diff options
Diffstat (limited to '6000-8.txt')
| -rw-r--r-- | 6000-8.txt | 13226 |
1 files changed, 13226 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-8.txt b/6000-8.txt new file mode 100644 index 0000000..a5c838b --- /dev/null +++ b/6000-8.txt @@ -0,0 +1,13226 @@ +The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Ironia Pozorow + +Author: Maciej hr. Lubienski + +Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000] +Release Date: June, 2004 +First Posted: September 22, 2002 + +Language: Polish + +Character set encoding: ISO-8859-1 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + + + + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + + + + + + + + + + +"Ironia Pozorów" + +Maciej hr. Lubienski + + + +PROLOG + + +Dnialo... + +Leniwo, sennie pierzchaly mgly przezrocze, tulace sie dotad w +niemej pieszczocie do scian wielkiego grodu i wodnej, plynacej u +stóp jego fali. + +Wreszcie - znikly... + +Na wzgórzu ukazalo sie miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi +gmachami i zzólkla zielenia ogrodów przejrzalo sie dumnie w +nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotal +równoczesnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego switu. + +Na poddaszach krytego cegla staromiejskiego domku nieprzesloniete +niczem okno jedno zasmialo sie weselej od innych do matowego +porannego swiatla. Ciekawie do wnetrza facyatki wsliznal sie +brzask smetny. + +W pokoiku, o paru najniezbedniejszych tylko sprzetach, na razie nie +bylo nikogo. + +Posciel nienaruszona bielila sie dosc schludnie, wszystko wokolo +zas wskazywalo wyraznie, iz wlasciciela siedziby tej od wczoraj +juz nie bylo, puls bowiem kielkujacej tu jakiegos jednego zycia, +zastygly w panujacym wszedzie nieporzadku, wyraznie oczekiwac sie +zdawal cierpliwie na swego pana i wladce. + +Tymczasem zas tylko po niezamiecionych katach blakaly sie pustka i +nuda, a nietrudno bylo domyslec sie, ze bieda w swej ziemskiej +wedrówce zagladac tu nieraz musiala... + +Goscine jej bowiem zdradzalo tutaj - wszystko. A wiec i ubozyzna +mebli i atmosfera jakas duszna, wreszcie to cos niewidzialnego, +nieokreslonego, z katów, ze scian, zewszad, wyzierajacego, co, jak +widma cien, szeptem jakby, mówi wciaz o sobie i lzawo sie skarzy. + +W przedziwnie zgodnej, panujacej tu ogólnie harmonii szarzyzny, +melancholii i smutku, dzwieczala jednak, drgala, niby usmieszek +radosny, jasny, nuta weselsza. Byla zas nia stojaca w rogu pokoju, +na komódce staroswieckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy +oprawna fotografia gabinetowa mlodej dziewczyny, ku której z obok +stojacej szklaneczki malej wychylala sie pieszczotliwie w rozkwicie +swym sliczna aksamitna pasowa swieza róza. + +Dziewcze i róza patrzyly na siebie, lecz królowa kwiatów z +sasiedztwa swego dumna byc tylko mogla. + +Z martwej bowiem kartki kartonu, spogladala na swiat duzemi oczyma +cudna twarz dziewczyny, a zaklety w rysach i ukladzie calej postaci +nieujety jakis wdziek - ta sila najwieksza kobiety, oporna na lata +i burze zycia, swieza zawsze, jak kwiecie wiosny - szla na widza i +chwytala go za serce, czarujac natychmiast swem slabem badz co +badz tylko artyzmu ludzkiego odbiciem. + +Odosobnienie zas wyrazne rogu izdebki, gdzie stala fotografia, od +otaczajacych i rozrzuconych po pokoju sprzetów, oraz pewna czystosc +staranna, cechujaca to miejsce - swiadczyly soba równiez az +nadto, ze nieobecny wlasciciel mieszkanka tego dbal wielce o ten +zakatek, zdradzajac przytem, ze i on w biedzie swej mial moze +jakas chwilke jasna, jakies swoje marzenie!... + +Tak, niewatpliwie!... + +Sila bowiem jakby ukryta, a nieujeta jednoczesnie i dziwna, bila od +tego kacika pamiatek; zdawal sie byc on jedynym usmiechem smutnego +zkadinad tu bytu i jedyna równiez kapliczka, niklego zludnego +zapewne jakiegos szczescia, ale zawsze - szczescia. + +W szara nedze istnienia "pana", zamknietej w tych scianach biedy, +zycie wplatalo widac jakas nic zlota, rzucilo na oslode +hojnie i litosciwie pek duchowych promieni!... + +Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywalo nic zgola... Przez male +okienko widac tu bylo spietrzone dachy z czerwonej cegly, kominy; +dalej, w dole, srebrzyla sie rzeka, a srodkiem niej cicho sunela +wlasnie berlinka, zdazajac ku miejskiej przystani. + +Z wiezy którejs z poblizkich swiatyn w ogólnem milczeniu +melodyjnie rozlegl sie niebawem dzwiek sygnaturki porannej. +Monotonne nieco poplynelo w dal echo z dzwonu, a zawtórowaly mu +wkrótce swistawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i +pieczywem, oraz inne, plynace zewszad odglosy. + +Powolnie budzilo sie juz miasto. + +Kretymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdazal krokiem równym i +szybkim ku opisanej powyzej siedziby swojej mlody mezczyzna, rosly +i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miekki kastrowy +kapelusz, nadajacy sniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyrazny +typ jakby poludniowca z Zachodu. Szedl on, pogwizdujac z cicha, z +rekami w kieszeniach, zamyslony, a po wyminieciu kilku przechodniów, +skreciwszy w uliczke wazka i glucha, znalazl sie na niej sam +zupelnie. + +Po chwili jednak z poza wegla staroswieckiego domu, tworzacego róg +tej ulicy, wysunela sie pewna postac i poczela isc w slad za +nim. + +Byla to biedna jakas babina, a snac nieco podpita, bo zataczajac +sie z lekka, krzykliwie podspiewywala cos sobie. Mala, krepa, +okrecona czerwona welniana chustka i w takiejze spódnicy, +kolysala sie ona zabawnie, przystajac co kroków kilka, i niby +baletnica szybko wykrecajac sie na jednej nodze. + +W swe kosciste rece spódnice ujmowala przytem pociesznym ruchem, a +z pelna komizmu gracya unoszac ja wyrazniej i glosniej +powtarzala ostatnia piosenki zwrotke, i szla dalej, aby w pare +minut ponownie wykonac tez same identycznie produkcye. + +Idacy ulica mezczyzna przystanal i patrzal ciekawie na babine, +wkrótce jednak, znudzony, obojetnie odwrócil sie i poczal isc +dalej. + +W tej samej chwili poslyszal za soba wolanie: + +- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!... + +Mlody czlowiek odwrócil sie i ujrzal zmierzajaca ku niemu +kobiecine; trzymala cos w reku i kiwala nan. Zdziwiony podszedl +blizej i zapytal: + +- Cóz to, czegóz ode mnie chcecie? + +Babina zas, podajac mu jakis przedmiot, objasnila: + +- A dyc zgubilista to panoczku!... Przez mala psewrócilabym se bez +te torbe... + +Nieznajomy machinalnie ujal w reke, co mu dawano. + +Trzymal pugilares duzy, ciezki i elegancki; byl on ze skóry koloru +wisniowego i mile dotknieciem swem piescil. + +Na ten widok zarumienione od porannego chlodu oblicze mlodzienca +zbladlo, reka mu zadrzala nerwowo, a na ustach, które z lekka +poruszyly sie niedostrzegalnie, zamarly, jakby niewypowiedziane +jakies slowa. + +Jednoczesnie spojrzenie jego duzych ciemnych oczu obrzucilo badawczo +uliczke: wokól nie bylo nikogo, tylko zapuszczone story licznych +okien u domów patrzyly przed siebie martwem okiem - w ciszy uspienia +jeszcze drzemalo tu miasto. + +Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczal z kolei na twarzy +stojacej przed nim kobieciny, i zatrzymal sie na niej dluga +chwile... + +Zdawala sie ona byc ze wsi, a Bogu dusze winna, ucierala w tej +chwili swój nos zamaszyscie, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi +naszemu wlasciwym sposobem, mrugajac równoczesnie malemi, +zaszlemi krwia, jak u królika, oczkami. Niewatpliwie byla przytem +poweselala od trunku, a nie pijana przed chwila widac spiewajaca +tylko - tak sobie, gwoli zadoscuczynienia nastrojowi swemu, czy tez +moze zbytkowi przyrodzonego temperamentu. + +- Dziekuje wam! - Lakonicznie rzucil nagle nieznajomy, prosto w +piegowata i czerwona twarz babiny i odwróciwszy sie z pospiechem, +podniósl kolnierz paltota, wtulil w niego glowe, nasunal na oczy +kapelusz i poczal isc bardzo szybko, wkrótce zas puscil sie +prawie ze biegiem. + +- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemajaca, +- zawyrokowala glosno do siebie, wzruszajac ramionami, kobiecina. + +Razno z miejsca ruszyla i spiewac znowu poczela, echo zas jej +piosenki, odbiwszy sie o mury charakterystycznych, przygarbionych +wiekiem kamienic Starego Miasta - pognalo za niknacym juz w glebi +uliczki mezczyzna, ostatnia swa, dwukrotnie powtórzona, zwrotka: + + "A kto kocha, ten jest zdrów, + A kto kocha - ten jest zdrów..." + + + +Zgrzytnal klucz w zamku cichej facyatki, otworzyly sie gwaltownie +drzwiczki, i na progu stanal wlasciciel tego mieszkanka. Od powiewu, +wywolanego pradem powietrza, zadrzaly firanki u malego okienka, ze +szklanego zas kielicha pochylila sie ku fotografii mlodej dziewczyny +róza aksamitna, jakby pragnac z nia wspólnie powitac pana swego. + +- Nareszcie!... - wyszeptaly z ulga usta przybylego i ruchem +nerwowym, zamknawszy cicho drzwi za soba, przekrecil klucz w zamku. + +Rzecz dziwna - natychmiast w czterech scianach smutnej dotad izdebki +zrobilo sie jakos weselej i jasniej!... + +Mlodosc bowiem i sila szly, bily od mlodego mieszkanca facyatki, +i niby brakujacy promien swiatla, ozywily, zda sie, wnetrze +poddasza. + +Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzeslo, mlodzieniec bacznie rozejrzal +sie po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby cos rozwazajac, +pozostal w pozycyi stojacej dluzsza chwile. + +Poruszyl sie jednak niebawem i podszedl do drzwi, nadsluchujac +równoczesnie. Postawszy zas tam minut pare, zblizyl sie +nastepnie do okna, a wpatrzywszy sie w nie przez sekunde moze, po +krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuscil rolete. + +Szarawa ciemnosc zalegla izdebke. + +Mlodzieniec podszedl do kanapy, przed która stal stoliczek +mahoniowy, i usiadl. Wkrótce w ciszy rozlegl sie zgrzyt zapalki. Po +chwili mala lampka oswietlala juz poddasze, mlody czlowiek zas, +raz jeszcze obejrzawszy sie wkolo, szybko, siegnal do kieszeni +swego ubrania. + +Nerwowo, spiesznie wydobyl stamtad wreczony niedawno portfel +skórzany i, z blyskiem ciekawosci w oczach roztworzywszy go, +polozyl na stole. + +Z szesciu, zapietych malemi klapkami, przedzialów zlozony, z +wielka spodnia, idaca przez cala dlugosc jego kieszenia, w +oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzec sie zdawal na siedzacego +mezczyzne... + +Rece jego jednak, dotknawszy sie tylko pobieznie wypelnionych +kryjówek, zatrzymaly sie chwile bezczynnie, a na nerwowej twarzy +odbilo zdumienie, polaczone jakby z przestrachem. + +- Jak to, wiec tak duzo tu czegos? -mówily wyraznie wielkie, +wyrazu pelne oczy mlodzienca, i jednoczesnie pytac sie zdawaly +niepewne: - Czy tylko to aby pieniadze?.. + +I dziwna reakcya odbywala sie w duszy jego. + +Gdy kretemi uliczkami lecial do swego mieszkanka, palila go chec +ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lek oto jakis +niewytlumaczony zawladnal nim nagle. + +Przeczucie mówilo mu wyraznie, ze tu, przed nim, w pugilaresie tym, +ukryty na razie od oczu ludzkich, miescil sie majatek moze, tkwil +pieniadz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczescia, drzemala +swiata tego potega - zloto... + +A jednak nie poruszyl on dotad wcale portfelu... Dlaczego? + +Bo z przeczuciem bogactw, które czekac sie zdawaly tylko dotkniecia +jego, czul dobrze, zdawal sobie on sprawe z czegos innego równiez. + +To byla wlasnosc cudza!... + +Upomna sie o nia niewatpliwie; on zas, nie wiedzac, co sie tam +znajduje, mozeby mógl jeszcze, pomimo swej nedzy, zwrócic +wlascicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy +rece w zawartosci jego? + +Z reka na portfelu oparta mezczyzna zamyslil sie bardziej +jeszcze. + +Wszak, choc z pozoru wesól i syty, nie posiadal on w istocie na +razie zlamanego szelaga przy duszy. Ostatnie pieniadze wydal na +bilet kolejowy, który pozwolil mu wrócic w sciany poddasza z +wczorajszej zamiejskiej wycieczki, zwiazanej z nadzieja otrzymania +posady. + +Nie otrzymal jej - wracal z niczem; glodne dzisiaj juz teraz +pytajaco zagladalo mu w oczy zimnem nieublaganem spojrzeniem. + +A tu, przed nim!... + +Mlodzieniec zerwal sie z kanapki i przebiegl pokój kilka razy. +Nagle, wytrzymac snadz juz nie mogac, pochwycil w drzace rece +lezacy portfel i rozpial ruchem gwaltownym po kolei wszystkie jego +kieszonki... + +I oto z jednego przedzialu natychmiast z przyciszonym brzekiem +posypaly sie na wyszarzala serwete stolika rulony zlota, +blyszczace, nowe - zamigotaly w niepewnem swietle lampy i ulozyly +sie cicho... W slad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem +wypadly pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej +wysunely sie do polowy wielkie kwadraty piecsetrublówek!... + +Wiec nie bylo to urojeniem, marzeniem, mrzonka!.. Rzeczywiscie zatem +drzemal tu pieniadz w swym majestacie!.. + +Mlody czlowiek odskoczyl od stolu i wpatrzyl sie w nagromadzona +kupe grosza. + +Na twarz jego wystapil wyraz chciwosci i oszpecil ja, oczy +glebokie, duze, przybraly polysk koci i wpily sie uporczywie w +banknoty i zloto. + +Po chwili zblizyl sie ponownie do stolika. Lubieznym ruchem swej +delikatnej reki przesunal po nagromadzonych pieniadzach, a po ciele +jego równoczesnie przelecial dreszcz. + +Jak wlosy pieknej kobiety, jak cialo jej zmyslowe, aksamitne, +piescily go banknoty... Zanurzyl reke glebiej i dotknal sie +zlota. + +Z cichym brzekiem rozsypalo sie ono w strumyk blyszczacy, a nim do +glebi ponownie wstrzasnal dreszcz. + +Nigdy w zyciu swem nie mial tyle pieniedzy u siebie. Fortuna zawsze +impertynencko odwracala sie od niego, szczescie dotychczas uciekalo +oden równiez, jak od zapowietrzonego, pieniadz zas, drwiaco +unoszac sie w niedostepnych dlan wyzynach, niepochwytny, szyderczy +- stronil od niego stale. + +Mlodzieniec przesuwal wciaz machinalnie reka po storublówkach. +Przed oczyma migaly mu wizerunki, podpisy na banknotach, zlote +imperyaly zimnym dotykiem glaskaly jego dlon... + +Wyrwawszy reke wreszcie z pieszczotliwego uscisku zlota, mezczyzna +pochwycil nagle pliki storublówek i liczyc poczal. + +Drzace rece jego braly i porzucaly co chwila zwitki banknotów; +szelest papieru, zduszony dzwiek monety zagraly w ciszy izdebki, +zdziwily te biedne sciany, tak zdawna odwykle od brzeku pieniedzy, +wyganiajac, zdawalo sie, biede, przykucla gdzies w kacie, z +legowiska swego. I widmo jej w lachmanach zniknelo przestraszone, +wygnane szmerem poddanych Zlotego Cielca - umknelo, szukajac gdzie +indziej schronienia. + +A mlody czlowiek wciaz liczyl... Teraz dlon jego dotykala zwitka +piecsetrublówek. Bylo ich dwadziescia. + +Ciemny rumieniec powoli wystepowal na sniada twarz mlodzienca, +oczy zas jego palily sie bezustannie chciwosci niezdrowym blaskiem. + +W papierach i zlocie, z pewna, drobna tylko róznica, bylo +wszystkiego dwadziescia siedem tysiecy. + +Mlodzieniec odstapil od stolu i wolno z rozmyslem poczal +przechadzac sie po izdebce. + +- Dwadziescia i siedem tysiecy!.. Dwadziescia i siedem... + +Powtarzajac sie bezustanku, w glowie jego huczala i wracala mysl +jedna, a dziesiatki innych ginely, topily sie tylko w niej, jak w +chaosie, zanikaly - milkly... + +On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru +sprzetów wokolo, nie posiadal nic na swiecie, on - za jednym +zamachem mógl stac sie oto wlascicielem owych, rozsypanych przed +nim pieniedzy?.. + +Mlodzieniec zadrzal. + +- A moralnosc? a etyka? To wlasnosc nie twoja, to zguba czyjas +tylko, ty powinienes pieniadz ten zwrócic, zwrócic, zwrócic!.. +jak rój owadów nagle zabrzmialy w uszach mezczyzny jakies szepty i +glosy. + +- Oddac? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwil rozsadek +zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazles +- to twoje! A zreszta, gdyby to samo, co ty, znalazl byl kto inny, +czy myslisz, ze postapilby on inaczej? + +- Oddalby, oddal na pewno, bo chcialby pozostac uczciwym!.. - silny +glos prawosci rozlegl sie smialo w duszy mezczyzny. + +Wstrzasnal sie mlody mieszkaniec facyatki i przetarl reka +czolo, po chwili zas zmeczony usiadl na jednym z koszlawych +fotelików i, podparlszy glowe dlonia, zadumal sie gleboko. + +A rozum drwil dalej bezlitosnie, zjadliwie, saczac sie kroplami +ironii: + +- Nie sluchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptal. - +Uczciwosc - frazesa!.. Któz naprawde uczciwym jest w czasach +obecnych? Obejrzyj sie tylko i wpatrz uwaznie w ludzi, walczacych o +byt obok ciebie. Czyn wreszcie, jak chcesz... odtrac laskawy +usmiech fortuny!.. + +Los, odbierajac moze naumyslnie drugiemu, co mial zanadto w swym +trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyc ciebie, nie chcesz-li? + +- Ha, to badz sobie zatem wspanialomyslnym, szlachetnym, wielkim! +Umieraj z glodu, badz glupim!.. Ale pamietaj, ze gorzkiemi lzami +zalowac kiedys bedziesz chwili swojego szalu - pamietaj, zes +biednym! + +Zasmial sie jeszcze rozum szyderczo i umilkl, mezczyzna zas, +zadumany, pochylil sie na krzesle, jakby przygnieciony do ziemi, +oparlszy przytem lokcie na kolanach, ukryl twarz w dlonie. + +Tak, niestety, byl on biednym!.. + +Straciwszy matke lat temu pare, uczyl sie nastepnie za granica: w +Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja +wyksztalcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydowal sie +rok temu wlasnie powrócic do miasta, gdzie ujrzal byl swiatlo +dzienne, by zblizyc sie do dotychczasowego opiekuna swego, a brata +rodzonego niezyjacego juz ojca. + +W mlodzienczej wyobrazni studenta roila sie nawet podówczas +nadzieja smiala owladniecia sercem starego bogacza, aby po +najdluzszem zyciu zapisal mu mienie. + +Tembardziej zatem spieszyl sie z swoim wyjazdem, lecz przybyl za +pózno niestety; stryja swego juz nie zastal. + +Lozacy tylko z obowiazku na studya bratanka, a nie przywiazany don +zgola innym, serdeczniejszym wezlem, pare tygodni temu wlasnie +starzec przeniósl sie byl do wiecznosci, zapisawszy caly majatek +na dobroczynne cele. + +Nie zastawszy wiec w miescie nikogo na razie, kto by go znal lub +pamietal, odwaznie z bieda wzial sie on wówczas za bary. + +Przepisywal referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawal lekcye, czynil, +co tylko mógl i zdobywal miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a +tak zazwyczaj niegoscinnym stole... + +0 chlodzie i glodzie mijaly mu w ten sposób dnie cale, gorycz +jednak do zycia, w walce o byt ciaglej, nie rozgaszczala sie w +duszy jego, nie majacego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i +goraczce zarobku analizowac ciemnych stron swego zywota. Miesiecy +pare temu dopiero sila okolicznosci i ludzi, o których ocierac sie +poczal, zal wyklul mu sie w duszy do swiata, saczac z niej +niezadowolenie i gorycz. + +Traf slepy zrzadzil pewnego dnia, iz spotkal rówiesnika swego z +lat dawnych. + +Przy wspomnieniu tem ostatniem, mlody mieszkaniec poddasza zmarszczyl +brwi i zamyslil sie jeszcze glebiej, niz przedtem. + +Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze +nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dzis bywalec stolicznych +salonów, chlopiec zamozny, zblizyl sie do niego pierwszy wówczas. +Bylo to podczas karnawalu, w zimie, w jednej z kawiarn, bardziej +uczeszczanych w miescie. + +Po dluzszej gawedzie i rozpamietywaniu mlodzienczych lat +ubieglych, Edumund R-ski rzekl mu wtedy: + +- Wiesz co, mój drogi? Dobrze sie nazywasz, ladne masz maniery, +które pozostaly ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale +dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowalbym +ci cos... tylko nie obraz sie na mnie przypadkiem... Gdyby cie tak +ubrac elegancko, bardzo dobry i okazaly bylby z ciebie tancerz... He, +cóz ty na to? Proszony wlasnie jestem o mlodziez do panstwa W. na +bal, pojutrze, chodz ze mna... Siedzisz i marnujesz sie gdzies w +kacie, qui lo sa, przystojnym jestes, a nuz podobasz sie komu?.. Ja +ci pomoge i ulatwie wszystko... + +Od slowa do slowa, dal sie namówic wtedy. Otrzymawszy od bogatego +i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pozyczke, wyekwipowal sie i +poszedl na bal z nim razem. + +Edmund R. przeprowadzil rzecz cala bardzo zrecznie. Przedstawiwszy +protegowanego swego, nie omieszkal przypomniec wszystkim z osobna o +stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a takze o rodzicach, ongi, +przed laty, zamoznych i wplywowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i +milego tancerza zapraszac poczeto chetnie, tembardziej, iz +powszechnie wiedziano o przyjazni jego z Edmundem R., znanym i cenionym +bywalcem. + +Mlody mieszkaniec skromnego poddasza poruszyl sie niespokojnie na +krzesle i spojrzal przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we +wspomnienia wlasne. + +Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestapil on zaczarowany dlan +dotad próg salonów i zapamietale bawic sie poczal. Zycie, +które prowadzil, upajalo go. Niepomny jutra - szalal. + +Trwalo to tygodni pare, i nagle skonczylo sie wszystko... Edmund +R-ski, wezwany telegraficznie do umierajacej siostry za granice, +wyjechal, pieniadze wyczerpaly sie równoczesnie, a zaniedbana +czasowo jego wlasna zarobkowa praca wysunela mu sie z rak; ktos +inny, takze potrzebujacy biedak, zastapil go. + +W okienko facyatki karnawalowicza zajrzal glód; po wizytach i balach +pozostal w pamieci jego tylko chaos ogólny - wrazenie chwil +rozkosznie jakby przesnionych, i jedno wspomnienie trwale. + +Oczy mlodego mezczyzny zadumane, w tej chwili blyszczace i jakby +tkliwe, skierowaly sie w róg izdebki, gdzie w pólswietle lampy +majaczyla fotografia. + +Nabyl ja u fotografa i niemal codziennie stroil w kwiaty; +przedstawiala zas ona elegancka panne z towarzystwa, córke +ukrainskiego magnata, blyszczaca ubieglego karnawalu w salonach +pieknoscia, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a która pokochal +uczuciem milosci pierwszej - prawdziwej. + +Dla niej rzucil sie w wir czczych zabaw bez srodków po temu, bez +pamieci... + +Odepchnietemu twarda reka biedy od rydwanu bawiacego sie swiata - +przeslonietego w pamieci jego gaza uludna, mieniacego sie +setkami odcieni i blasków - pozostaly tylko wspomnienia dreczace, +rozkoszne, kilkunastu rozmów, tanców, uscisków dloni, spojrzen... +i - nabyta za pieniadz wlasny fotografia pieknej dziewczyny. + +Mydlana banka zludna - marzenie!.. + +Siedzacy wciaz w zamysleniu przed stolikiem mlodzieniec glowe +pochylil i ponownie ukryl ja w dlonie. Niby na jawie, przed oczyma +zywo stanal mu bal ostatni... W jarzacej sie swiatel powodzi, +wsród kolyszacych sie w takt melodyjnego walca par, suneli oni +wówczas po szklistej posadzce salonów... + +Ona miala spuszczona glówke cudna i opierala sie z wdziekiem na +jego ramieniu, on zas, tulac nieznacznie tancerke swa do piersi, +pozeral wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyje ksztaltna, a +dluga i gietka, jak kwiat, o lodydze wysokiej. + +Od czasu do czasu piekna panna wznosila na niego swoje glebokie, +mieniace sie zrenice, i spojrzenia ich spotykaly sie na chwile... + +Potem sliczne dziewcze przykrywalo znów oczy dlugiemi rzesami; on +rzucal slówko, przyciskal machinalnie kibic jej do siebie, +czekajac ponownie niemej zrenic rozmowy. Nagle uciszylo sie w +balowej sali... + +To muzyka ustala byla, a oni walcowali jeszcze, ciagle przytuleni do +siebie - zrosli skrytem jakby pragnieniem. + +Pózniej odprowadzil znuzona swa tancerke, a ona leciutenko, +dziekczynnie paluszkami drobnemi scisnela jego dlon... + +Mlodzieniec zerwal sie z krzesla, potracil je gwaltownie, i +duzymi krokami zaczal przebiegac szybko swój pokoik. Jednoczesnie +z wyrazem milosci bezgranicznej spojrzenie jego pobieglo do komódki +malej, gdzie stala fotografia z róza. + +Z krysztalowego kielicha delikatnie wychylal sie kwiat purpurowy, +dotykajac warg prawie dziewczyny. Usteczka jej male usmiechaly sie +rozkosznie, pocalunku zda sie spragnione... + +Mlody czlowiek pozostawal chwile w niemej kontemplacyi ubóstwianego +przez sie kacika izdebki, az wreszcie powoli wzrok swój przeniósl +w strone stolika, gdzie lezaly cicho banknoty i zloto. + +Wyraz marzenia, ekstazy blyskawicznie znikl z jego oblicza - +przypomnial sobie chwile obecna. + +Zwolna do stolika zblizac sie poczal; utkwiwszy spojrzenie w +rozsypanych pieniadzach, jednoczesnie myslal: + +- Niemi tylko moze zdobyc bym mógl swe marzenie, one pozwola mi i +ulatwia zblizenie do ukochanej! A potem... + +I mimo woli znowu spojrzal mlodzieniec w róg pokoiku. + +Oczy dziewczyny kuszace patrzyly zalotnie, palily go, obiecywac sie +zdawaly rozkoszy ulude, milosc - szczescie!.. Rumieniec oblal +twarz mezczyzny. + +- Ach, miec ja, posiadac, i zyc jej zyciem, zlac sie z nia +istnieniem i dusza!.. - zawirowala mu w glowie mysl uporczywa. + +- Przeciez to córka magnata; ksiazeta, hrabiowie ubiegaja sie o +nia, czemze ty jestes dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - +uspakajala mózg, nerwy wzburzone, trzezwa, zimna logika. - Chyba, ze +pieniedzy tych oto posiadziesz wiele... wiele... + +- Z malych strumieni tworza sie rzeki; wez to, a moze ci wiecej +przybedzie!.. - szepnal rozum podstepnie. + +Mlody mieszkaniec facyatki schwycil sie nagle za glowe. + +Boze, Boze! - wyszeptal - cóz jednak uczynilo ze mnie to, tak +krótkie zetkniecie sie z swiatem zbytku, to zbratanie sie, otarcie +z ludzmi szychu i zlota! Jakze innym bylem dawniej! Jakze - +lepszym!.. + +Mezczyzna smutnie zwiesil glowe. + +Teraz, przyjrzawszy sie niedawno ludziom bogatym, ich trybowi zycia, +czul w sobie, poza uczuciem milosci, dziesiatki zwiazanych z niem +pragnien. Zloto, ten bozek dumny i wspanialy, przed którym korzyly +sie miliony, olsniewal go, mamil... Przedsmak zas mozliwych w +dalekiej przyszlosci bogactw, uzycia, a kto wie, moze znaczenia i +wplywów, wespól z osiagnieciem najprzód ukochanej kobiety, za +pomoca tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbieral mu +równowage duchowa, mieszal mysli. + +Porwal sie znowu z miejsca i po pokoju biegac poczal, niebawem +jednak rzucil sie na krzeslo, wyczerpany, uporczywie, ponownie +wpatrzywszy sie w fotografie ukochanej. + +Od czasu do czasu odrywal wzrok od drogich rysów kobiety i przenosil +go z wolna na stos banknotów i zlota. Pózniej spojrzenie jego, +wewnetrznej pracy mysli jakby posluszne, wracalo powtórnie do +lubego wizerunku. + +Przy samych wargach dziewczyny drzal kwiat purpurowy obecnie - +dziewcze i róza calowaly sie teraz lubieznie... + +A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasac poczela stopniowo, +niepewnem, migocacem swiatlem klócac sie jakby z rabkiem +radosnego slonca, poprzez rolety zagladajacego co chwila do wnetrza +facyaty. + +I pólcienie jakies, tajemnicze, mgliste wsunely sie równoczesnie +na poddasze - zaludnily cicho puste, zakurzone katy jego... + +Siedzacy mlody czlowiek zrywa sie nagle z krzesla swego. + +Bo oto niespodzianie dwoic mu sie w oczach zaczyna... + +Rozsypane na stole zloto zalewa izdebke cala, a z komódki starej +zstepowac zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postac... +Dotykajac stopkami drobnemi zlota, idzie ku niemu ona, z zalotnym +usmiechem, piekna niewinna - chyli sie rozkosznie w jego ramiona!.. + +Mezczyzna ku zjawisku temu wyciaga instynktownie rece, na wpól +przytomnie naprzód pochyla... + +Lecz oto nagle czar pryska... + +Wypelniajaca wnetrze izdebki zlocista przestrzen znika, zjawisko +eteryczne zas zaczyna oddalac sie coraz bardziej, unosi w góre, +niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak waz +ognisty, wije sie struga blyszczaca sciezka, dotyka stóp jego - +pomostem zlota laczac go w ten sposób z uchodzacym cieniem +ubóstwianej przezen kobiety. + +Wreszcie znika wszystko. + +Mlody mezczyzna przeciera dlonia czolo, rozglada sie... + +Niema nikogo! + +Cóz to wiec bylo? + +Hallucynacya zapewne naprezonych nerwów i rozigranej wyobrazni, +rzucajaca mu na ekran pólcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz +noszonego ciagle w duszy dziewczecia! Wplyw to rozprzezonych +wrazen i mysli, skutkiem wysilku, szumiacego jak potok, nawalem +zwatpien i pytan mózgu. Zapewne... + +I mlodzieniec powtórnie przeciera dlonia zmeczone czolo, a +jednoczesnie zaluje jakby, ze widzenie juz pierzchlo. Przed oczyma +stoi mu ciagle, jak zywy, obraz jej, ukochanej - chlonie w siebie jej +postac wdzieczna, caluje mysla oczy jej i usta. + +W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo juz który, wzrok jego dotyka +banknotów i zlota, a w duszy bunt mu sie zrywa. + +- Jak to?.. On mialby odtracic od siebie ten grosz, i w ten sposób +stracic, na zawsze moze, srodki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. +Zniszczyc bezpowrotnie pomost zlocisty, laczacy go z nia jakby w +widzeniu proroczem? + +Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie bedzie... + +Pieniadz ten potroi, majatek zrobi, fortune - zlotem przelamie, +zwalczy przeszkody wszelkie. + +- Zrobic majatek, czyz to tak latwo? - na dnie duszy gdzies +zatajone zwatpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzic pragnac +przedwczesna radosc. + +Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mezczyzny. + +- Tak, zaiste, prawda, to nie tak latwo. Lecz z potega pieniedzy w +dloni tak, czy tez inaczej, do wszystkiego zawsze dojsc lacniej w +zyciu; - klucz zloty otwiera wszystkie bramy!.. + +I ostateczna, przelomowa walka odbywac sie w tej chwili zdaje w duszy +mezczyzny. Na wysokiem czole naprezaja mu sie zyly, oczy +ciemnieja, a twarz bledsza sie staje... Z necaca pokusa +zawladniecia cudzem mieniem, po raz ostatni staja do boju wpojone w +mlodocianych latach jeszcze zasady. + +Powrotna fala z daleka cicho plyna i plyna coraz potezniejsze, +blizsze i zalewaja stopniowo umysl mlodzienca. Szemrza coraz +donosniej, silniej... + +A z przyplywem ich jednoczesnie mieknac poczyna cos w duchu +mlodego mezczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja sie stopniowo. +Co mysli, z rysów twarzy odgadnac jeszcze trudno, domyslec sie +jednak mozna, ze poryw jakis, szlachetniejszy od poprzednich, +czystszy, opanowywac go - w swoje posiadanie bierze. + +Po chwili machinalnie ujmuje on w rece porzucony na stoliku obok +pieniedzy pugilares i milczac, zgarniac poczyna rozsypany stos +banknotów i rulonów monety. + +Przy czynnosci zas tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo +zamyslony mlodzieniec odwraca niebawem w dloni trzymany portfel, a +równoczesnie spojrzenie jego pada na cos, czego nie zauwazyl dotad +wcale. + +W rogu pugilaresu, u góry, malenka, dziewieciopalkowa rzuca mu sie +w oczy korona hrabiowska; wdziecznie granacikami oprawionemi w zloto +mieni sie ona, szyderczo zda sie patrzy... Na ten widok poprzedni +spokój i wyraz pierzchaja nagle z rysów mezczyzny, i rzuca sie w +tyl gwaltownie. + +Zrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamysleniem, zlowrogim +teraz blyszcza ogniem, a jednoczesnie w duszy nastepuje momentalnie +przewrót nagly. + +Znowu poczyna biegac po pokoju wzdluz i wszerz... + +I jak kepa drzew gdzies w polu samotna, co ugina sie pod gwaltownym +naporem wichru ku ziemi, zwyciezona, pokorna - tak duch mlodzienca, +miotany ponownie burza mysli, kolysac i giac sie poczyna. + +Gdy ujrzal on bowiem emblement ludzi utytulowanych, zywo stanely mu +przed oczyma salony, których miesiecy temu pare byl gosciem i +sylwetki hrabiczów, krecacych sie kolo jego ukochanej. + +Widzi ich jak na dloni, wszystkich, niby na jawie!.. + +Widzi dumnego ojca pieknej dziewczyny, zazwyczaj traktujacego go z +góry - dla nich, potomków starozytnych rodów, chociaz czestokroc +biednych - pelnym uprzejmosci wyrafinowanej i unizonej niemal +grzecznosci. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie +obrazanym przez tychze arystokratów, lecz tak zrecznie, ze na +pozór nieraz nie mozna zda sie bylo winic ich, czynili to bowiem +oni, z ta subtelnoscia, oraz jubilerskiem jakby wykonczeniem, jak +dotknac potrafia tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani." + +I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec malej +izdebki, wzdryga sie i wyrzuca szeptem: + +- Jak to? te dwadziescia pare tysiecy nalezy do jakiegos hrabiego? +Zatem los slepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w rece czesc mienia +jednego z tych wlasnie, którym tak czesto zazdroscilem bogactwa, +znaczenia i tytulów!.. + +I ja, wobec jednostki takiej, mialbym grac role szlachetnego, +zwracac mu to, co dlan moze kropla w morzu tylko, fundusikiem, +przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawe? + +- Ha-ha-ha!.. - rozlega sie po pokoiku szyderczy, szatanski prawie +smiech mezczyzny, i odbija od scian niemilem dla ucha brzmieniem. + +- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej +pólglosem, a krew w zylach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, +burzliwa. + +I z duszy jego jednoczesnie pierzchaja bezpowrotnie, zda sie, nikna, +jak uluda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne +jeszcze, wahania pomiedzy prawami uczciwosci i ich pogwalceniem. + +Zwyciezka, jedyna, jedna rozgaszcza sie tam nienawisc tylko do kasty +uprzywilejowanej i wyróznianej w spoleczenstwie. Wypielegnowana +cierpieniem i bieda, wysubtelniona wyksztalceniem, a szczególniej +przestawaniem jeszcze za granica w kolach róznych zapalonych glów, +o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie +nadczuloscia nerwowa w zblizeniu sie i czasowem powierzchownem +zzyciu z przedstawicielami tej sfery - buchala obecnie goracym +plomieniem, wszystko soba przewyzszajac i tlumiac. + +- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptaly znów cicho usta +mezczyzny - za moje cierpienia i biede - za to, ze ja nie mam takich +przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i zlota - +mam zycie cale w nedzy cierpiec, i to, gdy los sprawiedliwie bez +watpienia, odbiera ci czastke mienia, przypadkiem, i mnie nia w +zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Zydowi, cyganowi, wrogowi - +kazdemu bym zwrócil moze, lecz tobie - nigdy!.. + +Ostatnie slowa mieszkaniec poddasza wymówil w zapamietaniu glosno +calkiem i z moca jakas dziwna. Twarz zas jego dziko po prostu +wygladala w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnetrznego ognia, +demonicznie piekna i straszna zarazem byla ona, a zajadly plomien +szczerej nienawisci do tak zwanych powszechnie "arystokratów" +zajasnial na niej pelnym blaskiem. + +Odruchem naglym zblizyl sie do stolu i obie dlonie polozyl na +plikach banknotów i zlocie. Czego nie zdolaly stanowczo uczynic +okolicznosci inne, sprawila chec dokuczenia w czemkolwiek wyzej +postawionej spolecznej jednostce, jedna chwilka nienawisci i szalu. + +- Moje, moje!.. - wyszeptaly usta mezczyzny zwyciezko, jakby z +mimowolna, ukryta w sobie radosci nuta, a echo slów tych, +urywanych, cichych, dziwna moca rozbrzmialo w martwem milczeniu +facyatki. + +Cisza nastala znowu. + +Tylko w piersiach mieszkanca poddasza przeleknione jakby swym czynem +serce poczelo bic przyciszonym tetnem, a szelest ten miarowy, jak +zegaru wahadlo, mierzyc sie zdawalo te chwile przelomowa w duszy +czlowieka, depczacego uczciwosc prawa dla milosci, nienawisci i +zlota!.. + +Nagle martwote pokoju przerwalo cos gwaltownie. Byly to czyjes +kroki silne, przyspieszone, idace po schodach, a coraz wyrazniejsze, +blizsze... Niebawem rozlegly sie tuz za drzwiami, ucichly, i jakas +reka wstrzasnela lekko klamka, w slad zatem zas rozleglo sie +trzykrotne pukanie. + +Gdyby w kataklizmie niespodzianym runela ziemia, zapadajac sie gdzie +w niezmierzone glebie wszechswiata - mniejsze to chyba uczyniloby +wrazenie na stojacym przed stolem mezczyznie, niz chwila +obecna... + +Nogi zadrzaly mu, a bojazliwa trwoga sciela krew w zylach, cos +zas, niby gad obslizly, przemknelo po krzyzach i za kark chwycilo +despotycznie, zaparlszy dech w piersiach. + +W pólswiatlach dogorywajacego wlasnie plomyka lampy twarz +pochylonego nad pieniedzmi mlodzienca nabrala strasznego, a zarazem +dojmujaco trupio-bladego wyrazu, rece zas, jak kleszcze, wpily sie +w lezace pod niemi banknoty. + +- Nie oddam was, nie zwróce za nic w swiecie! - mówic sie zdawaly +wyraznie kurczowo zacisniete palce, drzace w zwojach papierów i +zlocie. + +Z ekranu izdebki, majaczacego coraz bledszymi cieniami, swiatlo w tej +samej chwili zniklo; zapanowala tu szarawa ciemnosc, a w slad zatem +rozleglo sie powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami +zas jednoczesnie daly sie slyszec slowa, wyrzeczone glosem +meskim, dzwiecznym i mlodym. + +- Widac, ze spi, lub go nie ma... + +- Ale to oryginalne - zauwazyl ktos drugi, ciszej nieco. - Zareczam +ci, iz przed chwila palila sie wewnatrz pokoju lampa, przez szpary +u drzwi slizgalo sie swiatlo! - slowo! + +- Ha, jesli tak, to moze Romanek ma u siebie jakas dyskretna, a +wesola wizytke - snac z rozmyslem donosnie rozlegl sie glos +pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodz, Hermanie!.. + +- Wesolej zabawy! - krzyknal ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy +sie do drzwi, zapewne blizko, bo echo glosu jego wstrzasnelo +scianami poddasza, poczem kroki przybylych oddalac sie zaczely. + +Westchnienie ulgi podnioslo piers mezczyzny. + +Kilka kropel zimnego potu upadlo mu na rozpostarte dlonie; zbudzony +tem jakby, odstapil od stolu i rzucil sie w wycienczeniu na +kanapke. + +Poznal po glosie tych dwóch, dobijajacych sie don przed chwila, +poczciwych studentów uniwersytetu - widzial w wyobrazni swej teraz +niemal obok siebie wyrazne postacie ich, w wytartych mundurach i +splowialych od slót i slonca czapkach, pokrzywionych butach... +Biedni chlopcy! + +Przypadkowo zaprzyjaznil sie z nimi, jak tylko przybyl tu, do miasta +- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastreczyli mu zarobkowa +prace... + +Dawno juz nie widzial ich. Ba, pare razy nawet w epoce owego +kilkutygodniowego swiatowego szalu, spotykajac ich na ulicy, a +bedac w towarzystwie eleganckich karnawalowiczów, mimo woli +powstydzil sie ich i udal, ze nie dostrzega. Nie pamietali mu tego +- przyszli. + +Mieszkaniec poddasza w zamysleniu przesunal dlonia po jedwabistych +swych wlosach. + +- Gdybyz oni wiedzieli i czytac mogli w duszy jego? + +Rumieniec palacego wstydu i upokorzenia zakwitl na twarzy +mlodzienca, a wyraz cierpienia i wewnetrznego bólu rylcem swym +zlobic mu poczal rysy wyrazistego oblicza. + +Dlugo jeszcze przesiedzial tak w zadumie... + +A gdy po niejakim czasie slonce zajrzalo znów do poddasza, nie bylo +juz zlota na stole; schowane - zniklo, mlody zas czlowiek, +smiertelnie znuzony moralna walka, na wpól ubrany, cicho zdawal +sie drzemac na lózku. + +Niebawem zasnal..... + +I sen oto, przed wewnetrznym wzrokiem duszy mlodzienca, w tem +tajemniczem jej zyciu marzen i rojen, snuc mu zaczal przedziwne +obrazy... + +A wiec najprzód zdalo sie spiacemu, iz leci on w przestrzen bez +konca, ciemna i mroczna, unoszony niewidzialna jakas sila... + +Tuli w objeciach swych przytem jakas powiewna kobieca postac... +Podobna, choc nie identycznie i calkiem, jest ona do ukochanej +przezen dziewczyny, a objawszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi +ramiony, tak zawisla, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zas, +jak z kielicha pieniace sie, musujace wino, pije nektar warg tych +wilgotnych, tonac w pocalunku ciaglym, nieustannym, zda sie - +wiecznym. + +Upajajacy wreszcie jednak zawrót glowy i oslabienie omdlewajace +jakies i dziwne z wolna poczyna go ogarniac. + +Za wiele, zanadto upajajacej, oszalamiajacej slodyczy daja mu juz +te kobiece usta, jak pieczec do warg jego bez konca przylgniete. + +Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokola i sil swoich nie +czuje juz prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w +przestrzen, niczego niepomny i nic zgola w okrag siebie nie widzac. + +Trwa tak dosc dlugo... + +Wreszcie, wypoczawszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czujac +juz ani ciezaru zwislej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu +jej tchnienia... otwiera oczy... + +Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchly; obecnie +znajduje sie zupelnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykaja +jakiejs kamienistej plaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. +Promienie zachodzacego slonca zloca ja i krwawia swym +dogasajacym, zamierajacym blaskiem... + +On zas nieporuszony stoi i bezustannie patrzy. + +Nagle promienie gasna... Mrok szary pokrywa plaszczem swym wszystko +dokola, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptac i ruszac +sie cos poczyna. + +Z rumowisk i kamienistych szczelin podstepnie wypelzly oto jakies +postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - +rozpierzchaja sie po równinie, z przytlumionym szelestem. Nad +glowami ich leca wielkie czarne zlowrózbne ptaki, szumem swych +skrzydel macac martwote rozlanej wokolo pustki i ciszy. + +On, nic zgola nie pojmujac, spoglada wciaz, przelekly, +zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje sie rozumiec... + +To - posluszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - leca tak +zapewne zerowac na padól ziemski - wyrzuty sumienia!... + +Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochlania +ich postacie - nikna. + +On z ulga oddycha i instynktownie postepuje pare kroków naprzód. + +Nagle wyrywa mu sie z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego glowa +wiszac, chwieje sie ptak czarnopióry, a znizywszy lotu swego, +wkrótce siada mu na ramionach, niemilosiernie wpiwszy w nie swe +szpony, równoczesnie zas w glowie uczuwa uderzenia miarowe. + +To ptak ów straszny i wielki, niby dzieciol w pien drzewa, stuka +jemu tak w czaszke jednostajnie... + +W slad za tem jedna z pierzchajacych wokolo postaci zjawia sie przed +nim blizko. Ubrana w lachmany, czarna i brudna, przyskakuje don +obcesowo, drapiezna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palace zarem, +plomienne, dzikie zrenice, nachyla sie bardziej jeszcze i plwac mu w +sama twarz poczyna. + +Z ust jej, wykrzywionych, wstretnych, leja sie strumienie lawy +zlotej i pala, bola... + +A jednoczesnie tancza oto w krag, z szelestem widziane niedawno w +portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojac sie, trojac +w oczach, przybieraja one fantastyczne ksztalty, a niektóre, +przedzierzgniete jakby w jakies karly zlowrogie, szponami drobnemi +rwa mu cialo bez litosci. Inne znowu, z glowami wezów +obrzydliwych, syczac, kasaja go zewszad. + +Napastowany, nieprzytomny, opedzajac sie rozpaczliwie, rekami, +nogami - ciagle, tarzajac sie nawet od jakiegos czasu po +kamienistych zrebach - uciekac w koncu zaczyna równina, jak +szalony. Potyka sie co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czereda +karlów i olbrzymików, o glowach, szyjach gadów, z blyszczacemi +zadlami ze zlota. + +Nad glowa, z ramion przemoca spedzony, wisi wciaz ptak olbrzymi, a +postac glówna, mglista, leci z nim wespól w mroczna dal... + +Nagle, niewiadomo jak, skad i kiedy zjawia sie znowu poprzednia +kobieca postac. + +Spiacy, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewyslowiona radosc; a +ona, podawszy swa raczke drobna, z usmiechem zalotnym na slicznie +wykrojonych usteczkach, towarzyszyc mu zaczyna. + +Razem bezustannie biegna teraz po kamienistej równinie. Czarowna +towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mezczyznie, i nie +widzi roju przesladowców jego. + +Dziewcze to, czy kobieta, ubrana cala w bieli, zasypana kwieciem róz +i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykajac sie zaledwie stopkami swemi +ostrych kamieni. Nad glówka jej, jakby w przeciwienstwie ptakiem +czarnym, lecacym obok - chwieje sie duzy ptak bialy... + +Zjawisko snieznego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, +wpatrzonemu uporczywie w swa towarzyszke, zdaje sie nagle, ze pióra +u skrzydel tych mlecznych z lekka szarzec poczynaja, stopniowo +ciemniejsza przybierajac barwe... + +Wyteza wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokolo, nawet +przesladujacych go mar, rozpoznac nie jest w stanie. + +Noc czarna, despotyczna, rozpinac wlasnie poczyna nad plaszczyzna +ponura swa opone. + +Naraz znika wszystko... + +On równoczesnie czuje, ze leci w przepasc bez dna, tresci, oraz w +chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o cos calem +cialem. + +Spoglada... + +Przed nim obecnie wznosi sie sfinks olbrzymi; o niego to w rozpedzie +uderzyl sie przed chwila. W jasnosciach aureoli gorzeje fosforycznym +blaskiem, usmiechajac sie zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na +tulowiu - obliczu, wszedzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, +wija sie, ruszaja miryady drobnych lilipucich postaci. + +Jedne z nich rodza sie tu z usmiechem na ustach i piskiem, innych do +grobu zanosza; ci walcza, depcza po sobie, zabijaja sie, wzajem w +przepascie spychaja - tamci w ramionach drugich pija milosci +rozkosze, a tam znów inni jeszcze glodne twarze i rece wynedzniale +wyciagaja po datek, sasiadujac z blizka z takimi, co w bogactwie i +zbytkach nurzaja sie po uszy, lub grzezna cialem w rozpuscie, jak +w blocie. + +A srodkiem - rozbite na tysiace strumieni, na kropel miliony +rozprysle, plynie, faluje zloto... + +I przed promienistymi jego potoki, jak przed swietoscia - korzy sie +pokornie, sluzalczo, wszystko dokola. + +Czolem lilipucie bija przed nim miryady - to tez ono nadaje owemu +sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, +bezpodzielnie panuje. + +Lecz oto nagle olbrzymia glowa sfinksa ujrzala snac nowego przybysza. + +Usta jego, wyniosle i dumne, rozchylaja sie szerzej, i miast +zwyklego usmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrzasa +przestrzeniami smiech. + +Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks smieje sie - smieje szatansko i +zwyciezko jakby - wyniosle - strasznie!... + +............................................ + +Gluchy jek wyrwal sie z piersi uspionego czlowieka. Wstrzasnal +on murami pograzonej w ciszy izdebki, krajac zali serce swem echem +smutnem, cichl i gasl, zamierajac powoli... + +............................................ + +Obudzil sie spiacy. + +Wyleklym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzyl zaspany +wokolo siebie bezprzytomnie i niebawem przymknal na powrót +ociezale powieki, obróciwszy sie równoczesnie do sciany. + +W kilka zas minut pózniej, blada twarz mieszkanca facyatki, +spokojna, nieruchomo spoczywala na poduszce, pograzona w twardem +uspieniu. Dusza tym razem zdrzemnela sie w nim zapewne równiez, +oddech bowiem spiacego miarowy rozlegal sie juz swobodnie calkiem +w samotnej, cichej izdebce. + + + +CZESC PIERWSZA. + + +Zdazajac do poblizkiej Wenecyi, wpadl pociag kuryerski w morze, i +huczac, lecial, plynal niby po powierzchni fali. W przedziale +wagonu drugiej klasy bylo tylko dwoje ludzi. Kobieta mloda, ubrana w +strój lekki, dystyngowany, z szarego materyalu, drzemala, czy spala, +wcisnieta w glab, z glówka oparta o poduszke boczna - +mezczyzna zas, siedzacy naprzeciw, trzymal delikatnie w dloniach +pozostawiona w uscisku jej raczke drobna, i pochylony z lekka, +patrzyl z miloscia w znuzone rysy i blada twarzyczke kobiety. + +Od czasu do czasu wzrok jego odrywal sie od oblicza towarzyszki, +biegl poprzez otwarte okno, scigajac, zda sie, pograzone w +ciemnosciach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuz poza mknacym +pociagiem Adryatyku fale. + +I wtedy, za kazdym razem przesuwala sie chmurka jakby po czole jego, +osiadal tam jakis cien niepochwytny, a usta jednoczesnie drgaly +skrzywieniem goryczy, czy bólu pelnem. + +Gdy jednak wzrok znizal ponownie, to w zetknieciu sie z obliczem +mlodej kobiety, pograzonem w cichem uspieniu - oczy smutkiem +zamglone lagodnialy mu prawie natychmiast, a choc pomimo woli i +bezustannie mysl rozpamietywac sie cos zdawala - z ust momentalnie +znikalo zagiecie cierpienia i powoli przeistaczalo sie w usmiech, +oraz zapatrzenie sie w ukochane rysy. + +Siedzacy tak w zamysleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia +towarzyszki - podrózny posiadal cechy zewnetrzne dosc +interesujace. + +Byl to przede wszystkiem mezczyzna piekny bardzo; ciemny brunet, o +wytwornej powierzchownosci i ukladzie, charakterystycznej owalnej +glowie i czole wypuklem, upiekszonem lukiem brwi czarnych, +waziutkich i regularnych, mial on pociagla, sniada twarz, +okolona sredniej wielkosci broda. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza +tego wyraznie zdradzaly przytem pochodzenie poludniowe, zarówno jak +i piekne, duze oczy, patrzace na swiat goraco, z rozmarzeniem +nieokreslonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii. + +Do drugiej ojczyzny swej poniekad rzeczywiscie dazyl tak lat +trzydziesci zaledwie majacy mlody czlowiek. + +Noszacy jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierzymirski, byl +synem niezyjacego juz, a dawniej bogatego bardzo i znanego w +szerokich kolach wlasnego kraju, Oskara Dzierzymirskiego, oraz zony +jego, rodem Wloszki, a bylej przed swoim slubem spiewaczki. + +Pochodzenia pono watpliwego bardzo, choc niezwyklej urody i wdzieku, +byla ta matka Dzierzymirskiego Romana, bedaca, jak mówili jedni, +dzieckiem milosci wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak +twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z metów spolecznych dzisiejszej +Romy, wychowanem i uposazonem przez tegoz przemyslowca wloskiego. + +Po niej pieknosc odziedziczyl syn, po ojcu zas niewatpliwie te +wytwornosc, która cechowala najmniejsze nawet poruszenie siedzacego +podróznika, i postawe jakby panska, mimo woli nieco wyniosla. + +Roman Dzierzymirski jechal wlasnie z malzonka swa w podróz +poslubna, a raczej z kraju uciekal, ojciec bowiem spiacej cicho +naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o slicznych rysach, January +Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówil byl jemu jej +reki... + +Lecz milosc namietna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety! + +Roman zdobyl swa zone dzisiejsza, porwawszy ja za jej zgoda. +Slub ich tajemny, w malej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbyl sie +wlasnie dwa dni temu... + +Przyszlo mu to wszystko z latwoscia. Ola kochala go, ubóstwiala, +nic zgola nie widzac poza nim, na strone materyalna zas i koszta, +wynikle z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracac on uwagi nie +mial potrzeby. + +W rodzinnem miescie wiadomem bylo powszechnie, iz rok, czy dwa lata +temu odziedziczyl Roman Dzierzymirski fortunke w kapitale, po dalekim +krewnym, osiadlym i zmarlym w Stanach Zjednoczonych. + +Jechal zatem dzis mlody i ostatni potomek dogasajacej juz w nim +rodziny Dzierzymirskich, ze skarbem swym, droga sercu malzonka, do +Wloch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, blakajacy sie bezustannie +pomiedzy twarza zony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, +myslacy, w dalszym ciagu wspominac sie cos zdawal. + +Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemraly wciaz cicho, w +dali zas, na czarnem tle widnokregu, stopniowo, coraz blizsze, +blyszczaly juz swiatelka Wenecyi. + +- Oto tam - mówily niejako marzace oczy mezczyzny - za godzin kilka +czekaja mnie usmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczescia w +objeciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak +dawna, oczekuje na mnie raj wlasny uludnego podzialu wzajemnego +uczucia, w zupelnem oddaniu sie niepokalanego niczem dotad kwiatu - +niewinnego dziewczecia... + +Wzrok Romana z zachwytem spoczal na twarzy spiacej kobiety. +Równoczesnie pociag, pozostawiwszy morze za soba, wpadl w jakies +gaje, brzeczace rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka +wpadala uporczywie w uszy podróznego, a on, caly zasluchany, +spojrzeniem swem znowu ogarnal ciemna przestrzen poza oknem wagonu. + +- Co, zagadkowa przyszlosci, niesiesz mi w darze?.. Czy zaplacisz mi +za to, com przebyl dotad, przecierpial, dla zdobycia drogiego +dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytac sie zdawaly czarnej +nocnej dali posmutniale nagle chwilowo oczy mezczyzny. + +I ponownie w kaciku warg jego pojawilo sie bolesne, przelotne +zagiecie ust, a snac usilujac odpedzic mysl przykra, +Dzierzymirski powstal ostroznie, nie wypuszczajac wciaz z dloni +raczki uspionej swej towarzyszki. Wychylil przez otwarte okno +glowe... Na tle ciemnosci polyskiwaly juz teraz rzesiscie +swiatla - pociag wjezdzal wlasnie na stacye. W sekunde, z +nagla szarpniete, gwaltownie zatrzymaly sie wagony. + +Dzierzymirski o malo nie upadl, straciwszy na razie równowage, i +pociagnal za soba raczke zony, sciskajaca jego dlon lewa - +prawa zas oparl sie silnie o rame okna. + +- Ach!.. ach!.. - z trwoga, wyrwalo sie z ust mlodej kobiety, i +otworzyla szeroko oczy, zdziwiona. + +Szybko Roman pochylil sie ku niej i przemówil miekko: + +- Przepraszam cie, kochanie, przestraszylas sie, prawda?.. Ale to +wina nie moja - wagony szarpnely tak silnie... + +- To ty... Romanie!.. - szepnela kobieta i zarzuciwszy w slad za tem, +z niewyslowionym wdziekiem, obie rece na szyje mezczyzny, +przytulila sie don czule, skladajac równoczesnie pocalunek na +pieknem czole. + +- Wysiadziemy, zlotko, juz Wenecya! - rzekl Roman, wysuwajac sie +delikatnie z objec mlodej zony unióslszy ja w ramionach, +postawil na równe nogi. + +- Nareszcie!... - wykrzyknela Ola radosnie, oprzytomniawszy calkiem +na widok jasniejacego dworca. + +- We-ne-cya! - zabrzmialo donosnie pod samem oknem wagonu, gdzie +ukazala sie kedzierzawa glowa i smiejaca twarz konduktora. + +- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciagle, spiewnie odpowiedzial glosowi +pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginal. + +Pociag, którym jechali Dzierzymirscy, zatrzymujac sie tylko kilka +minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - nalezalo sie spieszyc... + +Roman pobiegl do przeciwleglego okna, otworzyl gwaltownie drzwiczki +od wagonu, i poczal wolac donosnie: + +- Facchino!.. facchino!.. *) +[*) Po wlosku tragarz.] + +Za mezem zrecznie wyskoczyla z wagonu Ola Dzierzymirska. Niebawem +zjawil sie pozadany tragarz i ruszono z bagazem do dworca. Tu +obstapiono przyjezdnych. + +Caly rój przeróznych figur halasliwie ofiarowywac im poczal +swoje uslugi, rzad zas sluzby hotelowej, w galonach, z ozywieniem +i gestykulacya namawial ich kazdy z osobna do siebie. Gadatliwosc +Wlochów oszolomila na razie Dzierzymirskich. + +Po chwili dopiero Roman, znajacy kilka wloskich wyrazów, zdolal +sie porozumiec i wybrawszy hotel, kazal sie prowadzic do przystani. + +Niebawem mloda para podróznych sadowila sie juz w wygodnej, na +czarno pomalowanej gondoli, obslugiwana z natarczywoscia przez +róznorodnych oberwanców i gapiów, stojacych w poblizu. + +- Pysznie sie siedzi! - zawyrokowala glosno Ola, wyciagnawszy sie +na miekkiem, czarna skóra obitem, siedzeniu. + +Roman usiadl przy niej - gondola zakolysala sie lekko... + +Powoli odpychano juz ja od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz +wyciagnely sie ku majacym odjezdzac proszace dlonie z +kapeluszami, i chórem zabrzmiala prosba o datek. "Soldo, soldo!" +choc unizenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby grozby, rozlegalo sie +dokola ustawicznie powtarzane na wszystkie tony. + +- A to zlodzieje!.. - mruknal Dzierzymirski; zmuszony jednak wyjac +z kieszeni portmonetke, rzucil tam i ówdzie z humorem drobne monety. + +Gondola ruszyla juz - plyneli... + +Mloda kobiete zabawila ta scena. Perlisty smieszek jej, wesoly, +rozlegal sie wokolo, gdy oto nagle, jakby czems zmrozony, ucichl. +I Ola, objawszy wzrokiem roztaczajacy sie przed nia krajobraz, +ruchem wdziecznym przytulila sie do meza. + +- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaz? - szepnela. + +Dzierzymirski, milczac, opiekunczo objal ramieniem kibic zony i +przycisnal ja miekko do piersi, rozejrzawszy sie zarazem. + +Rzeczywiscie, czarno tu bylo. + +Wenecya juz spala. Sklebione chmurami niebo odbijalo sie w metnej +wodzie kanalów i powlekalo je kirem ciemnosci, po którym tylko +blednym ognikiem przeswiecalo, wilo sie czerwone swiatelko +latarni, umieszczonej u spiczastego, zebatego konca gondoli. + +Plyneli przez Canale Grande*). +[*) Po wlosku : Kanal Wielki.] + +Jak gdyby sniac o swej dawnej potedze i chwale, wokolo nich +zadumane, ciche staly wyniosle rzedem weneckie palace. W zadnem +oknie nie palilo sie juz swiatlo, otulalo je milczenie zupelne. + +Gondola, kolyszac sie z lekka, unoszac co chwila swe przednie i +tylne dzioby, plynela spokojnie, z jednostajnym pluskiem wiosel i +szmerem rozstepujacej sie pod nia fali. + +Przytuleni do siebie, dluzsza chwile z ciekawoscia patrzyli +Dzierzymirscy wokolo. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypaly sie +rozliczne uwagi. + +- Patrz, patrz, Romanie! - wolala ona co chwila, wskazujac z +zajeciem na wznoszace sie zewszad budowle. + +Dzierzymirski potakiwal zonie, objasnial, i pólglosem prowadzona +swobodna pomiedzy jadacymi rozmowa zbudzila milczenie sniace - +rozniosla sie echem wyraznem po grodzie weneckim, o tej porze tak +bardzo cichym. + +Tymczasem po obu stronach kanalu kolejno przesuwaly sie, jak w +kalejdoskopie, cudne swa archaiczna struktura palace. + +A wiec, najpiekniejszy moze z prywatnych siedzib Wenecyi, wlasnosc +ksiazat della Grazia, wychylal sie z cieni "Palazzo +Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu poczatkowego odrodzenia; z nim +sasiadowal skromny, siegajacy XV wieku, palac "Erizzo" - dalej +zwracal znów uwage inny, z pozlacanym niegdys frontem, do dzis +dnia zwany "Ca Doro". + +Opodal bardzo piekny wznosil sie majestatycznie dzisiejszy lombard +miejski, palac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem +miejscu, gdzie ujrzala swiat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna +Cornaro. + +Wkrótce, tuz poza dzisiejsza poczta w Wenecyi, zajmujaca +dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczyl +olbrzymi most "Ponte di Rialto", w ksztalcie murowanego luku +wzniesiony. + +Wsunawszy sie pod jego arkady, gondola Dzierzymirskich cichutko +przesliznela sie tamtedy i skrecila wkrótce na lewo, w wazki +kanalik, stanowiacy arterye boczna "Canale Grando". Szeroka tasma +wielkiego kanalu znikla wkrótce z oczu i jadaca barka, +zaglebiajac sie coraz bardziej w szyje wodnej uliczki, wymijac +poczela coraz ciasniejsze i wezsze zaulki. Sciany domów +odrapane, ponure, szly, zdawalo sie, na plynacych w gondoli, a +sciesniajac sie coraz bardziej, pragnely pochlonac, gubic ja +niejako w swym labiryncie. + +Ciemnosci nocne panowaly tu jeszcze wieksze. Gdzieniegdzie tylko +lsnila zóltawo mdlym swiatlem latarnia - zywego ducha zas +nigdzie dopatrzec sie nie mozna bylo. + +Umilkla od paru minut Ola trwoznie przylgnela glówka do ramienia +Romana. + +- Brr! straszno tu jakos... - szepnela. + +- Nic, kochanie - odparl Dzierzymirski, musnawszy pocalunkiem jej +wlosy - zaraz dojezdzamy. + +Nieprawdaz, ze juz blizko? - zwrócil sie do gondoliera lamanem +wloskiem narzeczem. + +- Si, signore. - odparl zywo zapytany, a nudzac sie znac, bo z +cudzoziemcem gawedzic nie mógl, zanucil pólglosem jakas +smetna piosenke. + +Ubrany calkiem bialo, wahadlowym ruchem przechylajac sie +bezustannie przy wioslowaniu w prawo i lewo, na tle otaczajacych +ciemnosci, czynil on wrazenie fantastycznego zjawiska, glos zas +jego monotonny blakal sie po katach i odbijal dziwnem echem o +mury, oraz zakratowane okna w swym snie zakletych jakby domów. Roman +milczal. + +Ujmujac dlon i tulac miekko w objeciu Ole, wsluchiwal sie w +ten spiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawal wrazenia. +Zdawalo mu sie mianowicie, ze on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, +ale jakiegos zbójeckiego z zamierzchlej przeszlosci dojezdza +grodu; ze ucieka, kryje sie tu ze swym porwanym, czy tez skradzionym +lupem... Oto z ciemnych zaulków i katów spiacej Wenecyi wysuwaja +sie po prostu jakby wyrazne jakies cienie, mary, czy odbicie dawnych +zbrodni, mordu i gwaltów, tak licznych w historyi krwawej tego +dziwnego miasta... + +- A ņel! *) - rozlegl sie nagle tuz za Dzierzymirskim krzykliwy +glos gondoliera, i lódz jednoczesnie zboczyla w zaulek ciemny. +[*) Uwaga!] + +- Sia-stali! *) - przeciagle odpowiedzial ktos z innej gondoli. +[*) Na prawo!] +Roman i Ola spojrzeli ciekawie. + +W nadplywajacej weneckiej barce siedzial mezczyzna czarno ubrany, w +bialym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu. + +Gondola, otarlszy sie prawie o napotkana lódke, przesliznela +sie cicho - znowu byli sami. + +- Patrz, tam sie swieci, co sie stalo?... - rzekla pólglosem +Ola, krecac glówka i wskazujac pietro jednego z domów. + +Roman spojrzal. + +- A, rzeczywiscie - odparl - przeciez choc jeden jakis znak +zycia... + +Na brudna wode kanalu, porysowana sciane i kolyszacy sie +kadlub pustej gondoli, przywiazanej u stopni marmurowych wielkich +kutych drzwi, kladlo sie cieniem przycmione czerwonawe swiatlo, +idace z okna oswietlonej komnaty. Jednoczesnie plynely melodyjne, +ciche akordy fortepianu, wydobywane znac miekka kobieca raczka. +Wtórowal im niesmialy brzek mandoliny. + +Rozplywajac sie powoli, w milczeniu, muzyczne tony laczyly sie +zgodnie co pare minut ze spiewem, meskim, silnym tenorem, i szly +ponad dachy, kanaly, lecialy daleko, drzace... + +Poruszony muzyka i spiewem, Dzierzymirski silniej przycisnal do +siebie Ole. Wsluchani w melodye milosnej piesni poludnia, +zblizyli sie oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, +pochylily sie. + +Pocalunek goracy zlaczyl usta mezczyzny i kobiety; nie odrywajac +warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wsród deszczu spadajacych, jak +drobne krople rosy, dzwieków - przeplyneli Dzierzymirscy pod +oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi gonily ich, powodzia +zalewaly jeszcze czas jakis, az umilkly. + +Gondola w tej samej wlasnie chwili wjechala na kanal s-go Marka; +plac tejze nazwy, gdzie w calej pelni ogniskowalo sie jeszcze +zycie miasta, zamigotal rzesiscie w oddali dziesiatkami +niebieskawych i zóltych swiatel - przewoznik oznajmil glosno +podróznym, ze sa juz na miejscu. + +- Dojezdzamy, Oluniu! - poinformowal Roman i z usmiechem wpatrzyl +sie namietnie i czule w twarz swej towarzyszki. + +W ciemnosciach nawet nocy, widoczny rumieniec objal plomieniem twarz +kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuscila przed palacem spojrzeniem +mezczyzny, które zapewne swym blaskiem mówilo cos nad wyraz +smialego. + +W tej chwili wlasnie przedni dziób gondoli stuknal o marmurowe +stopnie hotelowego balkonu, a w pare minut pózniej Roman i Ola +znajdowali sie juz w obszernym, o marmurowych scianach i posadzce +pokoju, rozbrzmiewajacym w ciszy stlumionem, gluchem brzeczeniem +mustyków. + +Odprawiwszy natarczywego sluge, proponujacego im przyslac +natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na +przechadzce placu San Marco, bazyliki i palacu Dozów -Dzierzymirscy +wkrótce pozostali zupelnie sami..... + + + +W Wenecyi wszedzie pogasly juz swiatla. Noc zupelna, czarna, +zawisla chwilowo nad grodem. Nie trwalo to jednak dlugo; stopniowo +chmury na niebie rozstepowac sie poczely i rabek ksiezyca +niesmialo wychylil sie z poza nich. + +Zamigotal na wiezycach kosciola s-go Marka, zlotawym brazie +czterech rumaków, królujacych na szczycie tej katedry - musnal swym +blaskiem sciany palacu Dozów, a przeszedlszy sie po jego galeryach +ponurych, zajrzal w zakratowane okna wiszacego mostu, laczacego +palac z dawnem wiezieniem, a znanego powszechnie pod nazwa "Mostu +Westchnien". + +Wyjrzawszy zas juz odwazniej nieco, tracil srebrzysty lsniaca +tafle laguny, zadrgal siecia swiatla na powierzchni wód, a +niebieskawa sciezyna dotknawszy sie ich pieszczotliwie, otworzyl +nagle perspektywe daleka, hen! az ku Lido-na morze... + +W niezamaconej niczem ciszy, starozytne zegary licznych koscielnych i +klasztornych wiezycach wybijac poczely rytmicznie któras +godzine. Jedne z nich brzmialy basem, inne kwilily wiolinem, lub +brzeczaly melodyjnie, laczac w sobie te dwa melodyjne klucze, a +bijac w ten sposób, zdawaly sie mierzyc w milczeniu chwile +czyjegos moze szczescia... + +Niedyskretne, ciekawe, promienie ksiezyca zaszklily sie jasnem +swiatlem na taflach szyb hotelowych, dawnego palacu Dandolo. +Zatrzymaly zda sie dluzej przy jednem oknie i pomknely znowu +obojetne w dal... + +A posagowo usmiechniete, wiecznie tak samo szerokie oblicze +ksiezyca nie zmienilo wcale wyrazu. + +Bo cóz go zaiste, obchodzic moglo tych dwoje ludzi, którzy przybyli +az tutaj po ulude rozkoszy? Cóz znaczyly dlan dwa serca, +zrywajace wspólnie kwiat milosci i zapomnienia? + +On, filozof, wszak w swem zyciu prawiecznem widzial podobnych zdarzen +az nadto wiele; on znal nicosc tych chwil, umial na pamiec +kochanków zaklecia i ich nieraz slomiane zapaly, gasnace za zycia +podmuchem - pod rzeczywistosci bezlitosna reka. Wiedzial równiez, +ze zapaly te same, odegrzane czestokroc i ozyle, kiedys, w +przyszlosci, obosiecznem cieciem ranic moze beda tych samych +ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno laknacych uczucia i +uzycia... + +Powiewna chmurka pieszczotliwie przytulila sie do twarzy ksiezyca i +przeslonila go leciutko, kaskada zas miesiecznych promieni, +zbladlszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalala uspiona Wenecye. + +W tej samej chwili dwie jakies postacie, zblizone do siebie, +zamajaczyly poza tafla jednego z okien hotelowych, i dwie glowy, +dotykajac sie wzajemnie, zapatrzyly sie we wdzieczny krajobraz +laguny i morza, zamglonych chwilowo pólswiatlem, oraz cieniami +ksiezyca. + +I postawszy tak dluga chwile, jakby rozmarzone, znikly niebawem, +splecione w uscisku, niezdolne napawac sie dlugo poza soba niczem, +nawet pieknem przyrody... + +W slad prawie zatem nastala ciemnosc nieprzejrzana i zapanowala nad +miastem pamiatek. + +--------- + + +Zadumany i jakby teskny tulil sie zmierzch szary do scian kamienic +wielkiego miasta, do witryn wspanialych sklepów jego, pelzal u +podnózy pomników, scieral kontury gmachów kosciolów - wszystko +dokola pograzal w mroki i cienie. + +W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziala na fotelu Melania, +marszalkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli +Dzierzymirskiej, a dotychczasowa od dziecinstwa prawie opiekunka tej +ostatniej. + +Przez otwarte okno, lacznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskal +sie tutaj wolno zmrok, a sciemniajac sie stopniowo coraz bardziej, +pocieszajaco jakby wygladzac sie staral zmarszczone wysokie czolo +wiekowej juz matrony, lagodnie muskal jej siwe wlosy, i zagladajac +jednoczesnie niesmialo w oczy rozumne, wyraznie zdawal sie +wspólczuc smutnemu jej zamysleniu. + +Na malym stoliku przed marszalkowa lezal otwarty telegram. Opiewal +on zas lakonicznie: "Przewidzenia sluszne. Ola juz po slubie z +Dzierzymirskim. Przyjezdzam. Ladyzynski." + +Juz moze pól godziny po przeczytaniu powyzszej wiadomosci, +nieruchomo w swym fotelu siedziala pani Melania. + +Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknela z domu swej ciotki, +by wiecej nie wrócic - marszalkowa Warnicka z niepokoju postarzala +sie byla o lat co najmniej kilkanascie. + +Poczatkowo nie mogla zrozumiec postepku swej siostrzenicy; tak +dobrze bylo jej u niej, moze zatem powróci ona lada chwila - +niewatpliwie. + +Musiala wyjechac z miasta na pare godzin, znaglona interesem +waznym... mówila sobie, perswadowala staruszka. + +Nazajutrz jednak wieczorem, gdy zadnej o Oli nie bylo wiesci, obawa +kochajacej dziewcze ciotki wzrosla o nia do tego stopnia, iz +myslala, ze zwaryuje. Dom caly byl przerazony, latano, szukano +rozpaczliwie nieobecnej po miescie, na chybil trafil - wszedzie, +oczekujac zarazem z trwoga wiszacej zda sie w powietrzu katastrofy - +wiadomosci jakiej strasznej, o nieszczesciu, lub nawet o smierci. + +Zbawca pelnej niepokoju marszalkowej okazal sie wówczas Emil +Ladyzynski, przyjaciel calego domu Gowartowskich, stary kawaler, +sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem czlowiek rozumny i bystry +bardzo. Zebrawszy napredce wskazówek tu i ówdzie, wpadl od razu na +trop wlasciwy. Domysly jego byly trafne. + +- A ja powiadam pani marszalkowej, ze panna Ola uzywa juz miodowych +miesiecy! Mlodosc nie zartuje, gdy kocha... byly to ostatnie +slowa jego i sprawdzily sie, niestety... + +Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony +konkurent, inaczej poradzil sobie. + +Marszalkowa w zadumie westchnela cicho, ciezkie bowiem, zaiste, +czekaly ja niebawem przejscia. Brat jej, January, którego, o niczem +jeszcze nie wiedzac, powiadomila, wzywajac go, natychmiast po +zniknieciu Oli, lada oto chwila nadjedzie... + +Cóz ona, na Boga, powie ubóstwiajacemu córke ojcu, jak sie +potrafi wytlumaczyc przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece +pozostawil on byl, wyjezdzajac, jedyne swe dziecie... + +Lecz czyz mogla przewidziec podobne rozwiazanie sprawy? + +Przenigdy!... + +I marszalkowa Warnicka nizej jeszcze pochylila na piersi glowe swa +siwa, a czolo jej pooraly zmarszczki, znaczac jakby slad +meczacych scigajacych sie mysli. + +- A ja, Ole, to dziecie, które wespól z bratem i ona kochala +cala sila swej duszy, czyz tak znów dalece winic mozna bylo?... + +Zapewne... + +Nie porzuca sie od razu wszystkiego, nie ucieka chylkiem, chocby +nawet w ramiona ukochanego mezczyzny, gdy sprzeciwia sie temu wola +rodzica, gdy... + +Pani Melania przetarla czolo pomarszczona dlonia. "Mlodosc nie +zartuje, gdy kocha!" zabrzmialy jej w uszach slowa Emila +Ladyzynskiego. Mial slusznosc... + +I nagle, z poczatku nieokreslone, pózniej coraz glosniejsze, +smielsze, zakielkowaly w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyz +doprawdy, Ola nieszczesliwa tak bardzo byla winna?... Milosc +oszolomila ja, porwala, a reszty niewatpliwie dokonalo wychowanie +mlodej panny, kaprysnej pieszczotki ojca, ulubienicy równiez jej, +marszalkowej, zawsze dlan poblazliwej i slabej. + +I pani Melania znów zadawala sobie dalej w mysli pytania... + +- Czy Ola posiadala w duszy swej to, coby ja od popelnionego kroku +wstrzymac moglo? Czy wpajano w nia te zasady mlodych, takie na +przyklad, jakiemi ja karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej +podobnych wyroslo?... Marszalkowa w zadumie spuscila nisko glowe. + +- Nie, nie! - odpowiadalo cos skrycie na dnie jej duszy. + +Ola zasad takich nie miala, a z czyjejze to bylo winy? + +Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz nastepnie i jej przecie, +zastepujaca Oli odeszla z tej ziemi matke. + +I z szara godzina, coraz bardziej rozgaszczaja sie po buduarze - z +mrokiem, pelnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradajace sie +do duszy marszalkowej wyrzuty poteznialy, rosly... Samokrytyka zas +wlasnego postepowania zgryzliwie szarpac poczela jej mózg, coraz +to nowemi pytaniami ja zasypujac: + +- Czy staralas sie wniknac do duszy mlodego dziewczecia, a potem, +zbadawszy ja, formowac i uksztalcac? - mówila ona. - Czy wtedy - +pytala dalej - gdy po niewinnem dziecinstwie i mlodocianych leciech +po raz pierwszy wstapila Ola, juz jako dorosla panna, na sliska +arene salonów i swiatowego zycia, dalas ty jej, prócz wskazówek +powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, glebszej, +powazniejszej natury?... + +A pózniej - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawa, flirtami i tancem, z +pobudzonymi zmyslami i wyobraznia, wracala ona do domu z +towarzyskich balów i zebran - czy zastanowiliscie sie wy kiedys, ty +i brat twój, January nad tem, co przechodzilo tam przez owa mloda +glówke, co zapalalo wyobraznie jej i w bezsennych nocach moze +marzeniem uludnem na skrzydlach niezdrowych fantazyj nie pozwalalo +zamknac zrenic do snu cichego?... + +Uczyniliscie wy to wszystko? Zastapilisciez dziewczeciu temu +matke, wykonywujac wspólnie ten nalozony na was obowiazek, z ta +konieczna drobiazgowoscia, z która w istocie czestokroc nie +rachuja sie rodzicielki same?... + +Oblicze zadumanej marszalkowej wyrazalo teraz ciche cierpienie, zal +jakby i skruche, w tym bowiem wewnetrznym, milczacym rachunku +sumienia coraz ciezsze odczuwala winy po swojej i brata stronie. + +A raz poruszone sumienie znów pytalo dalej nielitosciwie: - Czy +pochwycilas ty równiez te chwile, gdy do krysztalnej mlodej dotad +jeszcze duszy zapukala milosc, wkradla sie tam, i rozkwitla +bujnie? Czuwalazes razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? +Rozumnem slowem, uwaga gleboka, ksztalcilisciez je? hodowali, +strzegac to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? +Myslelisciez wy o tem, iz tam, zamiast skromnego, pieknego paczka, +o barwie lagodnej, moze wzrosc ukrycie i bezksztaltna zajasniec +purpura kwiat namietnosci cichy, wszystko dokola duszacy swa +wonia?.. + +Czy uczyniliscie wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya +watpliwosci wszelkich, szarpnelo pytanie ostatnie dusza +marszalkowej. + +Przygnebiona oparla znuzona glowe o poduszke staroswieckiego +mebla. + +Odpowiedziec nie mogla obrona na zarzuty, powstale w jej myslach za +podszeptem sumienia - milczala zatem. + +- Nie! - szyderczo odpowiedzial z kolei rozum!... Wypiesciliscie +tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiscie mu niczego - +osypywaliscie wszystkiem, czego zapragnelo, znoszac nawet kaprysy, +zachcianki i urojenia; ustepujac woli, która rozumnie powinniscie +byli ksztalcic; sluchajac - a nie rozkazujac! + +- O, wy! wychowawcy mlodego pokolenia, jakze daleko jestescie od +powinnosci swoich!.. zasmial sie w koncu rozum z gorycza. + +Marszalkowa Warnicka, nie ruszajac sie z miejsca, przymknela +powieki, chwile dluzsza w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, +wreszcie wstala ociezale z miejsca swego i powoli zblizyla sie ku +oknu. + +Zapalono juz latarnie w miescie. Po szerokich - trotuarach +pierwszorzednej ulicy snuly sie tlumy. Pani Melania wpatrzyla sie +w nie, a w jej myslach jednoczesnie szumialo: + +- Uderz sie w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - bos winna, bardzo +winna! + +Zamigotal, zablysl snopem promieni i iskier milosci plomyk, i +dziewczyna wyciagnela ku niemu pragnace ramiona, jak lódz bez +steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, która wychowalas - +zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie ogladajac sie nawet za +ich blogoslawienstwem! + +- Zbieracie, coscie zasiali! - glos jakis w uszach marszalkowej +rozbrzmiewal i rósl, pelen potegi. + +Nagle staruszka cofnela sie wstecz calem cialem i drgnela +nerwowo. W ciszy apartamentów rozlegl sie w tej chwili pokilkakroc +silnie dzwonek. + +To byl January Gowartowski. Marszalkowa przeczuciem juz zgadywala +przybycie brata, a przetarlszy czolo reka, z glebokiem +westchnieniem odstapila od okna. + + +W sasiednim salonie, na odglos dzwonka, zapalal wlasnie maly +lokajczyk swiatlo, w przedpokoju rozbieral sie ktos i rozmawial ze +sluzacym. + +Pani Melania, wsluchawszy sie pilnie, poznala glos brata. Wysilkiem +woli rozpogodziwszy, jak umiala, oblicze, przestapila próg buduaru, +i weszla powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach +ukazal sie przybyly. + +Byl to mezczyzna, lat kolo szescdziesieciu moze, chudy, wysoki, +i pomimo wieku, trzymajacy sie jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak +trzcina, o wygladzie i ukladzie delikatnym, zrecznym i dystyngowanym. +Twarz January Gowartowski mial wygolona starannie, glowe piekna, z +przyprószonym nieco wlosem, a was sumiasty, bialy, okalal mu wargi, +wygiete nieco dumnie - oblicze zas jego, nacechowane jakby wyrazem +wynioslosci, nerwowe, zmienne, znamionowalo czlowieka, na. pierwszy +rzut oka, nader wrazliwego i uczuciowego moze nad miare. + +Ujrzawszy siostre, podbiegl ku niej szybko i zlozyl w milczeniu na +jej rece pelen uszanowania pocalunek. Przytem spojrzenie +Gowartowskiego spoczelo na jej twarzy pytajaco, i dopiero po +przelotnej chwili oczekiwania jakby, widzac marszalkowa nieco +zmieszana, odezwal sie pierwszy: + +- Odebralem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnal mie tu +natychmiast... Ola wyjechala podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko +jej co zlego sie nie stalo? moze ona chora, groznie, bron Boze?.. +Powiedz, Melanio, szczera prawde, mów predzej, bo wytrzymac z +niepokoju nie moge!.. - drzaco wymówil pan January slowa ostatnie, +z akcentem prosby, glosem pelnym obawy, i z troska na wyrazistej +twarzy czekal na odpowiedz. + +Tymczasem zmieszanie marszalkowej roslo. Unikajac spojrzenia brata, +rzekla: + +- Alez uspokój sie, mój drogi, cóz znowu?.. Upewniam cie, iz Ola +najzdrowsza sie czuje i ze zgola nic zlego jej nie grozi... + +Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodzila sie i westchnienie ulgi +podnioslo piers jego, odczul bowiem szczerosc w slowach siostry. + +Rzuciwszy opodal kapelusz i podrózna torebke, usiadl wygodnie na +fotelu i spokojnym juz zupelnie glosem zapytal: + +- No, wiec cóz, na Boga, stalo sie z Ola? wyjechala - dokad?... + +- Zmeczonym pewnie jestes i glodnym - przerwala bratu Melania - +moze kazac dac ci herbaty, przekaski?... - i mówiac to, +przycisnela guzik elektrycznego dzwonka. + +- Alez, ma chčre, - zachnal sie troche niecierpliwie Gowartowski +- to wszystko zrobimy pózniej, po cóz te ze mna ceremonie; co ci +sie dzisiaj stalo, taka nienaturalna jakas jestes? - zatrzymal sie +pan January i spojrzal siostrze badawczo w oczy. + +- Nakarmisz mnie potem - dorzucil po chwili, z usmiechem - lecz +opowiedz mi najprzód, co sie tutaj stalo?... + +Marszalkowa i na to nic zupelnie nie odpowiedziala, bo w tej +wlasnie chwili na progu salonu ukazal sie przywolany lokaj. +Wszystko, co dotad czynila, mialo za cel zyskac tylko na czasie, po +prostu bowiem nie wiedziala, w jaki sposób podac bratu smutna i +wstrzasajaca odpowiedz i w jakiej uczynic to formie. Zwrócila +sie do sluzacego. + +- Zapal lampe w buduarze, a gdyby kto tam przyszedl, to powiedz, zem +cierpiaca, i nie przyjmuje... + +- Wszak prawda - z kolei pytajaco na pozór skierowala sie do brata - +i ty zapewne nie masz dzis ochoty widziec gosci?... + +Za cala odpowiedz Gowartowski wzruszyl z lekka ramionami, +jednoczesnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzal na siostre, a z +twarzy jego pierzchla pogoda. + +Cos poza kulisami dzialo sie w tym domu niedobrego, czul to pan +January nerwami, wiec czolo zasepilo mu sie i brwi przelotnie +zmarszczyly. Powstal goraczkowo z siedzenia, nieobecny mysla, +szukajacy zagadki, nie rozumiejac slów siostry, znajdujacej sie +juz w oswietlonym buduarze i mówiacej cos do niego. + +- Co mówisz? nie slysze... - rzucil po chwili. - Moze tu +przejdziesz, bedzie nam wygodniej rozmawiac... - powtórzyla +glosniej tym razem marszalkowa. + +Gowartowski poslusznie podszedl ku drzwiom i przestapil próg +buduaru. + +Zamknij drzwi za soba, mój kochany, i siadaj, prosze cie! - +bezdzwiecznym glosem odezwala sie pani Melania, sama zas +skierowala sie, by przymknac drzwi do pokoju jeszcze jedne. + +Pan January tymczasem usiadl i ze wzrastajacym coraz bardziej +niepokojem sledzil ruchy swej siostry. Teraz byl juz pewnym, ze +czeka go cos niezwyklego, i zlego, tak bowiem ostroznej i dziwnie +postepujacej siostry dawno juz nie ogladal. + +Marszalkowa zblizala sie wlasnie ku niemu, a usadowiwszy sie +obok, na kanapie, ujela w obie dlonie rece brata. Postanowila w +mysli zaraz od razu przeciac drazniace peta wstepnej rozmowy, +rzekla zatem lagodnie i serdecznie, wpatrzywszy sie rozumnemi i +dobremi oczami w twarz brata. + +- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, ze nie zanadto +zmartwisz sie tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomosc bardzo +smutna, co ci zakomunikowac musze - prawdziwie po mesku... + +- Alez dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-ze mi nareszcie, o +co chodzi, bo siedze, jak na rozzarzonych weglach, i po glowie +lataja mi wprost niemozliwe przypuszczenia!.. Mów predzej, blagam - +cóz z Ola sie stalo?.. - wybuchnal Gowartowski, ostatnie zas +slowa jego drgaly wymówka i prosba. + +Wyraz wspólczucia przemknal po twarzy matrony siwej, i objawszy +rekami glowe brata, ucalowala ja czule. + +- Ola... juz po slubie... - rzekla równoczesnie szeptem. + +Gowartowski, jak podrzucony, zerwal sie z fotelu, i wzrokiem blednym +na marszalkowa spojrzal. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknal w +pierwszej chwili. - To byc nie moze!... - dorzucil i urwal... +Wpatrzywszy sie bowiem uwazniej w twarz siostry, poznal, iz ona +mówi prawde, po chwili jeknal wiec tylko cicho: + +- Z kim?... i caly, zdawalo sie, zawisl na ustach pani Melanii... +Glos zadrzal marszalkowej, gdy, jak mogla najspokojniej, panujac +nad wlasnem wzruszeniem, odpowiedziala wolno: + +- Z Romanem Dzierzymirskim... + +- Z Dzierzymirskim... z tym holyszem... synem tej... tej Wloszki, +spiewaczki!... - glos zalamal sie panu Januaremu, i schwycil sie +on obiema rekami za glowe. - I bez... bez... - tu glos +Gowartowskiego przeszedl w chrypke, snac wstrzasajaca nowina +zatamowala mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... +blogoslawienstwa!... - wykrztusil; dokonczyl nareszcie, z bólem i +gniewem... Twarz przytem znekanego otrzymana wiadomoscia ojca, +dotad blada bardzo, zakwitla nagle ceglastym rumiencem, nogi zas +widocznie zachwialy sie pod nim, gdyz ciezko, bezsilnie, upadl na +pobliski gleboki fotel. + +Powtórnie, z macierzynska iscie troskliwoscia, objela glowe +stroskanego brata marszalkowa Warnicka, jakby ta czula pieszczota +siostrzana ukoic pragnela, choc chwilowo, cios, przed chwila +slowami przez nia zadany. + +Lecz Gowartowski odtracil ja prawie ze brutalnie, niepomny niczego, +a chwyciwszy w dloni reke siostry, przemówil zapalczywie, urywanym +glosem. + +- Jak to? I ty, Melanio, pozwolilas na to? ty, na opiece której, niby +matki rodzonej, zostawilem moje dziecie? Ty dalas zezwolenie, nie +zawiadomiwszy mnie o niczem? + +I pan January ponownie z miejsca swego sie zerwal, i wykrzyknal +wzburzony: + +- Wiedzac, ze temu mlokosowi, awanturnikowi odmówilem dawniej, +naumyslnie usypialiscie czujnosc moja, by mnie podejsc, oszukac, +i mysleliscie moze, iz ja to przyjme post factum, "tak sobie!" + +- Alez zmiluj sie, uspokój ! - pospiesznie przerwala marszalkowa. +- Nic jeszcze nie wiesz dokladnie, a juz obwiniasz innych na +chybil-trafil. Prosze cie, bardzo prosze, cierpliwosci troche, +spokoju, az opowiem ci wszystko, - dodala blagalnie. + +Pan January mimo woli ucichl i spojrzal pytajaco na siostre. + +- Serce-z ty moje, posluchaj, a nie martw sie tak okrutnie - +drzacym od wzruszenia glosem, ze wspólczuciem, przemówila znowu +pani Melania, w naglem rozczuleniu zatracajac przytem wyraznie +rodzonym ukrainskim akcentem, od którego odzwyczaila sie byla swa +ciagla bytnoscia w miescie. - Posluchaj, jak sie rzecz miala - +zaczela marszalkowa, i ciagnela tak dalej : - Przede wszystkiem, +kiedy juz tak bolesnie dotknales mie przypuszczeniem, ze bylam w +zmowie przeciwko tobie, wytlumaczyc sie winnam... Tak nie bylo +wcale, jak sadzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgola +nie wiedzialam... + +Jak to? - przerwal siostrze zdumiony Gowartowski. + +- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupelnie nie wiedzialam - +powtórzyla marszalkowa, z widocznym zalem w glosie - a dlaczego? +Dlatego, ze oni poradzili sobie bez nas... Roman porwal Ole i +natychmiast wyjechali razem za granice. + +I pani Melania umilkla, wszystko najgorsze juz bylo bratu wiadomem. +Pod nowym ciosem pochylila sie glowa mezczyzny, i odbilo sie na +niej jeszcze bolesniejsze cierpienie. + +- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakze zawiodlem sie na, tobie! - z +ciezkiem westchnieniem wymknelo sie z ust biednego ojca. + +Marszalkowa spogladala wzruszona na brata. Gniewu jego nie bala sie +ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lekala sie dotad najbardziej, +to tej rany wlasnie, zadanej kochajacemu sercu ojcowskiemu przez +córke, depczaca przywiazanie do niej silne i bez upamietania - dla +uludnej fatamorgany zmyslowych rozkoszy, dla milosci kwiatów i +ponet... + +Pan January, z glowa na piersi schylona, milczal teraz, ukrywszy +twarz w dlonie. Ze wzrastajacem coraz bardziej wspólczuciem +patrzyla wciaz pani Melania na brata i myslala: + +- 0, dzieci, dzieci, pokolenia mlode, jakze wy czesto i okrutnie +ranicie serca starych! Przywiazuje sie ich jesien smutna do waszych +wiosen, pelnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukajace wciaz ciepla +i slonca, lekkomyslnie rzucacie te serca, tratujecie milosc, +zaparcia siebie pelna, a pogardzajac dogasajacemi, popielejacemi +iskrami - szukacie, garniecie sie do ognia, do mlodych!.. + +Przeciez i dla mnie pieszczotka Ola byla dotad wszystkiem, lube +dziecie! + +Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie bilo slonce milosci +mlodej, ptaszyna zerwala jedwabne peta przywiazan domowych, bo w +mroki cichych, dotychczasowych jej uczuc, do serduszka dziewczecego, +wdarl sie promienisty blask potezniejszy, silniejszy! Zwykla kolej +rzeczy tego swiata... + +Chcac przerwac milczenie, pelne dla obojga rozmyslan przykrych, +pani Melania poczela mówic znowu przyciszonym glosem: + +- Podziekujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, ze slubem skonczylo +sie to wszystko. Teraz z wola Boza pogodzic sie nalezy, i z +przeznaczeniem, to trudno... - ciagnela dalej, widzac, ze na jej +slowa wyrwany z glebokiej zadumy brat podniósl glowe i slucha - +Nie uwierzysz, ile ja przecierpialam, nim doniesiono mi o tem, ze oni +gdzies w poblizu austryackiej granicy, w jakiejs tam wioszczynie +slub wzieli. + +- Zkadze masz te wiadomosc? - zlamanym i cichym glosem spytal +Gowartowski. + +- Marszalkowa ze smutkiem spojrzala na brata. Serce zabolalo ja, +jakze bowiem innym, odmiennym calkiem, stal sie on nagle teraz, po +odebraniu wiadomosci, tak dlan wszechstronnie bolesnej. Powoli, +miekko, opowiadac mu ona poczela stopniowo wszystko. + +A wiec, o ucieczce Oli, o wlasnych cierpieniach, o tem, ze z tak +licznych znajomych prawdy nie domysla sie dotad nikt jeszcze, o +Ladyzynskim... + +Pan January, przybity, sluchal teraz slów siostry pokornie, jak +dziecko, nie odzywal sie juz wcale, trudno zas bylo zareczyc, czy +w myslach bezustannie zatopiony - slyszal. + +Skonczywszy swa opowiesc, marszalkowa rzekla: + +- Bóg mi swiadkiem, iz nic winna nie jestem... Po wyjezdzie twoim i +odmowie, która dales Dzierzymirskiemu, gdy oswiadczyl sie o Ole +przed paru tygodniami, nie przyjmowalam go wcale. Gdzie widywal sie z +Ola, jak i kiedy ulozyli ze soba wszystko? Dotychczas zadnego o tem +nie mam pojecia. Cóz robic - wola Boska!.. + +Gdy marszalkowa wymawiala te ostatnie wyrazy, instynktownie +przysunela sie do brata, chcac pocieszyc go zapewne, lecz w tej +samej chwili spojrzenie jej padlo na drzwi od salonu, i drgnela +nerwowo. Zdalo jej sie, ze ktos dotyka wlasnie klamki... + +Rzeczywiscie, w sekunde pózniej rozleglo sie trzykrotne pukanie, w +slad za tem zas sluzacy zawiadomil, ze podano kolacye i +herbate. + +- Czy masz ochote jesc teraz? - spytala lagodnie brata pani +Melania. + +Pan January, machnawszy poprzednio reka, zrobil glowa ruch +negatywy, pelny obojetnosci i zniechecenia. + +Marszalkowa westchnela cicho. + +-Bedziemy jedli pózniej! - rzucila glosno. + +Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylil sie i +spojrzal przez dziurke od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony +przyciszona rozmowa, której watka schwycic nie mógl, postawszy +chwile, oddalil sie na palcach by zakomunikowac wiadomosc te +pozostalej sluzbie. + +Z dobra godzine, a moze i wiecej jeszcze, minelo nim roztworzyly +sie owe drzwi buduaru, i wyszlo z niego rodzenstwo. Jakiez jednak +bylo zdumienie domowników, gdy zamiast spozyc wieczerze, oboje +rozeszli sie do swoich komnat, nie tknawszy jej wcale. + +I pózno potem w apartamentach marszalkowej Warnickiej palily sie +dwa swiatla. + +Dlugo, bardzo dlugo, na kleczkach przed zapalona lampka i +wizerunkiem Matki Bozej modlila sie goraco polska matrona, zanoszac +prosby do nieba. Ukrywszy glowe w dlonie, rozmyslala ona o +ulubienicy swej, Oli, modlila sie za nia, za brata wreszcie, by mu +los przyszlosc oslodzil. W koncu swiatlo u niej zgaslo. +Zmeczona wrazeniami ciezkich trzech dni ostatnich, staruszka +zasnela twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwa... + +Inaczej sie dzialo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, +zmeczony jednostajna po pokoju wedrówka, zgasil lampe, +ulozywszy sie do snu. + +Lecz sen - ukoiciel daleko odlecial od znekanego starca. + +Przez wielkie okno wkradalo sie pólswiatlo usianej gwiazdami nocy +letniej, sennej i cichej; mrugajace na niebie gwiazdy zagladaly do +wnetrza - komnaty, polozonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a +zawislszy nad lozem, wpatrywaly sie blyszczace, pytan +niedyskretnych pelne, w pobladle lica bolejacego tu czlowieka. + +0! jakze noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna byla inna dla +zapomnianego ojca, a jak inna, choc ta sama, rozpieta na wloskiem +niebie, dla dwojga mlodych w Wenecyi!... + +Tam, w upojeniu, w milosnej ekstazie, dwie dusze, dwa mlode istnienia +zlewaly sie w jedno!... Na zegarach ich przeznaczen teraz wlasnie +bila moze zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska uludna +szczescia godzina... + +A tu?... + +Z cierpieniem i bólem sam na sam borykal sie starzec, tlumiac lzy, +cisnace mu sie gwaltem do oczu... + +Bo czyz, zaiste, to dziecie wlasne, drogie, nie sponiewieralo go +bezlitosnie? Czyz za tyle lat ojcowskich trudów, milosci i zaparcia +sie siebie, on, rodzic kochajacy, jak rzadko który moze, zasluzyl +tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania? + +Wiec on wobec córki wlasnej nic nie znaczyl? Blogoslawienstwo +jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zas, jego wlasne "ja," +którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawalo mu sie pietnem, odbite +bylo na duszy Oli, takze okazalo sie tak slabem tylko? 0! do +jakiego stopnia slabem nawet, kiedy nie potrafilo oprzec sie nowemu +uczuciu - intruzowi!... + +Usmiech gorzki, bolesci pelny, przemknal sie po ustach +Gowartowskiego. + +- Wiec nic trwalego na tym padole! - myslal - wszystko +marnoscia... rozwiewajacym puchem!... Wiec drogie kamienie, perly +uczucia, powstale w ojcowskiej duszy z tysiacznych zycia +szczególów, cicho wyrosle tam kwiaty trwalego rodzicielskiego +przywiazania, z góry juz skazane byc musza niemilosiernie, by +zwiednac zapoznane... + +Ach, jakze on, naiwny, dalekim byl mysla od tego! Jakiemze przykrem +rozczarowaniem byla dlan ta naga rzeczywistosc, brutalna, bez +zaslon, chocby konwencyonalnych tylko! + +Gowartowski scisnal glowe rekami, zdawalo mu sie bowiem, iz ona +peknie od mysli, cisnacych sie, jak nieproszone tlumy... Subtelny +umysl jego gial sie pod ich naporem, szumial, niby rój +brzeczacych, dokuczliwych owadów. + +Nagle, jakby dziwnym wplywem reakcyi, w glowie lezacego zapanowala +próznia... + +Gowartowski na mala sekunde tylko przestal myslec... + +I natychmiast zrecznie z chwili tej skorzystala samowiedza. + +- Przypomnij sobie wlasna przeszlosc - szepnela - badz +wyrozumialym!... Poszukaj dobrze, a niewatpliwie znajdziesz tam +moment, analogiczny z chwila obecna!... + +Wszak mlodosc ma swoje silne prawa, kazdy w tym czasie korzysta z +nich, a starosc, ubrana w pozólkle, lecace liscie jesieni +zycia, swa glowe srebrna pochylic zawsze musi przed jej +oslepiajacym blaskiem, pomna, ze i ona kiedys taka sama byla. + +I pan January wysilkiem woli uprzytomnil sobie nagle minione lata +swoje, wpatrzyl sie w nie na chwile... + +- Nie, nie!... - wolac poczelo we wzburzeniu cale jego jestestwo. + +Tego, co go dzisiaj spotykalo, nie bylo tam zgola. On szanowal +sedziwy wiek, przywiazania starych nie tratowal; choc kochal i +szalal, jednak zawsze godzil jedno z drugiem. + +Tu zas obecnie dzialo sie zupelnie co innego. I Gowartowski w tej +samej chwili odwrócil sie do sciany, a przymknawszy machinalnie +powieki, i jakby chroniac sluch od jakichs odglosów, jak dziecie +wcisnal w poduszki glowe swa siwa. Bo nagle zdalo mu sie +wyraznie, ze czyn Oli przyoblekl sie w slowa i w pustych, cichych +scianach pokoju krzyczy wielkim glosem: + +- Idz w kat, stary niedolego! Czyz ja potrzebuje ciebie sie +pytac? Ja chce zyc, kochac! Pragne za meza mezczyzny drogiego +sercu, a tu ty myslisz mi przeszkodzic?... + +W ciszy pokoju, w uspieniu letniej nocy, rozleglo sie bolesne, +stlumione lkanie - starzec plakal... + +Dawno niezmoczone lza sedziwe meskie powieki, zaszklily sie rosa +- stroskanego ojca uniósl ból poczal rozsadzac piersi. + +A jednoczesnie przywidzialo mu sie, jakby w halucynacyi naglej, ze +oto skadsis nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny +rydwan zlocisty... Przytuleni, zrosli jakoby ze soba, siedza na nim +Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widzac nic dokola. + +Rydwan zas wspanialy zbliza sie coraz bardziej... + +Ciagna go ogniste piekne rumaki biale, a po jego stopniach, ozdobach +i kobiercach, wszedzie sypia sie kwiaty; zasypuja go, +pochlaniaja... + +Muzyka wesola, skoczna, zaglusza tymczasem tetent koni - nad +zakochana para mlodych roje cherubów unosza sie w górze, +skrzydelka ich szumia radosnie, a czarowna milosc toruje im +droge!... + +I Gowartowskiemu zdaje sie równoczesnie, ze pojazd ten wprost na +niego wpada. + +Tak jest, wyraznie, wyraznie!... + +Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijanskie uderzenia kopyt +konskich... + +Ach!... + +To kola rydwanu przemknely po nim zwyciesko!... + +Zaszumialo... Posypaly sie znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka +glosniej zabrzmiala. + +Minela chwila... + +Ucichlo wszystko, zniklo i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim +zadrzal milosnie pocalunku szmer... + +Pojechali. + +Zimny pot zaperlil sie na czole Gowartowskiego. - Przez mysl +przemknelo mu slowo: Waryuje?... + +Lecz niebawem znowu powrócila mysl zblakana. + +I cierpienie natychmiast ukluciami drobnemi ranic go ponownie +zaczelo. + +Powtórnie, umilkle na drobna chwile, jak przyplyw morza, +niepowstrzymany, powrotny, rozleglo sie w cichym spokoju komnaty +zduszone lkanie... + +Szerokiem korytem rozlewala sie bolesc upokorzonego, zranionego +ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho plynela eterami, w +dal... + +Na dworze sciemnilo sie tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie +pojawily sie male chmurki, przeslonily zagladajace ciekawie do +pokoju gwiazdy... + +Cienie rozkladaly sie obecnie w sypialni, a z nimi powoli, +zmeczeniem snac zwyciezane i wyczerpaniem, milklo bolesne lkanie +starca, przechodzac stopniowo w placz cichy. Cóz stalo sie powodem +tego ukojenia, dzialajacego lagodnie, jak balsam, na znekana +cierpieniami dusze stroskanego ojca? + +Moze to bylo przywidzeniem tylko, jednak w majaczacych, coraz wiecej +zasiedlajacych pokój pólcieniach, na ich tle widoczna zarysowala +sie niewyrazna jakas postac, nachylona ze wspólczuciem... + +Któz to byl tak niepochwytny, z eterów zaledwie zlozony caly? +Mara, czy zludzenie? + +Jednoczesnie jakis dziwny szelest jakby rozlegl sie równiez po +pokoju... Z przytlumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce +spadalo cos w pewnych od siebie odstepach, za spadnieciem zas +kazdej kropli rozlegal sie w cichej komnacie jakis pelny, +oddzielny, harmonijny ton stlumiony - grala jednolita, oderwana, +melodyjna nuta. + +Cichla - i znów to samo czynila druga, trzecia, czwarta... + +Cóz to bylo na Boga? Czary, czy tez tylko igraszka cieni i +sluchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywolany ze sfer +niebieskich prawdziwem cierpieniem, splynal byl Aniol pocieszenia, +a siadlszy cicho przy lozu szarpiacego sie z hydra bólu starca, +niósl mu ukojenie - od Boga!... + +Sciany pokoju tymczasem coraz ciszej graly swa muzyke dziwna... + +To ostatnie, do czary konchowej w dloniach Pocieszyciela, zmieniajac +sie tam w piekne drogocenne perly, spadaly z oczu czlowieka-ojca - +lzy... + + + + +------------ + + +Nad lekko zmarszczona, a mieniaca sie jeszcze w zielonkawe blaski +powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokregu, lagodniala +coraz bardziej czerwona wstega zachodu, az znikla, spelzla +zupelnie, wyparta mrokiem idacego wieczoru. + +W zakladzie kapielowym, na Lido, zapóznieni, w rozmaitych kostyumach +goscie, powoli, stopniowo, zdazali do kabin swych, az objeta palami +i sznurem ogromna przestrzen morza, przeznaczona na kapiel, zupelnie +opustoszala niebawem. + +Natomiast na werandzie posrodku zakladu, na rubiezy kapieli, +zaroilo sie od gosci, spragnionych wypoczynku. + +Odcinajac sie od innych wysoka, smukla swa postawa i dystynkcya, +zmierzajacy do wolnego miejsca tuz pod balustrada, nad morzem, +przeciskal sie pomiedzy licznymi zajetymi juz stolikami, Roman +Dzierzymirski, w ubraniu calem bialem, licujacem bardzo korzystnie z +piekna sniada twarza jego i czarnym zarostem. Znalazlszy w korku +wolne miejsce, usiadl i kazal podac sobie napój odswiezajacy, a +zdjawszy zarazem bialy kapelusz - z tegoz materyalu, co odzienie +zrobiony - spojrzal wokolo... + +Przytlumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróznych jezykach, +brzeczal w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tlum; na pieknego, +a samotnego cudzoziemca spogladalo ciekawie i zalotnie kilka +siedzacych opodal, przystojnych Wloszek o grubych zmyslowych wargach +i duzych, blyszczacych, czarnych, jak wegiel, oczach. + +Dzierzymirski przetarl czolo reka, i popatrzyl z kolei przed +siebie. Otulone juz mglami zmierzchu morze marzylo jakby zadumane. +Przyciszonym loskotem uderzalo o brzeg fala, mówilo cos, +szeptalo... + +Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejacej jego fali scigaly sie +teraz mroki, jakies cienie tajemniczo plywaly po niem, gwarzyly ze +soba gdzies w oddali, a tlumione ich glosy niósl echem lagodny +szmer fali... + +Tesknym wzrokiem wpatrzyl sie Dzierzymirski w bezmiar wód +Adryatyku, zdalo mu sie bowiem, ze wsród tych otaczajacych go, +obcych ludzi, ono jedno brata sie z nim obecnie, i przyjacielskiem +uchem mysli jego slucha. + +A Roman calkiem swobodnie poddac sie im mógl po raz pierwszy od +bardzo dawna; nie oczekiwal bowiem na nikogo, byl sam zupelnie; +zone, cierpiaca na migrene, pozostawil w hotelu na wlasne jej +zadanie. + +Dotad zas po prostu nie mial czasu pomyslec, wniknac w siebie. + +Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijalo dwa tygodnie, a w calym +tym okresie, upojony haszyszem milosci dzielonej, przykuty do Oli +zlotymi lancuchy uczucia, wprzagniety w oszalamiajace, uludne +jarzmo chwil miodowych - snil on, spal, zyjac zyciem nie +rzeczywistem, ale jakiems innem, oderwanem, lsniacem sie li tylko +jasnoscia, promieniami i blaskiem. + +Prócz tego, jednoczesnie doznawal on i wrazen innych, +subtelniejszych. Byly zas niemi: po pierwsze, wrazenia czysto +zewnetrzne, a wiec ciagle, bezustanne pobudzenie poczucia piekna, +wyzwane zetknieciem sie z sztuka tego zakatka pamiatek Italii; - +wewnetrzne, a tym razem równiez w scislej pozostajace lacznosci +z osia wszystkiego dlan teraz - z Ola. + +Dzierzymirski z licznych dotad milostek obeznany byl dobrze z +kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwal to, co dzis... + +Bo dotad tak zwykle zdarzalo sie zazwyczaj; ze on byl w milosci +zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejsza +byla - poddawala sie tylko sile jego uczucia. + +Teraz zas dzialo sie wrecz przeciwnie: to on czul sie wiecej +pragnionym i kochanym - to on poddawal sie sile szalów, +pozadan... + +Po stronie kobiety byla widoczna przewaga, Roman zas nurzal sie w +tej czystej toni niepokalanego dotad niczem uczucia, jak w zródle +swiezem, krynicznem nowego zlotego zycia, odmladzal sie w niem, +orzezwial, i upojony, odurzony - zasypial zycie, marzyl i snil, +wchlaniajac w siebie cala moc i potege skierowanej ku niemu +milosci. + +A jednak, wszak i on kochal Ole: Któz by watpil o tem, gdyby tylko +mógl spojrzec na ukryta, starannie od ludzkiego oka, a zapisana +karte jego tak niedawnej jeszcze przeszlosci. + +W tej chwili Roman, przezywajac jakby w myslach swych, poza +terazniejszoscia i lata minione, wzdrygnal sie, brwi zmarszczyl, +i machinalnie spojrzal przed siebie. + +Zupelnie spowil juz morze mrok ciemny. Hen, daleko, blyszczaly +swiatla, pozapalane na niewidzialnych prawie golem okiem parowcach. +Trzy z nich mrugaly juz na kolyszacym sie wodnym obszarze, po +chwili zablyslo czwarte, piate... + +Lekki wietrzyk wional po fali, poruszyl sie zadumany wód olbrzym, +zakolysal, zaszumial tajemniczo glosniejszym, niz dotad, chórem +podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagral... + +U stóp Romana silniej zapluskaly fale. + +W uderzeniach zas ich, teraz juz zupelnie bliskich, wyraznych, +powtarzajacych sie co chwila, jakis ukryty, szyderczy, szemrzacy +jakby glos wolal, zda sie, gdzies z glebin dalekich: + +- No, i cóz, przywlaszczycielu cudzego zlota, dobrze ci z niem, co, +nieprawdaz? Ubóstwiaja cie, grasz role milionera! + +Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zasmialy sie nagle wody. + +- Myslisz moze, ze teraz, dotykajac sie juz pieniedzy innych, +wytlumaczonym przez to jestes? Ze zapomniano, zagrzebano twa +tajemnice? + +- Ha-ha!-ha-ha!.. - smialo sie morze ironicznie, i dalej znowu +szydzilo: + +- A widzisz - zbladles! Ty dotychczas pewnym byles, ze nikt nic nie +wie o tem!.. + +- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zasmialo sie morze, a +smiech ten wód ogromy coraz glosniej przedrzezniac poczely. + +Teraz juz cale morze bezlitosnie drwilo. + +Naraz glos Adryatyku ustal i cichym szeptem zaszemrala fala: + +- Nie bój sie! ja zartuje tylko... nie trwóz sie, ja cie nie +zdradze... + +- Patrz, jakie glebie kryja sie w mem lonie jak wielkiem jestem +ja!.. + +- Tajemnice twa zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie... + +- Nie powiem, ci... cho bede... ci... cho... - zaszeptala znów fala, +i szept ten powtórzyly fal miliony... + +I jak smiech szyderczy, tak i teraz ten pólszept cichy, stlumiony, +drzacy, szedl znowu po luskach fal, tajemniczy, straszny... + +Nie... po... wiem!.. ci-cho bede, ccci-cho... + +Nerwy Romana zadrgaly; podraznily go te dziwne glosy Adryatyku, +odsunal krzeslo na drugi koniec stolika, podparl rekami glowe, a +zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumal +sie gleboko. + +Przeszlosc, wywolana chwila samotnosci, i dziwnymi morza pogwary, +swieza i zywa, niby wczorajsza, stanela mu przed oczyma, jak widmo. + +Na ubogiem poddaszu, ujrzal zatem siebie budzacym sie po snie +strasznym! + +Dwa juz lata od tej chwili mijaly. A co on od owego czasu +przecierpial, przezyl, przewalczyl! - nie zliczyc!.. + +Dlugo nie tknal wówczas cudzych pieniedzy; tajemniczy portfel +lezal pod kluczem, pozornie zapomniany. + +A on ciagle walczyl ze soba!.. + +Nie zanosil jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiscie +wlasciciela nie szukal. Czekal... + +Pod tym wzgledem niepokojaca, tloczaca swa zagadka, glucha +panowala cisza. + +W zadnem pismie nie bylo wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o +tem wladzom nie doniósl... + +A on wciaz szalal. + +Wreszcie wyczerpaly sie wszystkie jego wlasne fundusze, pare +ostatnich lekcyi stracil bezpowrotnie; glód zajrzal do jego +izdebki... Nie bylo rady, napoczal wówczas cudzego zlota. + +Jakby to bylo wczoraj, dzis zaledwie, pamieta wyraznie te tygodnie +meczarni, bojazni, wyrzutów, gdy sila okolicznosci zmuszonym +zostal "zyc" z mienia przywlaszczonego... Pamieta swa trwoge +dziecinna przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniedzy, i +innych, nastepnych... Widzi siebie, jak naumyslnie zmienial je na +drugim koncu miasta, jak bal sie wtedy wlasnego cienia, i tak dalej, +tak dalej!.. + +Kazda drobnostka zywo, jawnie staje mu przed wzrokiem. + +A pózniej znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymac juz nie +mógl!.. + +Wyjechal. Blakal sie za granica dlugo, bezmyslnie, az dotarl +do Monte-Carlo. + +Tam, opanowany goraczka zlota, widzac, jak strumienie jego, rzeki +cale, plyna hojnie wokolo - do gry w rulete rzucil sie z +zapalem. + +Poczatkowo mial szczescie szalone. Cudzy pieniadz dwoil sie, +troil cudownie, pewnego poranku jednak przegral wszystko co do grosza. +Nie stracil jednak odwagi. Dawszy sie juz poznac w domu gry, jako +czlowiek bogaty i nierachujacy sie wcale z groszem, oraz +rozpowszechniwszy falszywa pogloske o olbrzymich swych jakoby +dobrach, pozyczyl u poznanego amerykanskiego miliardera trzykroc sto +tysiecy franków. + +Poreczyl za niego pewien lord angielski, z którym sie on, Roman, +poprzyjaznil bardzo. Poczal grac... Pieniadze Amerykanina, +(który, mówiac nawiasem, wygrywal w tym sezonie sumy olbrzymie), +przyniosly mu szczescie. + +Dzieki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej dlugosci +seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzal +sie panem miliona franków. Usmiech fortuny oszolomil go na razie. +Poczal grac ze zdwojona energia i ryzykiem. + +Znowu wygral kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem poczal znowu +przegrywac, z przerazajaca szybkoscia. Opamietal sie. Przyszla +chwila rozwagi; oddal dlug milionerowi zza oceanu i wyjechal. +Wzglednie byl jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywozil z soba +do kraju blizko szescdziesiat tysiecy, a wyjezdzajac mial tylko +dwadziescia kilka. + +Wówczas rozpoczelo sie dlan nowe zycie... + +Przede wszystkiem wracal spokojny. Niezrozumialy na razie, subtelny +bardzo, posiadajacy jednak pewna podstawe scisle logiczna, +owladnal nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciezyl. + +Roman Dzierzymirski, caly pograzony w swych wspomnieniach, +odslonil twarz, machinalnie powstal, i oparlszy sie o balustrade, +wpatrzyl w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy. + +- Tak, zwyciezyl! - myslal Roman dalej. Zdawalo mu sie bowiem +wówczas, ze nie jest tak bardzo winnym. + +- Te pieniadze sa teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedzial sobie +wtedy, doszedlszy do tej pewnosci calem poprzedniem skojarzeniem +wywodzen. A mianowicie: Zloto znalezione wszak przegral; stopilo +sie ono, zniklo, zlalo w calosc jedna z morzem przegrywanych w +jaskini gry pieniedzy. Mienie zas jego obecne - to byla tylko wygrana +z pozyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemajaca juz +bezposredniego, dotykalnego zwiazku ze znalezionym portfelem. + +Jemu, Dzierzymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekan, +zwatpien, ubywal jeden szkopul powazny - nie dotykal sie on juz +wyjetego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem +nalezal do niego ten pieniadz, slepa igraszka losu nabyty; +podwalina zas, przeszloscia tylko fortunki tej bylo +przywlaszczenie. + +Pozostawal fakt, wprawdzie juz daleki, znalezienia i nieoddania - +pozostawalo niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwosci ze +strony jego, jako jednostki spolecznej - niczem niestarta, wieczna tego +plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko +znosniejszem, nie tak piekacem, lzejszem bez porównania bylo od +odleglego strasznego wczoraj. + +Z glowa podniesiona zatem do góry, pokrzepiony powyzszymi w swoim +rodzaju sofizmatami, rozejrzal sie wówczas po swiecie i poczal +dzialac. Rozpowszechniwszy, za pomoca ponownie odnalezionego +przyjaciela i dawnego kolegi-swiatowca, pogloske o dziedzictwie +niespodzianem, a dosc pokaznem, po stryju, zmarlym w Stanach +Zjednoczonych, rzucil sie w wir zabaw eleganckiego swiata, w celu +zblizenia sie do Oli. Dopial togo, zawladnac jej sercem +potrafil, oswiadczyl sie o jej reke, odrzuconym zostal, i... + +Powierzchnia morza spokojna juz byla. Obojetna calkiem +równomiernie i lagodnie uderzala fala o podnóze werandy - milczala +cicha... + +Dzierzymirski obudzil sie ze swych mysli, zanurzyl rece w bujnej +czuprynie, glowa wstrzasnal, jakby pragnac odpedzic roje +wspomnien, i odwrócil sie od wodnej toni. + +Publicznosci nie bylo juz prawie, po platformie kawiarni, ziewajac, +przechadzala sie sluzba. Zawolawszy kelnera, Roman rzucil mu +duza srebrna monete, i odprowadzony glebokim jego uklonem, +opuscil zaklad kapielowy. + +Niebawem znalazl sie na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z +szerokiemi po bokach alejami dla pieszych. + +W umysle jego cichl szept przeszlosci, niepostrzezenie, stopniowo, +obrazy jej niknely - terazniejszosc wracala... Przed wzrokiem +mezczyzny mignela naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie +milosci, zycia, silnie nim owladnelo. + +Spieszyl sie. + +Odpedzil natretnego wyrostka, zachwalajacego mu swieze ostrygi i +jakies slimaczki nadzwyczajne; niebawem zachnal sie znowu +niecierpliwie, ujrzawszy zastepujacego mu droge rozczochranego +starego Wlocha, z manezkami, pelnemi pieczonych homarów i drobnych +raczków. + +Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roilo sie od +spozywajacych i zapijajacych wino ludzi, z oddali dolatywalo echo +muzyki. Roman, przyspieszajac bezustannie kroku, wyrzucac teraz +poczal sobie, ze zostawil zone sama; niepokoila go mysl +uporczywa, iz nie cierpi ona moze na migrene, lecz, ze to poczatek +zapewne slabosci zupelnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj +rozpoczynaja sie bólem glowy. + +Po co tu przyszedl?... By bezuzytecznie odgrzebywac minione chwile? +Alez to nonsens zupelny. A tam ona, Ola, sama zupelnie - niewatpliwe +chora!.. + +Milosc pani, z calem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszen i +niepokojów, zawladnela niepodzielnie Dzierzymirskim. + +Spojrzal na zegarek - dochodzila dziewiata. Przed nim juz bardzo +blisko widnialy dwie male platformy przystani; pelne byly ludzi, +przed jedna z nich stal parowiec, gotowy do odejscia. Dzierzymirski +w obawie, ze sie spózni, puscil sie pedem, i spotnialy dobiegl +do przystani w tej samej wlasnie chwili, gdy na poklad odrzucano juz +sznur gruby, przytrzymujacy parowiec. Wskoczywszy nan szybko, Roman +znalazl sie pomiedzy natloczona cizba ludzi, jak glosny rój +pszczól gwarzaca pomiedzy soba, ze smiechem i giestykulacya. + +Otarlszy pot z czola, Dzierzymirski wsparl sie o porecz balustrady +pokladu. Boki statku lagodnie pruly fale; oddzielona ciemna tonia, +w bliskiej juz odleglosci mrugala kregiem swiatel rzucona na wód +obszary Wenecya. + +Podnióslszy do oczu dalekonosna lunete, wpatrzyl sie Roman w +rzad domów, polozonych nad brzegiem, ku któremu szybko plynacy +parowiec zblizal sie coraz bardziej. Szukal hotelu swego, i okna +pokoju, gdzie pozostawil Ole. + +Okno komnaty tej wlasnie otwartem bylo szeroko. W ramie zas jego +stala kobieta, szatynka, smukla, o jasnem, habrowem spojrzeniu +podluznych, mieniacych sie oczu, o piersiach wypuklych, +wznoszacych sie jak fala, a ksztaltach ponetnych, pelnych, jakby +pragnacych gwaltem wydostac sie z ciasnych ram opietej, bialej, +pikowej sukni. Male wklesniecia po obu stronach wazkich usteczek +zdradzaly przy usmiechu rozkoszne doleczki, raczka malenka i +dystyngowana calosc postaci mówily wyraznie o rasie mlodej +osóbki. + +Ola, wypoczawszy w lózku godzin kilka, wstala wlasnie przed +chwila, czujac, ze nerwowy, spowodowany upalem i zmeczeniem ból +glowy ustaje. Pragnela po za tem rozerwac troche mysli, z +wyjsciem bowiem Romana zasnela i snil jej sie rodzinny Gowartów i +ojciec, jak zywy, tylko jakis smutny i zbolaly. + +I po przebudzeniu mysl Oli pobiegla stad daleko... Mimo woli sama +uleciala do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podraznil +wyrazny zapach polnego kwiecia, ziól i bodjaków, w uszach +zabrzmiala melodya cicha szumiacych borów, kolyszacego sie miarowo +stepu - smetna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnela ja tu, +pod wloskiem niebem, poczula, zda sie, powiew jej, tesknoty pelny, +do uszu zas dolecialo jakby ginace echo zalosnej dumki, spiewanej +nieuczonym glosem molodycy... + +I smutek ogarnal Ole... Czy wróci tam kiedy, czy wróci? + +Wszak podeptala wszystko - jednem szarpnieciem sie zerwala wszelkie +wiezy - sama otworzyla sobie przemoca brame do wymarzonego +szczescia. Tak jest. Bo Ola czula sie przeciez rzeczywiscie +szczesliwa. + +- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umial, tak ja +kochal - myslala dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, +Ladyzynski? Gdzie Gowartów, z którym zrosla sie jej dusza cala? +Co sie tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu +drodzy?.. + +Rozpamietujac w ten sposób przeszlosc, przepedzila Ola z +godzine. + +Moc upajajacej rzeczywistosci tak silna byla, jednak, ze stopniowo +scierac poczela wrazenie snu i ozyle chwilowo wspomnienia. +Obecnie stojaca w oknie mloda kobieta mysla daleka juz byla od +tego wszystkiego. Obejmujac wzrokiem panorame portu i morza - +oswietlona Wenecye, wysepke z kosciolem S-to Giorgio Maggiore, +oraz kanaly z mknacemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z +niecierpliwoscia wypatrywala Romana. + +Pragnela juz bowiem widoku meza. Przedluzona nieobecnosc +Dzierzymirskiego i w jej duszy zasiala ziarnka niepokoju; tesknila +juz za jego pieszczota, zapragnela czulosci i pocalunków... + +Wziawszy lornetke, przylozyla ja Ola do swych oczu, scigajac po +chwili widnokrag spojrzeniem. Piers jej przytem unosic sie poczela +miarowo, usteczka zas zdawaly sie calowac przestrzen, rozchylone, +proszace... + +Zniechecona, odjela niebawem lornetke od oczu. Jakis statek w +kierunku Lido zblizal sie wprawdzie, lecz znajdowal sie jeszcze tak +daleko... + +Ola odstapila od okna, i szeleszczac jedwabiami swych spódniczek, +poczela niecierpliwie przechadzac sie po pokoju, pytajac sama +siebie: + +- Któz widzial spózniac sie tak dalece? Widocznie zobojetniala +juz ona Romanowi, czyz to jednak mozliwe? Wszak tak niedlugo trwa +ich szczescie... + +Mysli ostatnie i watpliwosci smiesznemi widocznie zdaly sie +mlodej kobiecie, bo po zastanowieniu sie twarz jej poweselala, a w +ciszy pokoju rozlegl sie smieszek srebrzysty. W slad za tem +zapalila dwie swiece i przystapila do duzego lustra. Dlugo, z +luboscia, wpatrywala sie w nadobne wlasne oblicze. Przymknawszy z +lekka powieki, lecz tak, by mogla widziec siebie, przegiela swa +ladna glówke i kibic nieco w tyl, oraz rozchylila usteczka... + +Ksztalty postaci jej calej uwypuklily sie ponetnie; w pozycyi tej +zatrzymala sie chwile... Usmieszek zwycieski przewinal sie +niebawem po drobnych wargach pieknej kobiety; podniosla do góry +rece, laszaco, jak kocie, wyprezyla naprzód swe cialo, i +uczyniwszy gest, podobny do przeciagajacego sie po snie czlowieka, +wymówila glosne: Aaaa... + +Po chwili zas, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualete swa i wlosy, +stanela znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym +razem pokoju, z lornetka przy oczach. + +Zblizajacy sie tymczasem od strony morza parowiec stawal wlasnie +juz w przystani. Po drewnianych pomostach wysypal sie na ulice tlum +róznolity i barwny; swiatla, pozapalane w poblizu padaly nan +skosnie, oswietlajac wyraznie ruszajacych sie ludzi. Ola wsród +nich starala sie odnalezc sylwetke meza, niebawem dojrzala go +rzeczywiscie i z radoscia wykrzyknela do siebie: + +- Jest! jest!.. + +W oka mgnieniu odskoczyla od okna, zapalila swiece, odnalazla +szybko kapelusz i parasolke, i wybiegla z hotelu. Zdazala na +spotkanie Romana, smiejac sie z góry na mysl, jak on sie zdziwi, +ujrzawszy ja na nogach. + +Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roilo sie od +publicznosci. W poblizu hotelu, zamieszkiwanego przez +Dzierzymirskich, muzyka grajaca zazwyczaj na placu Swietego Marka, +rozbrzmiewala kaskada ochoczych tonów przed kawiarnia, +przepelniona ludzmi, snujacymi sie równiez wszedzie, gdzie tylko +bylo rzucic okiem. Ola, zdazajac ku przystani, wymijala ich +szybko, w oddali widziala juz wsród idacych sylwetke Romana, +cala biala, górujaca wzrostem nad innymi. + +Dzierzymirski, niespokojny snac dotad jeszcze, szedl krokiem +raznym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczyl tak zamyslony, ze +bylby, nie widzac wyminal Ole niewatpliwie, gdyby ta, ubawiona, +nie rozesmiala sie wesolo i nie pochwycila go za ramie. Na +dzwiek znajomego srebrnego smiechu podniósl Roman glowe i twarz, +chmurna dotychczas nieco, rozpogodzila mu sie natychmiast. + +- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknal radosnie, i ujawszy obie raczki +Oli w swe dlonie, obsypywac je zaczal pocalunkami, a nastepnie +pociagnal ja ku sobie, i nie zwracajac zgola uwagi na kilka +mijajacych ich osób, ucalowal w twarz serdecznie. + +- A tak, Romeczku! - odparla zywo Ola - wybieglam, bo zobaczylam +przez lornetke, jak wysiadales! Fe! któz widzial siedziec tak +dlugo, gdy sie ma tak ladna, jak ja zoneczke... - dorzucila, +przymilajac sie, z lekka wymówka w glosie, i dodala jeszcze: + +- Myslalam juz, ze ci sie co zlego stalo! + + Promien przebiegl po twarzy mezczyzny, ujal ramie Oli, i + odparl: + +- A wiesz, moje zycie, ze i ja mialem co do ciebie mysl podobna?.. +- usmiechnal sie i dodal - ale z mej strony to usprawiedliwione, +zostawilem cie przecie bowiem w lózku... + +Idac wciaz szybko przed siebie, zamilkli oboje. Milosc odczuta, +taka sama, drobna swa powyzsza oznaka zamknela im usta na +chwile. + +- Skadsis od Wielkiego Kanalu, w pewnych od siebie, odstepach, +dolatywalo wlasnie echo silnego meskiego glosu, przy +akompaniamencie chóru innych. + +- Pojedziemy moze gondola, jak myslisz? - zapytala Ola - slyszysz +jak ladnie spiewaja?.. + +- Dobrze, moje zycie, jedziemy!.. - odparl wesolo Roman. + +Jak na zawolanie, w tej samej chwili Dzierzymirscy uslyszeli za soba +kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. +gón-dola signore... gón-dola!.." + +Na lewo, obok idacych, znajdowala sie "Piazzeta", a naprzeciw +wznoszacego sie majestatycznie palacu Dozów, najwieksza przystan +gondolierów. + +Dzierzymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszajacych sie +przewozników, podszedl ku przystani, gdzie wespól z Ola usadowil +sie niebawem w gondoli. + +- Serenada, Canale Grande! - rzucil ubranemu bialo Wlochowi. + +"Rematore"*) uderzyl w wiosla, i gondola z wolna, cicha, wysunela +sie z pomiedzy dziesiatek innych, a kolyszac sie na, czarnej fali +kanalu, pomknela we wskazanym kierunku. Roman objal kibic zony i +poczal muskac delikatnie ustami jej oczy, czolo, szyje i usta. Ona +zas uchylala sie wciaz figlarnie, szepczac: +[*) Wioslarz.] + +- Wstydz sie... gondolier patrzy... + +Lecz mezczyzna nie przestawal. Kilkakrotnie usta ich zlaczyly sie +w pocalunku goracym, dlugim, od którego zadrzeli oboje, z ust +Romana sypaly sie ciche i urywane, dyszace uczuciem i +namietnoscia, pieszczotliwe wyrazy... + +A wkolo nich, szeleszczac uderzeniami wiosel, sunac równiez, jak i +oni cicho, mknely, migoczac kolorowemi swiatelkami, gondole, +zmierzajac wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanalowi, +calemu rozbrzmiewajacemu w tej chwili, jak harfa ruszona spiewem i +muzyka. Oswietlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migaly +w oddali wielkie gondole, a raczej statki male, tak zwane "serenady", +na których orkiestry cale grajków i spiewaków-samouków popisywaly +sie ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet czestokroc artyzmem. + +Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabilo swiatlami i +stlumionym spiewu odglosem, kolo nich zas, w poblizu, grupowaly +sie kregiem dziesiatki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich +niedbale i wygodnie sluchaczami. Niektóre z rozbrzmiewajacych +spiewem i muzyka bark podjezdzaly pod okna dawnych dworców, a +dzisiejszych pierwszorzednych hoteli i koncertujac tam wylacznie dla +hotelowych gosci, zbierali od nich dla siebie datki, sunac +róznobarwnemi swiatlami i gorejacym kadlubem stateczku zwolna u +marmurowych stopni palacowych balkonów. + +Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, spiewajacych wprost kosciola +S-ta Maria della Salute, pod oknami palaców Ferro i Zucchelli, +(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kosciolem, +zabrzmiala wlasnie nagle piesn solowa .. + +Zagluszajac inne glosy spiewaków blizszych i dalszych, zadrgala +ona uczuciem, i zrecznie modulowana przyjemnie piescila sluch, coraz +donioslejsza, blizsza... + +- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowala Ola, ujeta glosem +spiewaka. + +- Bene, carissima! - odparl Roman, i skinal na wioslujacego. +Gondola ich, kierowana umiejetna reka, wymijac zaczela lodzie, +coraz liczniejsze. + +Roman i Ola, widzac sie coraz bardziej otoczonymi, przestali +pocalunków i pieszczot, chwilowo poddawszy sie zupelnie czarowi +piesni, plynacej ku nim w ciszy wieczoru. + +Oboje milczeli... + +Gondola tymczasem skrecila powoli w lewo, ku rozspiewanej barce, i +wsliznawszy sie swym wysokim przednim dziobem, jak waz, pomiedzy +kolyszace sie dziesiatki innych gondol - stanela wreszcie, +zatrzymana zrecznie. Gondolier przymocowal sznurem swój pojazd do +sasiednich i zalozywszy na krzyz rece, w skupieniu wespól z +innymi zasluchal w piesn... + +Szerokiem pólkolem, ciche, kolysaly sie wszedy inne gondole; +wsparci w nich sluchacze poddawali sie niewytlumaczonemu czarowi tej +weneckiej, cichej nocy, tej piesni szczerej, niewykwintnej, +chwytajacej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadajacej w dusze +gleboko. + +Po smetnych piesniach nastepowaly skoczne, i tak dalej, bez zmiany. +Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodzil wloch, rozczochrany, +od spiewu wzruszony jeszcze, i z czapka w reku zbieral "co laska", +przestepujac ostroznie z jednej gondoli na druga. + +W ciszy zas wzglednej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, +ruszaly sie z miejsc swoich niektóre lodzie, wracajac, lub +zdazajac dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwala sie +milczaco nowoprzybyla gondola, a publicznosc, zebrana w tych +zaimprowizowanych wodnych lozach, natychmiast spogladala ciekawie na +swego sasiada, pólglosem komunikowala sobie uwagi, w rozmaitych +jezykach. + +I w cichosci powoli milkly, to znów z kolei rozbrzmiewaly dalsze i +blizsze rozspiewane barki, wreszcie antrakt sie konczyl, po wodach +kanalu mknela znów ze "sceny" serenady piesn namietna... + +Sluchaly jej echa zdawalo sie, poblazliwie i ciekawie gwiazdki, +licznie rozsiane po gwiazdzistem niebie poludnia - sluchaly krzyze, +i wiezyce licznych swiatyni, i zadumane marmury wiekopomnych +dworców. + +Od czasu do czasu komunikujac sobie przyciszona uwage, Roman i Ola +sluchali równiez uwaznie wloskich piesni, nastrój zas +dzisiejszego wieczora rozmarzajaco dzialal na nich. Mysli ich daleko +ulatywaly, pod wplywem tej nocy, tego krajobrazu niezwyklego, a +pelnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnacej uczuciem piesni, +wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujacych +sie melodya slów swoich, kochajacych tak wyraznie piesni owe, +narodowe - wlasne! + +Wywolana zatem swiezemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego +popoludnia, mysl Oli biegla nieprzeparcie do stron ojczystych - +przymruzala oczy, i widziala ogród Gowartowski... wyniosle oblicze +ojca... + +Romana zas trapily z kolei te same, co i nad morzem mysli... Falsz +obecnego polozenia, przyszlosc niejasna, zakryta, ciemna, z +tajemnica na dnie duszy ukrywac sie zmuszona, przed okiem +najdrozszej nawet teraz dlan na swiecie istoty, zaciemnialy chmura +troski czolo Dzierzymirskiego, mgla smutku matowaly spojrzenie +czarnych, rozumnych oczu. + +I zal jakis niezmierny, zal do zycia, rozpieral mu piersi, do losu, +ze, postawil go na tak sliskim i kolyszacym sie gruncie, ze tylko +za cene tego falszu i wyrzutów sumienia, pozwolil mu zdobyc to jego +dzisiejsze nieograniczone szczescie! + +Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spogladal +na Ole. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych +poduszkach gondoli, zadumana, równiez marzyla cicho... Cienie +przechodzily, przemykaly sie po jej wdziecznem, zamyslonem obliczu, +czasem na usteczkach zagaszczal blakajacy sie usmieszek. + +Roman wtedy z miloscia bezgraniczna zatrzymywal dluzsza chwile +spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadal w zadume, lub +slówkiem pieszczoty, albo spostrzezeniem jakiem przerywal milczenie. +Ola odpowiadala mu skinieniem glówki - zamieniali pomiedzy soba +zdan urywanych kilkanascie, i znowu milkli, poddajac sie nastrojowi +zewnetrznemu otoczenia i wewnetrznemu dusz wlasnych. W ten sposób +czas mijal. + +Powoli, stopniowo rozluznilo sie sciesnione gondol pólkole... Z +cichym wiosel szelestem i pluskiem ruszonej wody odplywaly one jedne +po drugich - duze barki sasiednich serenad ginely równiez w +oddali, spiewy ich cichly... + +Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewalo po kanale ostatnimi tony, a +miedzy innemi i barka, kolo której kolysala sie gondola +Dzierzymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikaly juz takze +liczne sylwetki i twarze gosci, w poblizu, na wiezy koscielnej, +wybila rytmicznie godzina jedenasta... + +Roman ocknal sie pierwszy, dotknal delikatnie dlonia raczki Oli +i rzekl: + +- Pora juz nam, kochanie... prawdaz?.. + +- Która? - zapytala Ola, zbudzona. + +- Jedenasta, moje zycie - odparl Roman. + +- Juz?.. - zdziwila sie Ola, westchnawszy. To jedzmy, nie +sadzilam nigdy, by juz tyle czasu minelo... + +- O czemze tak dumala moja pani? - zapytal Roman, z usmiechem. + +- A ty? - odpowiedziala pytaniem Ola. + +- 0... ja?.. nic ciekawego - odparl pospiesznie Roman, i jakby +pragnac, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócil sie szybko +do gondoliera, informujac go, dokad ma ich zawiezc. + +Gondola, wycofana z latwoscia z przerzedzonego juz kregu, +zawrócila i pomknela ku oswietlonemu niebieskawym swiatlem +latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wiezach odleglych +kosciolów, ukladajacej sie do snu Wenecyi, w milczeniu, róznymi +tony dzwonila godzina jedenasta, zdala dochodzil jeszcze przyciszony +odglos muzyki... + +Wyciagnawszy sie wygodnie w gondoli, Roman ujal znów kibic zony, +i pieszczac wargami jej szyje, poczal mówic cicho, dlugo, +ciagle. + +Czul potrzebe mówienia; chcial zagluszyc, odpedzic natretne +mysli, wspomnienia, przechodzil z tematu na temat, smial sie, +dowcipkowal, calowal Ole co chwila. A ona szczebiotala równiez... + +Pelne wesela glosy dwojga mlodych zlaczonym akordem przerywaly co +chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padaly i slizgaly sie +echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei plawily sie +cienie palaców, zlotym deszczem igraly gwiazdy i swawolil powiew +wietrzyka, idacego z morza, pokrytego ciemnoscia, sniacego w +oddali... + +Dostawszy sie na pelnie wód kanalu sw. Marka gondola pomknela +chyzo, a niebawem po falistej tafli wloskiej laguny rozlegla sie +spiewana zgodnym liórem meskiego barytonu i kobiecego sopranu piesn +polska: "Szumia jodly"... + +- A co, nie mówilem, ze to nasi, choc on taki czarny, jak Wloch - +odezwal sie po polsku, z gondoli, która mijali Dzierzymirscy, +rubaszny troche glos mezczyzny. + +- No, tak dziobac sie, jak golabki, to i inni potrafia... +odpowiedzial ironicznie ktos drugi. + +- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z +przekonaniem, stanowcza, rozlegla sie odpowiedz szlagona. + +Tymczasem gondola Dzierzymirskich malala juz coraz bardziej, na tle +nocy tylko czerwonawem swiatelkiem migocac z oddali. Wkrótce, +zaleciala jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, +Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!... + +- Moo - ja!... oddalo echo lagun morza i zmilklo, caly zas kadlub +czarnej gondoli znikl gdzies niebawem, ustepujac miejsca innym, +nadciagajacym coraz gesciej od strony Wielkiego Kanalu, coraz +cichszego, coraz bardziej pograzajacego sie w czerni bezbarwna, +glucha, zapadajacego tam uspienia - Nocy! + + +* * +* + +- Patrz, patrz! jakiez to piekne!.. + +Slowa te, pólglosem, z akcentem zachwytu, wymówila Ola, i oboje +wraz z Romanem staneli na miejscu, jak przykuci. Nad ich glowami +wznosila swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiekniejszych, po +bazylice San Marco, swiatyn w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari +- stali zas przed mauzoleum Canovy. + +- Prawda! - szepnal w odpowiedzi zonie Dzierzymirski. - Zdawaloby +sie, iz ten oto aniol, czy geniusz uspiony, zyje, oddycha, stróz +czujny... urwal, studjujac dalej pomnik z uwaga. + +- A te postacie, nieprawdaz, iz rzeczywiscie ida, ruszaja sie +wolno, pograzone w cichej bolesci i smutku! - podchwycila zywo Ola, +podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piekna. + +Oboje umilkli, z nieklamanym zachwytem wpatrujac sie w rzezbe. + +Od grobowca bowiem, przez samego Canove modelowanego niegdys na pomnik +dla Tycyana, bilo rzeczywiste, szczere piekno i chwytalo za serce - +mówilo... + +Przyparty do sciany, caly z bialego marmuru, a trójkatnym +ksztaltem w minjaturze przypominajacy, piramidy Egiptu, stal sarkofag +otworem... + +Na lewo, jakby strzegac don wchodu, olbrzymi lew marmurowy lezal, z +obwislemi lapami, potezny, srogi, i jakby smetnie zadumany, a na +nim, z rozpostartemi skrzydly, opieral sie wielki Aniol uspiony... + +I tchnace lagodnoscia, cudne oblicze Aniola zda sie byc +rzeczywiscie nie z tego nedz padolu!.. + +Z ludzka twarza, to prawda, spogladac sie zdaje na widza, lecz oczy +jego przymkniete nieco, skupienia i zadum pelne - znieruchomione w +nadziemskim spokoju, cisza zaswiatów, wiecznosci milczeniem i bytu +zagadka, neca oto wyraznie, wzrok ciagna za soba, unosza dusze, +mysl... gdzies w strefy nadziemskie do nieba!... + +A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze swiata, wolno suna +jakies postacie, zmierzajac do otwartych na sciezaj wrót +sarkofagu... + +Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, wieksza, kobieta mloda, +jest juz tuz blizko, u grobu prawie, w slad za nia, z girlandami +kwiatów, postepuja postacie mniejsze - to dziatki. + +Ida... Krocza, z pochylona glowa, przygnebieni, smutni, niebawem +juz cisi przestapia oni próg grobowca... + +- Chodzmy! - szepnela Ola pociagajac lekko Romana za reke. + +Z widoczna niechecia, jakby nie mogac oderwac wzroku od pieknego +pomnika, poruszyl sie Dzierzymirski, i wyrzekl pólglosem: + +- Czy juz obejrzelismy tutaj wszystko? + +- Zdaje mi sie, ze wszystko - odpowiedziala Ola. + + +W pustej i cichej swiatyni rozlegaly sie wyraznie ich kroki, prócz +nich bowiem obecnie nie bylo tu nikogo. + +Dzierzymirski wyjal zegarek. + +- Szósta! Wracajmy, musimy pozegnac jeszcze Wenecye z Campanili - +rzucil zywo, i ujawszy ramie zony, skierowal sie ku wyjsciu z +kosciola. + +Na progu Dzierzymirscy staneli, obrzucajac ostatniem spojrzeniem +kosciól; wzrok ich przesunal sie raz jeszcze po wspanialych +grobowcach dozów, Tycyana i wyszli. + +Upalny spokój wloskiego popoludnia objal ich natychmiast. Slonce +palilo jeszcze, na uliczkach Wenecyi bylo pusto. + +Dzierzymirscy szli przyspieszonym krokiem, zmierzajac ku mostowi "di +Rialto." Byl to ostatni juz dzien pobytu ich w Wenecyi, wyjezdzali +nazajutrz, zegnajac dzis po raz ostatni urocze miasto pamiatek. + +A zegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie +jeszcze kosciolów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokad +zachecalo ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piekna. + +A wiec palac Dozów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiekne +sale i ponure wiezienia, palac królewski, bazylike, a takze +zarówno arcydziela pedzla Tycyana, Tintoretta, Pawla Veronese, +Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti." + +- Wiesz, kochanie? musimy spieszyc sie porzadnie, gdyz o siódmej +podobno zamykaja juz Campanillie*)-odezwal sie Roman po dluzszem +milczeniu idac z Ola bezustannie tak sarno szybko i sluchajac +zarazem szczebiotu jej, wciaz jeszcze znajdujacej sie pod wrazeniem +pysznego dziela Canovy. +[*)Znana powszechnie pod ta nazwa dzwonnica Swietego Marka w +Wenecyi, siegajaca budowa i stylem X wieku, dzis, jak wiadomo, juz +nie istnieje. Runela dnia 14-go Lipca 1902 roku.] + +- Co za swietna doprawdy miales mysl, Romciu, zestawic to +obejrzenie Wenecyi z wyzyn na zakonczenie! - rzekla Ola, i dorzucila +z ozywieniem: - Bo ostateczne owe wrazenie nie zuzyte dotad jeszcze, +nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj... + +- A widzisz, me zycie, ze nietylko moja pani miewa genialne koncepty - +z usmiechem odparl Roman, mila mu bowiem byla mysl, ze ich +wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzaja sie tak dobrze. + +W tem bo ostatniem los rzeczywiscie nie byl poskapil zadowolenia +Romanowi. Ola, byla to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem +poczuciem piekna i niezmierna wrazliwoscia na dziela sztuki, +zgrzytów pod tym wzgledem pomiedzy nimi nie bylo wcale - dopelniali +sie wzajemnie. + +- Poczekaj, kochanie - odezwal sie znów Roman - spozyjemy sobie +pare brzoskwin... Mam ogromne pragnienie, a ty?... + +- O! ja takze!.. wykrzyknela potwierdzajaco i wesolo Ola, poczem +oboje zblizyli sie do charakterystycznego, szerokiego, pod +plóciennem okryciem od slonca, weneckiego straganu, przepelnionego +róznemi owocami i jarzynami. + +Mineli juz byli wasnie "ponte di Rialto", znajdujac sie obecnie w +okolicy i punkcie targu, oraz ozywionego ruchu. Wokolo nich szwendali +sie liczni przechodnie, przekupnie wychwalali glosno swój towar, t. +j. drobiazgi, owoce, lub rzadkosc w Wenecyi - zimna wode do picia, +mówiac nawiasem, nadzwyczaj niezdrowa. + +Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwin, i spozywajac je, +Dzierzymirscy puscili sie znowu w dalsza droge. Szli obecnie +najbardziej ozywiona i handlowa ulica w Wenecyi, tak zwana "la +Merceria", wijaca sie w ksztalcie szerokiego trotuaru pomiedzy +domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim polozonych sklepów, a +wiodacej zygzakiem od mostu di Rialto do wiezy zegarowej na placu San +Marco. + +Zaczepiani co chwila przez natretnych wlascicieli magazynów, +przekupniów mozaiki i malych bosonogich chlopaków, narzucajacych +sie im co chwila, z pytajacem slowem i spojrzeniem ladnych, czarnych +oczat: "Accompagnare, signore?...", Dzierzymirscy szli szybko, +wygodna, choc kreta ulica, rozmawiajac wciaz ze soba. + +Niedoslyszane wzajemnie czesto w gwarliwym halasie "Mercerii" slowa +ich ginely bez echa, gdy naraz i tym razem zupelnie glosno, po +niewiele znaczacych uwagach, odezwal sie pierwszy Dzierzymirski. + +-Czy wiesz, moje zycie, iz to juz trzy tygodnie blisko, jak +wyjechalismy z kraju? Czas leci, kto by pomyslal, ze niebawem juz +minie miesiac, jak porwalem ciebie, szczescie moje, z lona +rodziny?.. + +Choc w ostatnich slowach brzmial ton zartobliwo-dobroduszny, jednak +Roman niespokojnie spojrzal na zone, pierwszy to bowiem raz tak +wyrazna czynil alluzye do niedawnej, a przelomowej chwili ich +zycia; dorzucil zaraz: + +- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem mysli i co czyni w tej chwili +twój ojciec... przytem wahajaco spojrzal z pod oka na Ole, uwaznie, +jakby zbadac pragnac, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie. + + +Lekka mgla jakby przemknela po twarzy mlodej kobiety, a brewki jej +zmarszczyly sie przelotnie, jednakze odpowiedziala natychmiast. + +- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuscila oczy, zarumieniwszy +sie lekko - bardzo czesto... podkreslila akcentem te slowa, - +mysle o tem... + +I Ola z kolei podniosla swe przymglone oczy na Dzierzymirskiego, a +jemu zdalo sie jednoczesnie, ze wilgotnemi byly one... + +W tej samej chwili mloda kobieta ruchem lagodnym, a wdzieku pelnym, +polozyla swa raczke drobna na reku meza. + +- Nie gniewaj sie, mój drogi, ze ci to mówie - rzekla miekko - +ale... ale wierz mi, ze ja nieraz lekam sie jakby po prostu, by ta +przeszlosc nasza, a w szczególnosci gwaltowna chwila ucieczki +mojej, nie przyniosla nam nieszczescia... Biedny ojciec! - cicho +westchnela Ola i umilkla, spusciwszy niesmialo wzrok ku ziemi, jak +gdyby przestraszywszy sie slów ostatnich. + +Teraz Roman z kolei pochwycil reke zony i uscisnawszy ja +serdecznie kilka razy, wzruszony, poczal pocieszac Ole z cicha, w +koncu zmienil zupelnie temat rozmowy, przeszedlszy pospiesznie na +przyszle zamiary wspólnej podrózy. Równoczesnie jednak +sposepnial, i, choc drobna, mala chmurka, co niby cien, +wsliznela sie pomiedzy ich dusze - wzglednie rozwiala sie dosc +predko, zostawila jednak w umysle Dzierzymirskiego slad trwaly. +Teraz zatem, gdy znowu zamienial z Ola banalne nieco frazesy, mysl +jego pracowala uparcie w dalszym ciagu. + +Wiec on nie mylil sie, bedac czestokroc niespokojnym, gdy +widzial przychodzaca na czolo zony nagla zadume, na pozór +niewytlumaczona zgola niczem. + +Wiec w glówce tej, w której, prócz milosci dla niego, dlugo nie +przypuszczal innego uczucia - tkwil jednak w swoim rodzaju wyrzut +sumienia?.. Odmiennemi zatem kroczac drogami, dusze ich - ze zródla +tylko innego calkiem plynace - obie jednoczesnie mialy swoje skryte +zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola wiec +takze cierpiala... + +- Dziwne, to zycie, dziwne! - omal ze nie glosno wymówil Roman. + +- 0! patrz, juz plac sw. Marka - wesolo wykrzyknela Ola w tej samej +chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednoczesnie dodala: + +- Wpól do siódmej! - Zdazymy!.. + +Dzierzymirski nie podniósl uwagi zony, przelotnie spojrzal tylko w +jej twarz, a widzac Ole usmiechnieta, poweselal sam równiez. + +Wydostawszy sie z waskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali sie juz +oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokolo +kolumnami palacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzednych +kawiarniach Wenecyi, roilo sie od ludzi; na mozajkach, krzyzach, +brazowych koniach i kopulach bazyliki sw. Marka graly promienie +slonca, u stóp zas Campanili, dokad zmierzali Dzierzymirscy, i +przed kosciolem, posrodku placu, gruchaly i lataly setki golebi, +karmionych reka publicznosci. Zaplaciwszy za wejscie, Roman i Ola +powoli zaczeli wstepowac na góre. + +Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelajacej w +góre wysoko i samotnie, szlo sie nie po schodach, lecz po lekko +pochylonej plaszczyznie spiralnej, nader wygodnej, choc kretej, +wchodzacego wcale nie meczacej. + +Co kilka minut postepujacym na szczyt dzwonnicy Dzierzymirskim +migaly z prawej strony male okienka, pozwalajace im pochwycic rabek +krajobrazu, sciany zas wiezy przepelnione byly licznymi podpisami +turystów. + +Wzglednie dosc dlugo, bo powoli, zmeczeni poprzednim pospiechem, +szli pod góre Roman i Ola, zanim dostali sie wreszcie na obszerna +szczytowa platforme dzwonnicy. Prócz sprzedajacego w +zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," +kilka zaledwie osób znajdowalo sie tutaj. Dzierzymirscy zblizyli +sie do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem caly widok, u stóp ich i +henhen, daleko!... + +- Sliczne, przesliczne! - rzekla po chwili Ola pólglosem, z +przejeciem, Roman zas, potakujac zonie, wyjal noszona stale ze +soba lunete i regulowac ja poczal. + +Slonce wlasnie znizalo sie ku zachodowi. Z jednej strony +krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejac purpura, kapala sie +promienistymi blaskami w morzu, rozswietlala jego tajemnicza +glebie, rozzarzala, na ksztalt glowni, czerwonawym ogniem +zmarszczone grzbiety fal, zlotym prostopadlym goscincem zanurzajac +sie stopniowo coraz bardziej w iskrzaca sie swiatlami ton. I +zielonkawe, lagodne Adryatyku fale, rozchylaly sie przyjacielsko i +goscinnie - roztwieraly swe nurty do idacego na spoczynek slonca, +wód szmerem kolysac sie je zdajac do snu cichego... + +Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegly ostatnie promienie +jego; rozlewaly sie wkolo pozegnalnym odblaskiem - piescily juz +morze cale, zapalaly na niem miljony barw i odcieni, skosne lecialy +w lewo ku Lido, "giardini publici," slaly sie krwawiace na dachach i +wiezach lezacej w dole Wenecyi - i ginely nareszcie w zamglonej +gdzies dali, tulac sie do majaczacych hen, hen, w perspektywie +górskich alpejskich szczytów... + +Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu. + +Otulony cisza bezmiarów, tchnacy spokojem idacego wieczora, +zachwycal ich ten krajobraz. + +- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadaja sobie nasi brudni wlosi swoje +"pranzo" - rzekla nagle do meza Ola, wskazujac reka spietrzona u +stóp ich, wsród waskich kanalów, Wenecye, i sciesnione dachy +jej domów, gdzie na werandach spozywano wlasnie posilek. + +- A, prawda! - potwierdzil Roman. + +- Zabawnie wygladaja na swoich daszkach, jak liliputy... - zauwazyl +jeszcze i ujawszy ramie zony, zblizyl sie znów ku balustradzie od +strony morza. + +- Patrz! - rzekl przyciszonym glosem, wskazujac na prawo lad staly +- widzisz te otulone mglami sylwety miast i gór?.. + +- Widze - potwierdzila Ola. + +- Oto Fusina - objasniac poczal zonie Roman - tam znów glebiej, +to Padwa i Treviso... + +Tu, na zachodzie - to otaczajace Werone szczyty górskie, a tam - +wskazujac ruchem reki kolistym krajobraz, mówil dalej Dzierzymirski +- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda. + +I Roman manewrujac równoczesnie luneta odkrywal coraz to inne +odlegle góry i miasta, a uzyczajac lornety swej zonie, objasnial +ja, tlumaczyl. + +Tymczasem zas platforma dzwonnicy opustoszala stopniowo. Prócz +przekupniów, zalecajacych swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie +bylo tu juz prócz Dzierzymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali sie +do odejscia, gdy oto nagle przystaneli znowu, zasluchani. + +Z weneckiego starego grodu szla muzyka dziwna... Jak orkiestra +dobrana grana, wedrowala przez otulone milczeniem przestworza melodya +koscielnych dzwonów... + +Rozpoczely ja, na wprost Campanili dzwony kosciolów: Redentore, na +wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w slad za niemi +powtórzyly inne swiatynie. Z Santa Maria della Salute na czele +rozbrzmialy kolejno po calej Wenecyi, wstrzasnely cisza "królowej +Adryatyku" - tu donosnie bijac basem, tam znów skarzac sie +lagodnie, kwilac - wspólnie zagraly chórem swa piesn +wieczorna... + +Dobranymi jakby akordy poplynely dzwiecznie tony poprzez laguny i +kanaly, morzem, po grzbietach fal, ulecialy w dal sina, zda sie, +niosac swe echa az do podnózy gór. + +Roman, nachyliwszy sie ku zonie, rzucil pólglosem: + + - Co za wspaniale i silne wrazenie, nieprawdaz?... + +Chcial powiedziec cos jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie +urwal... + +Dzierzymirscy zadrzeli oboje. Kobieta przytulila sie, jak powój, do +mezczyzny, on zas objal opiekunczym ruchem jej kibic i silnem +ramieniem przycisnal wylekla do siebie. + +To z dzwonnicy sw. Marka, tu, na szczycie jej, o pare zaledwie kroków +od nich, zagrzmial wlasnie do wtóru innym, zadudnil, gluszac +wszystko swa sila, dzwon olbrzymi i potezny - "San Marco." + +Glos jego tubalny, huczacy, zmieszal sie z ogólna arya dzwonów, +napelniajac echami grzmotów, trzesac platforma wiezycy. + +A jednoczesnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrazenia. Zdalo sie im +bowiem, jakby ich tutaj nie bylo juz zupelnie. + +Nie, oni stanowczo znikli, a znajdowal sie tu jeno jeden jedyny +olbrzymi dzwiek, z którym istnienia wspólne zlaly sie, +zlaczyly. Glos dzwonu przenikal ich do glebi, szedl az do dna +dusz, gral na fibrach nerwów; trzasl nimi, potezny w swej mocy - +wielki... + +Ola jeszcze bardziej przytulila sie do meza, jakby szukajac obrony +przed czems, czy przed kims, Dzierzymirski silniej przygarnal ja +do siebie. Równoczesnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem +jednomyslnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zblizyly sie i +zlaczyly usta!... + +Ostatni z ostatnich promien zachodu zapalil na sekunde jedna +gwiazde na czolach mezczyzny i kobiety, skojarzyl sie z ich +pieszczota i znikl. Slonce zgaslo... Roman i Ola jednak nie +odrywali ust od pocalunku, a trwali w nim jeszcze... + +Jakas bowiem niewytlumaczona niczem chec przedluzenia jakby tej +chwili ogarnela Dzierzymirskich. + +W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgaly uczuciem, a huczacy +glos dzwonu zdawal sie bardziej jeszcze kojarzyc ich ze soba... +Laczyl sie sam niby z ekstaza ich pocalunku, a usuwajac z niego +zarazem pierwiastek zmyslów poziomy - wznosil dusze Romana i Oli w +nadziemskie gdzies strefy, uszlachetnial, budzil w nich jakies +checi i pragnienia i przypinal skrzydla do lotu i rozszerzal piersi +i kazal sie modlic pokornie... + +Z ekstazy pierwsza zbudzila sie kobieta. + +Przybladla nieco, oderwala drobne wargi od ust Romana i szepnela +cichutko: - Chodzmy juz!.. + +- Dobrze, zloto moje, kochanie najmilsze! - odparl pieszczotliwie +Dzierzymirski, i oboje w slad za tem skierowali sie ku wyjsciu. + +Nic nie mówili teraz do siebie. Zamysleni, pograzeni w swój dziwny +stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w +dól ciagle. + +I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wslizgiwac sie poczela w +ich dusze, mózgi i serca... + +Przy dzwiekach bo oto grajacego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, +jakies zwatpienia obsiadly nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, +odczuty - niknal, wewnetrzne zadowolenie i napiecie duchowe +slablo!.. + +Lecz czyz to zludzenie? Wszak glos tegoz samego dzwonu jest teraz +jakims calkiem innym, odrebnym; to nie ten na górze, wysoko! + +Tamten, pelen otuchy, dodawal odwagi, wzmacnial. A ten, wstrzasajac +murami wynioslej wiezycy, blaka sie gdzies tylko po jej +zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny... + +I pod jego wplywem, jakby pod dzialaniem czarodziejskiej sily, w +myslach Dzierzymirskich, kazdemu z osobna, zaszumialy znowu wyrzuty +sumienia. + +Jej, Oli, stanela przed oczami, jak zywa, marsowa twarz ojca, i jego +spojrzenie smutne, wyrzutów pelne. Zrenice rodzica wyraznie przytem +zdawaly sie skarzyc, mówic: Ja cie kochalem, drogie dziecie, a +ty tak pogardzilas mna, zranilas tak dotkliwie i bolesnie! + +Romanowi zas tak zywo przypomniala sie z przed laty chwila pewna, +iz zdziwil sie sam niepomiernie. Swa uboga izdebka z przed laty, +straszna noc walki ze soba samym, i zwyciestwo zlota ujrzal tu w +Campanili-wszystko!.. + +A dzwon tymczasem huczal coraz bardziej, i przytem coraz jakby srozszy +i bezwzgledniejszy, surowszy... Dzierzymirscy bezwiednie, w mimowolnej +po prostu obawie przed tym glosem karcacym z wysoka, pospieszniej w +dól schodzic poczeli. + +Cienie wieczorne kladly sie juz po pustych zakatkach starej, jak +swiat, wiezycy, mroki tajemnicze pelzaly tu swobodnie. Przy +dzwiekach dzwonu, który wciaz trzasl jej scianami, wsród +ciemniejacej stopniowo, a zamknietej w nich pustki, schodzila, +spuszczajac sie coraz szybciej, znizala sie para mlodych. + +Wreszcie zmierzch szary pochlonal zgrabne postacie, i zapanowal +bezpodzielnie w Campanili. Jednoczesnie o jej mury odbilo sie echo +ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierzymirskich +przypomnienie przeszlosci... + +W slad za tem uspokoilo sie wkrótce wszystko. + +Wiekopomna wiezyca, zasluchana jakby jeszcze w koncowy zamierajacy +dzwiek dzwonu, przycichla; szarosc, smutek i glusza rozsiadly +sie tu wokolo... W milczaca senna zadume, we wspomnienia +przebrzmiale, zapadala powoli Campanile. + + + +--------------- + + + +- Rojno i gwarno bylo dzis u marszalkowej nieprawdaz? Ha-ha-ha, +wiedzialem doskonale, ze sie stawia wszyscy... Poczciwa jednak ta +nasza swiatowa menazerya.... No, i cóz? Uwierzyli? + +Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej duzym, pieknym +salonie, wyglosil, sadowiac sie wygodnie na fotelu, Emil +Ladyzynski. Byl to mezczyzna lat przeszlo piecdziesieciu, +wysoki, szczuply, od stóp do glów drobiazgowo wytworny, o wyrazie +twarzy szyderczym, przyroslym jakby do rysów jego, swiezych i +zywych jeszcze, oraz pieknych oczu podluznych, zielonkawych, z pod +pincenez patrzacych rozumnie. + +- Uwierzyli. To jest, moze udali tylko, ze wierza... odpowiedziala +marszalkowa rozpartemu z gracya w krzesle gosciowi swemu. + +- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i +dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy mysla sobie, +co im sie zywnie podoba!- zawyrokowal tenze glosem stanowczym. + +- C'est ce qui me tranquillise, iz zamknelam zupelnie dzis juz +rachunki z towarzystwem tutejszem - odparla z westchnieniem ulgi pani +Melania. + +Rozmowa potoczyla sie dalej; trescia jej byl przebieg dzisiejszego, +a ostatniego czwartkowego przyjecia u Marszalkowej. + +Znikniecie Oli, choc trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w +takich razach, nagle, pewnego poranku przedostalo sie niewiadomo przez +kogo, jak i kiedy, do miasta, a wiesc ta, podawana z poczatku +ostroznie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce byla juz na +wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotka i skrzydlatym +ptakiem obmowy obleciala niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego +swiata w miescie. Pomimo to, nikt nie wiedzial nic jeszcze +dokladnie. Zaalarmowany pierwszy Ladyzynski, który, jako przyjaciel +domu Gowartowskich, a zarazem bywajacy wszedzie swiatowiec, osaczonym +byl ciagle pytaniami, odbyl dni temu pare istna sessyjna +konferencye z marszalkowa: Co czynic, by ocalic pozory?.. I +wówczas to postanowiono, co nastepuje: + +Puscic natychmiast w swiat niejasna pogloske o slubie Oli z +Dzierzymirskim, i opowiedziec wyjazd marszalkowej, która, +postanowiwszy juz poprzednio przeniesc sie calkiem na wies, teraz, +po naradzie z Ladyzynskim, zgadzala sie te chwile odjazdu swego +przyspieszyc. Za pare dni wlasnie przypadal czwartek, jour fixe +pani Melanii; latwo bylo przewidziec, iz towarzystwo cale, wobec +rozsiewanych zrecznie pólslówek o wielkiej powyzszej nowinie, nie +omieszka, przywiedzione ciekawoscia i checia pozegnania czcigodnej +matrony, zawitac na jej salony... + + - Wówczas to wszystkim i kazdemu z osobna damy do spozycia + nastepujaca pigulke! - zadecydowal wesolo na owej konferencyi + pan Emil: + +- Powiemy, ze Ola i Dzierzymirski sa juz po slubie, uznanym przez +rodzine najblizsza i przez nia urzadzonym, lecz cichym i bez +rozglosu, a to na wlasne i wyrazne zadanie panstwa mlodych... + +- Co sie zas tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, +wytlumaczymy ja tem, iz dzisiejsi panstwo Dzierzymirscy kochali +sie w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuscmy, osmiu... ze +ojciec srogi nie chcial o zwiazku tym slyszec nawet, iz zmiekczony +wreszcie zgodzil sie nan... Pani marszalkowa nie byla na slubie, +no... bo jest slabego zdrowia, January zas, w ostatniej chwili, gdy +jechal na kolej, zachorowal... Panstwo mlodzi obecnie bawia +zagranica. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przyklad, +ze w Szwecyi... Cala te historyjke, pani marszalkowa na przyjeciu +u siebie, a ja u innych, tegoz samego dnia i w tychze godzinach +ukoloryzujemy jeszcze nalezycie kilkoma pseudo-autentycznymi +szczególami, no... et il faut espérer, ze nam chyba uwierza!.. + +Tak ostatecznie uradzil Ladyzynski, a do ultimatum owego, uznawszy +jego slusznosc, marszalkowa Warnicka zastosowala sie scisle +przez caly dzien dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjecia. +Obecnie zas w dalszym ciagu informowala przybylego swego wspólnika +o wywiazaniu sie z zadania i roli wlasnych, opowiadajac mu zarazem, +jak wiele dnia tego odwiedzilo ja osób ze swiata, do tego stopnia +licznych, iz chwilami w ogromnym jej salonie braklo po prostu dla nich +miejsca. + +- Kazdy niemal po banalnym wstepie grzecznostek, pytal mnie o Ole, +nie przeoczyl tego nikt -mówila pani Melania, konczac opowiadanie +swoje - az w duchu sama smialam sie z tego... + +- Wiec któz byl? któz byl? - pytal ciekawie Ladyzynski. + +- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo cale, nie zawiódl nikt - +opowiadala dalej marszalkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i +niemili, oraz nawet, którym sie zdaje, ze obecnoscia swoja czynia +mi laske najwyzsza, raz na rok zaledwie bywajac u mnie... i +lekcewazaco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnela +reka... + +Pan Emil zas sluchal i nieznacznie usmiechal sie pod wasem, znal +bowiem dobrze slaba strone staruszki, która gniewalo zawsze, gdy +ktos ze "swiata," mieszkajacy stale w miescie, omijal jej dom w +wizytach. + +- Par exemple... - odezwal sie - reczylbym, ze ksiezna Marya i +hrabiowie Doliwscy... + +- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i ksiaze Jerzy, hrabia +Alfred, ksiestwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córka i jej +narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego ksiecia Ryszarda S. z +Poznanskiego... A takze Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... juz nie +pamietam wszystkich nawet... konczyla pani Melania, zadowolona w +duszy z szumnej nomenklatury. + +- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, smietaneczka ze smietanki +naszej... Powinszowac marszalkowej, powinszowac... - rzekl z lekka +drwiaco pan Emil. -L'essentiel - ciagnal dalej, - ze wszyscy, jak +przewidywalem, polkneli przygotowana przez nas wiadomostke. + +- Wszyscy, bez wyjatku; robilam przeciez, co tylko moglam - +potwierdzila pani Melania. + +- A wiec n... i-ni-c'est fini; nie pokazemy sie my im tu tak predko +na oczy; by sprawdzic to, co poslyszeli, Dzierzymirskich równiez +miec nie beda, a zreszta - pan Emil niedbale poruszyl reka - tout +passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawiesza sobie nowe +sitko na kolek i... zapomna. Ainsi va le monde - dokonczyl, i +wyjmujac srebrna z monogramem papierosnice, ujal w palce +delikatnej swej reki cienki papieros, uprzejmie pytajac zarazem pani +domu: - Vous permettez?.. + +Marszalkowa, z usmiechem, przyzwalajaco kiwnela glowa. +Ladyzynski zapalil, i wypusciwszy z ust maly obloczek dymu, +pogladzil wytwornym ruchem reki swe siwiejace juz nieco, a +starannie wyczesane, bokobrody. + +- Ja takze, wedlug programu, nie próznowalem, - odezwal sie po +chwili swobodnym tonem. - Wyszedlszy stad temu godzin pare, bylem na +jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u ksiestwa Pilanich... +Zastalem tam wiele bardzo osób i wszedzie opowiadalem, naturalnie en +long et en large la nouvelle du jour, co nalezy, o Romanie i Oli - +bref, Januarek powinien byc kontent ze mnie: wykrylem, jak, co i +dokad wyfrunela mu jedynaczka, teraz znów my z pania marszalkowa +tuszujemy za mloda para slady, z kunsztem prawdziwie artystycznym... + +- Ze tez pan wszystko z wesolej tylko strony bierze - nieco smutnie i +poblazliwie jakby usmiechnela sie pani Melania. + +- Que voulez vous, pani marszalkowo, swiat pelen dramatów i tragedyj +w teatrze i w zyciu, ze cózby wartem bylo ono, gdybysmy sie +czasem starali przynajmniej komizmu choc troche zen wycisnac - +odparl pan Emil, poczem zas dodal: - Wiec pani marszalkowa jutro na +Podole, do Ulanówki? + +- Tak - potwierdzila pani Melania - do siebie jade na dni kilka, potem +zas natychmiast do Januarego, a pan wyjezdza?.. Il faudrait. + +- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na szesc tygodni... +Ale, a propos, cóz January?.. + +- Niespokojna jestem o niego - odpowiedziala marszalkowa - jak panu +wiadomo, bawil tu u mnie tylko dzien jeden; nazajutrz po otrzymaniu +smutnej wiadomosci odjechal, pozegnawszy sie ze mna, notabene, +bardzo chlodno, i odtad zadnej oden z Gowartowa nie mam wiadomosci. +Moze chory... + +- Eee! cóz znowu!.. - okrzyczal sie Ladyzynski - pani +marszalkowa niech bedzie spokojna, poluje sobie na kaczki, i +jedynaczke swa wydziedzicza. Dobrze robi zreszta, bardzo dobrze... +Wydziedziczac mlodych! Niech nie lekcewaza woli starszego +pokolenia!.. Wydziedziczac!.. dokonczyl pan Emil z patosem, i +powstawszy z fotelu, jednoczesnie z pania Melania zegnac sie +poczal. + +- Uciekam juz, bo mam jeszcze pare wizyt, ale... Ladyzynski urwal +- Wszak pani marszalkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaz? - +mówil, calujac z wdziekiem reke staruszki - nie zegnam sie +wiec, bede na dworcu, moze wypadnie cos ulatwic, dopomóc... + +- Dziekuje panu, dziekuje bardzo - odparla z usmiechem pani +Warnicka - do milego zobaczenia sie. . + +Pan Emil, z cylindrem w reku, uklonil sie u drzwi raz jeszcze, +poczem jego elegancka, opieta w tuzurek, zgrabna sylweta zniknela za +portyera salonu. + +Znalazlszy sie zas przed domem, na ulicy, Ladyzynski wskoczyl +pospiesznie do oczekujacej nan dorozki na gumach, i rzuciwszy +niedbale adres, kazal sie wiezc dalej. + +Juz na ulicach i w magazynach jasnialy rzesiscie swiatla, gdy w +dwie godziny pózniej wysiadal z tegoz pojazdu przed piekna +kamienica w sródmiesciu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaz, +skierowal sie w brame czteropietrowego domu, gdzie na pierwszem +pietrze zajmowal eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie. + +Maly, zwinny chlopczyna, ubrany w liberyjna, ze zlotemi guziczkami, +granatowa kurtke, przekomarzal sie wlasnie na dziedzincu, z +któras chichoczaca mlodsza, gdy pan jego zjawil sie nagle w +bramie, a ujrzawszy smiejaca sie dwójke, pogrozil jej laska, z +usmiechem. Sluzaca zasmiala sie zalotnie i glosno, lokajczyk +zas pedem porwal sie z miejsca i polecial na góre, w pare minut +pózniej, z pokorna mina, otwierajac drzwi Ladyzynskiemu. + +- Ej, malutki!.. pogrozil mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjawszy +paltot, zapytal: - Byl tu kto? + +- Owszem, prosze jasnie pana, oto bilety odparl chlopak +pospiesznie, podajac mala tacke ze stolu. + +Pan Emil obojetnie przerzucil kilka biletów. + +- Aaa!.. zadziwil sie glosno przy jednym z nich, poczem odlozyl +wszystko na bok. + +- Frak od krawca przyniesli? - zapytal jeszcze - wyprasowany? + +- W sypialni u jasnie pana powiesilem - objasnil maly lokajczyk. + +- Dobrze. Siedz tu, smyku, i nie lobuzuj sie!.. rzekl Ladyzynski, +a minawszy przedpokój, zatrzasnal za soba drzwi od gabinetu, +prowadzacego do sypialni i ubieralni, gwizdzac jednoczesnie pod +nosem arye z modnej podówczas operetkowej premiery. + +Jako szanujacy sie kawaler, pan Emil, stale zadnego wieczoru nie +przepedzal u siebie w domu. Dzis zatem równiez wybieral sie na +raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynajacy sie +juz o dziesiatej. + +Dziewiata wlasnie bila na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil +wiec, znalazlszy sie w gustownie umeblowanej sypialni, przystapil +natychmiast do tualety swej wieczorowej. + +W tym celu wygodnie zasiadl na foteliku przed mala gotowalnia, +przepelniona wytwornymi, w srebrnych pudelkach i przykrywkach, +przyborami tualetowymi. + +Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroil sie na +raut, marszalkowa, po wyjsciu ostatnich, zapóznionych, gosci, +przykazawszy pogasic swiatla, odpoczywala na kanapce znuzona, po +dniu tak pelnym dla niej zmeczenia i wysilków. Oparlszy glowe o +poduszki mebla, pani Melania, polozyla sie, i wyciagnawszy +wygodnie swe czlonki, przymknela powieki, stan zas blogi nie +krepowanego niczem spoczynku owladnal nia bezpodzielnie. + +Jak szum niknacy, daleki, w uszach jej tylko brzmial jeszcze gwar +prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywaly urywki z dali, a przed +oczyma majaczyly, zmieniajac sie kolejno, postacie, zaludniajace w +ciagu kilku godzin jej salony... + +Ponownie zatem widziala przed soba staruszka w sasiednim pokoju tlum +elegancki, rozbawiony... + +Mile piescil on wzrok wytwornym wdziekiem kobiecych tualet, +szeleszczacych lagodnie, a zgola nie krzyczacych barwa i gustownych +- necil powabem na jedna modle elegancko skrojonych ubiorów +meskich, plawil sie caly w estetyce ogólnej manier, uklonów, w +szablonie swiatowej salonowej komedyi, a poprawny - nie razil niczem +harmonii, w calosci swej nie wywolujac równiez wcale falszywo +brzmiacych zgrzytów. I usmiech pól gorzki, pól smutny, w +zamysleniu okolil waskie usta marszalkowej Warnickiej. + +Jak nicosci pelnem bowiem wydalo jej sie teraz, w oswietleniu +dzisiejszej zlosliwej ciekawosci, to cale towarzyskie stado, +kryjace swa przewrotnosc pod blichtrem i szychem zewnetrznych +pozorów, jak malo godnem zalu i marnem! + +Ach, bo ilez schowanej zrecznie zlosci, tlumionych checi +sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego +falszu krylo sie w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej +swiatowych pseudo-przyjaciól i gosci!.. + +Marszalkowa czynila dalej w mysli przeglad galeryi osobników, +widzianych na dzisiejszem przyjeciu; we wspomnieniu ich slów, +wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytala, zda sie, ukryte mysli +przybylych; moralnie obnazala ich wszystkich, starajac sie zarazem +znalezc, przypomniec choc jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego +uczucia, wykwitly wsród tych chwastów obludy!.. + +Nie znalazla nic podobnego jednak. Byly tam tylko same smiecie. + +Pani Melania, dumajac w ten sposób, miala oczy wciaz przymkniete, +niebawem znuzenie wzielo góre nad jej myslami, glowa staruszki +pochylila sie na piersi, cichy mrok wieczoru otulil postac +marszalkowej. Zdrzemnela sie. + +W kwandrans moze pózniej, w milczeniu wypoczywajacych po najsciu +gosci apartamentów, rozlegl sie; silny odglos dzwonka... Staruszka +rzucila sie z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, +poczela wsluchiwac sie w macacy cisze odglos. + +W drzwiach buduaru po chwili stanal lokaj i zaanonsowal: + +- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, ze chcialby koniecznie widziec +sie z jasnie pania. + +- Pros, pros natychmiast tutaj! - rzekla zywa marszalkowa i +równoczesnie powstala z kanapki. Lokaj wyszedl. + +Zadowolenie, polaczone z ciekawoscia osiadlo na twarzy staruszki. + +Boleslaw Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszalka, +a zaprotegowany ongi przez nia sama na zajmowana dotad posade +ogólnego i glównego zarzadcy dóbr pana Januarego, nareszcie wiec +przynosil jej wiadomosc o bracie!.. + +Mlodzieniec, lat dwudziestu osmiu, ciemny brunet, ogorzaly i +przystojny, z dziarsko do góry podkreconym wasem, stanal na progu. + +- Sluga pani marszalkowej, moje uszanowanie - przemówil swobodnie, i +podbieglszy, ucalowal z szacunkiem reke staruszki. + +Ubrany byl niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zas jego, oraz +sposób mówienia, zdradzaly czlowieka, choc nie obytego moze +zupelnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego. + +- Kochany mój panie Boleslawie, - zaczela staruszka, zwracajac sie +dobrotliwie ku przybylemu - siadaj, prosze, i mów, mów jak +najpredzej, co slychac?.. + +Mlody czlowiek, widzac zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekl +pospiesznie: + +- O, nic zlego... zupelnie nic zlego, pani marszalkowo, ale... i nic +równiez dobrego - dokonczyl wahajaco i ostroznie. + +- Jak to?.. -- zapytala pani Melania. Krasnostawski oczy spuscil, i +ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, dlugiemi rzesami, mówic +czal zwolna: + +- Pani marszalkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknal +pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli... + +- Wiec pan juz wiesz?.. Skad? - z okrzykiem niepohamowanego +zdziwienia, wyrwalo sie staruszce, pytanie. + +Cos niemilego snac dla ucha mlodzienca zabrzmialo nagle w tych +kilku slowach, bo nie podnoszac oczu, jakby nie chcac oniesmielac +marszalkowej swym wzrokiem, spokojnie i powaznie odrzekl: + +- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie majac nikogo, zwierzyl sie z +troski wlasnej, naturalnie pod slowem honoru z mojej strony, ze +slówkiem nawet o tem nikomu nie wspomne... + +Krasnostawski zatrzymal sie chwilke, i ciagnal dalej: + +- Obowiazki, jakie mam dla calej rodziny panstwa, szacunek i +powazanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowia, chyba +dosc trwala rekojmie, iz slowa dotrzymam... I... o tem... nikt z +panstwa, przypuszczam, nie watpi... - dokonczyl mlody czlowiek, +podnoszac tym razem wzrok, jasny i pytajacy na marszalkowa. + +- Alez naturalnie, panie Boleslawie, naturalnie! - skwapliwie +pospieszyla z odpowiedzia staruszka. - Lecz mówze mi pan, co sie +tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytala niespokojnie. + +- To, pani marszalkowo, ze z panem Gowartowskim jest zle... - i +Krasnostawski, spusciwszy znów wzrok, ciagnal dalej: + +- Panne Ole, jak pani marszalkowej wiadomo, ojciec kochal bardzo, +prawie, ze balwochwalczo; otóz skutki wypadków ostatnich bardzo, +bardzo silnie odbily sie na nim. Nic go juz prawie teraz nie zajmuje, +ani gospodarstwo, ni wies, ni inne zajecia, do sasiadów nie jezdzi, +u siebie nikogo nie przyjmuje - slowem obecnie z niego zupelnie inny +czlowiek... + +Krasnostawski przerwal opowiadanie, jakby namyslajac sie, co mówic +dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dól spuszczonym, +milczala. + +Po chwili wahajaco ciagnal dalej: + +- Wobec tego samotnosc dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójcza, +koniecznie potrzebuje on nieustajacego towarzystwa, jednem slowem - +potrzebuje obok siebie przyjaciela. + +Krasnostawski ponownie zatrzymal sie na sekunde. + +- Moja osoba nie wystarcza - mówil dalej - zajecia liczne, mieszkanie +nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... +tu po twarzy mlodego czlowieka przemknal lekki cien - wszystko +sklada sie na to, iz pan Gowartowski, choc zawsze dla mnie tak samo +laskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam... + +Z pod oka, przelotnie, spojrzal Krasnostawski na marszalkowa. Z +misya nader delikatna i przykra przybyl on tutaj; w kieszeni surduta +palil go wlasnoreczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, +zywiacy jeszcze do siostry bardzo gleboka uraze za spelnione +wypadki, pomimo wszystko, w glebi duszy posadzajacy nawet +staruszke, iz byla, moze w tajnej zmowie z jego córka - +delikatnie, lecz stanowczo, odmawial jej goscinnosci u siebie, wobec +zapowiedzianego przez nia przyjazdu do Gowartowa. + +Krasnostawski o zawartosci listu wiedzial, w chwili zalu bowiem +Gowartowski wypowiedzial mu wszystko, ba, polecil jemu nawet, jako +protegowanemu i lubianemu przez marszalkowe, napomknac jej o tem +przed wreczeniem listu. + +Przerwawszy na chwile opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie +zastanawial sie wlasnie, czy poruszyc w rozmowie, lub nie, temat +drazliwy. Postanowil jednak nie czynic tego wcale, a natomiast, +czujac, ze na ustach domyslajacej sie juz czegos: marszalkowej, +zawisa jakby jakies pytanie, by powstrzymac je, odezwal sie +pospiesznie: + +- I dlatego, pani marszalkowo, polecil mi pan January, lacznie z +innymi interesami, powolywujacymi mnie tutaj, zaprosic do Gowartowa +na czas dluzszy pana Ladyzynskiego, jego bowiem obecnosci tylko +pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Musze zatem byc dzisiaj +u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana +Ladyzynskiego niewatpliwie znanym jest pani marszalkowej?.. + +Slowa powyzsze i pytanie ostatnie zabrzmialy w ustach mlodzienca +pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczul chlód jakby w zachowaniu +sie staruszki, milczacej wciaz od chwili, gdy jej powiedzial, iz: +wie o wszystkiem. Gniewalo go to spostrzezenie i ranilo dotkliwie +dume jego. + +Wypowiedziana glosem miarowym, a wskazujaca ulice i numer domu, +zamieszkalego przez pana Emila, zabrzmiala odpowiedz marszalkowej. + +Krasnostawski zerwal sie natychmiast i rzekl szybko: + +- Dziekuje stokrotnie pani marszalkowej... + +Z udana zas swoboda, powodowany silnem zyczeniem wycofania sie +stad co predzej, ciagnal zywo dalej: + +- Nie zajmuje juz wiecej czasu pani marszalkowej, zapomnialem +zupelnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzien przyjec - uciekam... + +- Ach, tak... - z usmiechem protekcyjnym nieco rzekla sedziwa +matrona. - Ale juz po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi... + +- Tak... tak, prawda, zapomnialem - baknal Krasnostawski, siegajac +jednoczesnie reka do kieszeni. - Przepraszam najmocniej pania +marszalkowa dobrodziejke, cóz za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! +Bylbym zapomnial... Mam list od pana Gowartowskiego, sluze pani +marszalkowej. + +Pani Warnicka schwycila list, Krasnostawski jednak równoczesnie +pochylil sie do reki jej, w uklonie. + +- Do widzenia, mój panie Boleslawie, do widzenia! - z roztargnieniem +pozegnala go staruszka, podajac mu reke do ucalowania, poczem zas +goraczkowo rozerwala koperte. + +Mlody czlowiek juz byl na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na +marszalkowa, zdazyl byl jeszcze dojrzec na jej twarzy rumieniec +oburzenia, zakwitly tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. +Dostrzeglszy to, mlody plenipotent, jak szczupak w wode, rzucil sie +calem cialem w ciemnosci sasiedniego salonu, pobieglszy zas na +palcach do przedpokoju, chwycil paltot swój i umknal z mieszkania. +Na schodach dopiero odetchnal. + +- Uf! wyrwalem sie wreszcie... - szepnal. - Ladniebym sie ubral, +gdyby tak przy mnie list czytala!.. + +W slad zatem wypadl na miasto, a mijajac ulice jednoczesnie +pograzal sie w myslach. + +Wywolana wspomnieniem apartamentów marszalkowej, stanela mu nagle +przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczylo jej glebokie i zalotne +spojrzenie, którem, jak wielu innych zreszta, witala i jego, gdy +przypadek laczyl ich kiedy na chwile. + +Krasnostawski od kilku juz lat znal córke pana Januarego; +etykietalne utrzymujac stosunki z palacem Gowartowskim na wsi, +widywal ja rzadko, najczesciej z daleka, na spacerze, w kosciele, +lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszalkowej w miescie. +Podobala mu sie piekna panna, bo komuz zreszta nie potrafila ona +sie przypodobac, pelna wdzieku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiala +poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochal sie w niej jednak +bynajmniej, za trzezwym byl na to; choc z upokorzeniem dumy wlasnej, +stanowisko swe podrzedne oceniac potrafil, a jednak... + +Zdziwiony analiza duszy wlasnej, przyznac sie sam przed soba +musial, ze wiesc o ucieczce i slubie Oli zabolala go, a raczej, +bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewala. + +Rozmyslajac w ten sposób, Krasnostawski wszedl do kamienicy, +wskazanej przez marszalkowa. Za pare chwil znalazl sie juz na +pierwszem pietrze, ledwie jednak zadzwonil u drzwi apartamentów +Ladyzynskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i +paltocie, ukazal sie pan Emil, jak zwykle usmiechniety ironicznie i +z pogoda na czole. + +- A!.. pan Boleslaw, herbu Rawita, powitac, prawico Januarego de +Gowartów-Gowartowskiego, powitac!.. - i uscisnal serdecznie +wyciagnieta reke mlodzienca. + +- Przepraszam, ze nie prosze pana kochanego do siebie, lecz postacia +swoja do odejscia gotowa wypedzam go raczej, lecz powody wazne... - +tu pan Emil uczynil obydwiema rekami ruch pólokragly, - +sklaniaja mnie do tego! - dokonczyl, i mówiac to, elegancko +zamknal drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a usmiechnawszy sie pod +wasem ciagnal dalej wesolo, poufale wsunawszy zarazem reke pod +ramie Krasnostawskiego. + +- Nie gniewasz sie na mnie, kochany panie Boleslawie, wszak prawda?.. +Spiesze na raut; no, mówze tam, co slychac?.. Kochany Januarek +cóz tam porabia, poluje; weseli sie, czy smuci? + +Krasnostawski juz chcial wypowiedziec, z czem przyszedl, gdy +Ladyzynski znowu odezwal sie zartobliwie: + +- Ale, zaiste, pysznie pan wygladasz, jak rydz w masle, powinszowac! +Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnac beda do pana, jak pszczólki +do miodu! Slyszalem o panskich sprawkach za studenckich czasów, za +mlodu! - tu poklepal z lekka mlodzienca poufale po plecach - +slyszalem - powtórzyl - nie bede wiec wzajemnie nudzil pana +swoja osoba, opowiesz mi pan en rčgle, lecz szybko, co cie do mnie +sprowadza, a posiedzenie to odbedziemy w dorozce. Podwioze pana... +Zgoda? + +- Alez i owszem, dziekuje bardzo! - odparl Krasnostawski, z +pospiechem. + +Znajdowali sie juz na ulicy, pan Emil skinal na stangreta parokonnej +dorozki, rzucil adres, i pojechali. + +Ruchem codziennym wrzalo wkolo nich strojne wesole miasto: + +- Slucham pana - rzekl Ladyzynski. + +Mlody czlowiek w krótkich slowach opowiedzial mu o niepomyslnym +stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy +zas tylko o liscie do marszalkowej, zakomunikowal zaproszenie do +Gowartowa. + +Skrzywil sie lekko przy ostatnich slowach pan Emil i odrzekl: + +- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyc drogiego Januarka, ale +wlasnie wyjezdzam za granice i przyznac musze, ze na razie +wybral on sie z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy +zreszta... Co pan wiesz, - tu spojrzal uwaznie na Krasnostawskiego - +o pani Oli i Dzierzymirskim?.. + +Zapytanie to postawionem bylo bardzo zrecznie mówilo nic, a pytalo +wiele. Krasnostawski natychmiast poinformowal krótko i zwiezle pana +Emila, iz wiadomem mu jest wszystko. + +- Aaa!.. - wyrwalo sie tylko z ust Ladyzynskiego, i dodal +ironicznie: + +- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o plaszczu gronostajowym +przywiazania dziecinnego, szalonej milosci mlodzienczej, weselu pod +niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odziezy codziennej, ukrytej +przez nas starannie przed plotka, jedna - purpura drugiej; zatem +wobec tego, mozemy mówic szczerze... + +- Widzi pan - tu Ladyzynski spojrzal znów na Krasnostawskiego, +jakby pragnac sie przekonac, czy warto wywnetrzac sie przed nim - +ta cala rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya +przywiazania do córki i ów od poczatku do konca poemat "zbolalego +ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy +fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od poczatku do +konca jednym nonsensem. Czy nie miala racyi? + +Krasnostawski milczal. + +- Piescili dziewczyne - ciagnal w tym samym tonie Ladyzynski - +upodobala sobie Dzierzymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To +trudno, panie, kobiety takze maja serca i temperament... Zachcialo +sie Oli ladnego chlopca - nie dali jej go - wziela go sobie sama, a +raczej wziac sie pozwolila... Niech Januarek lepiej dziekuje i +spiewa Hosanne na wysokosciach, ze bez plebana sie nie obeszlo! +Lub niechze nawet gniewa sie, i wydziedziczy córunie, lecz nie +lamentuje, bo to i nie po mesku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje +zdanie. Cóz na to pan, panie Boleslawie, herbu Rawita?.. + +Krasnostawski zzymnal sie niecierpliwie; denerwowal go zwykle ton +rozmowy Ladyzynskiego, dzis jeszcze bardziej rozgniewal go +przycinek "herbu Rawita", bedacy widoczna alluzya do uzywanych +niegdys przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. . + +Podrazniony zatem, silac sie na spokój, odparl zimno: + +- Przepraszam, ale calkiem inaczej i zupelnie przeciwnie zapatruje +sie na te sprawe, oraz rozumiem doskonale pana Januarego. + +- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszac, wiedzialem tylko, ze i z +kochanego pana takze romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliscie +sie razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgola potrzebny +nie jestem, doskonale sie tam obadwa rozumiecie... + +- Ale, cóz znowu! - przerwal zywo Krasnostawski, bojac sie, czy +czasem mimo woli nieostroznem slowem nie zepsul danego sobie +polecenia. - Moge byc tych samych zapatrywan na te sprawe, co i pan +Gowartowski i odczuwac jego charakter, lecz przeciez w zadnym razie +nie potrafie zastapic szanownego pana, który jest tak dobrym jego +przyjacielem... + +- No tak, tak..., - urwal z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez +litosci, nic stalego na tej ziemi, prócz przyjazni i milosci;" to +wszystko nader pieknie brzmi i wyglada, lecz mego zdania, ja +osobiscie nawet dla przyjazni zmieniac, niestety, nie uwazam za +stosowne. Czy zas ono Januarciowi sie spodoba - grubo watpie.. + +Dorozka w tej samej chwili zatrzymala sie. + +- No, kochany mój panie Boleslawie, addio!.. - odezwal sie +protekcyjnym nieco tonem Ladyzynski podajac Krasnostawskiemu reke. + +- Zakomunikuj pan z laski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na +Gowartowie, a jesli potem jeszcze znac mnie bedzie chcial - niechze +mi napisze, a moze przyjade... + +Wysiedli obaj. Pan Emil uchylil cylindra i skierowal sie ku bramie, +na progu zas jej rzucil jeszcze mlodemu czlowiekowi, tym razem +jednak przyjazniej nieco: + +- A trzymaj sie tam pan dzielnie, ba plec nadobna ma tu na +wiesniaków wilczy apetyt!.. Au revoir... + +Ladyzynski znikl, Krasnostawski pozostal sam ulicy. Rozejrzal +sie... + +Byl w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór juz +rozpoczynal swe panowanie, nadchodzila noc, wielki gród zarzyl sie +setkami swiatel; srodkiem ulicy pedzily pojazdy, po chodnikach +szerokich zwarta gromada wymijal go pospiesznie tlum ludzi. + +Piekne, zgrabne mieszczanki prawie ze ocieraly sie o niego, +rzucajac co chwila zalotne spojrzenia na ladnego chlopca. Niewiele +jednak z nich szlo samych, wiekszosc miala juz przy sobie +czulacych sie towarzyszy, szepczacych im z usmiechem slodkie +slówka. + +Pod wplywem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli +przejrzal sie uwazniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a +zadowolony z przegladu wlasnej osoby, spojrzal wesolo przed siebie. +Jakies puste pragnienie zabawienia sie, oszolomienia, podobnie tym +wszystkim, snujacym sie parom, owladnelo nim. + +Przeksztalcony okolicznosciami zycia w wiesniaka mieszczuch +przypomnial sobie naraz lata dawne, studenckie, pelne niefrasobliwego +jutra i wesolych kawalów, a choc przeplatane czesto bieda i +glodem, bogate jednak w milosc i swobode! + +Bawiac przelotnie w murach miasta, którego kazdy zaulek znal na +pamiec, a mijajacych go mieszkanców, szczególniej kobiety, jednym +rzutem oka nieomylnie segregowal, jak znawca, - zapragnal nagle +Krasnostawski napic sie koniecznie z musujacego uciech milosnych +kielicha. + +I mimo woli mlody czlowiek poczal uwazniej przygladac sie +kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukle i zgrabne, +mijaly go one, smiejace sie i wesole, uprawiajac z zamilowaniem +flirt uliczny, skrzacy sie miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak +poza nim na kazde spojrzenie przystojniejszego mezczyzny, +odwzajemniajace mu sie zalotnem zrenic blysnieciem - "oczkiem" i +obiecujacym nieraz wiele usmiechem. + +A rozmaitosc dzisiaj byla wielka. Wieczór przedswiateczny, +pogodny, lwia czesc wlascicielek nadobnych twarzyczek wywabil na +pierwszorzedne ulice - na wspólna arene letniego jakby "demisalonu" +pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, sniade, +czarnobrewe, blondynki, powiewne - biale, szatynki, o ruchach +omdlewajacych, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, +wlasciwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, zwawe - sunely +przed zachwyconym wzrokiem wiesniaka. + +I od tego rozpedzonego, barwnego, poruszanego jakby tajna jakas +sprezyna tlumu, bil na Krasnostawskiego swiezy, bo odzwyczajeniem +dluzszem starty, urok; nozdrza grac mu poczely, wchlanial w +siebie niewyrazny, niepochwytny powiew, sunacy jakby ponad glowami +publicznosci, goretszem okiem patrzyl w twarz kobietom, swawolnie i +niechcacy, na pozór, zagladal im prosto w oczy... + +Co zas przewaznie czytal w owych czarnych, szarawych, fijolkowych i +modrych oczach, z natury juz swej, zalotnych, bynajmniej nie zrazalo +go do tej; czynnosci. + +- Pójdz, pójdz, nie zrazaj sie pozornie skromna minka, badz +odwaznym, smialym, a moze... moze... - szeptaly, zda sie, cicho +wejrzenia niesmialsze, gorejac ogniem, nieprzeparcie ciagnac ku +sobie; daleko wiecej jeszcze mówily spojrzenia inne, a wszystkie +razem, wyzywane smialym wzrokiem mezczyzny, calowac go jakby sie +zdawaly, obiecujac milosc-pieszczote!... + +Ruchliwa fala w pewnych godzinach przelewajacy sie przez ulice +miasta, a obejmujacy soba oddzielna warstwe wracajacych z zajecia +pracownic róznej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roil +sie dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczecy swiatek, i coraz +bardziej liczny, barwniejszy - obejmowal go swym ruchomym usciskiem. I +mlody czlowiek, ulegajac stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom +dawnym, a zwiazanym scisle z tymze samym swiatkiem, zapomnial o +wszystkiem. + +Znikly mu z pamieci Gowartów, pan January, marszalkowa, +Ladyzynski, Ola, a odzyl w nim tylko dawny lobuz i balamut, +zadny swawoli i uzycia. + +Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujetych mala raczka, a +odkrywajacych modelowana slicznie, zgrabnie obuta, w azurowej +ponczoszce, nózke, otarla sie prawie o Krasnostawskiego wysoka +dziewczyna, smukla, jak gazella, czarnowlosa, i rzucila +mlodziencowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palacy , +smialy, rzucila mu takie same drugie, uwazniejniejsze jednak, +goretsze. Z dwojga par mlodych oczu posypaly sie iskry, a panu +Boleslawowi stanelo w tej chwili w mózgu, nieodwolalne ultimatum: +Ta, lub zadna! + +Puscil sie w pogon za piekna dziewczyna. Dognal ja niebawem, +zajrzal w oczy raz, drugi, trzeci, i poczal isc w slad za nia. +Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewcze skrecilo nagle w bok i +zniklo w bramie domu. + +Zawiedziony i zly, Krasnostawski obrócil sie na piecie, a +wlozywszy reke w kieszenie od palta, z humorem przystanal. W +oddali zachecajaco zielenial ogród sródmiejski, jakby zapraszajac +goscinnie. + +Mlodzieniec skierowal sie w te strone, i w dziesiec minut potem +wchodzil juz w brame ogrodu. + +O tej wieczornej i spóznionej juz porze cienie jago, tajemnicze i +ciche, pochlonely Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego +dolecialy jednoczesnie, z pogwarem drzew szumiacych splecione, +jakies szelesty, i szepty, i przyciszone gwary... + +To przytulone do siebie, tam i ówdzie po lawkach siedzac samotnych, +gruchajace przerózne "pary" fabrykowaly najczesciej udana, rzadko +szczera milosc... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, +tam znów, w kontrascie subtelniejszy, miekkszy, ten sam flirt +brukowy, rdzennie miejscowy, musowal, kipial po katach ogrodu, +przyczajony do tego stopnia, iz w niektórych alejach dla uwaznego +sluchacza grala po prostu, zda sie, powszechna jakby i wspólnie +harmonijna nuta, zlozona ze szmeru pocalunków, glosniejszych +pólslówek, namietnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego +smiechu... + +Odglosy te, drgajac w powietrzu, lecialy cicho ku wierzcholkom +drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadal wolno pozólkly +lisc wczesnej jesieni, - jakby pragnac przypomniec bawiacym sie tu +ludziom, o koncu wszystkiego na swiecie. + +Przeszedlszy sie po ogrodzie, Krasnostawski usiadl na jednej z +lawek. Zmeczonym byl nieco... Przyjechal kilka godzin temu zaledwie. +Marszalkowa, Ladyzynski, piekna nieznajoma, gwar miasta - wszystko +to znuzylo mlodzienca, przywyklego od lat paru do ciszy i +regularnego wiejskiego zycia. + +Wyjawszy papierosnice, zapalil papierosa, ziewnal, a spojrzawszy +obojetnie na siedzacych obok na lawce sasiadów, wpadl w mimowolna +zadume. + +W myslach stanela mu nagle wlasna przeszlosc w tem samem miescie +i przed oczyma migac poczely przerózne minionych lat obrazy. + +Ujrzal zatem siebie malenkim, u rodziców jeszcze, chlopcem, potem +gimnazista, a nastepnie akademikiem. Oblicza rozpierzchlych gdzies +po swiecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyly mu zywo, +wspomnial ich przywary, zalety charaktery i serca... + +W kalejdoskopie wspomnien odbilo sie, przesunelo równiez, kilka +twarzyczek kobiecych, pare szalów, niepomnych jutra, goraczkowych, +pieniacych sie wówczas rozkosza, plomieniem uczucia, a dzis +spopielalych juz i zagaslych zupelnie. + +A wszystko w tem miescie, z którego murami zzyla sie, zrosla jego +dusza. Dla chleba porzucil kolebke dziecinstwa - mlodosci... + +- Cha!... - westchnal glosno mlody plenipotent gowartowski, poczem +instynktownie obejrzal sie wokolo, i jakby nieco zawstydzony swem +westchnieniem, z pod oka uwaznie popatrzyl na swoich sasiadów. + +Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasunietym na oczy, w +wyszarzalej kapocie i z rekami w kieszeniach, drzemala jakas meska +figura, z glowa, wcisnieta w ramiona, zgarbiona, o nedznej +powierzchownosci; byl to zapewne pijak jaki ululany, lub moze biedak +bezdomny; z przeciwleglego zas kranca lawki jakis staruszek +zbieral sie do odejscia... + +- Przepraszam pana, która godzina? - zapytal go Krasnostawski, +pamietajac, iz zegarek zostawil przez roztargnienie w hotelu. + +Staruszek malutki, siwiutenki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknal +przyjaznie na mlodego czlowieka, oczy przymruzyl i rozesmial sie +glosno i dobrotliwie. + +- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucil w slad za tem - nie przyszla... +Ba!... la donna č mobile... - szczerze zasmial sie jeszcze do siebie +i podreptal dalej, nie odpowiadajac na pytanie mlodzienca. + +- A to ci mantyka jakis ! - usmiechnal sie Krasnostawski i +wzruszyl ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyslil +sie znowu. + +Tymczasem w tej samej wlasnie chwili siadala obok niego wysoka, +zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzacy staruszek wyglaszal swa +sentencye, pospiesznie przechodzila ona droga, a uslyszawszy +glosno wyrzeczono slowa, zwrócila uwage na siedzacego +mlodzienca i uwaznie spojrzala nan; poczem zwolnila kroku, a po +przelotnej wahania chwilce usiadla na lawce. Teraz zas, uporczywie z +pod oka, patrzyla na Krasnostawskiego. + +Ten zas poczul snac na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po +chwili machinalnie obrócil glowe w jej strone. + +Na widok nowej sasiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbil sie na +jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawac sie zdawal +piekna nieznajoma sprzed pólgodziny. Spojrzenia mlodych +skrzyzowaly sie. Z czarnych zrenic ladnej dziewczyny posypaly sie +iskry, poczem opuscila na oczy powieki, z rzesami dlugiemi. + +Krasnostawski jednak milczal w niepewnosci. + +- Nie, to nie ona - myslal - tamta, smukla gazella, piekniejsza +byla, lecz ta znów... tu spojrzal przeciagle na dziewcze - kto wie, +czy nie ponetniejsza, milsza?... Bez watpienia... co za oczy!... - +dopowiedzial sobie w duchu. + +Nie ruszal sie jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydala mu sie +dziwnie nieprzystepna - przynajmniej z powierzchownosci. Ubrana byla +z miejskim szykiem, przecietnym wprawdzie, ale nie razaco bynajmniej, +calkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakas nieujeta jakby +dystynkcya. + +Tak sie zdalo Krasnostawskiemu. + +W tej samej chwili nieznajoma podniosla nan znowu oczy. Powoli +zdjela woalke, wciaz palac spojrzeniem pieknych, duzych zrenic +i westchnela cicho... + +Krasnostawski instynktownie przysunal sie do dziewczecia blizej. W +pare jednak sekund pózniej, raz jeszcze przyjrzawszy sie delikatnemu +profilowi nieznajomej i przywolawszy w pamieci cale swe znawstwo +dawnego "don-juana", zawyrokowal w mysli: - "szyk facetka, ale szkoda +czasu," i obojetnie zgaslego zapalil papierosa. + +Poza tem, przed godzina pelen werwy i animuszu, teraz czul sie +zmeczonym i spac mu sie po prostu chcialo, rój mysli zas, +poruszonych niedawno, bezustannie macil mu sie w glowie. Ziewnal +wiec przeciagle i zamierzal juz powstac, gdy oto nagle, proszaco, +poslyszal wyrzeczone glosikiem dzwiecznym swej sasiadki: + +- Przepraszam pana... ale.... nie moge dac sobie sama rady... Czy... +nie bylby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinac mi parasolke?... + +Slowom tym towarzyszyl wyraz twarzy, pelny milutkiego wdzieku i +przybranej okolicznosciowo zaambarasowanej niby niesmialosci; +zatrzymala sie pytajaco... + +Widzac jednak na obliczu mlodego czlowieka usmiech i wyciagnieta +juz reke po parasolke, dokonczyla zalotnie, podajac mu ja: + +- Tylko... tak ladnie... cieniutko... + +- Pan sie dziwi, zapewne - dygnela juz smialo, lecz z tym samym +nieokreslonym nieco twarzy wyrazem, - ze ja, nie znajac pana, +osmielam sie, pomimo to, trudzic go... ale... + +- Boli raczka? - podchwycil Krasnostawski spiesznie i pochylil sie +ku dziewczeciu, z usmiechem. + +W oczach dziewczyny zapalily sie skry, nerwowo zadrzaly jej +wisniowe usta i rozchylily sie kuszaco... Zasmiala sie... + +- Tak, mam reumatyzm w prawej dloni... - odparla z powlóczystem +spojrzeniem. + +I rozmowa w slad zatem potoczyla sie gladko... Krasnostawski poczul +sie w swoim zywiole, wpadl w zapal, dowcipkowal, smial sie, +opowiadal. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinala mu sie +dowcipnie, podtrzymywala rozmowe... + +Gwar dwojga mlodych odbijal sie echem po coraz to pustszym ogrodzie; +spiacy dotad spokojnie na lawce sasiad ich, bezdomny biedak, +zbudzony, zaklal z cicha i bez ceremonyi polozyl sie na lawce, +jak dlugi. + +Wespól z towarzyszem rozesmialo sie piekne dziewcze. Powstali. + +Pobladziwszy zas samotnie po alejach ogrodu, w pól godziny +pózniej wychodzili z niego, ochoczo i zwawo, na pusta ulice, +trzymajac sie pod rece, po przyjacielsku juz zupelnie. Mlody pan +plenipotent gowartowski skinal na stojace opodal "gumy", kazal +stangretowi podniesc bude, wsiadl do powozu razem z piekna nowa +znajoma, rzucil adres - i pojechali... + +Gdy w ten sposób odzyly w wiesniaku lobuz zabawial sie swobodnie +w wesolym grodzie - na Ukrainie, w palacu gowartowskim, który +zaledwie opuscil byl dwa dni temu, w ta sama noc wrzesniowa, +pomimo spóznionej juz wielce pory, palily sie, jeszcze swiatla. + +Po obszernych komnatach duzego pietrowego domu, otoczonego cienistym +parkiem, przechadzal sie, zamyslony, pan January Gowartowski, z +rekami zalozonemi na piersiach. Klasc sie na spoczynek wcale nie +mial ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomosci +o slubie Oli, sen, wyploszony cierpieniem i myslami, bezpowrotnie, +zda sie, ulecial od powiek starca. + +Pan January juz od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, +nie sypial wcale. Chodzil po pustych komnatach, myslal, czytal, +czasami wychodzil na przechadzke, blakal sie po polach, z rzadka +bardzo polujac do swita na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, +oddajac sie teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby +zniecheceniem. + +By sobie zas te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicic, pan +January wzial sie do pisania wlasnych pamietników, a sunac +piórem po papierze i godzinami zapelniajac go swem drobnem pismem, +nieraz potem, znuzony, zasypial przy biurku, i tak go nazajutrz nad +ranem zastawal lokaj. W ciagu dnia zas wyraznie nudzil sie coraz +bardziej; czasami odwetowal sobie dlugie biale noce ciezkim snem po +obiedzie; poza tem nie wyjezdzal nigdzie, ani do sasiadów, ani +nawet do kosciola, nikogo równiez nie przyjmujac. + +W palacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiac +sie stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie byl +iscie razacym. Poprzednio, wesoly, usmiechniety, rzezki, nad wiek +swój zywy, bioracy udzial we wszystkich sprawach wiejskich, +interesujacy sie najdrobniejszym niemal szczególem, obecnie zmienil +sie rzeczywiscie do niepoznania. + +Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadl pan January w trwajacy +dotad stan apatyi, zniechecenia i nudy, a powiekszajacy sie ciagle +i coraz bardziej. Z malzenstwem Oli pogodzil sie, bo zgodzic sie +na nie musial, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyslna reka +córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoila sie bynajmniej. Pan January +zamknal sie w sobie i przezuwal cierpienie wlasne, nie mogac o +niem zapomniec. + +I czyz nawet mozna bylo dziwic sie temu? Kazdy kat, kazda +sciezka i sprzet w palacu nasuwaly biednemu ojcu na pamiec +jedynaczke, martwota zas i cisza komnat, oraz ich glucha pustka +przypominaly stale nieobecnosc jej bezpowrotna. + +Gdy Krasnostawski, zamieszkaly w pobliskim folwarku, Tomaszówce, +wpadal tu czasem w interesach i sprawach majatkowych, - ozywial +nieco obecnoscia swa te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, +dnie jeszcze bardziej dluzyly sie panu Januaremu. + +Na stole w jadalni gowartowskiego palacu lezalo kilka ksiazek, obok +w salonie i buduarze widnialy porzucone pisma swieze - na biurku w +gabinecie przyleglym bielaly rozlozone arkusze, zapelnionego pismem +papieru. Pan January przed chwila przestal byl czytac, oraz pisac +teraz zamierzal, a przechadzajac sie tymczasem poprzez szereg +czterech lezacych obok siebie, otwartych, pooswietlanych pokoi, +myslal. + +W ciszy uspionego juz od dawna domu wybila godzina druga... + +Monotonny odglos zegara zbudzil Gowartowskiego z zadumy. Poruszyl +sie szybciej, sam pogasil swiatla w czterech sasiednich komnatach, +poczem, westchnawszy cicho, przetarl dlonia czolo i usiadl przy +biurku przed rozlozonemi cwiartkami papieru. + +Nie wzial jednak pióra do reki... Mysl leniwa odbiec na rozkaz nie +chciala, podparl wiec pan January dlonmi glowe i zamyslil sie +znowu. + +Wokolo, z umilklem echem jego miarowych kroków, zapanowala +niezamacona niczem cisza, i trwale dosc dlugo, nie przerywana zgola +niczem. + +Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósl glowe dziedzic Gowartowa, +siegnal po pióro i zaczal pisac szybko. Jedne po drugich +wypelnialy sie jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na +biurku, zgrzyt zas stalki w milczeniu gluchem donosnie rozbrzmiewal +po pokoju. W ten sposób minela godzina, a moze i wiecej... + +Przestal wreszcie pisac ojciec Oli, odlozyl pióro i schowawszy +starannie papiery do szuflady biurka - powstal. + +Wywolany zazwyczaj umyslowem znuzeniem, sen nie kleil jednak dzisiaj +powiek jego. + +Przeciwnie. Zmuszony przed chwila jeszcze, oderwawszy sie od +terazniejszosci, zanurzyc w przeszlosc wlasnego zycia, która +opisywal - pan January orzezwionym byl jakby, a wyraz melancholyi +smutnej znikl z oblicza jego, oczy patrzaly jasniej jakos, +zapatrzone, zda sie, w odlegle dawne wspomnienia... + +I wyparte ta chwila obecna, cierpienie pierzchlo na chwile, ojciec +Oli zas, spragniony snac powietrza, otworzyl okno, wychodzace na +ogród. + +Dotykajac szyb, zaszelescily cicho galezie pnacego sie wysoko po +murze winogradu, i powiew balsamiczny, swiezy, wplynal do pokoju. + +Palac gowartowski górowal nad okolica. Do stóp jego, poza parkiem i +stawem, w pólkole, tulila sie wioska, a dalej widnialy uprawne +pola, odcinal sie na widnokregu sinawy pas lasów, wsród +rozleglych zas, jak okiem siegnac, plaskich obszarów - majaczylo +kilka dalekich siól i futorów... + +W chwili, gdy pan January stanal w oknie gabinetu, z którego +krajobraz ten caly, jak na dloni, mozna bylo objac okiem - nad +otaczajacemi Gowartów wkolo równinami, pelnemi nieujetego jakby +smutku i niewyslowionej dziwnej tesknoty - nad zadumanymi jarami, +sennymi lanami i bielejacymi szerokimi traktami - z wolna gasla +wlasnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknac, +pierzchaly ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgly przedporanne +blakaly sie tam i ówdzie, pólmrok zas szarawy przedswitu, +walczacy z cieniami nocy, coraz bardziej zwycieski, hardy, panoszyl +sie juz dokola. + +Gowartowski stal nieruchomo w oknie, a odczuwajac gleboko nieujety +czar, plynacy ku niemu senna fala z ziemi rodzinnej, jednoczesnie +uczuwal w duszy chec konieczna wyrwania sie, choc na krótko z +tych ciasnych ram pokoju. + +W tej samej chwili cisze drzemiaca przerwal nagle pojedynczy +dzwiek, rytmiczny i daleki. Wplótlszy sie melodyjnym akordem w +ogólne milczenie, szedl coraz donioslejszy... blizszy... + +Przez perlace sie jeszcze nocna rosa lany zboza i laki, zagony +buraków i jary, lecialo monotonne echo dzwonka, zalosne soba i +jakby smetne, blakajac sie po uspionych jeszcze obszarach, budzac +drzemiace ptactwo, leniwo i niechetnie zrywajace sie gdzieniegdzie +do lotu. + +- Telegram! Moze do mnie, pójde i zobacze... mruknal do siebie +pólglosem pan January, i odstapiwszy od okna, siegnal kapelusz. + +W tej samej chwili wzrok jego przesunal sie po scianie, na której +wisiala strzelba i przybory mysliwskie. Gowartowski spojrzal mimo +woli na swój ubiór. + +Byl w butach wysokich z cholewami, których dobe cala nie zmienil, +pelen apatyi. + +Po przelotnej chwilce wahania, pan January wzial strzelbe, torbe, +naboje i wyszedl przez balkon do ogrodu. Czul potrzebe ruchu, +powietrza i postanowil zapolowac na dzikie kaczki. Drzemiaca zylka +mysliwska przebudzila sie w Gowartowskim, a odnalazlszy ulubienca +swego, legawca, spiacego w ladnej budce, wyruszyl przez park na +pola. + +Mysl jego byla jakby wolniejsza, wzrok zas uporczywie scigal +krajobraz, niejako wsluchujac sie w bliski juz teraz zupelnie +odglos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunela mu bezpodstawne +przypuszczenie, iz moze ten oto znajomy dzwiek, zwiastujacy +telegraficznego poslanca, przyniesie mu jakas dobra, a +niespodziana od Oli wiadomosc. + +Rzeczywistosc, jak zwykle, rozwiala chwilowe zludzenie. Spokojnie i +równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyzu drewnianym, +przesunela sie sennie, w jednego konia, dwukolowa bida, z siedzaca +na niej skulona postacia, i brzeczac dzwonkiem, zginela w mglach +porannych. + +Dziedzic Gowartowa westchnal, i minawszy park oraz wioske, boczna +sciezyna skierowal sie ku polom. Poprzedzany krecacym sie +wesolo, calym czarnym, z bialemi lapami, legawcem, w pól godziny +potem spuszczal sie w jar gleboki. + +Otulony cisza przedswitu, drzemal tu staw obszerny, caly zarosly +sitowiem - siedziba kaczek dzikich; maly mlynek drewniany, cichutko +szemrzac przelewajaca sie woda, odpoczywal, przyparty do wazkiej +grobelki; w jej pobliza malenka, garbata chatynka mlynarza +dopelniala krajobrazu. + +Po raz pierwszy od bardzo dawna poddal sie pan January obecnej chwili +tylko, zapomniawszy momentalnie o dreczacem go cierpieniu. Stapajac +ostroznie i cicho po zroszonej trawie, szedl wzdluz stawu, nad jego +brzegiem, rozgladajac sie bystro dokola. + +Milczenie i spokój panowaly niepodzielnie w tym zakatku. Czasem tylko +zalopotalo cos w sitowiach i zaraz zcichlo; tuz ponad senna tafla +wód przelecial wolno kolo idacego mysliwca jastrzab wodny, kulik, +zniknawszy niebawem z oczu... + +I melancholijna szarosc, jeszcze na wpól pograzona we snie, +cicha, królowala dalej znowu, skupiona w sobie, niezamacona niczem, +chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca. + +Nagle pan January przystanal: + +- Wara! do nogi! - syknal cicho na psa. Legawiec, podnióslszy lewa +lape i wyprostowawszy ogon sprezyscie, znieruchomial. + +Na czysta tafle wód stawu, rzecz rzadka, wyplywaly powaznie dwie +kaczki dzikie i kolyszac sie niedostrzegalnie, zblizaly sie, ufne, +z wolna plynac, na odleglosc strzalu. Mysliwiec odwiódl kurka u +strzelby, jak mógl najciszej, i przylozyl bron do ramienia. + +Przeczekal chwile jeszcze, i pociagnal za cyngiel... + +Odbity w milczeniu dziesieciokrotnem echem huknal w ciszy pierwszy +strzal!... Dosiagl on jednoczesnie obie kaczki, polozyl je +trupem, i zbudzil zarazem spiaca w sitowiach zwierzyne. + +Zagotowalo sie tam teraz wszedzie; tlumione szelesty rozlegly sie +na wsze strony; kurki wodne, kaczeta, kaczki nawolywaly sie +wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwalo sie nawet hen, w +perspektywie, na drugim krancu stawu... daleko. Jedna zas, wynurzywszy +skads, z charakterystycznym poswistem skrzydel, przeleciala: wysoko +prostopadle ponad glowa mysliwego. + +Posluszny legawiec jednoczesnie przynosil panu w zebach zabita +zwierzyne; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesil je u torby i +poszedl dalej. + +Powoli, stopniowo, rozjasnialo sie tymczasem.. Na wschodzie, gdzies +w oddali, widnokrag zarózawial sie, niedostrzegalnie, leciutko... + +Ojciec Oli Dzierzymirskiej, ze spuszczona glowa, postepowal +wciaz brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwalo sie +trwozliwie, mysliwiec jednak nie zadawal sobie trudu strzelac do +nich, bo oto znowu, wywolane na pozór drobnostka, pochlonely +bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne. + +Rok temu, podobnie jak dzis, polowal on tutaj. + +Razem z Ola wyjechali o drugiej, noca, i przybyli nad staw przy +ksiezycu jeszcze. Tak samo cisza uspienia panowala dokola, tak +samo, jak przed chwila, na ton czysta, lsniaca sie tylko w +dogorywajacych, drzacych promieniach miesiaca - wyplynela +zwierzyna... + +Pamieta, jak dzis, owa chwile, radosc córki z tej przejazdzki i +jej ciekawosc asystowania przy polowaniu. Stoi mu zywo przed oczyma +twarzyczka jej zarumieniona, ladniutka, wzruszona, ciekawie sledzaca +wzrokiem kaczki, plynace po wodach... + +Pamieta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy juz cyngla dlonia +dotykal, szczebiot jej wesoly sploszyl zwierzyne, i jak wówczas +Ola tego sobie darowac nie mogla... + +Westchnienie ciche podnioslo piers Gowartowskiego, brwi zmarszczyl i +zatopil sie w myslach niepomny zupelnie otoczenia swego. + +Tymczasem zwierzyna co chwila podrywala sie tam i ówdzie, +przelatujac blisko idacego machinalnie naprzód mysliwego. + +Legawiec, krecac ogonem, wiercil sie na wszystkie strony, skamlal +niesmialo, z cicha, gonil uciekajace kaczki i powracal, podnoszac +rozumny swój wzrok na zamyslonego pana, z wyrazem zdziwienia, iz nie +slyszy juz strzalów - wyraznie zgorszony postepowaniem jego. + +Staw tymczasem juz sie konczyl.. + +W poblizu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem +blotnistych moczarów, widnial taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i +sitowiem zarosniety caly. + +Znajac snac dobrze droge ku niemu, pan January nie zatrzymal sie, a +tylko ciagle tak samo zadumany, ruszyl w droge dalej, prosto przez +bagno, stawiajac powoli stopy na trzesacych sie kepkach zielonych. + +Pod ciezarem ciala idacego mysliwca grunt uginal sie, kolysal +niedostrzegalnie, a pod nim chlupotala woda i poruszal sie krag +caly wodnistej ziemi. + +Pan January nie zwracal jednak na to zadnej uwagi; w myslach +rozpamietywal cos ciagle, w oczach zas uporczywie majaczyla mu +wywolana przypomnieniem twarz i postac Oli, przeslaniajac sylwetka +swa wzrok jego zamglony. + +Roztargniony jakby, tu, gdzie sie znajdowal, zgola nieobecny, +Gowartowski szedl przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga +niespodzianie obsunela mu sie na malej kepce, i malo, malo, ze +nie stracil równowagi... + +Tymczasem poza nim, w dal roztwieraly sie niby widnokregu podwoje... + +Stopniowo, waskie pasmo skrytego jeszcze slonecznego swiatla, roslo +na niebiosach. Z pod bialych puchów poslania i spuszczonych +dyskretnie jakby gazowych u loza zaslon - zarumieniona, wstydliwa +wychylac sie poczela jutrzenka rózana, przeciagajac sie +lubieznie jeszcze poza przejrzysta opona obloków bladych... + +Ponad stawem lataly teraz ciagle kuliki; w dali na horyzoncie, z +innego snac legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciagnelo tutaj +cale stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrzab +krazyl majestatycznie nad lanem zboza... + +Ostatnie wreszcie cienie przedswitu pierzchly nagle... Pierwszy +promien slonca wyjrzal niesmialo, blysnal po bialych scianach +chatynki i blaszanym dachu starego mlyna, dotknal sie tafli stawu, +zamigotal w metnych blotach moczarów i musnal pieszczotliwie +odwrócona sylwete idacego mezczyzny. + +Na blyszczacej lufie przelozonej przez plecy strzelby zapalil sie +blaskiem. Minela chwila... i juz tryumfalnie zajasnial on, +objawszy plomieniem swiatel liscie kilkunastu drzew, rosnacych +wsród bagien. Postac kroczacego miarowo po moczarach czlowieka na +zakrecie, czy tez w drzew cieniu, znikla nagle w mgnieniu oka... + +Po chwili w dali rozleglo sie tylko glosne szczekanie psa. + +Umilklo... + +Nad ziemia w tej samej chwili wstal dzien nowy, pelen nadziei, z +radoscia na promienistem czole. + +--------- + + +Na platformie kawiarni, polozonej na szczycie góry "Gutsch," +wznoszacej swój cypel wyniosly ponad wdziecznie rozrzucona u jej +stóp Lucerna, roilo sie od turystów, siedzacych przy stolikach. + +Szmery prowadzonych rozmów laczyly sie w akord wspólny z grajaca +smetnie i cicho orkiestra, wzrok zas wypoczywajacych gosci +piescil widok cudny i wspanialy na miasto, tulace sie zacisznie do +brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe glebie, w których +lustrzanej toni milczaco przygladaly sie równiez zadumane +wierzcholki gór. + +Zamykaly one lancuchem swym caly widnokrag naprzeciw miasta, po +drugiej stronie jeziora, i ramowaly na prawo kreta szyje wód jego, +plynacych cicho w dal... + +Ozlociwszy purpura i zlotem sniezne szczyty ginacych we mgle Alp, +zamigotawszy krwawo na bialych frontach nadbrzeznych hoteli, +spiczastych wiezach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, +wlasnie przed chwila zgasl ostatni promyk slonca... + +Natomiast zmierzch szary juz obecnie wychylal sie skads +niesmialo, slizgal sie po gladkiej tafli jeziora, przechadzal po +dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starozytnych i waskich, +a omraczajac szesciokatny czubek, polozonej tuz przy jednym z +nich, oryginalnej wodnej wiezycy, swawolnie zdawal sie zatapiac ja, +jedynaczke, sterczaca zabawnie posród wód szafiru. + +A tymczasem, pod wplywem idacego wieczora, cichlo jakby jeszcze +bardziej wszystko dokola... Senny spokój plynac sie zdawal od +Lucerny, która, choc przepelniona goscmi z calego swiata, +tetnic poczynajaca wlasnie o tej porze muzyka i gwarem - +obserwowana jednak stad, z "Gutsch" wierzcholka, wydawala sie tak +spokojna - tak cicha, jakby nie byla zgola punktem zbornym +kosmopolitycznej towarzystw smietanki, ale tylko - oaza wytchnienia i +swobody. + +W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, +przy stoliku, siedzialo piec osób. + +Towarzystwo to skladali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córka i +powaznym jegomosciem, ojcem zapewne rodziny - mlody, zwawy, +przystojny Francuz i Dzierzymirscy. + +Ozywiona, niemilknaca rozmowa, podtrzymywana glównie przez Ole i +mlodego Francuza, panowala przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. +Stary jegomosc smial sie co chwila serdecznie i jowialnie z +dowcipów mlodzienca, panienka równiez rozmawiala wesolo i jeden +tylko Dzierzymirski stanowil w tym akordzie dobranym kontrast az +nadto wyrazny, zachowanie sie zas jego milczace i bierny, li tylko +konieczny, udzial w rozmowie, swiadczyly dobitnie, ze to wszystko +nudzi go nad wyraz. + +Oczy Dzierzymirskiego, pelne zamyslenia, prawie bezustannie +spoczywaly na krajobrazie u podnóza góry, z rzadka przenoszac sie, +obojetne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywal sie glównie +na Oli. Zaduma smetna, od otoczenia daleka, znikala wówczas na +chwile z jego oblicza, zrenice zas czarne Romana, ciemniejszemi +stawaly sie, badawcze... Nader korzystnie zas dnia tego wygladala +pani Ola. Ubrana w zgrabna suknie, z jasnej materyi, czynila +wrazenie wytworne i eleganckie; obnazone zas dosc gleboko, z +okazyi niby goraca, piers, szyja i ramiona, przykryte tylko azurowa +koronka, stanowiaca calosc z suknia - podnosily jeszcze wdziek +jej postaci. Siedzac obok mlodego Francuza, rozmawiali z nim +przewaznie, smiejac sie, dowcipkujac, i bezwiednie zapewne tylko, +rzucajac mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia. + +Trwalo tak dosyc dlugo. Po niejakim czasie jednak Ola zauwazyla +snac dziwne troche zachowanie sie meza, bo, skorzystawszy z +ogólnego powstania, spowodowanego czyjas uwaga o krajobrazie, +zblizyla sie do Dzierzymirskiego, i przytuliwszy sie, otarlszy, +jak kocie, swa rozkwitla kibicia o niego, miekko i czule +zapytala: + +- Cos taki smutny, Romciu, co ci? + +-Nic, kochanie! - odparl krótko Dzierzymirski i dorzucil po chwili: + +- Ale, a propos, ja cie tu zostawie, bo sam wpasc jeszcze musze na +poczte, tam, na dole... + +- Koniecznie chcesz tam isc? To moze jedzmy juz razem?.. + +Dzierzymirski odczul niechec lekka w glosie zony; cien ledwie +dostrzegalnego niezadowolenia, przemknal mu po twarzy, odezwal sie +jednak szybko: + +- Nie, nie, zostan, ma chčre, prosze cie... Spotkamy sie pózniej +w alei nadbrzeznej, bede czekal na ciebie... au revoir... + +Dzierzymirski scisnal zlekka raczke zony i zrecznie wycofal +sie z platformy, zdazajac po schodkach na dól, do stacyi kolejki +zebatej, zwanej "funiculaire," a laczacej w pieciu minutach czasu +góre z miastem. + +Zajete lornetowaniem krajobrazu - którego wdziek teraz dopiero, po +chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdolal przemówic do ich +poczucia piekna. Towarzystwo nie zauwazylo nawet odejscia Romana. +Ten ostatni spuszczal sie powoli po schodkach i zasiadl niebawem w +wagoniku kolejki, wkrótce ruszyc majacej do Lucerny. + +- A to mnie znudzili - mruknal - zakazane towarzystwo... + +W tej samej chwili rozlegl sie sygnal odjazdowy, wagoniki poruszyly +sie z chrzestem, i hamowane, powoli w dól spuszczac sie zaczely. + +Roman obejrzal sie; w wagonie, dziwnym zbiegiem okolicznosci, +znajdowal sie zupelnie sam. + +Wygodnie wyciagnal nogi, rozparl sie i patrzyl w dól. + +Przed nim czerniala stromo idaca para szyn kolei, z polozonym +posrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, +drzemalo jezioro - wierzcholki gór stopily sie w zmierzchu, zlaly +jakby z chmurami niebios, w ciemnosciach zas, coraz to wiekszych, +wystepowaly teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki bledne, +zapalaly sie co chwila tu i tam swiatelka. + +Roman nagle przymknal oczy. + +Bo oto jemu - wpatrzonemu ciagle w dól, w stroma pochylosc i +powietrzna próznie, dzielaca jeszcze kolejke od jeziora i, miasta +- zakrecilo sie w glowie, w wirze zas tym wylonila nagle sie +jedyna szalona mysl, spowodowana jakims jednoczesnym, nic nie +znaczacym wagonów halasem. Mianowicie zdalo mu sie po prostu, ze +oberwany pociag leci w dól, coraz szybciej, i... ze juz... juz oto +w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie sie on niebawem szklistej +toni wód... + +Po krótkiej atoli chwilce Dzierzymirski otworzyl oczy i rozesmial +sie glosno. + +Nic wokolo nie zmienilo poprzedniego wygladu. Wolno i ostroznie +staczala sie kolejka dalej, jezioro byle juz tylko znacznie blizej, +u brzegu jego mrugala, iskrzaca sie dziesiatkami swiatelek, +Lucerna; wagony, brzeczac, spuszczaly sie ciagle, zawieszone nad +miastem. + +Roman wzruszyl ramionami. + +- Co mi dzis jest! sarn nie wiem! - mruknal. + +W istocie byl nie swój od samego rana. W silnej mierze niewatpliwie +przyczynilo sie do tego postepowanie zony. + +Zapoznawszy sie sama z kilkoma osobami, o natretnej manji +zaznajamiania sie, zanudzala go od kilku dni pobytu w Lucernie ich +obecnoscia bezustanna, bawiac sie wszakze sama znakomicie. I to +wlasnie ostatnie najbardziej irytowalo Romana. Tak unikal dotad +ludzi, tak uciekal od nich, by byc samym tylko z Ola, by bez +zamacenia niczem pic szczescie chwili i ta miloscia w sobie +wszystko zagluszyc!.. + +Ominal wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, +gdzie pochowana byla na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza +tem posiadal jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym +celu unikniecia musu obcowania z ludzmi, innymi, prócz niej, Oli... + +A tu tymczasem ona sama wyszukiwala sobie jakies zakazane figury!.. + +Roman przy tej ostatniej mysli, wyrzuciwszy z ust dogasajacego +papierosa, zachnal sie niecierpliwie. + +Bo na przyklad ten Francuz, czyz nie wzbudzal w nim slusznego +gniewu? Mlodzik nieznosny, z bezmyslnym, banalnym wiecznie na ustach +usmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze sie +smiala... + +- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówil sobie dalej Roman, - w +Wenecyi przeciez bylo daleko gorecej, nie ubierala ona jednak gorsu +swego tak przejrzyscie, a tu chlód w porównaniu... + +- Dla tego osla z Paryza niewatpliwie, by mógl cynicznie i +lubieznie napawac sie ksztaltem i cialem jej kibici! - pólglosem +dopowiedzial podrazniony Dzierzymirski. + +- Ze tez te kobiety bez wabienia mezczyzny po prostu zyc nie +moga!.. - wyrwalo mu, sie jeszcze. + +Spostrzezenie powyzsze, a tyczace sie w danym wypadku wlasnej +zony, gniewalo go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwujac +Ole, dostrzegl ceche w charakterze jej, nieznana mu dotad: chec +zalotna przypodobania sie innemu mezczyznie - nie jemu... +Jatrzylo go to bardzo, choc pragnal pozornie traktowac fakt ów +lekko. + +Wagoniki stanely wlasnie. Roman wyskoczyl szybko i skierowal sie +ku gmachowi poczty, polozonemu kolo glównego mostu, tuz przy +dworcu kolejowym. Przed paru dniami wyslal list do kraju, do jednego +ze swych dobrych znajomych. Powiadamial go o swoim slubie i zarazem +prosil usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem miescie mówia o jego +malzenstwie i co porabia January Gowartowski. + +Dzierzymirski najbardziej byl ciekawym tej ostatniej wiadomosci, ze +wzgledu na Ole i smutek, od niedawna, stopniowo zlobiacy, coraz +czesciej jej twarzyczke. + +Podal adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy +razno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazl sie juz przy +wlasciwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. +Spiesznie powiedzial urzednikowi swe imie i nazwisko. + +Grymas pocieszny wykrzywil twarz tego ostatniego, i wykrztusil z +trudnoscia: + +- Dziez-Dzier... Cornment? Čcrivez, monsieur, sil vous plait! - podal +kartke Dzierzymirskiemu. + +Roman poslusznie napisal swe nazwisko. + +Urzednik wzial papier do reki, skrzywil sie raz jeszcze, poczem +wzruszyl wymownie ramionami, a po chwili dopiero podal cudzoziemcowi +list. + +Roman chwycil go spiesznie i wybiegl na ulice. + +Przy swietle latarni rozerwal koperte i czytac poczal zapelniona +bitem pismem cwiartke. Twarz jego wyrazala niepokój i zaciekawienie +widoczne, które po chwili dopiero ustapily wrazeniom, otrzymanym +bezposrednio z lektury pisma. + +List ten, donoszacy o towarzyskiem zyciu w rodzinnem miescie, o +ostatniem przyjeciu u marszalkowej, i pogloskach o stanie +Gowartowskiego, nic w sobie zatrwazajacego nie mial. + +"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jesli chcesz +koniecznie miec dokladne wiadomosci o wszystkiem, tyczacem sie +Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniose ci szczególowo.." +opiewal koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum... + +Uspokojony, Dzierzymirski zlozyl list i schowal go do kieszeni; pod +wplywem jednak ostatnich slów pisma, zawrócil, przestapil raz +jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówke z widokiem, napisal +szybko, odrecznie, przyjacielowi swemu kilka slów szczerego +podziekowania, z prosba o dalsze wiadomosci, podawszy adres "Vevey", +dokad zamierzal z Ola udac sie nazajutrz. Poczem wyszedl +spiesznie i wrzuciwszy karte, skierowal sie przez szeroki most ku +nadbrzeznej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu +Lucerny, pelnemu w obecnej chwili publicznosci, rozbrzmiewajacemu +muzyka, wesoloscia i gwarem. + +Minawszy most, Roman wkrótce znalazl sie w cieniu drzew i uszedlszy +pareset kroków, siadl na samotnej laweczce, kapelusz zdjal i +polozyl obok siebie. + +Wpólobróciwszy sie jednoczesnie, ujrzal stragan z owocami. Poczul +nagle pragnienie, i skinal, kazawszy sobie przyniesc pare gruszek i +brzoskwin. + +Gdy usluzny szwajcar podawal mu je, z ugrzecznieniem, Dzierzymirski +siegnal do kieszeni, a wyjeta ruchem szybkim sakiewka jego +roztworzyla sie, i zawartosc jej cala wysypala sie szeroko i z +brzekiem na ziemie. + +Roman, widzac to, machinalnie schylal sie juz, by zebrac lezace +na zwirze alei kilkaset moze franków, w zlocie i srebrze, gdy oto +jakas refleksja nagla powstrzymala go w pól ruchu. Wyprostowal +sie. + +Rzuciwszy zas oczekujacemu na zaplate przekupniowi po francusku, +niedbale: "Ramassez Ēa.! - odwrócil sie obojetnie na pozór w +druga strone, i utkwil wzrok w jezioro. + +Po chwili, w pólobrocie glowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na +zorana bruzdami, opalona twarz szwajcara, zbierajacego juz rozsypany +pieniadz - zamyslil sie... + +O, jakze on pragnal w tej chwili, by z garsci tych oto pieniedzy, +które mu wreczonemi beda za pare minut , zabraklo +pieciofrankówki choc jednej!... + +Podarowalby on ja smialkowi temu, a biedakowi zapewne, z +pewnoscia!... Bo czyz?... Czyz godziloby sie "jemu" rzucac na +niego kamieniem?... + +Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, goraczkowo, +niecierpliwie oczekiwal rezultatu swej próby. + +- Wezmie, z pewnoscia wezmie! - mówil sobie równoczesnie w duszy +i glos jakis cyniczny, drwia co wolal w nim szyderski. + +- "Uczciwosc ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. +malowana, wzorzysta zewnetrznie kraszanka, wewnatrz zas skrycie +cuchnaca!..." + +Przed Dzierzymirskim roztaczal sie tymczasem krajobraz wdzieczny nad +wyraz. W drzacych wiec oto glebiach jeziora, na prawo, +przegladalo sie tysiacem swiatelek miasto... plynace wody, o +kilka kroków od alei, skrecaly w bok, toczac swe ciemne fale, jak +rozpieta nad niemi wrzesniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po +powierzchni jeziora blakaly sie lódki i male stateczki, przy +kazdym zas blyszczala czerwona, duza, okragla latarka, krwawym +sladem, sciezyna purpury znaczac gleboko swe przejscie w +przezroczej toni. + +I ogniki owe, lacznie ze swem odbiciem, drzaly tak bezustannie po +jeziorze, sunely z wolna, zmienialy miejsce - wreszcie malaly, +utozsamiajac sie jakby w dali latajacym gdzies swietojanskim +robaczkom... + +Na lewo zas, tuz przy brzegu, u przystani statków parowych, inne +znów ognie dotrzymywaly tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne +spacerujacych gosci puszczano tam fajerwerki; krecily sie zatem +mlynce, pekaly rzymskie swiece, strzelaly wysoko barwne rakiety - +spadaly snopami iskier, ginely w ciemnych falach jeziora. + +Dzierzymirski, wpatrzony poczatkowo bezmyslnie, poczal sie teraz +wlasnie przygladac uwazniej, ujety wdziekiem widoku, gdy nagle +poslyszal glosno wyrzeczone kolo siebie slowa: + +- S'il vous plait, monsieur! + +Roman odwrócil sie szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniadze, +oddawal mu sakiewke. + +- To dobrze, macie za owoce i fatyge! - pospiesznie odparl +Dzierzymirski i wreczyl przekupniowi dwa franki, w srebrze. + +- Merci, monsieur! - akcentujac przeciagle ostatnia sylabe u wyrazu: +pan, odparl zadowolony Szwajcar, sklonil sie, bez unizonosci +jednak, i odszedl. + +Dzierzymirski wstal i skierowal sie ku innej, odleglejszej, skrytej +cieniem drzew, a pustej równiez lawce. Wychodzac z domu, dziwnym +trafem okolicznosci, przerachowal wlasnie pieniadze i wiedzial co +do grosza, ile ich znajdowalo sie w portmonetce. Odtraciwszy w mysli +wydanych kilkanascie franków, poczal goraczkowo liczyc zloto i +srebro. + +Nie brakowalo ani jednego centa. + +Widoczne rozczarowanie odbilo sie na twarzy Dzierzymirskiego. +Pochylil sie na siedzeniu, oparl lokcie na kolanach i ukryl twarz w +dlonie. + +- Wiec ludzi uczciwych na swiecie nie brak... Uczciwym byc potrafi +nawet czlek prosty, wiec tylko ty... ty!.. - huczalo mu bezlitosnie +w glowie, i rumieniec wstydu palil policzki. + +Nie mogac usiedziec, Roman zerwal sie po chwili z lawki i +skierowal przed siebie nadbrzezna aleja. + +Minal niebawem jeden z pierwszorzednych hoteli, przed którym co +wieczór stale grywala orkiestra, dotarl az do polozonego na koncu +"quai" - kursalu, - zawrócil, wciaz opanowany jedna i ta sama +mysla. + +W okolo niego roilo sie teraz od eleganckiej, wytwornej +publicznosci; piekne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani +panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urzadzonym z wielkim +komfortem hotelem "National", towarzyskie kólka siedzialy grupami na +bambusowych fotelach - bawiono sie wesolo; wykwintnych gosci pelno +bylo równiez i wewnatrz hotelu, we wspanialych salach na dole; +przez otwarte na sciezaj okna dochodzily dzwieki walca - tanczono. + +Kosmopolityczny prózniaczy high-life, zjechawszy sie tutaj, uzywal +do woli wywczasu i przyjemnosci, starajac sie zarazem opróznic +kieszenie z niepotrzebnego zlota, oraz zabic czas milo i polknac +trawiaca nude. + +- A moze miedzy nimi znajduje sie on "wlasciciel", "on", wówczas, +przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drazniac +Romana uporczywie, mysl dziwaczna meczyc go nagle poczela. +Wstrzasnal sie i skrzywil bolesnie... + +W tej samej chwili jednak, do uszu jego dolecial swiezy, jedrny +glos kobiecy. + +Piesn wloska, namietna, jak krew i milosc dzieci poludnia, +drzaca uczuciem, pomknela po drzacej fali jeziora, ponad glowy +przechadzajacych sie gosci, odbila sie o echo gór... + +Ktos z plci nadobnej spiewal artystycznie i pieknie w jednej z sal +"National'u"; Dzierzymirski podszedl blizej i sluchac poczal, +zniewolony pieknoscia glosu. + +I powoli, rozpedzona czarem piesni, w jego duszy równoczesnie +uspakajala sie burza. + +Gdy spiew ustal, Roman juz mysla byl gdzie indziej; jak wplyw +zewnetrzny zycia przed chwila poruszyl byl dotkliwie struny duszy +jego - tak samo, ulagodziwszy je teraz, przeniósl naraz mysl Romana +do chwili obecnej. + +Dzierzymirski przypomnial sobie zone, spojrzal na zegarek i +skierowal sie droga powrotna do mostu; zaniepokojony raptem, ze +dotad nie ma jeszcze Oli. Idac zas, przesuwal wzrok uwazny po +twarzach przechodniów. + +Nagle brwi zmarszczyl. Bo oto o kroków kilkanascie przed soba +ujrzal Ole, ale sama i w towarzystwie tylko mlodego Francuza, w +ciemnej narzutce na ramionach, snac nie swojej, gdyz zadnej podobnej +ze soba nie miala. + +Roman usmiechnal sie ironicznie: + +- Zmarzla, biedaczka! - mruknal z zadowoleniem. - Przyspieszyl +kroku, a znalazlszy sie tuz przy idacej parze, pochylonej z lekka ku +sobie, szyderczo odezwal sie po francusku: + +- A, powitac !. . Cóz to, Ola w pozyczanych szatach?... + +Urwawszy w pól zdania rozmowe, idacy podniesli jednoczesnie +glowy, Ola zas zarumienila sie nieco i odparla: + +- A tak. Pozyczylam okrycia u panny K... po zachodzie slonca tak +chlodno... + +- Mozna sie bylo z góry tego spodziewac; bardzos zle zrobila, +wyletniajac sie, a z odsylaniem znów owych zarzutek klopot tylko +bedzie! - rzucil Roman opryskliwie. + +- Wiesz przecie, ze jutro raniutko jedziemy! A te panie gdziez?... + +Dwa ostatnie zdania wymówil Dzierzymirski po polsku tym samym, +niezadowolonym wciaz glosem. + +- Wstapily po drodze do znajomych - odparla Ola, oniesmielona nieco +tonem meza. + +- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydowal Dzierzymirski w +tymze, co poprzednio jezyku, i odwrócil sie szybko, pragnac w +duszy co predzej pozbyc sie towarzysza zony. + +- Przeciez juz Ola nigdy tego cymbala nie ujrzy! - dodal w mysli +zarazem. + +- Panstwo jada jutro? O której? - pytal tymczasem wlasnie +mlodzieniec. + +Widzac, iz Ola pragnie poinformowac Francuza, Roman rzekl +spiesznie. + +- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciagnal +reke... + +- Ach, wiec juz moze nie bede mial szczescia ogladac panstwa? +Doprawdy, jakze mi przykro! - rzekl mlody Francuzik, sciskajac +podana dlon; nie odchodzac jednak, wciaz szedl obok Oli. + +- Panstwo w która strone? - zagadnal uprzejmie. - Tak malo +mialem sposobnosci rozmawiac dzis z panem... - slodziutko +ciagnal dalej, zwracajac sie do Dzierzymirskiego - umknal nam +pan tak predko... + +Bawidamek z nad Sekwany umilkl nagle pod drwiacem spojrzeniem Romana. + +- Panstwo... w roku przyszlym zapewne przyjada tu równiez? - +jeknal jeszcze, podtrzymujac rozmowe. + +- A pan ?.... - slodko i uprzejmie zapytal Dzierzymirski. + +- O, naturalnie, iz bede! - pospieszyl z odpowiedzia mlodzieniec. + +- No, to my - nie! - odparl z przyciskiem, calkiem seryo Roman, +lodowatym glosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinal na tramwaj +elektryczny, by stanal. + +- Wsiadamy! - rzucil krótko zonie. + +- Przeciez ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w +przeciwna strone?! - zauwazyla zdziwiona Ola. + +- Nic nie szkodzi. Pozbedziemy sie tego kulfona!- odrzekl po polsku +Roman. - No, wsiadaj!... - rzucil gniewnie do ociagajacej sie zony, +i pchnal ja z lekka do czekajacego na nich tramwaju. + +W sekunde pózniej Dzierzymirscy ruszyli; wehikul elektryczny +pomknal i znikl, odprowadzony oslupialym wzrokiem Francuza, który, +postawszy na chodniku chwile, caly, jak burak, czerwony, ruszyl w +droge, i zginal niebawem w róznobarwnym tlumie. + +Gdy w Lucernie odbywal sie ten drobny epizod, jednoczesnie prawie, +szerokim ukrainskim traktem, w bezgwiezdna i ciemna noc wrzesniowa, +pedzil konno na oklep wyrostek, w burej switce, trzymajac w reku +smolne luczywo, tak zwany kaganiec. + +Krwawy blask jego rozswietlal panujace wokolo nieprzejrzane +ciemnosci, torujac w ten sposób w slad za jezdzcem droge malemu +koczykowi, zaprzezonemu w cztery bulane zwawe koniki. W powoziku +siedzial Boleslaw Krasnostawski, otulony burka i oblozony +pakunkami. Jechal wlasnie od kolei, a powracal z podrózy swej do +miasta. + +Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesiec, dzis +dopiero pospieszal do swoich obowiazków, przez cala droge +lamiac sobie wlasnie glowe, jak upozorowac przed starym +Gowartowskim swa przydluzona troche nieobecnosc. + +Bo zgola nie interesy sluzby przytrzymaly pana Boleslawa w wielkim +miescie; o, bynajmniej! Mlody pan plenipotent wracal goly, jak +swiety turecki. Calkowita, naturalnie ze tylko wlasna, zarobiona +gotowizne przehulal bowiem tam doszczetnie. + +A teraz na ostatek, jadac w swoim koczyku, rozpamietywal on jeszcze +milo, na odleglosc nawet necace chwile, w wesolym grodzie +spedzone... Myslac zas jednoczesnie o swym chlebodawcy, jedna +szczególniej rzecz dziwila go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z +Gowartowa nie otrzymal on dotad wcale zadnej, naglacej do powrotu, +depeszy, lub przynajmniej chocby jakiego listu ?... Bo ze on nie +dawal znaku zycia - nie bylo w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... +To zaiste, bylo calkiem niezrozumialem... + +I analizujac fakt ten, po raz nie wiadomo juz który, Krasnostawski +ziewnal przeciagle i roztworzyl oczy, przymkniete dotad, +usilowal bowiem zdrzemnac sie w powozie. + +Patrzal teraz wokolo nieco bezmyslnie, dosc szybko wzglednie +wsród ciemnosci jadac swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony +czerwony od blask kaganca slizgal sie szerokiem kolem po obu +stronach drogi i zapalal sie kolejno na zzetych rzyskach, zaoranych +polach, lub majaczyl po grzedach zielonych plantacyj buraczanych, +ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzal do +rowu, musnal kurhan, z pochylonym krzyzem, oswietlil przydrozne +samotne drzewo... + +- Zeby sie tylko stary na mnie nie zacial i za nieposluszenstwo +nie wymówil miejsca, hm... hm!.. - chrzakajac niespokojnie, +wymówil do siebie pan plenipotent, pólglosem. - E, chyba ze nie... +zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludowal glosno. + +Nagle wytezyl wzrok, bo oto zdalo mu sie, ze w ciemnosciach, w +oddali, na prawo, rysuja sie jakies cienie, a tuz, niedaleko, +srodkiem pola, jak gdyby droga, posuwaja sie z wolna, zblizaja, +dwa inne migocace male swiatelka, eskortowane z przodu kregiem, +czerwona plama swiatla. + +- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknal na furmana. +[*) Slyszysz.] + +Czlowiek, siedzacy na kozle, w burce i ceratowej czapce, odwrócil +sie leniwie. Krasnostawski wskazal reka na prawo. + +- Co to takiego? - zapytal. + +- Ktos z kahancem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokowal +stanowczo woznica. +[**)Ktos z kagancem jedzie od Gowartowa - i juz.] + +- To juz Gowartów? - zdziwil sie Krasnostawski. + +Jadac do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, +przejezdzalo sie pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pól +wiorsty. + +Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzesiony, klekotal po +drodze, konie szly razno, wyciagnietym klusem, czujac snac w +poblizu juz domowa stajnie. Krasnostawski zapalil zapalke i +spojrzal na zegarek: dochodzila druga po pólnocy. + +- Hm... hm!.. Stary znów nie spi, bo widocznie to we dworze sie pali +- ponownie mruknal, wpatrzony w gorejace w oddali podluzne wstegi +swiatel. + +- Kolo hresta - stanesz! - rozkazal, zwracajac sie do furmana, +zaciekawiony naraz, kto moze jechac z Gowartowa o tak póznej porze? + +Furman huknieciem donosnem zakomunikowal rozkaz wyrostkowi z +kagancem. + +Na rozdrozu staneli. Ramiona stojacego tu, omszalego starego +krzyza, zabarwily sie od luczywa purpura. Czekali. + +W nocnej ciszy dochodzil juz turkot powozu, tetent koni i dzwiek +jazd zblizal sie szybko. + +- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy sie ku Krasnostawskiemu z +kozla, furman pospieszyl z informacya. + +Pierwszy pod krzyzem zjawil sie na roslym stajennym kasztanie +parobek, z kagancem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylil +pokornie czapki. + +- Kto to jide? - rzucil pytanie Krasnostawski. + +- Pan dochtór! - brzmiala odpowiedz. + +Pod krzyz nadjezdzala zaprzezona w pare rasowych gniadoszów +nejtyczanka, powozona przez wasatego i porzadnie ubranego stangreta. + +Krasnostawski wychylil sie ze swego kocza, poczal machac kapeluszem +i krzyknal donosnie: + +- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitac, witac! Stój, Semenie!... + +Nejtyczanka zatrzymala sie poslusznie i w podwójnem migocacem +swietle kaganców u rozstajnego drzemiacego krzyza, zeszlo sie +dwóch mezczyzn. + +- To pan? - Nie poznalem... - odezwal sie nazwany przez +Krasnostawskiego konsyliarzem. + +- Dobry wieczór, a raczej dzien dobry! - pozdrowil mlody czlowiek +przybylego - bo to juz dobrze po pólnocy - dorzucil. - Czy szanowny +pan z Gowartowa? Cóz to tak pózno, ktos chory, bron Boze, a moze +tylko z wincika?.... + +Z pod czapki spojrzala uwaznie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz +doktora, okolona dluga broda. + +- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytal. + +- Wracam z podrózy... - objasnil Krasnostawski. + +- Aaa! nic nie wiedzialem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinal +sie tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem +komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zreszta juz lepiej... +moze Bóg da... doktór zatrzymal sie. + +- Ale, nie mówie panu, od czego sie to wszystko zaczelo - dorzucil +informujaco.- Juz byl pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadl, +polujac na moczarach, w wode po szyje i zaziebil sie... + +- Nikt mi znac nie dal, mój Boze! - szczerze zasmucil sie +Krasnostawski. - Wiec pan mówisz, ze dzis lepiej?... + +- O tyle, o ile!.. teraz spi po lekarstwie, goraczka spadla nieco, +lecz wczoraj bylo zle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, +w calym domu nikogo nie ma przy sobie... + +- Mozebym ja pojechal tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - +rzekl Krasnostawski, na dobre zmartwiony. + +Doktór przyjaznie spojrzal na mlodzienca, usmiechnal sie z +dobrocia i rzekl: + +- No, zmeczony jestes, kochany panie, podróz, mosci dobrodzieju, +wspomnienia po niej mile zapewne, panie tego - tu poklepal +Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciagnal dalej +seryo - wyspij sie pan i jutro tam pojedziesz, bo zreszta, mówiac +miedzy nami, przeszkadzac tam tylko bedziesz... Niech spi sobie, +nieborak, klucznica i sluzba przypilnuja go. Ba ! zeby to tylko +zawsze tak bylo, jak dzis.... + +- Jak to? wiec obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów glosem +zapytal Krasnostawski. + +- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeznil szorstko doktór i widocznie +nadrabiajac mina, dorzucil. - Wam wszystkim sie zdaje, ze doktór +to prorok!... Naturalnie, ze jest!... Czy ja wiem zreszta - wszystko w +reku Najwyzszego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor +wyciagnal reke na pozegnanie. + +Krasnostawskiemu twarz spochmurniala, i niepokój wyrazny odbil sie +na niej; odczul nerwami, czego nie bylo w slowach doktora i co on +usilowal widocznie pokryc przed nim na razie, i posmutnial jeszcze +bardziej. + +Jednoczesnie jakis jakby wyrzut sumienia wezbral mimo woli w jego +duszy, iz on tak dlugo pozostawil starca w samotnosci, bez opieki, +sam bawiac sie wesolo. Pozegnawszy lekarza, pomógl mu wsiasc do +bryczki. + +- Jakze tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, zony, dzieci?... +- baknal, aby cos powiedziec. + +- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziekuje, dobranoc! + +- Dobranoc! - powtórzyl, jak echo, Krasnostawski, i ruszyl do swego +pojazdu. + +- Czohos meni ne skazal, szczo pan slabujut - rzucil wymówke +furmanowi. + +Tenze odparl lakonicznie: + +- Zabul, pane! + +- Do Tomaszówki! - rozkazal Krasnostawski. + +Powozik ruszyl w dalsza droge. Turkot jego w milczeniu nocy +polaczyl sie z cichnacym coraz bardziej odglosem kól i dzwonków +nejtyczanki lekarza, a dwa kagance, w dwie przeciwne strony, rzucily +znowu ruchome swe kregi krwawe w pasmo uspionych, kirem nocy +pokrytych, obszarów. Oddalajac sie od siebie, dlugo tak na +horyzoncie, malejac coraz bardziej, swiecily ich luczywa, az +wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakis purpurowymi punkcikami na +niezmierzonych plaszczyznach - spelzly calkiem na widnokregu, +zniklszy, zlawszy sie z ciemnoscia, która wchlonela je w siebie. + +Turkot na trakcie ucichl. Szeroka tasma ukrainskiego szlaku, +rozjasniona na chwile, znikla i czarnosc jeszcze wieksza zawisla +nad polami, stepami i krzyzami kurhanów. + +W milczeniu nocy, pelnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko +dokola zapadlo w sen twardy i cichy. + + +--------- + + + +- Bo ty nie wiesz, nie czujesz moze i nie przypuszczasz nawet, jak ja +cie kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdrozszy, ty moje +zycie, me wszystko!... - szeptal goraco Dzierzymirski, nachyliwszy +sie ku Oli i tulac ja do siebie. + +- Ty zdac sobie sprawy nie potrafisz - ciagnal dalej, zapalajac +sie coraz bardziej do slów wlasnych - ile ja gotów jestem rzeczy +najdrozszych nawet - poswiecic dla ciebie, co dla cie zdolnym +stlumic, przecierpiec!... Ja gdybym byl cie nie posiadl - +podeptalbym bez namyslu wszelkie prawa ludzkie, jesliby one stanac +mi smialy wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie +wiesz!... + +Roman, pobladlszy, umilkl. Chmura osiadla mu na czole, skrzywienie +bolesne zadrgalo w ust kacikach. Pochylil na moment glowe. + +Och, czemuz nie mógl, czemuz, powiedziec jej Oli, wszystkiego?.. Na +ustach mu drzalo, przemoca prawie wyrywalo sie z nich wyznanie +przeszlosci, zdusil je jednak, wtlumil w siebie, z obawy, by te +piekne lica ukochane nie odwrócily sie oden z pogarda. Po chwili +znów mówil: + +- Tak, ty obszaru, ty glebi uczucia, które wre we mnie, które dla +ciebie niejedna juz tame zerwalo, nie oceniasz, nie rozumiesz... + +Dzierzymirski silniej przycisnal do siebie kibic zony, a +pochwyciwszy jej rece, przywarl do nich ustami, i pocalunkami +okrywac je poczal. + +- Ty... moja... moja! - szeptal w kólko namietnie, coraz czulej... +ciszej... + +- Ty moja!... Ja za nic w swiecie nikomu cie nie oddam, wydrzec sobie +nie pozwole!... + +A uspokoiwszy sie stopniowo, ciagnal: + +- I czyz wobec tego zatem dziwic sie nawet mozesz zlemu humorowi +memu, owego wieczora, pamietasz, w Lucernie!... To nie byl gniew, +opryskliwosc, jak to nazwalas, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To +byla, wywolana cierpieniem tylko - zazdrosc i zal duszy, ze komu +innemu pozwalasz choc czescia wdzieków twych sie napawac, ze na +nie patrzy, roscic sobie moze jakies urojone, chocby imaginacyjne +do nich prawa - mezczyzna inny - nizli... ja... + +Roman mówic przestal wzburzony i wzruszony. + +- Rozumiesz wiec teraz, kochanie ty moje? rzekl znowu po chwili +miekko, lagodnie, i spojrzawszy proszaco w oczy sluchajacej go w +milczeniu Oli, rzucil pytajaco: -Przebaczasz?.. + +- Alez przebaczam... przebaczam!... - rzekla, usmiechem, +pieszczotliwie Ola, a ze nikogo podówczas wlasnie w poblizu nie +bylo - siedzieli w cieniu alei nadbrzeznej nad Lemanem - zarzucila na +szyje Romana swe dlugie biale rece, i przytuliwszy sie don, +poczela mu z kolei szeptac: + +- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrze na ciebie i rosne w +duszy, takis szlachetny, rozumny, piekny... Piekny!... - powtórzyla +z zalotnoscia, namietnie i przymilajaco sie musnela wargami +sniada twarz Dzierzymirskiego. + +- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zly, brzydki!...- przekomarzala +sie z wdziekiem - ale taki zakochany... wielki!... + +I Ola czulej jeszcze przycisnela sie do Romana, zblizyla swe wargi +swieze do jego ust zmyslowych, i mówic poczela gluchym szeptem, +urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczota, pelnym +tetniacych w nim mlodych pragnien: + +- Kocham cie!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotad... nigdy, +nigdy!... - szept przy tem mlodej kobiety zadrzal namietniej +jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak +cie kocham, uwielbiam !... + +- Wszak dla ciebie porzucilam ojca, Gowartów, rodzine! Stlumilam, +zgniotlam uczucia inne!... Pospieszylam na twe wolanie, pobieglam +za toba, w twe objecia, podeptalam wszystko... wszystko!.. O!... Ja +bym sobie zarówno wydrzec ciebie nie dala - tys takze mój!... +mój!... + +I szept mlodej kobiety laszacy sie, palacy, zawrotny - skonal... + +Zblizone usta mlodych silnie zwarly sie w pocalunku. Na chwile, +minut pare, zniklo im z oczu wszystko, przesloniete mgla jakby, z +której jedna jedyna wylonila sie tylko - milosc. + +Wokolo zas wciaz nie bylo nikogo. W cieniu drzew tonal w mroku +tajemniczym, cisz zadumanych pelnym "quai Perdonnet," nadbrzezna aleja +w Vevey, wijac sie brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze +szwajcarskiego miasta. + +Nad "Lac Leman" drzal ksiezyc w pelni; przegladal sie w +glebokich jego toniach, z pieszczota slizgal swe promienie po +ciemno-modrych falach... + +I w blasku miesiecznego swiatla tchnal krajobraz caly jakims +czarem dziwnym... + +A wiec, poza jeziorem, hen, gdzies, w perspektywie, niewyraznie +srebrzyl sie mglisto Alpejski szczyt wyniosly - w tafli Lemanu, +ogromnej, szklistej, niby morze, odbijaly sie gwiazdy, topil w nich +swe wierzcholki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadlubów miejscami +zaciemnialy jezioro, a w ciemniach tych, odbijajacych razaco na +obszarach wód od fali, tych oswietlonych tasm jasnych, blakaly - +sie jakies mary i cienie, ze snieznym zaglem sunela cicho +zgrabna, wysmukla barka... + +Ksiezyc tymczasem wzbijal sie coraz bardziej i wyzej, malal, +stawal sie jasniejszym, przezroczym - milczenie wzrastalo... Fala u +stóp Dzierzymirskich szemrala teraz cichutko, a tam, z mroków, od +gór podnóza, na przestrzenie wód Lemanu, skrzace sie pylem +srebrzystych promieni, marzaco, niepokalana, biala, spokojnie +wyplywala z wolna ta sama lódz zaglista... + +Oderwawszy usta od goracych pocalunków, Roman i Ola patrzyli w +zachwycie. + +Do dusz ich, na piekno czulych, wslizgiwal sie czar tej +szwajcarskiej, boskiej nocy, studzil krew rozigrana swym bezmiernym, +majestatycznym spokojem, ponizal, równal z zerem ich troski ziemskie +ogromem i potega przyrody - podnosil, wzmacnial ducha, dodawal mu +skrzydel, lecacych w zaswiaty... + +Pierwszy z nastroju tego ocknal sie Dzierzymirski i spojrzal na +zegarek. - O, juz mija dwunasta! Chodzmy, moje zycie! - odezwal sie +do Oli. + +Powstali. + +- Ach, jakze noc dzisiejsza jest piekna - jak piekna!.. - z +zachwytem szepnela Ola - nie zapomne jej chyba nigdy. + +- Ani ja równiez! - potwierdzil Roman w zadumie. + +Wzial pod ramie zone i ruszyli z miejsca, kierujac sie pod +góre, ku rozsianym willom miasta. + +Milczeli. W glowie Romana huczal chaos róznorodnych mysli. Z nich +zas jedna, najuporczywsza, wylonila sie zwycieska. + +- Milosc, milosc raz jeszcze, i milosc tylko, jedyna, wielka! - +krzyczal w nim glos podnieconego mózgu - ocalic cie jest w stanie! +W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nia sie upijesz, przy jej pomocy +zmatujesz bolesna rane przeszlosci, zdusisz sumienia wyrzuty !.. + +- Bo milosc, to haszysz - wolal ten sam glos dalej - bo milosc, +to szczescie na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na +swiecie, dla której warto moze walczyc i trudzic sie, by ja +zdobyc! - Ona czestokroc cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz +ilez razy bólów zycia nagroda - jego zapomnieniem!.. + +Dzierzymirski zdjal kapelusz z glowy, pod wplywem zas mysli +ostatnich, opiekunczo i czule objal silnem ramieniem kibic zony. + +Postepowali krokiem raznym, idac pustemi, cichemi uliczkami +bezustannie pod góre. Roman odezwal sie po chwili: + +- Zostaniemy dluzej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od +ludzi, od swiata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóz ty na to? +- pytajaco nachylil sie ku mlodej kobiecie. + +- Alez i owszem, mój ty samotniku - odparla z usmiechem Ola - a +zreszta, wszak nie zwiedzilismy jeszcze wszystkiego... + +- Ach tak, prawda... moje zycie, prawda... Koniecznie zobaczyc musimy +wszystko! - mówil Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myslach. + +Od parodniowego pobytu swego w malem nadlemanskiem miasteczku, +Dzierzymirscy prowadzili zywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali +wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dzis, zwiedzili +pobliskie Montreux i slawny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnatrz +dokladnie, jego starozytne , sale i wiezyce, miejsca kazni - ponure +wiezienia, z zachowana dotad tak zwana "oubliette," nad +trzystumetrowa glebia Lemanu. + +Wsród narodowych spiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszacego im w +kolejce, zwiedzili oni równiez przed paru godzinami góre +"Soim-Pčlerin," majac swiezo jeszcze w pamieci cudny z wierzcholka +jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone +niby na ekran zielonego podnóza gór - zadumane, pelne melancholyi i +cichego smutku... + +- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwal sie nagle do zony Roman, +gdy, mijajac wlasnie wysokie, gotyckie wiezyce pieknego kosciola +katolickiego, zaglebiali sie w aleje, poprzez drzew liscie, +rozjasniona tajemniczo cieniami ksiezycowego swiatla... + +- Otóz - ciagnal po przelotnej chwilce wahania - ze napisalem do +jednego z dawnych znajomych, by donosil mi, co sie dzieje z ojcem +twoim w Gowartowie... + +- Ty zrobiles to? O, mój drogi, najdrozszy, jakis ty dobry, +poczciwy, zloty! - wykrzyknela szczerze uradowana Ola i przytuliwszy +sie do Romana, usciskala go serdecznie. + +- A tak, ja, we wlasnej osobie, tak czesto bowiem smutna bywalas... +- potwierdzil Dzierzymirski, i urwal nagle. + +Przyjemnego a jednoczesnie i przykrego doznal on wrazenia. Mila +byla mu mysl, ze odgadlszy utrapienie zony, ulzyl jej. Smutno +nieco, widzac bowiem na twarzy zony tak pogodna radosc, poczul, +iz o odebranym juz liscie wspomniec nie mógl. Ten, choc nie +wesoly, nie wiózl jednak jeszcze ze soba zlych wiadomosci, gdy +natomiast nastepne - kto wie? + +- Ha, trudno, - powiedzial sobie w duszy Dzierzymirski - niech cieszy +sie! Nie zatruje ja jej tej chwilki zadowolenia. + +- I dotad niema zadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytala tymczasem Ola. + +- Nie, kochanie - sklamal gladko Roman - ale nadejdzie niebawem, +podalem adres Vevey... + +- Podales? - ucieszyla sie znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo +woli bije sie z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy mysla o +mnie, czy potepiaja bardzo, czy gniewaja sie, czy smuca?.. + +Ola ucichla i cien smutku przemknal po jej twarzy. + +- No, no, cóz to znów za niepokoje? - podchwycil Roman, korzystajac +zas, iz na ulicy nikogo nie bylo, pospieszyl z pocieszeniem, +pieszczac czule mloda kobiete. + +I znowu zagrala w nim nienasycona milosc namietna, ogarnela, +zdeptala wspomnienia - zakrólowala sama!.. + +Niebawem Dzierzymirscy odszukali swa wille, juz ciemna calkiem i +uspiona, a bladzac chwile po pustych korytarzach, dotarli +nareszcie do duzego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem +pietrze. + +Kroki zapóznionych przybyszów zmacily cisze willi, skrzyp drzwi +zgrzytnal falszywym dzwiekiem w ogólnej harmonii powszechnego +milczenia. + +W pokoju okna byly otwarte, i panowalo w nim powietrze rzezkie, +swieze, od gór plynace. Wchlaniajac je z luboscia, +Dzierzymirscy poczeli gospodarzyc u siebie. Roman po chwili wzial +sie do zamykania okien, Ola zas, zapaliwszy swiatlo, zdjela +kapelusz i wolno poczela sie rozbierac. + +Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupelnej bowiem ciszy uspionego +domu, tuz po za sciana sasiedniego pokoju, rozlegly sie silne +uderzenia. Ktos bez ceremonii walil w mur piesciami, chcac +widocznie zamanifestowac swoja tam obecnosc, a zarówno i fakt ze, +halasujac, spac mu przeszkadzano. + +Wkrótce jednak rozjatrzone uderzenia ustaly i posypala sie garsc +nieestetycznych, wyrazonych glosno i ze zloscia epitetów. + +Tyle bylo bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym glosie, +zaspanym jeszcze, ze Dzierzymirscy rozesmieli sie wspólnie i +szczerze. + +- To ta slodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzala, pseudo - wielka +pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi kolo nas - +objasnila pólglosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, +zwanych "pensions," obiaduja wszyscy razem). + +- Tak?.. - zdziwil sie Roman - nie wiedzialem... A to oryginal baba, +naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iz my tu mieszkamy... Zlapala +sie... Jak to jednak i pozory falszywej ukladnosci zdradzaja +czestokroc to zwierze, ukryte w czlowieku - filozoficznie dorzucil. +- Ale, ale... - ciagnal dalej, z usmiechem - wyobraz sobie, +Oluniu... Zapomnialem ci powiedziec. Tu, na górze nad nami - wskazal +sufit palcem i rozesmial sie - mieszka drugie dziwadlo: +Pamietasz... ta mala, nasze vis-a-vis, zólta stara panna... Otóz +wynajmuje ona az piec pokoi próznych naokolo siebie, a wiesz +dlaczego? - Tu Roman po raz drugi glosniej jeszcze parsknal +smiechem. - Zeby jej w nocy nie halasowano! Madrzejsza od naszej +sasiadki, co?... + +Ola zasmiala sie z kolei srebrzyscie. Sluchajac meza, zdjela +wlasnie przed chwila suknie, i siadala obecnie przed lustrem, z +obnazona szyja i ramionami. Pragnac rozczesac wlosy, przechylila +sie w tyl i poczela rozwiazywac je leniwym ruchem rak. + +- Poczekaj - rzucil zywo Dzierzymirscy - damy tej babie odpowiedz +muzyka calusów!.. Przypomni sobie moze luba rozwódka malzonka!.. +Ha-haha, a to sie wsciekac dopiero bedzie!.. + +I swawolnie, ze smiechem, Roman przylgnal wargami do ramion Oli, i +poczal calowac je glosno, cmokajac z luboscia. + +- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozlegl sie po chwili za +sciana gardlowy, swiszczacy glos, pelen nienawisci i jadu. + +- Buch! buch! buch! - rozlegly sie znów w pasyi uderzenia o mur +wsciekle. + +Ola smiala sie serdecznie, Roman nie przestawal calowac +zamaszyscie. + +- Dosyc juz, dosyc! - szepnela mloda kobieta, z trudnoscia +hamujac wesolosc, - prosze mi wynosic sie teraz - szepnela w +slad za tem, z pieszczota w glosie. - Idz na balkon! - dodala, i +przechyliwszy wysoko gietka swa szyje na porecz krzesla, podala +Romanowi do pocalunku rozchylone swe wargi zalotnie patrzac nan z pod +dlugich rzes... + +Cudna i wdzieczna swych linji harmonia, biust kobiecy przemknal +ponetnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mezczyzny. + +Dotknal ustami ust i z wezbrana miloscia w sercu wyszedl na +balkon. + +Tu zapalil cygaru i znowu wchlonal w siebie pelnym, szerokim +oddechem, orzezwiajaca atmosfere cichej szwajcarskiej nocy. +Spojrzal w dól. U stóp jego szklilo sie w dali tam i ówdzie +srebrem rozblekitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie +tulily sie jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgielki, blakajace sie +zazwyczaj dzien caly, od rana, po Lemanie, i wespól z bialemi +mewami muskajace stale grzbiety jego fal. + +Ksiezyc juz byl bardzo wysoko. Snopami swiatla dotykal teraz +grzbietów gór, mienil sie fosforycznie na wierzcholkach dalekich +snieznych szczytów. + +A tam, w dole, zadumane, ciche usypialo miasto... Jedne po drugich, jak +iskry dopalajacego sie plomienia, ogniki - gasly w domostwach Vevey +swiatelka, kolejno - stopniowo nikly... + +Dzierzymirski, z zadowoleniem, wciagal wciaz w piersi zdrowy +powiew, plynacy z dali, wypuszczajac zarazem z ust male obloczki +niebieskawego dymu. + +Obecnie - chwilowo, byl on zupelnie szczesliwym! Tu, w zacisznym +gór zakatku, czul on podwójnie, jako swoja wylaczna wlasnosc +ubóstwiana kobiete, kochal ja zdwojonym sil zywotnych zapasem, a +czujac równoczesnie wzajemnosc jej ku sobie nieklamana, nurzal +sie w uczuciu tem, z rozkosza plywaka, rzezko wsród +rozslonecznionych wód wesolych plynacego w dal radosnego jutra! +Wizye przykre zniknely zupelnie, robak wewnetrzny, toczacy ducha +Romana, przestal go dreczyc na chwile... Dawka milosci ukolysane +sumienie - spalo. + +- Romciu!.. Romeczku!.. - uslyszal naraz Dzierzymirski pieszczot +obietnic pelny, wolajacy go glos kobiety. + +- Ide... ide! - odparl pospiesznie i rzuciwszy cygaro, przestapil +próg balkonu. + +Swiatlo w pokoju zgaszonem juz bylo. Tajemnicze natomiast +blekitno-srebrne ksiezycowe fale zalewaly komnatke, a w +pólswietle tem majaczyla postac Oli i bielaly alabastrowe jej +ramiona. + +Dzierzymirski, wchodzac, chcial przymknac za soba obite szarem +suknem balkonowe okiennice. + +- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ladnie ksiezyc swieci, tak +slicznie!.. - poslyszal w tejze samej chwili prosbe Oli. Roman +usluchal, a zamknawszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, +skierowal sie szybko w glab pokoju. + +*** + +Jeszcze we mglach wczesnego poranku drzemaly góry, jezioro i +niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierzymirskich +zapukal ktos dyskretnie. + +Roman, który obserwowal wlasnie przez okna mglisty krajobraz, na ten +odglos zerwal sie pospiesznie. Odziawszy sie szybko, nie pytajac +przez drzwi glosno, kto zacz, by nie zbudzic Oli, skierowal sie ku +wyjsciu z komnaty... Otworzyl drzwi cicho... + +- Bonjour, monsieur! - pozdrowila go, przeciagajac spiewnie, +wpólubrana, usmiechnieta wstydliwie, mloda Szwajcarka, i podala +jakis papier. + +- Co to jest? - z cicha pytajaco rzucil po francusku. + +- Telegram! - brzmiala odpowiedz. + +- A... dziekuje - odparl Roman i zamknal drzwi. Niepokój wyrazny +odbil sie na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegl na palcach do +okna i goraczkowo rozwinal cwiartke papieru. + +Stlumiony gwaltem okrzyk zabrzmial w pokoju przyciszonem echem, i +telegram z reki Romana upadl mu na posadzke. Poprzez szyby balkonu +Dzierzymirski spojrzal blednym wzrokiem przed siebie. + +Tam, gdzies w oddali, poza wierzcholkami gór, zarózowialo sie +cos niewyraznie, plonilo... W mglach tajemniczych zniknal caly +wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, +pokrytymi jakby woalem, gdzies, daleko, - zakryta wstydliwie, +wschodzila snac jutrzenka... + +Roman, blady jak plótno, przeniósl wzrok swój w przeciwna strone +komnaty. Usmiechnieta, cicha spala tam Ola... Z pod lekkiej koldry +wysunela sie jej glówka urocza, rzesy dlugie kladly swe cienie +na rumiana twarzyczke, usteczka ponetne z koralu marzacym, od +rzeczywistosci dalekim, rozchylaly sie usmiechem... + +Dzierzymirski patrzyl wciaz na nia, z czuloscia wspólczuciem, +bólem... + +- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptal - Biedna!.. powtórzyl ciszej +jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknelo mu po ustach, i odwróciwszy +twarz, - nieruchomy, oparl sie w zadumie o szyby okien balkonu. + + +--------- + + +Babie lato snulo swa przedze... Czepialo sie na zagonach +poruszonej swiezo czarnoziemnej gleby; laskotalo nozdrza siwych +wolów, w trzy pary leniwie sunacych u plugów, obmotywalo sie +swawolnie wokolo ich przepysznie rozroslych rogów i bieglo dalej, +unoszone wietrzykiem, by przytulic sie do rozgorzalej w sloncu +czerwienia i zlotem sciany borów, do samotnych grusz polowych i +zgarbionych strzech ukrainskich chatek, a zagladajac po drodze w +ukolysane jesienna cisza jary - ginelo gdzies w stepie dalekim, +splatajac tam ze soba usciskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - +pracowicie przedzac wszedy ustawiczna nic swa biala. + +Droga do Gowartowa, galopem, co kon wyskoczy, pedzila czwórka koni, +unoszac w tumanie iskrzacej sie od slonca kurzawy powóz, a w nim +dwie osoby. Pierwsza z nich byl ksiadz proboszcz, z pobliskiego +miasteczka, druga - Krasnostawski. + +Jak huragan, minawszy pochylona garstke ludzi, kopiacych w poblizu +lan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pelen uroku - pojazd +wpadl do siola. Z zagród chlopskich wyskoczyly psy i szczekac +poczely zajadle; wystraszone dzieciaki, o plowych, prawie bialych, +wlosach, rzucily sie, uciekajac w poplochu, a przedzace konopie +wiesniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych +koszulach, stawaly zdziwione, przeprowadzajac migajacy pedem pojazd +niespokojnem okiem. + +Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolnila wreszcie biegu, i +stepa, wolniutko, ostroznie spuszczac sie zaczela z pagórka na +wiejska groble. + +- Czy ksiedza dobrodzieja nie znuzyla nasza tak predka jazda?.. +Cóz robic jednak, kiedy inaczej nie zdazylibysmy moze... - +odezwal sie Krasnostawski, korzystajac z mniejszego pedu powietrza. + +Barczysty ksiadz, o inteligentnem wejrzeniu duzych czarnych oczu i +brwiach kruczych, odbijajacych wyraziscie od bialych wlosów, +wymykajacych mu sie spod kapelusza, obruszyl sie na to pytanie. + +- Ale, cóz znowu!.. - odparl. - Oby tylko ten zacny pan January +dozyl blogoslawionej chwili i mógl pojednac sie z Bogiem!.. + +Umilkl ksiadz, i niebawem z poboznem westchnieniem, dorzucil: + +- O to ostatnie wlasnie od czasu, gdy jedziemy, mysl ma ku +Najwyzszemu wznosze... Moze jej usluchac raczy!.. + +- Doktór mówil, ze z godzin trzy pozyje - odparl Krasnostawski, a +wyjmujac zegarek, rzekl jeszcze: - Od chwili tej minelo dwie +godziny... + +- Ach, ci lekarze! - machnal reka ksiadz stary - cóz tam +ostatecznie wiedziec oni moga - wszak wszystko w reku Stwórcy-Pana! +Ja, na przyklad, pewnego razu bylem juz konajacym, a jednak, po +przyjeciu Przenajswietszego Sakramentu i Olejów Swietych - +wyzdrowialem... + +Umilkli. Ksiadz zas po chwili, widzac, ze furman wciaz jedzie +stepa, zauwazyl: + +- Ale moze bysmy znów pojechali nieco predzej, nieprawdaz? + +- Naturalnie, niech minie tylko most i groble - odrzekl Krasnostawski. + +U stóp ich szumialo w tej chwili kolo u mlyna, pryskajaca oden +wodna piana szeroko rozlewala sie na senna tafle duzego stawu, w +której przegladaly sie pozólkle szczyty gowartowskiego parku. + +Za grobla znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminawszy jeszcze +czesc wsi, zajechali przed ganek palacu. Na spotkanie wybiegl stary +lokaj, klucznica i kilku domowników. + +W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej +czwórki koni, z lekiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytal +glosnym szeptem: + +- Zyje?.. + +- Zyje !.. Zyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zas natychmiast +dorzucil: + +- Chwala Bogu na wysokosciach... Pan doktór powiedzial, ze moze i +do jutra rana... + +- A gdziez pan doktór? - pytal dalej Krasnostawski. + +- A ot, tylko co patrzec, jak odjechal.. Pono do Karolówki, bo tam +mlodsza jasnie pani niezdrowa... + +- Niezdrowa!.. - obruszyl sie plenipotent. - Tu przeciez konajacy w +domu, mógl chyba zostac jeszcze! - dorzucil gniewnie, zly na +widoczna obojetnosc wiejskiego eskulapa. Obejrzal sie. + +Ksiadz z nim przybyly wysiadal wlasnie z powozu, poprzedzany +towarzyszacym mu chlopaczkiem... Rozlegl sie wkrótce dzwiek +uroczysty koscielnego dzwonka - w progi palacu wstepowal Syn Bozy, +utajony w Przenajswietszym Sakramencie... + +W pare minut pózniej, do pokoju chorego juz wchodzil ksiadz; +idacy w slad za nim Krasnostawski zostal na progu i spojrzal w +glab sypialni chorego. + +Na lózku zamajaczyla mu blada, juz nie z tego prawie swiata, +sedziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknieto jednak w tej chwili - +Krasnostawski cofnal sie dyskretnie i poczal przechadzac sie +wielkiemi krokami po pokoju. + +Od czasu powrotu z podrózy swej do miasta, na nim jednym prawie +spoczywalo wszystko. Przepedzal noce cale u chorego, dogladal go +osobiscie, wzywal lekarzy, konsylia. + +Dzis, widzac, iz juz koniec nieodwolalny sie zbliza, a smierci +widmo blaka u progów palacu, znaglony, pojechal po ksiedza, dnia +poprzedniego juz, ciety przeczuciem, zatelegrafowawszy o +nieszczesciu do marszalkowej, Ladyzynskiego oraz do dawnego kolegi +swego, Tarnopolskiego. + +Od tego ostatniego bowiem odebral list iscie enigmatyczny, w którym +proszono go usilnie, by doniósl szczególowo o wszystkiem, co sie +dzieje w Gowartowie. + +Zanadto przyrodzonego sprytu posiadal w sobie Krasnostawski, by nie +odgadnac, ze poza kolega jego, Tarnopolskim, ukrywa sie ktos inny, +zainteresowany bardzo. Domyslil sie, iz byl nim prawdopodobnie +dobry znajomy tegoz, Dzierzymirski, i dlatego nie ominal wyzej +wzmiankowanego Tarnopolskiego, równiez donoszac mu, ze Gowartowski +umiera. + +Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanal nagle +Krasnostawski, poslyszal bowiem w tej wlasnie chwili glosy i szepty +w przyleglej komnacie chorego. + +- Spowiada sie... - rzekl do siebie, i zblizywszy sie do okna, +spojrzal w zadumie. + +Tak samo, jak codzien, podlewano dzisiaj pod zblizajacy sie wieczór +klomby kwiatów, tak samo znizajace sie juz slonce slalo cienie +na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie lawki, na chaty +siola, i step w perspektywie. + +- I tak samo bedzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo slonce i +wszystko weselic sie bedzie, nic porzadku swego nie zmieni, choc +dusza tego zakatka uleci w zaswiaty!.. - szeptal Krasnostawski, i +rzuciwszy sie na fotel, podparl rekami glowe, a mysli goniac sie +przelatywaly mu po glowie. + +- O, jakze okrutna jest smierc! - myslal. - Jak pelna zagadki +niezwalczonej potegi, przed która tylko w pokorze chylic musimy +milczaco czola! + +I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej +nieublaganej godzinie przyjsc musi !.. + +- Straszne, straszne!.. - szepnal znów do siebie pochylony +mezczyzna. - Tem straszniejsze, iz niezrozumiale, nieujete rozumem +ludzkim, zawsze, zda sie, nowe, choc prawieczne w sobie; zawsze tak +samo niedoscigle, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadajace +sfinksa zagadka... + +- I mnie to kiedys przecie spotka, wszak i ja umre!.. - rzekl +glosno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnal z trwoga. + +I z pytaniem tem na ustach utkwil wzrok bledny we drzwi sasiedniego +pokoju... + +Drzwi te tymczasem roztwarly sie cicho i na progu ukazala sie, +natchniona w tej chwili jakby twarz ksiedza i postac jego wyniosla. +Krasnostawski, zbudzony ze swych mysli ponurych, zywo podbiegl ku +niemu. + +- Cóz, ksieze proboszczu? - zapytal. + +- Wszystko dobrze... Zbratala sie dusza jego z Panem... - odparl +tenze z powaga. + +- Ale? ale, czy ksiadz dobrodziej nie uwazal przypadkiem ?... To +jest... - platal sie Krasnostawski - powiedziec chcialem, czy +choremu przypadkiem nie lepiej?... + +- Ha, Bóg wiedziec raczy... Nam pozostaje pogodzic sie tylko z Jego +Najwyzsza Wola!.. - tym samym tonem odrzekl sluga Panski. + +- Zapewne!.. - baknal Krasnostawski. Zapanowalo chwile ciezkie, +olowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej ksiedza +dobrodzieja - uprzejmie przerwal pierwszy mlody czlowiek - w tej +chwili podwieczorek podac kaze, ksiadz dobrodziej utrudzony droga, +glodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom sie skierowal +pospiesznie. + +- Nie, dziekuje ci, panie Boleslawie! Jechac musze... + +- Juz? - zdziwil sie mlody plenipotent. + +- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Kaz zaprzegac, +jesli laska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe +przedwieczorne odmówie. + +- W tej chwili sluze ksiedzu dobrodziejowi... - rzucil w +póluklonie Krasnostawski i znikl za drzwiami. + +Ksiadz zajrzal jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece +staruszki-klucznicy, z pogoda na obliczu swem dziwna lezal on +spokojnie. + +Widzac to, proboszcz wyszedl. + +Z dobry kwadrans migala wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po +wygracowanych starannie alejach parku, poczem w poblizu modlacego sie +w skupieniu ksiedza pojawil sie Krasnostawski. + +Zaturkotalo jednoczesnie... Z uszanowaniem przez wszystkich +odprowadzony, proboszcz wsiadl niebawem do powozu. W pare minut +pózniej pojazd, unoszacy go, znikl za wjazdowa brama palacu... + +Stojacy na ganku Krasnostawski poruszyl sie machinalnie i przez +milczace palacowe komnaty skierowal do pokoju pana Januarego. + +- Cóz? jakze?.. - zapytal zaplakanej staruszki, siedzacej kolo +loza chorego. + +- Teraz... lezy niby spokojnie - wyjakala cicho. + +- No, to prosze isc odpoczac, ja zostane i dam znac, gdy zajdzie +tego potrzeba - stanowczo odezwal sie Krasnostawski. + +Po opieraniu sie dluzszem, staruszka, znuzona i senna wysunela +sie z pokoju, Krasnostawski zas, podszedlszy do fotelu, stojacego +przy lózku, usiadl ciezko. + +Cisza martwa zagoscila w komnacie... Gowartowski, oddychajac +niepostrzezenie lekko, spokojny, lezal wciaz nieruchomo; znuzeni +domownicy rozpierzchli sie, kazdy do swego zakatka i odglos zadny +nie dochodzil tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story +rzucalo swe jaskrawe blaski znizajace sie juz slonce... + +Krasnostawski, zmeczony zyciem ostatnich dni kilku, zamyslil sie +gleboko, fizycznie wypoczywajac zarazem. + +Od czasu do czasu spojrzenie przenosil na starca, poczem zapadal znów +w zadume, polaczona z nieokreslona apatya, gniotaca go swym +ciezarem, z poczuciem bezradnosci, w obliczu zblizajacej sie nie +odwolalnie, kroczacej smialo smierci! + +Minelo w ten sposób dwie godziny. + +Na ciemne zaluzye u okien padaly teraz prostopadle dogasajaca +czerwona luna ostatnie zachodu promienie, majaczyly ognikami +krwawymi po posadzce i scianach, a spoza parku, z oddali, niewyraznie +jakies dla ucha dochodzily odglosy... + +To pracowity, znojny konczyl sie gdzies tam, po polach i siolach +pogodny dzien jesieni; to, spiewajac chórem smetna ukrainska +dumke - wracaly po pracy dziewczeta i molodycye, z buraczanych +lanów, gromada... + +Nagle Krasnostawski, z przymknietymi oczyma w fotelu swym zaglebiony, +ocknal sie, drgnawszy na calem ciele nerwowo. Spojrzal na +chorego... + +Usta pana Januarego szeptaly cos niewyraznie, poruszaly sie szybko +- wreszcie uniósl sie on na poduszkach i wzrokiem blednym spojrzal +wokolo. + +Krasnostawski juz byl sie zerwal i stal teraz kolo lózka +blisko. + +- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptal chory, z trudnoscia. + +- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzyl dobitnie. + +- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnal plucami +powietrza i po chwili zupelnie juz przytomnie przemówil lamanym, +cichym glosem: + +-Mój panie Boleslawie, odslon, prosze cie, okno, choc jedno... +Tak tu ciemno... + +Krasnostawski, usluchawszy natychmiast zlecenia, podniósl rolete. + +Slonce juz bylo zaszlo. W pierwszych usciskach nadchodzacego +zmierzchu staly cicho pólobnazone drzewa parku, przeplatane +gdzieniegdzie czerwienia, slaly sie aleje zóltawym od opadlych +liscie kobiercem - bielaly niewyraznie w dali zagrody siola, +ciemnialy jego osady, senna i mroczna swiecila tafla stawu. + +Krasnostawski, odwróciwszy sie od okna, spotkal smutny, pelen +tesknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczajacy sie poza oknem +krajobraz. + +Do lózka zblizyl sie pospiesznie. + +- Dziekuje ci... mój kochany... pani Boleslawie... dziekuje - +odetchnal Gowartowski i dokonczyl ciszej: + +- Ostatni to raz... ostatni widze to wszystko! - uczynil reka ruch +slaby, a wskazujacy widok otulonego mrokiem siola i pól szerokich. + +- Dlaczego? - podchwycil szybko Krasnostawski, - uwazam wlasnie, ze +glos panski ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, bedzie lepiej... + +- Och... nie! Nie bedzie lepiej - westchnal pan January - nie +bedzie... to tylko na chwile... + +Znów przestal, i zaczerpnawszy powietrza, ciagnal dalej, +uczyniwszy jednoczesnie prawa reka ruch zniechecenia pelny. + +- Ja czuje, widze, ze koniec, smierc sie zbliza... Nic mi juz +nie pomoze - wola Boska!.. - znów przerwal... w minute zas mówil: + +- Wlasnie... wlasnie powiedziec cos chcialem tobie... kochany +panie Boleslawie... usiadz... - i pan January wskazal swa woskowo - +zólta reka taborecik. + +Krasnostawski usluchal. + +- Poczekaj chwile... odpoczne... - wyszeptal oslabiony bardzo. +Oparl glowe o poduszki i oddychac poczal ciezko, na bladej zas +twarzy jego zakwitl i zgasl niebawem rumieniec nikly. + +Krasnostawski wyczekiwal, milczac. + +- Moze podac panu co do picia? - zapytal po chwili. + +Przeczacy ruch reki byl cala odpowiedzia pana Januarego. W +dziesiec zas moze minut pózniej glosem slabym, przerywanym co +chwila ciezkim oddechem, przemówil cicho : + +- Tys dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, cos mnie nie +opuscil... Uczynili to wszyscy: siostra, Ladyzynski, córka... - +spuscil glowe i umilkl, a dwie lzy duze, perliste zablysly w +jego niebieskich, przybladlych zrenicach i stoczyly sie z wolna po +wychudlej twarzy. Po chwili ciagnal znowu: + +- Zle uczynila Ola, zle bardzo... Nie poniewiera sie tak rodzicem, +nie depce sie tak przywiazania ojca... nie, nie, po stokroc razy +nie!... - powtórzyl z moca w oslablym glosie, i z ta skarga na +ustach przeciw dziecku ostatnia, upadl na poduszki w znuzeniu, jak +sciana blady. + +Krasnostawski, ze wspólczuciem, ujal reke starca w dlon prawa, +a gdy Gowartowski ponownie uniósl sie na poslaniu, opiekunczo i +silnie podparl, podtrzymal swem lewem ramieniem jego cialo wychudle. + +- Dziekuje ci, bardzo dziekuje!.. - wyszeptal pan January i mówic +poczal dalej, glosniej nieco, lecz ochryplym juz od zmeczenia i +wysilku glosem : + +- Ale nie o tem mówic chcialem, nie o tem! Przeciwnie... - znów +zamilkl sekund kilka. + +- Przeciwnie - powtórzyl - ja Oli przebaczam, majatek caly +zapisalem jej wylacznie, tylko... tu zatrzymal sie starzec dluzej +nieco, jakby w ostatnim wysilku trudno mu bylo jasno wyrazic mysl +swoja - tylko - ciagnal - ze testamentów jest dwa: jeden u +notaryusza, zlozony dawno, na korzysc Oli... drugi... na jej +niekorzysc... + +Umilkl znów Gowartowski blady i zmeczony, a po chwili konczyl: + +- Ten ostatni, pózniejszy, napisalem w chwili nierozumnego gniewu... +Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podre go!.. + +Tu pan January, oswobodziwszy sie od podtrzymujacego go ramienia +Krasnostawskiego, opadl na poduszki wycienczony. + +- Czy przyniesc mam ten testament? - poddal Krasnostawski. + +Ojciec Oli Dzierzymirskiej przyzwalajaco skinal glowa i slabym +ruchem reki poruszyl kluczyk od szufladki stojacego obok loza +stoliczka. + +Krasnostawski zrozumial. Wysunal szybko szuflade, wzial stamtad +pek kluczy i oddalil sie cicho. + +Blady, oddychajac ciezko, w oczekiwaniu mlodego czlowieka, +odpoczywal Gowartowski... W ciszy gluchej minelo z dziesiec minut. +Na progu wreszcie ukazal sie Krasnostawski, trzymajac w reku duza +koperte. + +Na jego widok pan January goraczkowo, o wlasnych silach, uniósl +sie na poslaniu i wyciagnal reke po testament. + +- Dziekuje... - wyszeptal. + +Odebrawszy zas od Krasnostawskiego koperte, otworzyl ja drzaca +reka, wyjal arkusz papieru, znajdujacy sie tam i rozerwal zwolna +na cztery czesci. Potem wlozyl na powrót do koperty zniszczony +test, a zwróciwszy sie do Krasnostawskiego, glosem dziwnie +dzwiecznym, stanowczym, wymówil: + +- Oddasz to jej... Oli - i umilkl, opadlszy znowu na poduszki. + +Mlody plenipotent machinalnie wzial koperte schowal ja do kieszeni +surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igral w tej chwili +jakis pelny dobroci usmiech, blady, tkliwy - milczal wzruszony, a +dwie lzy nieposluszne zakrecily mu sie w oczach. + +Glosem cichym, jakby dogasajacym, mówil tymczasem jeszcze pan +January: + +- Nie zapomnij oddac... Pamietaj!.. - urwal, a po chwili: + +- Powiedz... takze Oli... ze przebaczam... jej... i... jemu!..- +dokonczyl z trudnoscia, w wysilku ostatnim i z wypiekami na twarzy, +trupio blady, umilkl... + +Palaca sie u obrazu Matki Boskiej nad lózkiem, z czerwonego szkla, +lampka rzucila w tej chwili promien jasny na oblicze starca... + +W zmierzchu idacego wieczora twarz Gowartowskiego zajasniala jakims +nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski +jednoczesnie poprawil poduszki u loza i pochylil sie nad chorym, +zdalo mu sie bowiem, iz tenze porusza ustami. + +Rzeczywiscie. Niedoslyszalnym, urywanym szeptem mlody czlowiek +poslyszal jeszcze: + +- Dziekuje... tys dobry!.. Mówic juz... wiecej... nie... moge... + +Poruszony slowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstapil od +lózka Krasnostawski i przygnebiony, usiadl w fotelu. + +Minelo z dziesiec minut. + +Widzac, ze chory lezy teraz zupelnie juz cicho, mlody czlowiek po +chwili powstal, posluchal oddechu jego, poczem wysunal sie +cichutko z pokoju. Dusilo go cos w gardle... + +W sasiednich komnatach pusto bylo calkiem i szaro juz zupelnie. +Mrok wieczora wciskal sie do palacu coraz natarczywszy, wszedzie, +samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez halasu otworzyl podwoje +balkonu i wyszedl na werande, spragniony odetchnac swiezszem +powietrzem... + +Oparl sie o balustrade, chlodzic poczal rozpalone czolo zimnym +powiewem jesiennego wieczora i stal tak nieruchomy dosc dlugo, +oglupialy jakby na razie, bezmyslny... + +Nagle milczenie pograzajacego sie coraz bardziej w mroki domu i +parku, przerwal jednostajny donosny, odglos dzwonu w poblizu. To +codziennym, panujacym w Gowartowie, zwyczajem, zwolywana sluzbe na +wieczorna kolacye. + +Krasnostawski sie ocknal, a jednoczesnie poczul pragnienie i +glód. + +Wrócil do komnaty, zamknal drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy +po drodze jakas pozostawiona swiece, zapalil ja pospiesznie i na +palcach skierowal sie poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobe +cala Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie +mial - mlody organizm dopominal sie o swoje prawa. + +W kredensie znalazl pochowane zimne miesiwa i chleb razowy; posilil +sie, popil woda i przez puste komnaty znowu skierowal sie do pokoju +Gowartowskiego. + +Tu juz zupelne panowaly ciemnosci. Krasnostawski zapalil lampke, +przykryl ja abazurem i spojrzal na chorego. + +Lezal w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychajac lekko, +cicho, bledszy tylko, zóltszy jakby... I w jednem równiez zaszla, +zmiana nagla. + +Oto rece pana Januarego wykonywaly po koldrze jakies niewyrazne i +dziwne ruchy, jakby szukaly czegos, szczypaly powierzchnie sukna, +zatrzymywaly sie chwile, i znów rytmiczne poruszaly sie zwolna, +jednostajnie... + +Krasnostawski, postawszy czas jakis, zblizyl sie do stolika, +wziawszy do reki machinalnie stojace tam lekarstwo. Spojrzal na +recepte. Przeczytawszy zas, westchnal. + +Byly to leki zwykle, przepisywane dogorywajacym... + +- Czyzby naprawde tak zle juz bylo? - szepnal do siebie +mlodzieniec - tak przytomnym byl jednak przed chwila!.. E!.. moze +Bóg da... pocieszajac sie - dokonczyl glosno. + +Tymczasem zmeczenie fizyczne i moralne walilo wprost z nóg +Krasnostawskiego. + +Zblizyl sie chwiejny do fotelu. Usiadl i po kilkakrotnie ziewnal +mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrzasnal sie... + +- Ooo... jakze mi sie spac chce!.. - mruknal i ponownie ziewnal +przeciagle z cicha. + +- Ale nie mozna... nie mozna!.. - szepnal znów do siebie +przekonywajaco i siegnal po stojaca opodal flaszke kolonskiej +wody. + +Przetarl sobie skronie, powachal, poczem napil sie zimnej wody ze +szklanki, i jak mu sie zdawalo, zupelnie obecnie rzezki, zaglebil +sie w fotelu. + +Tymczasem minelo minut dziesiec zaledwie, gdy mlody pan plenipotent +spal juz na dobre, pochrapujac nawet z lekka czasami. + +Sen zwyciezyl... Milczenie i spokój jakis zlowrogi zapanowaly w +komnacie. + +A zewnatrz palacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królowac +zaczela. + +Na ciemnem tle nieba zamrugaly wkrótce gwiazdy, od pól wional +wietrzyk i cichym zólkniejacych lisci pogwarem zaszumial nad domem +park stary. + +Wewnatrz zas dworu usneli wszyscy... Milczaly tu wszystkie katy, a +w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodzil tylko regularny +odglos staroswieckiego zegara, który brzdakal i tykal i bil +przeciagle godziny jedna za druga. + +Nagle w gluchej ciszy sypialni pana Januarego rozleglo sie +poczatkowo slabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory +starzec juz konal... + +Za lozem, w pólswietle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, +stanela smierc, lepu swego chciwa - jeki zgluszone umierajacego +dziesieciokrotnem echem wstrzasnely cisza domu... + +Cos zbudzilo Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedzial na razie. +Zerwal sie z fotelu, oczy przetarl i spojrzal na pograzone w +cieniu loze. Zdretwial nagle i wlosy debem stanely mu na +glowie. + +Z oczyma, wywróconemi po bialka zrenic, postawionemi w slup, +nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zzólkly, zzielenialy - +straszny, jeczal starzec, lapal powietrze, stekal zalosnie - +charczal zlowrogo... + +Krasnostawski zrozumial, lecz znieruchomial na razie do tego stopnia, +ze nie byl w stanie poruszyc sie z miejsca.. Po raz pierwszy w +zyciu znajdowal sie wobec konajacego czlowieka, patrzal wiec +bezprzytomny prawie i bledny nieustannie na Gowartowskiego... Drzal +przy tem na calem ciele, chwytalo go cos za gardlo, przykuwalo do +miejsca, do ziemi. + +Równoczesnie przygnebiajaca cisza gniotla mu piersi ciezarem, +konajace drgnienia i jeki umierajacego, niby ostrzem ze stali +krajaly niemilosiernie wyprezone nerwy, a zarazem lek +niewytlumaczony, dziwny, zatrzasl nim. + +Wiec to smierc!.. smierc idzie juz, przybliza sie, okropna, +bezzebna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliza sie teraz +obojetna do loza... nachyla nad konajacym... + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrzasa scianami pokoju - oto +smiech jej straszny!.. Rzezenie konajacego odpowiada mu echem coraz +przerazliwiej, glosniej... Ponuro jeczy on, skarzy sie, miota !.. + +- Boze!.. Boze!.. Co... to? Co... to? - krzyknal Krasnostawski, +schwycil sie za glowe, zadygotal raz jeszcze i porwawszy ze stolu +dzwonek - wybiegl. + +W milczeniu powszechnego uspienia rozlegl sie niebawem rozpaczliwy +dzwiek pokojowego dzwonka, wstrzasnal murami !.. + +Gowartowski tymczasem czynic poczal teraz rekami jakies szalone +ruchy, gwaltownie odpedzal cos, bronil sie przed kims, jeczal +jeszcze donosniej, chwytal powietrze, bezustannie charczal.. + +Bieganie napelnilo niebawem dom caly. Garstka domowników i sluzby +w kilka chwil pózniej napelnila pokój dogorywajacego czlowieka. +Ostatnia przyszla staruszka, klucznica, z gromnica w reku. + +Zalobna swiece zapalono pospiesznie i uklekli wszyscy. +Krasnostawski przy samem lozu, trzymajac w dloni reke pana +Januarego. + +Chlodla mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, +charczenie, jeki, równiez ustawaly, ucichly wreszcie... + +Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwoga, +przerwal szelest, dla ucha prawie niedoslyszalny. Ostatnie w tej +chwili ziemskie westchnienie czlowiecze ulatywalo z piersi starca - +mknelo w zaswiaty... + +- Skonczyl... - szepnal Krasnostawski. Wsród kleczacych rozlegl +sie placz... Gdzieniegdzie plomyk zapalonej gromnicy oswietlil +ponuro zóltawa plama sciany, sprzety i szyby komnaty, drgac +zaczal blyskotliwy po twarzach kleczacych ludzi. + +Poczeto sie zegnac poboznie... + +Wspólna, cicha, a pelna glebokiej wiary prostych dusz modlitwa, z +wola Najwyzszego godzaca sie, pokorna, napelnila mury pokoju, i +az do stóp Stwórcy-Pana uleciala skrzydlata - wzniosla sie tam, +gdzies wysoko, w slad za zagadkowa droga duszy zmarlego, jakby mu +niebo otworzyc pragnela. + + +--------- + + + +Pokrasniale, czerwono-zlote dzikiego wina liscie, pnace sie po +bialych scianach gowartowskiego dworu, zagladaja przez otwarte okno +do malego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, +kolysza sie w promieniach jesiennego slonca, powiew zas zefiru +delikatnym dreszczem przebiega równiez po rzedzie zóltawych u +swiec plomyków, palacych sie wokolo katafalku, ginacego w zieleni +cieplarnianych kwiatów. + +Obcisniety w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za zycia +progiem, na podwyzszeniu lezy January Gowartowski... + +Zesztywniale palce jego trzymaja kurczowo w dloni krucyfiks, +zaczesany starannie was mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pieknie +na bialem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pelna, +pograzona byc tylko sie zdaje w glebokim, cichym snie. + +Kamienny to sen!.. Sen zaswiatów, wiecznosci, zagadki bytu i +swiadomosci prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbic +sie musi rozum ludzki; sen straszny - obojetny na wszystko dokola!.. + +I niczem juz sa dla niego sprawy tego padolu; niczem troski, +cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radosnie igrajace po pokoju +slonce - niczem wreszcie bolesc i smutek kleczacej u stóp +katafalku, sedziwej kobiety-siostry!.. + +Przybyla w przeddzien marszalkowa Warnicka, drzacemi, zbielalemi +usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmeczonych co minut pare upada +lza cicha, a wzrok z bolescia tlumiona wpatruje sie w rysy +ukochane. + +I modli sie znów pokorna!.. + +Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówia zupelnie !.. Spokój i +martwota nieziemska wyryte sa na nich, a pogoda tylko jakas +nieuchwytna, cicha, swiadczyc sie zdaje, ze nie czuje on juz nic, a +w kazdym razie, iz doczesnie na pewno nie cierpi juz wcale. + +- Módlcie sie, placzcie... przyjdzcie - odejdzcie... zakopcie w +ziemie... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówia soba +wyraznie zesztywniale czlonki zmarlego. + +A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego naroznego pokoju wpadaja, +igraja coraz radosniej promienie slonca, plyna jakies dalekie z +pól piesni, pogwary - oddalone zyciowe echa... + +Babiego lata nic wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej +czuprynie zmarlego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykaja +sie ostroznie i do pokoju wsuwa sie rosly, siwiejacy juz +mezczyzna... + +To Ladyzynski. I on, przygnany straszna wiescia choroby groznej, +podazyl do przyjaciela lat mlodych, przybywszy jednak - za pózno. + +Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraza w tej chwili ból +nieklamany. Zbliza sie milczaco, opatruje plomyki swiec, +przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszke - zrzuca z glowy +Gowartowskiego swawolna nic jesieni, i uklaklszy, glowe opiera o +katafalk, w bolesnej zadumie. + +Mija tak dluga chwila. + +Poczem drzwi skrzypia znowu, na progu ukazuje sie dorodna +Krasnostawskiego postac. Objawszy wzrokiem pokój i znajdujace sie w +nim osoby, wzdycha ciezko, nastepnie zas zbliza sie do +Ladyzynskiego i opiera lekko swa reke na jego ramieniu. Potrzasa +niem delikatnie raz, drugi... + +Za trzeciem dopiero dotknieciem budzi sie Ladyzynski z bolesnego +zamyslenia i unosi glowe.. + +- A, to pan? - pyta cicho - cóz to?... + +Jakby w odpowiedzi jednoczesnie do pokoju wpada wyraznie oddalony +jeszcze nieco dzwiek dzwonków, i zgluszony gdzies po siola drodze, +daleki tetent i turkot kól powozu. + +I w slad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski. + +- Ze stacyi konie wracaja... O ile wzrok mnie nie myli, ktos jest w +faetonie... Zdaje mi sie, ze to - oni... + +Ladyzynski, sluchajac go uwaznie, juz powoli powstal byl z +kleczek. + +- Moze szanowny pan dobrodziej bedzie tak laskaw wyjsc na ganek - +ciagnie dalej Krasnostawski. - Pania marszalkowe - tu zniza glos +jeszcze bardziej - fatygowac nie wypada... Ja zas pana +Dzierzymirskiego nie znam... A tu, do wiadomosci zgonu... + +- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, ide... Ale +prawda - zatrzymuje sie - trzeba uprzedzic marszalkowe, bo sie +biedaczka wystraszy. + +Ladyzynski pochyla sie ku kleczacej pani Melanji i szeptem cos +jej przeklada. + +Wpólprzytomnie slucha go marszalkowa Warnicka, po chwili zas wstaje +i ze smutkiem bezbrzeznym, wzdycha kilkakrotnie... + +Jednoczesnie dwaj mezczyzni wychodza szybko, oddalony bowiem przed +chwila jeszcze turkot pojazdu wstrzasa juz oto murami domu i powóz +snac zajezdza spiesznie na dziedziniec. Odglos dzwonków donosnie +przerywa martwa cisze... Powóz staje. + +A nastepnie, az tu, popod stopy umarlego czlowieka niewyrazne +jakies zgluszone dochodza glosy i szmery... + +Nagle, o milczace sciany palacu obija sie krzyk kobiecy bolesny, +straszny, oraz stlumiony jeszcze oddaleniem jek rozpaczliwy. W slad +za tem rozlegaja sie kroki, coraz szybsze, blizsze, a pózniej juz +calkiem donosnie tym razem, szelest sukni i lkanie. + +Jeszcze chwila... + +I cisza pokrytego kirem, tonacego w sloncu i gromnic swietle, +zakatka, sfinksowy, dumny majestat smierci brutalnie przerywanym +zostaje. + +Drzwi roztwieraja sie nerwowo, ruchem gwaltownym, od silniejszego +pradu powietrza gasnie przy katafalku swiec kilka, i do pokoju wbiega +ubrana w podrózne szaty, placzaca Ola... + +Za nia, ukazuje sie sniade spokojne oblicze Dzierzymirskiego i +wytworna sylwetka jego. + +Jednoczesnie murami komnaty wstrzasa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem +halas drugorzedny jakis, inny... + +To Ola juz na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe cialo +rodzica, odtraciwszy równoczesnie niebacznie przeszkadzajace jej +wysokie srebrne lichtarze, z chrzestem padajace w tej samej chwili na +ziemie... + +Ktos schyla sie pospiesznie i opodal ustawia je ponownie... + +Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera sie z ust Oli. + +- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - wola mloda kobieta, placzac, +wijac sie z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - konczy w +lkaniu, szlochajac. + +Na dzwiek slów ostatnich chmura osiada na wynioslem czole Romana. + +- Tys winien takze!.. ty równiez!.. To dzielo takze twoje! - +szepce mu cos w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla +sie i kleka po drugiej stronie katafalku. + +A Ola sciska, caluje teraz rece, twarz i zimne czolo starca, oblewa +je lzami, wlosy ojcowskie piesci i tuli swa glowe do serca, co +bic juz na zawsze przestalo!.. + +- Ty nie umarles - szepce - ty spisz tylko!.. ty nie umarles!.. - +powtarza uparcie. - To byc nie moze - nie moze!!.. + +Powstala z kleczek marszalkowa Warnicka podtrzymuje wijaca sie w +bólu kobiete z jednej strony - z drugiej opiekunczo podpiera ja +Ladyzynski. + +Wszystkim lzy kreca sie w oczach, jeden Roman tylko nieczulym byc +sie zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi sciagniete +swiadcza, iz i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Kleczy +wciaz nieruchomo, mysli... + +Poza nim, swiadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, +bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowialy. + +- Zloty tatuniu !!.. zloty !!.. - wola znów Ola, proszaco, +blagalnie; z przerwami malemi, jekliwy, przeplatany lkaniem, odzywa +sie bezustannie glos córki-sieroty, a echo jego plynie przez okno w +dal, do parku, na step i pola!.. + +I za glosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnalem wspólnym plakac, +lkac oto zdaja sie stare drzewa parku; szumem swych lisci drobnych +brzoza nad woda wiesc te powtarza dalej, placzac sama, a jek +bolesci, podchwycony akordami przyrody, plynie, plynie w dal... + +I wszystko, zda sie teraz, za panem swym boleje !.. + +A wiec i staw, sniacy fali swej szmerem, i lany, i polne kwiecie, i +step, strzasajacy z traw swych niby lzy zalu - drobne kropelki +rosy... + +Jeden tylko umarly, jak glaz nieczulym jest na jek, ból swego +dziecka. + +Lecz czyz to zludzenie?.. + +Pod pocalunkami przed chwila i lza jedynaczki, zdawalo sie, ze +oto znika z alabastrowego czola starca gleboka, zastygla tam +zmarszczka, i calkiem juz teraz pogodne, obojetne, sni ono dalej bez +konca... + +Moze dusza z poza stref swiata niewidzialna zablakala sie jeszcze +tutaj przed dalsza w wiecznosc zagadkowa wedrówka?.. A moze trup +slyszal jeszcze ? + +Któz wie? któz zgadnie? + +- Ojcze!.. ty zyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... +nieszczesliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega +sie dalej u stóp starca wolanie Oli, w spazmach lkan bolesnych, +bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze. + +- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk mlodej +kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami siola i pól +szerokich... pólomdlala i slaba zone wynosi pospiesznie na +rekach Dzierzymirski z powleczonej kirem komnaty. + +Wystraszeni podazaja za nim wszyscy... + +To zycie juz ze smiercia walczyc poczynalo. Przepotezne w swej +sile, nie lubiace, by zapominano o niem, odrywalo w tej chwili +despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczajacych go dotad ludzi. +Troska o zywym wziela góre!.. + +W promieniach radosnych jesiennego slonca, w ciszy, grajacej tylko +powaznym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieladzie wpól +przygaslych swiec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym +majestacie smierci - umarly pozostal sam. + + +*** + + +Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minelo dni kilka. + +W pograzonym juz we snie palacu w Gowartowie palilo sie jeszcze +swiatlo w jednym pokoju, rzucajac w noc ciemna promien jaskrawy +przez okienne szyby. + +W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dzis sypialni nowego +dziedzica, Dzierzymirskiego, on sam, znuzony dniem minionym, a nader +dlan obfitym w niezwykle zdarzenia, kladl sie do snu i z wolna +rozbieral leniwie. + +Na stoliku obok lózka stala odkorkowana butelka szampana i kieliszek +wysoki, z krysztalu, oraz odemkniete pudelko cygar. + +Roman po chwili zapalil jedno z nich, nalal sobie wina i wypil +haustem jeden kielich, poczem zmeczony, wsunawszy sie pod koldre, +zgasil swiatlo. + +Odetchnal pare razy glosno, z ulga, przeciagnal sie, az +zatrzeszczalo staroswieckie loze, ziewnal smakowicie, +zaciagnawszy sie zas wyborowem cygarem, myslec poczal o +ukonczonym dniu dzisiejszym, a przelomowym w dotychczasowem zyciu +jego. + +Dzis to bowiem odbylo sie otwarcie testamentu nieboszczyka. + +Stosownie do woli zmarlego, córka jego stawala sie jedyna +spadkobierczynia kilkakrocstotysiecznego majatku... + +Dzierzymirski powtórnie wyciagnal sie z luboscia w szerokiem, +szeleszczacem posciela lozu. + +- Tak, kilkakroc-stoty-siecz-nego... - szepnal do siebie z +zadowoleniem. Usmiechnal sie... Dwa dni temu jeszcze, jadac tu, a +przeczuwajac zgon ojca Oli, - byl pewnym niemal, iz on córke za +nieposluszenstwo wydziedziczyl. + +Juz dnia nastepnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo +rozwialy sie jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach +pana Januarego córce, w obecnosci Romana, wreczyl byl Krasnostawski +podarty wlasnorecznie przez umierajacego ojca testament. + +On zas, pomimo to, watpil jeszcze... Bal sie otwarcia ostatniej +woli nieboszczyka, zlozonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawal +sie przeczuwac podstep jakis moze i przykra niespodzianke. + +Dzis wreszcie pierzchly bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nia +uciekal równiez strach bliskiego bezpienieznego jutra, które +czekalo nan, czyhalo z wydaniem ostatnich paru tysiecy, pozostalych +z poprzedniej fortunki, zyciem nad stan przez lat trzy lekkomyslnie +wydanej. + +Tu Dzierzymirski usmiechnal sie szydersko. + +Nie, stanowczo, pieniadz do niego sie garnie!.. Ten, który posiadal +dotad, choc wygrany, palil go czestokroc, pomimo wszystko, +przypomnieniem przeszlosci. Sofizmatami wtlumial w siebie +wspomnienia gryzace, lecz jednoczesnie i instynktownie jakby +rozrzucal, pozbawial sie grosza, tam, gdzies na dnie duszy wlasnej, +choc nie przyznawal sie pozornie do tego, rad nawet bedac, iz +zloto watpliwe szlo - niklo... + +Jakby otrzasajac sie z tego samopoczucia, Dzierzymirski poruszyl +sie niespokojnie i powrócil mysla do terazniejszosci milej. + +On i Ola - wszak to jedno. Dzis zatem, pomimo praw miejscowych, de +facto, stawal sie panem okazalej i panskiej, wlasnej fortuny. + +I pokryta, stlumiona waznoscia chwili, smutkiem Oli, oraz calego +domu - przez dzien caly - teraz dopiero, w ciszy uspienia palacu, w +czterech scianach sypialni, rozsadzac poczelo Dzierzymirskiemu +piersi egoistyczne zadowolenie wewnetrzne. + +Szczerze zalowac zmarlego Roman w istocie nie mógl. Poza innemi +cechami charakteru dodatniemu i milemi, arystokrata z przekonan, +nieprzystepny i dumny wzgledem tych, których pragnal trzymac od +siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazal sie niezyjacy pan +January, w stosunku do dzisiejszego swego ziecia. + +Dzierzymirski nie bolal wiec wcale nad strata tescia swego... Teraz +zas, powoli palac cygaro, mysl jego, przesunawszy sie obojetnie po +wypadkach smierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymujac sie +przy tych zdarzeniach tylko ze wzgledu na bolesc drogiej mu Oli - +swobodna, pomykala obecnie chyzo w przyszlosc. + +Od jutra staje sie panem!.. Bedzie administrowal dobra, zbieral +dochody... + +I Romana upajalo to jutro!.. + +Lat temu pare skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, zle +odziany, odzywiany - biedny... Pózniej zrzadzeniem losu slepego +wlasciciel sumki pokaznej grosza... Dzis dziedzic, pan cala, +geba!.. + +- Do dyaska !.. - mruknal Dzierzymirski i usmiechnawszy sie z +zadowoleniem, musial przyznac jednak, ze swiat nie tak zly i nic +nie wart, jak nazywal go ongi, w pesymizmu chwilach, i ze zycie +czasami bywa wcale milem. + +- I cóz moga o mnie zlego powiedziec ludzie, swiat caly? - +rezonowal dalej w myslach swych Roman. + +- Nic zupelnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, kazdy +zas znajacy mnie przedtem, gdy dzis mnie spotka, powie tylko z +przekonaniem: Zuch, poradzil sobie w zyciu!.. + +- A jak? któz o to pytac bedzie... + +Dzierzymirski, poczuwszy znów pragnienie, w pólswietle pokoju +odnalazl kieliszek i butelke szampana, która, powodowany jakims +dziecinnym wprost kaprysem, przyniósl sam sobie wieczorem z "wlasnej" +piwnicy; nalawszy wina, napil sie chciwie. + +Radosc zas jego wewnetrzna, poza egoistyczna samowiedza +przyszlego bytu, miala równiez na jego obrone, przyznac nalezy, i +szlachetniejsza podstawe. + +- Teraz bede mial na to, by oddac to, co znalazlem - mówil sobie +wlasnie w tej chwili, trzymajac machinalnie w reku wysoki +krysztalowy kielich od wina, a w myslach bezwiednie i niejasno zarazem +ukladal juz wzgledem tego plany na przyszlosc. + +- Ukrytym celem zycia mego bedzie znalezc, odszukac koniecznie +zagadkowego wlasciciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysiecy - +szeptal cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniadze, +oczyscic sie w ten sposób z plamy przeszlosci!.. + +- Musze ja zmazac! Czystym byc musze!.. - z sila powtórzyl +glosniej. - Chocbym mial swiat z posad poruszyc! - dokonczyl z +moca i umilkl, a równoczesnie w piersiach jego zapalala sie teraz +jakas goraczka czynu. + +Zdawszy zas sobie natychmiast sprawe z tego stanu swego, +Dzierzymirski poruszyl sie w poscieli swej niespokojnie. + +- Tak, ja go znajde! - mówil sobie w mysli dalej. - Znajde, dla +tego chocby, iz nie unikac bojazliwie, jak dotad, ale smialo +szukac go bede. Ale... - tu Roman zatrzymal sie w myslach, - ale, +by dopiac tego - powtórzyl - wszak musze wyplynac na arene +szersza swiata!.. Bo przeciez tu, choc bede panem Gowartowa, nic +przecie w tym wzgledzie uczynic nie zdolam!.. + +- A wiec - gdzie ?.. - dreczyc go, meczyc poczelo pytanie. +Dzierzymirski brwi zmarszczyl. + +Powtórnie, znowu poczul w sobie jakas nieprzeparta chec czynu, a +równoczesnie zrozumial nagle, ze radosc jego chwilowa, przelotna z +odziedziczenia majatku byla slomianym tylko ogniem! + +Bo, rzeczywiscie... + +Ambicya bowiem, czasem zle umieszczona - pojeta, lecz jedna i ta sama +zawsze, która dotad pchala go slepo naprzód, i teraz, choc zostal +panem i zdobyl, czego pragnal, ukaze mu niewatpliwie inne znów +braki obecnego polozenia, "isc" naprzód kaze, wyniesc sie ponad +drugich zachecac bedzie - nurtujaca, despotyczna - nie pozostawi go +w spokoju! + +Wziawszy zas jeszcze pod uwage uspiony wyrzut sumienia i chec +zmazania plamy z wlasnej uczciwosci - przyszlosc ta, przed chwila +jeszcze wymarzona, idealna... juz teraz przed wzrokiem Romana +pokrywala sie cieniem. + +Samowiedza powyzsza pokryla chmura na chwile piekne rysy +Dzierzymirskiego. + +- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekl zupelnie glosno, a wypiwszy do konca +szampanskie wino, postawil kielich na stole tak silnie, ze lejkowaty, +delikatny, prysl on i szczatki krysztalu upadly z brzekiem na +ziemie. + +Pierwszym ruchem pana na Gowartowie bylo siegniecie po zapalki, +mysl zas zapalenia swiecy, by zebrac szklo stluczone, przemknela +mu przez glowe. + +Powstrzymal sie jednak i mruknal zcicha: + +- Po co? Mam przecie na zawolanie kamerdyra i dwóch lokai... +Sprzatna jutro... + +Poczem, znuzony myslami, przytulil glowe do poduszki, usilujac +zasnac. + +-------------- + +CZESC DRUGA + + + + +Byla wiosna... + +Od opisanych zdarzen piata juz z kolei tak samo urocza zawsze, +usmiechnieta i wesola - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach +wschodzila ona znowu nad swiatem. Pelna w przyszlosc wiary i +nadziei krzepila serca, rozjasniala umysly, siala po twarzach +ludzkich usmiechy radosne, a rozogniajac wyobraznie, zmysly - +upajajac swem tchnieniem, majowem, swiezem - szla zwycieska, +królewska, wspaniala... + +Przez wpólprzymkniete okno powiew jej, lacznie z gluchym gwarem +ulic wielkiego miasta, wdzieral sie do umeblowanego powaznie, +obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazalem, a zarzuconem +papierami, listami, ksiegami i pismami, siedzial Roman Dzierzymirski +i sluchal mówiacego cos do niego mlodego mezczyzny. + +Po chwili tenze umilkl, w pokoju zapanowala cisza, zamykajaca snac +powazna i czas dluzszy toczaca sie rozmowe. + +Roman zamyslony, ujawszy w dwa palce jakis papier, zlozony we +czworo, postukiwal nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz +zas milczal, wpatrzony w niego - na odpowiedz czekal cierpliwie, +bawiac sie tymczasowo trzymanem w reku nozem do rozcinania. + +Gosc nieznajomy byl niskiego wzrostu; twarz mial myslaca, +ruchliwa i zmienna, cala zas jego powierzchownosc, wyraznie +zdradzac sie zdawala, kogos ze sfer finansów, lub przemyslu. + +Przenióslszy niebawem wzrok z twarzy Dzierzymirskiego na otaczajace +go sprzety w gabinecie, pobieznie przygladac mu sie zaczal. + +Rzucil wiec okiem na stojacy opodal stól duzy, przykryty zielonem +suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczajace go +fotele, skóra kryte, na dwie, szafy ksiazek, zegar - cacko +starozytne; spojrzal na pare konsol, stolików, i innych zbytkownych +gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dluzszem milczeniem gospodarza, +zagadnal: + +- Zatem... panie prezesie? + +Dzierzymirski ocknal sie, i juz otwieral wlasnie usta, by cos +odrzec, lecz zatrzymal sie nagle, drzwi bowiem skrzypnely, i wszedl +lokaj, trzymajac duzy list na tacy. + +- Jakis pan to przyniósl, czekal bardzo dlugo, - objasnil, - w +koncu kazal mi list oddac jasnie panu, a sam poszedl... + +- Przepraszam pana!.. - rzucil Roman gosciowi swemu - pan pozwoli, +nieprawdaz? - i rozerwal koperte przyniesionego pisma. + +Spojrzal na cwiartke papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko +wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami +podpisów. + +Lokaj znikl tymczasem, a, jednoczesnie Dzierzymirski, skonczywszy +czytanie, ponownie zwrócil sie do goscia swego, lecz i tym razem +znowu przeszkodzono mu. + +Ktos pukal do drzwi dyskretnie. + +- Prosze!.. - rzekl Roman glosno. + +Drzwi roztworzyly sie szybko. Do gabinetu wszedl mlodzieniec bardzo +wysoki, ubrany modnie, o powierzchownosci wytwornej i panskiej, oraz +ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt predkich. + +Przeprosiwszy pospiesznie siedzacego przemyslowca, Dzierzymirski +zerwal sie na widok wchodzacego. + +- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, slówko tylko +jedno - mówil juz tymczasem przybyly, a ujrzawszy powstajacego +instynktownie goscia, dosc grzecznie rzucil w jego strone. + +- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekunde tylko!.. - ujawszy +zas ramie Dzierzymirskiego, nachylil sie ku niemu, odprowadzil +dalej nieco i pólglosem mówic poczal cos, z zywoscia i +gestykulacya, stojac z nim razem posrodku gabinetu. + +Po chwili, odprowadzony az do drzwi, z atencya wyrazna, pozegnal +sie serdecznie z Romanem i zniknal za portyera i drzwiami. + +Dzierzymirski tymczasem powracal juz do goscia swego, a +przeprosiwszy go raz jeszcze, dodal na pozór niedbale: + +- To wlasnie ksiaze-ordynat B... nie zna pan?... Mial do mnie +interes bardzo pilny... Tu znów - wskazal na otrzymana przed chwila +korespondencye, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów +jednej z naszych kolei. Dzis mam piec sesyj... - ciagnal dalej w +tym samym tonie, - tam - uczynil glowa niewyrazny ruch ku drzwiom, - +czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone... + +- Wobec tego - zatrzymal sie znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówil +zwolna - czy przyjac moge tak zaszczytny wybór panów... Po prostu +nie mam w ogóle czasu... Nie, nie moge ! + +Cien przeszedl po obliczu nieznajomego, chcial cos zaprotestowac, +lecz Dzierzymirski juz mówil: + +- Przykro mi tylko, iz panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie +miec beda... - zatrzymal sie chwile i wskazal na trzymana do +niedawna, w reku odezwe jednego z pierwszorzednych akcyjnych +towarzystw weglowych, w której donoszono mu wlasnie o wyborze go +podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczacego w +komisyi rewizyjnej. + +- Lecz wyznac musze - ciagnal dalej i usmiechnal sie przy tem z +lekka, - ze nawet czynnosc, proponowana mi przez panów, zastaje mnie +calkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknal +powtórnie usmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokladnie i +zupelnie znanych... Terra incognita... - sklonil glowe ruchem +lekkim - stanowiska podobnego nie mialem jeszcze dotad... + +I Dzierzymirski zamilkl na chwile poczem swobodnie dorzucil: + +- Ale! prawda... Zapomnialem jeszcze powiedziec szanownemu panu... Za +pare dni wyjezdzam na czas dluzszy za granice, dla wypoczynku. + +Roman zatrzymal sie i pytajaco spojrzal na goscia swego. + +- O!.. to najmniejsza... - odparl szybko przemyslowiec - czynnosc +komisyi w roku biezacym wypada dopiero za miesiecy kilka, a odbywa +sie w ogó1e nieczesto... Co zas do pierwszego punktu... rzecz to +równiez malej wagi... + +- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostke tak dalece rutynowana, - +przepraszam za wyrazenie i mlody czlowiek usmiechnal sie lekko - +lecz o czlowieka tych wplywów i stanowiska, oraz zaufania szerokich +kól naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyc +sobie potrafil, i które niewatpliwie, rzec mozna, posiada obecnie +juz w zupelnosci... + +Dzierzymirski teraz z kolei usmiechnal sie na tak jasne postawienie +kwestyi. + +Rzeczywiscie, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgola jeszcze przybyl +osiedlic sie w miescie, czyzby snilo sie nawet komu przyjsc +don z tego rodzaju propozycya. Blysk zadowolenia milosci wlasnej +przemknal w tej chwili po licach Dzierzymirskiego. + +- Nie traciles czasu daremnie - mówil mu wewnetrzny glos i uczucie +pychy rozpieralo piersi. + +Milczeniu zalegle przerwal tymczasem glos przemyslowca. + +- Zatem - rzecz zalatwiona nieprawdaz? Pan prezes - przyjmuje?... + +Dzierzymirski zawahal sie sekunde jeszcze, pochlebstwo jednak, +podane zrecznie, dzialac poczynalo. Zdecydowal sie dac odpowiedz +przychylna. + +- No... trudno!.. - wycedzil z wolna, obojetnie i z pozornym +przymusem. Pomimo obowiazków i odpowiedzialnosci, które wkladaja +na mnie czynnosci i stanowisko przewodniczacego w komisyi, przyjac +juz chyba musze!.. + +- Wybór panów akcyonaryuszów zreszta takiego zwiazku, jakiem jest +Towarzystwo panów - tu Roman sklonil sie grzecznie w strone goscia +swego, a bedacego - ciagnal dalej - bez pochwal i przesady, w +rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzednych w kraju - zaszczyt mi tylko +przynosi - i Dzierzymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylil +z lekka glowe. - Co zas do czynnosci rewizyjnych, mam nadzieje +równiez - konczyl - iz chyba im podolam, tymbardziej - +usmiechnal sie tym razem nieco dumnie - ze zajec bardzo +podobnych, choc tak róznorodnych, piastuje od pewnego czasu moc +niezliczona... + +- O, naturalnie! - przyswiadczyl gosc skwapliwie, - zreszta +przyjemnosc mialem powiedziec juz panu prezesowi w toku rozmowy +dzisiejszej, ze zdaniem jest jednoglosnem akcyonaryuszów naszego +Towarzystwa, iz w calem miescie nie ma formalnie nikogo, kto by +lepiej od pana prezesa czynnosc wzmiankowana objac zdolal. + +Dzierzymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylil +tylko glowe i powstal z siedzenia. + +Gosc jednoczesnie z krzesla zerwal sie szybko. + +- Dziekuje i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniadz, a +przyslowie to nigdzie chyba lepiej, niz tutaj, zastosowanem byc nie +moze. + +- Prosze wyrazic tymczasowo moje podziekowanie panom z Rady +Zarzadzajacej,- odparl uprzejmie Dzierzymirski. - W sprawie tej +zreszta wpadne osobiscie do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem. + +- Sluga panski!.. - rzucil jeszcze przybyly w uklonie i w slad za +tem znikl za drzwiami. Dzierzymirski krokiem miarowym przechadzac +sie poczal po pokoju. + +- Wiec i ta akcyjna spólka weglowa - myslal - obracajaca +kapitalami, najpotezniejszymi moze w kraju, ceniona, znana, wybrala +go równiez! Wiec i oni don przyszli! Wposród siebie nie znalezli +nikogo, godniejszego, by piastowac urzad, tak pelen zaufania!.. - w +umysle Romana bezustannie nad innemi górowalo wrazenie wizyty +ostatniej. + +Duma wciaz rozsadzala mu piersi, usmiech zadowolenia blakal sie +po ustach; Roman, zamyslony, przebiegal ciagle swój gabinet wielkimi +krokami. + +Nagle rozmyslanie to, tak wielce dlan mile, przerwane zostalo +wejsciem lokaja. + +- Jakas nieznajoma pani w zalobie chce widziec sie z jasnie panem +- zaanonsowal. + +- Jak sie nazywa? + +- Oto bilet, jasnie panie... + +Dzierzymirski wzial z rak slugi kartke brystolu i przeczytal +wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedzialo mu ono. + +- Pros! - rzekl krótko. + +Lokaj wyszedl, a Dzierzymirski zblizyl sie z wolna do swego biurka +i usiadl przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na lezace tam +porozrzucane papiery. + +- A... prawda!.. - mruknal pólglosem do siebie i siegnal +jednoczesnie po papier listowy, oraz koperte. + +Przed nim, jako wice - prezesem zakladów dobroczynnych, lezal list +znanego w miescie i wplywowego ksiecia S., z prosba o umieszczenie +w jednym z przytulków jakiegos schorzalego biedaka. + +Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - która dnia poprzedniego sam +juz zalatwil osobiscie - nie dal jeszcze ksieciu; umoczywszy wiec +pióro, Roman poczal pisac zamaszyscie. + +W tej samej chwili do komnaty wsunela sie przysadzista, krepa +postac czarno ubranej kobiety. Malymi kroczkami podeszla natychmiast +do biurka i przemówila glosno: + +- Przepraszam bardzo, ze tak natarczywie... + +Dzierzymirski, niezadowolony nieco, ze mu tak z nagla przerwano +watek listu, spojrzal niechetnie z pod oka na nowo przybyla. + +Przed nim stala kobieta lat piecdziesieciu moze, o znekanych +rysach, ubrana nieco z staroswiecka, dosc zreszta poza tem ukladnej +powierzchownosci. + +- Niech pani spocznie, prosze... za chwile sluze! - rzekl +uprzejmie i poczal pisac znowu. + +- Doprawdy nie rozumiem sama, jak osmielilam sie przyjsc tutaj, ale +szlachetnosc, zacnosc szanownego prezesa... - uslyszal znowu +Roman. + +Niecierpliwie tym razem wzniósl na przybyla spojrzenie i przerwal +jej grzecznie, lecz sucho: + +- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajety jestem... Wszak +pani nie pilno?.. + +- O, nie... przeciwnie... Tylko... + +Roman spuscil oczy i myslace czolo, oraz poczal pisac dalej, +najspokojniej w swiecie. W pokoju zaleglo milczenie, przerywane li +tylko zgrzytem pióra po papierze. + +Gdy Dzierzymirski list skonczyl, podniósl machinalnie oczy na +nieznajoma. + +Usmiechnal sie mimo woli; spotkal sie bowiem z dziwnie zabawnym i +uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem zlem i jakby +obrazonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego zlagodnialo jednak +natychmiast, przeistoczylo sie w slodkie i potulne, jak u baranka. + +Zaadresowawszy list, Dzierzymirski zadzwonil na lokaja. Gdy ten sie +zjawil, polecil mu odeslac pismo natychmiast. + +- Czy jest kto? - zapytal. + +- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiala odpowiedz. + +- Powiedz, ze przepraszam, i za chwile go prosze! - rozkazal Roman, +gdy zas lokaj znikl za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócil sie do +nieznajomej. + +- Slucham pania... Czem sluzyc moge? + +Przybyla poprawila sie na krzesle, zrobila mine slodsza jeszcze, +i zmieszana nieco przemówila: + +- Mój maz, znajac tak dobrze szanownego pana prezesa, tak czesto +wspominal mi o jego szlachetnosci, zacnosci, dobrem sercu, ze... - +tu przerwala na chwile, widzac zdumiona mine Dzierzymirskiego, +poczem ciagnela znów dalej, straciwszy widocznie watek poprzednich +mysli, bo nie dokonczyla juz poprzedniego zdania: + +- Mój maz, Nepomucyn, zawsze mawial mi takich ludzi potrzeba nam +wiecej, jak prezes Dzierzymirski; ludzi hartu, zelaznej woli, +inteligencyi rzutkiej, prawosci charakteru... O, mój maz bardzo, +bardzo cenil pana prezesa... - i zawiklawszy sie ponownie w +wyglaszane przez sie pochwaly, nieznajoma zatrzymala sie chwile. + +Dzierzymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystal skwapliwie z +przerwy. + +- Przepraszam pania - spytal grzecznie - jak godnosc i imie meza +pani? Czy zyje?... + +- Nepomucyn Wygrzywalski - odparla zapytana - zmarl rok temu... +Swiec, Panie, nad jego dusza! - westchnela. + +Dzierzymirski zmarszczyl brwi i zamyslil sie chwile. + +- Nie przypominam sobie, bym mial przyjemnosc znac osobe tego +nazwiska... - wycedzil z wolna. + +Z pod usmiechnietych slodkawo i mile, sila woli ulozonych rysów +przybylej, blyslo ku Romanowi urazone i grozne spojrzenie. + +- Jak to ? - odezwala sie obrazonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. +- Byc nie moze ?.. Pan prezes chyba przypomniec sobie tylko nie +raczy... + +- A jak dawno? - lagodniej nieco przemówil Dzierzymirski. - I ile +razy - slowa ostatnie podkreslil, usmiechnawszy sie ironicznie - +widzial mnie maz pani? + +- O! kilka razy zaledwie mial sposobnosc... - pospieszyla z +odpowiedzia przybyla. - Dwa, trzy moze... Ale widzenie sie to bylo +dlan przyjemnem nad wyraz - utkwilo mu w pamieci... + +- Ach, maz mówil mi tyle razy - ciagnela dalej slodkawo, z +wymuszonym okolicznosciowym usmiechem, - ze, naturalnie, poza +zaslugami spolecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, milego +czlowieka, jak pan, nie znal byl dotad, i dla tego tez myslalam, +ze i pan prezes... - tu urwala swe przemówienie pani Wygrzywalska, +sledzac na twarzy Romana wrazenie slów swoich. + +Ten jednakze, zrazony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypial, ni +przylatal, pochlebstwami juz powtórnie, i calkiem notabene, +niezrecznie, odrzekl zimno: + +- O, prosze pani... Ja widuje po trzydziesci, czterdziesci +interesantów dziennie... Polowa z nich nieznana mi bywa zazwyczaj - +liczbie tych wiec znajdowal sie zapewne maz pani... Dlatego tez +nie przypominam go sobie. + +Jak pocisk zjadliwe tym razem i calkiem juz obrazone uderzylo w lica +Dzierzymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej. + +- Dziwi mnie to niewymownie, ze tak uporczywie pan prezes przypomniec +sobie mego meza nie raczy... - odezwala sie uszczypliwie, a w glosie +jej czuc bylo smiertelna obraze. + +- Przeciez ostatecznie - mówila w tym samym tonie dalej - jak i mnie, +tak i jego, tu w miescie znalo duzo osób... Nie dalej, jak hrabiowie +Olscy, zacnosci i poczciwosci ludzie, z którymi mnie laczy nawet +stosunek przyjazni... Wyjechali za granice wczoraj wlasnie... +Nastepnie równiez i nieodzalowanej pamieci ksiaze +Topór-Toporski Alfred tak laskaw byl za zycia opiekowac sie +nami... - konczyla przybyla z godnoscia. + +- Chce zaimponowac mi znajomoscia z ksiazetami, a to oryginal +baba, - przemknelo przez mysl Dzierzymirskiemu i usmiechnal sie +jednoczesnie, zrobil bowiem i inna w tej chwili uwage, a mianowicie, +ze jakos za wiele bylo nieboszczyków w gronie ludzi, na których +powolywala sie siedzaca przed nim jejmosc. + +Chcac przytem przeciac zarazem zapowiadajaca sie prawdopodobnie +znów na dlugo tyrade slów, pozbawionych, jak i poprzednie, +scislej logiki, rzekl szybko: + +- Przepraszam bardzo: Nie mogla by mnie szanowna pani powiadomic +jednak, czemu wlasciwie zawdzieczam jej wizyte? + +Na tak jasno postawione ultimatum zmieszala sie przybyla i +wyjakala: + +- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczesliwa, zdobylam sie na +taka smialosc... Ale, przynaglona materyalnem polozeniem bez +wyjscia, ufajac w przyjazn, która zywil mój maz nieboszczyk +do pana prezesa, chcialam prosic o drobna pozyczke... - urwala na +chwile, poczem glosem smialym juz teraz i godnosci pelnym, +dodala: + +- Co do oddania - nie moze byc obawy zadnej, poniewaz ludzie mnie +znaja... A zreszta... - tu usmiechnela sie z dumna - pochodze +sama z arystokracyi, wiec... + +To "wiec" bylo wypowiedziane takim tonem, iz rozwiewac sie zdawalo +wszelkie co do zwrócenia kwoty watpliwosci; jejmosc nie +dokonczyla zdania, a spojrzala tylko przenikliwie na sluchacza +swego, jakby pragnac odgadnac, jakie wrazenie nan uczynilo +powiedzenie jej ostatnie. + +Dzierzymirski zas tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, +usmiechnal sie pod wasem nieznacznie. + +- Czy wolno wiedziec - z której? - z kurtuazya zapytal. + +- Rodze sie z domu kniaziówna Rarowska - z godnoscia i +namaszczeniem odparla dumnie wdowa. + +Dzierzymirski ponownie usmiechnal sie z ironia. Rodzina ta prawie, +ze juz calkiem wygasla, aczkolwiek dawna bardzo, wedlug +heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miala praw do zadnych +w ogóle tytulów, prócz kopertowych chyba. + +Slyszac zatem wypowiedziane tak czelne klamstwo, Roman nie +odpowiedzial nic, a tylko wpatrzyl sie badawczo, z uwaga, w twarz +siedzacej przed nim kobiety. + +Od poczatku juz samego dziwily go jej rozmowa i zachowanie cale, +teraz wiec, gdy wiedzial cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu +wpatrywal sie wciaz w rysy przybylej. Trwalo tak minut pare. + +I pod spojrzeniem tem nagle spuscila wzrok kobieta... + +Po raz pierwszy od kwadransa spadla z twarzy jej obludna, falszywa i +ukladna, a przyodziana li tylko w imie pozorów, maska. Zorane +policzki wdowy okrasil lekki rumieniec, a pod wplywem jakiejs mysli +zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignal na chwile +przed oczyma obserwujacego mezczyzny. + +I to ocalilo nieboraczke. Zniecierpliwiony bowiem dotad obecnoscia +jej Roman, i zdecydowany juz prawie wyprosic za drzwi kniaziówne "de +domo", zamyslil sie nagle. + +Po chwili zas, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybylej, +byl dlan wystarczajacym zupelnie, spuscil wzrok. + +I snac wiele nieklamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczescia +prawdziwego moze wyczytal byl na tej twarzy goscia swego; bo po +minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milczac, siegnal +reke klamki drzwiczek wbitej w scianie ogniotrwalej kasy, i - +wyjawszy stamtad papierek dziesieciorublowy, polozyl go na stole. + +Posunawszy zas banknot ten z lekka ku siedzacej, rzekl tylko: + +- Sluze pani! + +Poczem, gdy pieniadz ów schowala, obsypujac ofiarodawce swego +potokiem slodko przyprawionych komunalów, zadzwonil na lokaja: + +Posluszny, zjawil sie sluga za chwile. + +- Pros pana hrabiego! - rozkazal Dzierzymirski. + +- Juz wyszedl. Mówil, ze wpadnie kiedy indziej, bo czekac wiecej +nie mial czasu... Kazal przeprosic jasnie pana, bardzo i zostawil +tu bilet swój, na którym cos napisal, - i przy tych slowach lokaj +podal bilet. + +Roman rzucil nan okiem... + +Pani Wygrzywalska jednak przerwala mu czytanie. Do swej roli wracala +powtórnie. + +- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczela mówic swym +poprzednim tonikiem - ale wiedziec chcialam wlasnie, jak adresowac +mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspanialomyslnie, szlachetnie, mi +udzielonej... Pan prezes podobno na dlugo wyjezdza?.. + +Roman na te slowa usmiechnal sie zlosliwie i odparl: + +- O, laskawa pani ! Adresem zupelnie dostatecznym beda dwa slowa : +"R. Dzierzymirski." Zegnam pania... - tu powstal z siedzenia i +sklonil sie z daleka. + +Pozegnany z kolei uklonem sztywnym nieco odchodzacej +"pseudo-arystokratki", Dzierzymirski zwrócil sie do lokaja: + +- Jest kto? - zapytal. + +- Jakis pan powiada, ze jasnie pana zna dawno, chce sie widziec +koniecznie. + +- Jak wyglada? + +- Taki sobie... nie bardzo pokazny... + +Codziennie, od dziewiatej do dwunastej z rana, kazdy mial wstep +wolny do "pana prezesa". Dzierzymirski nie odstepowal nigdy od +powzietej raz reguly, tym razem wiec zarówno rzucil obojetnie: + +- Pros!.. + +Sam zas do biurka zasiadl, by skonczyc czytanie biletu hrabiego z +Melsztyna. + +Minelo pare minut. + +Zaczytany, nie spostrzegl byl Roman, ze na srodku pokoju od pewnego +juz czasu stal mlody czlowiek, lat okolo trzydziestu pieciu, i +patrzyl nan uporczywie. + +Pod sila tego wzroku podniósl oczy Dzierzymirski, a ujrzawszy +przybysza zbladl; poznal go bowiem od razu, nie dal jednak poznac +tego po sobie, nie podniósl sie z miejsca nawet, a tylko ruchem reki +obojetnym wskazal krzeslo. + +- Prosze pana... Przepraszam... za chwile... Nieznajomy zarumienil +sie, nie rzeklszy nic jednak, usiadl pokornie na koniuszczku stolka, +Dzierzymirski zas siegnal po jakies ksiegi, lezace - opodal i +zaglebil sie w nich, ze skupieniem. + +Ale tylko na pozór... W rzeczywistosci zas potrzebowal czasu, by +ochlonac z doznanego przed chwila wrazenia. + +Przed nim znajdowal sie towarzysz, niewidziany juz od lat siedmiu - +jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi sie byl zbratal, +przyjechawszy niegdys do kraju sam, nieznany i biedny!.. + +I nagle, wywolane przypomnieniem, stanely mu w mysli jasno te chwile +dawne !.. Ukazala mu sie zywo w wyobrazni straszna noc moralnego +przelomu jego zycia, noc udreczen w izdebce na poddaszu - noc walki +z uczciwoscia z jednej strony, a nedza, uluda milosci, +pragnieniem zycia - z drugiej!... + +Wszak siedzacy oto teraz przed nim mlody czlowiek byl jednym z tych +dwóch wlasnie, którzy, gdy on nurzal rece w kuszacem go swa +potega zlocie, stukaniem naglem we drzwi izdebki wstrzasneli nim +tak silnie... + +I Roman, przebiegajac spojrzeniem w duchu to wszystko, mówil do +siebie jednoczesnie: + +- Dziwnem jednak jest to zycie nasze... O, jakze dziwnem !.. Gdyby nie +to zloto, a pózniej Monte Carlo, Ola i smierc jej ojca, oraz +dziedzictwo po nim, nie bylbym przecie nigdy tem, czem dzis jestem!.. + +Przepastna ironia - kolo bez wyjscia!.. + +Dzierzymirski, pochylony nad gruba ksiega, której cyfr i kolumn ich +nie widzial zgola - pograzonym sie ciagle byc zdawal +calkowicie, w rachunku i pracy. + +Milczenie zupelne - panowalo w pokoju, w ciszy zegar wydzwonil +niebawem godzine wpól do dwunastej. Roman sie ocknal; zostawalo +mu juz tylko pól godziny czasu. Uczynil nad soba wysilek i glosem +spokojnym zupelnie przemówil obojetnie: + +- Z kim mam przyjemnosc i czem sluzyc moge?.. + +- Herman Zielinski. Czy pan.. prezes naprawde mnie sobie nie +przypomina? - odparl mlody czlowiek dobitnie. + +Dzierzymirski zawahal sie chwile. + +- Zielinskich znam wielu - rzekl z wolna - nazwisko panskie ma +przedstawicieli tak licznych... Zreszta... moze... Przykro mi bardzo, +lecz doprawdy nie przypominam sobie... + +- Ja za to - odpowiedzial mlodzieniec, akcentujac silnie slowa - +przypominam sobie az nadto dobrze... Poznalismy sie przed laty +siedmiu; ja, pan i Jasio Zboinski stanowilismy przez czas jakis +nierozerwalna nawet trójke. Potem... pan przestales stopniowo nas +poznawac... Kolej to zwykla rzeczy swiata tego, prawo ludzkie - byc +moze... Pan wznosiles sie po drabinie spolecznej wysoko, my +ginelismy w cieniu... Pan dosiegles jej szczytów obecnie, my, to +jest ja, zostalem u jej podnóza... + +Zatrzymal sie w przemówieniu swem mlody czlowiek, po chwili zas +dodal; z gorycza: + +- Jednak... myslalem, ze pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie +przypomniec. Cóz robic - omylilem sie!.. - mlodzieniec powstal, +gotów do wyjscia. + +- Ale cóz znowu !.. - wykrzyknal sluchajacy go dotad w milczeniu +wahajacem sie Dzierzymirski, a zarazem, powstawszy spiesznie z +miejsca, przyjaznie wyciagnal reke ku przybylemu. + +- Witam i przepraszam... Pamietam te czasy doskonale, tylko pan +zmieniles sie do niepoznania. Cóz Zboinski, cóz pan - porabiacie +teraz?.. Niechze pan spocznie, prosze bardzo... - dorzucil Roman +laskawie i swobodnie, teraz bowiem panowal juz calkiem nad soba. + +Zielinski, poznany, usiadl i osmielony odparl: + +- Cieszy mnie niewymownie, ze pan przypominasz sobie lata owe.. Dla +mnie, wyznac musze, okres ten caly zycia mego stanowi przyjemne +nader wspomnienie - urwal, i usmiechnawszy sie ironicznie, +zachowujac jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucil dobitnie: + +- Ba, dawniej przecie my ze Zboinskim, we trójke, mówilismy sobie +"ty" nawet! + +- Cóz pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwal Dzierzymirski +pospiesznie, niechcacy jakby, puszczajac mimo uszu ostatnia uwage. + +- Rad jestem niezmiernie z widzenia sie naszego, z przyjemnoscia +usluze, jesli bede mógl to uczynic...- dodal jeszcze, jak +mógl najprzychylniej. + +Choc zmrozony nieco poczatkiem zdania, Zielinski spojrzal +przyjaznie na Romana, poczem odezwal sie: + +- Dziekuje, i zobowiazany jestem panu bardzo, bardzo, panie... +prezesie!., - usmiechnal sie znowu, +z gorycza - poczatkowo jednak winienem w krótkich slowach objasnic +go nieco o polozeniu mem obecnem. + +- Slucham - przerwal szybko Dzierzymirski i spojrzal na wiszacy +maly zegarek, wskazujacy w tej chwili trzy kwadranse na dwunasta. + +Zielinski dostrzegl ruch jego. + +- O! to niedlugo potrwa! - pospieszyl z zapewnieniem. + +- Nic nie szkodzi, prosze bardzo... - odparl Roman. - O pierwszej mam +wazna sesye, a ze wyjezdzam juz za dni pare, obecnosc moja +jest tam bez opóznienia konieczna. Ale... slucham pana... - +powtórzyl znowu uprzejmie. + +- Otóz wiec, streszczam - rzekl Zielinski. + +- Zycie moje odmiennem potoczylo sie korytem od zycia panskiego, a +nawet Zboinskiego Jana. Pan - nie ma co mówic o tem ; cale miasto +godzi sie jednoglosnie, ze o zdolniejszego i bardziej wplywowego +zarazem czlowieka u nas trudno... Zboinski jest lekarzem na prowincyi +i wiedzie mu sie niezgorzej, a ja... - tu Zielinski zatrzymal sie +chwile - zostalem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... +Dlaczego? któz odgadnie ?.. Zdawaloby sie, ze los nie poskapil mi +zdolnosci; szkoly ukonczylem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, +niestety, los nie obdarzyl mnie szczesciem do zycia! - Mlody +czlowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówic przestal. + +- Trzy lata temu - ciagnal dalej niebawem - ozenilem sie z +milosci, bez grosza... - rysy, dosc regularne Zielinskiego +ozywily sie promieniem wewnetrznym - kochalem ja, te moja +Maniute, tak, jak kocham ja do dzis dnia jeszcze, choc jak nie +miala, tak i nie ma ani szelaga posagu!.. Obecnie mam troje +drobiazgu... - tu z kolei twarz goscia Romana zasepila sie smutnie, +zatrzymal sie, jakby trudno mu bylo wykrztusic reszte, czolo zas +biale pociemnialo mu od rumienca - jednem slowem - dokonczyl - w +domu u mnie - nedza!.. + +Umilkl, nie podnoszac oczu. Po dluzszej chwili, ciagnal: + +- Pomny naszej dawnej znajomosci, przyszedlem tu, do pana prezesa, z +pokorna prosba o posade, o prace, choc byle jaka, ale - platna, +o zarobek, bo jalmuzny nie zwyklem przyjmowac!.. Byle z glodu nie +umrzec... byle oslodzic zycie tej kobiecie, która mnie kocha, a +której doli dotad w zadny sposób ulzyc nie moge!.. - wyrzucil z +siebie z moca. + +Zamilkl i wstydzac sie jakby slów wlasnych, nie podnosil juz +wcale oczu na Romana. + +Dzierzymirski zas z kolei przez czas ten caly sledzil slowa i gre +fizyonomii Zielinskiego, a w myslach jego równoczesnie stanal +wyraznie kontrast razacy, pelny ironii, miedzy zyciem jego, a +zyciem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego +studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie poplaca byc +idealista! + +Ozenil sie bez majatku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierzymirski, +zgrzeszyl byl idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, +pozbyl sie przed laty nietknietych banknotów i ozenil sie +nastepnie z jaka dziewczyna zupelnie biedna ?.. + +- No, w kazdym badz razie, jakos dalbym tam sobie rade! - +odpowiedzialo cos butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, +wole, rozum, rzutkosc, dar oryentowania sie trafnego, i spryt - to +wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak troche... glupi! + +- Ale czysty ! - uklulo cos, jakby zadlem Romana. Spuscil +glowe i sluchajac dalej losów kolegi Zielinskiego, mówil sobie +zarazem: + +- Jednak pomóc trzeba... nalezy. Dla wspomnien, no, i dla zasady. + +Gdy zas dawny towarzysz mówic juz przestal, odezwal sie z kolei: + - Wiec zyczylby pan sobie otrzymac zapewne miejsce na kolei, gdzie + jestem prezesem... Niestety, nie moge, postanowilem bowiem podczas + calego trwania tam moich rzadów, od siebie nie narzucac nikogo... + Ale móglbym pomiescic pana gdzie indziej. W Banku + Handlowo-Przemyslowym, na przyklad, naleze do zarzadu... Czy znane + sa panu: rachunkowosc kupiecka, buchalterya i jezyki obce biegle, + jak francuski, niemiecki, a moze i angielski`?.. + +- Niestety, nie! - odparl Zielinski. - Fachowego wyksztalcenia nie +posiadam, gimnazya klasyczne zas i wydzial prawny uniwersytetu nie +wyszkolily mnie dostatecznie w zadnym z nowozytnych jezyków +europejskich... Co innego grecki i lacina... Co sie zas tyczy +rachunkowosci, poza arytmetyka i matematyka wyzsza, t. j. algebra, +geometrya, trygonometrya, inna sluzyc nie moge... + +I machnawszy przy tych slowach reka, w zniecheceniu, mlodzieniec, +westchnawszy smutnie, dodal. + +- Zreszta, panie prezesie, mówiac szczerze calkiem, przekonywam sie +teraz coraz bardziej, iz szkoly nie daly mi zgola zadnej nauki +zyciowej i praktycznej. + +- Ma pan slusznosc, zapewne... - potwierdzil Roman. - Niedaleko, +szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem miescie ludzi +fachowych, zajechalbys pan ze swym dyplomem, ale nie martw sie pan... +Spotkales mnie na swej drodze. Ja zaproteguje pana po pierwsze w +imie lat dawnych, po drugie, ze nalezysz pan, jak widze, do +prawdziwie potrzebujacych pracy! - ostatnie slowa silniej +zaakcentowal Dzierzymirski. - Czy ladny i czytelny masz pan charakter +pisma? + +- Owszem, staranny i czytelny w zupelnosci! - pospieszyl z +odpowiedzia Herman. + +- No, to dobrze - odparl Roman, i przy tych slowach siegnal do +stojacego na biurku pudeleczka po bilet wizytowy. - Napisze slówko +do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w +scislych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim +pomówie - odmówic mi nie moze... Od pierwszego przyszlego +miesiaca dadza panu posade. Przypuszczam, iz... na poczatek z +jakies 500 rubli... Bedziesz pan obrachowywal, sprawdzal, a potem +przepisywal zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak sie pan zas +wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobie, iz dadza panu polisy do +kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan wiecej. Zgoda?... + +- Alez naturalnie - dziekuje stokrotnie, dziekuje po tysiac razy! +Wdziecznosc moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy +sie z krzesla, Zielinski, wzruszony i uradowany, uscisnal z +przejeciem dlon Romana. + +Ten ostatni, napisawszy slów kilka, zapieczetowal list i powstal, a +podajac go mlodemu czlowiekowi, rzekl: + +- Zycze szczescia i powodzenia!.. Bardzo kontent równiez jestem, +ze pan zwróciles sie bezposrednio do mnie, i ze znajomosc +nasza odnowilismy znowu... Doktorowi Zboinskiemu moje uklony, gdy go +pan zobaczysz!.. + +I Roman Zielinskiemu podal reke. + +- Dziekuje... Nie zapomne tego panu nigdy!.. - z serdecznem cieplem +w glosie odparl mlodzieniec, sciskajac dlon dawnego swego +towarzysza. + +Dzierzymirski odprowadzil go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielinskim +zniklo mu z przed oczu przeszlosci widmo, odetchnal swobodniej, i +zadzwonil na, lokaja. + +Ten zjawil sie natychmiast, niosac w reku tace z kilkoma biletami. + +- Czekaja jeszcze? - zapytal Roman, i spojrzal pobieznie na bilety, +a równoczesnie wyjal z kieszeni zegarek, wskazujacy juz pare +minut po dwunastej. + +- Przepros tych panów i powiedz, ze dzis za pózno!.. - rzucil +czekajacemu sludze. + +Lokaj wyszedl, a Dzierzymirski przechadzac sie poczal z wolna po +pokoju i cygaro zapalil, wypuszczajac od niechcenia z ust male +kóleczka dymu. + +Caly byl jeszcze pod wrazeniem ostatniej wizyty, oraz tej odzylej z +nia tak nagle swiezo minionej przeszlosci. + +I Dzierzymirskiemu czolo pooralo sie w drobne bruzdy, zamyslony +wciaz tak samo, nerwowym krokiem przebiegal komnate. + +Od lat kilku, gdy ozenil sie byl z Ola, nie zmienil sie Roman +prawie ze wcale. Ta sama inteligentna i piekna twarz poludniowca, +taz sama mlodziencza szybkosc ruchów, oraz niezmienna wytwornosc +sylwetki calej - cechowaly go obecnie tak, jak i przed paru laty. + +A ilez, ilez zdarzen przewinelo sie dotad w zyciu jego! + +Po odbyciu zaloby na wsi, w Gowartowie, przyjechal z Ola do miasta. +Tu, dzieki dziedzictwu pana Januarego, polozeniu towarzyskiemu zony +i, odnowionym wlasnym stosunkom, zdobyl Roman to, co do dzis dnia +posiadal. + +Energiczny, rzutki, gietki, sprytny i pelen ambicyi zaszedl wysoko. +Ola kochala go dotad niezmiennie, ludzie korzyli sie przed jego +rozumem, stosunkami, wplywami, a jednak nie byl on zgola +szczesliwym!.. + +I teraz po twarzy jego odgadnac to równiez latwe bylo. +Cierpial... + +Rozpamietujac w myslach przeszlosc wlasna, zapomnial widac +zupelnie o terazniejszosci. Niby wczorajsze swieze, we +wspomnieniach zyly znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana +uludna mamily wzrok duszy jego niedoscigla, bo bezpowrotna juz +dala, rozpierzchaly sie, nieuchwytne, to znów wracaly jawne - +zywe! + +Widzial sie wiec Roman w poslubnym roku milosci wzajemnej, +haszyszów i upojen, z dysonansem smierci tescia swego na koncu i +widzial siebie potem lata cale w ciaglych zabiegach, trudach, w +prawdziwej, namietnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za +popularnoscia, wielkoscia i znaczeniem. + +Wzniesc sie!.. wzniesc ponad drugich, ponad tlumy - to stalo sie +zycia jego celem!.. Widziec kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - +marzeniem - pomimo samopoznania w glebi duszy, ze na to wszystko nie +zasluguje sie zgola, pomimo gryzacej go, jak jad, toczacej go, jak +robak, samowiedzy, ze on moralnie nie godzien moze zadnego z tych, +którzy go ponad siebie wynosza!.. + +Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzen, tysiace ludzi przemknely, +jak w kalejdoskopie, w zyciu Romana, a tajemnica jego odleglego +"wczoraj", pozostala nadal - tajemnica... Nikt jej nie odkryl, nikt +nie przypomnial. O wlascicielu dwudziestu siedmiu tysiecy glucho i +cicho bylo, jakby fakt ten caly byl li tylko snem strasznym, +zakleta bajka z tysiaca i jednej nocy! + +A tymczasem zycie, toczac sie wartkiem kolem, pochlanialo soba +Romana, pochlanialo go tak dalece, ze bywaly chwile, iz zapominal. +Ale, niestety, byly to tylko... chwile. + +Sumienie uparcie czuwalo bezustannie. Nie bylo dnia jednego, by +Dzierzymirski w cichosci ducha nie uchylil glowy przed +przypomnieniem strasznem; nie mijal miesiac, by godzin kilka, z dala +od ludzi, nie byl zmuszonym przepedzic sam na sam ze soba i z +wyrzutami sumienia. + +O! jakze pragnal on nieraz oddac to zloto cudze, jak pragnal!.. + +Oddac! Ale komu?.. Zwrócic, ale jak, nawet gdyby sie i znalazl +wlasciciel zagadkowy, by nie splamic nieskazitelnego polysku czci +wlasnej, honoru i opinii czlowieka, przodujacego spoleczenstwu +calemu?.. + +W tym samym, ozdobionym granacikowa korona hrabiowska, pugilaresie, +lezaly odlozone przezen na miejsce, owe dwadziescia siedem +tysiecy, w banknotach i rulonach zlota, schowane w tajemnej i nikomu +nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego wlasciciela - +czekaly one nan tam daremnie. + +Bo gdybyz przynajmniej, choc promykiem malym, rozdarla sie ta +tajemnicza ciemnosc, kryjaca dotad w swych czelusciach bezustannej +zagadki prawnego pieniedzy tych pana! + +Och, wtedy, bedac choc troche przygotowanym, niewatpliwie dalby on +jakos sobie rade! Wolalby bowiem zobaczyc nawet roztwierajaca sie +przed nim przepasc bez wyjscia, gdyz ufny w swój rozum, znalazlby +je na pewno, niz widziec ciagle przed soba ten pelny milczenia +sfinksowy spokój, idacego przed nim ciemnego, nieodwolalnego jutra!.. +Przestraszal go on - przejmowal zgroza... + +Bo Dzierzymirski poza licznemi zajeciami swemi spolecznej natury, +czynil dotad niemal bez skutku wszystko, aby zrzucic z siebie, juz +raz na dobre, gniotacy go skrycie ciezar wspomnienia!.. + +Podawal wiec kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogloszenia +w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granica, w nadziei, iz wpadnie +na trop wlasciwy. + +Sam pozatem odbyl kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których +wiedzial, ze zgubili niegdys, bez znalezienia, sumy wieksze... + +Zbadawszy ich jednak podstepnie, z ostrozna, wracal zawsze z niczem. +Zagadka trwala. + +Teraz wreszcie równiez, nie dalej, jak za dni juz kilka, postanowil +Roman raz jeszcze uczynic próbe w tym wzgledzie i wyjazd za +granice, zapowiedziany przezen, dla wypoczynku, "de facto" byl +zwiazanym scisle z ta tylko sama, wiecznie jedna, sprawa. + +Przechadzajacy sie wciaz szybko po gabinecie Dzierzymirski, w +chaosie jatrzacych go mysli i wspomnien, schwycil sie nagle za +glowe i szepnal do siebie przejmujaco: + +- Och, czemuz, czemuz, na Boga, natura obdarzyla mnie sumieniem tak +czujnem, wrazliwem, czemu?.. Bylbym polozenie moje bral +filozoficzniej, prosciej... Wszak z pieniedzy znalezionych w rzeczy +samej korzystalem tak malo! Przegralem je przecie wszystkie w Monaco, +do ostatniego grosza, a wygralem z pieniedzy zupelnie innych! - +sofizmat, niezmiennie ten sam, powracal w umysle Romana. + +O ile jednak dawniej pocieszal on go chwilami, teraz, dzis - nie +dzialal juz bynajmniej. + +Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przeksztalcony zycia szkola, +patrzacy z odleglosci lat kilku zimniej daleko na uczynek swój +wlasny "przywlaszczenia", Dzierzymirski, nie wyzbywszy sie dotad +wcale wszczepionych silnie w dziecinstwie zasad uczciwosci, +nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumial, iz, pomimo +pochloniecia cudzego zlota przez jaskinie gry i dotychczasowej +bezkarnosci - zbladzil, i ze wina jego zgola nie byla mniejsza. +Czul, ze zycie moralne wykoleilo go niemilosiernie, i cierpial... + +Roman przetarl reka rozpalona glowe; atak apatyi nerwowej +pesymizmu, zalu i goryczy, szeroka fala naplywal znowu do duszy +jego. + +W tej samej chwili na sciennym zegarze wybilo wpól do pierwszej. +Roman sie wstrzasnal. + +Sesya, obowiazki, przodownictwo spoleczne - trzeba byc silnym!.. +Odpocznie pózniej, gdy wyjedzie - za dni pare, teraz odwagi!.. +spokoju!.. + +I uczyniwszy nad nerwami swymi i mysla wysilek, Dzierzymirski +wyprostowal sie. Rzuciwszy opodal do polowy spopielale, cygaro, +poczal porzadkowac spiesznie porozrzucane na biurku papiery. + +W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnal i +odwrócil sie. Poznal sposób stukania zony, co dzien bowiem, o tej +porze, Ola zwykla byla odwiedzac go po pracy. + +- Entrez!.. - rzucil donosnie i czolo jego wypogodzilo sie +natychmiast. + +Ma ja przeciez, najdrozsza zone, podpore-kochanke i przyjaciela +! Wszak wzajemnie nie posiadaja przed soba zadnych tajemnic, prócz +jednej - jedynej! + +Przez próg komnaty do gabinetu wchodzila juz Ola, ubrana do wyjscia, +w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczacej jedwabiami +spódnic. + +I ona od lat tych pieciu nie zmienila sie prawie. Wypiekniala tylko +jeszcze bardziej, bujniejszemi staly sie ksztalty i linie jej ciala, +ponetniejszemi, w calym swym czerwcowym rozkwicie, lat juz niespelna +trzydziestu. + +Z usmiechem, przywitali sie malzonkowie; Roman ucalowal zone w +czolo i zapytal: + +- Dokadze to tak moja pani? + +- Na ogólne zebranie pan Opieki S-go Franciszka z Assyzu; a ty +wychodzisz takze?.. + +- A jakze. Na sesye Zwiazku Kredytowego. + +- Na która godzine? + +- O pierwszej sie rozpoczyna... + +- Pysznie!.. - zawolala uradowana Ola.- Kazalam wlasnie do powozu +zaprzadz, podwioze cie... A sniadanie drugie juz jadles? + +- Nie, kochanie, czasu mi nie starczylo. Przekasze cos nie cos na +miescie... + +- Mój ty biedaku !.. - i poglaskawszy pieszczotliwie meza po twarzy, +usciskala go Ola serdecznie, - taki zajety zawsze, ze nawet prawie +nie mozna nigdy pomówic z toba swobodnie... + +- A czyja wina? - przekomarzal sie wesolo Dzierzymirski.- Gdy ja do +domu wpadne, nigdy pani mej nie ma... To zebranie S-go Antoniego, +Kalsantego, Ambrozego, - wszystkich swietych jednem slowem... To +znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytulki, obrady na zabawy +filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, +ubieranie... Czy ja w koncu wiem i pamietam, wszystkie owe tam wasze +damskie pseudo-prace?.. + +- No, no... Bardzo prosze, nie wysmiewac mi sie z nas... Niby to wy, +panowie, robicie co na owych sesyach. A jakze! Rozmawiacie zgola o +czem innem, papierosy palicie, klócicie sie i rozchodzicie. Ho-ho, +juz ja wiem dobrze, co mówie!..- odparla z przekonaniem obrazona +niby Ola. + +I w ten sam sposób dluzej jeszcze przekomarzaliby sie zartobliwie +malzonkowie, gdyby nie wejscie lokaja, który zaanonsowal: + +- Prosze jasnie panstwa, powóz juz czeka... + +- Aaa... to dobrze! - rzekl Roman zwawo, daleki juz mysla od +dreczacych go do niedawna wspomnien. + +- Nie przebierzesz sie Romciu? - zapytala Ola. + +- Ani mysle, nie mam czasu! Patrz, dochodzi juz pierwsza... Cóz to, +moje zycie, uwazasz moze, ze nie po dzentlemensku wygladam?... - +zapytal lekko. + +- Ale gdziez tam... Cóz znowu?.. Tego myslec sie nie osmielam - +rozesmiala sie Ola. - tylko tak troche... nie swiezo... Czekaj, +przeczesze cie, poprawimy krawat i oczyszcze... + +Dzierzymirski poddal sie pokornie wymaganiom estetycznym zony. + +- No, fertig! Wygladasz znosnie!.. - zadecydowala Ola po chwili. + +- Phi... tylko? To niezbyt pocieszajace, - odparl, smiejac sie, +Roman - i wyszedl z Ola do przedpokoju. + +W bramie domu czekal juz powóz odkryty; Dzierzymirscy wsiedli don +pospiesznie, lokaj wskoczyl na kozly i ruszyli. Znany w calem +miescie pojazd "prezesowstwa", zaprzezony w dwa rosle mieszance, +krwi anglo-arabskiej, wytoczyl sie na ulice i pomknal chyzo. + +Co chwila z posród idacej po szerokich chodnikach publicznosci, lub +z wymijanych powozów, klanial sie ktos uprzejmie Dzierzymirskim, a +oni, usmiechnieci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim +uklony. Po dluzszej chwili milczenia, odezwal sie Roman: + +- Ale, a propos, musisz sie tem zajac, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu +nie mam. Dzis, lub najdalej jutro, wysylamy zaproszenia do wszystkich +naszych znajomych... W sobote damy raut pozegnalny... J'espere, ze +nic nie masz przeciwko temu, moje zycie ?.. + +- Alez, naturalnie!.. - pospieszyla z zapewnieniem Ola, - lecz musimy +przeciez zlozyc wizyty... + +- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobic musisz, +kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zreszta, pas de +crainte, stawia sie wszyscy... + +- Dlaczego nie chcesz jechac ze mna? + +- Nie nie chce, lecz nie moge. Mam przed wyjazdem jeszcze zajecia +huk! Nie mozesz miec nawet wyobrazenia, moja droga, co to znaczy +wyrwac sie na miesiecy kilka, jak tego pragne, z tego kolamych +rozlicznych obowiazków - c'est un vrai tour de force!.. - +Dzierzymirski zamilkl na chwile, poczem konczyl: + +- Bo pomysl tylko... Tu znalezc na czas ten caly zastepce, tam +znów wycofac sie zrecznie, by nie obrazic nikogo i zalatwic +wszystkie czynnosci juz z góry... Wiec chyba rozumiesz teraz, iz w +wizyty swiatowe bawic sie nie moge, najwyzej do kilkunastu +wybitniejszych osobistosci, i koniec. + +- Alez dobrze, juz dobrze, nie tlumacz sie, nie bron - zrobie +wszystko, mój wladco i panie! - z usmiechem, pocieszyla go Ola. - +Pytalam sie tak tylko... Czy wracasz dzis na obiad ?.. + +- Pas possible! - odparl Dzierzymirski stanowczo. - Akurat o szóstej +zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego +przedsiebiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Zwiazek krajowy... +Zjem na miescie. + +- A wieczorem? - pytala dalej Ola. + +- Musze byc koniecznie u ksiecia Artura, w sprawie budowy nowego +kosciola Sw. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - +obiecalem. + +- Niemozliwym jestes czlowiekiem !.. - rozesmiala sie Ola, - ja +juz o czwartej wracam do domu. + +Umilkli. Wkolo nich smialo sie w sloncu miasto; wiosna +czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny +tchnac potrafila - oddychalo sie swobodniej, szerzej, swiezosc +majowa piescila twarze spieszacych zewszad tlumów, smiejacych +sie i wesolych. + +- Stan! - rzucil nagle i rozkaz Dzierzymirski, dotykajac z lekka +laska liberyjnych pleców stangreta. Dojezdzali do wspanialego +gmachu Zwiazku Kredytowego. + +Powóz zatrzymal sie poslusznie. + +- A ce soir! - rzekl Roman, i lekkiem uscisnieniem reki pozegnawszy +zone, wyskoczyl z ekwipazu. Po kamiennych stopniach kruzganka +skierowal sie ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim +uklonie, otwieral juz usluznie szwajcar miejscowy. + +Na progu gmachu Dzierzymirski obejrzal sie i spotkal ze wzrokiem +Oli. Spojrzeniami wzajemnie pozegnali sie jeszcze pieszczotliwie, +poczem Ola odwrócila sie pierwsza, Roman zas, scigajac ja oczyma, +zatrzymal sie i usmiechnal... + +W oddalajacym sie powozie, mloda kobieta po chwili, instynktownie +jakby, raz drugi spojrzala za siebie. Dzierzymirski jednoczesnie +skinal glowa i znikl za drzwiami, Ola zas odwrócila sie i +niedbale rozpiela biala, koronkami obszyta, parasolke. Promienie i +blaski majowe zalsnily sie jeszcze na jej postaci chwile, i powóz +znikl, pochloniety wielkomiejskim wirem. + +------------ + + +Kaskada swiatel i blasków plona rzesiscie apartamenty +Romanowstwa Dzierzymirskich... + +Z pól otwartych lilii z krysztalu, zdobiacych gazowe po bocznych +scianach kinkiety, z zyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów +lagodniej, drza w dusznej atmosferze salonów peki promieni, +spadaja deszczem na tlum wesoly, elegancki i strojny, graja, +zalamujac sie w klejnotach kobiet - pieszcza ich nagie gorsy i +ramiona, glaszcza je swym niewidzialnym dotykiem. + +Gwar stlumiony prowadzonych z ozywieniem rozmów, oraz tlok i +ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; czesc tylko gosci +siedzi, wiekszosc, wahadlowym ruchem plynacej fali, przechadza +sie bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska. + +Nie omylil sie bowiem w przewidzeniach swych Dzierzymirski. Cale +towarzystwo i wszystkie jego sfery stawily sie na raut pozegnalny +prezesa, wice prezesa, dyrektora i czlonka licznych instytucyi -rade i +poczuwajace sie do obowiazku obecnoscia swa zlozyc danine +grzecznosci swiatowej temu, kto trzymal obecnie w silnej dloni +watek ich spraw i interesów - natury spolecznej, przemyslowej, +filantropijnej, a czesto gesto i osobistej nawet. + +Pelni uprzejmosci, dystynkcyi i goscinnosci szczerej, wsród tlumu +swych gosci, uwijali sie Dzierzymirscy, zmieniajac sie kolejno w +poblizu wejscia pierwszego salonu, dla witania wchodzacych co chwila +nowych przybyszów. W koncu jednak i ten czasowy posterunek ich okazal +sie wprost niemozliwym... + +Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszac sie z tlumem rautujacych +gosci, ustepujac sami naporowi scisku. + +A kwadranse tymczasem mijaly szybko. Liczba naplywajacych osób +powiekszala sie coraz bardziej, wsród szeleszczacej zas, barwnej +fali gosci, w liberyi i ponczochach, ukazywac sie poczeli, +posuwajac sie z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U +wejscia zas salonów, wyparta zwiekszajaca sie fala ludzi, +stanela zwarta gromada mezczyzn, tamujac w ten sposób po prostu +komunikacye do przepelnionych nad miare apartamentów. + +Mlodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o +impertynenckiej nieco, choc wielkoswiatowej powierzchownosci, +wchodzil w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierzymirskich. + +Znalazlszy sie niebawem poza zbita u drzwi garstka panów, na razie +nie mógl postapic ani kroku naprzód. Widzac to, skrzywil swe +waskie usta, i wspial sie dyskretnie na palce. + +Ponad zblizonemi, wypomadowanemi glowami stojacych mezczyzn, +ujrzal dokladnie kolyszace sie morze kobiecych biustów, glówek +czarownych, pieknych, róznobarwnych tualet, gorsów i fraków i +mruknal do siebie: + +- Ho-ho!.. pas mal... + +Spojrzal nastepnie na stojacych opodal rautowiczów. Nie znal +zadnego z nich. Zachnal sie niecierpliwie i szepnal znów z cicha +do siebie, po francuzku: + +- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre... + +I jednoczesnie posunal sie zrecznie naprzód, potraciwszy zas +lekko po drodze swej paru sasiadów, rzucil, z wytwornym uklonem, +kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazl sie zaledwie o pare +kroków naprzód. + +Popatrzyl znowu przed siebie, wspiawszy sie na palce. + +- Ach, przeciez choc jeden!.. - szepnal z ulga, tym razem juz po +polsku, dojrzal bowiem wlasnie poznanego w przeddzien Emila +Ladyzynskiego. + +Rzuciwszy po francusku pare ugrzecznionych przeproszen, mlodzieniec +postapil znów kroków kilka, az stopniowo, przepraszajac dalej +bezustannie, zdolal dotrzec do Ladyzynskiego. + +Ten juz go byl zoczyl. Podali sobie rece, witajac sie uprzejmie. + +- Eh bien, chčr comte - zagadnal, z usmiechem pierwszy pan Emil - +jakiez wrazenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno sie dostac, co? Et, +ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, +bo jest akurat pod przeciwnym biegunem. + +- A ja wlasnie musze, bo go nie znam. Pani Dzierzymirska byla tak +bardzo uprzejma zaprosic mnie, bo zlozylem jej wizyte, lecz +prezesa, jako nader zwykle zajetego podobno, nie widzialem... + +- Ba... ba... c'est simple - potwierdzil Ladyzynski - nasz +prezesunio jest to czlowiek, który jest wszedzie, ale nigdy u siebie +w domu... Voulez - vous, przedstawie pana. W droge zatem... Plynmy, +plynmy, póki czas!.. - zanuciwszy pólglosem wyrazy ostatnie, +rzekl starzejacy sie kawaler, i prowadzac za soba przybysza, +puscil sie naprzód. + +Ostroznie, z wolna, dwaj panowie posuwac sie zaczeli. Czynnosc to +zas nielatwa byla. Prócz obawy niezrecznego potracenia kogos z +wytwornego, a sciesnionego grona - musieli oni pozatem lawirowac +jeszcze bardzo zrecznie pomiedzy dlugiemi trenami pan... +Ladyzynski jednak radzil sobie wybornie. Co chwila klanial sie +komus uprzejmie z daleka, lub wital z bliska, przystawal, rzucal +dowcipnych slów pare - rozstepowano sie przed nim. Szedl dalej. + +- Uf, nous y voilą!..- rzucil po niejakim czasie towarzyszowi swemu. + +- Widze Romana, jak peroruje, cą va sans dire, o spolecznych +sprawach... - Och, i pani Ola jest równiez niedaleko!.. Quelle +chance... + +I pan Emil, odwróciwszy sie, skorzystal z wolniejszej nieco okolo +siebie przestrzeni, wzial pod ramie mlodego czlowieka i zblizac +sie poczal wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiajacymi zywo panami, +Dzierzymirskiemu. Idac zas, podrwiwal z cicha, cytujac dolatujace +glosniejsze wyrazy i zdania. + +- A co? nie mialem racyi ? slyszy pan ? Cel spoleczny, - potega +dzialalnosci, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i +tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieza Babel szumnych +frazesów! + +Mlody czlowiek sluchal uwaznie, usmiechajac sie z lekka, +tymczasem zas jednak znalezli sie obaj tuz kolo grupy +rozprawiajacych zapalczywie mezczyzn. + +- Stój, panie hrabio, skromnie, az ja zatamuje, przerwe ten oto +rwacy potok dyskusyi!.. - odezwal sie znów Ladyzynski. + +Nie okazalo sie to jednak potrzebnem. Dzierzymirski, bierniej od +innych bioracy udzial w rozmowie, dojrzal juz wlasnie +zblizajacego sie pana Emila. Wyciagajac przyjaznie reke ku +niemu, z serdecznoscia, przemówil: + +- Emilu? Jak sie masz? cóz tak pózno? + +Romana z Ladyzynskim laczyly obecnie stosunki przyjazni szczerej. +Dzierzymirski polubil szczerze tego wesolego zawsze, patrzacego na +zycie trzezwo bywalca, a przyjaciela rodziny - zony, nie majacego mu +przytem za zle - jak wiadomo - postepku ongi z Ola. + +- Bynajmniej nie za pózno - odrzekl swobodnie zapytany, - od godziny +dzis tak rojno, niby u ministra... Dojsc do Jego Ekscelencyi nie +moglem... - z uklonem, dokonczyl ironicznie. + +- A... tak. Rzeczywiscie. Zegnaja mnie czule, - w tym samym tonie +odparl z usmiechem Dzierzymirski. + +- Czy widzisz, Romanie, - ciagnal Ladyzynski - tego mlodzienca w +monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem ogladajacego w tej chwili tors +hrabiny P ? + +- Widze i nie znam!.. - zadziwil sie Dzierzymirski. + +- Co? pas possible!., - zadrwil pan Emil. - Nie znasz swoich gosci? O, +panie prezesie, wstyd i hanba!.. No, ale nic, wybawie cie z klopotu +i przedstawie ci go. Ja go znam!.. + +- Jak sie nazywa? Il a l'air assez bien!.. + +- Parbleu, ēą va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia +Topola-Topolski - objasnil Ladyzynski, z ironia. + +- No, juz "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zasmial sie +Roman - ale skadze go wyrwales?.. + +- Przybyl z Galicyi, rodem z Ksiestwa Poznanskiego - zaprosila go +twoja zona. Strzez sie, prezesie, pani prezesowa ma swoich +protegowanych!.. + +- No, nie gawedz, przedstaw mi go, bo biedak sie zanudzi, tak +czekajac - rzekl Roman, i ujawszy ramie przyjaciela, skierowal sie +ku Topolskiemu, idac zas, nachylony dyskretnie, szepnal: + +- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym bede +wobec drugich uczynic to samo... Przeciez to nonsens wierutny +tytulowac jakiegos tam Topolskiego hrabia tu u nas, gdzie roi sie +od autentycznych, historycznych rodów... + +- E !.. daj pokój, obrazi sie, zreszta bogaty i epuzer... - odrzekl +z niechecia Ladyzynski - in faut lui laisser son illustre illusion. + +- Alez wlasnie, przeciwnie! - przerwal Dzierzymirski. - "Bez +zludzen", to najlepsza regula. Et je t'en prie, zrób, jak cie +prosze... + +- No, dobrze, dobrze... Uspokój sie zreszta... Polkne "comte", ale +jesli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz byc sekundantem! - +zawyrokowal, po swojemu, Ladyzynski. + +- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucil po chwili, gdy znalezli sie +kolo czekajacego na nich mlodzienca. + +- Dzierzymirski... + +Pospieszyl osobiscie przedstawic sie Roman uprzejmie i natychmiast +zagail rozmowe. + +- Bardzo mi milo widziec u siebie goscia z za Kordonu... Wszak pan +przybywa z Galicyi?.. + +- Tak jest. Wczoraj wlasnie mialem zaszczyt przedstawic sie... i +tam dalej - recytowal pospiesznie Topolski banalna swiatowa +odpowiedz, wyjasniajaca jego tutaj obecnosc i dotychczasowa +znajomosc z gospodarzem. + +- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysluchawszy go cierpliwie do +konca, przemówil Dzierzymirski - tymczasem przedstawie pana par ci, +par lą, zgoda?.. Venons! - dorzucil przyjaznie. + +- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuz obok nich +rozleglo sie powitanie zwrócone do mlodzienca, i przed trzema +panami stanela Ola, w przeslicznej jasnozielonej sukni balowej, +mieniacej sie, przetykanej srebrem, wdziecznie ubranej kwieciem +wodnych nenufarów. + +Topolski sklonil sie wytwornie i przywital z gospodynia domu, oraz, +z wprawa obytego swiatowca, rozpoczal natychmiast rozmowe. + +Po twarzy Dzierzymirskiego tymczasem na slowa powitalne zony +przemknelo niezadowolenie widoczne i skrzywil sie nieznacznie. +Postal chwile w niepewnosci, poczem, zrezygnowany, rzucil +Topolskiemu uprzejmych slów pare i znikl w tlumie gosci. + +Topolski tymczasem, pomimo powierzchownosci, na pierwszy rzut oka +aroganckiej nieco, okazal sie milym i wprawnym "causeur em", a idac +wolno obok Oli, z ozywieniem rozmawiac z nia nie przestawal. + +- Jak to? - mówila Dzierzymirska - wiec to pan odziedziczyl +majatek w naszych stronach... Wolno wiedziec nazwisko dóbr +panskich?.. + +- Szczesnaja - odparl Topolski. + +- Alez to zaledwie o piec mil od Gowartowa, gdzie z mezem mieszkamy +- objasnila towarzysza Ola. - Sliczna rezydencya, znam z widzenia... +Nie przypuszczalam zgola, ze bede miala w pana sasiada. Bardzo mi +milo! - dokonczyla uprzejmie. Topolski sklonil sie, rzuciwszy +jednoczesnie zdawkowo - banalna grzecznosc. + +- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - +pytala dalej Ola. + +- Tak, pani; to byl mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... +Znalam doskonale swego czasu dziadka, panskiego, nous sommes donc en +pays de connaissance... Byl to bardzo dystyngowany, zacny i mily +czlowiek... + +- Oh, vous źtes bien aimable, madame...- zaczal swa wytworna +francuszczyzna mlodzieniec, lecz przerwala mu, snac +niedoslyszawszy, Ola: + +- I objal pan juz swe dobra ?.. + +- Nie, pani, jade tam dopiero za pare tygodni... + +- Pozna pan zatem Ukraine, - ciagnela dalej swobodnie mloda +kobieta, - kraj to cudny, sliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubie, tak +kocham, z calego serca!.. - konczyla, z ozywieniem. + +- Ot bynajmniej nie jest mi obca Ukraina - pospieszyl z odpowiedzia +Topolski. - Zaznalem juz jej uroku, bywalem bowiem u stryja dawniej, +et je suis tout ą fait de votre opinion madame, c'est un pays +charmant... Tyle wdzieku, cichego czaru, w tych drzemiacych stepach i +polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tesknoty we +wszystkiem!.. - z zapalem, wyglosil ostatnie slowa Topolski. + +Ola, po raz pierwszy, spojrzala nan uwazniej. Twarz mlodzienca w +tej chwili pozbyla sie calkiem nalozonej konwenansowej maski +swiatowca, zlagodniala jakby i wypiekniala. + +Przesunawszy uwaznie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego +nowopoznanego sasiada wiejskiego w przyszlosci, Ola zdziwila sie w +duszy niepomiernie, tymbardziej, ze nie poza bynajmniej, ale +przeciwnie, szczerosc w ostatnich slowach jego dzwieczala. Nie +spodziewala sie podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przecietnego +salonowca, za jakiego wziela nowego goscia, zamyslila sie zatem +chwile, umilkla, i dopiero, w pare minut pózniej, przypomniawszy +snac sobie obowiazki gospodyni, uprzejmie bardzo zwrócila sie do +Topolskiego. + +- Gawedze z panem, et j'oublie tout ą fait, comte, que vous +connaissez ici trčs peu de monde... Wszak prawda? Przyjechal pan dni +temu pare zaledwie... Przedstawie pana... donnez moi votre bras, s'il +vous plait. + +Z wdziekiem, Topolski podal natychmiast Oli swe ramie, rozplywajac +sie jednoczesnie w podziekowaniach, grzecznosciach i zasypujac +zrecznymi komplementami mloda kobiete... Uprzejma gospodyni +tymczasem prowadzila go ku grupie siedzacych starszych dam. Im +naprzód przedstawiwszy goscia, skinela nastepnie na jednego z +krecacych sie bezczynnie mlodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego +protegowanego, polecila zaprezentowac go mlodszym paniom i pannom. + +- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- +rozleglo sie po chwili tu i tam po salonach, w milknacym wlasnie +rozmów gwarze, tlo fortepianu bowiem, stojacego na zaimprowizowanej +estradzie, zblizala sie w tej samej wlasnie chwili slawna +artystka, spiewaczka wloska... + +Akompaniowac jej zamierzal znany profesor i muzyk. + +Topolski zaczal przyciszonym glosem zabawiac grupe pan i panien, +wespól z wyfraczona i wymuskana mlodzieza, uwaga zas powszechna +zwrócila sie jednoczesnie na mloda i piekna Wloszke. + +Coraz ciszej i ciszej, choc opornie, umilkl w koncu, niby morze, +tlum wytworny i sluchac poczeto, z pozornem zajeciem... + +Wreszcie, w ciszy wzglednej jeszcze, odezwaly sie pierwsze akordy, a +w slad zatem obil sie o sciany salonów i uszy sluchaczy melodyjny, +o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Zlaczona w +harmonijna calosc z muzyka fortepianu, rozlegla sie, zadrzala +uczuciem wloska piesn namietna i jak swieze tchnienie z pod nieba +Italii, splynela urocza, na rojna mase gosci... + +Wstrzasnawszy zas gama tonów przepelnione salony, poleciala +piesn czysta, skrzydlata, daleko - wyrwala sie przez okna na ulice +miasta potezna, silna, wcisnela sie do kazdego zakatka mieszkania +Dzierzymirskich - zbudzila swym czarem dalekim siedzacego w zadumie w +jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana. + +Podniósl glowe instynktownie, wsluchal sie w modulowana +artystycznie piesn i westchnal po kilkakrotnie... + +Korzystajac ze zwróconej ogólnie uwagi na majacy sie rozpoczac +wkrótce popis koncertowy, Dzierzymirski znuzony schronil sie byl +tutaj. + +Mysli dluzej go przytrzymaly. Teraz zas, slyszac daleki, +cichnacy stopniowo szmer tlumnego zebrania, a pózniej wyrazne tony +piesni znakomitej spiewaczki, zlagodzone oddaleniem, piekne, +marzace, drgajace uczuciem i sila - Roman, w milczeniu sluchal +nieporuszony - jakby zaklety... I odejsc stad nie chcialo mu sie +wcale... + +Poddajac sie bowiem urokowi sluchanej piesni, poruszaly sie, +tracone jakby czyjas dlonia z lekka, jakies struny w jego duszy, +kwilily cicho, graly... + +Tymczasem namietny glos Wloszki rósl, poteznial... + +Wreszcie w pozegnalnym rytmie ostatnie, donosne, slowa piesni +zabrzmialy - polaly sie lawa jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, +wstrzasnely scianami cichej komnaty, a dobiegly az tu, pod stopy +Dzierzymirskiego, i zgasly... + +Nastala drobna chwilka zupelnego milczenia, poczem, zgluszony nieco +oddaleniem, zabrzmial oklask przeciagly, dlugi, szczery... + +Roman przetarl dlonia czolo i powstal... Trzeba bylo powracac do +obowiazków niestrudzonego gospodarza domu. + +A tak dobrze bylo mu tutaj! Dawno nie pamieta tak cichej, niczem nie +zamaconej chwili, bez zgrzytu zadnego, bez rozterki... + +Rozterka!.. Byla przeciez ona jego zyciem. Tak. Nie tem zewnetrznem, +dla ludzi, dla swiata, ale tem prawdziwem, wewnetrznem - dla siebie. + +Cien smutku powlekl piekne rysy Dzierzymirskiego; rozpamietujac +cos, zadumal sie on znowu. + +Nagle brwi zmarszczyl, i jakby przypomniawszy cos sobie, siegnal +szybko do kieszeni fraka, skad wyjal welinowa podluzna koperte. +Rzuciwszy uwaznem okiem na wypisany, drzaca reka, dokladny adres, +odczytywac go poczal. Byl to zas list do niejakiego pana Wiktora +Orleckiego w Paryzu. O pismo to chodzilo Romanowi bardzo od kilku +juz tygodni, to jest od czasu, gdy sie dowiedzial, ze wzmiankowany +powyzej, Wiktor Orlecki, zamieszkal w stolicy swiata z +oszczednosci i musu po stracie -majatkowej, wyniklej, jak mówiono, +ze zguby, przed samym terminem licytacyi majatkowej, sumy pienieznej. + +Opowiadanie to, poslyszane przypadkiem, uderzylo Romana +Dzierzymirskiego. Rodziny Orleckich nie znal, szczególów +dowiedziec sie nie mógl... Wiadomosc ta jednak niepokoila go; +ogarniac go poczela chec niezbadana stanowczego zobaczenia sie, z +owym Wiktorem Orleckim, oraz wybadania go zrecznego. + +I od chwili tej nie znal juz pragnien innych... + +Wreszcie poznal sie umyslnie pewnego dnia z bogaczem, slawnym +odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orleckim, jedynym krewnym +zamieszkalego, w Paryzu Wiktora, by w jakikolwiek badz sposób móc +dotrzec przez niego do nieznanego mu zgola czlowieka, a +trzymajacego, moze, kto wie, nic jego wlasnej zagadki! Dzis +dopiero, na kilka godzin przed rautem, udalo sie zdobyc list od +starego samoluba, dla którego napisanie go nawet bylo ofiara +niewatpliwie wielka, zerwal bowiem zupelnie stosunki ze swym +krewnym. + +Pismo to bylo w kwestyi oderwanej calkiem; tresc, poddana przez +samego Romana, polecala tylko oddawce w pewnej sprawie wzgledem +synowca starego bogacza, posiadajac jednak list ów w kieszeni, +Dzierzymirski odetchnal. Latwiej mu juz bowiem bylo, majac +sposobnosc poznania owego Orleckiego, potracic w rozmowie z nim o +temat pienieznej zguby, którego, jako obcy zupelnie, prawdopodobnie +tknac by nawet z nim nie mógl. + +- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnal Dzierzymirski i skierowal sie +spiesznym krokiem ku rozbrzmiewajacym juz wrzawa salonom. + +Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono wlasnie do duzej +pustej jadalnej sali, by z kolei przystapic do uczty ciala i +pokrzepic sie jadlem, za stawionem pokaznie i suto, na olbrzymim +podluznym, przybranym kwiatami, stole. + +Roman stanal w cieniu portyery, u wejscia jednego z ustronnych +buduarów, gdzie w tej chwili nie bylo nikogo, i objal spojrzeniem +swych gosci. + +W jego ogromnych salonach bylo juz nieco przestronniej; tu i tam +siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano sie swobodniej... +Wypuklej wystepowaly teraz wspaniale toalety kobiet, mienily sie +teczowymi kolory. + +Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujacych sie +zalotnie dam, latwiej mozna bylo dojrzec obecnie wspaniale +klejnoty, polyskujace, na równi ze spojrzeniami ich oczu... + +Na lewo zas, ku sali jadalnej, scisk natomiast panowal. Wiele osób +dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzedu, salonie, oczekiwalo, rautujac +tymczasowo, kolei swej, bo przy stolach biesiadnych pelno juz bylo +gosci, posilajacych sie, przewaznie stojac, wystawna, urzadzona +na zimno kolacya. Paniom i pannom uslugiwali panowie, jedzac, +flirtujac, smiejac sie i bawiac wesolo. + +Obejmujac sale wzrokiem, dluzsza juz chwile stal tak +Dzierzymirski, a na twarzy jego, w slad za +pewnym jakby odblaskiem wewnetrznej próznosci, zawital teraz +melancholijny cien... + +- Przyszli tutaj - myslal - tak, stawili sie z róznych obozów, +sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawia sie obecnie swobodnie, weseli, +splatajac zarazem swa obecnoscia dlug grzecznosci swiatowej, +zaciagniety u niego - pozyczke moralnych uslug, czynnosci, +zabiegów... + +Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli sie +tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierzymirskiego, powloka sie +kryje, gdyby w zawrotna glab duszy jego zajrzeli!.. + +O, niewatpliwie! Przeczytawszy ukryta tam tajemnice, odwróciliby +sie ze wzgarda... + +Dzierzymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, czlowiek +czynu, energii, zelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i powazany w +szerokich kolach miasta?.. + +Jakas pelna zgrzytów, piekaca ironia rozesmiala sie na glos w +duszy Romana. + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! +Zasypujesz im oczy blyszczacym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich +wszystkich!.. + +Roman wstrzasnal sie... W przywidzeniu naglem ujrzal on te klasy, +sfery - tych wszystkich, przechadzajacych sie przed nim, strojnych +ludzi, unikajacych jego wzroku, uklonu, uchylajacych sie od podania +mu reki, ze wzgarda zimna, sucha na obliczu... + +I Dzierzymirski, wzburzony nagle, podniósl glowe hardo, +wstrzasnal bujna czupryna, sniada twarz jego przybrala wyraz +energii, oraz niezlomnej woli, i wyszeptal: + +- Nie dam sie, nie dam!.. - zacisnal instynktownie piesci i +dokonczyl ciszej jeszcze: - Korza sie oni przede mna, kornymi +zostana; bo ja tak chce i tak byc musi!.. + +Dzierzymirski bowiem w tej chwili nie bal sie rzeczywiscie ciemnej, +nierozwiazanej jeszcze zycia zagadki - ufal w siebie!.. + +W ukryciu swem, niedostrzezony przez nikogo, stal dlugo jeszcze... +Uspakajal sie stopniowo, a z równowaga umyslowa, wywalczana +zwykle wola zelazna - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pelny +samowiedzy, po raz setny znowu wstepowal do duszy jego. + +- Galernikiem jestem!... - szepnal Roman z gorycza. - Nie tym, z +pietnem ludzkiej sprawiedliwosci na czole, potepianym, ale moze +gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucaja +hojnie, a on je z rumiencem wstydu ukryc by rad przed sumieniem, lecz +nie moze!. W ciemnie zagadki wpatrzony blednie, wijacy sie +bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem blednego kola +przeznaczenia wlasnego jestem, bryzgajacym swiatu falszem mego "ja", +potrafiacym go odurzyc komedya, grana znakomicie, nie mogacym zas, +niestety, zagluszyli tylko - siebie!.. + +(przypis - tu ksiazka jest spalona, elementy wziete w nawias +kwadratowy sa dokonczeniem wyrazu, badz oznaczeniem przerwy w +tekscie) + +I Dzierzymirski przesunal dlon po czole, jakby pragnac zetrzec z +niego ostatecznie mysli nieposluszne. Stanal po chwili przed +lustrem, rozczesal starannie wlosy i brode, poprawil szczegó[ly +swej] toalety, a przybrawszy zwykla codzie[nna poze] oblicza - +przestapil sprezyscie próg z[ bu]duaru... Rzucil znowu oczyma po +salac[h ]. + +Druga, czy trzecia partya gosci [ ]raz wieczerze, a tamci, syci, +przechad[zali sie po] nim. Nagle ujrzal w dali sylwetke w[ ] +szukajacej uparcie wzrokiem kogos ws[zak po] chwili oczy ich spotkaly +sie, Ola usmie[chnela sie ] i przyzywac go poczela skinieniem +glowy. [Równocze]snie ktos szybko uchwycil za reke Romana. + +- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmial glos Ladyzynskiego. - Co z +toba sie dzieje? Kolacya rozpoczeta, pani Ola cie szuka, goscie +dopytuja sie o ciebie bezustannie, a tys, jak w wode wpadl... Bój +sie Boga, wielki czlowieku, cóz z ciebie za gospodarz domu!?.. - i +pan Emil, wziawszy pod reke Dzierzymirskiego, prowadzic go poczal +poprzez salony. + +Roman zas teraz dopiero zdal sobie sprawy dokladnie, jak widocznie +dlugo nie bylo go pomiedzy goscmi. + +- Telefonowano do mnie, interes bardzo wazny!.. Napredce zalatwic +musialem korespondencye... - sklamal gladko. + +- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zasmial sie +Ladyzynski - wiesz co ? Ja mysle, ze jezeli tak dluzej potrwa, +to i w nocy bedziesz przewodniczyl sesyom, a niby s. p. Napoleon +godzin pare tylko spoczywal w objeciach Morfeusza!.. + +(przypis - druga strona spalenizny) + +[Rom]an na te uwage nic nie odpowiedzial, bo [ ]go. Panowie i +panie przywlaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak dlugo gospodarza do[ +]ie z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]ryl sie i tu nawet, +zrecznie wyzyskujacy [ int]eres osobisty. + +[Dzierzy]mirski zas, ze zwykla sobie pozorna po[waga ] poddawal +sie temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]ial z ozywieniem i niebawem +znikl z oczu, [ ] fala gosci. W tryby swe, kóleczka i kola [ ]ala +go znowu machina zycia, scierajac walke [my]sli, wrazenia z przed +chwili, barwnym, bawiacym sie "towarzyskim swiatem", tak, jak wczoraj +czynila to interesami, sesyami, praca spoleczna, lub czem innem +wreszcie... + +To wlasnie zycie czynne bylo najwiekszem moze czasowem lekarstwem +Romana - bylo jego morfina, której za moralna dawka zapominal +chwilowo o wszystkiem. + +Tymczasem czas mknal szybko. Po skonczonej juz zupelnie kolacyi, +przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ozywienia doszedl raut +prezesowstwa Dzierzymirskich... Salony rozbrzmialy zdwojona zabawa i +rozmowa. Na wszystkich prawie twarzach widnialo szczere zadowolenie, +co w wielkiej mierze zawdzieczano niezmordowanym, goscinnej +uprzejmosci pelnym zabiegom Romana i Oli. + +Eleganckie ich sylwetki, wsród barwnej lsniacej fali zaproszonych +osób, migaly szybko, znajdowaly, zdawalo sie, wszedzie, by tylko +uprzyjemnic, rozruszac i zabawic wszystkich, umiejetnem +przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kól i kóleczek swych gosci. + +Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywac sie poczelo coraz +wiecej swobodnego miejsca... + +Wybila gdzies godzina wpól do trzeciej. High life miejscowy pierwszy +dalo haslo do odwrotu, za jego przykladem, sladem poszly i sfery +inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzinca +zatetnialy liczne uderzenia kopyt konskich, zamajaczyly ogniki u +latarn dziesiatek powozów i karet. Rozjezdzalo sie tlumnie i +coraz szybciej. + +U wejscia wyludniajacych sie coraz bardziej salonów, znowu stali +teraz Dzierzymirscy, zegnajac wszystkich serdecznie i grzecznie nad +wyraz. + +- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzucila na pozegnanie +Ola odchodzacemu juz w tejze chwili Topolskiemu. + +- Najmilszym to dla mnie bedzie obowiazkiem!.. - zabrzmiala, w +uklonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedz. + +******************************************* + +Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, +zajrzala w swej gwiazdzistej szacie do salonów Dzierzymirskich. + +Cieplym, rzezkim powiewem zmieszala sie ona z pozostala tu wonia +perfum, potu ciala i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknela +glów siedzacych w zacisznym buduarze Romana i Oli. + +Ola z luboscia wciagnela w piersi oddech wiosennej nocy, poczem +rzekla: + +- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za mily i swiezy +powiew!.. + +Dzierzymirski, palacy w zamysleniu papierosa, spojrzal na +wdzieczna postac zony, opieta zgrabnie w sliczna dekoltowana +suknie, i dluzej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milczac, z +usmiechem skinal potakujaco glowa; po chwili zas rzucil +papierosa precz od siebie i przysunawszy fotel blizej do kanapki; +gdzie siedziala Ola, polozyl miekka dlon swa na jej malej +raczce. + +- Wiesz, kochanie - rzekl lagodnie i z wolna - ze ja juz jutro do +Paryza jechac musze... + +- Juz jutro?.. - wykrzyknela ze zdziwieniem Ola. - Mielismy jechac +razem do Gowartowa - dodala nastepnie z zalem - a ty za granice +dopiero pózniej... + +I oczy Oli pociemnialy nieco, na twarzy zas odbil sie cien +widocznego jakby rozczarowania. Dzierzymirski usmiechnal sie na te +minke niezadowolona. + +- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknelo mu przez mysl, poczem +lagodnie, glaszczac dlonia raczke Oli, mówil pieszczotliwie +znów dalej, palily go juz bowiem goraczka: list schowany w kieszeni +i nadzieja wpadniecia moze na tak dawno poszukiwany trop. + +- Wierz mi, zwlekac nie moge, musze jechac natychmiast... Zreszta +przyjade do Gowartowa pózniej. + +- Alez wczoraj jeszcze - zachnela sie Ola - mówiles mi, ze nic +tak dalece pilnego nie powoluje cie... + +- Ho-ho gniewy!.. - zauwazyl lekko i zartobliwie Dzierzymirski. - +Cóz to, moze moja pani chcialaby mnie miec tak ciagle ą ses +trousses?.. - I mówiac to, powstal, zblizyl sie do zony, a +ujawszy jej obie dlonie, polozyl je usmiechniety sobie na twarzy +i wargami muskac poczal delikatnie, bawiac sie jednoczesnie +brzeczacemi na raczkach Oli bransoletkami. + +- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - +przedrzeznial z kolei - wczoraj nic nie wiedzialem jeszcze, a +dzis... - tu Roman spuscil oczy - na raucie wlasnie uchwalilismy +razem z czlonkami nowozakladajacej sie wspólki Przemyslu +Fabryczno - Krajowego, ze ja, jako delegowany, musze, jechac +czempredzej do Paryza, w celu obejrzenia na miejscu udoskonalen +fabrycznych... + +Roman umilkl, puscil delikatnie dlonie zony i wyjal ruchem +szybkim zegarek. + +- Oho - po trzeciej... Pózno, cherie, juz klasc sie pora - i +konczac jakby poprzednia rozmowe, dorzucil: - No, i cóz, moje +zycie, widzisz teraz, iz nie jechac jutro nie moge... + +- Zapewne. Ty zawsze nie mozesz, gdy nie chcesz! No, ale cóz +robic... Jedz... Tylko w takim razie prosze mi dlugo tam nie +siedziec i pisac listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomniec o +mnie zupelnie - tu Ola z usmiechem pogrozila mezowi palcem i +dodala jeszcze: - bo Paryz - Paryzem, ho, ho, ja znam sie na tem!.. +Nie oszukasz mnie tak latwo... + +- Ale cóz znowu? - zachnal sie Dzierzymirski, ale tym razem +zupelnie szczerze. - Cóz za mysli - usmiechnal sie, a potem +dorzucil calkiem powaznie: - Wiesz przecie, ze prócz ciebie, zadna +na swiecie kobieta nie obchodzi mnie zgola!.. + +Z wdziecznoscia spojrzala nan Ola. + +- Wiem i wierze - rzekla - a poniewaz i mnie teskno bez pana mego +bedzie, wiec i ja jutro pojade... + +Zatrzymala sie, spojrzawszy filuternie na meza, cien bowiem +mimowolny przebiegl po twarzy jego... + +- Nie, nie do Paryza!.. - rozesmiala sie szczerze, jakby mysli +Romana zgadujac - ale do Gowartowa!.. + +Usmiechnal sie z kolei Dzierzymirski. + +- Dobrze! - wykrzyknal wesolo. - Zatem jutro - marsz! Poniewaz zas +pociag mój wychodzi pózniej od twego, wysle pakunki nasze przez +sluzbe i odwioze cie na kolej powozem. A teraz - ciagnal dalej - +spac!... Dobranoc, kochanie, zmeczona jestes. + +Pocalowal Ole serdecznie w obie rece i czolo - malzenstwo +znuzone rozeszlo sie... + +Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierzymirskich pogasly +wszystkie swiatla. Cisza i uspienie, prowadzac sie za rece, +wstapily do rojacych sie tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - +rozpostarly sie wszedzie i mrokiem sennym otulily wszystko dokola. + +-------- + + +- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!.. + + Okrzyk ten jedrny, donosny, a wyrzeczony najczystszym francuskim + akcentem, obil sie o sluch pasazerów pociagu, podjezdzajacego + pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudzil drzemiacego w + wagonowym przedziale Dzierzymirskiego. + +- Par... - ris !.. - zabrzmialo przeciagle raz jeszcze pod samem oknem +wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwal sie, a +pochwyciwszy podrózna torebke, wyskoczyl spiesznie na peron. + +Bieganina, ruch, zgielk, ogarnely go natychmiast, oszolomily +chwilowo calkiem; w pare minut dopiero, zoryentowawszy sie, poszedl +Dzierzymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobiezna z bagazem swym +zalatwiwszy formalnosc, w kwadrans pózniej znalazl sie juz w +dorozce, na bulwarach. + +Zapaliwszy cygaro i rozparlszy sie wygodnie, z przyjemnoscia +przypatrywal sie on teraz od bardzo juz dawna nie widzianej +nadsekwanskiej stolicy. + +Srodkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulica, wymijaly go ogromne, +zielone tramwaje elektryczne, róznobarwne omnibusy konne, ekwipaze, +samochody; caly zastep ruchliwy pojazdów tamowal co chwila wir +miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywac sie byla zmuszona +wiozaca Romana dorozka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie +czynila porzadek - poczem ruszano znowu. + +A pod wynioslemi drzewami, po bokach, snuly sie pospiesznie +przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujacych czesc +chodnika, pelno bylo równiez i gwarno od konsumentów - plci obojga +oraz róznych stanów. + +I jakis prad kielkujacego, czynnego bezustannie zycia, lecacego na +oslep jakby przed siebie, niepomnego bylego, zniklego juz "wczoraj", +w ciaglej, spiesznej pogoni terazniejszosci i jutra - bil od tych +uganiajacych sie mas ludzkich, zawrotna sila ciagnal jakby ku +sobie - pochlanial i wabil... + +W pluca swe wciagajac bezwiednie tchnienie tego zycia, toczacego +sie z loskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechal wreszcie do +jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy sie niebawem, +znuzony polozyl sie i zasnal. + +Przespawszy w kamiennym snie zmeczenia dobrych godzin kilka, +Dzierzymirski zabral sie energicznie do celu swego tutaj przybycia. +Wybiegl na miasto. + +Dla oryginalnosci i pod wplywem przypomnienia uzywanej za studenckich +jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" +usadowil sie na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozgladac +sie poczal wokolo. + +U stóp jego, blisko, w granitowem podlozu toczyla sennie swe ciemne, +stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosily sie +ponure nieco kwadraty wiezyc katedry Notre Dame, w prawo zas majaczyl +Luwr olbrzymi. Dalej znów blyszczal ozdobami most Aleksandra III-go, +odcinala sie na tle nieba wieza Eiffel - w perspektywie, kopula +palacu Inwalidów zlocila sie w promieniach majowego slonca... + +A po Sekwanie, krazac, uwijaly sie parowe statki, zatrzymywaly +sie u licznych przystani, obslugujac bezustannie mieszkanców +stolicy. + +Trzesac niemilosiernie, zóltawy, w trzy siwe konie zaprzezony, +omnibus zatrzymywal sie wlasnie na jednym z przystanków, gdy +obserwujacy ciagle Paryz Dzierzymirski, zdal sobie nagle sprawe, +ze mieszkanie Orleckiego moze byc juz blisko, i poczal schodzic +szybko po kretych schodkach, laczacych pietnastocentymowa +impériale z trzydziestocentymowym padolem. + +Znalazlszy sie na bruku, Roman przyspieszyl kroku, i wyminawszy +kilka waskich zaulków, znikl w bramie jednego z domów. W chwile +pózniej dzwonil na kretych ciemnych schodach starej, jak swiat, +kamienicy - u drzwi pomieszkania Orleckiego. Otworzyla mu mloda, +fertyczna sluzaca, w charakterystycznym bialym czepeczku na glowie. + +- Monsieur Orlecki? - zapytal Dzierzymirski. + +- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - poslyszal zwiezla +odpowiedz. + +Zawiedziony Roman skrzywil sie, z niechecia i zagadnal: + +- A jutro o której godzinie zastac go bedzie mozna? + +- O, jutro zgola co innego. W Niedziele pan przyjmuje od drugiej do +obiadu - poinformowala przybysza mloda Francuzka. + +- A zatem przyjde jutro o tejze godzinie - odparl Dzierzymirski, i +siegnawszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orleckiego, wreczyl +je sluzacej, + +- Prosze oddac to panu... Do widzenia!.. - skinal glowa uprzejmie. + +- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniajac sie dzien dobrym, wedlug +miejscowego zwyczaju, pozegnala go dziewczyna usmiechem i zalotnem +blysnieciem czarnych oczu. + +Wydostawszy sie na ulice, Dzierzymirski, niezadowolony ze zwloki, a +caly pochloniety nadzieja rozwiazania za pomoca Orleckiego +dreczacej go zagadki - szedl naprzód przed siebie odruchowo czas +dluzszy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myslami, nagle zatrzymal +sie jednak, spojrzawszy uwaznie dokola siebie. + +Znajdowal sie obok filarów wejsciowych Panteonu - przed nim zas w +perspektywie juz bliskiej zielenial za krata ogród Luksemburski. + +Pustymi chodnikami skierowal sie w ta strone; wkrótce byl juz w +ogrodzie i isc zaczal bez celu szerokiemi alejami, niebawem zas +znalazl sie na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyly +wiezyce Obserwatoryum, przed nim wznosilo sie muzeum Luksemburskie. + +- Wpadne tam i obejrze, co jest!.. - pomyslal, zadowolony nagle na +widok gmachu, a poniewaz wejscie do palacu nie bylo od ogrodu, lecz +od strony bulwaru S-go Michala, Dzierzymirski skierowal sie boczna +aleja parku ku wyjsciu, na prawo. Twarz chmurna, znudzona, okrasil +mu usmiech; przestapil sprezyscie próg muzeum i spojrzal +jednoczesnie na zegarek - mijala czwarta, podwoje palacu zas +zamykano o piatej. + +- Zdaze chyba zobaczyc wszystko!.. - mruknal, kontent juz tym +razem zupelnie, z przyjemnego zabicia czasu. + +I rzeczywiscie.. Pod wplywem bowiem pierwszego rzutu oka na salon +sztuki, Dzierzymirski zapomnial o wszystkiem, co go dreczylo. + +Znajdowal sie w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych +rzezb nowozytnych... + +Wiec oto najprzód spojrzenie jego przykula ustawiona na malem +wzniesieniu, w poblizu wejscia, rzezba Moreau-Vauthier'a, a byla +nia postac naga, lezacej na wznak, w lubieznej pozie i upojeniu, +bachantki, z gronem winogron w lewej dloni... Naturalnosc pozy i +ruchu, a szczególniej modelowane doskonale cialo kobiece, tetniace +po prostu w zimnym bialym marmurze, zarem krwi mlodej - zatrzymalo +dluzej na sobie wzrok Romana. + +Rozgladajac sie, przystajac co chwila, poszedl dalej!.. I niebawem +znowu zapatrzyl sie dluzej, tym razem przed przegieta w tyl, w +stojacej postawie, i unoszaca sie jakby w przestrzeni, postacia +nagiej równiez dziewczyny. Oczy jej byly przymknietemi, twarz owiana +mgla uspienia, w reku trzymane chwialo sie kwiecie... + +Bylo to "Zludzenie" F. Charpentier'a, oddajace subtelnie pochwycona +nieuchwytnosc illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujetej - +rozplywajacej sie jakby w przestrzeniach... + +Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uspionych pieknych rysów +kobiecych, zdawalo sie, ze znajdujacy sie tutaj przedstawiciele +rzezby turniej urzadzili sobie. + +Wsród wielu innych w tymze rodzaju posagów, wyrózniala sie +jeszcze rzezba, nader piekna, zatytulowana : "Wspomnienie". Twórca +jej byl Mercié Autonin. + +Przedstawiala ona mlode dziewcze, o rysach drobnych, z glowa +przechylona w tyl nieco, z obliczem, tonacem jakby w glebokim, +cichym snie. Na kolanach jej, na ziemi - wszedzie, widnialy rozsypane +kwiaty; dwa golabki, niosac w dzióbkach równiez kwiecie, lecialy +ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem... + +Poswieciwszy wzglednie dosc czasu na rzezbe, Dzierzymirski +przeszedl spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodzila +juz bowiem godzina zamkniecia. Szybko, jak mógl najuwazniej, +poczal ogladac obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegl do sali +ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracac zaczal. + +I teraz w jednym salonie uwage jego zwrócil nader oryginalnie, bo, +jakby calkiem po swiecku traktowany, a mimo to nadziemskoscia +tchnacy, obraz: "Najswietsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyla +na widza, natchnionego oblicza, o duzych oczach czarnych, siedzaca +postac Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na kleczkach, +oparla sie kobieta, z twarza ukryta, z rekoma zalamanemi, w +bezbrzeznym bólu, szukajaca na lonie Swietej Maryi pocieszenia! U +stóp tych dwóch postaci kobiecych - ponizej, lezalo wdziecznie +uspione dzieciatko, snilo, osypane cale, obrzucone puchem bialych +róz snieznych, w rozkwicie... + +Dzierzymirski, zachwycony wdziekiem i poezya, bijacemi z obrazu +tego, pedzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszyl dalej. + +Naraz zatrzymal sie ponownie. Ujrzal bowiem naprzeciwko siebie obraz +dosc duzy, przez Detaille Edwarda. Nosil miano "Le rźve (Sen)". + +Na olbrzymiem oto polu, otuleni plaszczami, z czapkami nasunietemi na +czolo, pokotem, jeden obok drugiego, leza setki odpoczywajacych, +pograzonych we snie zolnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko +zarózawia sie leniwie jutrzenka, - wsród spiacych ludzi +blyszcza w szarem switaniu rzedem poustawiane, ulozone w kozly +bronie, a gdzies z boku, blisko, dogasa juz ognisko... + +Lecz cóz to za cienie majacza tam, w górze, nad nimi? + +To góra, w oblokach, plynie mgla przesloniety jakis hufiec +inny, zwyciezki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, +bebnia, strzelaja, proporce sie chwieja, choragwie szumia... +tamci, tam, zwyciezaja niezawodnie!.. + +I ponad glowy uspionych zolnierzy, których potwór wojny moze juz +jutro pochlonie, przesuwa sie, jak marzenie, uludne widzenie +ostatnie: oni spiac, widza siebie, jak zwyciezaja, pelni +chwaly!.. + +To sen... + +Piata wybila glosno w salonach sztuki, i Dzierzymirski opuscic +musial muzeum. Niebawem znalazl sie na bulwarach Paryza i +równoczesnie instynktownie poczul glód. + +Wloch z matki i dusza cala artysta, mysla wspominal on jeszcze +widziane przed chwila dziela sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarnial +biegnace wokolo siebie tlumy, przepelnione kawiarnie i huczace +pojazdy. + +- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na +wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spozywano juz +posilek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - caly Paryz +obiadowal. + +Na swiezem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachecony +przykladem, zasiadl i Roman, a kazawszy podac obiad, zapalil +swobodnie cygaro. + +Niebawem przyniesiono pierwsza potrawe. Wsród przelewajacego sie +kaskada paryskiego zycia i huku ruchliwej stolicy, Dzierzymirski +spokojnie zaczal spozywac zupe, sluchajac ciekawie, z usmiechem, +glosnych rozmów swych przerozmaitych sasiadów i charakterystycznych +czestokroc ich bulwarowych dowcipów. + +*** + +Punktualny, pomiedzy druga, a trzecia po poludniu, wchodzil +nazajutrz Roman do mieszkania Orleckiego. Sluzaca wprowadzila go +natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedl tam, roztworzyly sie +juz zamaszyscie boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazal sie +mezczyzna rosly, blondyn; lysawy i dosc otyly, o siwiejacym, z +polska podkreconym, wasie. + +- Jakze mi milo... Jak milo miec w swoich progach tak dostojnego +goscia... rodaka!.. - zaczal od proga, z polska szczeroscia i +uprzejmoscia w glosie, roztworzyl przytem machinalnie ramiona, jakby +chcial do piersi przycisnac niemi przybylego, po chwili opamietal +sie jednak i wyciagajac uprzejmie prawice; czysto juz tylko +salonowym gestem, przedstawil sie: Orlecki... Wiktor... - +siostrzeniec Hugona. + +- Nie uwierzy pan - ciagnal natychmiast bardzo grzecznie - jaka +rzetelnie prawdziwa radosc uczynil mi list stryja i zapowiedz tej +panskiej wizyty... Prosze, niech pan prezes siada!... Prosze +bardzo... + +I Orlecki wskazal, z grzecznoscia, fotele, widzac zas zdziwienie +na twarzy Romana, na dzwiek tytulu "prezesa", usmiechnal sie, +odgadlszy mysl goscia. + +- Dziwnem sie panu prezesowi, jak widze, wydaje - przemówil, - ze +tytuluje go... Cóz to, przypuszcza pan moze, - ciagnal dalej, ze +swada, - ze my tu na obczyznie nic nie wiemy, kto w kraju u nas +przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - sledzimy goraczkowo i z uwaga +ruch naszych ziomków, wspólbraci !.. A jakze... a jakze!.. Ja sam +osobiscie trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z +nazwiskiem panskiem - tu sklonil sie grzecznie w strone Romana - +spotykalem sie w nich tylokrotnie, ceniac zawsze ruchliwosc pana +prezesa i oddaniu sie jego spoleczenstwu naszemu... + +Umilkl, a po chwili + +- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. sluze +natychmiast - i zerwal sie miejsca, przynoszac wkrótce +Dzierzymirskiemu pudelko papierosów. + +Roman siegnal po jednego z nich i baknal niewyraznie: + +- Dziekuje bardzo!.. + +Obserwujac wciaz ciekawie, spod oka swego gospodarza, chcial przytem +juz przemówic, lecz pelny bezustannej uprzejmosci Orlecki +przerwal mu zanim usta otworzyc zdolal: + +- A moze cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwile! - i nie +czekajac odpowiedzi, znikl za drzwiami przyleglego pokoju, +Dzierzymirski zas usmiechnal sie. + +Poczciwy czlowiek jakis - pomyslal - i choc, zdaje sie, blagier +nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem sie +prawdopodobnie, czego chcialem... + +Ledwie Roman okreslenie to w umysle sformulowac zdolal, gospodarz +domu stal juz przed nim, podajac szerokie puzderko cygar. + +- Doskonale - pochwalil - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie +tutejsze, które sa po prostu ohydne - zaopiniowal. + +- Dziekuje bardzo. Pan tak laskaw... - poczul sie w obowiazku +odrzec Dzierzymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego. + +- O, panie prezesie! - pospieszyl, z odpowiedzia, Orlecki, - Siadac +prosze en bons amis... Ot -tutaj... - wskazal na kanapke - wygodniej +bedzie! - i zapaliwszy równoczesnie zapalke, zblizyl plomien do +koniuszczka cygara Dzierzymirskiego. + +- Merci!.. - sklonil sie tenze raz jeszcze, i wypusciwszy +kóleczko dymu, odezwal sie wreszcie, skorzystawszy z sekundy +milczenia goscinnego gospodarza. + +- Czytal pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu +wiec zatem cel mego tu przybycia... Nie znajac nikogo w Paryzu, +zdecydowalem sie prosic stryja panskiego, o tarte d'entree do +pana... + +- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwal Orlecki - kazdego rodaka +witamy tu z calego serca! Tembardziej zas pana prezesa, tak w kraju +zasluzonego... + +- Ach, tak, nie watpie - z wolna potwierdzil Roman - lecz i mnie +chodzilo równiez - tu usmiechnal sie z lekka - o specyalna +protekcye do kogos, by potrafil ulatwic wiadoma nam sprawe +przemyslowa... + +- A tak, tak! - przerwal znów Orlecki, niezadowolony jakby, ze +poruszano te kwestye. Pan prezes radby obejrzec drobiazgowo i +gruntownie urzadzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, +postaram sie, panie prezesie, choc uprzedzic musze, ze ja... - +zatrzymal sie - nie mam tak rozleglych stosunków ze sfera +handlowców... to jest, chcialem powiedziec... ze sfera +fabrykantów... przemyslowców... Paryza... panie dobrodzieju... +Jednakze... - tu zajaknal sie, zaplatal w swem przemówienia +Orlecki i zamilkl, widocznie zmieszany. + +Usmiech niedostrzegalny okolil waskie usta Romana. + +- To nic nie szkodzi - odparl. Mam nieplonna nadzieje, iz razem z +panem damy sobie z tem wszystkiem rade... Zreszta, to chyba +drobnostka. Chodzi zaledwie o jakies dziesiec fabryk tylko... + +Roman zatrzymal sie i zapytal jeszcze, chcac konsekwentnie +doprowadzic do konca zmyslony swój interes i misye: + +- Wszak fabryki owe wymienione sa w liscie pana Hugona... + +- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdzil Orlecki i +zajaknal sie znowu. + +- To dobrze, móglby mi moze szanowny pan powiedziec, czy +wlasciciele ich znani sa jemu?.. Gdzie to zaklady fabryczne +znajduja, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzec je mozna by bylo?.. + +- Nic doprawdy nie moge jeszcze panu prezesowi w tym wzgledzie +powiedziec - odrzekl Orlecki i dodal natychmiast: + +- Co sie tyczy, czy znam wlascicieli, to... prawdopodobnie... +Zreszta zna sie tutaj osób tyle... - zatrzymal sie. - Tylko, vous +savez, panie prezesie... otrzymalem list dopiero wczoraj - urwal, i +dokonczyl po chwili - wiec, vous comprenez, czasu nie mialem... + +- Alez naturalnie!.. - pospieszyl z uspakajeniem Orleckiego +Dzierzymirski. - Ja tylko dlatego sie pytam, iz to jest celem mego +tutaj przybycia, i ze to mnie nader interesuje, jako delegata nowa +zakladajacej sie u nas w kraju wspólki +Handlowo-Przemyslowo-Fabrycznej... + +- A tak, slyszalem,.. Czytalem nawet o tem gdzies w gazetach - +odparl, z przekonaniem Orlecki. + +- Klamie, jak z nut - pomyslal Dzierzymirski, i usmiech dyskretny +ponownie przemknal po ustach jego. Zaciagnal sie jednoczesnie +cygarem i wpatrzyl badawczo w Orleckiego. - Bonne pāte d'homme... - +myslal zarazem - ale jak tu zaczac o tych zgubionych pieniadzach? + +Tymczasem, nielubiacy milczec Orlecki, widocznie równiez pragnacy +zrecznie odwrócic rozmowe, juz mówil: + +- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dluzej przybyl do +Paryza, nieprawdaz?.. + +- Och, tak... - odruchowo potwierdzil Roman, nie myslac o tem, co +mówi. + +- No, to mam nadzieje - opowiadal uprzejmy gospodarz dalej - ze +bede jeszcze mial okazye przedstawic panu prezesowi moja zone i +córke... Dzis pojechaly do Versailles. Panu prezesowi wiadomo +zapewne, iz w pierwsza niedziele kazdego miesiaca puszczaja wode +ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas +wspanialy. C'est charmant!.. - zatrzymal sie chwile i siegnal po +zegarek do kieszeni. - O! trzecia juz dochodzi... Niebawem wróca... + +Dzierzymirski tymczasem, sluchajac, nie sluchal, pograzony +wciaz w myslach. Naraz twarz sniada jego ozywila sie, przelecial +po niej promien... Strzepujac delikatnie popiól z cygara, +przemówil z wolna: + +- Prosze pana... - zatrzymal sie. - Za niedyskrecye popelniana +moze, najmocniej przepraszam... Czyzby pan nie byl rad powrócic do +kraju.. + +I Dzierzymirski badawczo spojrzal w twarz Orleckiemu, czekajac +odpowiedzi, jednoczesnie myslal. + +- Kazdy Polak na obczyznie teskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja +nie mial uzyc tego sposobu do osiagniecia mego prywatnego celu? No, +zobaczymy... + +Orlecki zas juz mówil: + +- Czy ja nie pragnalbym powrócic do kraju? Alez, panie prezesie, to +moje najgoretsze zyczenie! pragnienie zony mojej, córki - codzienne +marzenie nas wszystkich! - dokonczyl, z zapalem. + +- No, dobrze, mam cie!.. - przelecialo przez umysl Romana. + +- Czy wolno zapytac jeszcze - przemówil - o rzecz jedna, a +mianowicie... Czy zyczenie to panstw - marzenie - poprawil, z +usmiechem - ma juz dotad jakie pewne i konkretne podstawy?.. + +Orlecki na te slowa spuscil wzrok ku ziemi. + +- O, bynajmniej - odparl... - Tam, w kraju, stosunki zerwalem +wszystkie prawie... tu zas zawiazalem niektóre, potrzebne mi. Mam +poza tem stale zajecie, przynoszace mi dochód pewny... + +- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwal szybko Dzierzymirski - +wchodze w polozenie i przepraszam bardzo za me pytania... - +dokonczyl grzecznie, a widzac równoczesnie na twarzy gospodarza +zaklopotanie widoczne... + +- Nie ma za co jechac nieborak - to jasne, i zyc by z czego nie mial +-wsród swoich - pomyslal i w tejze chwili zapytal: + +- Lecz gdyby tak trafila sie na przyklad szanownemu panu okazya dobra +do objecia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, ze w takim razie +przeszkody do wyjazdu nie byloby zadnej?.. + +- No, zapewne... Lecz o tem i myslec niepodobna, nie posiadam bowiem +juz zadnych w kraju stosunków - powtórzyl Orlecki, ze smutkiem. + +- A pan Hugo, krewny panski?.. - zagadnal Roman. + +- Och... ten... - przeciagle odparl gospodarz, z niechecia +wyrazna, i z wybuchem szczerosci naglej, rzekl z gorycza: + +- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrowal i wiesc mi sie w zyciu +przestalo, znac mnie juz nie chce, ani wiedziec nic o mnie... +Dziwie sie nawet niewymownie, iz raczyl napisac pod moim adresem, w +interesie prezesa, slów kilka... + +Na twarzy Orleckiego, przy tych slowach, osiadl cien, po chwili +dorzucil: + +- Zwykla kolej ludzka... nic dziwnego. Swiat pamieta o tych tylko, +którym sie powodzi. + +Dzierzymirski wpatrzyl sie uwaznie w Orleckiego; ostatnie slowa, +wypowiedziane przez niego, odkryly mu utajona strone zycia +siedzacego przed nim czlowieka - nieszczescie, gorycz skryta, a +powodów jej lacno domyslil sie Roman. Pomimo woli, zal mu sie +Orleckiego zrobilo. + +- To szkoda jednak - przemówil z wolna - ze panowie mieszkaja tak od +siebie z daleka... Pan Hugo, choc odludek i egoista, poza tem jednak +czlowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wplywowy i +bogaty. + +Orlecki na te slowa uczynil niewyrazny ruch reka; - nastala +chwila milczenia. + +- Wypada mi raz jeszcze przeprosic stokrotnie pana - odezwal sie +znów pierwszy Dzierzymirski - ze osmielam sie wkraczac w stosunki +jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjatkowe polozenie nasze tu, na +obczyznie, jako rodaków, sklania mnie do tego; po drugie zas, ze w +tym wzgledzie moze moge stac panu uzytecznym... + +Orlecki, zdziwiony, spojrzal na Romana. + +- Tak jest - rzekl Dzierzymirski, z usmiechem - cózby szanowny pan +bowiem powiedzial na to, gdybym... -- tu zatrzymal sie sekunde - +ulatwil mu... - Dzierzymirski przy tem zaakcentowal wyraznie +ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zas dal mu jaka +posade korzystna?.. + +- Alez, panie prezesie! - wykrzyknal Orlecki, i zerwawszy sie z +fotelu, uchwycil dlon goscia swego, sciskajac ja serdecznie.. - +Wdziecznosc moja i sercu memu bliskich nie mialaby granic!.. Lecz +doprawdy, nie pojmuje... nie rozumiem!.. - urwal wzruszony... - Skad +taka laska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznalismy sie tak +niedawno! - dokonczyl i zamilkl, nie wiedzac snac, co powiedziec, +jak sie obrócic i znalezc w sytuacyi, tak dlan niespodzianej... + +Roman tymczasem powstal równiez z miejsca, i oddawszy serdecznie +uscisk Orleckiemu, po przyjacielsku ujal go za ramie. + +Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierzymirski, +wciaz idac pod reke z Orleckim, rzekl calkiem swobodnie: + +- Przyznaje, poczulem do szanownego pana szczera sympatye, rozumiem +przy tem w zupelnosci polózenie jego tutejsze, i gotów jestem +uczynic dla niego wiele... + +- Dziekuje, po tysiac razy dziekuje! - uscisnal Orlecki +serdecznie trzymane ramie Romana, z równowagi caly wyprowadzony. + +Dzierzymirski mówil tymczasem dalej, pomny celu swego: + +- Lecz daruje pan rzecz jedna... Nim przystapimy mianowicie do +obchodzacej pana sprawy, wiedziec musze dokladnie - Roman zatrzymal +sie - zupelnie szczególowo - poprawil - przebieg dotychczasowego +jego zycia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znac mam +przyjemnosc szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - +dokonczyl, z przyjaznym usmiechem, i jak najnaturalniej na pozór. + +- Alez, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zreszta nie ma zadnej! - +odparl Orlecki szybko, przekonany zupelnie. - Opowiem prezesowi +wszystko natychmiast! - ciagnal dalej rozradowany. + +- No, to siadajmy!.. - rzekl wesolo Dzierzymirski. + +Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzyl sie badawczo w twarz +Orleckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo +pragnal, twarz mu pobladla mimo woli, aksamitne zas spojrzenie +ciemnych oczu stalo sie bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem. + +- Slucham pana - rzekl powaznie. + +Usmiechniety, radosny, poprawil sie Orlecki na krzesle, i +siegnawszy po cygara, zapalil jedno, w roztargnieniu czestujac +niemi Romana. + +- Dziekuje, pale jeszcze - usmiechnal sie niedostrzegalnie Roman, +i spojrzal z pod oka na gospodarza. - Rōti ą point! - zadecydowal w +mysli sarkastycznie. + +- A, przepraszam! -odrzekl Orlecki i mówil dalej: + +- Otóz, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram +sie opowiedziec je prezesowi w kilku slowach. Rzecz ta przedstawia +sie zatem jak nastepuje: + +- Urodzony lat temu, czterdziesci i siedem, dobiegam juz bowiem +piecdziesiatki - usmiechnal sie - z ojca Ryszarda i matki Józefy +z Lancjarskich de domo, przepróznowalem, ksztalcac sie w domu, do +lat pietnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, nastepnie konczylem +uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objalem klucz +majatkowy, dziedziczny Orlin... + +- Bywajac w, swiecie przez lat kilka, starajac sie o pierwsze w +kraju partye, zyjac nieco szeroko, stracilem majatek... Nastepnie +spotkalem dzisiejsza zone moja, z domu hrabianke Bozkowska... +Przez z - usmiechnal sie Orlecki, - bo sa i Borzkowscy przez rz, +bez tytulu i nie pochodzacy wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - +objasnil. + +Dzierzymirski w tem miejscu usmiechnal sie poblazliwie - +sarkastycznie, lecz sluchal w milczeniu dalej. + +- Pobralismy sie, - ciagnal tymczasem Orlecki - i osiadlem na +roli, juz nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesieciu +wlókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwalem przy tem zupelnie +dawne swiatowe stosunki... Gospodarowalem sobie tak cicho lat +kilkanascie, stalem sie domatorem - przeksztalcalem stopniowo, o +ile moglem, w czcigodnego pana sasiada... Wreszcie, niestety, jak +piorun z nieba, spadlo na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomozony przez +nikogo, sprzedac musialem dobra, i przybylem tu - za chlebem!.. + +Orlecki umilkl na chwile, poczem, dodal nieco smutnie : + +- Jak najpiekniejsza od slonca plowieje materya, tak i +najbarwniejsze zycie blaknie od nieprzychylnych ciosów zycia. +Szarzyzna ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnal, i zamilkl +znowu. + +W nadziei, iz dowie sie jeszcze oczekiwanego przezen "clou" historyi +tej calej, milczenia tego nie przerywal Dzierzymirski. Po dluzszej +jednak chwili, widzac, ze Orlecki, pochloniety myslami, zapominac +zdaje sie nawet o jego obecnosci, zagadnal uprzejmie: + +- I jesli wiedziec wolno, cóz dalej? + +Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlecki podniósl powoli +posmutniale oczy na Romana. + +- Nic! - odrzekl bezbarwnie, glosem twardym. + +- Byc nie moze? - zadziwil sie Roman, jak mógl najszczerzej. - I +pomyslec - ciagnal swobodnie - ze ja tam w kraju tyle +przeróznych rzeczy o panu slyszalem... + +Urazony jakby tem, co uslyszal, Orlecki zapytal z kolei sucho: + +- No, i cóz takiego, ciekawym, wymyslila na mnie luba opinia, czy +wiedziec moge? + +Roman niecierpliwie poruszyl sie na krzesle. + +- Cóz u licha! - pomyslal - czynie dotad tyle, i prawda wciaz +wymyka mi sie sprzed nosa... + +Po chwili zas, jak gdyby nagle na cos zupelnie juz stanowczo +zdecydowany, odpowiedzial z wolna, przetarlszy przytem reka czolo: + +- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócic musze do jadra +zajmujacej nas kwestyi. Pragne dac panu posade... Czy wolno zapytac +- jakie sa jego mocne - zaakcentowal - kwalifkacye fachowe?.. + +- Fachowych scisle zadnych - przerwal niezadowolonym troche glosem +Orlecki. - Posiadam jednak jezyki: angielski, francuski, rosyjski i +niemiecki, oraz zdobyte praca i praktyka obecna - rachunkowosc i +buchalterye - w banku, gdzie urzeduje i skad w razie potrzeby +otrzymac moge swiadectwo odpowiednie. + +- A! - zadziwil sie mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze... + +Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objal dluzsza chwile cala +postac Orleckiego, mówiac do siebie mimo woli wyraznie; - +Patrzcie?.. nie spodziewalem sie!.. + +- Zatem - odezwal sie niebawem - objac moze szanowny pan inna, +lepsza nawet posade od tej, która przeznaczalem w mysli dla niego. + +- Cóz to za miejsce? - zagadnal Orlecki. + +- Une place de confiance...- wycedzil z wolna Dzierzymirski. - Przy +tem równoczesnie jedno z wyzszych przy korespondencyi i buchalteryi w +Banku Komercyjno-Przemyslowym, otworzyc sie majacym za miesiecy +kilka... Do komitetu naleze, odmówic mi nic nie moga... Skoro zas +pan w tej wlasnie dziedzinie juz posiada praktyke pewna, tem +lacniej wiec wybór mój zatwierdza... + +Roman skonczyl i spojrzal znów spod oka na obywatela - emigranta. + +Zdziwienie radosne bilo z twarzy Orleckiego. + +- No, teraz chyba wyspiewasz mi wszystko - pomyslal Roman, w duchu. + +- Pensya znaczna - ciagnal dalej calkiem obojetnie, - ile, nie wiem +jeszcze na pewno... W kazdym razie tysiecy kilka .. - urwal niedbale. + +- Alez to miejsce idealne! - wykrzyknal zywo Orlecki. - Dziekuje +po raz wtóry! - uscisnal dlon Romana. + +Dzierzymirski uczynil wysilek nad soba, by nie zdradzic sie +przypadkowo nerwowem glosu brzmieniem i przemówil: + +- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahal +sie... + +- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarzadzie, +sa bardzo trudni... Czepiaja sie byle czego... + +I znów Roman mówic przestal, poczem zas, poirytowany nagle, ze +bedzie zmuszony isc prosto do celu i palcami dotykac kwestyi, +która zrecznie obejsc zamierzal, wyrzucil z siebie twardo: + +- Mówiono mi tam, o jakichs pieniadzach, zgubionych przez pana, +nieodnalezionych, czy cos tam podobnego... Pojmuje pan zatem, ze ja, +protegujac - zatrzymal sie Roman sekunde, i uprzejmie nieco +dorzucil, z wymuszonym usmiechem. - Powiedziec musze wszystko, wszak +pan to rozumie chyba?.. Nic zas o tem dotad szanowny pan mi nie +mówil... + +- Alez nie powiedzialem? - obruszyl sie urazony widocznie Orlecki. +- Bo uwazalem to, jak i uwazam dotad, za sprawe czysto osobista... + +- Masz tobie! - omal ze nie wykrzyknal Dzierzymirski, ze zloscia, +lecz opamietal sie w pore, i zapytal w slad za tem spokojnie, +wpadlszy zarazem na pomysl przebiegly. + +- No tak, zapewne... Czyjez to jednak pieniadze byly?.. + +- Aaa! - wyrwalo sie z ust Orleckiego natychmiast, i powstawszy +gwaltownie z krzesla, wykrzyknal: + +- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Lotry +dopiero, infamisy!.. - wyrzucil z siebie z oburzeniem. + +Dzierzymirski spiesznie polozyl swa kobieca miekka dlon na +zylastej rece szlachcica i pomimo woli rzucil niecierpliwie: + +- Ja równiez bardzo przepraszam! - zawahal sie - i slucham..: - +dokonczyl. + +Orlecki usiadl, wzburzony jeszcze odsapnal i przemówil: + +Powiesz mi pózniej, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalowal. +Pierwsza rzecz, gdy do kraju powróce, wyzwe go na pojedynek, jak mi +Bóg mily, a teraz sluchaj: + +- Bylo to tak: Posiadalem majatek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, +hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Sa tam tylko tak zwane +"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia sie z wyplaty na +termin, egzekwuja bardzo szybko... Otóz w jednym z banków owych +mialem gruba pozyczke... Minal termin jeden, drugi, trzeci, +placilem malo, zebraly sie zaleglosci, wystawiono mi dobra na +sprzedaz... Zaplacic musialem zaleglosci - razem dwanascie +tysiecy... Nie mialem ich, pozyczylem wiec sume zadana u paru +osób i w drodze, gdym jechal placic na miejsce, w ostatniej niemal +chwili pieniadze te zgubilem... Majatek mi naturalnie sprzedano... + +- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysiegi zadac ode mnie nie +bedzie, a zreszta?.. Gotowym! - i Orlecki powstal uroczyscie... + +- Ale, cóz znowu?.. - rozlegl sie w milczeniu suchy glos +Dzierzymirskiego, a slowa te, wymówione zimno, zabrzmialy niemilym +dla ucha dzwiekiem: + +Od chwili bowiem, gdy z ust Orleckiego padla cyfra "dwanascie +tysiecy", Roman zmienil sie calkiem. Giestem, pelnym zniechecenia, +wypuscil z rak trzymane cygaro, twarz zas, przybrawszy wyraz +obojetny, chlodny, poorala sie w drobne zmarszczki. Wiec ponownie +oto rozprysla mu sie w palcach mydlana banka!.. Zycie, z +przerazajaca logika dawalo mu do zrozumienia, ze kpic z +usilowan jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zranila +go bolesnie, jednoczesnie zas gniew niewytlumaczony, instynktowny, +zawrzal w Dzierzymirskim. + +Cóz go, zaiste obchodzic mógl Orlecki, historye i przysiegi jego? + +- Osiol!.. Mysli moze - rzucil w duchu gniewnie - ze obecnie, kiedy +nie dwadziescia siedm, a dwanascie tylko zgubil tysiecy, zajmowac +sie nim bede!.. Ba, nie glupim! - i usmiech zly, sarkastyczny +wykrzywil waskie usta Romana. + +Powstal sztywno, majac zas juz z wieloletniej swej praktyki na +ustach gotowy do pozbycia sie ludzi zdawkowy komunal, wyciagnal +reke na pozegnanie... + +Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszal mu calkiem +szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlecki, rozpoczynajacy wlasnie, +malo juz obchodzacy teraz Romana, dalszy ciag swych zycia kolei, +przeprosiwszy, wybiegl do przedpokoju, w slad za tem rozlegly sie +dwa glosy kobiece, szelest okryc i sukien damskich. Rozbierano sie, +potem szeptac zaczeto, po chwili zas znów dwa wykrzykniki zdziwienia +i radosci obily sie o sluch Dzierzymirskiego. + +Slyszac je, skrzywil sie Roman nieznacznie, chrzaknal i znudzony +zblizyl sie powoli ku oknu salonika. Nie trudno bylo domyslec +sie, ze tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlecki wygadal juz +rodzinie swej niemal wszystko. + +- Wpadlem! - pomyslal Roman, i zdenerwowany, stuknal palcami w +powietrzu. + +Drzwi zas poza nim roztwieraly sie juz spiesznie. Odwrócil sie. + +Naprzeciwko niego szly dwie kobiety, zarózowione, usmiechniete. +Jedna z nich, starsza, brunetka, piekna jeszcze, dobrze zakonserwowana, +- druga, dziewcze mlodziutkie, szesnastoletnie zaledwie moze, hoze i +swieze... + +- Prezes Roman Dzierzymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci +mówilem przed chwila, najszlachetniejszy z ludzi, których dotad w +zyciu poznalem! - przedstawil szumnie Orlecki goscia zonie, +glosem cieplym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili +wrazen. + +Sklonil sie Dzierzymirski, a na dzwiek ostatniego zdania lekki +rumieniec pokryl mu lica. Wstydzil sie za swe mysli - za siebie... + +Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciagnely sie ku niemu dwie +male kobiece raczki. + +- Bardzo mi milo poznac pana, bardzo milo! - mówila, sciskajac +dlon jego, pani Orlecka. - Tembardziej, ze jak mi wlasnie maz +powiada, pan prezes staje sie aniolem opiekunczym naszych losów, +przyszlosci - zwiastunem, iz zobaczymy kraj nasz, za którym ciagle +tak bardzo tesknimy! - konczyla wzruszona. + +- Moja córka, Mita - przedstawila z kolei Romanowi mlodziutka +panne. + +Dzierzymirski trzymal, sciskal wlasnie w dloniach drobna jej +raczke, a choc nie powiedzialo mu dziewcze nic zgola, z uscisku +jednak przyjaznego, cieplego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, +w których czytaly sie w owej chwili wdziecznosc bez granic, +radosc i nadzieja - poczul Roman, iz okrucienstwem niemilosiernem +byloby teraz z jego strony cofniecie obietnicy. + +I jednoczesnie reakcya nagla wstapila wen. Jakis przyplyw jakby +dobroci zalal mu dusze, serce; zarazem zas pomyslal: + +- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii moze w tem +wiele, ale... jednak... dlaczegózbym i ja czasami nie mial byc +szlachetnym? A poza tem, cóz de facto winien ten oto Orlecki, ze nie +jest tym wlasnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wplywowym, +silnym, dlaczegóz wiec nie dopomóglbym czlowiekowi, pokrzywdzonemu +badz co badz przez nieznanego pieniedzy jego znalazce, tak, jak +pokrzywdzonym jest moze przeze mnie równiez i ten osobnik nieznany - +"mój!.." + +I starczylo w slad za tem jednej chwili, by w glowie +Dzierzymirskiego powstal plan gotowy. + +- Cieszy mnie niewymownie, ze los pozwala mi stac sie - tu zwrócil +sie, z usmiechem, ku pani Orleckiej - Aniolem Strózem tego domu... +Dzis zaraz zatelegrafuje do panów z komitetu nowego banku o +kandydaturze pana - wskazal nieznacznie Orleckiego ruchem glowy. + +W milczeniu, wzruszony szlachcic uscisnal dlon Dzierzymirskiego. +Ten ostatni zas zastanowil sie chwile... + +Kiedy czynic cos, to czynic zupelnie i wszechstronnie, - pomyslal, +a siegnawszy do kieszeni, dyskretnie poczal dlugo szukac czegos w +portfelu... Znalazlszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit +Lyonnais", wskazujacy sume dwóch tysiecy franków, rzekl swobodnie: + +- Choc to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu +opuszczac panie, - sklonil sie uprzejmie w strone dwóch kobiet - +jednak panie wybacza, uczynic to bede zmuszony, i... + +- Alez, cóz znowu... - obruszyla sie Orlecka. - Obiad , podadza w +tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwrócila sie do córki - kaz +dawac!.. + +- Dziekuje serdecznie! - sklonil sie z usmiechem Dzierzymirski w +strone mlodego dziewczecia. - Wychodze natychmiast, a to z powodu +naglacych spraw, które nieodzownie dzis jeszcze zalatwic musze... + +- Zegnam panie! - wyciagnal uprzejmie reke do pani domu, a +nastepnie do panny. + +Ta ostatnia podala mu ja, z niewyslowionym wdziekiem i cicho +rzekla: + +- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziekowanie za to, +co czynisz dla ojca mego... Jestes szlachetnym, dobrym i wdziecznosc +moja nie zapomni panu tego - nigdy!.. + +- Szczesciem prawdziwem dla mnie, ze i pani bedzie z tego +korzystac... Bo, o ile zgaduje, pani tu chyba najwiecej wrócic by +rada do rodzinnego kraju?.. + +- O! tak... - przyznala, z zapalem, szczerze: Wykolysaly mnie nasze +lany i lasy, wychowala ta ziemia nasza, tak piekna chyba, jak +zadna!.. + +Z sympatya, spojrzal Roman na dziewcze, i skloniwszy sie raz +jeszcze, zwrócil sie z kolei do Orleckiego. + +- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wzial +gospodarza za ramie i poprowadzil ku oknu: + +- Rzecz przedstawia sie, jak nastepuje - rzekl, o ile mógl, +najpowazniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzednikom +nowego banku, naturalnie protegowanym, daje sie z góry na +instalacye... Kwestye te jednak obmówic trzeba poprzednio na +zebraniu. Otóz, poniewaz pan, pomimo, ze bank nie funkcyonuje +jeszcze, za miesiac najdalej musisz juz byc na miejscu, a to, w celu +ulokowania sie i objecia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja +zas dopiero za miesiecy kilka tam bede - zatem...- Roman urwal, +dobierajac jakby w umysle wyrazów. - Zatem - powtórzyl - awansuje +tu kochanemu, panu przekazem, sume wlasciwa... Przypuszczam, bedzie +ona odpowiadac mniej wiecej kwocie, która w swoim czasie przyznaja +panu na zebraniu Rady... Cóz, zgoda? Dobra mysl mialem? - +dokonczyl Roman. + +- Alez z kochanego prezesa aniol prawdziwy, nie czlowiek!.. - +wykrzyknal Orlecki i po staropolsku, uscisnawszy go szczerze, +podziekowal, z zapalem. + +- Klociu, czy slyszysz? - zawolal na zone. Pan prezes na +instalacye awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformowal +dobrodusznie, szczególowo malzonke o wspanialomyslnosci Romana. +Nastapily w slad za tem ponowne podziekowania, wykrzykniki... + +Odprowadzony az do drzwi, zegnany serdecznie i czule, Dzierzymirski +wydostal sie nareszcie na schody, a potem na ulice, sam pomimo woli +wzruszony, z glowa pelna najsprzeczniejszych mysli. + +Gdy po niejakims czasie, wracajac z wolna do rzeczywistosci, +podniósl glowe, spostrzegl w pewnem oddaleniu przed soba zlocona +kopule tumu Inwalidów. Tkniety nagla mysla, z miejsca +natychmiast skierowal sie ku furtce, a wyminawszy ja i strzegacego +wejscia kulawego inwalide, znalazl sie na obszernym placu tumu, +odgrodzonego krata od ulic miasta. + +Wkrótce, po stopniach wschodów wstepowac poczal do wnetrza +przybytku, kryjacego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona. + +W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakis potegi niewidzialnej +i grozy objal Romana natychmiast. + +Cichym tylko szmerem rozlegaly sie tu kroki kilkunastu osób... Na +dole, w szerokiem, na ksztalt basenu, poglebieniu, drzemal olbrzymi +sarkofag, z ceglasto - wisniowego marmuru... + +Dzierzymirski zblizyl sie do balustrady grobowca, i stanal smutny, +cichy... + +Wobec prochów moznego wladcy poczul sie równoczesnie drobnym, +niklym... Huczace jego troki zmalaly równiez - uspakajal sie... + +I mysli jego nagle wziely równiez obrót zupelnie inny. + +- Wiec to tu - mówil sobie Roman - lezy zwyciezca z pod Marengo, +Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Wiec tu spoczywaja snem, +nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - malego +imperatora!.. + +Dawno bardzo nie bawiacy juz w Paryzu, pamietajacy go zaledwie w +zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat mlodzienczych, +Dzierzymirski, w skupieniu i z nabozenstwem w duszy, wpatrzony, +milczacy, z glowa pochylona, zadumal sie przed trumna cesarza +Francyi. + +Wokolo niego z prawej i lewej strony, w wewnetrznym pólkregu tumu, +widnialy wklesle poglebienia, z grobowcami malymi; przed nim zas, +poza drzwiami do grobu, wznosil sie rozpiety na krzyzu Syn Bozy +umeczony... + +Dzierzymirski po chwili ocknal sie z zamyslenia i postapil +wzdluz kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejscia: + +Zamkniete szczelnie drzwi pomnikowe polyskiwaly hebanem czarnego +marmuru; u progu ich i wschodów, wiodacych do wnetrza "tombeau", w +mundurze granatowym, powazny, ze wstegami i orderami, brodaty, stary, +strózowal inwalida... + +Na górze zas blyszczal wielki napis zlocisty: "Je désire, que mes +cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple +francais, que j'avais tant aimé" *). +[*) "Pragne, aby me prochy spoczely u brzegów Sekwany - wsród tego +ludu francuskiego, który tak bardzo kochalem."] + +Dzierzymirski patrzyl, przejety mimowolnie do glebi powaga, +skupienia pelna, i jakas melancholia rzewna, wiejaca od tego +grobu zmarlego geniusza despoty, sniacego tu cicho, zapomnianego +jakby w samem sercu republikanskiego dzis Paryza. + +Nagle, gdy poruszony, niemy, stal tak, wciaz, zamyslony, drgnal +gwaltownie. + +Bo oto w tejze samej chwili wybila w ciszy glosno godzina czwarta, a +z jej uderzeniem, jako sygnal zamykania juz gmachu, raptowny, rozlegl +sie wlasnie odglos bebna. + +Grano bojowa pobudke... Donosnie rozchodzil sie w milczeniu +uderzenia krótkie, wzbijaly sie pod strop wysoki, echem dudnily w +zaglebieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej. + +- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez, +sortez!.. - rozlegl sie jednoczesnie twardy glos szwajcara, stróza +Napoleonowego grobowca... Postukujac gruba laska, isc poczal on i +rozpedzac energicznie przed soba, ku wyjsciu rozsypanych po gmachu +tam i ówdzie gosci. + +- Sortez! - rozkazujacy, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny +rozbrzmiewal glos jego i mieszal sie! z bojowa fanfara bebna!.. + +Dzierzymirski jednak nie ruszal sie wcale z miejsca przeciwnie. +Wrósl jakby w ziemie; ucho jego lowilo lapczywie donosne, jedrne +tony pobudki, wyobraznia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, +snula mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny. + +W gmachu panowal mrok... + +Ostatnie dzwieki surmy bojowej konaly, a Romanowi zdalo sie, iz z +milknacem coraz juz dalszem echem bebna, poczynaja oto zaludniac +tum wspanialy jakies wyrosle jakby zewszad mary i cienie poleglej +dawno Napoleonskiej gwardyi starej, i wyrazny o sluch jego obija sie +przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!.. + +Ida! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoja oto niezliczeni wokolo +grobu wodza swego... Przebóg, cóz to jest?.. + +Huk jakis rozlega sie w gmachu - to marmur grobowca peka, unosi +sie... + +W trójgraniasty kapelusz przybrana, z zalozonemi na piersiach +rekoma, staje wyraznie przed wzrokiem Romana postac Napoleona - +wodza!.. + +- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuz kolo Dzierzymirskiego o +posadzke uderza ktos zamaszyscie. + +- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. - +rozlega sie glos twardy i szorstki. + +Roman budzi sie, rozglada... A zirytowany natychmiast, ze tak +obcesowo przerwano mu jego widzenie marzace, gotów juz jest a to +rzucic w twarz stajacemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakas +ostra okolicznosciowa uwage... Otwiera juz usta, spojrzawszy jednak +na twarz wybladla, poorana zmarszczkami, o wyrazie pelnym +melancholii i smutku, milknie. + +W tych rysach bowiem czyta wyraznie gniew tlumiony, lecz nie +bezmyslny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakies inne, +szlachetniejszej, podnioslejszej jakby natury, i mówic zda sie: + +- Ach idzcie, juz idzcie!.. Odejdzcie wy wszyscy, profanatorzy +wstretni, kalajacy te progi ciekawoscia banalna - nieprzystojnym +szumem, halasem, gadanina i gwarem macacy bezmyslnie spokój i sen +wieczny wielkiego imperatora!.. + +- Cóz wy? - mówily z pogarda te szare smutno oczy starca. - Cóz +wy, karly, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedziec mozecie? Co sadzic +o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuc? Cóz zrozumiec jestescie +zdolni?.. + +Dzierzymirski z uwaga wpatrywal sie dalej w stojacego przed nim +niecierpliwie szwajcara - inwalide. + +Czyzby istotnie w umysle tego starca uczucia podobne sie kryly? - +myslal i zatopiwszy raz jeszcze, milczac, badawcze spojrzenie w +metnych zrenicach starca, bez slowa, skierowal sie ku wyjsciu z +tumu. + +Otworzono przed nim, zamkniete przed chwila: z hukiem drzwi wchodowe, +i zatrzasnieto je poza nim. + +Wydostawszy sie na ulice, Roman, znuzony, wsiadl do pierwszej +dorozki; tu zas, ochlonawszy nieco od wzruszen i wrazen, +porzadkowac zaczal w glosno zdarzenia minionych godzin kilku. + +- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistosci, chwytalem mare, cien +uludny!.. - mówil sobie w duchu, z nagla gorycza. - Pochloniety +wciaz jedna mysla, przybieglem tutaj nadziei pelny, i znowu nic - +zero!.. + +- O, ironio, niezrozumiala, dziwna!.. - dumal dalej. - Czyz nigdy nie +trafie na slad pewny? Czyz wiecznie, biczowany sumieniem, dreczyc +sie tak bede, zmuszony? + +Dzierzymirski opuscil rece na kolana, w zniecheceniu i pochylil +nisko glowe. Z chwilowa samotnoscia, z poglebieniem sie w +siebie, wracala bezlitosna samowiedza, bledne kolo tajonego w duszy +cierpienia zaciesnialo sie, wirowalo, rzucajac mu jednoczesnie na +ekran duszy wizerunek nagly wlasnego moralnego "ja". + +Nie kryly go obslony zlociste, utkane z pozorów, zdolnosci +osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poswiecenia dla +drugich, szlachetnosci i wielu innych przymiotów, w które, jak w +sniezna, lamowana purpura, toge patrycyusza - przed ludzmi, przed +swiatem, stroil sie prezes Dzierzymirski... + +Nie, byl to szkielet tylko!.. Otulony w plachte jaskrawa szalonej +ambicyi, kryl on za jej faldami bagno moralne pamietnej w zyciu +Romana chwili, gdy dla osobistego szczescia, uzycia, pogwalcil on +byl etyke spolecznego prawa!.. + +Z tej kaluzy jednak brudnej, a pozornie juz zapomnianej, wyrastal +kwiat - niby niepokalana biala lilia - zasiany ziarnem silnych, choc +podeptanych zasad, wszczepionych za mlodu - kielkujacy, przy pomocy +czujnego zawsze sumienia!.. + +Kwiatem tym - byla chec szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania +badz co badz, prawemu wlascicielowi przywlaszczonych pieniedzy. +Ona, wytrwala, popychala bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona +- zesrodkowywujaca w sobie równiez najpiekniejsze pierwiastki jego +charakteru - zniewalala go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. +Jej to niewatpliwie zawdzieczal Dzierzymirski swój postepek z +Orleckim!.. + +I Romanowi w tej chwili mignal obraz wdziecznosci tych trojga ludzi +ku niemu. + +Znów tu wiec falsz mimowolny - zycia ironia!.. + +Dzierzymirski westchnal. Pomimo jednak, iz czul zgrzyt w duszy, +roslo tam w nim jednoczesnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane +przez subtelniejsze natury, po spelnieniu dobrego, lub szlachetnego +czynu. + +Spojrzal wokolo weselej nieco... Dorozka mijala wlasnie bardzo +ozywiona dzielnice miasta. + +Na lewo widniala wieza St. Jaeques, a tuz obok kosciól St. Germain +-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmozyl sie Luwr wspanialy. + +Roman, zaplaciwszy woznice, wyskoczyl z dorozki i skierowal sie +ku muzeum. + +Odciety w podrózy od zwyklego, pelnego czynu, zycia, +pochlaniajacego go calkowicie - Dzierzymirski poczul nagle +potrzebe nieodzowna, konieczna, odwrócenia jatrzacych mu mózg +mysli czemkolwiek, uciekal sie wiec znowu do koicielki-sztuki. + +Niebawem przez jedno z licznych wejsc wchodzil do jej swiatyni, +pograzonej w milczeniu, tchnacej majestatem zapatrzonych w siebie +tworów ludzkiego geniusza, szybujacego na skrzydlach artyzmu we +wszelakich jego odmianach i fazach - wcielajacego piekno, by szlo, +niby tchnienie zywe, do dusz ludzkich, umiejacych wzniesc sie i +oderwac od poziomów! + +Znajdowal sie w salach dolnych. Zabytki starozytnej rzezby +romanskiej, greckiej otaczaly go zewszad. Setki ich z epok róznych +patrzyly na niego piekna wyrazem, reka mistrzów zakutym w kamien i +marmury... + +Dzierzymirski, rozgladajac sie wokolo, szedl wolno, zamyslony. + +Jak w kalejdoskopie, przesuwaly sie wciaz kolejno przed nim posagi, +coraz piekniejsze. + +Tutaj wiec wychylaly sie oto rzedem ku niemu biusty i srogie oblicza +wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie +modelowanem cialem pochylaly, giely posagi Apollinów - rzymskiego +dluta, o rysach grubszych, pelnych meskosci i sily, - greckiego, +traktowane daleko subtelniej z finezya, o ciele jakby miekkszem i +drobniejszem, przedziwnie wykonczone w szczególach i wyrazach +twarzy... + +W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemaly, na wzór oryginalów w +Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: spiacej Aryadny, Laokoona, +Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez +konca nóg i glowy, unosila powabnie draperye piekna Venus, bielily +sie bez liku dziesiatki rzezb pomniejszych - stal Apollo z Lycyi, +oparty o pien, kolo którego obwijal sie waz zdradliwy... Apollo z +Paros, patrzyl lagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi +faldach - wdzieczyla sie grecka muza... + +Dzierzymirski, z powodu braku czasu spieszyc sie zmuszony, szedl +pomimowolnie szybko, zatrzymujac sie jednak co chwila to krócej, to +dluzej, zniewolony ku temu pieknem, hojna reka i dzieki +niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokolo. + +Tak wiec, pomiedzy wieloma, wieloma innemi zajela go jeszcze rzezba +Tyberyusza cesarza, okrytego faldami togi, z reka wyciagnieta +przed siebie, w oratorskim gescie, tak wymownie, iz zdawalo sie, ze +oto juz zaraz przemówi... Tam znów uwage zwrócily dwie postacie +kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, +owiana szata przejrzysta, w stojacej postawie, zadumana smetnie, - +druga, w takiejze pozycyi, z wiencem laurowym na glowie, w bolesnem +pograzona skupieniu, z przeslicznie przytem wyrzezbionem obliczem, +przybrana w draperye, której faldy, wykonczone subtelnie w marmurze, +za lada powiewem poruszac sie w oczach zdawaly. + +Dzierzymirski wpadl w labirynt sal, salek, i szedl coraz dalej i +dalej... Jednoczesnie poddawal sie stopniowo coraz bardziej urokom +sztuki, a przypatrujac sie ciagle, z uwaga, okazom starozytnego +dluta - zapominal coraz bardziej o dreczacych go myslach z przed +chwili; czarne i smetne niepostrzezenie pierzchaly one cicho... + +I niebawem Romana znowu zajal marmurowy posag z wyspy Paros... +Przedstawial on Aleksandra Wielkiego, z polowa wlosów zlamana i +biustem, bez rak, z twarza natomiast zachowana doskonale. Pózniej +zachwycila go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, równiez bez rak, +ze sladem na plecach odlamanej raczki Amora, potem znów dziesiatki +rzezb innych, jedne charakterystyczniejsze, piekniejsze od drugich... + +Po chwili, oparty o pien drzewa, zatrzymal go jeszcze, wzglednie do +otaczajacych malenki bardzo posazek, zatytulowany "Amor, jako +Hercules", nastepnie inny: "Walczacy Gladjator", a w koncu, cudna w +swej prostocie, postac muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..." + +Byla to rzezba wzietej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem +o kolumne, w zwojach faldzistej draperyi. Glowe pochylona miala +nieco, a upiekszaly ja wlosy, falujace z lekka w marmurze, jedna +raczka podpierala oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych +- druga dotykala niedbale swej sukni, z ujmujacym wdziekiem... + +Wymijajac tlum nieruchomych posagów, gubiac sie wsród tych +rzezb, zadumanych, cichych, sniacych jakby o wielkiej swej +przeszlosci - znalazl sie wreszcie Roman niebawem w salce +kwadratowej, malej, gdzie, otoczona sznurowa baryera - na +wzniesieniu, ubranem bordo tkanina, stala, królujac, zda sie, nad +wszystkiem dokola, perla zbiorów posagowych Luwru - Venus grecka z +Milo. + +Zmeczony nieco, Dzierzymirski usiadl na laweczce, zdjal kapelusz i +wpatrzyl sie w stojaca, bez rak, pólnaga postac z marmuru. + +Pozornie kroczyla ona... + +Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymujac faldów upadajacej +w pasie draperyi, zdawalo sie, ze idzie, z szyja swa, +wyciagnieta nieco naprzód, z oczyma przymruzonemi jakby, z +wlosami, karbowanemi z lekka i uwiazanemi z tylu w wezel, z twarza +blondynki, anielska - boska!.. + +Od twarzy tej i pólciala nagiego do draperyi, Dzierzymirski oczu +oderwac po prostu nie byl w stanie... + +On w oblicza tem czytal - a przynajmniej tak mu sie w danej chwili +zdawalo - zapatrzenie sie w siebie i dume, ale zarazem i slodycz, +zakuta w przedziwnej regularnosci rysie kazdym, i choc sam +osobiscie nie odczuwal w rysach twarzy tej silnego promienia +wewnetrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piekno linii +królowalo w nich - tak niepodzielnie, ze zachwyt tylko wzbudzac +moglo... A cialo?.. + +Po prostu zylo ono, nie tylko zas nagie, dla oka widoczne... Z +przodu, pod faldami draperyi - czyniacej wrazenie, iz spada - w +kilka zas zgiec karbowanej z tylu - tetnilo ono, ozyle jakby, +nie martwe, w ruchu kroczacego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych +piersiach i biuscie bez rak, przegietym w prawo z zachowana +przedziwnie w marmurze, miekka, jak w ciele zywem - subtelna linia +przegiecia... + +Czas mijal... Przesiedziawszy na laweczce dosc dlugo, Roman z +trudnoscia powstal i oderwal sie od arcydziela sztuki. Spojrzal +na zegarek - dochodzila piata - godzina zamkniecia Luwru. Postanowil +obejrzec jeszcze, choc pobieznie, galerye obrazów... + +Skierowal sie spiesznie na pierwsze pietro gmachu. Minawszy sale +pierwsza, zatrzymal sie w drugiej, malenkiej. Dwa, dlan osobiscie +przepiekne, obrazy zajely calkiem jego uwage. + +Na jednym z nich, w aureoli blasków nad glowa, umarla, cicha, po +fali sennej plynela postac blada z twarza anielska i lagodna, - +to slawne dzielo Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisialo ono na +prawo, równolegle z wejsciem do salki, na scianie zas bocznej od +tego wejscia, w lewo, od innych odbijalo wdziekiem, pedzla "Girodet +- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pieknego, jak marzenie, w postawie +lezacej, pograzonego we snie glebokim. Na cudne oblicze boga +Olimpu i zamkniete jego zrenice, z wysoka, prostopadly padal +promien swiatla!.. Roman po chwili ruszyl dalej... + +Mijal teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale. + +A w salach tych milczacych, wielkich, unosil sie jakby nadprzyrodzony +jakis duch idei piekna, zaklety, olbrzymi i bral despotycznie w +posiadanie kazdego, kto korzyl sie przed kultem sztuki, czyja dusza, +drgnieniem zachwytu, wyciagala w ekstazie ku jej niesmiertelnemu +czarowi pragnace swe ramiona! + +Najpierwsi mistrzowie szkoly wloskiej, flamandzkiej, francuskiej, +hiszpanskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej +slawy, wygladali z ram dzielami, niewidzialna dlonia zatrzymywali, +jakby przed soba, mówiac, zdawalo sie, do Romana dumnie: - +"podziwiaj nas!.." + +Idac wciaz przed siebie w ten sposób, dotarl wkrótce +Dzierzymirski, do sal ostatnich. + +Bylo ich dwie; w jednej, podluznej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", +pelno bylo przepysznych obrazów, wzietych przewaznie z zycia +królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, +noszacej miano "Van-Dycka", zwrócily uwage Romana, wsród +kilkunastu moze dziel tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego +samego, stojacego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i +kardynala Richelieu'go, calego w purpurze. + +Dotarlszy do konca palacowych sal, Dzierzymirski puscil sie w +powrotna droge, zagladajac tam i ówdzie, idac, wracajac - +bladzac wsród tych drzemiacych w chwale wlasnej, nieprzeliczonych +dziel pedzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich... + +Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastepowaly mu droge... + +I Dzierzymirski przystawal ciagle... Zachwycal sie niejednym +obrazem, ustepujacym moze innym, pod wzgledem piekna, lecz +przemawiajacym zywiej do indywidualnego jego poczucia i pojecia +sztuki. + +Tak wiec w jednej z sal zatrzymal sie dluzej sliczna glówka +szkoly francuskiej, "Greuz'a", zlotawablond, z oczyma, wzniesionemi +smutnie, w zamysleniu bladzacemi gdzies daleko, moze w idealów +niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnacym melancholia i +rozmarzeniem... + +Tamze równiez zajely go dwa obrazy tegoz mistrza: pierwszy "La +laitičre" przedstawial rozwozaca nabial mloda wiwandyerke - +wsparta, w zadumie cichej, o karego z bialym lbem konia; drugi pod +tytulem: "Rozbity dzban", wdzieczny nad wyraz, wyobrazal +dziewczatko w bieli... Wlosy miala ona rozczesane skromnie na dwie +strony, stroilo je biale kwiecie, - w fartuszku rózowo - blade +róze, na reku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w calej +twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy. + +Dzierzymirski coraz szybciej wymijal sale; nie znalazl sie w galeryi +podluznej i olbrzymiej, w ksztalcie salonowego korytarza, szerokiego +i przestronnego. + +Na scianach wisialo tu wiele pieknych okazów; miedzy innemi zatem +dziela Rafaela Sanzio, jak na przyklad portret Joanny d'Aragon, w +purpurowej sukni, przetkanej zlotem, S-go Jana Chrzciciela, oraz +sliczny portrecik mlodego czlowieka, o wlosach blond, w czapeczce +czarnej, podpartego, w zamysleniu i pare innych tegoz mistrza. + +Patrzyly tu równiez na Romana rzedem liczne dziela Marina, jak +Urodzenie Najswietszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska +kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpanskiemu Riberze, +wystepowal z ram postacia umarlego Chrystusa, o twarzy przedziwnie +spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostajacej - z cialem ran +pelnem, ociekajacem, zda sie, krwia ciepla jeszcze... Bitwa +Salvatora Rosy tamze necila oko realizmem i groza - dziesiatki, +setki obrazów zatrzymywaly spojrzenie, a wreszcie dwa z nich +najbardziej; pedzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus... + +Oba przedstawialy ciemnookich, pieknych mlodzianów, o bujnie i +naturalnie krecacych sie wlosach, cerze sniadej i dziwnie wiele, +mówiacych twarzy, zblizonych rysami do siebie... + +Obrazy te, w ogólnym zarysie, równiez zlewaly sie ze soba. Naglem +skojarzeniem mysli, przypomnialy one Romanowi, podobniez nieco +traktowana glowe o wlosach, zlotawo - miedzianych, pedzla +Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolanskiej. Przedstawiala ona Matke +Boza, cala w czerwieni, z przechylona w tyl glowa i +przymknietemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciatko +Jezus równoczesnie wyciaga przed siebie w przestrzen swe raczyny +malenkie, jak gdyby niemi pochwycic cos w powietrzu pragnelo... + +I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierzymirskiego splynela fala +wspomnien... + +Mignal mu wiec przed wewnetrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne +gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezen +lezaly jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak zywe, przeszlemi +latami zamglone... + +Z powiewem zas lat tych minionych, z przeszlosci tchnieniem, w mózgu +Romana znowu zaswidrowaly wyrzuty sumienia, dawne - te same. + +Zadumany, powracal Dzierzymirski, kierujac sie w olbrzymie sale ku +wyjsciu, opanowany na nowo - wewnetrzna troska - niezdolny obecnie +po prostu patrzec na dziela sztuki. + +Poza tem zreszta i czasu na to nie bylo... Zamykano juz Luwr. + +Spieszono sie powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turysci - malarze, +dyletanci pedzla, kopiujacy tu zapamietale od samego rana na +rozstawionych stalugach wszedy, halasliwie skladali swe przybory, a +odglos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzacej tlumnie gromady +ludzkiej, przeciaglem echem odbijaly sie o sciany i próznie +olbrzymich sal muzeum. + +Wyludnialy sie one nader szybko; niebawem cisza utulac zaczela +stopniowo twory czlowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i +niewidzialny pozostal tu tylko, zda sie, król Piekna - bóg +Sztuki!.. + +W dziesiec moze minut pózniej Dzierzymirski wychodzil na ulice, +gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : +"Metropolitain", po schodach spuszczac sie zaczal ku stacyi. + +Zaglebiony w myslach, kupil Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i +wyszedl na peron podziemnej poczekalni. W glowie jego, wsród mysli +wielu, nieuksztaltowany jeszcze, niewyrazny, zakielkowal projekt +opuszczenia Paryza, nieprzedstawiajacego dlan juz teraz, jako pobyt, +celu zadnego, i udania sie do - Medyolanu... + +W tej samej chwili, z chrzestem, swistem, wpadl na platforme +zreczny, maly, elektryczny pociag miejski. + +- Louvre!.. Louvre!.. - wrzasnieto donosnie, kilkanascie drzwiczek u +wagonów otworzylo sie spiesznie... Wysypala sie z nich garstka +ludzi, partya druga szybko zajela ich miejsce, Dzierzymirski +wskoczyl za innymi do pociagu, z wielkim pospiechem, nie minela +bowiem minuta, gdy juz zatrzasnieto na powrót z halasem u +wagoników wszystkie drzwiczki. + +Kolejka ruszyla z miejsca pedem prawie, zanurzyla sie i zniknela, +jak zmyta, w oswietlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami +czelusci ciemnej podziemnego tunelu, biegnacego, jak wiadomo, pod +wieksza czescia nadsekwanskiej stolicy. + +----------- + + +Letnie, upalne popoludnie drzemalo jeszcze nad ziemia, skwarne jednak +slonca promienie znizac sie juz poczynaly stopniowo... + +Ochoczo uwijaly sie po polach dziewczeta robocze, w swych krótkich +kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w +reku, znac zboze, ukladajac je w snopy i kopy, a z lak i lanów +dalszych odzywalo sie od czasu do czasu rytmiczne ostrzezenie kos i +ich chrzest w slad za tem, scinajacy trawy, owsy i jeczmienie, +rozlegal sie echem miarowem. + +W otaczajace go, tetniace ruchem i praca pola zapatrzony, na ciemnem +tle parku nieposzlakowanie bialy milczaco wsluchiwal sie dwór +gowartowski w odglosy, idace z lanów dalekich. + +Na werandzie, w glebokim fotelu siedziala marszalkowa Warnicka, +pracujac z zajeciem nad robótka reczna; dalej nieco, w parku, +poprzez drzewa alei migala jasna letnia suknia kobieca i sylwetka +siedzacego obok niej mezczyzny; przez otwarte na sciezaj wreszcie +tuz kolo balkonu okno saloniku dolatywaly dwa meskie glosy, +zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych. + +W saloniku owym grali w karambole Ladyzynski z Krasnostawskim. + +- Patrz, mlodziencze, i ucz sie! - mówil w tej chwili pan Emil, +pochylony nad bilardem. + +Biala bila jego, musnawszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, +wracala wlasnie teraz posluszna, dotykajac lekko stojacej opodal +trzeciej zóltej bili. + +- Aha!.. - wykrzyknal z tryumfem Ladyzynski. - Uderzenie znakomite, +a rzadkie, jak kruk bialy!.. + +Spojrzal na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do +okna, stal gdzies zapatrzony, przez grzecznosc w ostatniej tylko +chwili obróciwszy sie szybko ku mówiacemu. + +- Barbarzynco! - wykrzyknal Ladyzynski, oburzony szczerze. + +- Jak to? - pytal zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziales pan +wcale ? + +- Ale cóz znowu, i owszem! - zaprotestowal Krasnostawski, zmieszany +nieco. + +Partner z pod oka spojrzal na mlodzienca i mruknal zlosliwie: + +- Co pan ciekawego wypatrujesz wsród alei? Nikt tam, que je sache, nie +spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczesnojej... +A tu tymczasem straciles pan coup de maītre, cug iscie +wspanialy... + +I wskazujac dlonia stojace kule, objasnil juz spokojnie: + +- Przez czerwona... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tylem, przez piec +band, i serya notabene gotowa - pochwalil sie. + +- Wiele mam? - zapytal po chwili. - A, prawda... - odpowiedzial sam +sobie pan Emil, - osiemdziesiat szesc!... Przepadles pan z +kretesem. Za chwile - requiescat in pace!.. + +Przy tych slowach, Ladyzynski pochylil sie znów bilardem. Pod +wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zrecznie, +posypaly sie niebawem liczne karambole. + +Krasnostawski, od poczatku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie +dopuszczony, ziewnal skrycie, znuzony. + +- Ta zdradzila Radziwilla!.. - wykrzyknal w tej chwili pan Emil. - +Chybilem - graj pan!.. + +Krasnostawski z kolei zrobil kilka dosc umiejetnych karamboli. + +- Brawo, bravissimo! - potakiwal Ladyzynski - Z jakim przestajesz, +takim sie stajesz, niedarmo tak glosi przyslowie... + +A ze znawstwem, sledzac dalej uwaznie gre partnera, dorzucil +jeszcze, w rodzaju pochwaly: + +- Czolem, czolem!.. Wstepujesz w me slady.... bardzo dobrze, wcale +niezle!... + +Krasnostawski, z przymusem, usmiechnal sie lekko, po paru +uderzeniach wreszcie chybil. + +- Przeszla, minela, jak sen jaki zloty! - zadeklamowal +Ladyzynski, z patosem. - zgubionys mlodziencze! - dorzucil, i +pochylil sie nad suknem zielonem. + +- Gram z tylu - poinformowal - ostatni, smiertelny cios... + +Pchnieta, nakredowana poprzednio starannie, muszka kija - biala +kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - +niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnela cicho dwie +pozostale bilardowe kule. + +- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnal z ulga pan Emil. + +- No, teraz siadamy! - ciagnal dalej.- Dziekuje panu za partye! - +podal uprzejmie reke Krasnostawskiemu, poczem wyjal papierosnice. + +- Sluze panu! - rzekl, wyciagajac ja w strone mlodego +czlowieka. + +- Dziekuje bardzo! - odparl Krasnostawski, skloniwszy sie +grzecznie, wzial papierosa, podsuwajac jednoczesnie Ladyzynskiemu +zapalona zapalke. - Merci! - mruknal pan Emil. - Ha, zmachalem +sie nie gorzej od molodycy, na polu przy burakach! - westchnal. + +Usiedli, i zapanowalo chwilowe milczenie. + +W ciszy pokoju slychac bylo teraz wyraznie jednostajne brzeczenie +much; znizajace sie slonce scielilo swe promienie po zielonej +powierzchni bilardowego sukna - salonik tonal caly w pólswiatlach +konczacego sie letniego popoludnia. + +Nagle firanki u okien poruszyly sie gwaltownie - ktos drzwi +otwieral... + +Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanal lokajczyk, +mlode chlopie... + +- Zamykaj, do krocset! - zagrzmial Ladyzynski, porzuciwszy silny +przeciag i zwrócil sie równoczesnie do Krasnostawskiego. - Ma pan +jeszcze ochote na partyjke?... bo ja - to nie! + +- O, ja równiez! - odparl szybko Krasnostawski - Zreszta nie moge, +mam dzisiaj pilne zajecie jeszcze i wracac musze! - Zegnam pana! - +dorzucil uprzejmie i powstawszy, wyciagnal reke do +Ladyzynskiego. + +- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszajac sie z miejsca, +odwzajemnil mu tenze uscisk dloni. + +Krasnostawski, niby szukajac czegos po pokoju, zblizyl sie +zrecznie do okna, poslawszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu. + +Siedzac wciaz na swem miejscu, Ladyzynski sledzil spod okna, a +usta skrzywily mu sie przy tem sarkastycznie. + +- Cóz to tak zapamietale pan szukasz? - rzucil ironicznie - serca, +czy glowy? + +- O, nie... tylko kapelusza!.. - odcial chlodno Krasnostawski, i +rzuciwszy siedzacemu powtórnie pozegnanie uprzejme, wyszedl z +saloniku. + +- Hm... hm!.. - mruknal do siebie stary kawaler, i powstal. + +- Wyczysc bilard szczotka tak, jakem cie nauczyl na wskos, +nicponiu!.. - rozkazal krecacemu sie po pokoju lokajczykowi, i +strzepnawszy ubranie, opuscil bilardowa salke, zmierzajac ku +werandzie. + +- Zawsze przy pracy, pani marszalkowo! - powital siedzaca przy +robótce pania Melanje i usiadl wygodnie na bujajacym sie fotelu. + +- No, i pan, panie Emilu, pracowales takze - usmiechnela sie +lagodnie matrona. - Stad slyszalam, jak stukaly karambole i +postepowal razno wyklad gry bilardowej... + +- Ano, trudno!.. Trzeba pouczac mlodych! - odparl pan Emil i +usmiechnal sie swoim zwyczajem. A gdziez to mloda para? - rzucil. + +Marszalkowa nie zrozumiala pytania. - Jak to? - zdziwila sie. + +- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objasnil niedbale, kolyszac sie +leciutko w fotelu. + +- Aaa !.. - zasmiala sie marszalkowa - sa w ogrodzie - dodala +spokojnie. - A pan Boleslaw gdziez sie znajduje? - zapytala z kolei. + +- Przegrawszy partye karamboli i poslawszy trzydziesci i jedno +spojrzen tesknych w strone ogrodu i przechadzajacych sie tam ludzi, +uciekl do domu - odpowiedzial pan Emil. + +- Ze tez pan ciagle tak samo niepoprawny i zawsze musi widziec cos +niepotrzebnego! - obruszyla sie, z widocznem niezadowoleniem, +marszalkowa. + +- To tak tylko dla kontrastu z pania marszalkowa! - odparl +slodziutkim tonem, ukladnie pan Emil i usmiechnal sie szyderczo. + +- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwala glowa staruszka. - Zeby to +tylko tak bylo w istocie ! - Alez upewniam pania marszalkowe - +podchwycil Ladyzynski. - Wracajac jednak do poprzedniej prozy +zycia, i jego wypadków - ciagnal wolno - ciekawym, czemu ten Roman +nie wraca?.. + +- A! - zywo odparla pani Warnicka. - Zapomnialam powiedziec panu... +Wczoraj wieczorem byl list od niego... Donosi, ze z Ostendy, dokad +udal sie prosto z Paryza, dla odpoczynku, przybyl juz do Mediolanu, +gdzie zabawi dluzej... + +- Hm, hm! - chrzaknal pan Emil. - Ze tez prezesuniowi kochanemu nie +teskno: do zony primo, do mnie - secundo, to sie wydziwic temu nie +moge - wyglosil calkiem seryo. + +Marszalkowa na te slowa usmiechnela sie do siebie, w milczeniu, +Ladyzynski mówil zas dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni: + +- Patrzcie panstwo, juz wpól do ósmej!.. O wpól do szóstej +zaczelismy grac z Krasnostawskim partyjke, a pania marszalkowe +pozostawilismy wszyscy tu na balkonie samotna... Tiens... tiens... jak +to czas leci. + +Pan Emil spojrzal na ogród, szukajac cos oczyma i w tejze samej +chwili zerknal na marszalkowe. Ta ostatnia równiez wyslala +spojrzenie do parku. Zlosliwie nieco wykrzywil usta pan Emil i +wpatrzyl sie badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojetnie calkiem +odwrócila po chwili glowe i konczyla spokojnie robótke. + +Zapanowalo milczenie. + +- Dziwny aforyzm przychodzi mi do glowy! - odezwal sie Ladyzynski, +w pare minut pózniej. + +- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do glowy?.. - +zasmiala sie staruszka. + +- Piekna kobieta - wyglosil z patosem pan Emil - to czestokroc +wcielenie slepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewska swa +laska nie zasluzonych, lecz szczesliwych, choc wszyscy, niby +gracze, pragneliby w duchu wygrac najwyzsza tylko stawke... + +Siwe oczy marszalkowej na chwile zablysly rozumnie, i odparla +lekko, w tym samym tonie: + +- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawila sie w panu! - +pochwalila ironicznie i dodala: - Ja nie wiem, doprawdy, czy +potrafie, skromna, wzniesc sie na takie wyzyny... Lecz i mnie +równiez, dziwnym zbiegiem okolicznosci, aforyzm swita w mysli: + +I po chwili pani Melanja wyglosila z przyciskiem: + +- Podejrzliwosc - to wcielenie satanizmu!.. Oczernic, zbrukac +potrafi najczystsze, sniezne jagnie, tem gorsze zas ono, ze +uwierza mu ludzie, goniacy, z rozkosza, za obmowa, chocby nia byl +i falsz wierutny!.. + +- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedzil w póluklonie pan +Emil, i zamilkl. + +- No, zegnam kochanego pana! - odpowiedziala marszalkowa, i powstala +ciezko z fotelu. - Ide - ciagnela - wydac rozporzadzenia do +wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widze, zapomniala sie dzisiaj, a +pana - tu uczynila reka niewyrazny ruch w powietrzu - pozostawiam +sam na sam z aforyzmami!.. - zasmiala sie przy tem staruszka +zlosliwie nieco, i znikla we drzwiach salonowych. + +Ladyzynski, po wyjsciu marszalkowej, zapalil papierosa i +zamaszyscie poczal kolysac sie na biegunach fotelu. + +- Smiej sie, smiej, babulenko! - mruknal z cicha. - Ja mam swój +rozum i wech swietny. O, co do tego, to zapewnic moge, ze nos mam +wyborny!.. - dotknal twarzy, zasmial sie do siebie, wciagnal +powietrze, i powstawszy, zeszedl po stopniach schodów balkonu. + +Spojrzal znowu na zegarek i mruknal: + +- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemze dwie i pól godziny sam na sam +mówic ze soba moga dwoje mlodych ludzi, jesli nie o milos... +Psst! - syknal glosno i polozyl sobie na ustach palce. - +Podejrzliwosc albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - +dokonczyl, i zasmial sie znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnal +do siebie jeszcze i skierowal sie do ogrodu. + +Slonce zachodzilo wlasnie. Biale sciany gowartowskiego domu +gorzaly czerwienia, blyszczaly, zlocily sie okna, dach blaszany +zarzyl sie, jak glownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie +zarózowialy sie, rumienily brzozy, mienily od gasnacych promieni, +w odblaski polerowanej miedzi, deby, lipy, topole... + +Ladyzynski, zaglebial sie dalej i dalej w ogród, idac krokiem +pewnym, az znikl, pochloniety cieniami ciemnawej juz, drzew +wierzcholkami zroslej ze soba alei; poszukiwania jego jednak mialy +spelznac na niczem. Mlodej pary, jak ja pan Emil zartami nazwal, +nie bylo juz w ogrodzie. + +Topolski i Ola, przed pól godzina, znalazlszy sie na skraju parku i +lanów szerokich, opuscili ogrodowa aleje, pociagnieci +wspólwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnacej wsród +pól, ugorów, laczce, w przedwieczornej swiezosci skapanej +calej. + +Gawedzac, smiejac sie i przekomarzajac na przemian bezustannie, +oddalili sie oni nawet juz dosc ode dworu, nie spostrzeglszy tego +naturalnie wcale. + +Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyspieszyl +Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w poblizu Gowartowa dóbr +swoich "Szczesnaja". + +Bawil juz tu przeszlo od szesciu tygodni, bedac nader czestym +gosciem osamotnionej prezesowej Dzierzymirskiej; Ola zas, nie majaca +prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa zadnego, zazwyczaj niezmiernie mu +rada byla. + +Topolski zas ze swej strony podobac sie mógl tylko. Ogladzonych +form swiatowych, przystojny i mily, byl równiez bardzo +inteligentnym, a lekki poklad idealnego marzycielstwa, w kontrascie +polaczony ze szczypta sceptycyzmu, czynil go interesujacym bardzo, +szczególniej dla kobiet. W kole plci pieknej czul sie zawsze +panem... Posiadajac wrazliwosc czulostkowa przyrodzona, rozumial +on kobiety przytem stokroc lepiej od innych mezczyzn, odczuwal je +subtelnie, - w podbijaniu zas serc niewiescich, cierpliwem i +umiejetnem, - mistrzem go nazywano. + +Prózniacze zycie jego, zjadajacego dochody "panka", zabarwione tylko +z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem sie sztuka, oraz +podrózowaniem po swiecie - skladalo sie tez przewaznie z +krótszych lub dluzszych milostek, z lancucha: "bonnes fortunes", +które, jak ogniwa, ze soba bezustannie laczyc sie staral. + +Poznawszy Ole Dzierzymirska, Topolski postanowil zdobyc ja +nieodzownie. W tym celu wiec dowiedziawszy sie o bytnosci Romana +Dzierzymirskiego za granica, przyspieszyl wyjazd na Ukraine, i od +dwóch juz niespelna miesiecy pracowal wytrwale, powoli, ze +znawstwem swej sztuki, cegielka za cegielka, budujac swe przyszle, +jak nazywal - szczescie! + +Z poczatku bylo mu niezmiernie trudno skierowac, pchnac Ole, choc +nieznacznie tylko, na swe tory. + +Gra ta, zlozona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej +znajomosci "kobiety," parokrotnie srodze zawiodla go z Ola +Dzierzymirska. Lecz po paru juz tygodniach uczul Topolski wreszcie +grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfowal +skrycie - i szedl dalej... + +Dzis zas, po tygodniach szesciu pobytu, mial on juz za soba mala +przeszlosc w tym wzgledzie; miedzy nim, a Ola mianowicie biegla +nic trwala obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekan, +paradoksów, okreslen - garsc faktów jednak na pozór nic nie +znaczacych prawie... + +A wiec, na przyklad, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, +toczyla sie rozmowa o temacie, poruszonym juz przez nich dwojga +niegdys w pogawedce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, +literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych +codziennego zycia - usta ich usmiechaly sie nieznacznie, a +równoczesnie oczy spotykaly sie, posluszne... + +To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdazylo wymówic mysl +jakas, czestokroc drugie, chwytalo ja szybko juz w lot i na nie +wypowiedziane, a przeczute slowa, dawalo trafna odpowiedz, lub +rzucalo aforyzm dwuznaczny, majacy li tylko dla nich dwojga znaczenie, +dla innych niezrozumialy czesto wcale - poruszajacy zas soba +wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne... + +Szukali sie wzajemnie równiez, unikajac towarzystwa drugich, +pragnac zawsze byc ze soba, wylacznie sami. + +A po za tem? Och, okreslic nawet trudno. + +Dziesiatki, setki, tysiace malenkich, niklych zdarzen, powiklan, +chwil, chwilek, slów, slówek, gestów, drgnien twarzy, usmiechów, +niedomówionych spojrzen, uscisnien dloni, przyjazniejszych, +czulszych - w nieskonczonosc biegnac, zaciesnialy ich dwie duchowe +jaznie coraz bardziej, motaly ich ze soba i z nitki poczatkowo +pojedynczej tylko, czas uprzadl tkanine przedze niewidzialna, a +nierozerwalna juz jednak, co silnie, a trwale zlaczyla ich w koncu +ze soba! + +I Topolski, blakajacy sie z poczatku w swej grze trudnej zaplatal +sie sam wkrótce, nie wiedzac nawet kiedy, w zastawione zrecznie na +Ole sieci. + +Serce w nim obudzilo sie po raz pierwszy moze w zyciu!.. On, motyl +niestaly, powierzchownie tylko kochliwy, w kazdej zameznej, +wdziecznej buzi - zakochal sie na seryo w Oli! + +Dzis od dwóch godzin przeszlo, w slów dobieranych szermierce, +flirtowal z nia - teraz juz dlan ukochana, a przez to samo +upragniona jeszcze bardziej. + +Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o +tem, co zajmowalo ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od +przedzy codziennego zycia. + +On wspominal i opowiadal barwnie wrazenia licznych podrózy, +dowcipkowal, smial sie, przytomny bezustannie gry swojej; Ola +sluchala mówila, opowiadala z kolei wiele sama... Jak w zlocie +lanów zboza, jednostajnem od maków purpurowych i blawatnych +chabrów, roilo sie w tej ich slów gawedzie od dwuznaczników, w +lekka forme obleczonych ze strony Topolskiego oswiadczyn i +pólslówek - polowicznem niedomówieniem wiele mówiacych nieraz +rzeczy!.. + +Przed chwila, slonce ulozylo sie do snu. Topolski konczyl +jednoczesnie wywolane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczacego +sie wschodu slonca obserwowanego z wierzcholka góry "Mont Blanc," +spowiadajac sie z wrazenia podnioslego, doznanego wysoko!.. + +Slowa pelne zapalu, efektowne, zamarly mu wlasnie na ustach, na +których spojrzeniem calem zawisla artystyczna dusza idacej obok +niego kobiety. + +Zapanowalo pomiedzy niemi chwilowe milczenie: + +Ze stepu tymczasem, z lanów, plynely wonie zbóz, i polnych +kwiatów; zaby i chrusciele odzywaly sie w moczarach laczki - czar +letniego gasnacego dnia chwytal za dusze... + +- Wie pan, zesmy porzadnie od domu daleko! - pierwsza wesolo +zasmiala sie Ola. + +- A tak? - zadziwil sie niby Topolski. - To wracajmy! - rzekl +niechetnie. + +Zawrócili. Szli wolno czas jakis, pomimo woli zamysleni. + +- Tak, pani - przemówil Topolski, snac bladzac jeszcze mysla +hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrazenie to bylo tak +silnem, iz nie zapomne go do konca zycia. - I wie pani? - dorzucil, +z usmiechem dziwnym i naglym - o czem mimo woli pomyslalem w owej +uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk slonca ozlocil cypl sniezny +"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie. + +- No, ciekawam bardzo? - zapytala Ola i spojrzenie piekne utkwila w +twarzy mlodego czlowieka. + +- O kobiecie!.. - odrzekl Topolski, i zasmial sie; nie otrzymawszy +zas na to zadnej odpowiedzi, spojrzal po chwili spod oka na Ole. + +Z pieknej twarzy mlodej kobiety, jakby odpedzany umyslnie, +pierzchal cien wyraznego niezadowolenia; Topolski sie spostrzegl, +iz postapil niezrecznie, wiedzial bowiem z wieloletniej praktyki +doskonale, ze nie nalezy nigdy wobec kobiety, o której wzgledy ci +chodzi, wspominac dobitnie, ze przed nia byla inna. Poprawil sie +natychmiast. + +- To jest... zle mówie!.. - rzekl seryo calkiem, usmiechnawszy +sie atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej +myslalem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecosci!.. + +- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwila sie Ola. - Cóz +bowiem wspólnego ma wschód slonca... + +- O, i bardzo! - przerwal Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy, +stojac na wysokosciach niebotycznych, - ciagnal, zapalajac sie do +slów wlasnych - ujrzalem nagle, jak zarózowiona silnie jutrzenka +prysla snopem promieni, jak calujac jakby po prostu okoliczne +szczyty, niepokalane, sniezne - objela w ramiona zwycieskie swiat +caly, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraznie szczesliwy! +- Topolski umilkl na chwile... + +- Skojarzeniem mysli, moze dziwnem w istocie w Chwili danej - +konczyl juz spokojniej - porównalem majestatyczne, królewskie +slonce do uczucia kobiety - milosci bezbrzeznej, wielkiej, która +równiez swa potega i blaskiem rozjasnic, uszczesliwic moze +czlowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokosciach - swiat caly!.. + +- Och, jakiz poeta z pana! - zauwazyla, z usmiechem, Ola i umilkla, +poczem jednak dorzucila calkiem powaznie: + +- Aczkolwiek mnie osobiscie na razie mysl ta do glowy nie przyszlaby +moze, gdybym sie tam znajdowala na panskiem miejscu, rozumiem ja +jednak i odczuwam doskonale... + +- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycil Topolski. - Pani przyznaje - +ciagnal, - ze egzystuje poniekad w pojeciach tych analogia +pewna... Sluchajac pani jednak, przychodzi mi do glowy jedno +spostrzezenie... - zatrzymal sie... + +- Musiala pani - i instynktownie Topolski nadal glosowi brzmienie +lagodne, czule - w zyciu swem kochac kogos bardzo... + +- Dlaczego? - zapytala z usmiechem Ola. + +- Bo inaczej nie zrozumiala i nie odczulaby pani wrazenia mego! - +rzucil po francusku Topolski. + +- Kochalam! - odparla stanowczo, w tymze jezyku, Ola. + +- Kogóz, jesli spytac wolno i jesli to nie jest zadna tajemnica +stanu? + +- Meza! - odparla po polsku, lakonicznie Ola, patrzac ironicznie +nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywil sie z lekka. + +- Ach, ja nie myslalem o tem zgola... Meza powinno sie kochac... +Zreszta - usmiechnal sie zlosliwie - uzyla pani czasu +przeszlego... Kochalam, j'ai aimé - ciagnal ironicznie, - wszak, o +ile mnie pamiec grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé +défini... - zaakcentowal wyraz ostatni. + +- Och, jakze pan lapiesz za slowa! - zasmiala sie nieszczerze +troche Ola. - Przy tem zapragnales pan pochwalic sie znajomoscia +francuskiej grammatyki, i nie udalo sie... J'ai aimé - to passé, +indéfini - odciela. + +- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostal +dluznym Topolski. + +- Ech, nieznosnym sie pan stajesz! - zasmiala sie mloda kobieta. - +Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazala ruchem reki niebo, +widocznie pragnac zmienic temat rozmowy. - Jakie piekne chmurki, +nieprawdaz?.. + +Topolski wolno zwrócil glowe, we wskazanym kierunku. + +- Przesliczne! - potwierdzil. + +Niby zarózowione, zdrowe, w aureoli zlocistych wlosów, buziaczki +zasypiajacych rzedem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, +ukladaly sie do snu na niebieskawo-perlowem tle nieba obloczki +male, koralowo-zlote, - zaklete jakby cudownie w ostatnim odblasku +spiacego juz slonca. + +Dluzszy czas stali Topolski z Ola, zapatrzeni w gre swiatel +wieczora; po niejakims czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta +spojrzala przed siebie. + +- Regardez! - przerwala milczenie swym mile brzmiacym glosem. - Wszak +to Krasnostawski, prawda? - zwrócila sie do towarzysza, pokazujac mu +ruchem glowy zblizajacego sie pedem ku nim jezdzca. + +- Tak. Zdaje sie, ze to jasnie pan plenipotent pomyka - odparl z +przekasem Topolski, z zaakcentowana rozmyslnie obojetnoscia w +glosie. + +Tymczasem kasztanek zlotawy, parskajac cicho, przemknal tuz kolo +nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chlodnym nieco, i nie zatrzymujac +sie wcale, sklonil sie Krasnostawski stojacej parze. + +Topolski i Ola w slad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiajac znów +zywo ze soba, jezdziec zas, na wskos przeciawszy laczke, +wspinac sie zaczal po pochylosci jaru. Z lekkiego poczatkowo pod +góre truchcika, kon przeszedl w wolnego stepa... + +W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodzily wyraznie +slowa i smiechy idacej laczka pary. + +Mlody czlowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicruta, +pochwycil cugle, i pomknal dalej... + +- Ze tez im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknal. + +Obecnosc ciagla Topolskiego przy Oli gniewala niepomiernie mlodego +plenipotenta. Znal on, jak wiadomo, dzisiejsza dziedziczke Gowartowa +od lat blisko dziesieciu. Dziewczeciem jeszcze podobala mu sie ona +bardzo. + +A potem?.. Wszak pamieta doskonale te chwile, gdy dowiedzial sie on +od starego Gowartowskiego, ze Ola uciekla z Dzierzymirskim... +Dziwnego, och, niepojetego dlan nawet, na razie doznal wówczas +wrazenia! Po smierci zas pana Januarego i przyjezdzie mlodych, +przypadek bardziej jeszcze zblizyl go do niej, a bylo nim +powtórzenie zbolalej córce doslownie ostatnich chwil ojca i slów +jego, pelnych przebaczenia... + +Fakt ten, na pozór drobny, stal sie jednak dla Krasnostawskiego +wysoce powaznym, postawil go bowiem wobec nowych chlebodawców na +przyjaznej, poufalej niemal stopie, i takim dotad bez zmiany +pozostal. + +Co rok, gdy Dzierzymirscy przyjezdzali do siebie na wies, pierwszy +wital ich na progu Krasnostawski, bywajac potem zawsze stale co dzien +niemal w Gowartowie... Dzierzymirscy traktowali go, jak równego im +zupelnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez róznicy, o +kazdej dnia porze, ze wzgledu zas na dobre wychowanie jego, i +wspomnienie, iz do snu wiecznego zamknal byl Gowartowskiemu powieki, +uwazano go nawet jakby za nalezacego do rodziny. + +Czul sie zatem mlody pan plenipotent w palacu, jak u siebie w domu, +zastepowal mu on strzeche rodzinna, której nie posiadal wcale i +trwalo tak rok rocznie przez kilka letnich miesiecy. Potem znów +nastepowala dlan dluga przerwa; - gospodarstwo, samotnosc, nuda i +wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierzymirskich! +Powtarzalo sie to bezzmiennie przez lat ubieglych pare, i przez czas +ten caly stala sie rzecz, której z latwoscia domyslec sie +mozna bylo... + +Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi +balamucacy wszystkie ladniejsze dziewczyny w okolicy - +niepostrzezenie, poczatkowo nie zdajac sobie nawet wcale sprawy, +zakochal sie na zabój w swej pieknej, mlodej dziedziczce i pani... + +Latwe sercowe zdobycze pomscily sie na lekkomyslnym panu +plenipotencie. Milosc prawdziwa, silno powalila go juz w drugim +roku pobytu u Dzierzymirskich. + +Zabrala mu serce kobieta, dla niego calkiem, i rzec mozna, na zawsze, +niezdobyta, niepochwytna nawet, ze wzgledu warunków sluzebnej +róznicy polozenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z +powodu charakteru Oli, jak sie zdawalo, bez skazy, niezlomnych jej +zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotad jedynej - milosci jej +dla meza. + +Przebolal zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanowal nad soba. Nikt +nie zbadal dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona." + +A dzis, uczucie drzemiace i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz +i jezyków ludzkich, przeobrazilo sie juz bylo w prawdziwy kult... +Codzienny gosc Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiazkami, zyl +"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych pare wlasnie, +podczas których obcowal z Ola, mloda kobieta zas stanela w duszy +jego, nie zlozonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pieknej i +prostej - na piedestale swietosci prawdziwej! Krasnostawski modlil +sie niemal do Oli!.. + +I oto teraz przyszlo mu cierpiec podwójnie: dotad odbierala mu +ubóstwiana koniecznosc zycia, w postaci meza... - Dzis przy boku +jej sie zjawil inny... Krasnostawski znienawidzil pana na +Szczesnej... + +Zazdrosc, ta milosci siostrzyca, pochwycila go w swe szpony +krogulcze, dreczac bez litosci... Meke te zas powiekszalo +jeszcze poczucie wlasnej niemocy. + +Myslac o tem po raz setny, Krasnostawski pedzil wciaz szybko, +naglac niemilosiernie spicruta wierzchowca. + +- Sluga jestem i na wieki sluga zostane!.. Psie zycie, psie!.. - +rzucil glosno z gorycza obszarom, sniacym w mroku. - On mi ja +wezmie, pokala, ja to czuje, przeczuwam!.. Lecz co czynic mam, co +robic? - wolal do siebie wzburzony przyjaciel, domownik palacowy +Dzierzymirskich. - Zastrzelilbym go, to lisiatko! - mruknal ciszej. + +W tej samej chwili kon sie potknal, Krasnostawski sciagnal +instynktownie cugle, i poczal jechac wolno. + +Wokolo niego, otulony szarzyzna mroku, kolysal sie step maly, +wysoka trawa lechtala mu opuszczona w dól siodla reke. W oddali +rysowaly sie juz cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukrainskiej +fermy, zlozonej tylko z toku, to jest: stodól, spichlerza, paru +jeszcze zabudowan gospodarskich, i jego wlasnego, niskiego, +mieszkalnego domku - królujacych w cieniu kilkunastu drzew wsród +pól i lanów szerokich. + +Krasnostawski zdjal czapke i przetarl chustka czolo. W krag niego +lataly tysiace muszek malych, brzeczaly zalosnie roje komarów; +bak gral gdzies w moczarach, a przepiórka zablakana, wedrujaca +jeszcze po polach, odzywala sie gdzies niesmialo samotna... + +Przejechawszy wolno kawalek stepu, Krasnostawski puscil sie znów +poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szlapaka. +Prychajac nozdrzami, czujac stajnie blisko, pomknal kasztan ochoczo. +Pedem powietrza i konskiego biegu, wysokie trawy zakolysaly sie +trwoznie - zaszumialo na stepie... + +Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczyl w bok gwaltownie: to +ukladajacy sie juz do snu blogiego zajac pomknal mu chyzo spod +nóg i znikl w wieczornym mroku... Niebawem jezdziec z koniem wpadli +na trakt szeroki. + +- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdrozsza!.. A szkoda - szkoda! - +szeptal do siebie podniecony Krasnostawski. + +- Co czynic? jak przeszkodzic temu? - huczalo mu dalej w glowie. + +Lecieli wciaz... Domostwa Tomaszówki stawaly sie coraz +wyrazniejsze, blizsze... Wyminal ich wóz; jadacy w przeciwna +strone, chlop poklonil sie nisko, lecace za wozem zrebie +przylaczylo sie do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego. + +- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawolal chlop przeciagle: zrebczyk +zastrzygl uszami, prychnal i zawrócil galopem. + +- Ach, czemuz, czemuz nie wolno mi kochac ciebie, najdrozsza? - +wyrzucil z siebie Krasnostawski wymówke, pelna goryczy. - Ja bym +cie ozlocil, kleczal przed toba - zmiatal proch u stóp twoich!.. + +Jezdziec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec +malego dworku. Zatrzymali sie... Krasnostawski zeskoczyl z kasztanka +i huknal donosnie. + +Niebawem zjawil sie wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy +wierzchowca, znikl z nim pomiedzy strzechami podluznych budynków; +mlody czlowiek zas, szepcac jeszcze smutnie cos z cicha do siebie, +schyliwszy glowe, wszedl do wnetrza malego, krytego sloma dworku. + +Odemknal drzwi kluczem, a przestapiwszy próg, zatrzasnal je z +halasem. W slad za tem potarl zapalke, a zapaliwszy lampe, +zblizyl sie do biurka, stojacego pod oknem, wsród skromnie +umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o duzych wystajacych u +pulapu belkach. + +- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyc i kochac, nie mnie!.. Do pracy, +slugo, placa ci za to! -szepnal Krasnostawski, z bezmierna +gorycza. Rozlozywszy jednoczesnie na stole olbrzymia rachunkowa +ksiege, umoczyl pióro w kalamarzu i usiadl ciezko przed +biurkiem. + +Cisza zalegla pokoik. Przerywal ja tylko szelest papieru i zgrzyt +donosny stalki w obsadce - czasami zas akordem w te muzyke milczenia +i pracy wplotlo sie z rzadka stlumione westchnienie ciche. + +------------- + + +Ukrainskie lato upalne dobiegalo konca, zanikalo, wypierane +jesienia wczesna, w tym roku piekna bardzo - przezrocza... + +Zycie w Gowartowie plynelo cicho, a dnie mijaly tutaj za dniami, +wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ladyzynski +zatem tak samo zawsze szyderczy z marszalkowa sie sprzeczal i +rozmyslnie przeszkadzal flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, +tlumiac w sercu ból, zal, gorycz i zazdrosc, przyjezdzal tu jak +zwykle, co dzien, a bawiac w palacu coraz krócej, po partyjce +bilardu z panem Emilem, uciekal do swej wsród pól samotni. + +Czasem zajrzal do Gowartowa ktos z dalszych, lub blizszych +sasiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjezdzajac calym +rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczal sie w palacu. Dom +caly naturalnie zniewolonym byl byc na uslugi gosci, dzialo sie +to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ladyzynskiego. Bywalec +eleganckich miejskich salonów, zly chodzil wówczas z kata w kat, +ziewajac skrycie i pokpiwajac nieznacznie z przybylych w goscine; +sasiadów Gowartowa nie lubial bowiem pan Emil i z góry stale +traktowal, ochrzciwszy wszystkich ryczaltowo mianem "serwatki +towarzyskiej"... + +W niedziele wszyscy z palacu jezdzili do kosciola - w tygodniu, dla +ubarwienia jednostajnego skadinad zycia, oddawano sasiedzkie +wizyty... Pan Emil wtedy zostawal zawsze w domu, a namawiajac panie, +by jechaly, staral sie zwykle wybrac na to dzien, w którym +spodziewal sie odwiedzin Topolskiego. + +Hrabia ze Szczesnej, przyjezdzajacy teraz, regularnie, co drugi +dzien prawie, stawial sie wówczas niezmiennie. Ladyzynski, +usmiechniety zlosliwie, przyjmowal go z otwartemi ramiony, do +karamboli natychmiast werbowal, nic najczesciej przy tem nie mówiac +o wyjezdzie pan, wymijajac zrecznie jego pytania w tym wzgledzie. +Dopiero pózniej, po partyi, wychodzil na chwile, wracal, i +spokojnie oznajmial mu o tem, mniej wiecej w ten sposób: "Wszak +hrabia kochany o panie mnie sie pytal? n'est ce pas? Pardon... na +smierc zapomnialem... wyobraz pan sobie, wyjechaly przed godzina +na spacer, pewny bylem... A tu, concevez... Dowiaduje sie wlasnie, +iz palnely sobie wizytke!.." + +Topolski rad nie rad niebawem odjezdzal, pan Emil zas, ironiczny, +zjadliwej uprzejmosci pelny, odprowadziwszy go do powozu - zacieral +rece z radosci. + +Pomimo jednak usilowan zrecznych Ladyzynskiego, stosunek +Topolskiego i Oli zaciesnial sie coraz bardziej; przyjazn +fermentowala juz, potegowala zas stosunek ten przedluzana coraz +bardziej nieobecnosc Dzierzymirskiego, od którego, po liscie +oznajmiajacym wyjazd do Medyolanu - nie bylo zgola zadnej +wiadomosci. + +Byl wieczór letni, kojacy, cichy... + +W palacu gowartowskim zgaszono juz wszystkie swiatla, prócz jednego +- w jadalni, gdzie marszalkowa przegladala swieze gazety. Niebawem +odlozywszy je na bok, ze zmeczonych oczu staruszka zdjela okulary, +a przetarlszy powieki, powstala i skierowala sie ku balkonowi. + +Tam, wziawszy w reke laske, zeszla do ogrodu, zaglebiwszy sie w +jedna z cienistych alei. + +Ola, Topolski i nieodstepny ich satelita, pan Emil, uzywali +przejazdzki lódka po stawie, w ta strone wiec skierowala kroki +marszalkowa. Wkrótce przed nia zaszklila sie tafla stawu, staruszka +usiadla na laweczce i poslala spojrzenie w dal... + +Do uszu jej jednoczesnie, w wieczornej ciszy wyrazna, doleciala +piesn, spiewana zgodnie silnym meskim tenorem Topolskiego i +cieniutkim sopranem Oli, z przeciaglem do wtóru gwizdaniem pana +Emila. Barka znalazla sie niebawem posrodku stawu. Piesn, urwana +nagle, zcichla, marszalkowa krzyknela, jak tylko mogla +najglosniej: - Hop!.. hop!.. + +- By... waj! - odpowiedzial natychmiast pan Emil, rozlegly sie +szybsze uderzenia wiosel, plusk wody i lódz chyzo kierowac sie +poczely ku brzegowi, Ladyzynski po chwili przylozyl do oczu +reke i krzyknal; + +- Per Bacco! Wszak to pani marszalkowa!.. + +- O, ciociu! Czemuz cioteczka przyszla az tutaj? Jakze mozna... +wilgoc ze stawu, opary niezdrowe! - rozlegl sie z kolei cieniuchny +glosik Oli. + +- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedze sobie, taki sliczny i cieply +wieczór... Jedzcie, jedzcie, jak sie zmecze, to powróce! - +odkrzyknela pani Melania. + +- E, cóz znowu? - zagrzmial basem Ladyzynski. - I my wracamy. +Ksiezyc zreszta dzis niecnota nie dopisuje i chowa sie ciagle... +Naprzód!.. - zakomenderowal donosnie. + +- Nieprawdaz? - dodal ciszej, zwracajac sie ku siedzacej w lódce +mlodej parze. + +- Alez naturalnie! - potwierdzila szybko Ola, widzac, iz Topolski +milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziebi sie, jak ja pozostawimy tu +dluzej, a sama do domu tak rychlo nie pójdzie... + +Po chwili, lódz stanela u brzegu. - Ciotuniu, jestesmy.. - zywo +krzyknela Ola, i wysiedli wszyscy. + +Topolski z Ola poszli naprzód, pan Emil zas pozostal, systematycznie +ulozywszy wiosla i zamknawszy na klucz klódke u lancucha, +przytwierdzonego do barki, poczem zapalil z wolna papierosa. + +- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozlegl sie z góry, na brzegu, +wolajacy glosik Dzierzymirskiej. + +- Ide, ide! - odpowiedzial w ten sam sposób Emil, nie ruszyl sie +jednak wcale. Po chwili warknal do siebie pólglosem: + +- O, nie podoba mi sie coraz wiecej ten farbowany na hrabicza! Lecz +swoja droga pozycya moja tutaj jest w zupelnosci idyotyczna... +Marszalkowa, jak slepa: nic nie widzi; on, wsciekly, zebami na mnie +po cichu zgrzyta ona sie dasa... Que diable! Nie bylem dotad nigdy +strózem cnót mlodych mezatek!.. + +I Ladyzynski wzruszyl ramionami, poczem z wolna skierowal sie ku +palacowi. + +Pozostala zas trójka byla juz daleko. Topolski podawal kornie +ramie marszalkowej, Ola szla obok niego - rozmawiali wszyscy zywo i +wesolo; niebawem znalezli sie na werandzie i usiedli, zmeczeni nieco +przechadzka. + +Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawal na noc w +Gowartowie, obecnie zas namawial Ole do zagrania na fortepianie. + +- Ale kiedy mówie panu - bronila sie, smiejac, mloda kobieta, - +ze teraz wlasnie czuje sie niemozliwie usposobiona do muzyki... +Upewniam pana, iz go bolec beda uszy!.. + +- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparl Topolski. + +Ladyzynski nie znosil muzyki. Nazywal ja zawsze "gnebicielka i +pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii." + +- Jezeli nie dla mnie - nachylil sie w tej chwili Topolski ku +siedzacej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, ze nam +ciagle swem towarzystwem przeszkadzal... + +- Przeszkadzal?.. w czem? - spytala Ola, z usmiechem i zalotnem +blysnieciem oczu. + +- Powiadaja, iz przyslowia sa madroscia narodów, a jedno z nich +mówi pono: "madrej glowie, dosc..." i.t.d. Pani nie zrozumiala - +to trudno. + +- Ha, ha, ha! - zasmiala sie Ola - zdrobnia pan przyslowia, +stosownie do okolicznosci, ale bogi odmówily panu talentu rymowania. +Ja szczerze zupelnie powiadam, iz nie zrozumialam pana. + +- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwole; sobie tymczasem nie +wierzyc pani... + +Rozmowa ta cala prowadzona byla pólglosem, tak, iz siedzaca w +przeciwnym rogu balkonu marszalkowa nie slyszala jej wcale. Odezwala +sie wiec, przerywajac: + +- Widze, ze na prózno pan Topolski cie prosi. Zagraj, Oluniu, +zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór slicznie sie wyda glos +fortepianu. + +- No, jak cioteczka kaze, to i owszem! - rzekla z usmiechem Ola. - +Ale czynie to tylko dla niej; avis au lecteur... + +Zwrócila sie do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem +przestapila próg pokoju. Mlody czlowiek sklonil sie, i +powstawszy, podazyl do salonu w slad za nia. + +- Któz zbadal rzeczywista pobudke czynów kobiety? - szepnal +dyskretnie, pochyliwszy sie ku idacej. + +- Przepraszam! - zasmiala sie wesolo Ola - prosze wracac na balkon +dotrzymac towarzystwa cioci Melanii, a zreszta - tu, siadajac do +fortepianu, uczynila reka ruch w strone werandy - oto pan Emil... + +- A... wiec pani jednak gra... dla niego - rzekl z wolna Topolski i +posluszny zawrócil. + +Ola nie odpowiedziala... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiala +donosnie... Fantastyczna piesn norweska odbila sie o echa parku i +glebie sniace do stawu - namietna, burzliwa, poplynela w dal +cicha pól i stepu... + +- Ze tez pani Ola nie ma litosci nad ptaszkami, co spia sobie w +parku tak cicho. Gdy uslysza bowiem pare podobnych fortepianowych +trelików, ogluchna do rana zupelnie. - odezwal sie w tejze chwili +ironiczny glos Ladyzynskiego. + +- Cóz to pan, jak widze, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a +nas z pania marszalkowa z zyjacych wykresla! - pólzartem, +pólserjo odcial panu Emilowi Topolski. + +Ladyzynski nie odpowiedzial; wszedlszy do nieoswietlonego salonu, +gdzie grala Ola, odezwal sie w uklonie: + +- Wszak pani pozwoli, nieprawdaz?... Bym zagral sobie prozaicznie, +terre ą terre, w karambole sam ze soba... Czy zgrzesze bardzo? + +- Mais pas du tout, owszem... Staraj sie pan karambolowac w takt gry +mojej; moze ta droga wreszcie nauczysz sie pan kiedys odczuwac +muzyke... + +- O, dzieki ci, pani! - trzymajac sie za serce, sklonil sie pan +Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazal zapalic swiatla w bilardowej +salce, a po chwili, caly zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywac +zaczal karambole. + +Piesnia Schumana rzewna skarzyl sie cicho teraz fortepian, +plakal, smucil sie zalosnie... Ola grala pieknie, z technika i +uczuciem. Siedzacy na balkonie Topolski lowil tony z luboscia, +przez grzecznosc tylko prowadzac rozmowe z marszalkowa i klnac +zarazem w duszy jej obecnosc, przeszkadzajaca mu we flircie z Ola. + +Niebawem wybila w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmeczona +snac calym dniem, powstala ciezko i rzekla: + +- No, sluchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zas ide spac... A +pan Emil gdzie - nie widze go? - zapytala naraz. + +Topolski zauwazyl dawno, ze Ladyzynski postukuje na bilardzie; nie +chcac jednak informowac o tem marszalkowej, odparl szybko: + +- Och, nie, wiem. Wyszedl przed chwila, wróci zapewne niebawem! - i +na dobranoc - pocalowal, z uszanowaniem, reke staruszki. + +Marszalkowa, nic nie mówiac, weszla do salonu i zblizyla sie ku +fortepianowi. + +- Bonsoir, chérie! - rzekla, calujac Ole w glowe. + +- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy sie z krzesla usciskala +marszalkowe Dzierzymirska; poczem pani Melania skierowala sie wolno +do swych pokojów. + +Znikla... Fortepianem wstrzasnelo gwaltowne intermezzo; do pokoju, +tonacego w cieniach, cicho, jak kot, wsunal sie Topolski. + +Usiadl na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnal. + +- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytala, nie odrywajac +paluszków od klawiszy. + +- Jestesmy z pania sami...- dokonczyl Topolski zdanie. - I ten +satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi... + +Topolski urwal, a widzac, ze Ola juz otwiera usta by cos +powiedziec, wyrzucil z siebie szybko, czyniac nieznaczny ruch reka: + +- Och, wiem juz z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel +nieboszczyka ojca pani, druh marszalkowej, wreszcie zna pania od +dziecinstwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie +przeszkadza - ciagnal - iz denerwuje mnie ten pan do +niemozliwosci... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolil nam byc +chwilki nawet sam na sam... + +- Ho, ho, cóz to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwila sie niby +Ola, a usilujac nadac glosowi brzmienie twardsze, dodala: - Nie +pojmuje zreszta, skad te zadania uporczywe sam na sam i urojone +jakby jakies prawa... + +Nie dokonczyla... Trel gwaltowny przebiegl, jak dreszcz, po +klawiszach, spojrzenie zas mlodej kobiety, które dojrzal Topolski w +pólcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunal mu sie po +twarzy, zadaly klam wyrazny wymówionym przez Ole slowom. Topolski +zapomnial o nich. Zapamietal wzrok tylko i pokorny na pozór +pochylil sie ku raczce Oli. + +- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocalowal biegnaca po +fortepianie biala raczke, wychylajaca sie z faldzistego rekawa +- wyzej lokcia. - Przeprasza sie nizej! - rzucila zartobliwie Ola. + +- Ciemnosc winna temu... -- rzucil lekko Topolski. + +Milczenie parku i domu przerywaly teraz tylko tony fortepianu, coraz +namietniejsze jakby, gwaltowne, burza ognistego zapalu i pragnien +wstrzasajace spokojna cisza, oraz nerwami dwojga ludzi, +sluchajacych tej orgii dzwieków rozpasanych, zamknietych w +zlocone ramy artyzmu i techniki. + +Glos Topolskiego wkrótce przeszedl w szept przyciszony, +pieszczotliwy, miekki. Z dala odzywalo sie jednostajnie, co sekund +kilka, uderzenie kul na bilardzie zajetego wciaz karambolami pana +Emila... I Topolski, flirtujac tak dyskretnie z Ola, podsycajaca +pólslówkami slów jego igraszke, od czasu do czasu wysylal +spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; +lecz ten nie myslal o tem wcale. + +Widzac to, Topolski przysunal sie blizej do mlodej kobiety. Ruch +ten jednak zauwazyla Ola i widac chec przekorna sprzeciwienia sie +mezczyznie przebiegla jej nagle przez glówke, bo odezwala sie w +tej chwili: + +- Chcialam wlasnie, oto zagrac panu cos przepieknego, i +zapomnialam... Masz tobie! - zatrzymala sie. - Trzeba zapalic +swiece! - dokonczyla, z filuternym usmiechem. + +- Ale, cóz znowu? - podchwycil Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam +u pani - ciagnal niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju +chwili danej... Tak mi milo bylo sluchac gry pani w tym wlasnie +pólcieniu, tak znakomicie godzacym sie z muzyka i cisza +wieczorna. + +Smiech szczery Oli rozlegl sie w tej chwili. Zapalila swiece i +rzekla swobodnie: + +- Cóz robic! widzi pan teraz, ze wcale nie jestem doskonaloscia.. +Nareszcie pan sam empirycznie przekonal sie o tem. A mówilam tyle +razy... + +Urwala, i otworzywszy nuty, dotknela sie reka klawiatury. + +- Niedobra pani... - nadajac glosowi brzmienie pociagajace, +lagodne, przemówil Topolski. - Niedobra! - powtórzyl ciszej, i +podniósl do ust, jej dlon. + +- Z okazyi czego - zasmiala sie Ola. + +Topolski na pytanie wprost nie odpowiedzial, lecz mówil dalej: + +- Rozwiala mi pani zludzenie! - umilkl na chwile. + +Pytajaco spojrzala nan Ola. + +- Tak jest - powtórzyl mezczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego +doznalem wrazenia, gdy oto tak przed chwila siedzielismy w +zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dzwiekach - zupelnie sami... + +- No, ciekawam? Cóz panu sie zdawalo? - ironicznie nieco rzucila +Ola, a oderwawszy zarazem rece od klawiatury na chwile, sluchala, +patrzac mu w oczy przeciagle: + +- Po prostu zdalo mi sie, iz jestesmy mezem i zona... + +- Tylko tyle? - zasmiala sie Ola zlosliwie. - No, po prologu +spodziewalam sie czegos nadzwyczajniejszego przyznaje! - dorzucila +lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ulozyla zeszyt nut na stalugach +fortepianu, i znów grac poczela, tym razem cos smetnego, kojacego +jakby - pelnego cichej tesknoty... + +- Co to jest? - zzymnal sie w duchu Topolski, rozgniewany: - Ze +tez ta kobieta zawsze zbije mnie z pantalyku! - Nie wiedzial po +prostu, co mówic dalej muzyka zas jednoczesnie lagodna, plynaca +miekko z pod palców kobiety, nerwowa, drazliwa nature jego +nastrajala dziwnie na nute, wrecz przeciwna slowom, jakie same +cisnely mu sie do ust przed chwila... + +- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauwazyl jeszcze w +mysli, spojrzawszy z pod oka na Ole, która, z blakajacym sie w +kacikach ustek usmiechem, grala wlasnie, z uczuciem, coraz, +subtelniejszem, miekkszem, az fortepian martwy skarzyc i plakac +sie zdawal. + +Po chwili, Topolski przemówil znowu, glosem jednak juz calkiem +innym, niz poprzednio: + +- Pani sie smieje, tymczasem to, co mówie, wszak takie naturalne... + +- Na - tu - ral- ne! - przedrzeznila lekko Ola. - Ha - ha - ha! - +zasmiala sie - vous źtes incomparable!.. + +- Permettez! - przerwal porywczo nieco mezczyzna - niech skoncze... + +- Alez slucham, slucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. +Wiec, jakiez ultimatum? + +- Bardzo proste. Odczuwamy sie z pania wzajemnie, rozumiemy, jak +rzadko kto moze... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, +który, za uderzeniem mysli, uczuc nam wspólnych, brzmi zawsze +jednakowo... A maz i zona przeciez, poza... + +- Ha, ha, ha.. .- urwala przezornie O1a. - Otóz mylisz sie pan +zupelnie, bo ja, na przyklad teraz, nic, ale to nic pana nie +rozumiem... + +A zreszta - konczyla, powstawszy szybko od fortepianu - en voilą +ascez... - zamknela fortepian. - Zal mi pana Emila, który pewnie +juz darowac mi nie moze, ze gram tak dlugo, bo oto wlasnie +nadchodzi.. + +- A bodajzes! - zgrzytnal szeptem Topolski i zerwal sie +spiesznie, poczawszy odruchowo ukladac niby porzadnie nuty na +etazerce. + +- Silence ą mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. +Podziwiam, zaiste! - odezwal sie na progu pan Emil, w uklonie, a +zwracajac sie ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucil, z +ukrytym sarkazmem: + +- Czy to... moze panu zawdzieczam?.. + +I podtrzymywana przez Ladyzynskiego glównie, poplynela przez +czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli +dobranoc i rozeszli sie, pozostawiajac ja sama. Zapalone przy +fortepianie swiece rzucaly teraz na salon migocace swiatlo, lekki +zefirek kolysal ich plomien z lekka, poruszal firanki i portyery... +Ola skierowali sie ku werandzie, i oparlszy o balustrade, zadumala +sie gleboko. + +- Co to jest, co sie z nia dzieje? - myslala. Od wyjscia za maz, +od lat szesciu kochala dotad niezmiennie Romana tylko, choc +bezustannie ocierala sie o dziesiatki nadskakujacych jej mezczyzn, +na zadnego jednak uwagi nie zwracala nawet. I dopiero teraz, teraz!.. + +Ujela glowe w rozpalone dlonie i scisnela niemi skronie... + +Ten Topolski dziala na nia w sposób iscie niezwykly. Tak ja +odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmyslawia po prostu umiejetnie +prowadzona gra intrygi, flirtu - tak pociaga ku sobie +nieprzeparcie!... Ten jego ujmujacy, niezwykly jakis i zwodniczy +wdziek osobisty, którym tchnac sie zdaje postac jego cala, +zwycieza ja coraz natarczywiej, uparciej... Broni sie przed nim, w +zart jego slowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, ze jesli tak samo +potrwa jeszcze dluzej, kto wie, czy zdola oprzec mu sie?.. + +Och, gdybyz przynajmniej Roman przybyl juz predzej, gdyby! A tu sama +walczyc musi!.. Jeden Ladyzynski tylko po swojemu broni ja przed +"nim" i przed nia sama... + +I Ola przy ostatniej powyzszej mysli podnosi zwolni glowe, a +pociagnieta kojaca cisza parku i swiatlem drzacych promieni +ksiezyca, schodzi z balkonu i zapuszcza sie samotna w cienista +ogrodowa aleje. + +Na piasku cien jej rysuje sie maly i kroki rozlegaja sie donosnie; +przez liscie niebieskawo-srebrne plamy swiatla sciela sie u jej +stóp dyskretnie, ukazuja sie, to znów nikna... + +- Kocham go, kocham,.. i pragne! - szepce Ola. - A on? + +- Czyz mozna nawet watpic o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci +na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciala... + +Zechciala? - Ola przeciera czolo dlonia i czuje, jak krew mloda +igra jej w zylach nieposluszna, jak pragnienie poziome, zmyslowego +uzycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ja sama ogarnia +wszechpoteznie. + +Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pograzona cala w myslach i +wewnetrznej walce. + +Doszedlszy do konca alei, Ola zawraca machinalnie, kierujac sie ku +domowi. + +- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kladac zalamane raczki +na rozpalone czolo. - Przyjezdzaj i obron mnie!.. Obron! - wola +rozpaczliwie, czujac burze w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem +i rozterka! + +Bronila sie dotad, ale teraz czuje, iz sily jej zbraknie na +pewno... Ilez godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, +przemyslala, przecierpiala w walce z pokus drazniaca, z sercem, +wyobraznia, dusza cala, - rwacemi sie do ukochanego mezczyzny - +w jego ramiona, które czekaly tylko jej skinienia, by ja oplesc +pieszczota - uniesc w kraine milosci i rozkoszy!.. + +- Marzenia! Ona nie ulegnie!.. + +- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada sie przed zasluchanemi, +cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w +zyciu otworzyles mi ulude milosci, szczescia, ty, którego +dotad ponad zycie kochalam - przyjedz, ratuj mnie, swa obecnoscia +wesprzyj!!! + +Ola juz jest w poblizu palacu. + +- Nigdy cie nie zdradze!.. nie zapomne obowiazku... nigdy! - szepce +po raz wtóry jeszcze i z zywo bijaca w arteryach krwia - wzburzona +cala, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstepuje po schodkach +palacowego skrzydla. Daleka mysli od szczególów drobiazgowego +zycia - zapomina o pozostawionych w salonie swiatlach - o wszystkiem +i skrzypnawszy drzwiami, znika za niemi. + +W ciszy uspionego juz domu, gdzies, w dali, wydzwania tymczasem po +chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijaja stopniowo, a noc letnia, w +milczeniu przyrody calej, woniami swemi miarowo oddychac poczyna... + +W salonie palacowym dopalaja sie powoli swiece u fortepianu, +plomienie ich drza bezustannie od nocnych powiewów, oswietlajac +fantastycznie pokój caly; czasem wpadnie tu znienacka ksiezycowy +promien - i zlagodzi swym blaskiem zólte swiec plomyki... + +I trwa to tak dosc dlugo jeszcze... + +Nagle jednak drzewa parku szumiec poczynaja wraz glosniej, ksiezyc +gdzies ginie, przepada, chmurki zas drobne pokrywac zaczynaja coraz +gesciej niebo dotad pogodne... I zefirek leciutki, wpadlszy do +salonu przez balkonowe drzwi, hulac po nim zaczyna... + +Jeden plomyczek u swiec gasnie, drugi w poblizu okna pali sie +wciaz, dygocac... + +Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedna +z nich, nakrywa nia plomien swiecy przy stojacym obok okna +fortepianie i jakby pragnac przypatrzec sie swej psocie, nagle +przestaje powiewem poruszac wszystko dokola!.. + +Stopniowo firanka zapala sie z wolna; plomien obejmuje ja +pieszczotliwie w swój uscisk goracy... + +Wpada znów podmuch zefiru. I plomien idzie w góre zwycieski, +zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy juz plona zlocistym +ogniem, z trzaskiem przelamuja sie po chwili, szyby pekaja +znienacka, i wszystko to razem upada na ziemie. Dywan puszysty kopcic +poczyna... Od firanki zajely sie rozrzucone na pianinie nuty, +drobiazgi... + +Wietrzyk, jak szatan zlosliwy, dodaje tymczasem animuszu plomieniom, +przyspiesza pochód ich po salonie... + +Ogniste weze obejmuja juz niebawem w smiertelny uscisk fortepian, +skarzy sie on zalosnie... Meble pekaja od goraca - dym, zar, +napelniaja pokój caly, kobierzec juz plonie - posadzka pod nim +trzeszczec zaczyna!.. + +Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodza sie jak przyszly, +rozpraszaja... Sierp ksiezyca ukazuje sie znowu, i zaglada ciekawie +do wnetrza palacu... + +Wsród ciszy spiacego domu pali sie juz teraz cala prawa strona +salonu; drzwi przymkniete od sasiedniej jadalnej sali, pod naporem +ognia, wala sie, z trzaskiem - w tejze chwili hufiec plomieni wsuwa +sie podstepnie do innych, przyleglych komnat... + +Nikt nie spostrzegl jeszcze w palacu ognia. Cicho. + +W pokoju, na pierwszem pietrze, spi smacznie Topolski, a +usmiechniety, rozmarzony, sni zapewne o Oli. + +Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega sie nagle trzask silny, w +slad za tem podloga wstrzasa sie... + +Topolski budzi sie, a ledwo otworzywszy oczy, kaszlec zaczyna: cos +dusi go, w oczy sie wzera... + +Zrywa sie wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera +okno... + +- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednoczesnie mózg pytanie. +Patrzy w dól przez okno - ksiezyc swieci, spi wszystko!.. +Slucha... Wlosy jeza mu sie na glowie, zapala swiece, i widzi +siebie w oblokach dymu. + +- Pozar!.. - swita mu w glowie. Niepewny jeszcze, ubiera sie +pospiesznie, pare chwil zas pózniej jest juz na korytarzu - za +drzwiami... + +Dymu wszedzie pelno. Echo loskotu plomieni na dole dochodzi tu +wyraznie... Poza tem wszedzie panuje milczenie zupelne... + +- Na Boga, czy Ola spi? - nikt snac o ogniu nic jeszcze nie wie! - +przemyka przez umysl mlodzienca. Chce krzyknac: - Ogien, gore! - +waha sie... + +Staje strwozony... Moze jemu tak tylko sie zdaje?.. Po sekundzie +namyslu, rzuca sie jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dól +zaczyna.. + +- Ola... Ola!.. - szepce pólglosem, pomny i tylko najdrozszej sercu +istoty, i znalazlszy sie na dole, skreca gwaltownie w prawo, ku +pokojom pani domu... + +Po omacku, przewracajac meble, biegnie Topolski przed siebie, jak +nieprzytomny... + +We wzglednej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyrazniejszy odglos +palacego sie palacu... + +Nagle rozjasnia sie przed nim krwawo-zlota plama przestrzen ciemna +pokoi, gluchy zas loskot, polaczony z sykiem i swistem, odbija +sie donosnie.. + +To plomienie wdarly sie juz do sasiadujacego z sypialnia Oli +buduaru... Odblask ich oswieca jaskrawo biale drzwi, prowadzace +don... Topolski na ten widok, korzystajac z wolnego jeszcze od ognia, +miejsca, rzuca sie gwaltownie ku nim. Slucha... + +Do uszu jego dolatuja jakies wolania, krzyki: + +"Gore, gore! pali sie... Ratunku! ratowac!.. Bywaj!" - krzycza teraz +zewszad zapamietale, rozpaczliwie jakies glosy, a pod samym domem +rozlega sie równoczesnie przyspieszona bieganina, tupot licznych +kroków ludzkich... + +- Juz alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwage i +odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknawszy drzwi za soba. + +Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdlem tylko swiatelkiem oswieca +komnate; ksiezycowy promien drzacy sciele sie po scianie i +lozu, na którem lezy Ola, pograzona we snie spokojnym. + +Z pod kapy lekko narzuconej, unosi sie jednostajnie piers mlodej +kobiety i rysuja wdziecznie ksztalty ciala... + +Pomimo grozy polozenia, Topolski zachwytu powstrzymac nie moze. +Chwile stoi nieruchomy... + +Huk tymczasem jakiegos mebla, pekajacego, pod naporem ognia, +odglosem swym budzi Ole... Strwozona, zrywa sie, zrzuca kape, i w +bieliznie nózkami bosymi, dotyka ziemi... + +Jednoczesnie dym napelniac sypialnie poczyna, a przez dolna szpare +u drzwi wciska sie przemoca, niby waz jadowity, krwawe pasemko +ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widzac jeszcze +Topolskiego, porywa stojacy na malym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie +dzwonic poczyna... + +Topolski, widzac i slyszac to wszystko, szybko otwiera na sciezaj +okno i rzuca sie ku Oli... Ona spostrzegla go wlasnie... + +- Co to?.. Pan tu?.. O, jakzez mozna!.. i Ola zarumieniona milknie, a +wstyd zarazem staje sie silniejszym od trwogi, bo ruchem naglym obwija +sie faldami porzuconego obok na krzesle szlafroczka... + +Huk ponowny tymczasem wstrzasa murami pokoju. Ogien zwyciezca wkracza +jednoczesnie w komnaty, drzwi pekaja i plona! Topolski porywa +drzaca ze strachu i wstydu mloda kobiete w swe silne ramiona. + +- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lekiem... +Mezczyzna pragnie cos odpowiedziec, lecz w tejze chwili, z +loskotem i chrzestem, wpadaja do sypialni drzwi roztrzaskane, a +ziejaca paszcza plonacych komnat palacu ukazuje sie, jak na dloni, +w calej swej grozie i majestacie... + +Jednoczesnie rozlega sie przerazliwy krzyk kobiecy!.. + +To zbudzona dzwonieniem swej pani, spiaca w sasiednim pokoju +sluzaca, wolaniem, blaga o pomoc! + +W sypialni zas juz nie ma nikogo. Wyskoczywszy zrecznie oknem, +Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem plonacy palac. +Widzi w oddali ludzi kilkanascie, ekonoma, parobków i sluzbe +dworska, a w dali zapomniana przezen calkiem sylwetke +marszalkowej... + +W sród gwaru slyszy zarazem donosny glos pana Emila: "Hej! hej! +ludzie, tu! do mnie!! - wola energicznie. - Ratowac mloda pania!!.. +W rogu dworu!! predzej!!!" + +Sluchajac tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa sie do +ogólnej gromadki slug i leciec poczyna ku pokojom mlodej dziedziczki +- ku niemu!.. + +Wystraszona plomieniem i krzykiem Ola zarzuca równoczesnie +Topolskiemu na szyje swe nagie ramiona! On, wstrzasnawszy sie pod +tem dotknieciem, porywa sie nagle z miejsca, jak szalony, i mknie +chyzo w ogród... Krew goraca, mloda, grac w nim poczyna... Zapomina +o wszystkiem, prócz tulacej sie do jego piersi kobiety i ucieka dalej +i dalej... + +Do uszu jego dolatuja wolania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz +nie przestaje ku znanej sobie altanie, polozonej na koncu ogrodu. + +Prowadzaca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwaltownego jego +biegu, szelesci mu nad glowa lisci pogwarem. + +Z zarzuconemi na szyje mezczyzny ramionami, tuli sie wciaz ku +niemu, jak powój wiotkie cialo Oli... Topolski, dotad zapatrzony +wciaz w przestrzen, opuszcza naraz glowe i wzrokiem piesci chwile +trzymana w uscisku kobiete... + +Oczy jej przymkniete - zemdlala!.. + +Topolski zatrzymuje sie. Z miloscia bezbrzezna, pragnieniem, +spoglada ciagle na Ole... Krew uderza mu nagle do glowy!.. + +- Mój ty skarbie najdrozszy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drzacemi +usty, i jak szalony, calowac, piescic poczyna jej wargi, oczy i +cialo!.. + +W kilka minut pózniej, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej +glebiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa sie za nim ksiezyc blady, a +kopula altany, mieniac sie od jego promieni, drzy leciutko - +tajemnicza... + +W dalekim zakatku parku znów cicho... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Kolo plonacego palacu natomiast ruch panuje nie do opisania. + +Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pedza galopem konie, +wiozace beczki z woda; wszystkie miejscowe sikawki sa w ruchu, +dyrygujacy zas parobkami i sluzba ekonom Gowartowa kreci sie, jak +mucha w ukropie, krzyczy, gniewa sie, rozkazuje... + +Mezczyzni zalewaja woda dach, plonace belki, wdrapuja sie na +pietra, wyrzucaja oknami nietkniete jeszcze przez ogien palacowe +meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych plachtach i +koszulach, przypatruja sie bezmyslnie pozarowi, gwarzac z cicha +pomiedzy soba, lamentujac, zlorzeczac... + +Grupa ich wystraszona rzuca sie nagle w bok, z okrzykiem... + +To przelekniony halasem i plomienista luna, pedzi wprost na nie +kary, pólkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy sie z pozostawionej bez +opieki stajni. + +Ucieka strwozony, bledny... Wyminawszy zas rozpierzchla +gromadke, umyka przed ogniem i ludzmi do parku, budzac jego +drzemiace cisze przerazonem rzeniem. + +Jednoczesnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez +brame, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre +dokola, ze zdwojona energia. + +I oto niebawem krwawa sciana ognia, wzbijajaca sie ku niebu, +miejscami zlocista, tam znów, niby krepa, przeslonieta czarnym +gryzacym dymem, zaczyna znizac sie, zmniejszac powoli... Juz +obecnie huk pozaru coraz czesciej przerywaja syki gasnacych +plomieni - opanowany nieco zywiol mniej groznym sie staje, +pokornieje, cichnie... + +Lewe podluzne i najwieksze palacowe skrzydlo pali sie jeszcze, +plomien nadal zwyciesko sieje tam zniszczenie, prawa strone jednak +domu ugaszono juz zupelnie. Z plaszczacego sie tu dymu wylaniaja +sie teraz bialawe, osmalone mury; wsród zgliszcz, juz zweglonych, +pelzaja jeszcze tam i ówdzie ogniste weze, calujac lubieznie, +lizac scian poczernialych podnóze. + +I w porównaniu gwaru, zgielku, które panuja u plonacego w dali +palacowego skrzydla - cisza króluje tu wzgledna... + +Tam ruch, krzyki, krzyzujace sie rozkazy, luna ognia, huk jego, syk, +oraz zupelne oddanie sie wszystkich calkowicie dlawieniu i walce z +zywiolem... + +Tu - srebrzace sie, czyste promienie jasniejacego wysoko na niebie +niepokalanie miesiaca, co blyszcza na okopconych scianach, +stanowiac dziwny w sobie, a pelen spokoju, kontrast, z wrzawa i +krwawo-zlocista pozoga... + +Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za weglem +sterczacego samotnie odlamu murów pogorzeliska, pojawia sie +Krasnostawski, i stanawszy w zamysleniu, sle wzrok badawczy w strone +parku. + +- Tam puscilem juz w ruch wszystko!.. - mówi glosno do siebie. - +Dokoncza gasic i dadza sobie rade beze mnie... - mruczy dalej. - Ja +zas ich musze znalezc - musze!.. + +Krasnostawski milknie, i rozglagajac sie bacznie dokola, kieruje +sie w glab parku, idzie z wolna zamyslony, a trzymana w reku +dluga nahajka co chwila uderza sie machinalnie po wysokich, +okopconych butach... + +Od czasu, jak tu przybyl na ratunek i piate przez dziesiate zdolal +rozpytac sie o poczatek i przebieg pozaru, mysl jedna i ta sama +dreczyla go bezustannie: gdzie sa Topolski i Ola?.. Ze nic zlego im +sie nie stalo - wiedzial... Co robia zatem sami tak dlugo?.. + +Kochajac Ole i odczuwajac przez to podwójnie zaciesniajacy sie +stosunek jej z Topolskim, mlody czlowiek przeczuwal wiecej od +marszalkowej i Ladyzynskiego... Oni, pochlonieci pozarem, jak +wszyscy zreszta, potracili glowy!.. A on?.. + +Myslec o Topolskim i Oli nie przestawal, jak szalony przy tem sily +odpedzal od siebie mysli niektóre. + +Obecnie, tkniety przeczuciem jakby, szedl wlasnie aleja, +prowadzaca do ustronnej altany... + +Dusza Krasnostawskiego miotal niepokój. Zazdrosc szarpala nim bez +milosierdzia, saczyla swój jad zatruty, niepewnosc meczyla - +obawa, ze sprawdza sie skryte jego podejrzenia, tamowala mu oddech w +gardle i zniewalala w bezsilnej wscieklosci zaciskac dlonie. + +Poza dziedzina przeczuc bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego mial +równiez zródlo i w nastepujacym, konkretnym fakcie. + +Komenderujac i uwijajac sie przy pozarze, spotkal Krasnostawski +pomagajaca równiez innym, znoszaca wode, dziewczyne sluzebna, +ulubienice Oli... + +Ta zas, gdy ja zapytal o pania, opowiedziala mu bezladnie: - +Powiadam paniczowi... Boze, Boze, jakie to bylo straszne! Jasnie +mlodsza pani dzwoni, i sie budze, ubieram predziutko, slysze +jakis szum... Otwieram drzwi, a tu - ogien, ogien jak daleko +spojrzec na panskie pokoje... Tylko posciel mlodej pani pusta i okno +otwarte!.. + +Ktos rozdzielil ich i dalsza indagacye przerwal Krasnostawskiemu +szerzacy sie pozar, zamet i wrzask. Poprzestac musial tylko na +tem. + +Teraz szedl coraz predzej. Nagle zatrzymal sie, jak wryty. + +Juz od minut paru zauwazyl na wilgotnym piasku alei slad kroków +meskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zas lezala przed nim +dobrze mu znana papierosnica Topolskiego, a opodal widziany czesto we +wlosach Oli grzebien, z szyldkretu. + +Watpliwosci juz byc nie moglo... Krasnostawski pochwycil +machinalnie oba lezace przedmioty i biedz poczal... + +Szalala w nim burza.. Nienawisc mezczyzny, pogardzonego przez +ubóstwiana kobiete na korzysc rywala rozpalila mu krew, +napelnila jakas niepohamowana zadza pastwienia sie i zemsty!.. + +Spocony, blady, stanal wkrótce u wejscia do altany, i poczal +nadsluchiwac, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystapil mu na +czolo, usta zacisnely sie bolesnie, oczy zamigotaly dzikim ogniem. + +Z cichej, sennej altany dochodzily wyraznie dwa glosy - dwa szepty... + +Krasnostawski rozchylil galezie... Na szelest ten w ciemnosciach +zerwal sie ktos spiesznie i u progu stanal Topolski. W pólmroku +nocy zamajaczyla jego twarz biala, rasowa, i dwaj mezczyzni +spojrzeli sobie, milczac, prosto w oczy. + +Trwalo to sekunde, lecz wystarczylo Krasnostawskiemu, bo to, co +wyczytal na wzburzonem obliczu Topolskiego, az nadto uzasadnilo jego +obawy. + +Wysilkiem woli, ochlonawszy z wrazenia, przemówil pierwszy +Topolski, wskazujac swobodnie na pozór ruchem reki widnokrag, gdzie +dogorywala juz luna ognia: + +- A zatem, chwala Bogu, juz po pozarze!.. My wlasnie... + +- Nikczemny! - zabrzmialo w ciszy slowo jedno. + +Wymówil je glosem drzacym Krasnostawski, i niepomny niczego, +rozszalaly, schwyciwszy Topolskiego za gardlo, druga reka +przerzucil go poprzez siebie i z pasya okladac poczal trzymana w +reku nahajka... + +W milczeniu zakatka rozlegl sie krzyk bitego i w slad za tem okrzyk +inny - kobiecy!.. + +Ku dwom mezczyznom wypadla Ola... Jak lwica, rzucila sie +natychmiast pomiedzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwaltownie, +szybko, wymierzyla Krasnostawskiemu dwukrotny policzek... + +Jak razony obuchem, zachwial sie pod tem uderzeniem mezczyzna, +cofnal sie wstecz, blady, jak sciana, oszalaly, straszny. + +Zalegla chwila milczenia... + +Oswobodzony Topolski znikl we wnetrzu altany, a z ust stojacej na +wprost Krasnostawskiego kobiety wybieglo drzacym, urywanym szeptem, +pelnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy: + +- Podly... slugo!.. Jak smiales? - Precz!.. + +Ze wzruszenia umilkla Ola, po chwili dopiero i powtórzyla raz +jeszcze, przejmujaco - ciszej: + +- Precz!.. + +Tego nadto juz bylo dla rozbolalego zazdroscia i bólem meskiego +serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, +Krasnostawski zachwial sie powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach +pociemnialo mu - zawirowaly altana i drzewa parku... + +- Kocham cie! - szepnely w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i +omdlaly runal u stóp kobiety, zdeptany jej postepkiem... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + + + +Swit zorzy wyjrzal niesmialo spoza stepu, pól szerokich, orzezwil +sie w toni sennego jeszcze stawu i wsliznal do altany ciekawy... + +Nie bylo w niej juz jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w poblizu: + +Niebo zarózawialo sie stopniowo, poczatkowo ledwo dostrzegalnie, +bojazliwie, pózniej zas coraz silniej i smielej. + +Przeciagajac sie lubieznie, wstawala jutrzenka z obloków +puszystych poscieli. + +Na powitanie jej tryumfalna fanfara rozbrzmial park caly swiergotem +ptaszat; zbudzone, zrywaly sie one do lotu, otrzepywaly zamaszyscie +skrzydelka z porannej rosy, rozlatywaly sie na wsze strony, siadaly +na zczernialych ruinach spalonego palacu. Dym jeszcze scielil sie +tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuly, blyszczaly tam i +ówdzie, dopalajac sie, belki i inne szczatki palacu, tlily sie w +zgliszczach - tulily do okopconych zwalisk... + +A wokolo drzemalo, spalo wszystko!.. + +Ze spuszczonemi zaluzyami, spoczywaly zatem palacowa oficyna, stajnie +i gumna, snily takze liczne, rozsiane za palacowa brama, biale +wiesniacze chatki... + +Potezny, wspanialy zablysl pierwszy promien slonca i obojetny +zajasnial nad wszystkiem dokola... + +Nie zbudzil jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod góra wyrzuconych z +palacu, lezacych na kupie mebli, duzy pies podwórzowy otworzyl +oczy, mlasnal jezykiem, przeciagnal sie i zasnal... + +Zadumanej ciszy nie przerywalo nadal nic zgola. + +--------------- + + +Pomimo, iz przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wslizgiwalo +sie juz slonce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju palila sie +jeszcze duza lampa, oswietlajac biurko, przy którym Krasnostawski +pisal cos szybko i zamaszyscie. Obok niego stala szklanka z herbata +i lezaly porzucone na ziemi, niedopalki od papierosów... Nagle +mlody czlowiek porzucil pióro, z halasem odsunal krzeslo od +biurka i zamknawszy ksiege, powstal. + +- Nareszcie! - westchnal glosno z ulga i zblizywszy sie do okna, +odemknal je, odczepiwszy zarazem wewnetrzne haczyki okiennic. + +Fala slonecznego swiatla, wraz z powietrzem letniego poranka, +wplynela do pokoju. Krasnostawski zgasil lampe i spojrzal przed +siebie... + +Od pozaru minela doba tylko, patrzac jednak na mlodego +plenipotenta, pomyslec mozna bylo, iz od tej chwili oddzielaly go +lata; nie mlodzieniec bowiem obecnie, pelny hartu i zycia patrzyl +przez otwarte okno, ale mezczyzna, na pozór wiecej, niz dojrzaly, +który zapominal juz jakby, ze mlodym byl tak niedawno. + +Jak burza, przeszla po nim pamietna noc rozterki, cierpien, +upokorzenia i bólu, slad wiecznotrwaly zostawiwszy po sobie... + +Twarz Krasnostawskiego blada byla, oczy przymglone i podkrazone, a +na skroniach gdzieniegdzie, wsród czarnych pukli wlosów, bielala +nitka przedwczesnie siwa. + +I kontrast przykry prawdziwie stanowil ten czlowiek, stojac tak w +owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem +siegnac, kraina cala zlocila sie od zzetych kóp zbozowych, +zielenila od niw i stepów, spiewala setkami glosów: usmiechala +sie rozkosznie!.. + + +- Zycia!.. Zycia!.. Milosci, szczescia!.. - wielkim glosem +wolalo wszystko, a on jedyny tylko, nieczuly na nic zgola, stal +wciaz tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasna, lecz w cienie +cierpiacej duszy wlasnej.. + +Po nocy pozaru do Tomaszówki uciekl Krasnostawski piechota, +obudziwszy sie z omdlenia, sam jeden wsród szumiacego mu lagodnie +nad glowa parku. + +Tu, u siebie, przemeczyl sie, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W +koncu jednak zmeczenie fizyczne zabilo moralna troske. Snem +kamiennym, a zbawczym dlan, przespal Krasnostawski wiekszosc dnia, +bo az do godziny szóstej po poludniu. Zbudzil sie zas juz nieco +innym... + +Zebrawszy mysli i wspomnienia, przede wszystkim postanowil uciec co +rychlej z tych miejsc, rzucic sie w wir pracy w warunkach calkiem +odmiennych.. Powietrze dusic go poczelo, ziemia parzyc stopy!.. +Chcial juz wskoczyc na konia i opuscic wszystko na zawsze. + +W pore jednak zastanowienie i zimna logika trzezwego rozumu +powstrzymala go na szczescie od tego kroku... + +Wszak, poza dziedzina moralnych jego cierpien, stal przeciez jeszcze +mur rzeczywistego zycia, które chleb mu dotad dawalo - istnial +swiat obowiazków dotychczasowego jego stanowiska tutaj. + +Rzucac tak wszystko byloby lekkomyslnoscia iscie chlopieca. + +- Nie, ja tego nie uczynie! - zadecydowal. - W jak najscislejszym +porzadku przekaze na odjezdnem wszystkie gospodarskie ksiegi, +rachunki, kase i.t.d. + +Po skromnym posilku, zabral sie Krasnostawski do wyczerpujacej +pracy, calych nieledwie dziewietnascie godzin pisal, rachowal +bezustannie. Wreszcie wyczerpany skonczyl przed chwila... + +Byl wolnym!.. Za godzin pare bedzie mógl opuscic te strony - na +zawsze... + +Zadumany smutnie, stal Krasnostawski wciaz pod oknem; zapatrzony, nie +zauwazyl on wcale zblizajacego sie ku niemu wyrostka. + +Dzwiek jego glosu zbudzil mlodego czlowieka. Spuscil wzrok i +zapytal glosno: + +- Ha!.. szczo kazesz?.. + +Wyrostek, byl to chlopiec stajenny, wyslany przezen do Gowartowa, by +sprowadzic tamtejszego starego i zaufanego rzadce, któremu chcial +Krasnostawski zdac klucze kasy, ksiegi, i przekazac ostatnie +rozporzadzenia. Z relacyi chlopca okazalo sie, ze rzadca wyjechal +do miasteczka. + +- A pany? - spytal machinalnie Krasnostawski, uzywszy utartego +pomiedzy ludem miejscowym wyrazenia, oznaczajacego w liczbie mnogiej, +wlasciciela danej wioski. + +- Nykoho ne baczyl! - odrzekl zapytany i dodal zarazem, ze Szmul, +zyd z karczmy wiejskiej, powiedzial mu, ze panstwo na dobre +wyjechali. - Kazut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - +poinformowal znowu wyrostek. + +Na wybladlem licu sluchajacego tych nowin mlodzienca zakwitl +rumieniec oburzenia. + +- Lotr!.. - zgrzytnal cicho, niedoslyszalnie przez zeby. - Snac +potrafil kazdego z osobna podejsc, oszukac! Prawdy nie domyslil +sie nikt, widocznie... + +Wiec teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! - +dokonczyl w mysli, i wscieklosc nagla opanowala go... + +- Czego, durniu, stoisz! - huknal w twarz parobczakowi, az +zatrzesly sie szyby dworku. + +- Osiodlaj mi zaraz konia! - dokonczyl spokojniej nieco. + +Niebawem zlotawy kasztan, z biala gwiazdka na czole, parskal +ochoczo pod Krasnostawskim, jadacym na przelaj przez pola do +Gowartowa. + +Wokolo niego praca wrzala. Krzatajacy sie lud roboczy: parobcy i +gospodarze klaniali sie nisko czapkami panu plenipotentowi; +czarnookie, czarno brewe molodyce i dziewczeta, w jaskrawych +spódnicach i chustkach, pozdrawialy, równiez zyczliwie mlodzienca +zerkajac z usmiechem i luboscia na "harnoho chlopcia*)". +[*) Pieknego chlopca.] + +W kwadrans pózniej, Krasnostawski zjezdzal juz stepa na groble +gowartowska... + +W glebiach stawu, otoczonego zielenia parku, odbijaly sie dawniej, +jak w lustrze, mleczna bialoscia sciany dworu. Teraz czernialy +zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem palacowem +skrzydlem, królowaly smutnie nad lezacem dokola siolem... + +Jezdziec odwrócil oczy i wspial konia. Jak strzala, przelecial +przez groble i stanal niebawem przed zamknieta wjazdowa brama +palacu; tu hukac poczal, by mu ja otworzono. + +Nadbieglo kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia poczal +Krasnostawski wypytywac sie o mieszkanców palacu. Okazalo sie, +iz dom caly wyjechal nazajutrz po pozarze, rankiem i bawil teraz w +goscinie u Topolskiego, w Szczesnojej. + +- A to co? - zapytal nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazujac +spicruta, na cale stosy czegos, ponakrywanego plachtami. + +- To, paniczu, meble z palacu; pan ekonom kazal poprzykrywac +tymczasem! - odpowiedzial zapytany. + +Krasnostawskiego zirytowalo to niedbalstwo, wzgledem ocalalych, i +cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli palacowych. Zdecydowal +glosno. + +- To tak zostac nie moze! - i ruszyl spiesznie ku srodkowi gazonu, +gdzie lezaly meble. Kazawszy pozdejmowac w slad za tem wszystkie +przykrycia i opony, ujrzal, iz mebli uratowanych bylo sporo. + +- Sa parobcy na toku? - zapytal. + +- Sa... sa! - poswiadczyla krzatajaca sie wokolo niego sluzba. + +- Siergieju! - rozkazal Krasnostawski po malorusku starszemu +furmanowi, - idzcie powiedziec, niech zaprzegaja do wozów, ile sie +da i zajezdzaja tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej +stodoly!.. Trzeba to wszystko - wskazal ruchem reki meble - tam zaraz +zawiezc tymczasem i zamknac!.. + +Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i sluchano +chetnie. + +Natychmiast zatem furman skierowal sie do gumien; wyprzedzil go +chlopiec stajenny, by rozglosic pierwej rozkazy "panycza." + +Krasnostawski pozostal sam i uwaznie zaczal przegladac +nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawal na wpól uszkodzony +sprzet i przypominal sobie miejsce, gdzie on stal dotad w palacu... + +Spojrzal na pogorzelisko... Groza i bolesnym smutkiem wialo od tego +zakatka - ruina zwyciesko szczerzyla trupia paszczeke - smiala +sie jakby szyderczo... + +Z mimowolnym wstretem, odwrócil sie Krasnostawski i na nowo poczal +przygladac sie, z uwaga, palacowym sprzetom. Usmiechnal sie +smutnie... + +Obok na wpól peknietego duzego salonowego zwierciadla, zlamane +tulilo sie loze pozlacane, w stylu "empire," z pokoju Oli +Dzierzymirskiej. Tam znów jej szafa odemknieta, z kilkoma +pozostawionemi w pospiechu sukniami - walala sie obok szczatków +pianina... + +Dziwna rzecz jednak - pomyslal w tej chwili - jak sprzet przypomina +czlowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widzial on ja tu - wszedzie, +te odlamy zachowaly jakby czesc jej osoby - dusza ukochanej +przezen kobiety blakala sie w nich, martwych i obojetnych... + +Mlody czlowiek znalazl wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre +z nich sam odsuwal od innych, segregowal. + +- Ooo!.. - wyrwalo mu sie nagle z ust, z ubolewaniem. + +Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitosciwie do polowy, lezalo w +pyle piekne, ulubione biurko Romana, antyk pamiatkowy, z mahoniowego +drzewa, wykladany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perlowa +masa. Krasnostawski zaczal macac uwaznie dokola przepalony sprzet +drogocenny. Obejrzawszy go dokladnie, zajrzal do kilku szufladek i +skrytek. + +Lecz nagle kolo pobliskich gumien zatetnialo... Wykonywajac rozkaz, +nadjezdzaly juz wozy. Turkot przyblizal sie coraz wyrazniejszy, +donosniejszy, blizszy. Krasnostawski, zajety biurem, drgnal, lecz +nie na odglos wozów bynajmniej. + +To ruszona w tej chwili bezwiednie dlonia jego zgrzytnela niebawem +jakas sprezyna i szufladka, dotad dla oka niewidzialna - +roztworzyla sie przed nim, a w niej, o, dziwo... lezal oto spokojnie +portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wisniowej skóry. W rogu +pugilaresu polyskiwala granatów korona hrabiowska, - blyszczac +metno - czerwonym ogniem. Ochlonawszy ze zdziwienia, Krasnostawski +rozsmial sie swobodnie i wzial portfel w rece. + +W tejze chwili jednak na dziedzincu zadudnily drabiniaste wozy, +parobcy, zdejmujac czapki, witali go wesolo i dziarsko, a zeskoczywszy +na ziemie, brac sie zaczeli do roboty. + +Chcac nie chcac, musial Krasnostawski stlumic na razie ciekawosc, +i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, poczal energicznie +wydawac rozkazy. + +Wozów bylo kilkanascie. W pól godziny, plac przed zgliszczami +palacu opustoszal; wozy, jeden za drugim, skierowaly sie powoli ku +tokowi. + +Do gumien przyjechano niebawem; przed otwarta pusta stodola zawrzal +ruch; wkrótce ulozono porzadnie palacowe meble, przykryto je, drzwi +zamknieto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na sluzbie +spelnionego obowiazku - wyjechal z wioski. + +Pusciwszy konia luzem, zamyslony, znalazl sie w kwadrans pózniej w +lesie, gdzie, znuzony, zsiadl z konia i rozlozyl sie swobodnie na +murawie. Zdjawszy kapelusz z glowy i wciagnawszy w siebie swieza, +aromatyczna won boru, siegnal on do kieszeni po pugilares, +roztworzyl go i poczal szperac ciekawie. + +W portfelu lezaly ulozone porzadnie banknoty, w osobnych +przedzialkach rulony zlota. + +- No, no! - mruknal parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastajacem +zdziwieniem, pieniadze zaczal liczyc sumiennie. + +Wszystkich razem bylo dwadziescia siedm tysiecy kilkaset. Ulozywszy +na powrót banknoty i zloto, Krasnostawski portfel zamknal i +spojrzawszy raz jeszcze na korone z granacików, potrzymal go jakis +czas w dloni, poczem wpuscil do kieszeni. Widoczne zaklopotanie +malowalo sie na jego twarzy. Czul sie zaambarasowanym, co czynic z +tym fantem?.. + +Wypadalo go zwrócic niezwlocznie, w zastepstwie prawego +wlasciciela, jego zonie - Oli. Zatem jechac do Szczesnej +osobiscie?.. + +- Nigdy w zyciu! - rzekl glosno do siebie mlodzieniec. Zasepil +sie. Nagle mysl jakas nowa zrodzila mu sie widocznie w glowie, bo +zerwal sie zywo i wskoczywszy na konia, wjechal w las drozyna. +Wkrótce w borze rozlegly sie glosne ujadania psów, i +Krasnostawski, opedzajac sie od natarczywych kundli, wchodzil do +malej chatki lesniczego... + +W chalupie panowala cisza. Rozciagniety na lawie, spal snem +sprawiedliwego mezczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurte +mysliwska; dubeltówka lezala opodal, w kacie drzemal pies legawy. + +Krasnostawski potrzasnal energicznie ramieniem spiacego lesnika. +Ten ostatni zerwal sie, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony poczal +bakac... + +- Slucham panicza, slucham... Padam do nóg... Tak mnie jakos +zmroczylo... Zasnalem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi sie nie +zdarza... + +- Nic nie szkodzi, mój Rzemiecki! - uspokoil go natychmiast +Krasnostawski, klepiac poufale po ramieniu. - Potrzebuje was, i to +natychmiast... Pojedziecie z pieniedzmi i z listem do Szczesnojej, +gdzie sa teraz panstwo... Ja oto teraz sam jade konno do domu, a wy w +slad za mna idzcie do Tomaszówki piechota. Tylko idzciez zaraz! + +- Duchem, prosze panicza, duchem! - odparl zwawo lesniczy w slad za +odjezdzajacym. + +W pól godziny pózniej, mlody plenipotent siedzial juz przy biurku +w Tomaszówce i kreslil slów pare do pana Emila. + +Jako nic niewiedzacemu o zajsciu z Topolskim i Ola, napisal +Ladyzynskiemu tylko, iz musi niezwlocznie jechac do miasta +rodzinnego na wakujaca intratna posade, nie chcac zamykac karyery +tutaj, bez widoków na przyszlosc... + +Nadzieja otrzymania miejsca natychmiast motywowal takze wyjazd bez +pozegnania, jak i przesylke równiez kluczy od kasy, ksiag +rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W koncu listu, +Krasnostawski przepraszal pana Emila za trud i dodawal sucho, ze +pensyi nic mu sie nie nalezy, bo czyni niespodziany zawód swym +dotychczasowym chlebodawcom. + +We wrotach dziedzinca tymczasem majaczyla juz barczysta postac +Rzemieckiego, pies legawy, poszczekujac radosnie, wyprzedzal go... + +Uswiadomiwszy o czem nalezalo starego sluge, wreczyl mu +Krasnostawski: papiery, ksiegi i klucze, oraz portfel znaleziony, z +nadmienieniem zawartosci jego, a przerwawszy szereg utyskiwan i +szczerych zalów tyczacych sie jego stad odjazdu, - wyprawil do +Szczesnej. + +Sam zas do kancelaryi powrócil i znuzony padl na otomane... + +Widocznem bylo przy tem, iz w mózgu jego odbywala sie jakas +walka... + +- Nie, nie daruje!... To ponad sily moje! - rzekl wreszcie +kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo. + +- Nie daruje! - powtórzyl: - On o wszystkiem wiedziec musi! Tak +kaze sprawiedliwosc, tak byc musi, tak bedzie! - glosno juz +zupelnie wyrzucil z siebie wzburzony, a przysunawszy fotel do biurka, +siegnal ponownie po papier listowy, i umoczyl pióro w atramencie. + +Zatrzymal sie... Po chwili cisnal pióro, wstal i znów zaczal +chodzic goraczkowo po pokoju. + +- Jak to? - szeptac zaczal. - Ja mialbym, niby pies sponiewierany, +odejsc stad, usunac sie, zniknac?.. Ja mialbym zamknac w +sercu ich wspólna tajemnice, i tem samem ocalic tego chlystka!.. +Prawda, jednak, ze i o nia tu chodzi, najdroz... - nie dokonczyl, +sponsowial... + +Nie! W nim tlila jeszcze milosc dla niej, ale policzek kobiety i +poniewierka - zdeptana milosc wlasna, - wszystko bylo od iskry tej +silniejszem. + +W dziesiec minut, mlody czlowiek uspokoil sie zupelnie; znac z +gotowym juz w glowie planem, list pisac poczal szybko, +zamaszyscie... + +W ciszy pokoju rozlegl sie nerwowy zgrzyt pióra i dlugo, dlugo nie +ustawal. + +Caly zal, cala gorycz na papier przelewal z duszy swej +Krasnostawski. + +Opisal szczerze zycie wlasne... I swa milosc ku Oli, tajona od +lat pieciu, idealna, czysta!.. Wlasne bóle cierpienia przez czas +ten caly, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie +sie tych dwojga, i pozar palacu wreszcie, i zdrade i noc straszna - +wszystko!.. + +List skonczyl, podpisal, zlozyl, i siegnawszy po koperte, +zaadresowal: Italia, Milano, Signor Roman Dzierzymirski, Hotel +"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9. + +Odrzuciwszy pióro, ujal Krasnostawski glowe w dlonie. + +- Stalo sie!.. - szepnal po chwili i powstal. + + +- Nic cie juz tu nie wiaze!.. - Jechac, jechac stad czem +predzej! Obszaru, swiata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- +zawrzalo w nim i odemknawszy drzwi, hukac poczal na sluzbe. + +W pól godziny potem na calym folwarku wrzalo... Jak grom, spadla na +wszystkich wiesc, ze pan plenipotent, "panycz," wyjezdza na zawsze. +Zlecieli sie wszyscy. W domu pakowano na gwalt rzeczy, daleko bowiem +bylo do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chcial zdazyc jeszcze +na wieczorny pociag. + +Promienie znizajacego sie slonca calowaly juz strzeche i +rumienily biale sciany domu, gdy odprowadzany, otoczony, calowany po +rekach przez czeladz i sluzbe, zegnal sie ze wszystkimi +Krasnostawski, rozdawal tam i ówdzie sprzety wlasne, rzeczy i +pieniadze, sam wzruszony, smutny... + +Wreszcie ulokowal sie na bryczce, konie ruszyly, przed oczyma +mignely mu ogorzale twarze zegnajacego go tak serdecznie +ukrainskiego ludu - wrota skrzypnely zalosnie po raz ostatni, i +bryczka potoczyla sie, brzeczac, po gladkim drogowym szlaku, +zginawszy wkrótce wsród roztoczy lanów zzetego zboza, ugorów i +kurhanów. + + + +Do stacyi kolejowej bylo juz tylko wiorst pare... Czwórka +Krasnostawskiego spuszczala sie wlasnie z pochylosci jaru na +niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lekiem poczely sie +nagle wspinac cofac, nie chcac przejechac przez grobelke. Furman +zaklal po malorusku, i parokrotnie uderzyl biczem konie... + +- Stan! - rzucil naraz krótko Krasnostawski i zeskoczyl z bryczki. + +- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócil sie nagle do +mruczacego wciaz furmana, wskazujac reka zblizajacy sie na +bocznym trakcie oblok kurzawy. + +- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkis *) pany! - odburknal furman, +który zlazlszy takze z kozla i poprawiajac uprzaz u koni, +czestowal wlasnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem. +[*) Skadsis.] + +Krasnostawski nie zauwazyl tego znecania sie nad ulubionymi dotad +przezen konmi... + +- Dlaczego pany? - spytal z roztargnieniem, a pózniej zaraz w tym +samym jezyku dorzucil: - A, prawda, poznajesz po turkocie... + +Odmienny bowiem rzeczywiscie od furkotu kól bryki, czy tez innego +pojazdziku, stlumiony, jednostajny i nieco gluchy przerywal cisze +przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem tez zgrabny faeton +wylonil sie z obloków pylu; konie siwe, w angielskich szorach, +zaprzezone w leje, i dwoje ludzi siedzacych na kozle, ubranych w +liberye granatowa, ze zlotymi guzikami. + +Zaprzag w pare minut stanal przy moscie. Krasnostawski wydal +okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedzial mu z zewnatrz powozu i +odemknawszy z halasem drzwiczki, wyskoczyl z niego zapylony +Ladyzynski. + +- No, gonilem pana, ale nie spodziewalem sie, ze go zlapie! - +zasmial sie wesolo pan Emil i uscisnal wyciagnieta dlon +Krasnostawskiego. + +- Witam, witam!.. - ciagnal dalej. - Cóz to, bulanki kaprysza i +przez most nie chca przejsc? Obserwowalem... no, siadaj pan ze mna; +zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejda spokojnie. + +Ladyzynski pociagnal Krasnostawskiego do powozu. + +- Cóz to, pan takze na kolej, czy tylko po mnie? - usmiechnal sie +Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila. + +- Wyjezdzam - odrzekl tenze krótko, i dorzucil swobodnie, +zauwazywszy wyraz twarzy mlodego czlowieka: - Nie bój sie pan, nie +trwóz!.. Nie mysle wcale i nie mam polecenia zawracac pana z drogi +do dawnych obowiazków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo +dobrze, iz rzucasz te katy... + +W Gowartowie nie doszedlbys nigdy do niczego, a szkoda mlodosc +swoja zamykac tu i tracic!.. + +I Ladyzynski wyciagnal, przy tych slowach, reke do +Krasnostawskiego, a scisnawszy ja silnie, rzekl jeszcze. + +- Powinszowac moge tylko, zes sie pan otrzasl ze skrupulów, i +zyczyc powodzenia na przyszlosc!.. + +Krasnostawski sklonil sie, milczac. Pan Emil zas, przechodzac +natychmiast na inny temat, juz mówil: + +- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mna!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do +opowiedzenia. Cóz, zgoda? + +Krasnostawski usluchal; bryka cofnela sie nieco, a powóz, +przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczyl sie znów równo i +szybko dalej. + +- Sluze panu! - rzeki Ladyzynski, czestujac Krasnostawskiego +cygarem. Zapalili... + +Oparlszy sie wygodnie o poduszki i zaciagnawszy cygarem, pan Emil +rzekl. + +- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tedy, zaczynam... + +- Slucham, slucham! - potwierdzil mlodzieniec, kontent w duszy, ze +go cos, choc na chwile, odrywa od smutnych mysli. + +- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, ze jestes w teatrze na +jednoaktowej szaradzie. Uwaza pan: sza - ra - dzie... + +Rzecz dzieje sie, mówiac wlasciwym stylem, za naszych czasów, na +Ukrainie, w Szczesnojej, majatku grafa Topola - Topolskiego. +Popoludniowa, przedobiednia godzina - cisza... Palac pograzony w +milczeniu... W tej samej jednak chwili stojacy na ganku strzelec, w +pokornym zgiety uklonie, podaje cos mezczyznie, ubranemu w +smoking. Mówiac nawiasem to ja - usmiechnal sie pan Emil, po +chwili ciagnal dalej: + +- Kurtyna spada, nastepuje odslona druga: Sala portretowa jadalna, do +stolu zasiada ze trzydziesci eleganckich osób... Jedno tylko krzeslo +wolne... Wchodzi ten sam mezczyzna w smokingu, trzymajac cos w +reku. Wita tam i ówdzie osób pare, zbliza sie do mlodej nadobnej +damy i wrecza jej z uklonem portfel, mówiac cos objasniajaco... +Nagle siedzacy obok sam "graf" zrywa sie od stolu, jak oparzony, i +robiac arcyglupia mine, wpatruje sie w portfel... Zaintrygowanie +ogólne, sytuacya jednak wyjasnia sie wkrótce... + +W tej chwili spojrzawszy na zasluchanego towarzysza, pan Emil +rozsmial sie serdecznie. + +- No, dosyc ma juz pan tych efektów scenicznych, dokoncze panu +zatem te szarade zwyczajnemi tylko slowy... + +- Dziwi pana zapewne - mówil dalej, - arcyglupia mina Topolsia, gdy +ujrzal portfel, z polyskujaca korona, symbolem jego wielkosci!.. + +- Otóz w tem ma sie rzecz cala, ze portfel ten nie +Dzierzymirskiego, i nie jego pieniadze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni +minus, tylko Topolskiego... + +- Nie moze byc! - wykrzyknal Krasnostawski, szczerze zdziwiony. + +- No, cóz! szarada dobra... co? - rzucil wesolo Ladyzynski. + +- Niezla - usmiechnal sie z kolei mlodzieniec - bo dotad +przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. + +- Cierpliwosci! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajac zaczal pan +Emil swego sluchacza. + +- Zapalic musimy poprzednio cygara, bo i panskie zgaslo, nieprawdaz? +- rzekl w slad za tem, a wydobywszy zapalki, zapalic jedna z nich +usilowal, lecz wietrzyk swawolny zgasil mu ja i nastepnych kilka. - +Sapristi! - zaklal z cicha. - Stancie-no, hej! tam! - krzyknal na +furmana. + +Konie zatrzymane stanely; wspomagany przez mlodego plenipotenta, +Ladyzynski zapalil wreszcie cygaro, a podnióslszy glowe, +spojrzal przed siebie. + +- Cóz to? Wyzyczpol? - zapytal sluzby. + +- A tak, prosze jasnie pana! - potwierdzil lokaj, zdejmujac +liberyjna czapke. + +- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócil sie do +Krasnostawskiego; - za jakie pól godziny bedziemy na stacyi, patrz +pan, - i wskazal reka krajobraz. + +Blyszczac w mroku, lsnila sie opodal wstega rzeki, na górze +malowniczo rozrzucone dosc duze miasteczko mrugalo dziesiatkami +swiatelek... + +- Jechac! - rozkazal Ladyzynski. + +Powóz ruszyl; pan Emil, po chwili milczenia, przemówil nagle: + +- Przepraszam stokrotnie, ze widzac ciekawosc w oczach panskich, +nie koncze opowiadania... Pozwolisz pan, ze mu zadam dwa pytania: czy +masz pan dobra pamiec i dokad pan jedziesz? + +- Jade do rodzinnego miasta, a pamiec mam wyborna! - usmiechnal +sie Krasnostawski. + +- Otóz to - bardzo dobrze. Napisalem, bo widzi pan, list do Romana, +ze szczególowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamiec +jednak fatalna... Zapomne listu wrzucic na pewno! Mój panie kochany, +wez go i wrzuc na dworcu... Cóz, dobrze? Przy tych slowach, +Ladyzynski wyjal pospiesznie z surduta gruby list i podal go +Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schowal go do kieszeni, gdzie +spoczywalo i jego do Romana pismo. + +- No, wiec koncze!.. - zaciagajac sie dymem, rzekl pan Emil. + +- Slucham i to bardzo ciekawie - przerwal z zainteresowaniem +Krasnostawski. + +- Dziwil wiec pana fakt, - ciagnal Ladyzynski - ze pugilares i +tysiaczki sa wlasnoscia hrabicza, choc znalazly sie w szufladzie +Romka?.. W tem sek wlasnie, ze Topolski dzis dopiero przekonal +sie, iz sa one w innem, niz przypuszczal, reku. + +Wyobraz pan sobie bowiem, jaki byl przebieg zguby tych pieniedzy... + +- Temu lat szesc, czy osm, Topolski mial przyjaciólke w +teatralnych sferach.. Otóz pewnego wieczora, zaprzysiegajac sobie w +duszy uroczyscie, ze pusci w trabe swoja magnifike, idzie +Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka +tysiaczków majac w zapasie - Ladyzynski urwal, zasmial sie i +pusciwszy z ust kólko dymu, mówil dalej. + +- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczesnojej niepowodzenie... Nadobna +córa Melpomeny nie chce nawet slyszec o rozstaniu... Scena wiec z +tego naturalnie, placze! On przeprasza - ona w koncu daje sie +przeblagac - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!.. + +Pan Emil odsapnal - i swobodnie po chwili ciagnal dalej: + +- Nad ranem, z miloscia gruntownie odegrzana w sercu, przysiegajac +sobie, iz przyjaciólki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do +siebie... Nagle, dotknawszy sie kieszeni surduta, nie znajduje tam - +pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrala z nim komedye; za malo +jej bylo dziewieciu tysiecy, które jej pono dawal, najbezczelniej +okradla go wiec, po prostu na cale dwadziescia i siedm, znajdujace +sie w portfelu. + +Topolski jednak wobec powyzszego faktu, po glebszem wniknieciu w +siebie, decyduje, ze badz co badz pozbyl sie baby... + +Oddychajac zatem pelna piersia - swobodny wyjezdza do dóbr swych +"krzyzyk na swisnietym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby +bracia nasi, Litwini... + +Tu pan Emil przerwal opowiesc raz jeszcze, zapalil na nowo zgasle +cygaro i konczyl. + +- Od tej chwili minelo lat osm, a tych dwoje nie widzialo sie +wcale. + +Skonczylem... + +Ladyzynski odetchnal i umilkl. + +- Dziekuje panu za opowiadanie - pospieszyl z odpowiedzia, +Krasnostawski. - Rzeczywiscie, szarada prawdziwa... Ale w Szczesnojej +zdziwienie bylo wielkie? + +- Ogromne! - odparl pan Emil. - Notabene, wyobraz pan sobie, w +Szczesnojej pelno gosci... Mieszka tam wiec stale: primo jakas +powazna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej +siedziby pana na Szczesnojej mogly przybywac i damy; secundo, prócz +meskiego towarzystwa, przybylego niespodzianie z kolei dzis z rana - +a w których to gronie nie brakowalo i jednego prezesa, spolecznego +kolezki Romana - znajdowalo sie tez w siedzibie Topolska kilka +osób, które przyjechaly specyalnie do naszych: pan, z kondolencya +po pozarze. + +Wiec powiadam panu! - mówil wesolo dalej Ladyzynski - gdy to co +mówilem, nam, mezczyznom, opowiedzial Topolski po kolacyi przy +cygarze, i kiedy wiadomosc ta do pan sie przedostala, Topolski +zostal bohaterem dnia!.. + +- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziala? + +- Alez, nic zupelnie! - podchwycil Ladyzynski. Tem wieksze +zaintrygowanie, domysly!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadly na +mnie, bym natychmiast opisal to wszystko Romanowi, chcialy nawet, bym +specyalnie w tej sprawie pojechal do niego... Prezes zas, ksiaze +Szydlowiecki, zrobil nawet w liscie moim dopisek, zeby Romek +powiadomil go telegraficznie o swym przyjezdzie, to on wyprawi +wówczas raut na czesc jego i Topolskiego, jako bohaterów tej +zagadkowej sprawy... Jednem slowem, powiadam panu - komedya... + +Ladyzynski mówic przestal, strzepujac popiól z cygara. Lecz +trwalo to krótko... + +Rozmowa wkrótce potoczyla sie znowu blyskotliwa, lekka... + +A powóz tymczasem dudnil wlasnie teraz po moscie, rzuconym przez +rzeke, i wtoczyl sie w waskie brudne uliczki zydowskiego +miasteczka; niebawem wyminal je i znalazl sie na szerokim trakcie, +prowadzacym do kolejowego dworca. + +Jednoczesnie w oddali ukazaly sie trzy gorejace swiatla: - to +pociag zblizal sie juz do stacyi. Pierwszy dojrzal go +Krasnostawski. Siegnal szybko po zegarek i spojrzal: + +- Oho, juz po dziewiatej! to panski pociag... + +- Do djaska! - zzymnal sie pan Emil i - wytezyl wzrok w kierunku +pociagu. + +- Janie! galopem! - krzyknal, zwracajac sie energicznie do +furmana... Dam ci na mohorycz... nocowac tu ani mysle!.. Moze +zdazymy! Jazda, a ostro!.. + +Stangret trzasnal z bicza, czwórka puscila sie pedem po gladkim +szlaku. + +Zziajane juz konie, galopujac, sapaly i tak dojechano az pod +sztachety drewniane, okalajace stacye... Tu pelno juz bylo wozów, +bryk, obywatelskich czwórek, oczekujacych na swych panów. + +Gdy elegancki ekwipaz pana Emila wtoczyl sie na brukowany placyk +przed stacya, jednoczesnie na platformie rozlegl sie dzwonek i +wpadl tam, z hukiem pociag, zatrzymujacy sie tu tylko pare minut. + +- Zuch z ciebie! - pochwalil Ladyzynski furmana, i rzuciwszy mu +pólimperyala, wyskoczyl szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem, +odwiazywano juz; dwaj panowie, zarzadziwszy pospiech, pobiegli do +sali. + +Tu ruch panowal nielada.. + +Pasazerowie przyjezdni wysypywali sie z wagonów i tloczyli do +wnetrza dworca; jadacy kupowali bilety, sluzba kolejowa nosila +reczne bagaze, zdawala kufry, biegala goraczkowo, krecila sie, +jak w ukropie. + +Przecisnawszy sie energicznie przez tlum, pan Emil zdobyl bilet +pierwszej klasy i w minute potem, wychylony z wagonowego okna, +rozmawial z zegnajacym go Krasnostawskim. + +Uderzyl trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnal, lokomotywa +odpowiedziala mu przeciagle - pociag ruszyl powoli z miejsca. + +- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze zycia!..- mówil pan +Emil, usmiechajac sie przyjaznie, serdecznie sciskajac dlon +Krasnostawskiego. + +Ten ostatni zas, widocznie pod wplywem jakiejs naglej mysli, +puscil szybko reke Ladyzynskiego, sklonil sie, i wydobywszy +szybko z kieszeni dwa listy, podbiegl ku uchodzacemu wagonowi +pocztowemu. Dogonil go i zrecznie wrzucil w otwór wlasciwy oba +pisma. + +- Addio... dziekuje! - poslyszal jeszcze glos pana Emila, i pociag +znikl niebawem. + +Krasnostawski pozostal sam. Nastepny pociag mial przyjsc juz +wkrótce, poszedl wiec do kasy, kupil bilet, a wróciwszy na +platforme, usiadl na laweczce samotny. + +Zamyslil sie... + +Poza nim zamykal sie teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego +zycia. + +Platny sluga bogatszych od siebie ludzi zzyl sie on jednak, +zbratal z ich zyciem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten +pozycia wspólnego zakonczyc tak marnie?.. + +Krasnostawski pochylil glowe, ujawszy ja w dlonie. Jakis bunt +mimowolny podnosil sie w nim przeciwko zyciu, losowi i ironii jego. + +Po co tu przybyl lat temu kilka, po co przywiazal sie do tego +cudzego katka ziemi, po co tak goraco ukochal Ole? + +Dlaczego to wcielenie wdzieku, czaru, wiosny, milosci i piekna, w +osobie tej kobiety, stanelo, jak cien niepochwytne, na drodze jego +zycia?.. + +Krasnostawski pochylil sie bardziej jeszcze i dlugi czas pozostal +nieruchomy. + +Nagle drgnal calem cialem i podniósl glowe. Gwizd donosny +przeszyl powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w klebach pary +wpadl pociag kuryerski. + +Krasnostawski poczal szukac miejsca w wagonach. Ulokowawszy sie +wreszcie, zblizyl sie do okna wagonu i wyjrzal. + +Zamykano juz wlasnie z pospiechem drzwiczki, wsród zgielku +rozlegal sie trzeci dzwonek. + +Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objal raz jeszcze wszystko +i cofnal sie w glab wagonu... + +Zagrala w tejze chwili trabka droznika, mignely latarnie +sygnalów i pociag kuryerski znikl, pochloniety cieniami nocy. + +Na dworcu zagoscil znowu spokój. Wszyscy rozeszli sie teraz na +dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem równiez znikly +swiatla. + +Na bagnach chór zabi gral tylko swa piesn jednostajna gdzies w +dali, w pobliskim lesie slyszec sie dawaly jakies, szmery i senna +noc cicha, zasiadlszy, jak królowa, na tronie z tkanego zlotem +szafiru - rozpostarla panowanie nad swiatem... + +Cisza zupelna zawladnela okolica. + +Mierzac tylko mknacy chyzo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwanial +godziny miarowo... + +W milczeniu ogólnem, jak szept czlowieka, glos jego odzywal sie +bezustannie: + +Tik - tak! tik - tak! tik - tak!.. + +------------- + +W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni +upalnego, konczacego sie juz popoludnia, leniwie snuly sie po +chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjac sie od +slonca pod kolumny frontowe i oszklona galerye "Vittorio Emanuele." + +Wokolo klombów, zajmujacych srodek placu, i otaczajacych stojacy +tam pomnik, krecily sie jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniac +co chwila, rozbiegajac sie i ginac w sieci ulic miasta, sam zas na +koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brazu, z piedestalu pomnika, +wpatrywac sie zdawal ciekawie w otwarte drzwi królujacego tu na +placu katedralnego tumu, pociagajacego z oddali tajemnicza wejscia +glebina... Koronkowej roboty marmurowe jego sciany, dach, +kilkadziesiat wiezyc i zdobiace go statuy, w liczbie okolo dwóch +tysiecy, wznosily sie dumnie, i wystrzelaly wysoko w niebo wloskie, +szafirowe, czyste, zadziwiajac misternem wykonczeniem, dajac soba +najlepsze niesmiertelne swiadectwo genialnej pracy czlowieka. + +Po marmurowych stopniach schodów tej okazalej, gotyckiej katedry, +mogacej w swojem wnetrzu pomiescic do 40,000 ludzi, co chwila +wchodzil ktos do jej srodka, lub wychodzil na ulice - z kojacej +ciszy swiatyni wpadajac nagle w halasliwy wir miasta, i natrectwo +jego mieszkanców, w osobie spacerujacego po trotuarze tuz kolo tumu +przekupnia, cisnacego w rece kazdemu gwaltem mozaikowe wyroby +weneckie. + +- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pól rozpaczliwym, na +pól przekonywajacym glosem napieral sie wlasnie ten ostatni, +sniady Wloch, o przebieglem spojrzeniu, i trzymajac w reku jakas +podejrzanej roboty broszke, zagradzal droge mlodemu mezczyznie, +wstepujacemu, w zamysleniu; po stopniach katedry. + +Dzierzymirski przystanal; podniósl glowe, i spojrzal w oczy +natretowi, a zachnawszy sie niecierpliwie, rzucil mu cos +energicznie po wlosku. Przestapiwszy próg kosciola, zdjal +kapelusz i odetchnal z ulga. + +Przyjemnym chlodem w przeciwstawieniu do panujacego na dworze upalu; +powialo nan z wnetrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - +majestatu pelnem... Cien, pustka i tajemniczosc niewytlumaczona +objely go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z +marmuru, donosnie, rozlegly sie kroki Romana. + +Poza amfilada 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnascie kroków +kazda obchodu majacych - w perspektywie, daleko, widnial wielki +oltarz, chór i rzedy plecionych krzeselek swiecily przycmionym +blaskiem kolorowe szkla okien, ponad glowa zas Dzierzymirskiego, +opiekunczo jakby, wznosily sie marmurowo wyniosle gotyckie arkady; z +wierzcholków kolumn, zdobiac je grupami kazda z osobna, patrzyly +na niego dziesiatki statuetek malych... + +Odblask sloneczny dotknal delikatnie pieknych rysów przybysza, jego +smaglych policzków, wypuklego czola, i oswietlil je przelotnie.. +Razony swiatlem w oczy, Roman usunal sie w cien, i spusciwszy +glowe na piersi, zadumal sie gleboko. + +Godzin temu dwie zaledwie odebral jednoczesnie dwa listy... + +Pierwszy od Emila Ladyzynskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujacy +mu szczególowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalil go +w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha. + +Drugi, przepelnil miare jeszcze!.. + +Ze slów tak szczerych, iz nie mogly nasunac nawet momentalnej +watpliwosci, wyrwanych prosto z bolejacej duszy ludzkiej, dowiedzial +sie Dzierzymirski o zdradzie Oli... + +Chwili tej nie zapomni do grobu!.. + +Otchlan, zda sie, gleboka i bezdenna rozwarla mu sie pod stopami, +dusic go w gardle poczelo, w glowie powstal zamet - w piersiach +dotkliwy ból!.. Wybiegl jak nieprzytomny na ulice... Póloblakany +prawie przybyl pod stopnie marmurów katedry po ukojenie... + +Za progiem swiatyni, rzeczywiscie cudem po prostu jakims, +powrócila mu samowiedza i wzgledna równowaga umyslowa.. + +I oto teraz Roman porzadkowac zaczyna uciazliwie mysli. Wzrok jego +machinalnie bladzi po wspanialych freskach, z dzielami mistrzów, +oltarzach, marmurowych rzezbach i pomnikach, zatrzymuje sie +instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej +roboty, w ksztalcie drzewa... Potem oczy jego spoczywaja bezmyslnie +na kopule, przed chórem i znajdujacej sie pod nia podziemnej kaplicy +swietego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i +zlotem... + +Dzierzymirski siega nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy... +usiluje przeczytac je po raz wtóry... + +Przed nim, przeswiecane blysnieciem slonca, zmatowanym blaskiem +lagodnie swieca w zmierzchach katedry wspaniale trzy okna chóru, +jak mówia, najwieksze na swiecie calym. + +Niby zywe, patrza na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie +swietych; malowane barwnie na szkle, na malych kwadratowych tafelkach +- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na +najslawniejszych mistrzach wychyla sie, plonie setkami kolorów i +cieni... + +Dzierzymirski wypuszcza listy z reki i ukrywa twarz w dlonie... + +Pod wplywem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie +bezbrzezne i rozpacz tloczaca fala zalewaja mu dusze... + +Wiec zdradzila go!.. Zdradzila nikczemnie, dla zmyslowego upojenia - +dla szalu!.. Zdeptala jego milosc, uczucia, oszukala go - +zapomniala!.. + +Wiec takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla +kobiety tej niegdys uczynil!.. + +Alez on dla niej przeciez poswiecil wszystko!.. Siebie oddal!.. +Swa czesc, uczciwosc - sumienie!.. + +- Przez ciebie wszystko tom uczynil, przez ciebie! - gluchy jek unosi +piers mezczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!.. + +I milknie skarga... + +A potem niezrozumialego juz cos cos tylko, niedoslyszalnego +poczynaja naraz szeptac cicho do siebie Dzierzymirskiego usta. + +Kleka i jakies bóle i zale plynac sie zdaja pod strop +milczacego tumu, biegna trwoznie pod wyniosle jego arkady, odbijaja +sie o statuy, rzezby i pomniki - na kolana padaja u oltarzy - leca, +tam, gdzies wysoko... do Boga!.. + +Lecz oto nagle spokój swiatyni brutalnie przerwanym zostaje... + +- Yes, yes, yes!.. - odzywa sie co chwila i dowcipy francuskie +wtóruja angielszczyznie, - z przewodnikami Baedeker'a w reku +przesuwa sie tuz kolo Romana garstka osób, z udanem znawstwem +ogladajac wszystkie zabytki tumu. + +Gwarzac wesolo, dziela sie turysci na dwie polowy. Jedna z nich +zmierza zobaczyc wnetrze kaplicy sw. Karola Boromeusza, druga, +pobrzekujac pieniedzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu +katedry, przy stoliku, postawionym we wnetrzu swiatyni, na prawo, w +glebi, u wejscia do prowadzacych tamze schodów. + +Roman powstaje i z kosciola uchodzi pospiesznie. Na ulicy wskakuje do +dorozki, i rzuca glosno jakis rozkaz woznicy. + +Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place +targowe; starozytne koscioly i palace... Ruch miejski wokolo +zmniejszac sie poczyna i powóz wjezdza niebawem w szeroka aleje, +gdzie, oprócz biegnacych gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgola nikogo. + +W slad za tem równiez roztwiera sie perspektywa... + +Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zielen +swieza ramuje ja wdziecznie. To juz miasto umarlych, - jeden z +najpiekniejszych wloskich pomnikowych cmentarzy, medyolanskie +"Cimitero Monumentale." + +Powóz podjezdza blizej nieco, Dzierzymirski wysiada i idac +piechota, kieruje sie ku rysujacej sie teraz calkiem juz wyraznie +i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejsciowej. Kroczac zas tak powoli, +mysli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadza mi spokój przynajmniej +ludzie!.. Tu zdobede samotnosci chwile z jej prochami tylko i z +samym soba!.. + +Wstepujac po stopniach schodów, Dzierzymirski znajduje sie niebawem +pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wiezycami, +zamykajacej z zewnatrz widok i wejscie na cmentarz. + +U stóp Romana obecnie, w potokach slonecznych promieni, na tle zieleni +gaju, bieleja setki marmurów, wystrzelaja w niebo dziesiatki +gotyckich wiezyczek, mauzoleów i pomników... + +Nie patrzac nawet na nie, obojetny, Dzierzymirski, skreca w lewo, a +wzrok jego przesuwa sie machinalnie po malych zadrukowanych +tabliczkach marmurowych wprawionych gesto obok siebie w sciane +kolumnady, a oznaczajacych miejsce trumienek, z popiolami +nieboszczyków. + +I Roman w ten sposób dochodzi do kata frontowego czworoboku, widzac +zas naprzeciw siebie mur, skreca, idac wciaz jeszcze pod dachem +kolumnady, poslusznie, na prawo... + +Zadumany, mija wprawiony w sciane pomnik rodziny Volonte, pelny +artyzmu, piekny bardzo w oddaniu grozy i bólu... + +Na cialo juz oto martwe pieknego mezczyzny i lezace w poscieli +na lozu z kamienia, w zgieciu bolesnem postaci calej, rzucona w +szale rozpaczy, kleczy mloda kobieta i caluje droga dla sie twarz +zmarlego... Caluje, piesci w zapamietaniu slepem, upojeniu +strasznem, bo ostatniego, a nieodwolalnego juz pozegnania!.. + +Roman, wszedlszy po schodach bocznego skrzydla kolumnady, jest juz na +cmentarzu. + +Idzie wolno, kierujac sie bezwiednie aleja znana, wiodaca ku +mogile matczynej. + +Wkolo niego wznosza sie zewszad wspaniale grobowce: Verazzich, +Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych +wloskich rodzin i rodów. Piescidelka kamieniarskiej, rzezbiarskiej +i budowlanej roboty, mauzolea, w ksztalcie gotyckich kapliczek, z +pieknymi oltarzykami, mozayka, obrazami i innemi ozdobami wewnatrz +sliczne, odcinaja sie licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po +wsze strony zas, gdzie okiem rzucic tylko, w tych wszystkich bialych +grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamien martwy i marmury +rzezbiarskim dlutem zakuty, drzy, zdawalo by sie wszedzie... +ból!.. + +Slonce, znizajace sie juz stopniowo coraz bardziej, zloci teraz +rzesiscie rój bialych postaci... W poblizu Dzierzymirskiego, z +krawedzi odlamu - na wpól obroslego zielenia, a doskonale +imitowanej skaly górskiej - z jej szczytu, iskrzacy sie w blaskach +slonca, spoglada wyniosle dokola wspanialy orzel z bromu. + +To odznaczajacy sie od drugich oryginalnoscia pomyslu, grobowiec +Poggich... + +Dalej zas nieco pomnik rodziny Rusconi; rzezba kobiety, o oczach, +pelnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w +reku, na którym wyryte widnieja zapisy.. + +W innej znów stronie, wdowa w póllezacej pozycyi, zaplakana; +twarzy jej nie widac wcale - ukryta w dlonie. Cala postac wyraza +ból niezmierny. + +W swej wsród grobowców wedrówce, Dzierzymirski przystaje nagle... +W zamysleniu - zbladzil... Oryentujac sie, zawraca, i ponownie +mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo +pieknego nader pomnika. + +Na grób z marmuru rzucona duza kotwica; pod krzyzem siedzi na mogile +aniol-kobieta, o przeslicznym wyrazie twarzy, pograzona w smutnem +zamysleniu, z wiencem w dloni... + +Niebawem, tuz obok idacego wciaz Romana, wyrasta znów pomnik z +kamienia. Na wierzcholku jego, z rekoma wzniesionemi do góry, modli +sie wielki Aniol, z pieknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu +kleczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdziecznie, w ekstazie jakby +bólu, odziana cala w zwoje subtelnie odrzezbionych koronek. + +Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader +skromnym, Dzierzymirski pochyla sie, zdejmuje kapelusz i kleka, +oparlszy glowe o zimny kamien pomnika Na grobie wyrzezbiony +subtelnie w bialym marmurze biust pieknej kobiety, oczyma wielkiemi, +pelnemi wyrazu, z odcieniem litosci, czy bólu, patrzec sie zdaje +badawczo na pochylona postac i glowe mezczyzny... + +Tymczasem rozsiana dokola cisza, tchnaca spokojem, momentalnie ukajac +poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panujacego mu w mózgu, jedna po +drugiej wylaniaja sie doniesione mu fakta, ustawiaja rzedem w +symetryczna calosc i niby ogniwa, logika, rozumu spojone, wiaza +sie ze soba, grupuja... + +I kara zycia, nieublagana, zimna, choc moralna tylko, staje +Dzierzymirskiemu teraz przed oczyma wyraznie... + +Pozornie otrzymal on wszystko: W obliczu swiata pozostal bezkarnym; +byl bogatym, wplywowym i wielkim, klaniano mu sie, zebrano jego +laski, protekcyi. + +Zycie cale dotad opromieniala mu Ola miloscia swa, bez granic... + +Posiadal skarb najwiekszy - kochal i byl kochanym... + +To bylo wczoraj jeszcze, a dzis?.. Dzierzymirski, pod ciezarem +cierpienia, pochylil sie w tej chwili bardziej jeszcze, skulil sie, +zmalal... + +I w jasnowidzeniu jakby naglem, ujrzal on równoczesnie, co innego +jeszcze... + +Przyszlosc wlasna!.. + +On wiec, w spoleczenstwie swem jeden z pierwszych niemal; on, +stojacy na jego swieczniku, nie skazony moralnie, "na zewnatrz" - +niczem, sponiewierany moze, zbrukany posadzeniem, lub domyslami, a +wreszcie, - kto wie, czy nie stojacy w obliczu tlumów, pod +pregierzem prawdy, tajonej skrycie do dzis dnia na dnie duszy? + +- O Boze!.. Boze! - jek mimowolny wydobywa sie z piersi Romana, oczy +zas jego wznosza sie jednoczesnie i spotykaja na grobie, z +wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z +wyraznem wspólczuciem, wspólboleje z nim jakby. Jak zywa, +spoglada na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy +deszczu, ukrytych dotad w zalomach kamienia, splywa nagle po wykutem +obliczu pieknej kobiety... + +Zachodzace slonce zakrwawia je swym blaskiem... + +I krwia oto serdeczna, zdaje sie matka plakac nad synem - lzami +litosci i bólu. + +A Roman jednoczesnie, w porywie cierpienia, wyciaga ramiona do rzezby +twarzy drogiej, obejmuje niemi glowe z marmuru i krzyz pomnika, a +dotknawszy czolem czola matki, szepce cos jak dziecko, kwili... + +- Matko... matenko! - slychac dokladnie, i cicha skarga z piersi mu +sie wyrywa! Z bólem jutra, laczy sie w nim zarazem jakis bunt +niewytlumaczony do swiata, do ludzi - do zycia!... I w szepcie slów +urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka slyszec sie daje. + +- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoz ze po tobie +odziedziczylem goraca krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem +twem wyssalem zapalczywy ogien pragnien, zmyslowego szalu, który +zniweczyl we mnie wszystko, któremu oprzec sie nie zdolalem, i +upadlem tak nisko... tak... nisko! + +Nie moglem odmówic sobie posiadania kobiety, która ukochalem, bo w +zylach mych plonela, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, +krew dzieci poludnia, bo natura ich gwaltowna, przewrotna, bez +niezlomnych uczciwosci zasad, zakorzenila sie w mej istocie... +Podeptalem wszystko... wszystko... + +- Matko, tys temu niewinna, ja wiem, tys niewinna! - skarzyl sie +dalej Roman, przepraszajac jakby, - ale, czemuz twym wplywem, kiedy +ojca stracilem tak wczesnie, nie staralas sie zlagodzic we mnie +tej natury narodu twego? Dlaczego nie moglas wytepic ze mnie zlego +ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?.. + +I pytanie to Dzierzymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, ulecialo, +pólpokorne, pólgrozne jakby i zamarlo w ciszy! + +A rodzicielka Romana mówila pieknym, wyrazistym w bialej rzezbie +wzrokiem - odpowiadala mu, zda sie równiez: + +- Nie bluznij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!.. +Czynilam, co moglam... Wpajalam w twa dusze niezlomne zasady, +wzmacnialam twój umysl, twe serce! Nie miej zalu do mnie, me +dziecie!.. Popsul sie swiat, co skala, zbruka niejedno swem +blotem!.. Zbladziles... + +A tymczasem zbielale usta Dzierzymirskiego, wijacego sie wciaz u +stóp grobowca, w bólu i niepewnosci jutra, zaszeptaly znów +rozpaczliwie, z cicha... + +- Co czynic? co czynic? - Wszak tam wszyscy czekaja teraz ode mnie +wyjasnienia o pienieznej zgubie, którego dac im, niestety, nie +potrafie. Cóz im powiem? co wymysle, a zreszta, cóz mi po tem? +Gdybym po wysilku mózgowym i znalazl moze przemadre nawet +rozwiazanie jakie, czyz nie takiem samem, nie do zniesienia pieklem, +staloby sie to moje jutro! - odpowiadaly w duchu Romana: bezmierne +zniechecenie i gorycz. + +- W ciaglej, podwójnej jeszcze, niz dotad, obawie skandalu, z +tajona, tlumiona w duszy tajemnica, bez milosci, bez niej, bez +Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucil z +siebie Dzierzymirski, z moca. - Ja tak zyc nie potrafie!.. + +Szept urywany Romana ustal. Tulac wciaz w ramionach ciemny marmur +grobowca, milczaca snac juz teraz z rodzicielka swa, a moze i z +Panem Wszechrzeczy, prowadzil on rozmowe. + +Nagle jednak w stloczonej piersi Romana cierpienia dluzej nie +zdolalo juz sie ukryc - spazmem lkania wydobylo sie na +zewnatrz! + +Milczenie cmentarnego zacisza wstrzasnal placz meski, przejmujacy, +gleboki i przykrem nader echem rozlegl sie dokola. + + +********************************************************** + + +A tymczasem nad Medyolanskiom przepieknem "Campo Santo," w calem swym +majestacie zachodzilo slonce... + +Mienily sie w odblaskach jego dachy i wiezyczki licznych kapliczek, +mauzoleów; przez kolorowe waskie szyby okienek, drzwi i kraty +wslizgiwala sie wewnatrz ich cicho czerwien promieni, pelzala po +mozayce posadzek, muskala ubrane wdziecznie kwiatami oltarzyki, +kandelabry, posagi i piekne swietych obrazy... + +Wspaniala wejsciowa kolumnada iskrzyla sie równiez tecza +blasków; sciany, dach i wiezyczki polozonego na drugim koncu +cmentarza "Tempio di Crematione" gorzaly pasowa gra swiatla... + +A mleczno-biale, ciche i zadumane dotad sennie posagi pomników +ocknely sie po prostu jakby ozyly... + +Ksztalty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzezbione, +przebudzily sie niby z martwoty dotychczasowej na drobna, przelotna +chwilke - na mgnienie!.. + +I nie sa to juz allegoryczne postacie, ni podobizny zmarlych dawno - +nie, to wszak zywi ludzie, z krwi i kosci! Cialo ich przeciez, +zarózowione leciutko, drzec oto zda sie, poruszac, w zylach krew +plynie, usta cos mówia, a oczy ich, rysy, wyrazu pelne, boleja, +placza, smuca sie - mysla!.. + +Patrzcie... patrzcie!.. + +Tam, na, wspanialym grobowcu, po obu stronach siedzacej na szczycie, +zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniolowie zalewaja sie +gorzkiemi lzami, szlochaja!.. Tu znów, przy innym pomniku, po +stopniach jego porusza sie, kroczy wzwyz niewiasta mloda, - ku dwóm +posagom, stojacym na górze grobowca, prowadzi chlopczyka, +slicznote, w którego dloni zacisniety kwiatuszek sie chwieje... A +tam, znów dalej, w innej stronie... + +W otwarte drzwi malego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno, +szeleszczac jakby faldami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w +trzymany w dloni rózaniec wpatrzona, cudnej pieknosci kobieta... + +I tak dalej, i tak dalej... + +Dziesiatki bialoskrzydlych aniolów, wdów bolejacych, +zalamujacych dlonie, tarzajacych sie gwaltownie, czy tez +pograzonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda +sie, w cmentarnej ciszy nuca oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z +piersi jakby wyrzucaja wszechogólny krzyk cierpienia!.. + +A promienie zachodu znizaja sie tymczasem coraz bardziej... + +Purpura ich ciemnieje w koncu, niebawem niknac powoli zaczyna tam i +ówdzie. Zakatki cmentarza dalsze, pod murem, stoja juz w cieniach - +srodkowe kapia sie jeszcze w ostatnich pozegnalnych drgnieniach +czerwieni i zlota... + +Wokolo kleczacego Romana, i obejmujacego wciaz w jednej i tej +samej pozycyi pomnik, z posagiem matczynym, pala sie w calej pelni +jeszcze dogasajaco slonca blaski. + +Dzierzymirski, szukajac dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, +wciaz szepcze cos niezrozumialego do skapanej w purpurze promieni +rzezby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko lagodnym +szmerem poruszanych u drzew lisci, drzec glosniej znów skarga +poczyna. + +- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gan!.. Ja +tam, do nich wrócic nie moge, to przechodzi sily moje!.. Wszak ja +jego, kochanka Oli - tlumaczy sie dalej Dzierzymirski - jego, mego +wroga, zabic powinienem! A jakze ja to uczynie? Przeciez oczyszczac +pojedynkiem nawet mego honoru nie moge! - z gorycza w glosie, niby +zywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, zlamanym szeptem... - +Zrozum, matenko!.. Nie... moge!.. + +Milknie na chwile, poczem urywanym glosem, z beznadziejna rozpacza, +mówi, zwierza sie jeszcze... - Tak, matenko! bo honoru wszak ja... +sam... nie... posiadam!.. + +I Dzierzymirski konczy glucho: - On w twarz mi to rzucic moze, +jesli sie dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza +glosniej Roman nie zadaj tego ode mnie! - Ja, z pietnem pogardy na +czole, bez czci tych tlumów, które ujarzmilem - zyc nie +potrafie!.. + +A szczególniej z jej... Oli mozliwa pogarda - bez jej uczucia zyc +- nie moge!.. + +I tem konczy spowiedz przed rodzicielka syn zbolaly, a po chwili +dorzuca, z moca. - I... nie chce!!! + +Milknie Dzierzymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca, +pograzywszy sie w jakiems pólodretwieniu glebokiem. + +A wkolo niego tymczasem gasnie juz calkiem luna zachodu... Jak +przed chwila, niby dotkniete czarowna rózdzka, ozywialy sie +posagi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracaja. + +Polozony tylko tuz obok Dzierzymirskiego symboliczny grobowiec +jasnieje jeszcze... Na wpól rózowy od blasków czerwonych, +bledniec oto wlasnie coraz bardziej poczyna w tyl przegiety, +eteryczny i wielki na grobie tym aniol z marmuru, o rysach przecudnych, +o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci calej +wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosil +sie, lecial... + +Aniol patrzec sie zdaje na Romana, ze wspólczuciem, spod rzes +spuszczonych, oczyma zyjacego jakby ducha. Nad urna, która trzyma w +dloniach i tuli do piersi i uniesc z soba jakby pragnie w zaswiaty, +odrzezbiony, palacy sie ognik plonie rzeczywistem swiatlem, +pieszczony ostatnim promyczkiem slonca!.. + +Wreszcie i on zupelnie gasnie. + +Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa sie teraz +cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przeslania z wolna +wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki rózanej, która ich znowu +przebudzi - zasypiaja, symbole snu wiecznego, marmurowe rzezby biale, +doczesna zda sie tylko drzemka... + +Stopniowo scieraja sie zarysy posagów, kapliczek, mauzoleów... + +Zmierzch ciemnieje. Swiecac swój tryumf, a smierc slonca po +coraz bardziej mrocznych zakatkach "Cimitero" cienie wieczoru plasaja +juz obecnie swobodnie calkiem - druzyna ich weseli sie, tanczy, +pusta, skracajac godziny do przyjscia nocy-wladczyni. + + Po pewnym czasie jednak staje sie wsród tego grona jej paziów cos + niewatpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem + bawiacych sie cieni lacza sie oto w jedna grupe, zwartem kolem + otaczajac którys z licznych grobowców. + +Obejmujac ramionami krzyz i posag marmurowy, kleczy tu nieruchomo, +zlewajaca sie prawie z pomnikiem, pochylona, biala sylwetka +mezczyzny... Cienie pochylaja sie ciekawie nad nia, dotykaja jej +ciala, zagladaja w twarz, dziwnie blada. + +I raptownie szept jakis trwozny przelatuje po szeregu paziów nocy... +Bezradni stoja wciaz gromadka, przeleknieni czems jakby, +przejeci, cisi... Niektórzy z nich nawet zalamuja rece, drudzy +kreca z niedowierzaniem glowami - inni wpatruja sie smutnie w +majaczaca postac ludzka. + +Nagle kolo ich rozprzega sie gwaltownie, milkna - pozostawiaja w +zapomnieniu zupelnem pomnik i znajdujacego sie u stóp jego +czlowieka. Momentalnie, szybko, ustawiaja sie skladnie w dwa +szeregi, pochylaja z gracya i pokora, szacunku pelna, w powitalnym +uklonie... + +To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniala z wyzyn na ziemie +zestapila wlasnie w tej chwili, w czarnym swym plaszczu i w gwiazd +aureoli. + +-------------- + +Poranek sierpniowy usmiechal sie tego dnia radosnie do tetniacego +zwyklym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósl on jednak w +powiewach swych, chlodniejszych juz nieco i swiezszych, zapowiedz +idacej wczesnej jesieni, tej czarownej, pieknej jesieni polskiej, tak +zadumanej zda sie i marzacej cicho, po otulonych mglami +plaszczyznach i tak pelnej porywajacej soba tesknoty. + +Na jednej z glównych ulic miasta uwijano sie zwawo. Przechodnie, +wszyscy skwapliwie spieszacy w jedna strone, wymijali sie +goraczkowo, dzwonily tramwaje, dorozki turkotaly glosno - lekko, z +cicha przesuwaly sie liczne, na gumowych kolach, ekwipaze i karety, +dazac równiez w tymze, co i piesi, kierunku. + +Niebawem jednak liczba jadacych powozów poczela sie zmniejszac +stopniowo coraz bardziej, w koncu zas ustala zupelnie. + +Ulice ruchu kolowego zamknieto. Ostatnie, zablakane dorozki +zawracano, zmuszajac do natychmiastowego skrecania w pierwsza lepsza +boczna ulice, a we wzglednej, panujacej obecnie, uroczystej ciszy +rozlegal sie tylko zgluszony szmer licznych stóp idacej po +trotuarach gromady ludzkiej. + +Pól-milczenie to dyskretne trwalo dobre pól godziny. + +Wreszcie z wiezyc jednego z pobliskich kosciolów odezwaly sie +powaznie i rzewnie zalobne dzwony i smutne - zabrzmialy donosnie. + +Ruch powstal na chodnikach... Zbierano sie grupami, przystawano, +policya i zandarmi na koniach poczeli czynic porzadek, niebawem zas +w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszalej srodkiem ulicy, ukazal +sie kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach +domów zaroilo sie od widzów ciekawych... + +Z kilkunastoma ksiezmi i licznym klerem, zalobny korowód przesuwac +sie zaczal z wolna aleja. + +Ramowaly go wdziecznie niewinne glówki idacych regularnie rzedami +chlopaczków i dziewczynek - a wychowanców z licznych miejscowych +ochronek, zakladów dobroczynnych - za trumna zas okazala, +zlozona na bogatym szesciokonnym karawanie i jadacymi w slad za +tem, uginajacymi sie od wienców, zalobnymi wozami, postepowal +tlum niezliczony - kolysalo sie morze glów ludzkich... + +Hen! daleko zas, poza cizba, ginac gdzies w perspektywie ulic +miasta, lsnil sie w promieniach slonca sznur powozów i karet. + +Wsród uczestniczacej w pogrzebie rzeszy rozlega sie stlumiony gwar +ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zas ustach bylo teraz +jedno tylko imie! + +Bez zmazy i skazy wobec swiata zeszedl do grobu - Roman +Dzierzymirski. + +W ostatnich dniach lipca spoleczenstwem miasta, w którem zyl, +pracowal, któremu na róznych polach dzialalnosci przewodzil, +wstrzasnela wiadomosc niespodziana, zakomunikowana przez gazety. +Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o smierci prezesa +Dzierzymirskiego, we Wloszech, w Medyolanie, na grobie matki, z +anewryzmu serca. Powodem naglego zgonu bylo, jak mówili jedni, silne +wstrzasnienie moralne i bolesna wiadomosc z kraju, jak utrzymywali +po cichu inni - straty powazne, czysto finansowej natury i polozenie +bez wyjscia!.. + +Cialo sprowadzono do kraju i dzis oto to same miasto, któremu +Dzierzymirski tak wiele zasluzyl sie za zycia, oddawalo bylemu +przodownikowi ostatnia posluge. + +Stawily sie wszystkie sfery i stany - wszyscy zas z nieklamanym +zalem, szli obecnie za trumna czlowieka, z którego smiercia, +zdaniem ogólnem, ubywala miastu i krajowi nawet powazna spoleczna +sila... + +A dosc bylo posluchac tylko uwaznie tam i ówdzie co mówiono o +zmarlym, by przekonac sie, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie +byl ten zal po nim! + +Jednoglosnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny +prezesa Dzierzymirskiego, poswiecenie dla ogólu, zdolnosci, rozum, +szlachetnosc i energie - jednobrzmiaco ubolewano nad strata jego +niepowetowana! Czasami, naturalnie, wplatala sie i tu falszywa +gdzieniegdzie nuta, lecz ginela natychmiast w akordzie powszechnego +uwielbienia i zalu z przedwczesnego zgonu, tak zasluzonego +spoleczenstwu czlowieka... + +Z trudnoscia przeciskajac sie pomiedzy dwoma sznurami ciekawych na +chodnikach, wspanialy pogrzebowy korowód oddalal sie tymczasem +stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie ksieza, karawani i +dazace za trumna tlumy skrecily w lewo, i po pewnym czasie +znikly... + +Na pierwszorzednej ulicy w miescie przywrócono ruch natychmiast. Z +bocznych ulic wysypaly sie dziesiatki zatrzymanych dotad pojazdów, +potoczyly sie, dzwoniac, ponownie tramwaje, zadudnily dorozki, +omnibusy - do spowodowanych sciskiem wypadków kilku, wpadlo na +ruchliwa arterye grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donosna na +trabce pobudka torujac sobie droge! + +Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchl bezpowrotnie. Szerokiem +korytem zycie brutalnie deptalo smierci widmo - w codzienna szate +goraczka codziennego bytu przyobleklo sie wszystko dokola. + +Na ustach tylko, snujacych sie po trotuarach przechodniów, biernych +widzów zalobnego konduktu, blakalo sie jeszcze nazwisko +Dzierzymirskiego, roznosiciele zas dzienników zaroili sie niebawem, +a korzystajac z chwilowego nastroju publicznosci, sprzedawac poczeli +z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i zyciorysem +zmarlego. + + +************************************************* + + + +Minal rok czasu... + +Powodzia swiatel w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzal +cmentarz miejski rozlegly, i roje ludzi tloczyly sie na nim. +Poukladane wzorzyscie palily sie na bogatych grobach i ubogich +mogilkach kolorowe lampiony, kwiaty i wience stroily umarlych +zakatek... + +Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniala, nie bylo zywej +duszy. Przy innych formalne odbywaly sie zebrania. Srodkiem zas +ulicy wystrojony, "szykowny", a przewaznie bezmyslny, wsród +dowcipów brukowych, wyglaszanych donosnie, spacerowal tlum +ciekawskich obojetny. + +Tu i tam z rzadka czerniala przy swiezym pomniku postac schylona, +zadumana tesknie, cierpiaca... Tam i ówdzie na skromnej mogilce, w +bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochala cicho jakas kobiecina, +gdzie indziej znów kleczacy syn, czy maz, samotny, modlil sie, +lub nie widzac nic zgola, nie slyszac, zapatrzony w ból wlasny - +polykal lzy. + +W samotnej bocznej alei cmentarza wesola mloda para, pochylona +wzajemnie, szeptala sobie czule czule slówka mijajac obojetnie +groby, a pomiedzy innymi i mogilke jedna darniowa, skromniutka... +Zaplakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze zlozonemi poboznie +raczkami, kleczala na niej i sama jedna, biedzila sie w tej chwili +z jedyna zapalona, a gasnaca za kazdym podmuchem wiatru, +swieczka, która, wespól z dziesieciogroszowym z choiny +wianuszkiem, i bialym wielkanocnym barankiem - ustroila grobek matuli. + +Od zebraków, bab i dziadów, mruczacych modly, zawodzacych +zalosnie, roilo sie na cmentarzu. + +Co chwila ktos z publicznosci zblizal sie do nich i dajac +jalmuzne, dodawal: - Za dusze niezyjacego Piotra, Maryi i.t.d. + +- Litosci godna osobo! - skarzyl sie glosno zebrak stary, +wyciagajac dlon koscista do przechodzacych wlasnie aleja +trzech ladniutkich podlotków, rozmawiajacych wesolo. + +- Czekajcie! - do rówiesnic odezwala sie zywo jedna z panienek, +zatrzymujac sie przed dziadem. - Dam mu, niech sie pomodli za dusze +mego pana Stanislawa... + +- Alez kiedy on zyje! po co? - zadziwila sie naiwnie najmlodsza z +trójki. + +- Ha-ha-ha! - zasmiala sie pierwsza serdecznie, - a cóz to szkodzi, +niech sie tam za niego, grzesznika, pomodli!.. + +I wreczajac nastepnie dziadowi szóstaka, rzekla: - Macie, dziadku, +za Stanislawa!.. + +- Wieczny odpoczynek racz mu dac Panie, a swiatlosc wiekuista +niechaj mu swieci! - zaintonowal zebrak uroczyscie. + +Smiech rozlegl sie w alei; koncept podobal sie figlarnej trójce, a +kilka babek i dziadów, znajdujacych sie w poblizu, skorzystalo na +tem, bo obdzielono ich groszakami na taz sama intencye. Pan +Stanislaw zostal za zycia pogrzebanym, modlono sie juz z góry za +niego, a pusta, niefrasobliwa mlodosc, nie znajaca zapewne jeszcze, +co to ból prawdziwy i zal po drogiej sercu stracie - poszla dalej, +smiech zas jej srebrzysty odbil sie raz jeszcze na zakrecie alei o +ukryty w drzew cieniu pomnik okazaly. + +Na wysokiej kolumnie z polyskujacego marmuru widnial jakis posag +stojacej osoby... Na grobowcu nie bylo zadnego kwiatka i zadnych +swiatel... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stal on ciemny na +uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzacy sie tylko blask +lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sasiedni, rzucal nan +niepewne, dalekie swiatlo. W pólswietle tem, kto znal za zycia +Romana Dzierzymirskiego, z latwoscia mógl go poznac teraz w +stojacej rzezbie z marmuru. + +I idacego przechodnia przykuwalo do miejsca zdziwienie nagle. + +- Jak to? - zadawal sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi swiatel, +blasków tysiaca, dajacych tak wymowne i chlubne swiadectwo, ze +zywi pamietaja jednak o umarlych, dzisiaj o Dzierzymirskim juz +zapomniano?.. Czyz to mozliwe, by swiat byl tak niewdziecznym, +zeby wykreslal z pamieci jednostki, tak glosne za zycia - tak +moznowladne!... + +I dziwil sie przechodzien... Dziwil sie w dalszym ciagu naiwnie, +nie zdajac sobie sprawy z tego pewnika zyciowej ironii, która prawem +"terazniejszosci" sie zowie, a która, z malymi wyjatkami, uwielbia +tylko zyjacych i na widowni obecnych, umarlych zasypujac pylem +zapomnienia. + +I spacerujacy po cmentarzu widz ciekawy przyblizal sie do grobowca, +z trudnoscia odczytywal napisy, a pózniej szedl dalej, zamyslony +mimo woli nad nietrwaloscia doczesnego bytu. + +Lecz o niewdziecznosc tym razem posadzal ludzi nieslusznie. Bo los +szyderca, któryby moze i rzeczywiscie starl u swiata wspomnienie +innego, prawdziwie i wszechstronnie zasluzonego czlowieka, +niezbrukanego zyciem, czystego - okazal sie laskawszym jednak, dla +ubranego w toge pozorów moralnego wykolejenca! + +W kwadrans pózniej, trzy osoby, ogladajace sie wokolo, skupily +sie przed grobem Dzierzymirskiego. Wkrótce, tamze zjawil sie +równiez mezczyzna, z kobieta mloda dosc jeszcze i garstka +dziatek. + +Przed ginacym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklekli oni +niebawem wszyscy... + +Byli to Orleccy: ojciec, matka i córka, oraz Zielinski Herman, z +rodzina. + +Mlody glosik dziewczecy pierwszy przerwal niesmialo milczenie +cmentarnego zakatka. Silny, jedrny zawtórowal mu glos meski i +szept otaczajacych... + +Wsród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, smiechu i +placzu - poplynela z serc wdziecznych za dusze zmarlego +modlitwa!.. + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia zywych wstydzic sie juz nie +potrzebowal przed innymi - wspanialy grobowiec prezesa +Dzierzymirskiego. + +Czyjas troskliwa reka ustawila na grobie palmy i swieze kwiaty... W +krzyz ulozonych róznokolorowych lampionów kilkanascie necily tu +oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulil +sie podnóza. Tamze blyszczal o nieboszczyku napis zlocisty, +zlozony z samych tytulów i godnosci... + +I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jasniala zarówno teraz +wdziecznie odrzezbiona sylweta pieknego, mlodego jeszcze +mezczyzny. + +Królujac nad wszystkiem dokola, niepokalanie bialy, stal on i +patrzyl zamyslony! Na ustach z kamienia blakac sie zdawal +dyskretny usmiech zwycieskiej ironii... + +A ponizej - u stóp posagu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi +literami, rzucaly sie w oczy te oto wyryte slowa: + + +Uczciwy, szlachetny i prawy, +Ukochal bliznich i spoleczenstwu oddal zycie cale - +Nagrodz go, Panie!.. + + + + + + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + +***** This file should be named 6000-8.txt or 6000-8.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/ + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License available with this file or online at + www.gutenberg.org/license. + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation information page at www.gutenberg.org + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at 809 +North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email +contact links and up to date contact information can be found at the +Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit www.gutenberg.org/donate + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including checks, online payments and credit card donations. +To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For forty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. |
