscil rece na kolana, w zniecheceniu i pochylil
+nisko glowe. Z chwilowa samotnoscia, z poglebieniem sie w
+siebie, wracala bezlitosna samowiedza, bledne kolo tajonego w duszy
+cierpienia zaciesnialo sie, wirowalo, rzucajac mu jednoczesnie na
+ekran duszy wizerunek nagly wlasnego moralnego "ja".
+
+Nie kryly go obslony zlociste, utkane z pozorów, zdolnosci
+osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poswiecenia dla
+drugich, szlachetnosci i wielu innych przymiotów, w które, jak w
+sniezna, lamowana purpura, toge patrycyusza - przed ludzmi, przed
+swiatem, stroil sie prezes Dzierzymirski...
+
+Nie, byl to szkielet tylko!.. Otulony w plachte jaskrawa szalonej
+ambicyi, kryl on za jej faldami bagno moralne pamietnej w zyciu
+Romana chwili, gdy dla osobistego szczescia, uzycia, pogwalcil on
+byl etyke spolecznego prawa!..
+
+Z tej kaluzy jednak brudnej, a pozornie juz zapomnianej, wyrastal
+kwiat - niby niepokalana biala lilia - zasiany ziarnem silnych, choc
+podeptanych zasad, wszczepionych za mlodu - kielkujacy, przy pomocy
+czujnego zawsze sumienia!..
+
+Kwiatem tym - byla chec szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
+badz co badz, prawemu wlascicielowi przywlaszczonych pieniedzy.
+Ona, wytrwala, popychala bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona
+- zesrodkowywujaca w sobie równiez najpiekniejsze pierwiastki jego
+charakteru - zniewalala go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych.
+Jej to niewatpliwie zawdzieczal Dzierzymirski swój postepek z
+Orleckim!..
+
+I Romanowi w tej chwili mignal obraz wdziecznosci tych trojga ludzi
+ku niemu.
+
+Znów tu wiec falsz mimowolny - zycia ironia!..
+
+Dzierzymirski westchnal. Pomimo jednak, iz czul zgrzyt w duszy,
+roslo tam w nim jednoczesnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane
+przez subtelniejsze natury, po spelnieniu dobrego, lub szlachetnego
+czynu.
+
+Spojrzal wokolo weselej nieco... Dorozka mijala wlasnie bardzo
+ozywiona dzielnice miasta.
+
+Na lewo widniala wieza St. Jaeques, a tuz obok kosciól St. Germain
+-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmozyl sie Luwr wspanialy.
+
+Roman, zaplaciwszy woznice, wyskoczyl z dorozki i skierowal sie
+ku muzeum.
+
+Odciety w podrózy od zwyklego, pelnego czynu, zycia,
+pochlaniajacego go calkowicie - Dzierzymirski poczul nagle
+potrzebe nieodzowna, konieczna, odwrócenia jatrzacych mu mózg
+mysli czemkolwiek, uciekal sie wiec znowu do koicielki-sztuki.
+
+Niebawem przez jedno z licznych wejsc wchodzil do jej swiatyni,
+pograzonej w milczeniu, tchnacej majestatem zapatrzonych w siebie
+tworów ludzkiego geniusza, szybujacego na skrzydlach artyzmu we
+wszelakich jego odmianach i fazach - wcielajacego piekno, by szlo,
+niby tchnienie zywe, do dusz ludzkich, umiejacych wzniesc sie i
+oderwac od poziomów!
+
+Znajdowal sie w salach dolnych. Zabytki starozytnej rzezby
+romanskiej, greckiej otaczaly go zewszad. Setki ich z epok róznych
+patrzyly na niego piekna wyrazem, reka mistrzów zakutym w kamien i
+marmury...
+
+Dzierzymirski, rozgladajac sie wokolo, szedl wolno, zamyslony.
+
+Jak w kalejdoskopie, przesuwaly sie wciaz kolejno przed nim posagi,
+coraz piekniejsze.
+
+Tutaj wiec wychylaly sie oto rzedem ku niemu biusty i srogie oblicza
+wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
+modelowanem cialem pochylaly, giely posagi Apollinów - rzymskiego
+dluta, o rysach grubszych, pelnych meskosci i sily, - greckiego,
+traktowane daleko subtelniej z finezya, o ciele jakby miekkszem i
+drobniejszem, przedziwnie wykonczone w szczególach i wyrazach
+twarzy...
+
+W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemaly, na wzór oryginalów w
+Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: spiacej Aryadny, Laokoona,
+Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
+konca nóg i glowy, unosila powabnie draperye piekna Venus, bielily
+sie bez liku dziesiatki rzezb pomniejszych - stal Apollo z Lycyi,
+oparty o pien, kolo którego obwijal sie waz zdradliwy... Apollo z
+Paros, patrzyl lagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi
+faldach - wdzieczyla sie grecka muza...
+
+Dzierzymirski, z powodu braku czasu spieszyc sie zmuszony, szedl
+pomimowolnie szybko, zatrzymujac sie jednak co chwila to krócej, to
+dluzej, zniewolony ku temu pieknem, hojna reka i dzieki
+niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokolo.
+
+Tak wiec, pomiedzy wieloma, wieloma innemi zajela go jeszcze rzezba
+Tyberyusza cesarza, okrytego faldami togi, z reka wyciagnieta
+przed siebie, w oratorskim gescie, tak wymownie, iz zdawalo sie, ze
+oto juz zaraz przemówi... Tam znów uwage zwrócily dwie postacie
+kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich,
+owiana szata przejrzysta, w stojacej postawie, zadumana smetnie, -
+druga, w takiejze pozycyi, z wiencem laurowym na glowie, w bolesnem
+pograzona skupieniu, z przeslicznie przytem wyrzezbionem obliczem,
+przybrana w draperye, której faldy, wykonczone subtelnie w marmurze,
+za lada powiewem poruszac sie w oczach zdawaly.
+
+Dzierzymirski wpadl w labirynt sal, salek, i szedl coraz dalej i
+dalej... Jednoczesnie poddawal sie stopniowo coraz bardziej urokom
+sztuki, a przypatrujac sie ciagle, z uwaga, okazom starozytnego
+dluta - zapominal coraz bardziej o dreczacych go myslach z przed
+chwili; czarne i smetne niepostrzezenie pierzchaly one cicho...
+
+I niebawem Romana znowu zajal marmurowy posag z wyspy Paros...
+Przedstawial on Aleksandra Wielkiego, z polowa wlosów zlamana i
+biustem, bez rak, z twarza natomiast zachowana doskonale. Pózniej
+zachwycila go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, równiez bez rak,
+ze sladem na plecach odlamanej raczki Amora, potem znów dziesiatki
+rzezb innych, jedne charakterystyczniejsze, piekniejsze od drugich...
+
+Po chwili, oparty o pien drzewa, zatrzymal go jeszcze, wzglednie do
+otaczajacych malenki bardzo posazek, zatytulowany "Amor, jako
+Hercules", nastepnie inny: "Walczacy Gladjator", a w koncu, cudna w
+swej prostocie, postac muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
+
+Byla to rzezba wzietej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem
+o kolumne, w zwojach faldzistej draperyi. Glowe pochylona miala
+nieco, a upiekszaly ja wlosy, falujace z lekka w marmurze, jedna
+raczka podpierala oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych
+- druga dotykala niedbale swej sukni, z ujmujacym wdziekiem...
+
+Wymijajac tlum nieruchomych posagów, gubiac sie wsród tych
+rzezb, zadumanych, cichych, sniacych jakby o wielkiej swej
+przeszlosci - znalazl sie wreszcie Roman niebawem w salce
+kwadratowej, malej, gdzie, otoczona sznurowa baryera - na
+wzniesieniu, ubranem bordo tkanina, stala, królujac, zda sie, nad
+wszystkiem dokola, perla zbiorów posagowych Luwru - Venus grecka z
+Milo.
+
+Zmeczony nieco, Dzierzymirski usiadl na laweczce, zdjal kapelusz i
+wpatrzyl sie w stojaca, bez rak, pólnaga postac z marmuru.
+
+Pozornie kroczyla ona...
+
+Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymujac faldów upadajacej
+w pasie draperyi, zdawalo sie, ze idzie, z szyja swa,
+wyciagnieta nieco naprzód, z oczyma przymruzonemi jakby, z
+wlosami, karbowanemi z lekka i uwiazanemi z tylu w wezel, z twarza
+blondynki, anielska - boska!..
+
+Od twarzy tej i pólciala nagiego do draperyi, Dzierzymirski oczu
+oderwac po prostu nie byl w stanie...
+
+On w oblicza tem czytal - a przynajmniej tak mu sie w danej chwili
+zdawalo - zapatrzenie sie w siebie i dume, ale zarazem i slodycz,
+zakuta w przedziwnej regularnosci rysie kazdym, i choc sam
+osobiscie nie odczuwal w rysach twarzy tej silnego promienia
+wewnetrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piekno linii
+królowalo w nich - tak niepodzielnie, ze zachwyt tylko wzbudzac
+moglo... A cialo?..
+
+Po prostu zylo ono, nie tylko zas nagie, dla oka widoczne... Z
+przodu, pod faldami draperyi - czyniacej wrazenie, iz spada - w
+kilka zas zgiec karbowanej z tylu - tetnilo ono, ozyle jakby,
+nie martwe, w ruchu kroczacego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych
+piersiach i biuscie bez rak, przegietym w prawo z zachowana
+przedziwnie w marmurze, miekka, jak w ciele zywem - subtelna linia
+przegiecia...
+
+Czas mijal... Przesiedziawszy na laweczce dosc dlugo, Roman z
+trudnoscia powstal i oderwal sie od arcydziela sztuki. Spojrzal
+na zegarek - dochodzila piata - godzina zamkniecia Luwru. Postanowil
+obejrzec jeszcze, choc pobieznie, galerye obrazów...
+
+Skierowal sie spiesznie na pierwsze pietro gmachu. Minawszy sale
+pierwsza, zatrzymal sie w drugiej, malenkiej. Dwa, dlan osobiscie
+przepiekne, obrazy zajely calkiem jego uwage.
+
+Na jednym z nich, w aureoli blasków nad glowa, umarla, cicha, po
+fali sennej plynela postac blada z twarza anielska i lagodna, -
+to slawne dzielo Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisialo ono na
+prawo, równolegle z wejsciem do salki, na scianie zas bocznej od
+tego wejscia, w lewo, od innych odbijalo wdziekiem, pedzla "Girodet
+- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pieknego, jak marzenie, w postawie
+lezacej, pograzonego we snie glebokim. Na cudne oblicze boga
+Olimpu i zamkniete jego zrenice, z wysoka, prostopadly padal
+promien swiatla!.. Roman po chwili ruszyl dalej...
+
+Mijal teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
+
+A w salach tych milczacych, wielkich, unosil sie jakby nadprzyrodzony
+jakis duch idei piekna, zaklety, olbrzymi i bral despotycznie w
+posiadanie kazdego, kto korzyl sie przed kultem sztuki, czyja dusza,
+drgnieniem zachwytu, wyciagala w ekstazie ku jej niesmiertelnemu
+czarowi pragnace swe ramiona!
+
+Najpierwsi mistrzowie szkoly wloskiej, flamandzkiej, francuskiej,
+hiszpanskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
+slawy, wygladali z ram dzielami, niewidzialna dlonia zatrzymywali,
+jakby przed soba, mówiac, zdawalo sie, do Romana dumnie: -
+"podziwiaj nas!.."
+
+Idac wciaz przed siebie w ten sposób, dotarl wkrótce
+Dzierzymirski, do sal ostatnich.
+
+Bylo ich dwie; w jednej, podluznej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
+pelno bylo przepysznych obrazów, wzietych przewaznie z zycia
+królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej,
+noszacej miano "Van-Dycka", zwrócily uwage Romana, wsród
+kilkunastu moze dziel tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego
+samego, stojacego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i
+kardynala Richelieu'go, calego w purpurze.
+
+Dotarlszy do konca palacowych sal, Dzierzymirski puscil sie w
+powrotna droge, zagladajac tam i ówdzie, idac, wracajac -
+bladzac wsród tych drzemiacych w chwale wlasnej, nieprzeliczonych
+dziel pedzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...
+
+Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastepowaly mu droge...
+
+I Dzierzymirski przystawal ciagle... Zachwycal sie niejednym
+obrazem, ustepujacym moze innym, pod wzgledem piekna, lecz
+przemawiajacym zywiej do indywidualnego jego poczucia i pojecia
+sztuki.
+
+Tak wiec w jednej z sal zatrzymal sie dluzej sliczna glówka
+szkoly francuskiej, "Greuz'a", zlotawablond, z oczyma, wzniesionemi
+smutnie, w zamysleniu bladzacemi gdzies daleko, moze w idealów
+niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnacym melancholia i
+rozmarzeniem...
+
+Tamze równiez zajely go dwa obrazy tegoz mistrza: pierwszy "La
+laitičre" przedstawial rozwozaca nabial mloda wiwandyerke -
+wsparta, w zadumie cichej, o karego z bialym lbem konia; drugi pod
+tytulem: "Rozbity dzban", wdzieczny nad wyraz, wyobrazal
+dziewczatko w bieli... Wlosy miala ona rozczesane skromnie na dwie
+strony, stroilo je biale kwiecie, - w fartuszku rózowo - blade
+róze, na reku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w calej
+twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.
+
+Dzierzymirski coraz szybciej wymijal sale; nie znalazl sie w galeryi
+podluznej i olbrzymiej, w ksztalcie salonowego korytarza, szerokiego
+i przestronnego.
+
+Na scianach wisialo tu wiele pieknych okazów; miedzy innemi zatem
+dziela Rafaela Sanzio, jak na przyklad portret Joanny d'Aragon, w
+purpurowej sukni, przetkanej zlotem, S-go Jana Chrzciciela, oraz
+sliczny portrecik mlodego czlowieka, o wlosach blond, w czapeczce
+czarnej, podpartego, w zamysleniu i pare innych tegoz mistrza.
+
+Patrzyly tu równiez na Romana rzedem liczne dziela Marina, jak
+Urodzenie Najswietszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska
+kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpanskiemu Riberze,
+wystepowal z ram postacia umarlego Chrystusa, o twarzy przedziwnie
+spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostajacej - z cialem ran
+pelnem, ociekajacem, zda sie, krwia ciepla jeszcze... Bitwa
+Salvatora Rosy tamze necila oko realizmem i groza - dziesiatki,
+setki obrazów zatrzymywaly spojrzenie, a wreszcie dwa z nich
+najbardziej; pedzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...
+
+Oba przedstawialy ciemnookich, pieknych mlodzianów, o bujnie i
+naturalnie krecacych sie wlosach, cerze sniadej i dziwnie wiele,
+mówiacych twarzy, zblizonych rysami do siebie...
+
+Obrazy te, w ogólnym zarysie, równiez zlewaly sie ze soba. Naglem
+skojarzeniem mysli, przypomnialy one Romanowi, podobniez nieco
+traktowana glowe o wlosach, zlotawo - miedzianych, pedzla
+Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolanskiej. Przedstawiala ona Matke
+Boza, cala w czerwieni, z przechylona w tyl glowa i
+przymknietemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciatko
+Jezus równoczesnie wyciaga przed siebie w przestrzen swe raczyny
+malenkie, jak gdyby niemi pochwycic cos w powietrzu pragnelo...
+
+I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierzymirskiego splynela fala
+wspomnien...
+
+Mignal mu wiec przed wewnetrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
+gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezen
+lezaly jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak zywe, przeszlemi
+latami zamglone...
+
+Z powiewem zas lat tych minionych, z przeszlosci tchnieniem, w mózgu
+Romana znowu zaswidrowaly wyrzuty sumienia, dawne - te same.
+
+Zadumany, powracal Dzierzymirski, kierujac sie w olbrzymie sale ku
+wyjsciu, opanowany na nowo - wewnetrzna troska - niezdolny obecnie
+po prostu patrzec na dziela sztuki.
+
+Poza tem zreszta i czasu na to nie bylo... Zamykano juz Luwr.
+
+Spieszono sie powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turysci - malarze,
+dyletanci pedzla, kopiujacy tu zapamietale od samego rana na
+rozstawionych stalugach wszedy, halasliwie skladali swe przybory, a
+odglos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzacej tlumnie gromady
+ludzkiej, przeciaglem echem odbijaly sie o sciany i próznie
+olbrzymich sal muzeum.
+
+Wyludnialy sie one nader szybko; niebawem cisza utulac zaczela
+stopniowo twory czlowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i
+niewidzialny pozostal tu tylko, zda sie, król Piekna - bóg
+Sztuki!..
+
+W dziesiec moze minut pózniej Dzierzymirski wychodzil na ulice,
+gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
+"Metropolitain", po schodach spuszczac sie zaczal ku stacyi.
+
+Zaglebiony w myslach, kupil Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
+wyszedl na peron podziemnej poczekalni. W glowie jego, wsród mysli
+wielu, nieuksztaltowany jeszcze, niewyrazny, zakielkowal projekt
+opuszczenia Paryza, nieprzedstawiajacego dlan juz teraz, jako pobyt,
+celu zadnego, i udania sie do - Medyolanu...
+
+W tej samej chwili, z chrzestem, swistem, wpadl na platforme
+zreczny, maly, elektryczny pociag miejski.
+
+- Louvre!.. Louvre!.. - wrzasnieto donosnie, kilkanascie drzwiczek u
+wagonów otworzylo sie spiesznie... Wysypala sie z nich garstka
+ludzi, partya druga szybko zajela ich miejsce, Dzierzymirski
+wskoczyl za innymi do pociagu, z wielkim pospiechem, nie minela
+bowiem minuta, gdy juz zatrzasnieto na powrót z halasem u
+wagoników wszystkie drzwiczki.
+
+Kolejka ruszyla z miejsca pedem prawie, zanurzyla sie i zniknela,
+jak zmyta, w oswietlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami
+czelusci ciemnej podziemnego tunelu, biegnacego, jak wiadomo, pod
+wieksza czescia nadsekwanskiej stolicy.
+
+-----------
+
+
+Letnie, upalne popoludnie drzemalo jeszcze nad ziemia, skwarne jednak
+slonca promienie znizac sie juz poczynaly stopniowo...
+
+Ochoczo uwijaly sie po polach dziewczeta robocze, w swych krótkich
+kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
+reku, znac zboze, ukladajac je w snopy i kopy, a z lak i lanów
+dalszych odzywalo sie od czasu do czasu rytmiczne ostrzezenie kos i
+ich chrzest w slad za tem, scinajacy trawy, owsy i jeczmienie,
+rozlegal sie echem miarowem.
+
+W otaczajace go, tetniace ruchem i praca pola zapatrzony, na ciemnem
+tle parku nieposzlakowanie bialy milczaco wsluchiwal sie dwór
+gowartowski w odglosy, idace z lanów dalekich.
+
+Na werandzie, w glebokim fotelu siedziala marszalkowa Warnicka,
+pracujac z zajeciem nad robótka reczna; dalej nieco, w parku,
+poprzez drzewa alei migala jasna letnia suknia kobieca i sylwetka
+siedzacego obok niej mezczyzny; przez otwarte na sciezaj wreszcie
+tuz kolo balkonu okno saloniku dolatywaly dwa meskie glosy,
+zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.
+
+W saloniku owym grali w karambole Ladyzynski z Krasnostawskim.
+
+- Patrz, mlodziencze, i ucz sie! - mówil w tej chwili pan Emil,
+pochylony nad bilardem.
+
+Biala bila jego, musnawszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
+wracala wlasnie teraz posluszna, dotykajac lekko stojacej opodal
+trzeciej zóltej bili.
+
+- Aha!.. - wykrzyknal z tryumfem Ladyzynski. - Uderzenie znakomite,
+a rzadkie, jak kruk bialy!..
+
+Spojrzal na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
+okna, stal gdzies zapatrzony, przez grzecznosc w ostatniej tylko
+chwili obróciwszy sie szybko ku mówiacemu.
+
+- Barbarzynco! - wykrzyknal Ladyzynski, oburzony szczerze.
+
+- Jak to? - pytal zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziales pan
+wcale ?
+
+- Ale cóz znowu, i owszem! - zaprotestowal Krasnostawski, zmieszany
+nieco.
+
+Partner z pod oka spojrzal na mlodzienca i mruknal zlosliwie:
+
+- Co pan ciekawego wypatrujesz wsród alei? Nikt tam, que je sache, nie
+spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczesnojej...
+A tu tymczasem straciles pan coup de maītre, cug iscie
+wspanialy...
+
+I wskazujac dlonia stojace kule, objasnil juz spokojnie:
+
+- Przez czerwona... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tylem, przez piec
+band, i serya notabene gotowa - pochwalil sie.
+
+- Wiele mam? - zapytal po chwili. - A, prawda... - odpowiedzial sam
+sobie pan Emil, - osiemdziesiat szesc!... Przepadles pan z
+kretesem. Za chwile - requiescat in pace!..
+
+Przy tych slowach, Ladyzynski pochylil sie znów bilardem. Pod
+wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zrecznie,
+posypaly sie niebawem liczne karambole.
+
+Krasnostawski, od poczatku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
+dopuszczony, ziewnal skrycie, znuzony.
+
+- Ta zdradzila Radziwilla!.. - wykrzyknal w tej chwili pan Emil. -
+Chybilem - graj pan!..
+
+Krasnostawski z kolei zrobil kilka dosc umiejetnych karamboli.
+
+- Brawo, bravissimo! - potakiwal Ladyzynski - Z jakim przestajesz,
+takim sie stajesz, niedarmo tak glosi przyslowie...
+
+A ze znawstwem, sledzac dalej uwaznie gre partnera, dorzucil
+jeszcze, w rodzaju pochwaly:
+
+- Czolem, czolem!.. Wstepujesz w me slady.... bardzo dobrze, wcale
+niezle!...
+
+Krasnostawski, z przymusem, usmiechnal sie lekko, po paru
+uderzeniach wreszcie chybil.
+
+- Przeszla, minela, jak sen jaki zloty! - zadeklamowal
+Ladyzynski, z patosem. - zgubionys mlodziencze! - dorzucil, i
+pochylil sie nad suknem zielonem.
+
+- Gram z tylu - poinformowal - ostatni, smiertelny cios...
+
+Pchnieta, nakredowana poprzednio starannie, muszka kija - biala
+kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
+niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnela cicho dwie
+pozostale bilardowe kule.
+
+- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnal z ulga pan Emil.
+
+- No, teraz siadamy! - ciagnal dalej.- Dziekuje panu za partye! -
+podal uprzejmie reke Krasnostawskiemu, poczem wyjal papierosnice.
+
+- Sluze panu! - rzekl, wyciagajac ja w strone mlodego
+czlowieka.
+
+- Dziekuje bardzo! - odparl Krasnostawski, skloniwszy sie
+grzecznie, wzial papierosa, podsuwajac jednoczesnie Ladyzynskiemu
+zapalona zapalke. - Merci! - mruknal pan Emil. - Ha, zmachalem
+sie nie gorzej od molodycy, na polu przy burakach! - westchnal.
+
+Usiedli, i zapanowalo chwilowe milczenie.
+
+W ciszy pokoju slychac bylo teraz wyraznie jednostajne brzeczenie
+much; znizajace sie slonce scielilo swe promienie po zielonej
+powierzchni bilardowego sukna - salonik tonal caly w pólswiatlach
+konczacego sie letniego popoludnia.
+
+Nagle firanki u okien poruszyly sie gwaltownie - ktos drzwi
+otwieral...
+
+Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanal lokajczyk,
+mlode chlopie...
+
+- Zamykaj, do krocset! - zagrzmial Ladyzynski, porzuciwszy silny
+przeciag i zwrócil sie równoczesnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
+jeszcze ochote na partyjke?... bo ja - to nie!
+
+- O, ja równiez! - odparl szybko Krasnostawski - Zreszta nie moge,
+mam dzisiaj pilne zajecie jeszcze i wracac musze! - Zegnam pana! -
+dorzucil uprzejmie i powstawszy, wyciagnal reke do
+Ladyzynskiego.
+
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszajac sie z miejsca,
+odwzajemnil mu tenze uscisk dloni.
+
+Krasnostawski, niby szukajac czegos po pokoju, zblizyl sie
+zrecznie do okna, poslawszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
+
+Siedzac wciaz na swem miejscu, Ladyzynski sledzil spod okna, a
+usta skrzywily mu sie przy tem sarkastycznie.
+
+- Cóz to tak zapamietale pan szukasz? - rzucil ironicznie - serca,
+czy glowy?
+
+- O, nie... tylko kapelusza!.. - odcial chlodno Krasnostawski, i
+rzuciwszy siedzacemu powtórnie pozegnanie uprzejme, wyszedl z
+saloniku.
+
+- Hm... hm!.. - mruknal do siebie stary kawaler, i powstal.
+
+- Wyczysc bilard szczotka tak, jakem cie nauczyl na wskos,
+nicponiu!.. - rozkazal krecacemu sie po pokoju lokajczykowi, i
+strzepnawszy ubranie, opuscil bilardowa salke, zmierzajac ku
+werandzie.
+
+- Zawsze przy pracy, pani marszalkowo! - powital siedzaca przy
+robótce pania Melanje i usiadl wygodnie na bujajacym sie fotelu.
+
+- No, i pan, panie Emilu, pracowales takze - usmiechnela sie
+lagodnie matrona. - Stad slyszalam, jak stukaly karambole i
+postepowal razno wyklad gry bilardowej...
+
+- Ano, trudno!.. Trzeba pouczac mlodych! - odparl pan Emil i
+usmiechnal sie swoim zwyczajem. A gdziez to mloda para? - rzucil.
+
+Marszalkowa nie zrozumiala pytania. - Jak to? - zdziwila sie.
+
+- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objasnil niedbale, kolyszac sie
+leciutko w fotelu.
+
+- Aaa !.. - zasmiala sie marszalkowa - sa w ogrodzie - dodala
+spokojnie. - A pan Boleslaw gdziez sie znajduje? - zapytala z kolei.
+
+- Przegrawszy partye karamboli i poslawszy trzydziesci i jedno
+spojrzen tesknych w strone ogrodu i przechadzajacych sie tam ludzi,
+uciekl do domu - odpowiedzial pan Emil.
+
+- Ze tez pan ciagle tak samo niepoprawny i zawsze musi widziec cos
+niepotrzebnego! - obruszyla sie, z widocznem niezadowoleniem,
+marszalkowa.
+
+- To tak tylko dla kontrastu z pania marszalkowa! - odparl
+slodziutkim tonem, ukladnie pan Emil i usmiechnal sie szyderczo.
+
+- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwala glowa staruszka. - Zeby to
+tylko tak bylo w istocie ! - Alez upewniam pania marszalkowe -
+podchwycil Ladyzynski. - Wracajac jednak do poprzedniej prozy
+zycia, i jego wypadków - ciagnal wolno - ciekawym, czemu ten Roman
+nie wraca?..
+
+- A! - zywo odparla pani Warnicka. - Zapomnialam powiedziec panu...
+Wczoraj wieczorem byl list od niego... Donosi, ze z Ostendy, dokad
+udal sie prosto z Paryza, dla odpoczynku, przybyl juz do Mediolanu,
+gdzie zabawi dluzej...
+
+- Hm, hm! - chrzaknal pan Emil. - Ze tez prezesuniowi kochanemu nie
+teskno: do zony primo, do mnie - secundo, to sie wydziwic temu nie
+moge - wyglosil calkiem seryo.
+
+Marszalkowa na te slowa usmiechnela sie do siebie, w milczeniu,
+Ladyzynski mówil zas dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
+
+- Patrzcie panstwo, juz wpól do ósmej!.. O wpól do szóstej
+zaczelismy grac z Krasnostawskim partyjke, a pania marszalkowe
+pozostawilismy wszyscy tu na balkonie samotna... Tiens... tiens... jak
+to czas leci.
+
+Pan Emil spojrzal na ogród, szukajac cos oczyma i w tejze samej
+chwili zerknal na marszalkowe. Ta ostatnia równiez wyslala
+spojrzenie do parku. Zlosliwie nieco wykrzywil usta pan Emil i
+wpatrzyl sie badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojetnie calkiem
+odwrócila po chwili glowe i konczyla spokojnie robótke.
+
+Zapanowalo milczenie.
+
+- Dziwny aforyzm przychodzi mi do glowy! - odezwal sie Ladyzynski,
+w pare minut pózniej.
+
+- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do glowy?.. -
+zasmiala sie staruszka.
+
+- Piekna kobieta - wyglosil z patosem pan Emil - to czestokroc
+wcielenie slepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewska swa
+laska nie zasluzonych, lecz szczesliwych, choc wszyscy, niby
+gracze, pragneliby w duchu wygrac najwyzsza tylko stawke...
+
+Siwe oczy marszalkowej na chwile zablysly rozumnie, i odparla
+lekko, w tym samym tonie:
+
+- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawila sie w panu! -
+pochwalila ironicznie i dodala: - Ja nie wiem, doprawdy, czy
+potrafie, skromna, wzniesc sie na takie wyzyny... Lecz i mnie
+równiez, dziwnym zbiegiem okolicznosci, aforyzm swita w mysli:
+
+I po chwili pani Melanja wyglosila z przyciskiem:
+
+- Podejrzliwosc - to wcielenie satanizmu!.. Oczernic, zbrukac
+potrafi najczystsze, sniezne jagnie, tem gorsze zas ono, ze
+uwierza mu ludzie, goniacy, z rozkosza, za obmowa, chocby nia byl
+i falsz wierutny!..
+
+- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedzil w póluklonie pan
+Emil, i zamilkl.
+
+- No, zegnam kochanego pana! - odpowiedziala marszalkowa, i powstala
+ciezko z fotelu. - Ide - ciagnela - wydac rozporzadzenia do
+wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widze, zapomniala sie dzisiaj, a
+pana - tu uczynila reka niewyrazny ruch w powietrzu - pozostawiam
+sam na sam z aforyzmami!.. - zasmiala sie przy tem staruszka
+zlosliwie nieco, i znikla we drzwiach salonowych.
+
+Ladyzynski, po wyjsciu marszalkowej, zapalil papierosa i
+zamaszyscie poczal kolysac sie na biegunach fotelu.
+
+- Smiej sie, smiej, babulenko! - mruknal z cicha. - Ja mam swój
+rozum i wech swietny. O, co do tego, to zapewnic moge, ze nos mam
+wyborny!.. - dotknal twarzy, zasmial sie do siebie, wciagnal
+powietrze, i powstawszy, zeszedl po stopniach schodów balkonu.
+
+Spojrzal znowu na zegarek i mruknal:
+
+- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemze dwie i pól godziny sam na sam
+mówic ze soba moga dwoje mlodych ludzi, jesli nie o milos...
+Psst! - syknal glosno i polozyl sobie na ustach palce. -
+Podejrzliwosc albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, -
+dokonczyl, i zasmial sie znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnal
+do siebie jeszcze i skierowal sie do ogrodu.
+
+Slonce zachodzilo wlasnie. Biale sciany gowartowskiego domu
+gorzaly czerwienia, blyszczaly, zlocily sie okna, dach blaszany
+zarzyl sie, jak glownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie
+zarózowialy sie, rumienily brzozy, mienily od gasnacych promieni,
+w odblaski polerowanej miedzi, deby, lipy, topole...
+
+Ladyzynski, zaglebial sie dalej i dalej w ogród, idac krokiem
+pewnym, az znikl, pochloniety cieniami ciemnawej juz, drzew
+wierzcholkami zroslej ze soba alei; poszukiwania jego jednak mialy
+spelznac na niczem. Mlodej pary, jak ja pan Emil zartami nazwal,
+nie bylo juz w ogrodzie.
+
+Topolski i Ola, przed pól godzina, znalazlszy sie na skraju parku i
+lanów szerokich, opuscili ogrodowa aleje, pociagnieci
+wspólwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnacej wsród
+pól, ugorów, laczce, w przedwieczornej swiezosci skapanej
+calej.
+
+Gawedzac, smiejac sie i przekomarzajac na przemian bezustannie,
+oddalili sie oni nawet juz dosc ode dworu, nie spostrzeglszy tego
+naturalnie wcale.
+
+Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyspieszyl
+Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w poblizu Gowartowa dóbr
+swoich "Szczesnaja".
+
+Bawil juz tu przeszlo od szesciu tygodni, bedac nader czestym
+gosciem osamotnionej prezesowej Dzierzymirskiej; Ola zas, nie majaca
+prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa zadnego, zazwyczaj niezmiernie mu
+rada byla.
+
+Topolski zas ze swej strony podobac sie mógl tylko. Ogladzonych
+form swiatowych, przystojny i mily, byl równiez bardzo
+inteligentnym, a lekki poklad idealnego marzycielstwa, w kontrascie
+polaczony ze szczypta sceptycyzmu, czynil go interesujacym bardzo,
+szczególniej dla kobiet. W kole plci pieknej czul sie zawsze
+panem... Posiadajac wrazliwosc czulostkowa przyrodzona, rozumial
+on kobiety przytem stokroc lepiej od innych mezczyzn, odczuwal je
+subtelnie, - w podbijaniu zas serc niewiescich, cierpliwem i
+umiejetnem, - mistrzem go nazywano.
+
+Prózniacze zycie jego, zjadajacego dochody "panka", zabarwione tylko
+z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem sie sztuka, oraz
+podrózowaniem po swiecie - skladalo sie tez przewaznie z
+krótszych lub dluzszych milostek, z lancucha: "bonnes fortunes",
+które, jak ogniwa, ze soba bezustannie laczyc sie staral.
+
+Poznawszy Ole Dzierzymirska, Topolski postanowil zdobyc ja
+nieodzownie. W tym celu wiec dowiedziawszy sie o bytnosci Romana
+Dzierzymirskiego za granica, przyspieszyl wyjazd na Ukraine, i od
+dwóch juz niespelna miesiecy pracowal wytrwale, powoli, ze
+znawstwem swej sztuki, cegielka za cegielka, budujac swe przyszle,
+jak nazywal - szczescie!
+
+Z poczatku bylo mu niezmiernie trudno skierowac, pchnac Ole, choc
+nieznacznie tylko, na swe tory.
+
+Gra ta, zlozona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
+znajomosci "kobiety," parokrotnie srodze zawiodla go z Ola
+Dzierzymirska. Lecz po paru juz tygodniach uczul Topolski wreszcie
+grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfowal
+skrycie - i szedl dalej...
+
+Dzis zas, po tygodniach szesciu pobytu, mial on juz za soba mala
+przeszlosc w tym wzgledzie; miedzy nim, a Ola mianowicie biegla
+nic trwala obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekan,
+paradoksów, okreslen - garsc faktów jednak na pozór nic nie
+znaczacych prawie...
+
+A wiec, na przyklad, gdy w gronie osób postronnych, trzecich,
+toczyla sie rozmowa o temacie, poruszonym juz przez nich dwojga
+niegdys w pogawedce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki,
+literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych
+codziennego zycia - usta ich usmiechaly sie nieznacznie, a
+równoczesnie oczy spotykaly sie, posluszne...
+
+To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdazylo wymówic mysl
+jakas, czestokroc drugie, chwytalo ja szybko juz w lot i na nie
+wypowiedziane, a przeczute slowa, dawalo trafna odpowiedz, lub
+rzucalo aforyzm dwuznaczny, majacy li tylko dla nich dwojga znaczenie,
+dla innych niezrozumialy czesto wcale - poruszajacy zas soba
+wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...
+
+Szukali sie wzajemnie równiez, unikajac towarzystwa drugich,
+pragnac zawsze byc ze soba, wylacznie sami.
+
+A po za tem? Och, okreslic nawet trudno.
+
+Dziesiatki, setki, tysiace malenkich, niklych zdarzen, powiklan,
+chwil, chwilek, slów, slówek, gestów, drgnien twarzy, usmiechów,
+niedomówionych spojrzen, uscisnien dloni, przyjazniejszych,
+czulszych - w nieskonczonosc biegnac, zaciesnialy ich dwie duchowe
+jaznie coraz bardziej, motaly ich ze soba i z nitki poczatkowo
+pojedynczej tylko, czas uprzadl tkanine przedze niewidzialna, a
+nierozerwalna juz jednak, co silnie, a trwale zlaczyla ich w koncu
+ze soba!
+
+I Topolski, blakajacy sie z poczatku w swej grze trudnej zaplatal
+sie sam wkrótce, nie wiedzac nawet kiedy, w zastawione zrecznie na
+Ole sieci.
+
+Serce w nim obudzilo sie po raz pierwszy moze w zyciu!.. On, motyl
+niestaly, powierzchownie tylko kochliwy, w kazdej zameznej,
+wdziecznej buzi - zakochal sie na seryo w Oli!
+
+Dzis od dwóch godzin przeszlo, w slów dobieranych szermierce,
+flirtowal z nia - teraz juz dlan ukochana, a przez to samo
+upragniona jeszcze bardziej.
+
+Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
+tem, co zajmowalo ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
+przedzy codziennego zycia.
+
+On wspominal i opowiadal barwnie wrazenia licznych podrózy,
+dowcipkowal, smial sie, przytomny bezustannie gry swojej; Ola
+sluchala mówila, opowiadala z kolei wiele sama... Jak w zlocie
+lanów zboza, jednostajnem od maków purpurowych i blawatnych
+chabrów, roilo sie w tej ich slów gawedzie od dwuznaczników, w
+lekka forme obleczonych ze strony Topolskiego oswiadczyn i
+pólslówek - polowicznem niedomówieniem wiele mówiacych nieraz
+rzeczy!..
+
+Przed chwila, slonce ulozylo sie do snu. Topolski konczyl
+jednoczesnie wywolane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczacego
+sie wschodu slonca obserwowanego z wierzcholka góry "Mont Blanc,"
+spowiadajac sie z wrazenia podnioslego, doznanego wysoko!..
+
+Slowa pelne zapalu, efektowne, zamarly mu wlasnie na ustach, na
+których spojrzeniem calem zawisla artystyczna dusza idacej obok
+niego kobiety.
+
+Zapanowalo pomiedzy niemi chwilowe milczenie:
+
+Ze stepu tymczasem, z lanów, plynely wonie zbóz, i polnych
+kwiatów; zaby i chrusciele odzywaly sie w moczarach laczki - czar
+letniego gasnacego dnia chwytal za dusze...
+
+- Wie pan, zesmy porzadnie od domu daleko! - pierwsza wesolo
+zasmiala sie Ola.
+
+- A tak? - zadziwil sie niby Topolski. - To wracajmy! - rzekl
+niechetnie.
+
+Zawrócili. Szli wolno czas jakis, pomimo woli zamysleni.
+
+- Tak, pani - przemówil Topolski, snac bladzac jeszcze mysla
+hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrazenie to bylo tak
+silnem, iz nie zapomne go do konca zycia. - I wie pani? - dorzucil,
+z usmiechem dziwnym i naglym - o czem mimo woli pomyslalem w owej
+uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk slonca ozlocil cypl sniezny
+"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.
+
+- No, ciekawam bardzo? - zapytala Ola i spojrzenie piekne utkwila w
+twarzy mlodego czlowieka.
+
+- O kobiecie!.. - odrzekl Topolski, i zasmial sie; nie otrzymawszy
+zas na to zadnej odpowiedzi, spojrzal po chwili spod oka na Ole.
+
+Z pieknej twarzy mlodej kobiety, jakby odpedzany umyslnie,
+pierzchal cien wyraznego niezadowolenia; Topolski sie spostrzegl,
+iz postapil niezrecznie, wiedzial bowiem z wieloletniej praktyki
+doskonale, ze nie nalezy nigdy wobec kobiety, o której wzgledy ci
+chodzi, wspominac dobitnie, ze przed nia byla inna. Poprawil sie
+natychmiast.
+
+- To jest... zle mówie!.. - rzekl seryo calkiem, usmiechnawszy
+sie atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej
+myslalem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecosci!..
+
+- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwila sie Ola. - Cóz
+bowiem wspólnego ma wschód slonca...
+
+- O, i bardzo! - przerwal Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
+stojac na wysokosciach niebotycznych, - ciagnal, zapalajac sie do
+slów wlasnych - ujrzalem nagle, jak zarózowiona silnie jutrzenka
+prysla snopem promieni, jak calujac jakby po prostu okoliczne
+szczyty, niepokalane, sniezne - objela w ramiona zwycieskie swiat
+caly, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraznie szczesliwy!
+- Topolski umilkl na chwile...
+
+- Skojarzeniem mysli, moze dziwnem w istocie w Chwili danej -
+konczyl juz spokojniej - porównalem majestatyczne, królewskie
+slonce do uczucia kobiety - milosci bezbrzeznej, wielkiej, która
+równiez swa potega i blaskiem rozjasnic, uszczesliwic moze
+czlowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokosciach - swiat caly!..
+
+- Och, jakiz poeta z pana! - zauwazyla, z usmiechem, Ola i umilkla,
+poczem jednak dorzucila calkiem powaznie:
+
+- Aczkolwiek mnie osobiscie na razie mysl ta do glowy nie przyszlaby
+moze, gdybym sie tam znajdowala na panskiem miejscu, rozumiem ja
+jednak i odczuwam doskonale...
+
+- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycil Topolski. - Pani przyznaje -
+ciagnal, - ze egzystuje poniekad w pojeciach tych analogia
+pewna... Sluchajac pani jednak, przychodzi mi do glowy jedno
+spostrzezenie... - zatrzymal sie...
+
+- Musiala pani - i instynktownie Topolski nadal glosowi brzmienie
+lagodne, czule - w zyciu swem kochac kogos bardzo...
+
+- Dlaczego? - zapytala z usmiechem Ola.
+
+- Bo inaczej nie zrozumiala i nie odczulaby pani wrazenia mego! -
+rzucil po francusku Topolski.
+
+- Kochalam! - odparla stanowczo, w tymze jezyku, Ola.
+
+- Kogóz, jesli spytac wolno i jesli to nie jest zadna tajemnica
+stanu?
+
+- Meza! - odparla po polsku, lakonicznie Ola, patrzac ironicznie
+nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywil sie z lekka.
+
+- Ach, ja nie myslalem o tem zgola... Meza powinno sie kochac...
+Zreszta - usmiechnal sie zlosliwie - uzyla pani czasu
+przeszlego... Kochalam, j'ai aimé - ciagnal ironicznie, - wszak, o
+ile mnie pamiec grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé
+défini... - zaakcentowal wyraz ostatni.
+
+- Och, jakze pan lapiesz za slowa! - zasmiala sie nieszczerze
+troche Ola. - Przy tem zapragnales pan pochwalic sie znajomoscia
+francuskiej grammatyki, i nie udalo sie... J'ai aimé - to passé,
+indéfini - odciela.
+
+- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostal
+dluznym Topolski.
+
+- Ech, nieznosnym sie pan stajesz! - zasmiala sie mloda kobieta. -
+Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazala ruchem reki niebo,
+widocznie pragnac zmienic temat rozmowy. - Jakie piekne chmurki,
+nieprawdaz?..
+
+Topolski wolno zwrócil glowe, we wskazanym kierunku.
+
+- Przesliczne! - potwierdzil.
+
+Niby zarózowione, zdrowe, w aureoli zlocistych wlosów, buziaczki
+zasypiajacych rzedem obok siebie smacznie dorodnych dziatek,
+ukladaly sie do snu na niebieskawo-perlowem tle nieba obloczki
+male, koralowo-zlote, - zaklete jakby cudownie w ostatnim odblasku
+spiacego juz slonca.
+
+Dluzszy czas stali Topolski z Ola, zapatrzeni w gre swiatel
+wieczora; po niejakims czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta
+spojrzala przed siebie.
+
+- Regardez! - przerwala milczenie swym mile brzmiacym glosem. - Wszak
+to Krasnostawski, prawda? - zwrócila sie do towarzysza, pokazujac mu
+ruchem glowy zblizajacego sie pedem ku nim jezdzca.
+
+- Tak. Zdaje sie, ze to jasnie pan plenipotent pomyka - odparl z
+przekasem Topolski, z zaakcentowana rozmyslnie obojetnoscia w
+glosie.
+
+Tymczasem kasztanek zlotawy, parskajac cicho, przemknal tuz kolo
+nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chlodnym nieco, i nie zatrzymujac
+sie wcale, sklonil sie Krasnostawski stojacej parze.
+
+Topolski i Ola w slad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiajac znów
+zywo ze soba, jezdziec zas, na wskos przeciawszy laczke,
+wspinac sie zaczal po pochylosci jaru. Z lekkiego poczatkowo pod
+góre truchcika, kon przeszedl w wolnego stepa...
+
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodzily wyraznie
+slowa i smiechy idacej laczka pary.
+
+Mlody czlowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicruta,
+pochwycil cugle, i pomknal dalej...
+
+- Ze tez im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknal.
+
+Obecnosc ciagla Topolskiego przy Oli gniewala niepomiernie mlodego
+plenipotenta. Znal on, jak wiadomo, dzisiejsza dziedziczke Gowartowa
+od lat blisko dziesieciu. Dziewczeciem jeszcze podobala mu sie ona
+bardzo.
+
+A potem?.. Wszak pamieta doskonale te chwile, gdy dowiedzial sie on
+od starego Gowartowskiego, ze Ola uciekla z Dzierzymirskim...
+Dziwnego, och, niepojetego dlan nawet, na razie doznal wówczas
+wrazenia! Po smierci zas pana Januarego i przyjezdzie mlodych,
+przypadek bardziej jeszcze zblizyl go do niej, a bylo nim
+powtórzenie zbolalej córce doslownie ostatnich chwil ojca i slów
+jego, pelnych przebaczenia...
+
+Fakt ten, na pozór drobny, stal sie jednak dla Krasnostawskiego
+wysoce powaznym, postawil go bowiem wobec nowych chlebodawców na
+przyjaznej, poufalej niemal stopie, i takim dotad bez zmiany
+pozostal.
+
+Co rok, gdy Dzierzymirscy przyjezdzali do siebie na wies, pierwszy
+wital ich na progu Krasnostawski, bywajac potem zawsze stale co dzien
+niemal w Gowartowie... Dzierzymirscy traktowali go, jak równego im
+zupelnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez róznicy, o
+kazdej dnia porze, ze wzgledu zas na dobre wychowanie jego, i
+wspomnienie, iz do snu wiecznego zamknal byl Gowartowskiemu powieki,
+uwazano go nawet jakby za nalezacego do rodziny.
+
+Czul sie zatem mlody pan plenipotent w palacu, jak u siebie w domu,
+zastepowal mu on strzeche rodzinna, której nie posiadal wcale i
+trwalo tak rok rocznie przez kilka letnich miesiecy. Potem znów
+nastepowala dlan dluga przerwa; - gospodarstwo, samotnosc, nuda i
+wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierzymirskich!
+Powtarzalo sie to bezzmiennie przez lat ubieglych pare, i przez czas
+ten caly stala sie rzecz, której z latwoscia domyslec sie
+mozna bylo...
+
+Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
+balamucacy wszystkie ladniejsze dziewczyny w okolicy -
+niepostrzezenie, poczatkowo nie zdajac sobie nawet wcale sprawy,
+zakochal sie na zabój w swej pieknej, mlodej dziedziczce i pani...
+
+Latwe sercowe zdobycze pomscily sie na lekkomyslnym panu
+plenipotencie. Milosc prawdziwa, silno powalila go juz w drugim
+roku pobytu u Dzierzymirskich.
+
+Zabrala mu serce kobieta, dla niego calkiem, i rzec mozna, na zawsze,
+niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgledu warunków sluzebnej
+róznicy polozenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z
+powodu charakteru Oli, jak sie zdawalo, bez skazy, niezlomnych jej
+zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotad jedynej - milosci jej
+dla meza.
+
+Przebolal zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanowal nad soba. Nikt
+nie zbadal dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."
+
+A dzis, uczucie drzemiace i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz
+i jezyków ludzkich, przeobrazilo sie juz bylo w prawdziwy kult...
+Codzienny gosc Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiazkami, zyl
+"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych pare wlasnie,
+podczas których obcowal z Ola, mloda kobieta zas stanela w duszy
+jego, nie zlozonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pieknej i
+prostej - na piedestale swietosci prawdziwej! Krasnostawski modlil
+sie niemal do Oli!..
+
+I oto teraz przyszlo mu cierpiec podwójnie: dotad odbierala mu
+ubóstwiana koniecznosc zycia, w postaci meza... - Dzis przy boku
+jej sie zjawil inny... Krasnostawski znienawidzil pana na
+Szczesnej...
+
+Zazdrosc, ta milosci siostrzyca, pochwycila go w swe szpony
+krogulcze, dreczac bez litosci... Meke te zas powiekszalo
+jeszcze poczucie wlasnej niemocy.
+
+Myslac o tem po raz setny, Krasnostawski pedzil wciaz szybko,
+naglac niemilosiernie spicruta wierzchowca.
+
+- Sluga jestem i na wieki sluga zostane!.. Psie zycie, psie!.. -
+rzucil glosno z gorycza obszarom, sniacym w mroku. - On mi ja
+wezmie, pokala, ja to czuje, przeczuwam!.. Lecz co czynic mam, co
+robic? - wolal do siebie wzburzony przyjaciel, domownik palacowy
+Dzierzymirskich. - Zastrzelilbym go, to lisiatko! - mruknal ciszej.
+
+W tej samej chwili kon sie potknal, Krasnostawski sciagnal
+instynktownie cugle, i poczal jechac wolno.
+
+Wokolo niego, otulony szarzyzna mroku, kolysal sie step maly,
+wysoka trawa lechtala mu opuszczona w dól siodla reke. W oddali
+rysowaly sie juz cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukrainskiej
+fermy, zlozonej tylko z toku, to jest: stodól, spichlerza, paru
+jeszcze zabudowan gospodarskich, i jego wlasnego, niskiego,
+mieszkalnego domku - królujacych w cieniu kilkunastu drzew wsród
+pól i lanów szerokich.
+
+Krasnostawski zdjal czapke i przetarl chustka czolo. W krag niego
+lataly tysiace muszek malych, brzeczaly zalosnie roje komarów;
+bak gral gdzies w moczarach, a przepiórka zablakana, wedrujaca
+jeszcze po polach, odzywala sie gdzies niesmialo samotna...
+
+Przejechawszy wolno kawalek stepu, Krasnostawski puscil sie znów
+poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szlapaka.
+Prychajac nozdrzami, czujac stajnie blisko, pomknal kasztan ochoczo.
+Pedem powietrza i konskiego biegu, wysokie trawy zakolysaly sie
+trwoznie - zaszumialo na stepie...
+
+Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczyl w bok gwaltownie: to
+ukladajacy sie juz do snu blogiego zajac pomknal mu chyzo spod
+nóg i znikl w wieczornym mroku... Niebawem jezdziec z koniem wpadli
+na trakt szeroki.
+
+- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdrozsza!.. A szkoda - szkoda! -
+szeptal do siebie podniecony Krasnostawski.
+
+- Co czynic? jak przeszkodzic temu? - huczalo mu dalej w glowie.
+
+Lecieli wciaz... Domostwa Tomaszówki stawaly sie coraz
+wyrazniejsze, blizsze... Wyminal ich wóz; jadacy w przeciwna
+strone, chlop poklonil sie nisko, lecace za wozem zrebie
+przylaczylo sie do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.
+
+- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawolal chlop przeciagle: zrebczyk
+zastrzygl uszami, prychnal i zawrócil galopem.
+
+- Ach, czemuz, czemuz nie wolno mi kochac ciebie, najdrozsza? -
+wyrzucil z siebie Krasnostawski wymówke, pelna goryczy. - Ja bym
+cie ozlocil, kleczal przed toba - zmiatal proch u stóp twoich!..
+
+Jezdziec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec
+malego dworku. Zatrzymali sie... Krasnostawski zeskoczyl z kasztanka
+i huknal donosnie.
+
+Niebawem zjawil sie wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
+wierzchowca, znikl z nim pomiedzy strzechami podluznych budynków;
+mlody czlowiek zas, szepcac jeszcze smutnie cos z cicha do siebie,
+schyliwszy glowe, wszedl do wnetrza malego, krytego sloma dworku.
+
+Odemknal drzwi kluczem, a przestapiwszy próg, zatrzasnal je z
+halasem. W slad za tem potarl zapalke, a zapaliwszy lampe,
+zblizyl sie do biurka, stojacego pod oknem, wsród skromnie
+umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o duzych wystajacych u
+pulapu belkach.
+
+- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyc i kochac, nie mnie!.. Do pracy,
+slugo, placa ci za to! -szepnal Krasnostawski, z bezmierna
+gorycza. Rozlozywszy jednoczesnie na stole olbrzymia rachunkowa
+ksiege, umoczyl pióro w kalamarzu i usiadl ciezko przed
+biurkiem.
+
+Cisza zalegla pokoik. Przerywal ja tylko szelest papieru i zgrzyt
+donosny stalki w obsadce - czasami zas akordem w te muzyke milczenia
+i pracy wplotlo sie z rzadka stlumione westchnienie ciche.
+
+-------------
+
+
+Ukrainskie lato upalne dobiegalo konca, zanikalo, wypierane
+jesienia wczesna, w tym roku piekna bardzo - przezrocza...
+
+Zycie w Gowartowie plynelo cicho, a dnie mijaly tutaj za dniami,
+wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ladyzynski
+zatem tak samo zawsze szyderczy z marszalkowa sie sprzeczal i
+rozmyslnie przeszkadzal flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski,
+tlumiac w sercu ból, zal, gorycz i zazdrosc, przyjezdzal tu jak
+zwykle, co dzien, a bawiac w palacu coraz krócej, po partyjce
+bilardu z panem Emilem, uciekal do swej wsród pól samotni.
+
+Czasem zajrzal do Gowartowa ktos z dalszych, lub blizszych
+sasiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjezdzajac calym
+rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczal sie w palacu. Dom
+caly naturalnie zniewolonym byl byc na uslugi gosci, dzialo sie
+to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ladyzynskiego. Bywalec
+eleganckich miejskich salonów, zly chodzil wówczas z kata w kat,
+ziewajac skrycie i pokpiwajac nieznacznie z przybylych w goscine;
+sasiadów Gowartowa nie lubial bowiem pan Emil i z góry stale
+traktowal, ochrzciwszy wszystkich ryczaltowo mianem "serwatki
+towarzyskiej"...
+
+W niedziele wszyscy z palacu jezdzili do kosciola - w tygodniu, dla
+ubarwienia jednostajnego skadinad zycia, oddawano sasiedzkie
+wizyty... Pan Emil wtedy zostawal zawsze w domu, a namawiajac panie,
+by jechaly, staral sie zwykle wybrac na to dzien, w którym
+spodziewal sie odwiedzin Topolskiego.
+
+Hrabia ze Szczesnej, przyjezdzajacy teraz, regularnie, co drugi
+dzien prawie, stawial sie wówczas niezmiennie. Ladyzynski,
+usmiechniety zlosliwie, przyjmowal go z otwartemi ramiony, do
+karamboli natychmiast werbowal, nic najczesciej przy tem nie mówiac
+o wyjezdzie pan, wymijajac zrecznie jego pytania w tym wzgledzie.
+Dopiero pózniej, po partyi, wychodzil na chwile, wracal, i
+spokojnie oznajmial mu o tem, mniej wiecej w ten sposób: "Wszak
+hrabia kochany o panie mnie sie pytal? n'est ce pas? Pardon... na
+smierc zapomnialem... wyobraz pan sobie, wyjechaly przed godzina
+na spacer, pewny bylem... A tu, concevez... Dowiaduje sie wlasnie,
+iz palnely sobie wizytke!.."
+
+Topolski rad nie rad niebawem odjezdzal, pan Emil zas, ironiczny,
+zjadliwej uprzejmosci pelny, odprowadziwszy go do powozu - zacieral
+rece z radosci.
+
+Pomimo jednak usilowan zrecznych Ladyzynskiego, stosunek
+Topolskiego i Oli zaciesnial sie coraz bardziej; przyjazn
+fermentowala juz, potegowala zas stosunek ten przedluzana coraz
+bardziej nieobecnosc Dzierzymirskiego, od którego, po liscie
+oznajmiajacym wyjazd do Medyolanu - nie bylo zgola zadnej
+wiadomosci.
+
+Byl wieczór letni, kojacy, cichy...
+
+W palacu gowartowskim zgaszono juz wszystkie swiatla, prócz jednego
+- w jadalni, gdzie marszalkowa przegladala swieze gazety. Niebawem
+odlozywszy je na bok, ze zmeczonych oczu staruszka zdjela okulary,
+a przetarlszy powieki, powstala i skierowala sie ku balkonowi.
+
+Tam, wziawszy w reke laske, zeszla do ogrodu, zaglebiwszy sie w
+jedna z cienistych alei.
+
+Ola, Topolski i nieodstepny ich satelita, pan Emil, uzywali
+przejazdzki lódka po stawie, w ta strone wiec skierowala kroki
+marszalkowa. Wkrótce przed nia zaszklila sie tafla stawu, staruszka
+usiadla na laweczce i poslala spojrzenie w dal...
+
+Do uszu jej jednoczesnie, w wieczornej ciszy wyrazna, doleciala
+piesn, spiewana zgodnie silnym meskim tenorem Topolskiego i
+cieniutkim sopranem Oli, z przeciaglem do wtóru gwizdaniem pana
+Emila. Barka znalazla sie niebawem posrodku stawu. Piesn, urwana
+nagle, zcichla, marszalkowa krzyknela, jak tylko mogla
+najglosniej: - Hop!.. hop!..
+
+- By... waj! - odpowiedzial natychmiast pan Emil, rozlegly sie
+szybsze uderzenia wiosel, plusk wody i lódz chyzo kierowac sie
+poczely ku brzegowi, Ladyzynski po chwili przylozyl do oczu
+reke i krzyknal;
+
+- Per Bacco! Wszak to pani marszalkowa!..
+
+- O, ciociu! Czemuz cioteczka przyszla az tutaj? Jakze mozna...
+wilgoc ze stawu, opary niezdrowe! - rozlegl sie z kolei cieniuchny
+glosik Oli.
+
+- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedze sobie, taki sliczny i cieply
+wieczór... Jedzcie, jedzcie, jak sie zmecze, to powróce! -
+odkrzyknela pani Melania.
+
+- E, cóz znowu? - zagrzmial basem Ladyzynski. - I my wracamy.
+Ksiezyc zreszta dzis niecnota nie dopisuje i chowa sie ciagle...
+Naprzód!.. - zakomenderowal donosnie.
+
+- Nieprawdaz? - dodal ciszej, zwracajac sie ku siedzacej w lódce
+mlodej parze.
+
+- Alez naturalnie! - potwierdzila szybko Ola, widzac, iz Topolski
+milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziebi sie, jak ja pozostawimy tu
+dluzej, a sama do domu tak rychlo nie pójdzie...
+
+Po chwili, lódz stanela u brzegu. - Ciotuniu, jestesmy.. - zywo
+krzyknela Ola, i wysiedli wszyscy.
+
+Topolski z Ola poszli naprzód, pan Emil zas pozostal, systematycznie
+ulozywszy wiosla i zamknawszy na klucz klódke u lancucha,
+przytwierdzonego do barki, poczem zapalil z wolna papierosa.
+
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozlegl sie z góry, na brzegu,
+wolajacy glosik Dzierzymirskiej.
+
+- Ide, ide! - odpowiedzial w ten sam sposób Emil, nie ruszyl sie
+jednak wcale. Po chwili warknal do siebie pólglosem:
+
+- O, nie podoba mi sie coraz wiecej ten farbowany na hrabicza! Lecz
+swoja droga pozycya moja tutaj jest w zupelnosci idyotyczna...
+Marszalkowa, jak slepa: nic nie widzi; on, wsciekly, zebami na mnie
+po cichu zgrzyta ona sie dasa... Que diable! Nie bylem dotad nigdy
+strózem cnót mlodych mezatek!..
+
+I Ladyzynski wzruszyl ramionami, poczem z wolna skierowal sie ku
+palacowi.
+
+Pozostala zas trójka byla juz daleko. Topolski podawal kornie
+ramie marszalkowej, Ola szla obok niego - rozmawiali wszyscy zywo i
+wesolo; niebawem znalezli sie na werandzie i usiedli, zmeczeni nieco
+przechadzka.
+
+Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawal na noc w
+Gowartowie, obecnie zas namawial Ole do zagrania na fortepianie.
+
+- Ale kiedy mówie panu - bronila sie, smiejac, mloda kobieta, -
+ze teraz wlasnie czuje sie niemozliwie usposobiona do muzyki...
+Upewniam pana, iz go bolec beda uszy!..
+
+- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparl Topolski.
+
+Ladyzynski nie znosil muzyki. Nazywal ja zawsze "gnebicielka i
+pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."
+
+- Jezeli nie dla mnie - nachylil sie w tej chwili Topolski ku
+siedzacej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, ze nam
+ciagle swem towarzystwem przeszkadzal...
+
+- Przeszkadzal?.. w czem? - spytala Ola, z usmiechem i zalotnem
+blysnieciem oczu.
+
+- Powiadaja, iz przyslowia sa madroscia narodów, a jedno z nich
+mówi pono: "madrej glowie, dosc..." i.t.d. Pani nie zrozumiala -
+to trudno.
+
+- Ha, ha, ha! - zasmiala sie Ola - zdrobnia pan przyslowia,
+stosownie do okolicznosci, ale bogi odmówily panu talentu rymowania.
+Ja szczerze zupelnie powiadam, iz nie zrozumialam pana.
+
+- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwole; sobie tymczasem nie
+wierzyc pani...
+
+Rozmowa ta cala prowadzona byla pólglosem, tak, iz siedzaca w
+przeciwnym rogu balkonu marszalkowa nie slyszala jej wcale. Odezwala
+sie wiec, przerywajac:
+
+- Widze, ze na prózno pan Topolski cie prosi. Zagraj, Oluniu,
+zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór slicznie sie wyda glos
+fortepianu.
+
+- No, jak cioteczka kaze, to i owszem! - rzekla z usmiechem Ola. -
+Ale czynie to tylko dla niej; avis au lecteur...
+
+Zwrócila sie do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
+przestapila próg pokoju. Mlody czlowiek sklonil sie, i
+powstawszy, podazyl do salonu w slad za nia.
+
+- Któz zbadal rzeczywista pobudke czynów kobiety? - szepnal
+dyskretnie, pochyliwszy sie ku idacej.
+
+- Przepraszam! - zasmiala sie wesolo Ola - prosze wracac na balkon
+dotrzymac towarzystwa cioci Melanii, a zreszta - tu, siadajac do
+fortepianu, uczynila reka ruch w strone werandy - oto pan Emil...
+
+- A... wiec pani jednak gra... dla niego - rzekl z wolna Topolski i
+posluszny zawrócil.
+
+Ola nie odpowiedziala... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiala
+donosnie... Fantastyczna piesn norweska odbila sie o echa parku i
+glebie sniace do stawu - namietna, burzliwa, poplynela w dal
+cicha pól i stepu...
+
+- Ze tez pani Ola nie ma litosci nad ptaszkami, co spia sobie w
+parku tak cicho. Gdy uslysza bowiem pare podobnych fortepianowych
+trelików, ogluchna do rana zupelnie. - odezwal sie w tejze chwili
+ironiczny glos Ladyzynskiego.
+
+- Cóz to pan, jak widze, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a
+nas z pania marszalkowa z zyjacych wykresla! - pólzartem,
+pólserjo odcial panu Emilowi Topolski.
+
+Ladyzynski nie odpowiedzial; wszedlszy do nieoswietlonego salonu,
+gdzie grala Ola, odezwal sie w uklonie:
+
+- Wszak pani pozwoli, nieprawdaz?... Bym zagral sobie prozaicznie,
+terre ą terre, w karambole sam ze soba... Czy zgrzesze bardzo?
+
+- Mais pas du tout, owszem... Staraj sie pan karambolowac w takt gry
+mojej; moze ta droga wreszcie nauczysz sie pan kiedys odczuwac
+muzyke...
+
+- O, dzieki ci, pani! - trzymajac sie za serce, sklonil sie pan
+Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazal zapalic swiatla w bilardowej
+salce, a po chwili, caly zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywac
+zaczal karambole.
+
+Piesnia Schumana rzewna skarzyl sie cicho teraz fortepian,
+plakal, smucil sie zalosnie... Ola grala pieknie, z technika i
+uczuciem. Siedzacy na balkonie Topolski lowil tony z luboscia,
+przez grzecznosc tylko prowadzac rozmowe z marszalkowa i klnac
+zarazem w duszy jej obecnosc, przeszkadzajaca mu we flircie z Ola.
+
+Niebawem wybila w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmeczona
+snac calym dniem, powstala ciezko i rzekla:
+
+- No, sluchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zas ide spac... A
+pan Emil gdzie - nie widze go? - zapytala naraz.
+
+Topolski zauwazyl dawno, ze Ladyzynski postukuje na bilardzie; nie
+chcac jednak informowac o tem marszalkowej, odparl szybko:
+
+- Och, nie, wiem. Wyszedl przed chwila, wróci zapewne niebawem! - i
+na dobranoc - pocalowal, z uszanowaniem, reke staruszki.
+
+Marszalkowa, nic nie mówiac, weszla do salonu i zblizyla sie ku
+fortepianowi.
+
+- Bonsoir, chérie! - rzekla, calujac Ole w glowe.
+
+- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy sie z krzesla usciskala
+marszalkowe Dzierzymirska; poczem pani Melania skierowala sie wolno
+do swych pokojów.
+
+Znikla... Fortepianem wstrzasnelo gwaltowne intermezzo; do pokoju,
+tonacego w cieniach, cicho, jak kot, wsunal sie Topolski.
+
+Usiadl na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnal.
+
+- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytala, nie odrywajac
+paluszków od klawiszy.
+
+- Jestesmy z pania sami...- dokonczyl Topolski zdanie. - I ten
+satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...
+
+Topolski urwal, a widzac, ze Ola juz otwiera usta by cos
+powiedziec, wyrzucil z siebie szybko, czyniac nieznaczny ruch reka:
+
+- Och, wiem juz z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
+nieboszczyka ojca pani, druh marszalkowej, wreszcie zna pania od
+dziecinstwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
+przeszkadza - ciagnal - iz denerwuje mnie ten pan do
+niemozliwosci... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolil nam byc
+chwilki nawet sam na sam...
+
+- Ho, ho, cóz to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwila sie niby
+Ola, a usilujac nadac glosowi brzmienie twardsze, dodala: - Nie
+pojmuje zreszta, skad te zadania uporczywe sam na sam i urojone
+jakby jakies prawa...
+
+Nie dokonczyla... Trel gwaltowny przebiegl, jak dreszcz, po
+klawiszach, spojrzenie zas mlodej kobiety, które dojrzal Topolski w
+pólcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunal mu sie po
+twarzy, zadaly klam wyrazny wymówionym przez Ole slowom. Topolski
+zapomnial o nich. Zapamietal wzrok tylko i pokorny na pozór
+pochylil sie ku raczce Oli.
+
+- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocalowal biegnaca po
+fortepianie biala raczke, wychylajaca sie z faldzistego rekawa
+- wyzej lokcia. - Przeprasza sie nizej! - rzucila zartobliwie Ola.
+
+- Ciemnosc winna temu... -- rzucil lekko Topolski.
+
+Milczenie parku i domu przerywaly teraz tylko tony fortepianu, coraz
+namietniejsze jakby, gwaltowne, burza ognistego zapalu i pragnien
+wstrzasajace spokojna cisza, oraz nerwami dwojga ludzi,
+sluchajacych tej orgii dzwieków rozpasanych, zamknietych w
+zlocone ramy artyzmu i techniki.
+
+Glos Topolskiego wkrótce przeszedl w szept przyciszony,
+pieszczotliwy, miekki. Z dala odzywalo sie jednostajnie, co sekund
+kilka, uderzenie kul na bilardzie zajetego wciaz karambolami pana
+Emila... I Topolski, flirtujac tak dyskretnie z Ola, podsycajaca
+pólslówkami slów jego igraszke, od czasu do czasu wysylal
+spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca;
+lecz ten nie myslal o tem wcale.
+
+Widzac to, Topolski przysunal sie blizej do mlodej kobiety. Ruch
+ten jednak zauwazyla Ola i widac chec przekorna sprzeciwienia sie
+mezczyznie przebiegla jej nagle przez glówke, bo odezwala sie w
+tej chwili:
+
+- Chcialam wlasnie, oto zagrac panu cos przepieknego, i
+zapomnialam... Masz tobie! - zatrzymala sie. - Trzeba zapalic
+swiece! - dokonczyla, z filuternym usmiechem.
+
+- Ale, cóz znowu? - podchwycil Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam
+u pani - ciagnal niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju
+chwili danej... Tak mi milo bylo sluchac gry pani w tym wlasnie
+pólcieniu, tak znakomicie godzacym sie z muzyka i cisza
+wieczorna.
+
+Smiech szczery Oli rozlegl sie w tej chwili. Zapalila swiece i
+rzekla swobodnie:
+
+- Cóz robic! widzi pan teraz, ze wcale nie jestem doskonaloscia..
+Nareszcie pan sam empirycznie przekonal sie o tem. A mówilam tyle
+razy...
+
+Urwala, i otworzywszy nuty, dotknela sie reka klawiatury.
+
+- Niedobra pani... - nadajac glosowi brzmienie pociagajace,
+lagodne, przemówil Topolski. - Niedobra! - powtórzyl ciszej, i
+podniósl do ust, jej dlon.
+
+- Z okazyi czego - zasmiala sie Ola.
+
+Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzial, lecz mówil dalej:
+
+- Rozwiala mi pani zludzenie! - umilkl na chwile.
+
+Pytajaco spojrzala nan Ola.
+
+- Tak jest - powtórzyl mezczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
+doznalem wrazenia, gdy oto tak przed chwila siedzielismy w
+zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dzwiekach - zupelnie sami...
+
+- No, ciekawam? Cóz panu sie zdawalo? - ironicznie nieco rzucila
+Ola, a oderwawszy zarazem rece od klawiatury na chwile, sluchala,
+patrzac mu w oczy przeciagle:
+
+- Po prostu zdalo mi sie, iz jestesmy mezem i zona...
+
+- Tylko tyle? - zasmiala sie Ola zlosliwie. - No, po prologu
+spodziewalam sie czegos nadzwyczajniejszego przyznaje! - dorzucila
+lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ulozyla zeszyt nut na stalugach
+fortepianu, i znów grac poczela, tym razem cos smetnego, kojacego
+jakby - pelnego cichej tesknoty...
+
+- Co to jest? - zzymnal sie w duchu Topolski, rozgniewany: - Ze
+tez ta kobieta zawsze zbije mnie z pantalyku! - Nie wiedzial po
+prostu, co mówic dalej muzyka zas jednoczesnie lagodna, plynaca
+miekko z pod palców kobiety, nerwowa, drazliwa nature jego
+nastrajala dziwnie na nute, wrecz przeciwna slowom, jakie same
+cisnely mu sie do ust przed chwila...
+
+- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauwazyl jeszcze w
+mysli, spojrzawszy z pod oka na Ole, która, z blakajacym sie w
+kacikach ustek usmiechem, grala wlasnie, z uczuciem, coraz,
+subtelniejszem, miekkszem, az fortepian martwy skarzyc i plakac
+sie zdawal.
+
+Po chwili, Topolski przemówil znowu, glosem jednak juz calkiem
+innym, niz poprzednio:
+
+- Pani sie smieje, tymczasem to, co mówie, wszak takie naturalne...
+
+- Na - tu - ral- ne! - przedrzeznila lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
+zasmiala sie - vous źtes incomparable!..
+
+- Permettez! - przerwal porywczo nieco mezczyzna - niech skoncze...
+
+- Alez slucham, slucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas.
+Wiec, jakiez ultimatum?
+
+- Bardzo proste. Odczuwamy sie z pania wzajemnie, rozumiemy, jak
+rzadko kto moze... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton,
+który, za uderzeniem mysli, uczuc nam wspólnych, brzmi zawsze
+jednakowo... A maz i zona przeciez, poza...
+
+- Ha, ha, ha.. .- urwala przezornie O1a. - Otóz mylisz sie pan
+zupelnie, bo ja, na przyklad teraz, nic, ale to nic pana nie
+rozumiem...
+
+A zreszta - konczyla, powstawszy szybko od fortepianu - en voilą
+ascez... - zamknela fortepian. - Zal mi pana Emila, który pewnie
+juz darowac mi nie moze, ze gram tak dlugo, bo oto wlasnie
+nadchodzi..
+
+- A bodajzes! - zgrzytnal szeptem Topolski i zerwal sie
+spiesznie, poczawszy odruchowo ukladac niby porzadnie nuty na
+etazerce.
+
+- Silence ą mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
+Podziwiam, zaiste! - odezwal sie na progu pan Emil, w uklonie, a
+zwracajac sie ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucil, z
+ukrytym sarkazmem:
+
+- Czy to... moze panu zawdzieczam?..
+
+I podtrzymywana przez Ladyzynskiego glównie, poplynela przez
+czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli
+dobranoc i rozeszli sie, pozostawiajac ja sama. Zapalone przy
+fortepianie swiece rzucaly teraz na salon migocace swiatlo, lekki
+zefirek kolysal ich plomien z lekka, poruszal firanki i portyery...
+Ola skierowali sie ku werandzie, i oparlszy o balustrade, zadumala
+sie gleboko.
+
+- Co to jest, co sie z nia dzieje? - myslala. Od wyjscia za maz,
+od lat szesciu kochala dotad niezmiennie Romana tylko, choc
+bezustannie ocierala sie o dziesiatki nadskakujacych jej mezczyzn,
+na zadnego jednak uwagi nie zwracala nawet. I dopiero teraz, teraz!..
+
+Ujela glowe w rozpalone dlonie i scisnela niemi skronie...
+
+Ten Topolski dziala na nia w sposób iscie niezwykly. Tak ja
+odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmyslawia po prostu umiejetnie
+prowadzona gra intrygi, flirtu - tak pociaga ku sobie
+nieprzeparcie!... Ten jego ujmujacy, niezwykly jakis i zwodniczy
+wdziek osobisty, którym tchnac sie zdaje postac jego cala,
+zwycieza ja coraz natarczywiej, uparciej... Broni sie przed nim, w
+zart jego slowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, ze jesli tak samo
+potrwa jeszcze dluzej, kto wie, czy zdola oprzec mu sie?..
+
+Och, gdybyz przynajmniej Roman przybyl juz predzej, gdyby! A tu sama
+walczyc musi!.. Jeden Ladyzynski tylko po swojemu broni ja przed
+"nim" i przed nia sama...
+
+I Ola przy ostatniej powyzszej mysli podnosi zwolni glowe, a
+pociagnieta kojaca cisza parku i swiatlem drzacych promieni
+ksiezyca, schodzi z balkonu i zapuszcza sie samotna w cienista
+ogrodowa aleje.
+
+Na piasku cien jej rysuje sie maly i kroki rozlegaja sie donosnie;
+przez liscie niebieskawo-srebrne plamy swiatla sciela sie u jej
+stóp dyskretnie, ukazuja sie, to znów nikna...
+
+- Kocham go, kocham,.. i pragne! - szepce Ola. - A on?
+
+- Czyz mozna nawet watpic o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci
+na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciala...
+
+Zechciala? - Ola przeciera czolo dlonia i czuje, jak krew mloda
+igra jej w zylach nieposluszna, jak pragnienie poziome, zmyslowego
+uzycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ja sama ogarnia
+wszechpoteznie.
+
+Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pograzona cala w myslach i
+wewnetrznej walce.
+
+Doszedlszy do konca alei, Ola zawraca machinalnie, kierujac sie ku
+domowi.
+
+- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kladac zalamane raczki
+na rozpalone czolo. - Przyjezdzaj i obron mnie!.. Obron! - wola
+rozpaczliwie, czujac burze w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem
+i rozterka!
+
+Bronila sie dotad, ale teraz czuje, iz sily jej zbraknie na
+pewno... Ilez godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych,
+przemyslala, przecierpiala w walce z pokus drazniaca, z sercem,
+wyobraznia, dusza cala, - rwacemi sie do ukochanego mezczyzny -
+w jego ramiona, które czekaly tylko jej skinienia, by ja oplesc
+pieszczota - uniesc w kraine milosci i rozkoszy!..
+
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
+
+- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada sie przed zasluchanemi,
+cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
+zyciu otworzyles mi ulude milosci, szczescia, ty, którego
+dotad ponad zycie kochalam - przyjedz, ratuj mnie, swa obecnoscia
+wesprzyj!!!
+
+Ola juz jest w poblizu palacu.
+
+- Nigdy cie nie zdradze!.. nie zapomne obowiazku... nigdy! - szepce
+po raz wtóry jeszcze i z zywo bijaca w arteryach krwia - wzburzona
+cala, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstepuje po schodkach
+palacowego skrzydla. Daleka mysli od szczególów drobiazgowego
+zycia - zapomina o pozostawionych w salonie swiatlach - o wszystkiem
+i skrzypnawszy drzwiami, znika za niemi.
+
+W ciszy uspionego juz domu, gdzies, w dali, wydzwania tymczasem po
+chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaja stopniowo, a noc letnia, w
+milczeniu przyrody calej, woniami swemi miarowo oddychac poczyna...
+
+W salonie palacowym dopalaja sie powoli swiece u fortepianu,
+plomienie ich drza bezustannie od nocnych powiewów, oswietlajac
+fantastycznie pokój caly; czasem wpadnie tu znienacka ksiezycowy
+promien - i zlagodzi swym blaskiem zólte swiec plomyki...
+
+I trwa to tak dosc dlugo jeszcze...
+
+Nagle jednak drzewa parku szumiec poczynaja wraz glosniej, ksiezyc
+gdzies ginie, przepada, chmurki zas drobne pokrywac zaczynaja coraz
+gesciej niebo dotad pogodne... I zefirek leciutki, wpadlszy do
+salonu przez balkonowe drzwi, hulac po nim zaczyna...
+
+Jeden plomyczek u swiec gasnie, drugi w poblizu okna pali sie
+wciaz, dygocac...
+
+Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedna
+z nich, nakrywa nia plomien swiecy przy stojacym obok okna
+fortepianie i jakby pragnac przypatrzec sie swej psocie, nagle
+przestaje powiewem poruszac wszystko dokola!..
+
+Stopniowo firanka zapala sie z wolna; plomien obejmuje ja
+pieszczotliwie w swój uscisk goracy...
+
+Wpada znów podmuch zefiru. I plomien idzie w góre zwycieski,
+zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy juz plona zlocistym
+ogniem, z trzaskiem przelamuja sie po chwili, szyby pekaja
+znienacka, i wszystko to razem upada na ziemie. Dywan puszysty kopcic
+poczyna... Od firanki zajely sie rozrzucone na pianinie nuty,
+drobiazgi...
+
+Wietrzyk, jak szatan zlosliwy, dodaje tymczasem animuszu plomieniom,
+przyspiesza pochód ich po salonie...
+
+Ogniste weze obejmuja juz niebawem w smiertelny uscisk fortepian,
+skarzy sie on zalosnie... Meble pekaja od goraca - dym, zar,
+napelniaja pokój caly, kobierzec juz plonie - posadzka pod nim
+trzeszczec zaczyna!..
+
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodza sie jak przyszly,
+rozpraszaja... Sierp ksiezyca ukazuje sie znowu, i zaglada ciekawie
+do wnetrza palacu...
+
+Wsród ciszy spiacego domu pali sie juz teraz cala prawa strona
+salonu; drzwi przymkniete od sasiedniej jadalnej sali, pod naporem
+ognia, wala sie, z trzaskiem - w tejze chwili hufiec plomieni wsuwa
+sie podstepnie do innych, przyleglych komnat...
+
+Nikt nie spostrzegl jeszcze w palacu ognia. Cicho.
+
+W pokoju, na pierwszem pietrze, spi smacznie Topolski, a
+usmiechniety, rozmarzony, sni zapewne o Oli.
+
+Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega sie nagle trzask silny, w
+slad za tem podloga wstrzasa sie...
+
+Topolski budzi sie, a ledwo otworzywszy oczy, kaszlec zaczyna: cos
+dusi go, w oczy sie wzera...
+
+Zrywa sie wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
+okno...
+
+- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednoczesnie mózg pytanie.
+Patrzy w dól przez okno - ksiezyc swieci, spi wszystko!..
+Slucha... Wlosy jeza mu sie na glowie, zapala swiece, i widzi
+siebie w oblokach dymu.
+
+- Pozar!.. - swita mu w glowie. Niepewny jeszcze, ubiera sie
+pospiesznie, pare chwil zas pózniej jest juz na korytarzu - za
+drzwiami...
+
+Dymu wszedzie pelno. Echo loskotu plomieni na dole dochodzi tu
+wyraznie... Poza tem wszedzie panuje milczenie zupelne...
+
+- Na Boga, czy Ola spi? - nikt snac o ogniu nic jeszcze nie wie! -
+przemyka przez umysl mlodzienca. Chce krzyknac: - Ogien, gore! -
+waha sie...
+
+Staje strwozony... Moze jemu tak tylko sie zdaje?.. Po sekundzie
+namyslu, rzuca sie jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dól
+zaczyna..
+
+- Ola... Ola!.. - szepce pólglosem, pomny i tylko najdrozszej sercu
+istoty, i znalazlszy sie na dole, skreca gwaltownie w prawo, ku
+pokojom pani domu...
+
+Po omacku, przewracajac meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
+nieprzytomny...
+
+We wzglednej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyrazniejszy odglos
+palacego sie palacu...
+
+Nagle rozjasnia sie przed nim krwawo-zlota plama przestrzen ciemna
+pokoi, gluchy zas loskot, polaczony z sykiem i swistem, odbija
+sie donosnie..
+
+To plomienie wdarly sie juz do sasiadujacego z sypialnia Oli
+buduaru... Odblask ich oswieca jaskrawo biale drzwi, prowadzace
+don... Topolski na ten widok, korzystajac z wolnego jeszcze od ognia,
+miejsca, rzuca sie gwaltownie ku nim. Slucha...
+
+Do uszu jego dolatuja jakies wolania, krzyki:
+
+"Gore, gore! pali sie... Ratunku! ratowac!.. Bywaj!" - krzycza teraz
+zewszad zapamietale, rozpaczliwie jakies glosy, a pod samym domem
+rozlega sie równoczesnie przyspieszona bieganina, tupot licznych
+kroków ludzkich...
+
+- Juz alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwage i
+odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknawszy drzwi za soba.
+
+Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdlem tylko swiatelkiem oswieca
+komnate; ksiezycowy promien drzacy sciele sie po scianie i
+lozu, na którem lezy Ola, pograzona we snie spokojnym.
+
+Z pod kapy lekko narzuconej, unosi sie jednostajnie piers mlodej
+kobiety i rysuja wdziecznie ksztalty ciala...
+
+Pomimo grozy polozenia, Topolski zachwytu powstrzymac nie moze.
+Chwile stoi nieruchomy...
+
+Huk tymczasem jakiegos mebla, pekajacego, pod naporem ognia,
+odglosem swym budzi Ole... Strwozona, zrywa sie, zrzuca kape, i w
+bieliznie nózkami bosymi, dotyka ziemi...
+
+Jednoczesnie dym napelniac sypialnie poczyna, a przez dolna szpare
+u drzwi wciska sie przemoca, niby waz jadowity, krwawe pasemko
+ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widzac jeszcze
+Topolskiego, porywa stojacy na malym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
+dzwonic poczyna...
+
+Topolski, widzac i slyszac to wszystko, szybko otwiera na sciezaj
+okno i rzuca sie ku Oli... Ona spostrzegla go wlasnie...
+
+- Co to?.. Pan tu?.. O, jakzez mozna!.. i Ola zarumieniona milknie, a
+wstyd zarazem staje sie silniejszym od trwogi, bo ruchem naglym obwija
+sie faldami porzuconego obok na krzesle szlafroczka...
+
+Huk ponowny tymczasem wstrzasa murami pokoju. Ogien zwyciezca wkracza
+jednoczesnie w komnaty, drzwi pekaja i plona! Topolski porywa
+drzaca ze strachu i wstydu mloda kobiete w swe silne ramiona.
+
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lekiem...
+Mezczyzna pragnie cos odpowiedziec, lecz w tejze chwili, z
+loskotem i chrzestem, wpadaja do sypialni drzwi roztrzaskane, a
+ziejaca paszcza plonacych komnat palacu ukazuje sie, jak na dloni,
+w calej swej grozie i majestacie...
+
+Jednoczesnie rozlega sie przerazliwy krzyk kobiecy!..
+
+To zbudzona dzwonieniem swej pani, spiaca w sasiednim pokoju
+sluzaca, wolaniem, blaga o pomoc!
+
+W sypialni zas juz nie ma nikogo. Wyskoczywszy zrecznie oknem,
+Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem plonacy palac.
+Widzi w oddali ludzi kilkanascie, ekonoma, parobków i sluzbe
+dworska, a w dali zapomniana przezen calkiem sylwetke
+marszalkowej...
+
+W sród gwaru slyszy zarazem donosny glos pana Emila: "Hej! hej!
+ludzie, tu! do mnie!! - wola energicznie. - Ratowac mloda pania!!..
+W rogu dworu!! predzej!!!"
+
+Sluchajac tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa sie do
+ogólnej gromadki slug i leciec poczyna ku pokojom mlodej dziedziczki
+- ku niemu!..
+
+Wystraszona plomieniem i krzykiem Ola zarzuca równoczesnie
+Topolskiemu na szyje swe nagie ramiona! On, wstrzasnawszy sie pod
+tem dotknieciem, porywa sie nagle z miejsca, jak szalony, i mknie
+chyzo w ogród... Krew goraca, mloda, grac w nim poczyna... Zapomina
+o wszystkiem, prócz tulacej sie do jego piersi kobiety i ucieka dalej
+i dalej...
+
+Do uszu jego dolatuja wolania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
+nie przestaje ku znanej sobie altanie, polozonej na koncu ogrodu.
+
+Prowadzaca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwaltownego jego
+biegu, szelesci mu nad glowa lisci pogwarem.
+
+Z zarzuconemi na szyje mezczyzny ramionami, tuli sie wciaz ku
+niemu, jak powój wiotkie cialo Oli... Topolski, dotad zapatrzony
+wciaz w przestrzen, opuszcza naraz glowe i wzrokiem piesci chwile
+trzymana w uscisku kobiete...
+
+Oczy jej przymkniete - zemdlala!..
+
+Topolski zatrzymuje sie. Z miloscia bezbrzezna, pragnieniem,
+spoglada ciagle na Ole... Krew uderza mu nagle do glowy!..
+
+- Mój ty skarbie najdrozszy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drzacemi
+usty, i jak szalony, calowac, piescic poczyna jej wargi, oczy i
+cialo!..
+
+W kilka minut pózniej, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
+glebiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa sie za nim ksiezyc blady, a
+kopula altany, mieniac sie od jego promieni, drzy leciutko -
+tajemnicza...
+
+W dalekim zakatku parku znów cicho...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Kolo plonacego palacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
+
+Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pedza galopem konie,
+wiozace beczki z woda; wszystkie miejscowe sikawki sa w ruchu,
+dyrygujacy zas parobkami i sluzba ekonom Gowartowa kreci sie, jak
+mucha w ukropie, krzyczy, gniewa sie, rozkazuje...
+
+Mezczyzni zalewaja woda dach, plonace belki, wdrapuja sie na
+pietra, wyrzucaja oknami nietkniete jeszcze przez ogien palacowe
+meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych plachtach i
+koszulach, przypatruja sie bezmyslnie pozarowi, gwarzac z cicha
+pomiedzy soba, lamentujac, zlorzeczac...
+
+Grupa ich wystraszona rzuca sie nagle w bok, z okrzykiem...
+
+To przelekniony halasem i plomienista luna, pedzi wprost na nie
+kary, pólkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy sie z pozostawionej bez
+opieki stajni.
+
+Ucieka strwozony, bledny... Wyminawszy zas rozpierzchla
+gromadke, umyka przed ogniem i ludzmi do parku, budzac jego
+drzemiace cisze przerazonem rzeniem.
+
+Jednoczesnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
+brame, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
+dokola, ze zdwojona energia.
+
+I oto niebawem krwawa sciana ognia, wzbijajaca sie ku niebu,
+miejscami zlocista, tam znów, niby krepa, przeslonieta czarnym
+gryzacym dymem, zaczyna znizac sie, zmniejszac powoli... Juz
+obecnie huk pozaru coraz czesciej przerywaja syki gasnacych
+plomieni - opanowany nieco zywiol mniej groznym sie staje,
+pokornieje, cichnie...
+
+Lewe podluzne i najwieksze palacowe skrzydlo pali sie jeszcze,
+plomien nadal zwyciesko sieje tam zniszczenie, prawa strone jednak
+domu ugaszono juz zupelnie. Z plaszczacego sie tu dymu wylaniaja
+sie teraz bialawe, osmalone mury; wsród zgliszcz, juz zweglonych,
+pelzaja jeszcze tam i ówdzie ogniste weze, calujac lubieznie,
+lizac scian poczernialych podnóze.
+
+I w porównaniu gwaru, zgielku, które panuja u plonacego w dali
+palacowego skrzydla - cisza króluje tu wzgledna...
+
+Tam ruch, krzyki, krzyzujace sie rozkazy, luna ognia, huk jego, syk,
+oraz zupelne oddanie sie wszystkich calkowicie dlawieniu i walce z
+zywiolem...
+
+Tu - srebrzace sie, czyste promienie jasniejacego wysoko na niebie
+niepokalanie miesiaca, co blyszcza na okopconych scianach,
+stanowiac dziwny w sobie, a pelen spokoju, kontrast, z wrzawa i
+krwawo-zlocista pozoga...
+
+Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za weglem
+sterczacego samotnie odlamu murów pogorzeliska, pojawia sie
+Krasnostawski, i stanawszy w zamysleniu, sle wzrok badawczy w strone
+parku.
+
+- Tam puscilem juz w ruch wszystko!.. - mówi glosno do siebie. -
+Dokoncza gasic i dadza sobie rade beze mnie... - mruczy dalej. - Ja
+zas ich musze znalezc - musze!..
+
+Krasnostawski milknie, i rozglagajac sie bacznie dokola, kieruje
+sie w glab parku, idzie z wolna zamyslony, a trzymana w reku
+dluga nahajka co chwila uderza sie machinalnie po wysokich,
+okopconych butach...
+
+Od czasu, jak tu przybyl na ratunek i piate przez dziesiate zdolal
+rozpytac sie o poczatek i przebieg pozaru, mysl jedna i ta sama
+dreczyla go bezustannie: gdzie sa Topolski i Ola?.. Ze nic zlego im
+sie nie stalo - wiedzial... Co robia zatem sami tak dlugo?..
+
+Kochajac Ole i odczuwajac przez to podwójnie zaciesniajacy sie
+stosunek jej z Topolskim, mlody czlowiek przeczuwal wiecej od
+marszalkowej i Ladyzynskiego... Oni, pochlonieci pozarem, jak
+wszyscy zreszta, potracili glowy!.. A on?..
+
+Myslec o Topolskim i Oli nie przestawal, jak szalony przy tem sily
+odpedzal od siebie mysli niektóre.
+
+Obecnie, tkniety przeczuciem jakby, szedl wlasnie aleja,
+prowadzaca do ustronnej altany...
+
+Dusza Krasnostawskiego miotal niepokój. Zazdrosc szarpala nim bez
+milosierdzia, saczyla swój jad zatruty, niepewnosc meczyla -
+obawa, ze sprawdza sie skryte jego podejrzenia, tamowala mu oddech w
+gardle i zniewalala w bezsilnej wscieklosci zaciskac dlonie.
+
+Poza dziedzina przeczuc bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego mial
+równiez zródlo i w nastepujacym, konkretnym fakcie.
+
+Komenderujac i uwijajac sie przy pozarze, spotkal Krasnostawski
+pomagajaca równiez innym, znoszaca wode, dziewczyne sluzebna,
+ulubienice Oli...
+
+Ta zas, gdy ja zapytal o pania, opowiedziala mu bezladnie: -
+Powiadam paniczowi... Boze, Boze, jakie to bylo straszne! Jasnie
+mlodsza pani dzwoni, i sie budze, ubieram predziutko, slysze
+jakis szum... Otwieram drzwi, a tu - ogien, ogien jak daleko
+spojrzec na panskie pokoje... Tylko posciel mlodej pani pusta i okno
+otwarte!..
+
+Ktos rozdzielil ich i dalsza indagacye przerwal Krasnostawskiemu
+szerzacy sie pozar, zamet i wrzask. Poprzestac musial tylko na
+tem.
+
+Teraz szedl coraz predzej. Nagle zatrzymal sie, jak wryty.
+
+Juz od minut paru zauwazyl na wilgotnym piasku alei slad kroków
+meskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zas lezala przed nim
+dobrze mu znana papierosnica Topolskiego, a opodal widziany czesto we
+wlosach Oli grzebien, z szyldkretu.
+
+Watpliwosci juz byc nie moglo... Krasnostawski pochwycil
+machinalnie oba lezace przedmioty i biedz poczal...
+
+Szalala w nim burza.. Nienawisc mezczyzny, pogardzonego przez
+ubóstwiana kobiete na korzysc rywala rozpalila mu krew,
+napelnila jakas niepohamowana zadza pastwienia sie i zemsty!..
+
+Spocony, blady, stanal wkrótce u wejscia do altany, i poczal
+nadsluchiwac, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystapil mu na
+czolo, usta zacisnely sie bolesnie, oczy zamigotaly dzikim ogniem.
+
+Z cichej, sennej altany dochodzily wyraznie dwa glosy - dwa szepty...
+
+Krasnostawski rozchylil galezie... Na szelest ten w ciemnosciach
+zerwal sie ktos spiesznie i u progu stanal Topolski. W pólmroku
+nocy zamajaczyla jego twarz biala, rasowa, i dwaj mezczyzni
+spojrzeli sobie, milczac, prosto w oczy.
+
+Trwalo to sekunde, lecz wystarczylo Krasnostawskiemu, bo to, co
+wyczytal na wzburzonem obliczu Topolskiego, az nadto uzasadnilo jego
+obawy.
+
+Wysilkiem woli, ochlonawszy z wrazenia, przemówil pierwszy
+Topolski, wskazujac swobodnie na pozór ruchem reki widnokrag, gdzie
+dogorywala juz luna ognia:
+
+- A zatem, chwala Bogu, juz po pozarze!.. My wlasnie...
+
+- Nikczemny! - zabrzmialo w ciszy slowo jedno.
+
+Wymówil je glosem drzacym Krasnostawski, i niepomny niczego,
+rozszalaly, schwyciwszy Topolskiego za gardlo, druga reka
+przerzucil go poprzez siebie i z pasya okladac poczal trzymana w
+reku nahajka...
+
+W milczeniu zakatka rozlegl sie krzyk bitego i w slad za tem okrzyk
+inny - kobiecy!..
+
+Ku dwom mezczyznom wypadla Ola... Jak lwica, rzucila sie
+natychmiast pomiedzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwaltownie,
+szybko, wymierzyla Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
+
+Jak razony obuchem, zachwial sie pod tem uderzeniem mezczyzna,
+cofnal sie wstecz, blady, jak sciana, oszalaly, straszny.
+
+Zalegla chwila milczenia...
+
+Oswobodzony Topolski znikl we wnetrzu altany, a z ust stojacej na
+wprost Krasnostawskiego kobiety wybieglo drzacym, urywanym szeptem,
+pelnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
+
+- Podly... slugo!.. Jak smiales? - Precz!..
+
+Ze wzruszenia umilkla Ola, po chwili dopiero i powtórzyla raz
+jeszcze, przejmujaco - ciszej:
+
+- Precz!..
+
+Tego nadto juz bylo dla rozbolalego zazdroscia i bólem meskiego
+serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi,
+Krasnostawski zachwial sie powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach
+pociemnialo mu - zawirowaly altana i drzewa parku...
+
+- Kocham cie! - szepnely w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
+omdlaly runal u stóp kobiety, zdeptany jej postepkiem...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+
+
+Swit zorzy wyjrzal niesmialo spoza stepu, pól szerokich, orzezwil
+sie w toni sennego jeszcze stawu i wsliznal do altany ciekawy...
+
+Nie bylo w niej juz jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w poblizu:
+
+Niebo zarózawialo sie stopniowo, poczatkowo ledwo dostrzegalnie,
+bojazliwie, pózniej zas coraz silniej i smielej.
+
+Przeciagajac sie lubieznie, wstawala jutrzenka z obloków
+puszystych poscieli.
+
+Na powitanie jej tryumfalna fanfara rozbrzmial park caly swiergotem
+ptaszat; zbudzone, zrywaly sie one do lotu, otrzepywaly zamaszyscie
+skrzydelka z porannej rosy, rozlatywaly sie na wsze strony, siadaly
+na zczernialych ruinach spalonego palacu. Dym jeszcze scielil sie
+tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuly, blyszczaly tam i
+ówdzie, dopalajac sie, belki i inne szczatki palacu, tlily sie w
+zgliszczach - tulily do okopconych zwalisk...
+
+A wokolo drzemalo, spalo wszystko!..
+
+Ze spuszczonemi zaluzyami, spoczywaly zatem palacowa oficyna, stajnie
+i gumna, snily takze liczne, rozsiane za palacowa brama, biale
+wiesniacze chatki...
+
+Potezny, wspanialy zablysl pierwszy promien slonca i obojetny
+zajasnial nad wszystkiem dokola...
+
+Nie zbudzil jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod góra wyrzuconych z
+palacu, lezacych na kupie mebli, duzy pies podwórzowy otworzyl
+oczy, mlasnal jezykiem, przeciagnal sie i zasnal...
+
+Zadumanej ciszy nie przerywalo nadal nic zgola.
+
+---------------
+
+
+Pomimo, iz przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wslizgiwalo
+sie juz slonce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju palila sie
+jeszcze duza lampa, oswietlajac biurko, przy którym Krasnostawski
+pisal cos szybko i zamaszyscie. Obok niego stala szklanka z herbata
+i lezaly porzucone na ziemi, niedopalki od papierosów... Nagle
+mlody czlowiek porzucil pióro, z halasem odsunal krzeslo od
+biurka i zamknawszy ksiege, powstal.
+
+- Nareszcie! - westchnal glosno z ulga i zblizywszy sie do okna,
+odemknal je, odczepiwszy zarazem wewnetrzne haczyki okiennic.
+
+Fala slonecznego swiatla, wraz z powietrzem letniego poranka,
+wplynela do pokoju. Krasnostawski zgasil lampe i spojrzal przed
+siebie...
+
+Od pozaru minela doba tylko, patrzac jednak na mlodego
+plenipotenta, pomyslec mozna bylo, iz od tej chwili oddzielaly go
+lata; nie mlodzieniec bowiem obecnie, pelny hartu i zycia patrzyl
+przez otwarte okno, ale mezczyzna, na pozór wiecej, niz dojrzaly,
+który zapominal juz jakby, ze mlodym byl tak niedawno.
+
+Jak burza, przeszla po nim pamietna noc rozterki, cierpien,
+upokorzenia i bólu, slad wiecznotrwaly zostawiwszy po sobie...
+
+Twarz Krasnostawskiego blada byla, oczy przymglone i podkrazone, a
+na skroniach gdzieniegdzie, wsród czarnych pukli wlosów, bielala
+nitka przedwczesnie siwa.
+
+I kontrast przykry prawdziwie stanowil ten czlowiek, stojac tak w
+owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem
+siegnac, kraina cala zlocila sie od zzetych kóp zbozowych,
+zielenila od niw i stepów, spiewala setkami glosów: usmiechala
+sie rozkosznie!..
+
+
+- Zycia!.. Zycia!.. Milosci, szczescia!.. - wielkim glosem
+wolalo wszystko, a on jedyny tylko, nieczuly na nic zgola, stal
+wciaz tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasna, lecz w cienie
+cierpiacej duszy wlasnej..
+
+Po nocy pozaru do Tomaszówki uciekl Krasnostawski piechota,
+obudziwszy sie z omdlenia, sam jeden wsród szumiacego mu lagodnie
+nad glowa parku.
+
+Tu, u siebie, przemeczyl sie, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
+koncu jednak zmeczenie fizyczne zabilo moralna troske. Snem
+kamiennym, a zbawczym dlan, przespal Krasnostawski wiekszosc dnia,
+bo az do godziny szóstej po poludniu. Zbudzil sie zas juz nieco
+innym...
+
+Zebrawszy mysli i wspomnienia, przede wszystkim postanowil uciec co
+rychlej z tych miejsc, rzucic sie w wir pracy w warunkach calkiem
+odmiennych.. Powietrze dusic go poczelo, ziemia parzyc stopy!..
+Chcial juz wskoczyc na konia i opuscic wszystko na zawsze.
+
+W pore jednak zastanowienie i zimna logika trzezwego rozumu
+powstrzymala go na szczescie od tego kroku...
+
+Wszak, poza dziedzina moralnych jego cierpien, stal przeciez jeszcze
+mur rzeczywistego zycia, które chleb mu dotad dawalo - istnial
+swiat obowiazków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
+
+Rzucac tak wszystko byloby lekkomyslnoscia iscie chlopieca.
+
+- Nie, ja tego nie uczynie! - zadecydowal. - W jak najscislejszym
+porzadku przekaze na odjezdnem wszystkie gospodarskie ksiegi,
+rachunki, kase i.t.d.
+
+Po skromnym posilku, zabral sie Krasnostawski do wyczerpujacej
+pracy, calych nieledwie dziewietnascie godzin pisal, rachowal
+bezustannie. Wreszcie wyczerpany skonczyl przed chwila...
+
+Byl wolnym!.. Za godzin pare bedzie mógl opuscic te strony - na
+zawsze...
+
+Zadumany smutnie, stal Krasnostawski wciaz pod oknem; zapatrzony, nie
+zauwazyl on wcale zblizajacego sie ku niemu wyrostka.
+
+Dzwiek jego glosu zbudzil mlodego czlowieka. Spuscil wzrok i
+zapytal glosno:
+
+- Ha!.. szczo kazesz?..
+
+Wyrostek, byl to chlopiec stajenny, wyslany przezen do Gowartowa, by
+sprowadzic tamtejszego starego i zaufanego rzadce, któremu chcial
+Krasnostawski zdac klucze kasy, ksiegi, i przekazac ostatnie
+rozporzadzenia. Z relacyi chlopca okazalo sie, ze rzadca wyjechal
+do miasteczka.
+
+- A pany? - spytal machinalnie Krasnostawski, uzywszy utartego
+pomiedzy ludem miejscowym wyrazenia, oznaczajacego w liczbie mnogiej,
+wlasciciela danej wioski.
+
+- Nykoho ne baczyl! - odrzekl zapytany i dodal zarazem, ze Szmul,
+zyd z karczmy wiejskiej, powiedzial mu, ze panstwo na dobre
+wyjechali. - Kazut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! -
+poinformowal znowu wyrostek.
+
+Na wybladlem licu sluchajacego tych nowin mlodzienca zakwitl
+rumieniec oburzenia.
+
+- Lotr!.. - zgrzytnal cicho, niedoslyszalnie przez zeby. - Snac
+potrafil kazdego z osobna podejsc, oszukac! Prawdy nie domyslil
+sie nikt, widocznie...
+
+Wiec teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
+dokonczyl w mysli, i wscieklosc nagla opanowala go...
+
+- Czego, durniu, stoisz! - huknal w twarz parobczakowi, az
+zatrzesly sie szyby dworku.
+
+- Osiodlaj mi zaraz konia! - dokonczyl spokojniej nieco.
+
+Niebawem zlotawy kasztan, z biala gwiazdka na czole, parskal
+ochoczo pod Krasnostawskim, jadacym na przelaj przez pola do
+Gowartowa.
+
+Wokolo niego praca wrzala. Krzatajacy sie lud roboczy: parobcy i
+gospodarze klaniali sie nisko czapkami panu plenipotentowi;
+czarnookie, czarno brewe molodyce i dziewczeta, w jaskrawych
+spódnicach i chustkach, pozdrawialy, równiez zyczliwie mlodzienca
+zerkajac z usmiechem i luboscia na "harnoho chlopcia*)".
+[*) Pieknego chlopca.]
+
+W kwadrans pózniej, Krasnostawski zjezdzal juz stepa na groble
+gowartowska...
+
+W glebiach stawu, otoczonego zielenia parku, odbijaly sie dawniej,
+jak w lustrze, mleczna bialoscia sciany dworu. Teraz czernialy
+zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem palacowem
+skrzydlem, królowaly smutnie nad lezacem dokola siolem...
+
+Jezdziec odwrócil oczy i wspial konia. Jak strzala, przelecial
+przez groble i stanal niebawem przed zamknieta wjazdowa brama
+palacu; tu hukac poczal, by mu ja otworzono.
+
+Nadbieglo kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia poczal
+Krasnostawski wypytywac sie o mieszkanców palacu. Okazalo sie,
+iz dom caly wyjechal nazajutrz po pozarze, rankiem i bawil teraz w
+goscinie u Topolskiego, w Szczesnojej.
+
+- A to co? - zapytal nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazujac
+spicruta, na cale stosy czegos, ponakrywanego plachtami.
+
+- To, paniczu, meble z palacu; pan ekonom kazal poprzykrywac
+tymczasem! - odpowiedzial zapytany.
+
+Krasnostawskiego zirytowalo to niedbalstwo, wzgledem ocalalych, i
+cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli palacowych. Zdecydowal
+glosno.
+
+- To tak zostac nie moze! - i ruszyl spiesznie ku srodkowi gazonu,
+gdzie lezaly meble. Kazawszy pozdejmowac w slad za tem wszystkie
+przykrycia i opony, ujrzal, iz mebli uratowanych bylo sporo.
+
+- Sa parobcy na toku? - zapytal.
+
+- Sa... sa! - poswiadczyla krzatajaca sie wokolo niego sluzba.
+
+- Siergieju! - rozkazal Krasnostawski po malorusku starszemu
+furmanowi, - idzcie powiedziec, niech zaprzegaja do wozów, ile sie
+da i zajezdzaja tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej
+stodoly!.. Trzeba to wszystko - wskazal ruchem reki meble - tam zaraz
+zawiezc tymczasem i zamknac!..
+
+Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i sluchano
+chetnie.
+
+Natychmiast zatem furman skierowal sie do gumien; wyprzedzil go
+chlopiec stajenny, by rozglosic pierwej rozkazy "panycza."
+
+Krasnostawski pozostal sam i uwaznie zaczal przegladac
+nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawal na wpól uszkodzony
+sprzet i przypominal sobie miejsce, gdzie on stal dotad w palacu...
+
+Spojrzal na pogorzelisko... Groza i bolesnym smutkiem wialo od tego
+zakatka - ruina zwyciesko szczerzyla trupia paszczeke - smiala
+sie jakby szyderczo...
+
+Z mimowolnym wstretem, odwrócil sie Krasnostawski i na nowo poczal
+przygladac sie, z uwaga, palacowym sprzetom. Usmiechnal sie
+smutnie...
+
+Obok na wpól peknietego duzego salonowego zwierciadla, zlamane
+tulilo sie loze pozlacane, w stylu "empire," z pokoju Oli
+Dzierzymirskiej. Tam znów jej szafa odemknieta, z kilkoma
+pozostawionemi w pospiechu sukniami - walala sie obok szczatków
+pianina...
+
+Dziwna rzecz jednak - pomyslal w tej chwili - jak sprzet przypomina
+czlowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzial on ja tu - wszedzie,
+te odlamy zachowaly jakby czesc jej osoby - dusza ukochanej
+przezen kobiety blakala sie w nich, martwych i obojetnych...
+
+Mlody czlowiek znalazl wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre
+z nich sam odsuwal od innych, segregowal.
+
+- Ooo!.. - wyrwalo mu sie nagle z ust, z ubolewaniem.
+
+Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitosciwie do polowy, lezalo w
+pyle piekne, ulubione biurko Romana, antyk pamiatkowy, z mahoniowego
+drzewa, wykladany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perlowa
+masa. Krasnostawski zaczal macac uwaznie dokola przepalony sprzet
+drogocenny. Obejrzawszy go dokladnie, zajrzal do kilku szufladek i
+skrytek.
+
+Lecz nagle kolo pobliskich gumien zatetnialo... Wykonywajac rozkaz,
+nadjezdzaly juz wozy. Turkot przyblizal sie coraz wyrazniejszy,
+donosniejszy, blizszy. Krasnostawski, zajety biurem, drgnal, lecz
+nie na odglos wozów bynajmniej.
+
+To ruszona w tej chwili bezwiednie dlonia jego zgrzytnela niebawem
+jakas sprezyna i szufladka, dotad dla oka niewidzialna -
+roztworzyla sie przed nim, a w niej, o, dziwo... lezal oto spokojnie
+portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wisniowej skóry. W rogu
+pugilaresu polyskiwala granatów korona hrabiowska, - blyszczac
+metno - czerwonym ogniem. Ochlonawszy ze zdziwienia, Krasnostawski
+rozsmial sie swobodnie i wzial portfel w rece.
+
+W tejze chwili jednak na dziedzincu zadudnily drabiniaste wozy,
+parobcy, zdejmujac czapki, witali go wesolo i dziarsko, a zeskoczywszy
+na ziemie, brac sie zaczeli do roboty.
+
+Chcac nie chcac, musial Krasnostawski stlumic na razie ciekawosc,
+i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, poczal energicznie
+wydawac rozkazy.
+
+Wozów bylo kilkanascie. W pól godziny, plac przed zgliszczami
+palacu opustoszal; wozy, jeden za drugim, skierowaly sie powoli ku
+tokowi.
+
+Do gumien przyjechano niebawem; przed otwarta pusta stodola zawrzal
+ruch; wkrótce ulozono porzadnie palacowe meble, przykryto je, drzwi
+zamknieto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na sluzbie
+spelnionego obowiazku - wyjechal z wioski.
+
+Pusciwszy konia luzem, zamyslony, znalazl sie w kwadrans pózniej w
+lesie, gdzie, znuzony, zsiadl z konia i rozlozyl sie swobodnie na
+murawie. Zdjawszy kapelusz z glowy i wciagnawszy w siebie swieza,
+aromatyczna won boru, siegnal on do kieszeni po pugilares,
+roztworzyl go i poczal szperac ciekawie.
+
+W portfelu lezaly ulozone porzadnie banknoty, w osobnych
+przedzialkach rulony zlota.
+
+- No, no! - mruknal parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastajacem
+zdziwieniem, pieniadze zaczal liczyc sumiennie.
+
+Wszystkich razem bylo dwadziescia siedm tysiecy kilkaset. Ulozywszy
+na powrót banknoty i zloto, Krasnostawski portfel zamknal i
+spojrzawszy raz jeszcze na korone z granacików, potrzymal go jakis
+czas w dloni, poczem wpuscil do kieszeni. Widoczne zaklopotanie
+malowalo sie na jego twarzy. Czul sie zaambarasowanym, co czynic z
+tym fantem?..
+
+Wypadalo go zwrócic niezwlocznie, w zastepstwie prawego
+wlasciciela, jego zonie - Oli. Zatem jechac do Szczesnej
+osobiscie?..
+
+- Nigdy w zyciu! - rzekl glosno do siebie mlodzieniec. Zasepil
+sie. Nagle mysl jakas nowa zrodzila mu sie widocznie w glowie, bo
+zerwal sie zywo i wskoczywszy na konia, wjechal w las drozyna.
+Wkrótce w borze rozlegly sie glosne ujadania psów, i
+Krasnostawski, opedzajac sie od natarczywych kundli, wchodzil do
+malej chatki lesniczego...
+
+W chalupie panowala cisza. Rozciagniety na lawie, spal snem
+sprawiedliwego mezczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurte
+mysliwska; dubeltówka lezala opodal, w kacie drzemal pies legawy.
+
+Krasnostawski potrzasnal energicznie ramieniem spiacego lesnika.
+Ten ostatni zerwal sie, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony poczal
+bakac...
+
+- Slucham panicza, slucham... Padam do nóg... Tak mnie jakos
+zmroczylo... Zasnalem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi sie nie
+zdarza...
+
+- Nic nie szkodzi, mój Rzemiecki! - uspokoil go natychmiast
+Krasnostawski, klepiac poufale po ramieniu. - Potrzebuje was, i to
+natychmiast... Pojedziecie z pieniedzmi i z listem do Szczesnojej,
+gdzie sa teraz panstwo... Ja oto teraz sam jade konno do domu, a wy w
+slad za mna idzcie do Tomaszówki piechota. Tylko idzciez zaraz!
+
+- Duchem, prosze panicza, duchem! - odparl zwawo lesniczy w slad za
+odjezdzajacym.
+
+W pól godziny pózniej, mlody plenipotent siedzial juz przy biurku
+w Tomaszówce i kreslil slów pare do pana Emila.
+
+Jako nic niewiedzacemu o zajsciu z Topolskim i Ola, napisal
+Ladyzynskiemu tylko, iz musi niezwlocznie jechac do miasta
+rodzinnego na wakujaca intratna posade, nie chcac zamykac karyery
+tutaj, bez widoków na przyszlosc...
+
+Nadzieja otrzymania miejsca natychmiast motywowal takze wyjazd bez
+pozegnania, jak i przesylke równiez kluczy od kasy, ksiag
+rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W koncu listu,
+Krasnostawski przepraszal pana Emila za trud i dodawal sucho, ze
+pensyi nic mu sie nie nalezy, bo czyni niespodziany zawód swym
+dotychczasowym chlebodawcom.
+
+We wrotach dziedzinca tymczasem majaczyla juz barczysta postac
+Rzemieckiego, pies legawy, poszczekujac radosnie, wyprzedzal go...
+
+Uswiadomiwszy o czem nalezalo starego sluge, wreczyl mu
+Krasnostawski: papiery, ksiegi i klucze, oraz portfel znaleziony, z
+nadmienieniem zawartosci jego, a przerwawszy szereg utyskiwan i
+szczerych zalów tyczacych sie jego stad odjazdu, - wyprawil do
+Szczesnej.
+
+Sam zas do kancelaryi powrócil i znuzony padl na otomane...
+
+Widocznem bylo przy tem, iz w mózgu jego odbywala sie jakas
+walka...
+
+- Nie, nie daruje!... To ponad sily moje! - rzekl wreszcie
+kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.
+
+- Nie daruje! - powtórzyl: - On o wszystkiem wiedziec musi! Tak
+kaze sprawiedliwosc, tak byc musi, tak bedzie! - glosno juz
+zupelnie wyrzucil z siebie wzburzony, a przysunawszy fotel do biurka,
+siegnal ponownie po papier listowy, i umoczyl pióro w atramencie.
+
+Zatrzymal sie... Po chwili cisnal pióro, wstal i znów zaczal
+chodzic goraczkowo po pokoju.
+
+- Jak to? - szeptac zaczal. - Ja mialbym, niby pies sponiewierany,
+odejsc stad, usunac sie, zniknac?.. Ja mialbym zamknac w
+sercu ich wspólna tajemnice, i tem samem ocalic tego chlystka!..
+Prawda, jednak, ze i o nia tu chodzi, najdroz... - nie dokonczyl,
+sponsowial...
+
+Nie! W nim tlila jeszcze milosc dla niej, ale policzek kobiety i
+poniewierka - zdeptana milosc wlasna, - wszystko bylo od iskry tej
+silniejszem.
+
+W dziesiec minut, mlody czlowiek uspokoil sie zupelnie; znac z
+gotowym juz w glowie planem, list pisac poczal szybko,
+zamaszyscie...
+
+W ciszy pokoju rozlegl sie nerwowy zgrzyt pióra i dlugo, dlugo nie
+ustawal.
+
+Caly zal, cala gorycz na papier przelewal z duszy swej
+Krasnostawski.
+
+Opisal szczerze zycie wlasne... I swa milosc ku Oli, tajona od
+lat pieciu, idealna, czysta!.. Wlasne bóle cierpienia przez czas
+ten caly, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie
+sie tych dwojga, i pozar palacu wreszcie, i zdrade i noc straszna -
+wszystko!..
+
+List skonczyl, podpisal, zlozyl, i siegnawszy po koperte,
+zaadresowal: Italia, Milano, Signor Roman Dzierzymirski, Hotel
+"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.
+
+Odrzuciwszy pióro, ujal Krasnostawski glowe w dlonie.
+
+- Stalo sie!.. - szepnal po chwili i powstal.
+
+
+- Nic cie juz tu nie wiaze!.. - Jechac, jechac stad czem
+predzej! Obszaru, swiata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..-
+zawrzalo w nim i odemknawszy drzwi, hukac poczal na sluzbe.
+
+W pól godziny potem na calym folwarku wrzalo... Jak grom, spadla na
+wszystkich wiesc, ze pan plenipotent, "panycz," wyjezdza na zawsze.
+Zlecieli sie wszyscy. W domu pakowano na gwalt rzeczy, daleko bowiem
+bylo do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chcial zdazyc jeszcze
+na wieczorny pociag.
+
+Promienie znizajacego sie slonca calowaly juz strzeche i
+rumienily biale sciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, calowany po
+rekach przez czeladz i sluzbe, zegnal sie ze wszystkimi
+Krasnostawski, rozdawal tam i ówdzie sprzety wlasne, rzeczy i
+pieniadze, sam wzruszony, smutny...
+
+Wreszcie ulokowal sie na bryczce, konie ruszyly, przed oczyma
+mignely mu ogorzale twarze zegnajacego go tak serdecznie
+ukrainskiego ludu - wrota skrzypnely zalosnie po raz ostatni, i
+bryczka potoczyla sie, brzeczac, po gladkim drogowym szlaku,
+zginawszy wkrótce wsród roztoczy lanów zzetego zboza, ugorów i
+kurhanów.
+
+
+
+Do stacyi kolejowej bylo juz tylko wiorst pare... Czwórka
+Krasnostawskiego spuszczala sie wlasnie z pochylosci jaru na
+niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lekiem poczely sie
+nagle wspinac cofac, nie chcac przejechac przez grobelke. Furman
+zaklal po malorusku, i parokrotnie uderzyl biczem konie...
+
+- Stan! - rzucil naraz krótko Krasnostawski i zeskoczyl z bryczki.
+
+- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócil sie nagle do
+mruczacego wciaz furmana, wskazujac reka zblizajacy sie na
+bocznym trakcie oblok kurzawy.
+
+- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkis *) pany! - odburknal furman,
+który zlazlszy takze z kozla i poprawiajac uprzaz u koni,
+czestowal wlasnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
+[*) Skadsis.]
+
+Krasnostawski nie zauwazyl tego znecania sie nad ulubionymi dotad
+przezen konmi...
+
+- Dlaczego pany? - spytal z roztargnieniem, a pózniej zaraz w tym
+samym jezyku dorzucil: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
+
+Odmienny bowiem rzeczywiscie od furkotu kól bryki, czy tez innego
+pojazdziku, stlumiony, jednostajny i nieco gluchy przerywal cisze
+przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem tez zgrabny faeton
+wylonil sie z obloków pylu; konie siwe, w angielskich szorach,
+zaprzezone w leje, i dwoje ludzi siedzacych na kozle, ubranych w
+liberye granatowa, ze zlotymi guzikami.
+
+Zaprzag w pare minut stanal przy moscie. Krasnostawski wydal
+okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedzial mu z zewnatrz powozu i
+odemknawszy z halasem drzwiczki, wyskoczyl z niego zapylony
+Ladyzynski.
+
+- No, gonilem pana, ale nie spodziewalem sie, ze go zlapie! -
+zasmial sie wesolo pan Emil i uscisnal wyciagnieta dlon
+Krasnostawskiego.
+
+- Witam, witam!.. - ciagnal dalej. - Cóz to, bulanki kaprysza i
+przez most nie chca przejsc? Obserwowalem... no, siadaj pan ze mna;
+zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejda spokojnie.
+
+Ladyzynski pociagnal Krasnostawskiego do powozu.
+
+- Cóz to, pan takze na kolej, czy tylko po mnie? - usmiechnal sie
+Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
+
+- Wyjezdzam - odrzekl tenze krótko, i dorzucil swobodnie,
+zauwazywszy wyraz twarzy mlodego czlowieka: - Nie bój sie pan, nie
+trwóz!.. Nie mysle wcale i nie mam polecenia zawracac pana z drogi
+do dawnych obowiazków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo
+dobrze, iz rzucasz te katy...
+
+W Gowartowie nie doszedlbys nigdy do niczego, a szkoda mlodosc
+swoja zamykac tu i tracic!..
+
+I Ladyzynski wyciagnal, przy tych slowach, reke do
+Krasnostawskiego, a scisnawszy ja silnie, rzekl jeszcze.
+
+- Powinszowac moge tylko, zes sie pan otrzasl ze skrupulów, i
+zyczyc powodzenia na przyszlosc!..
+
+Krasnostawski sklonil sie, milczac. Pan Emil zas, przechodzac
+natychmiast na inny temat, juz mówil:
+
+- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mna!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
+opowiedzenia. Cóz, zgoda?
+
+Krasnostawski usluchal; bryka cofnela sie nieco, a powóz,
+przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczyl sie znów równo i
+szybko dalej.
+
+- Sluze panu! - rzeki Ladyzynski, czestujac Krasnostawskiego
+cygarem. Zapalili...
+
+Oparlszy sie wygodnie o poduszki i zaciagnawszy cygarem, pan Emil
+rzekl.
+
+- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tedy, zaczynam...
+
+- Slucham, slucham! - potwierdzil mlodzieniec, kontent w duszy, ze
+go cos, choc na chwile, odrywa od smutnych mysli.
+
+- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, ze jestes w teatrze na
+jednoaktowej szaradzie. Uwaza pan: sza - ra - dzie...
+
+Rzecz dzieje sie, mówiac wlasciwym stylem, za naszych czasów, na
+Ukrainie, w Szczesnojej, majatku grafa Topola - Topolskiego.
+Popoludniowa, przedobiednia godzina - cisza... Palac pograzony w
+milczeniu... W tej samej jednak chwili stojacy na ganku strzelec, w
+pokornym zgiety uklonie, podaje cos mezczyznie, ubranemu w
+smoking. Mówiac nawiasem to ja - usmiechnal sie pan Emil, po
+chwili ciagnal dalej:
+
+- Kurtyna spada, nastepuje odslona druga: Sala portretowa jadalna, do
+stolu zasiada ze trzydziesci eleganckich osób... Jedno tylko krzeslo
+wolne... Wchodzi ten sam mezczyzna w smokingu, trzymajac cos w
+reku. Wita tam i ówdzie osób pare, zbliza sie do mlodej nadobnej
+damy i wrecza jej z uklonem portfel, mówiac cos objasniajaco...
+Nagle siedzacy obok sam "graf" zrywa sie od stolu, jak oparzony, i
+robiac arcyglupia mine, wpatruje sie w portfel... Zaintrygowanie
+ogólne, sytuacya jednak wyjasnia sie wkrótce...
+
+W tej chwili spojrzawszy na zasluchanego towarzysza, pan Emil
+rozsmial sie serdecznie.
+
+- No, dosyc ma juz pan tych efektów scenicznych, dokoncze panu
+zatem te szarade zwyczajnemi tylko slowy...
+
+- Dziwi pana zapewne - mówil dalej, - arcyglupia mina Topolsia, gdy
+ujrzal portfel, z polyskujaca korona, symbolem jego wielkosci!..
+
+- Otóz w tem ma sie rzecz cala, ze portfel ten nie
+Dzierzymirskiego, i nie jego pieniadze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni
+minus, tylko Topolskiego...
+
+- Nie moze byc! - wykrzyknal Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
+
+- No, cóz! szarada dobra... co? - rzucil wesolo Ladyzynski.
+
+- Niezla - usmiechnal sie z kolei mlodzieniec - bo dotad
+przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem.
+
+- Cierpliwosci! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajac zaczal pan
+Emil swego sluchacza.
+
+- Zapalic musimy poprzednio cygara, bo i panskie zgaslo, nieprawdaz?
+- rzekl w slad za tem, a wydobywszy zapalki, zapalic jedna z nich
+usilowal, lecz wietrzyk swawolny zgasil mu ja i nastepnych kilka. -
+Sapristi! - zaklal z cicha. - Stancie-no, hej! tam! - krzyknal na
+furmana.
+
+Konie zatrzymane stanely; wspomagany przez mlodego plenipotenta,
+Ladyzynski zapalil wreszcie cygaro, a podnióslszy glowe,
+spojrzal przed siebie.
+
+- Cóz to? Wyzyczpol? - zapytal sluzby.
+
+- A tak, prosze jasnie pana! - potwierdzil lokaj, zdejmujac
+liberyjna czapke.
+
+- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócil sie do
+Krasnostawskiego; - za jakie pól godziny bedziemy na stacyi, patrz
+pan, - i wskazal reka krajobraz.
+
+Blyszczac w mroku, lsnila sie opodal wstega rzeki, na górze
+malowniczo rozrzucone dosc duze miasteczko mrugalo dziesiatkami
+swiatelek...
+
+- Jechac! - rozkazal Ladyzynski.
+
+Powóz ruszyl; pan Emil, po chwili milczenia, przemówil nagle:
+
+- Przepraszam stokrotnie, ze widzac ciekawosc w oczach panskich,
+nie koncze opowiadania... Pozwolisz pan, ze mu zadam dwa pytania: czy
+masz pan dobra pamiec i dokad pan jedziesz?
+
+- Jade do rodzinnego miasta, a pamiec mam wyborna! - usmiechnal
+sie Krasnostawski.
+
+- Otóz to - bardzo dobrze. Napisalem, bo widzi pan, list do Romana,
+ze szczególowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamiec
+jednak fatalna... Zapomne listu wrzucic na pewno! Mój panie kochany,
+wez go i wrzuc na dworcu... Cóz, dobrze? Przy tych slowach,
+Ladyzynski wyjal pospiesznie z surduta gruby list i podal go
+Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schowal go do kieszeni, gdzie
+spoczywalo i jego do Romana pismo.
+
+- No, wiec koncze!.. - zaciagajac sie dymem, rzekl pan Emil.
+
+- Slucham i to bardzo ciekawie - przerwal z zainteresowaniem
+Krasnostawski.
+
+- Dziwil wiec pana fakt, - ciagnal Ladyzynski - ze pugilares i
+tysiaczki sa wlasnoscia hrabicza, choc znalazly sie w szufladzie
+Romka?.. W tem sek wlasnie, ze Topolski dzis dopiero przekonal
+sie, iz sa one w innem, niz przypuszczal, reku.
+
+Wyobraz pan sobie bowiem, jaki byl przebieg zguby tych pieniedzy...
+
+- Temu lat szesc, czy osm, Topolski mial przyjaciólke w
+teatralnych sferach.. Otóz pewnego wieczora, zaprzysiegajac sobie w
+duszy uroczyscie, ze pusci w trabe swoja magnifike, idzie
+Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka
+tysiaczków majac w zapasie - Ladyzynski urwal, zasmial sie i
+pusciwszy z ust kólko dymu, mówil dalej.
+
+- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczesnojej niepowodzenie... Nadobna
+córa Melpomeny nie chce nawet slyszec o rozstaniu... Scena wiec z
+tego naturalnie, placze! On przeprasza - ona w koncu daje sie
+przeblagac - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
+
+Pan Emil odsapnal - i swobodnie po chwili ciagnal dalej:
+
+- Nad ranem, z miloscia gruntownie odegrzana w sercu, przysiegajac
+sobie, iz przyjaciólki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do
+siebie... Nagle, dotknawszy sie kieszeni surduta, nie znajduje tam -
+pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrala z nim komedye; za malo
+jej bylo dziewieciu tysiecy, które jej pono dawal, najbezczelniej
+okradla go wiec, po prostu na cale dwadziescia i siedm, znajdujace
+sie w portfelu.
+
+Topolski jednak wobec powyzszego faktu, po glebszem wniknieciu w
+siebie, decyduje, ze badz co badz pozbyl sie baby...
+
+Oddychajac zatem pelna piersia - swobodny wyjezdza do dóbr swych
+"krzyzyk na swisnietym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...
+
+Tu pan Emil przerwal opowiesc raz jeszcze, zapalil na nowo zgasle
+cygaro i konczyl.
+
+- Od tej chwili minelo lat osm, a tych dwoje nie widzialo sie
+wcale.
+
+Skonczylem...
+
+Ladyzynski odetchnal i umilkl.
+
+- Dziekuje panu za opowiadanie - pospieszyl z odpowiedzia,
+Krasnostawski. - Rzeczywiscie, szarada prawdziwa... Ale w Szczesnojej
+zdziwienie bylo wielkie?
+
+- Ogromne! - odparl pan Emil. - Notabene, wyobraz pan sobie, w
+Szczesnojej pelno gosci... Mieszka tam wiec stale: primo jakas
+powazna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej
+siedziby pana na Szczesnojej mogly przybywac i damy; secundo, prócz
+meskiego towarzystwa, przybylego niespodzianie z kolei dzis z rana -
+a w których to gronie nie brakowalo i jednego prezesa, spolecznego
+kolezki Romana - znajdowalo sie tez w siedzibie Topolska kilka
+osób, które przyjechaly specyalnie do naszych: pan, z kondolencya
+po pozarze.
+
+Wiec powiadam panu! - mówil wesolo dalej Ladyzynski - gdy to co
+mówilem, nam, mezczyznom, opowiedzial Topolski po kolacyi przy
+cygarze, i kiedy wiadomosc ta do pan sie przedostala, Topolski
+zostal bohaterem dnia!..
+
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziala?
+
+- Alez, nic zupelnie! - podchwycil Ladyzynski. Tem wieksze
+zaintrygowanie, domysly!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadly na
+mnie, bym natychmiast opisal to wszystko Romanowi, chcialy nawet, bym
+specyalnie w tej sprawie pojechal do niego... Prezes zas, ksiaze
+Szydlowiecki, zrobil nawet w liscie moim dopisek, zeby Romek
+powiadomil go telegraficznie o swym przyjezdzie, to on wyprawi
+wówczas raut na czesc jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
+zagadkowej sprawy... Jednem slowem, powiadam panu - komedya...
+
+Ladyzynski mówic przestal, strzepujac popiól z cygara. Lecz
+trwalo to krótko...
+
+Rozmowa wkrótce potoczyla sie znowu blyskotliwa, lekka...
+
+A powóz tymczasem dudnil wlasnie teraz po moscie, rzuconym przez
+rzeke, i wtoczyl sie w waskie brudne uliczki zydowskiego
+miasteczka; niebawem wyminal je i znalazl sie na szerokim trakcie,
+prowadzacym do kolejowego dworca.
+
+Jednoczesnie w oddali ukazaly sie trzy gorejace swiatla: - to
+pociag zblizal sie juz do stacyi. Pierwszy dojrzal go
+Krasnostawski. Siegnal szybko po zegarek i spojrzal:
+
+- Oho, juz po dziewiatej! to panski pociag...
+
+- Do djaska! - zzymnal sie pan Emil i - wytezyl wzrok w kierunku
+pociagu.
+
+- Janie! galopem! - krzyknal, zwracajac sie energicznie do
+furmana... Dam ci na mohorycz... nocowac tu ani mysle!.. Moze
+zdazymy! Jazda, a ostro!..
+
+Stangret trzasnal z bicza, czwórka puscila sie pedem po gladkim
+szlaku.
+
+Zziajane juz konie, galopujac, sapaly i tak dojechano az pod
+sztachety drewniane, okalajace stacye... Tu pelno juz bylo wozów,
+bryk, obywatelskich czwórek, oczekujacych na swych panów.
+
+Gdy elegancki ekwipaz pana Emila wtoczyl sie na brukowany placyk
+przed stacya, jednoczesnie na platformie rozlegl sie dzwonek i
+wpadl tam, z hukiem pociag, zatrzymujacy sie tu tylko pare minut.
+
+- Zuch z ciebie! - pochwalil Ladyzynski furmana, i rzuciwszy mu
+pólimperyala, wyskoczyl szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
+odwiazywano juz; dwaj panowie, zarzadziwszy pospiech, pobiegli do
+sali.
+
+Tu ruch panowal nielada..
+
+Pasazerowie przyjezdni wysypywali sie z wagonów i tloczyli do
+wnetrza dworca; jadacy kupowali bilety, sluzba kolejowa nosila
+reczne bagaze, zdawala kufry, biegala goraczkowo, krecila sie,
+jak w ukropie.
+
+Przecisnawszy sie energicznie przez tlum, pan Emil zdobyl bilet
+pierwszej klasy i w minute potem, wychylony z wagonowego okna,
+rozmawial z zegnajacym go Krasnostawskim.
+
+Uderzyl trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnal, lokomotywa
+odpowiedziala mu przeciagle - pociag ruszyl powoli z miejsca.
+
+- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze zycia!..- mówil pan
+Emil, usmiechajac sie przyjaznie, serdecznie sciskajac dlon
+Krasnostawskiego.
+
+Ten ostatni zas, widocznie pod wplywem jakiejs naglej mysli,
+puscil szybko reke Ladyzynskiego, sklonil sie, i wydobywszy
+szybko z kieszeni dwa listy, podbiegl ku uchodzacemu wagonowi
+pocztowemu. Dogonil go i zrecznie wrzucil w otwór wlasciwy oba
+pisma.
+
+- Addio... dziekuje! - poslyszal jeszcze glos pana Emila, i pociag
+znikl niebawem.
+
+Krasnostawski pozostal sam. Nastepny pociag mial przyjsc juz
+wkrótce, poszedl wiec do kasy, kupil bilet, a wróciwszy na
+platforme, usiadl na laweczce samotny.
+
+Zamyslil sie...
+
+Poza nim zamykal sie teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
+zycia.
+
+Platny sluga bogatszych od siebie ludzi zzyl sie on jednak,
+zbratal z ich zyciem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten
+pozycia wspólnego zakonczyc tak marnie?..
+
+Krasnostawski pochylil glowe, ujawszy ja w dlonie. Jakis bunt
+mimowolny podnosil sie w nim przeciwko zyciu, losowi i ironii jego.
+
+Po co tu przybyl lat temu kilka, po co przywiazal sie do tego
+cudzego katka ziemi, po co tak goraco ukochal Ole?
+
+Dlaczego to wcielenie wdzieku, czaru, wiosny, milosci i piekna, w
+osobie tej kobiety, stanelo, jak cien niepochwytne, na drodze jego
+zycia?..
+
+Krasnostawski pochylil sie bardziej jeszcze i dlugi czas pozostal
+nieruchomy.
+
+Nagle drgnal calem cialem i podniósl glowe. Gwizd donosny
+przeszyl powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w klebach pary
+wpadl pociag kuryerski.
+
+Krasnostawski poczal szukac miejsca w wagonach. Ulokowawszy sie
+wreszcie, zblizyl sie do okna wagonu i wyjrzal.
+
+Zamykano juz wlasnie z pospiechem drzwiczki, wsród zgielku
+rozlegal sie trzeci dzwonek.
+
+Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objal raz jeszcze wszystko
+i cofnal sie w glab wagonu...
+
+Zagrala w tejze chwili trabka droznika, mignely latarnie
+sygnalów i pociag kuryerski znikl, pochloniety cieniami nocy.
+
+Na dworcu zagoscil znowu spokój. Wszyscy rozeszli sie teraz na
+dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem równiez znikly
+swiatla.
+
+Na bagnach chór zabi gral tylko swa piesn jednostajna gdzies w
+dali, w pobliskim lesie slyszec sie dawaly jakies, szmery i senna
+noc cicha, zasiadlszy, jak królowa, na tronie z tkanego zlotem
+szafiru - rozpostarla panowanie nad swiatem...
+
+Cisza zupelna zawladnela okolica.
+
+Mierzac tylko mknacy chyzo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwanial
+godziny miarowo...
+
+W milczeniu ogólnem, jak szept czlowieka, glos jego odzywal sie
+bezustannie:
+
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
+
+-------------
+
+W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
+upalnego, konczacego sie juz popoludnia, leniwie snuly sie po
+chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjac sie od
+slonca pod kolumny frontowe i oszklona galerye "Vittorio Emanuele."
+
+Wokolo klombów, zajmujacych srodek placu, i otaczajacych stojacy
+tam pomnik, krecily sie jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniac
+co chwila, rozbiegajac sie i ginac w sieci ulic miasta, sam zas na
+koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brazu, z piedestalu pomnika,
+wpatrywac sie zdawal ciekawie w otwarte drzwi królujacego tu na
+placu katedralnego tumu, pociagajacego z oddali tajemnicza wejscia
+glebina... Koronkowej roboty marmurowe jego sciany, dach,
+kilkadziesiat wiezyc i zdobiace go statuy, w liczbie okolo dwóch
+tysiecy, wznosily sie dumnie, i wystrzelaly wysoko w niebo wloskie,
+szafirowe, czyste, zadziwiajac misternem wykonczeniem, dajac soba
+najlepsze niesmiertelne swiadectwo genialnej pracy czlowieka.
+
+Po marmurowych stopniach schodów tej okazalej, gotyckiej katedry,
+mogacej w swojem wnetrzu pomiescic do 40,000 ludzi, co chwila
+wchodzil ktos do jej srodka, lub wychodzil na ulice - z kojacej
+ciszy swiatyni wpadajac nagle w halasliwy wir miasta, i natrectwo
+jego mieszkanców, w osobie spacerujacego po trotuarze tuz kolo tumu
+przekupnia, cisnacego w rece kazdemu gwaltem mozaikowe wyroby
+weneckie.
+
+- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pól rozpaczliwym, na
+pól przekonywajacym glosem napieral sie wlasnie ten ostatni,
+sniady Wloch, o przebieglem spojrzeniu, i trzymajac w reku jakas
+podejrzanej roboty broszke, zagradzal droge mlodemu mezczyznie,
+wstepujacemu, w zamysleniu; po stopniach katedry.
+
+Dzierzymirski przystanal; podniósl glowe, i spojrzal w oczy
+natretowi, a zachnawszy sie niecierpliwie, rzucil mu cos
+energicznie po wlosku. Przestapiwszy próg kosciola, zdjal
+kapelusz i odetchnal z ulga.
+
+Przyjemnym chlodem w przeciwstawieniu do panujacego na dworze upalu;
+powialo nan z wnetrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i -
+majestatu pelnem... Cien, pustka i tajemniczosc niewytlumaczona
+objely go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z
+marmuru, donosnie, rozlegly sie kroki Romana.
+
+Poza amfilada 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnascie kroków
+kazda obchodu majacych - w perspektywie, daleko, widnial wielki
+oltarz, chór i rzedy plecionych krzeselek swiecily przycmionym
+blaskiem kolorowe szkla okien, ponad glowa zas Dzierzymirskiego,
+opiekunczo jakby, wznosily sie marmurowo wyniosle gotyckie arkady; z
+wierzcholków kolumn, zdobiac je grupami kazda z osobna, patrzyly
+na niego dziesiatki statuetek malych...
+
+Odblask sloneczny dotknal delikatnie pieknych rysów przybysza, jego
+smaglych policzków, wypuklego czola, i oswietlil je przelotnie..
+Razony swiatlem w oczy, Roman usunal sie w cien, i spusciwszy
+glowe na piersi, zadumal sie gleboko.
+
+Godzin temu dwie zaledwie odebral jednoczesnie dwa listy...
+
+Pierwszy od Emila Ladyzynskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujacy
+mu szczególowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalil go
+w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
+
+Drugi, przepelnil miare jeszcze!..
+
+Ze slów tak szczerych, iz nie mogly nasunac nawet momentalnej
+watpliwosci, wyrwanych prosto z bolejacej duszy ludzkiej, dowiedzial
+sie Dzierzymirski o zdradzie Oli...
+
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..
+
+Otchlan, zda sie, gleboka i bezdenna rozwarla mu sie pod stopami,
+dusic go w gardle poczelo, w glowie powstal zamet - w piersiach
+dotkliwy ból!.. Wybiegl jak nieprzytomny na ulice... Póloblakany
+prawie przybyl pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
+
+Za progiem swiatyni, rzeczywiscie cudem po prostu jakims,
+powrócila mu samowiedza i wzgledna równowaga umyslowa..
+
+I oto teraz Roman porzadkowac zaczyna uciazliwie mysli. Wzrok jego
+machinalnie bladzi po wspanialych freskach, z dzielami mistrzów,
+oltarzach, marmurowych rzezbach i pomnikach, zatrzymuje sie
+instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
+roboty, w ksztalcie drzewa... Potem oczy jego spoczywaja bezmyslnie
+na kopule, przed chórem i znajdujacej sie pod nia podziemnej kaplicy
+swietego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
+zlotem...
+
+Dzierzymirski siega nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
+usiluje przeczytac je po raz wtóry...
+
+Przed nim, przeswiecane blysnieciem slonca, zmatowanym blaskiem
+lagodnie swieca w zmierzchach katedry wspaniale trzy okna chóru,
+jak mówia, najwieksze na swiecie calym.
+
+Niby zywe, patrza na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
+swietych; malowane barwnie na szkle, na malych kwadratowych tafelkach
+- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
+najslawniejszych mistrzach wychyla sie, plonie setkami kolorów i
+cieni...
+
+Dzierzymirski wypuszcza listy z reki i ukrywa twarz w dlonie...
+
+Pod wplywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
+bezbrzezne i rozpacz tloczaca fala zalewaja mu dusze...
+
+Wiec zdradzila go!.. Zdradzila nikczemnie, dla zmyslowego upojenia -
+dla szalu!.. Zdeptala jego milosc, uczucia, oszukala go -
+zapomniala!..
+
+Wiec takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
+kobiety tej niegdys uczynil!..
+
+Alez on dla niej przeciez poswiecil wszystko!.. Siebie oddal!..
+Swa czesc, uczciwosc - sumienie!..
+
+- Przez ciebie wszystko tom uczynil, przez ciebie! - gluchy jek unosi
+piers mezczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..
+
+I milknie skarga...
+
+A potem niezrozumialego juz cos cos tylko, niedoslyszalnego
+poczynaja naraz szeptac cicho do siebie Dzierzymirskiego usta.
+
+Kleka i jakies bóle i zale plynac sie zdaja pod strop
+milczacego tumu, biegna trwoznie pod wyniosle jego arkady, odbijaja
+sie o statuy, rzezby i pomniki - na kolana padaja u oltarzy - leca,
+tam, gdzies wysoko... do Boga!..
+
+Lecz oto nagle spokój swiatyni brutalnie przerwanym zostaje...
+
+- Yes, yes, yes!.. - odzywa sie co chwila i dowcipy francuskie
+wtóruja angielszczyznie, - z przewodnikami Baedeker'a w reku
+przesuwa sie tuz kolo Romana garstka osób, z udanem znawstwem
+ogladajac wszystkie zabytki tumu.
+
+Gwarzac wesolo, dziela sie turysci na dwie polowy. Jedna z nich
+zmierza zobaczyc wnetrze kaplicy sw. Karola Boromeusza, druga,
+pobrzekujac pieniedzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu
+katedry, przy stoliku, postawionym we wnetrzu swiatyni, na prawo, w
+glebi, u wejscia do prowadzacych tamze schodów.
+
+Roman powstaje i z kosciola uchodzi pospiesznie. Na ulicy wskakuje do
+dorozki, i rzuca glosno jakis rozkaz woznicy.
+
+Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
+targowe; starozytne koscioly i palace... Ruch miejski wokolo
+zmniejszac sie poczyna i powóz wjezdza niebawem w szeroka aleje,
+gdzie, oprócz biegnacych gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgola nikogo.
+
+W slad za tem równiez roztwiera sie perspektywa...
+
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zielen
+swieza ramuje ja wdziecznie. To juz miasto umarlych, - jeden z
+najpiekniejszych wloskich pomnikowych cmentarzy, medyolanskie
+"Cimitero Monumentale."
+
+Powóz podjezdza blizej nieco, Dzierzymirski wysiada i idac
+piechota, kieruje sie ku rysujacej sie teraz calkiem juz wyraznie
+i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejsciowej. Kroczac zas tak powoli,
+mysli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadza mi spokój przynajmniej
+ludzie!.. Tu zdobede samotnosci chwile z jej prochami tylko i z
+samym soba!..
+
+Wstepujac po stopniach schodów, Dzierzymirski znajduje sie niebawem
+pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wiezycami,
+zamykajacej z zewnatrz widok i wejscie na cmentarz.
+
+U stóp Romana obecnie, w potokach slonecznych promieni, na tle zieleni
+gaju, bieleja setki marmurów, wystrzelaja w niebo dziesiatki
+gotyckich wiezyczek, mauzoleów i pomników...
+
+Nie patrzac nawet na nie, obojetny, Dzierzymirski, skreca w lewo, a
+wzrok jego przesuwa sie machinalnie po malych zadrukowanych
+tabliczkach marmurowych wprawionych gesto obok siebie w sciane
+kolumnady, a oznaczajacych miejsce trumienek, z popiolami
+nieboszczyków.
+
+I Roman w ten sposób dochodzi do kata frontowego czworoboku, widzac
+zas naprzeciw siebie mur, skreca, idac wciaz jeszcze pod dachem
+kolumnady, poslusznie, na prawo...
+
+Zadumany, mija wprawiony w sciane pomnik rodziny Volonte, pelny
+artyzmu, piekny bardzo w oddaniu grozy i bólu...
+
+Na cialo juz oto martwe pieknego mezczyzny i lezace w poscieli
+na lozu z kamienia, w zgieciu bolesnem postaci calej, rzucona w
+szale rozpaczy, kleczy mloda kobieta i caluje droga dla sie twarz
+zmarlego... Caluje, piesci w zapamietaniu slepem, upojeniu
+strasznem, bo ostatniego, a nieodwolalnego juz pozegnania!..
+
+Roman, wszedlszy po schodach bocznego skrzydla kolumnady, jest juz na
+cmentarzu.
+
+Idzie wolno, kierujac sie bezwiednie aleja znana, wiodaca ku
+mogile matczynej.
+
+Wkolo niego wznosza sie zewszad wspaniale grobowce: Verazzich,
+Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych
+wloskich rodzin i rodów. Piescidelka kamieniarskiej, rzezbiarskiej
+i budowlanej roboty, mauzolea, w ksztalcie gotyckich kapliczek, z
+pieknymi oltarzykami, mozayka, obrazami i innemi ozdobami wewnatrz
+sliczne, odcinaja sie licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po
+wsze strony zas, gdzie okiem rzucic tylko, w tych wszystkich bialych
+grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamien martwy i marmury
+rzezbiarskim dlutem zakuty, drzy, zdawalo by sie wszedzie...
+ból!..
+
+Slonce, znizajace sie juz stopniowo coraz bardziej, zloci teraz
+rzesiscie rój bialych postaci... W poblizu Dzierzymirskiego, z
+krawedzi odlamu - na wpól obroslego zielenia, a doskonale
+imitowanej skaly górskiej - z jej szczytu, iskrzacy sie w blaskach
+slonca, spoglada wyniosle dokola wspanialy orzel z bromu.
+
+To odznaczajacy sie od drugich oryginalnoscia pomyslu, grobowiec
+Poggich...
+
+Dalej zas nieco pomnik rodziny Rusconi; rzezba kobiety, o oczach,
+pelnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
+reku, na którym wyryte widnieja zapisy..
+
+W innej znów stronie, wdowa w póllezacej pozycyi, zaplakana;
+twarzy jej nie widac wcale - ukryta w dlonie. Cala postac wyraza
+ból niezmierny.
+
+W swej wsród grobowców wedrówce, Dzierzymirski przystaje nagle...
+W zamysleniu - zbladzil... Oryentujac sie, zawraca, i ponownie
+mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
+pieknego nader pomnika.
+
+Na grób z marmuru rzucona duza kotwica; pod krzyzem siedzi na mogile
+aniol-kobieta, o przeslicznym wyrazie twarzy, pograzona w smutnem
+zamysleniu, z wiencem w dloni...
+
+Niebawem, tuz obok idacego wciaz Romana, wyrasta znów pomnik z
+kamienia. Na wierzcholku jego, z rekoma wzniesionemi do góry, modli
+sie wielki Aniol, z pieknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu
+kleczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdziecznie, w ekstazie jakby
+bólu, odziana cala w zwoje subtelnie odrzezbionych koronek.
+
+Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader
+skromnym, Dzierzymirski pochyla sie, zdejmuje kapelusz i kleka,
+oparlszy glowe o zimny kamien pomnika Na grobie wyrzezbiony
+subtelnie w bialym marmurze biust pieknej kobiety, oczyma wielkiemi,
+pelnemi wyrazu, z odcieniem litosci, czy bólu, patrzec sie zdaje
+badawczo na pochylona postac i glowe mezczyzny...
+
+Tymczasem rozsiana dokola cisza, tchnaca spokojem, momentalnie ukajac
+poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panujacego mu w mózgu, jedna po
+drugiej wylaniaja sie doniesione mu fakta, ustawiaja rzedem w
+symetryczna calosc i niby ogniwa, logika, rozumu spojone, wiaza
+sie ze soba, grupuja...
+
+I kara zycia, nieublagana, zimna, choc moralna tylko, staje
+Dzierzymirskiemu teraz przed oczyma wyraznie...
+
+Pozornie otrzymal on wszystko: W obliczu swiata pozostal bezkarnym;
+byl bogatym, wplywowym i wielkim, klaniano mu sie, zebrano jego
+laski, protekcyi.
+
+Zycie cale dotad opromieniala mu Ola miloscia swa, bez granic...
+
+Posiadal skarb najwiekszy - kochal i byl kochanym...
+
+To bylo wczoraj jeszcze, a dzis?.. Dzierzymirski, pod ciezarem
+cierpienia, pochylil sie w tej chwili bardziej jeszcze, skulil sie,
+zmalal...
+
+I w jasnowidzeniu jakby naglem, ujrzal on równoczesnie, co innego
+jeszcze...
+
+Przyszlosc wlasna!..
+
+On wiec, w spoleczenstwie swem jeden z pierwszych niemal; on,
+stojacy na jego swieczniku, nie skazony moralnie, "na zewnatrz" -
+niczem, sponiewierany moze, zbrukany posadzeniem, lub domyslami, a
+wreszcie, - kto wie, czy nie stojacy w obliczu tlumów, pod
+pregierzem prawdy, tajonej skrycie do dzis dnia na dnie duszy?
+
+- O Boze!.. Boze! - jek mimowolny wydobywa sie z piersi Romana, oczy
+zas jego wznosza sie jednoczesnie i spotykaja na grobie, z
+wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z
+wyraznem wspólczuciem, wspólboleje z nim jakby. Jak zywa,
+spoglada na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy
+deszczu, ukrytych dotad w zalomach kamienia, splywa nagle po wykutem
+obliczu pieknej kobiety...
+
+Zachodzace slonce zakrwawia je swym blaskiem...
+
+I krwia oto serdeczna, zdaje sie matka plakac nad synem - lzami
+litosci i bólu.
+
+A Roman jednoczesnie, w porywie cierpienia, wyciaga ramiona do rzezby
+twarzy drogiej, obejmuje niemi glowe z marmuru i krzyz pomnika, a
+dotknawszy czolem czola matki, szepce cos jak dziecko, kwili...
+
+- Matko... matenko! - slychac dokladnie, i cicha skarga z piersi mu
+sie wyrywa! Z bólem jutra, laczy sie w nim zarazem jakis bunt
+niewytlumaczony do swiata, do ludzi - do zycia!... I w szepcie slów
+urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka slyszec sie daje.
+
+- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoz ze po tobie
+odziedziczylem goraca krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem
+twem wyssalem zapalczywy ogien pragnien, zmyslowego szalu, który
+zniweczyl we mnie wszystko, któremu oprzec sie nie zdolalem, i
+upadlem tak nisko... tak... nisko!
+
+Nie moglem odmówic sobie posiadania kobiety, która ukochalem, bo w
+zylach mych plonela, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów,
+krew dzieci poludnia, bo natura ich gwaltowna, przewrotna, bez
+niezlomnych uczciwosci zasad, zakorzenila sie w mej istocie...
+Podeptalem wszystko... wszystko...
+
+- Matko, tys temu niewinna, ja wiem, tys niewinna! - skarzyl sie
+dalej Roman, przepraszajac jakby, - ale, czemuz twym wplywem, kiedy
+ojca stracilem tak wczesnie, nie staralas sie zlagodzic we mnie
+tej natury narodu twego? Dlaczego nie moglas wytepic ze mnie zlego
+ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..
+
+I pytanie to Dzierzymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, ulecialo,
+pólpokorne, pólgrozne jakby i zamarlo w ciszy!
+
+A rodzicielka Romana mówila pieknym, wyrazistym w bialej rzezbie
+wzrokiem - odpowiadala mu, zda sie równiez:
+
+- Nie bluznij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
+Czynilam, co moglam... Wpajalam w twa dusze niezlomne zasady,
+wzmacnialam twój umysl, twe serce! Nie miej zalu do mnie, me
+dziecie!.. Popsul sie swiat, co skala, zbruka niejedno swem
+blotem!.. Zbladziles...
+
+A tymczasem zbielale usta Dzierzymirskiego, wijacego sie wciaz u
+stóp grobowca, w bólu i niepewnosci jutra, zaszeptaly znów
+rozpaczliwie, z cicha...
+
+- Co czynic? co czynic? - Wszak tam wszyscy czekaja teraz ode mnie
+wyjasnienia o pienieznej zgubie, którego dac im, niestety, nie
+potrafie. Cóz im powiem? co wymysle, a zreszta, cóz mi po tem?
+Gdybym po wysilku mózgowym i znalazl moze przemadre nawet
+rozwiazanie jakie, czyz nie takiem samem, nie do zniesienia pieklem,
+staloby sie to moje jutro! - odpowiadaly w duchu Romana: bezmierne
+zniechecenie i gorycz.
+
+- W ciaglej, podwójnej jeszcze, niz dotad, obawie skandalu, z
+tajona, tlumiona w duszy tajemnica, bez milosci, bez niej, bez
+Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucil z
+siebie Dzierzymirski, z moca. - Ja tak zyc nie potrafie!..
+
+Szept urywany Romana ustal. Tulac wciaz w ramionach ciemny marmur
+grobowca, milczaca snac juz teraz z rodzicielka swa, a moze i z
+Panem Wszechrzeczy, prowadzil on rozmowe.
+
+Nagle jednak w stloczonej piersi Romana cierpienia dluzej nie
+zdolalo juz sie ukryc - spazmem lkania wydobylo sie na
+zewnatrz!
+
+Milczenie cmentarnego zacisza wstrzasnal placz meski, przejmujacy,
+gleboki i przykrem nader echem rozlegl sie dokola.
+
+
+**********************************************************
+
+
+A tymczasem nad Medyolanskiom przepieknem "Campo Santo," w calem swym
+majestacie zachodzilo slonce...
+
+Mienily sie w odblaskach jego dachy i wiezyczki licznych kapliczek,
+mauzoleów; przez kolorowe waskie szyby okienek, drzwi i kraty
+wslizgiwala sie wewnatrz ich cicho czerwien promieni, pelzala po
+mozayce posadzek, muskala ubrane wdziecznie kwiatami oltarzyki,
+kandelabry, posagi i piekne swietych obrazy...
+
+Wspaniala wejsciowa kolumnada iskrzyla sie równiez tecza
+blasków; sciany, dach i wiezyczki polozonego na drugim koncu
+cmentarza "Tempio di Crematione" gorzaly pasowa gra swiatla...
+
+A mleczno-biale, ciche i zadumane dotad sennie posagi pomników
+ocknely sie po prostu jakby ozyly...
+
+Ksztalty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzezbione,
+przebudzily sie niby z martwoty dotychczasowej na drobna, przelotna
+chwilke - na mgnienie!..
+
+I nie sa to juz allegoryczne postacie, ni podobizny zmarlych dawno -
+nie, to wszak zywi ludzie, z krwi i kosci! Cialo ich przeciez,
+zarózowione leciutko, drzec oto zda sie, poruszac, w zylach krew
+plynie, usta cos mówia, a oczy ich, rysy, wyrazu pelne, boleja,
+placza, smuca sie - mysla!..
+
+Patrzcie... patrzcie!..
+
+Tam, na, wspanialym grobowcu, po obu stronach siedzacej na szczycie,
+zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniolowie zalewaja sie
+gorzkiemi lzami, szlochaja!.. Tu znów, przy innym pomniku, po
+stopniach jego porusza sie, kroczy wzwyz niewiasta mloda, - ku dwóm
+posagom, stojacym na górze grobowca, prowadzi chlopczyka,
+slicznote, w którego dloni zacisniety kwiatuszek sie chwieje... A
+tam, znów dalej, w innej stronie...
+
+W otwarte drzwi malego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
+szeleszczac jakby faldami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
+trzymany w dloni rózaniec wpatrzona, cudnej pieknosci kobieta...
+
+I tak dalej, i tak dalej...
+
+Dziesiatki bialoskrzydlych aniolów, wdów bolejacych,
+zalamujacych dlonie, tarzajacych sie gwaltownie, czy tez
+pograzonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda
+sie, w cmentarnej ciszy nuca oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
+piersi jakby wyrzucaja wszechogólny krzyk cierpienia!..
+
+A promienie zachodu znizaja sie tymczasem coraz bardziej...
+
+Purpura ich ciemnieje w koncu, niebawem niknac powoli zaczyna tam i
+ówdzie. Zakatki cmentarza dalsze, pod murem, stoja juz w cieniach -
+srodkowe kapia sie jeszcze w ostatnich pozegnalnych drgnieniach
+czerwieni i zlota...
+
+Wokolo kleczacego Romana, i obejmujacego wciaz w jednej i tej
+samej pozycyi pomnik, z posagiem matczynym, pala sie w calej pelni
+jeszcze dogasajaco slonca blaski.
+
+Dzierzymirski, szukajac dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny,
+wciaz szepcze cos niezrozumialego do skapanej w purpurze promieni
+rzezby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko lagodnym
+szmerem poruszanych u drzew lisci, drzec glosniej znów skarga
+poczyna.
+
+- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gan!.. Ja
+tam, do nich wrócic nie moge, to przechodzi sily moje!.. Wszak ja
+jego, kochanka Oli - tlumaczy sie dalej Dzierzymirski - jego, mego
+wroga, zabic powinienem! A jakze ja to uczynie? Przeciez oczyszczac
+pojedynkiem nawet mego honoru nie moge! - z gorycza w glosie, niby
+zywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, zlamanym szeptem... -
+Zrozum, matenko!.. Nie... moge!..
+
+Milknie na chwile, poczem urywanym glosem, z beznadziejna rozpacza,
+mówi, zwierza sie jeszcze... - Tak, matenko! bo honoru wszak ja...
+sam... nie... posiadam!..
+
+I Dzierzymirski konczy glucho: - On w twarz mi to rzucic moze,
+jesli sie dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza
+glosniej Roman nie zadaj tego ode mnie! - Ja, z pietnem pogardy na
+czole, bez czci tych tlumów, które ujarzmilem - zyc nie
+potrafie!..
+
+A szczególniej z jej... Oli mozliwa pogarda - bez jej uczucia zyc
+- nie moge!..
+
+I tem konczy spowiedz przed rodzicielka syn zbolaly, a po chwili
+dorzuca, z moca. - I... nie chce!!!
+
+Milknie Dzierzymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
+pograzywszy sie w jakiems pólodretwieniu glebokiem.
+
+A wkolo niego tymczasem gasnie juz calkiem luna zachodu... Jak
+przed chwila, niby dotkniete czarowna rózdzka, ozywialy sie
+posagi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracaja.
+
+Polozony tylko tuz obok Dzierzymirskiego symboliczny grobowiec
+jasnieje jeszcze... Na wpól rózowy od blasków czerwonych,
+bledniec oto wlasnie coraz bardziej poczyna w tyl przegiety,
+eteryczny i wielki na grobie tym aniol z marmuru, o rysach przecudnych,
+o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci calej
+wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosil
+sie, lecial...
+
+Aniol patrzec sie zdaje na Romana, ze wspólczuciem, spod rzes
+spuszczonych, oczyma zyjacego jakby ducha. Nad urna, która trzyma w
+dloniach i tuli do piersi i uniesc z soba jakby pragnie w zaswiaty,
+odrzezbiony, palacy sie ognik plonie rzeczywistem swiatlem,
+pieszczony ostatnim promyczkiem slonca!..
+
+Wreszcie i on zupelnie gasnie.
+
+Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa sie teraz
+cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przeslania z wolna
+wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki rózanej, która ich znowu
+przebudzi - zasypiaja, symbole snu wiecznego, marmurowe rzezby biale,
+doczesna zda sie tylko drzemka...
+
+Stopniowo scieraja sie zarysy posagów, kapliczek, mauzoleów...
+
+Zmierzch ciemnieje. Swiecac swój tryumf, a smierc slonca po
+coraz bardziej mrocznych zakatkach "Cimitero" cienie wieczoru plasaja
+juz obecnie swobodnie calkiem - druzyna ich weseli sie, tanczy,
+pusta, skracajac godziny do przyjscia nocy-wladczyni.
+
+ Po pewnym czasie jednak staje sie wsród tego grona jej paziów cos
+ niewatpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
+ bawiacych sie cieni lacza sie oto w jedna grupe, zwartem kolem
+ otaczajac którys z licznych grobowców.
+
+Obejmujac ramionami krzyz i posag marmurowy, kleczy tu nieruchomo,
+zlewajaca sie prawie z pomnikiem, pochylona, biala sylwetka
+mezczyzny... Cienie pochylaja sie ciekawie nad nia, dotykaja jej
+ciala, zagladaja w twarz, dziwnie blada.
+
+I raptownie szept jakis trwozny przelatuje po szeregu paziów nocy...
+Bezradni stoja wciaz gromadka, przeleknieni czems jakby,
+przejeci, cisi... Niektórzy z nich nawet zalamuja rece, drudzy
+kreca z niedowierzaniem glowami - inni wpatruja sie smutnie w
+majaczaca postac ludzka.
+
+Nagle kolo ich rozprzega sie gwaltownie, milkna - pozostawiaja w
+zapomnieniu zupelnem pomnik i znajdujacego sie u stóp jego
+czlowieka. Momentalnie, szybko, ustawiaja sie skladnie w dwa
+szeregi, pochylaja z gracya i pokora, szacunku pelna, w powitalnym
+uklonie...
+
+To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniala z wyzyn na ziemie
+zestapila wlasnie w tej chwili, w czarnym swym plaszczu i w gwiazd
+aureoli.
+
+--------------
+
+Poranek sierpniowy usmiechal sie tego dnia radosnie do tetniacego
+zwyklym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósl on jednak w
+powiewach swych, chlodniejszych juz nieco i swiezszych, zapowiedz
+idacej wczesnej jesieni, tej czarownej, pieknej jesieni polskiej, tak
+zadumanej zda sie i marzacej cicho, po otulonych mglami
+plaszczyznach i tak pelnej porywajacej soba tesknoty.
+
+Na jednej z glównych ulic miasta uwijano sie zwawo. Przechodnie,
+wszyscy skwapliwie spieszacy w jedna strone, wymijali sie
+goraczkowo, dzwonily tramwaje, dorozki turkotaly glosno - lekko, z
+cicha przesuwaly sie liczne, na gumowych kolach, ekwipaze i karety,
+dazac równiez w tymze, co i piesi, kierunku.
+
+Niebawem jednak liczba jadacych powozów poczela sie zmniejszac
+stopniowo coraz bardziej, w koncu zas ustala zupelnie.
+
+Ulice ruchu kolowego zamknieto. Ostatnie, zablakane dorozki
+zawracano, zmuszajac do natychmiastowego skrecania w pierwsza lepsza
+boczna ulice, a we wzglednej, panujacej obecnie, uroczystej ciszy
+rozlegal sie tylko zgluszony szmer licznych stóp idacej po
+trotuarach gromady ludzkiej.
+
+Pól-milczenie to dyskretne trwalo dobre pól godziny.
+
+Wreszcie z wiezyc jednego z pobliskich kosciolów odezwaly sie
+powaznie i rzewnie zalobne dzwony i smutne - zabrzmialy donosnie.
+
+Ruch powstal na chodnikach... Zbierano sie grupami, przystawano,
+policya i zandarmi na koniach poczeli czynic porzadek, niebawem zas
+w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszalej srodkiem ulicy, ukazal
+sie kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach
+domów zaroilo sie od widzów ciekawych...
+
+Z kilkunastoma ksiezmi i licznym klerem, zalobny korowód przesuwac
+sie zaczal z wolna aleja.
+
+Ramowaly go wdziecznie niewinne glówki idacych regularnie rzedami
+chlopaczków i dziewczynek - a wychowanców z licznych miejscowych
+ochronek, zakladów dobroczynnych - za trumna zas okazala,
+zlozona na bogatym szesciokonnym karawanie i jadacymi w slad za
+tem, uginajacymi sie od wienców, zalobnymi wozami, postepowal
+tlum niezliczony - kolysalo sie morze glów ludzkich...
+
+Hen! daleko zas, poza cizba, ginac gdzies w perspektywie ulic
+miasta, lsnil sie w promieniach slonca sznur powozów i karet.
+
+Wsród uczestniczacej w pogrzebie rzeszy rozlega sie stlumiony gwar
+ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zas ustach bylo teraz
+jedno tylko imie!
+
+Bez zmazy i skazy wobec swiata zeszedl do grobu - Roman
+Dzierzymirski.
+
+W ostatnich dniach lipca spoleczenstwem miasta, w którem zyl,
+pracowal, któremu na róznych polach dzialalnosci przewodzil,
+wstrzasnela wiadomosc niespodziana, zakomunikowana przez gazety.
+Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o smierci prezesa
+Dzierzymirskiego, we Wloszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
+anewryzmu serca. Powodem naglego zgonu bylo, jak mówili jedni, silne
+wstrzasnienie moralne i bolesna wiadomosc z kraju, jak utrzymywali
+po cichu inni - straty powazne, czysto finansowej natury i polozenie
+bez wyjscia!..
+
+Cialo sprowadzono do kraju i dzis oto to same miasto, któremu
+Dzierzymirski tak wiele zasluzyl sie za zycia, oddawalo bylemu
+przodownikowi ostatnia posluge.
+
+Stawily sie wszystkie sfery i stany - wszyscy zas z nieklamanym
+zalem, szli obecnie za trumna czlowieka, z którego smiercia,
+zdaniem ogólnem, ubywala miastu i krajowi nawet powazna spoleczna
+sila...
+
+A dosc bylo posluchac tylko uwaznie tam i ówdzie co mówiono o
+zmarlym, by przekonac sie, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie
+byl ten zal po nim!
+
+Jednoglosnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny
+prezesa Dzierzymirskiego, poswiecenie dla ogólu, zdolnosci, rozum,
+szlachetnosc i energie - jednobrzmiaco ubolewano nad strata jego
+niepowetowana! Czasami, naturalnie, wplatala sie i tu falszywa
+gdzieniegdzie nuta, lecz ginela natychmiast w akordzie powszechnego
+uwielbienia i zalu z przedwczesnego zgonu, tak zasluzonego
+spoleczenstwu czlowieka...
+
+Z trudnoscia przeciskajac sie pomiedzy dwoma sznurami ciekawych na
+chodnikach, wspanialy pogrzebowy korowód oddalal sie tymczasem
+stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie ksieza, karawani i
+dazace za trumna tlumy skrecily w lewo, i po pewnym czasie
+znikly...
+
+Na pierwszorzednej ulicy w miescie przywrócono ruch natychmiast. Z
+bocznych ulic wysypaly sie dziesiatki zatrzymanych dotad pojazdów,
+potoczyly sie, dzwoniac, ponownie tramwaje, zadudnily dorozki,
+omnibusy - do spowodowanych sciskiem wypadków kilku, wpadlo na
+ruchliwa arterye grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donosna na
+trabce pobudka torujac sobie droge!
+
+Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchl bezpowrotnie. Szerokiem
+korytem zycie brutalnie deptalo smierci widmo - w codzienna szate
+goraczka codziennego bytu przyobleklo sie wszystko dokola.
+
+Na ustach tylko, snujacych sie po trotuarach przechodniów, biernych
+widzów zalobnego konduktu, blakalo sie jeszcze nazwisko
+Dzierzymirskiego, roznosiciele zas dzienników zaroili sie niebawem,
+a korzystajac z chwilowego nastroju publicznosci, sprzedawac poczeli
+z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i zyciorysem
+zmarlego.
+
+
+*************************************************
+
+
+
+Minal rok czasu...
+
+Powodzia swiatel w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzal
+cmentarz miejski rozlegly, i roje ludzi tloczyly sie na nim.
+Poukladane wzorzyscie palily sie na bogatych grobach i ubogich
+mogilkach kolorowe lampiony, kwiaty i wience stroily umarlych
+zakatek...
+
+Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniala, nie bylo zywej
+duszy. Przy innych formalne odbywaly sie zebrania. Srodkiem zas
+ulicy wystrojony, "szykowny", a przewaznie bezmyslny, wsród
+dowcipów brukowych, wyglaszanych donosnie, spacerowal tlum
+ciekawskich obojetny.
+
+Tu i tam z rzadka czerniala przy swiezym pomniku postac schylona,
+zadumana tesknie, cierpiaca... Tam i ówdzie na skromnej mogilce, w
+bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochala cicho jakas kobiecina,
+gdzie indziej znów kleczacy syn, czy maz, samotny, modlil sie,
+lub nie widzac nic zgola, nie slyszac, zapatrzony w ból wlasny -
+polykal lzy.
+
+W samotnej bocznej alei cmentarza wesola mloda para, pochylona
+wzajemnie, szeptala sobie czule czule slówka mijajac obojetnie
+groby, a pomiedzy innymi i mogilke jedna darniowa, skromniutka...
+Zaplakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze zlozonemi poboznie
+raczkami, kleczala na niej i sama jedna, biedzila sie w tej chwili
+z jedyna zapalona, a gasnaca za kazdym podmuchem wiatru,
+swieczka, która, wespól z dziesieciogroszowym z choiny
+wianuszkiem, i bialym wielkanocnym barankiem - ustroila grobek matuli.
+
+Od zebraków, bab i dziadów, mruczacych modly, zawodzacych
+zalosnie, roilo sie na cmentarzu.
+
+Co chwila ktos z publicznosci zblizal sie do nich i dajac
+jalmuzne, dodawal: - Za dusze niezyjacego Piotra, Maryi i.t.d.
+
+- Litosci godna osobo! - skarzyl sie glosno zebrak stary,
+wyciagajac dlon koscista do przechodzacych wlasnie aleja
+trzech ladniutkich podlotków, rozmawiajacych wesolo.
+
+- Czekajcie! - do rówiesnic odezwala sie zywo jedna z panienek,
+zatrzymujac sie przed dziadem. - Dam mu, niech sie pomodli za dusze
+mego pana Stanislawa...
+
+- Alez kiedy on zyje! po co? - zadziwila sie naiwnie najmlodsza z
+trójki.
+
+- Ha-ha-ha! - zasmiala sie pierwsza serdecznie, - a cóz to szkodzi,
+niech sie tam za niego, grzesznika, pomodli!..
+
+I wreczajac nastepnie dziadowi szóstaka, rzekla: - Macie, dziadku,
+za Stanislawa!..
+
+- Wieczny odpoczynek racz mu dac Panie, a swiatlosc wiekuista
+niechaj mu swieci! - zaintonowal zebrak uroczyscie.
+
+Smiech rozlegl sie w alei; koncept podobal sie figlarnej trójce, a
+kilka babek i dziadów, znajdujacych sie w poblizu, skorzystalo na
+tem, bo obdzielono ich groszakami na taz sama intencye. Pan
+Stanislaw zostal za zycia pogrzebanym, modlono sie juz z góry za
+niego, a pusta, niefrasobliwa mlodosc, nie znajaca zapewne jeszcze,
+co to ból prawdziwy i zal po drogiej sercu stracie - poszla dalej,
+smiech zas jej srebrzysty odbil sie raz jeszcze na zakrecie alei o
+ukryty w drzew cieniu pomnik okazaly.
+
+Na wysokiej kolumnie z polyskujacego marmuru widnial jakis posag
+stojacej osoby... Na grobowcu nie bylo zadnego kwiatka i zadnych
+swiatel... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stal on ciemny na
+uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzacy sie tylko blask
+lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sasiedni, rzucal nan
+niepewne, dalekie swiatlo. W pólswietle tem, kto znal za zycia
+Romana Dzierzymirskiego, z latwoscia mógl go poznac teraz w
+stojacej rzezbie z marmuru.
+
+I idacego przechodnia przykuwalo do miejsca zdziwienie nagle.
+
+- Jak to? - zadawal sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi swiatel,
+blasków tysiaca, dajacych tak wymowne i chlubne swiadectwo, ze
+zywi pamietaja jednak o umarlych, dzisiaj o Dzierzymirskim juz
+zapomniano?.. Czyz to mozliwe, by swiat byl tak niewdziecznym,
+zeby wykreslal z pamieci jednostki, tak glosne za zycia - tak
+moznowladne!...
+
+I dziwil sie przechodzien... Dziwil sie w dalszym ciagu naiwnie,
+nie zdajac sobie sprawy z tego pewnika zyciowej ironii, która prawem
+"terazniejszosci" sie zowie, a która, z malymi wyjatkami, uwielbia
+tylko zyjacych i na widowni obecnych, umarlych zasypujac pylem
+zapomnienia.
+
+I spacerujacy po cmentarzu widz ciekawy przyblizal sie do grobowca,
+z trudnoscia odczytywal napisy, a pózniej szedl dalej, zamyslony
+mimo woli nad nietrwaloscia doczesnego bytu.
+
+Lecz o niewdziecznosc tym razem posadzal ludzi nieslusznie. Bo los
+szyderca, któryby moze i rzeczywiscie starl u swiata wspomnienie
+innego, prawdziwie i wszechstronnie zasluzonego czlowieka,
+niezbrukanego zyciem, czystego - okazal sie laskawszym jednak, dla
+ubranego w toge pozorów moralnego wykolejenca!
+
+W kwadrans pózniej, trzy osoby, ogladajace sie wokolo, skupily
+sie przed grobem Dzierzymirskiego. Wkrótce, tamze zjawil sie
+równiez mezczyzna, z kobieta mloda dosc jeszcze i garstka
+dziatek.
+
+Przed ginacym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklekli oni
+niebawem wszyscy...
+
+Byli to Orleccy: ojciec, matka i córka, oraz Zielinski Herman, z
+rodzina.
+
+Mlody glosik dziewczecy pierwszy przerwal niesmialo milczenie
+cmentarnego zakatka. Silny, jedrny zawtórowal mu glos meski i
+szept otaczajacych...
+
+Wsród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, smiechu i
+placzu - poplynela z serc wdziecznych za dusze zmarlego
+modlitwa!..
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia zywych wstydzic sie juz nie
+potrzebowal przed innymi - wspanialy grobowiec prezesa
+Dzierzymirskiego.
+
+Czyjas troskliwa reka ustawila na grobie palmy i swieze kwiaty... W
+krzyz ulozonych róznokolorowych lampionów kilkanascie necily tu
+oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulil
+sie podnóza. Tamze blyszczal o nieboszczyku napis zlocisty,
+zlozony z samych tytulów i godnosci...
+
+I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jasniala zarówno teraz
+wdziecznie odrzezbiona sylweta pieknego, mlodego jeszcze
+mezczyzny.
+
+Królujac nad wszystkiem dokola, niepokalanie bialy, stal on i
+patrzyl zamyslony! Na ustach z kamienia blakac sie zdawal
+dyskretny usmiech zwycieskiej ironii...
+
+A ponizej - u stóp posagu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi
+literami, rzucaly sie w oczy te oto wyryte slowa:
+
+
+Uczciwy, szlachetny i prawy,
+Ukochal bliznich i spoleczenstwu oddal zycie cale -
+Nagrodz go, Panie!..
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+***** This file should be named 6000-8.txt or 6000-8.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License available with this file or online at
+ www.gutenberg.org/license.
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation information page at www.gutenberg.org
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at 809
+North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email
+contact links and up to date contact information can be found at the
+Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit www.gutenberg.org/donate
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including checks, online payments and credit card donations.
+To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For forty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.