summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/6000-0.txt
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to '6000-0.txt')
-rw-r--r--6000-0.txt13226
1 files changed, 13226 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-0.txt b/6000-0.txt
new file mode 100644
index 0000000..5464b92
--- /dev/null
+++ b/6000-0.txt
@@ -0,0 +1,13226 @@
+The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Ironia Pozorow
+
+Author: Maciej hr. Lubienski
+
+Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000]
+Release Date: June, 2004
+First Posted: September 22, 2002
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+
+
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+"Ironia Pozorów"
+
+Maciej hr. Łubieński
+
+
+
+PROLOG
+
+
+Dniało...
+
+Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w
+niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u
+stóp jego fali.
+
+Wreszcie - znikły...
+
+Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi
+gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w
+nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał
+równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu.
+
+Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte
+niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego
+porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się
+brzask smętny.
+
+W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie
+było nikogo.
+
+Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło
+zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj
+już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia,
+zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się
+zdawał cierpliwie na swego pana i władcę.
+
+Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i
+nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej
+wędrówce zaglądać tu nieraz musiała...
+
+Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna
+mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego,
+nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak
+widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży.
+
+W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny,
+melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek
+radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju,
+na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy
+oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok
+stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie
+swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża.
+
+Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z
+sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła.
+
+Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma
+cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci
+nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata
+i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i
+chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co
+bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem.
+
+Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od
+otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość
+staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż
+nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten
+zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może
+jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!...
+
+Tak, niewątpliwie!...
+
+Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od
+tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego
+zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego
+zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia.
+
+W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy,
+życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę
+hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!...
+
+Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe
+okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy;
+dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła
+właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani.
+
+Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu
+melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej.
+Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu
+wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i
+pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy.
+
+Powolnie budziło się już miasto.
+
+Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i
+szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły
+i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy
+kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny
+typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z
+rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów,
+skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam
+zupełnie.
+
+Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg
+tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za
+nim.
+
+Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając
+się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa,
+okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy,
+kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby
+baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze.
+
+W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a
+z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej
+powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę
+minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye.
+
+Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę,
+wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść
+dalej.
+
+W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie:
+
+- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!...
+
+Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu
+kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł
+bliżej i zapytał:
+
+- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie?
+
+Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła:
+
+- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez
+tę torbę...
+
+Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano.
+
+Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru
+wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił.
+
+Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca
+zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka
+poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane
+jakieś słowa.
+
+Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo
+uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych
+okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia
+jeszcze drzemało tu miasto.
+
+Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy
+stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą
+chwilę...
+
+Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej
+chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi
+naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi,
+zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem
+poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą
+tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też
+może zbytkowi przyrodzonego temperamentu.
+
+- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w
+piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem,
+podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy
+kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się
+prawie że biegiem.
+
+- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca,
+- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina.
+
+Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej
+piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych
+wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi
+uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką:
+
+ "A kto kocha, ten jest zdrów,
+ A kto kocha - ten jest zdrów..."
+
+
+
+Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie
+drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu,
+wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze
+szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny
+róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego.
+
+- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem
+nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku.
+
+Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki
+zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!...
+
+Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki,
+i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze
+poddasza.
+
+Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał
+się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając,
+pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę.
+
+Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując
+równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się
+następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po
+krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę.
+
+Szarawa ciemność zaległa izdebkę.
+
+Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek
+mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po
+chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś,
+raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni
+swego ubrania.
+
+Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel
+skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go,
+położył na stole.
+
+Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z
+wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w
+oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego
+mężczyznę...
+
+Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych
+kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy
+odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem.
+
+- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie,
+wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały
+niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?..
+
+I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego.
+
+Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć
+ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś
+niewytłumaczony zawładnął nim nagle.
+
+Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym,
+ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił
+pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała
+świata tego potęga - złoto...
+
+A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego?
+
+Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia
+jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również.
+
+To była własność cudza!...
+
+Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam
+znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić
+właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy
+ręce w zawartości jego?
+
+Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej
+jeszcze.
+
+Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na
+razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na
+bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z
+wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania
+posady.
+
+Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz
+pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem.
+
+A tu, przed nim!...
+
+Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy.
+Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce
+leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego
+kieszonki...
+
+I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem
+posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota,
+błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły
+się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem
+wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej
+wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!...
+
+Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem
+drzemał tu pieniądz w swym majestacie!..
+
+Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną
+kupę grosza.
+
+Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy
+głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w
+banknoty i złoto.
+
+Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej
+delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele
+jego równocześnie przeleciał dreszcz.
+
+Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne,
+pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się
+złota.
+
+Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do
+głębi ponownie wstrząsnął dreszcz.
+
+Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze
+impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało
+odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco
+unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy
+- stronił od niego stale.
+
+Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach.
+Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote
+imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń...
+
+Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna
+pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł.
+
+Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów;
+szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki,
+zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy,
+wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z
+legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone,
+wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie
+indziej schronienia.
+
+A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka
+pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia.
+
+Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca,
+oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem.
+
+W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było
+wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy.
+
+Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł
+przechadzać się po izdebce.
+
+- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem...
+
+Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl
+jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w
+chaosie, zanikały - milkły...
+
+On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru
+sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym
+zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed
+nim pieniędzy?..
+
+Młodzieniec zadrżał.
+
+- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś
+tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!..
+jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i
+głosy.
+
+- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek
+zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś
+- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny,
+czy myślisz, że postąpiłby on inaczej?
+
+- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny
+głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny.
+
+Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką
+czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych
+fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko.
+
+A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami
+ironii:
+
+- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. -
+Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach
+obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o
+byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy
+uśmiech fortuny!..
+
+Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym
+trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li?
+
+- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim!
+Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami
+żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś
+biednym!
+
+Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś,
+zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi,
+oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie.
+
+Tak, niestety, był on biednym!..
+
+Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w
+Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja
+wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się
+rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło
+dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata
+rodzonego nieżyjącego już ojca.
+
+W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas
+nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po
+najdłuższem życiu zapisał mu mienie.
+
+Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za
+późno niestety; stryja swego już nie zastał.
+
+Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń
+zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie
+starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek
+na dobroczynne cele.
+
+Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub
+pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary.
+
+Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił,
+co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a
+tak zazwyczaj niegościnnym stole...
+
+0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz
+jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w
+duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i
+gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy
+parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się
+począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej
+niezadowolenie i gorycz.
+
+Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z
+lat dawnych.
+
+Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył
+brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem.
+
+Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze
+nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych
+salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas.
+Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej
+uczęszczanych w mieście.
+
+Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat
+ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy:
+
+- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery,
+które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale
+dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym
+ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak
+ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He,
+cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na
+bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w
+kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja
+ci pomogę i ułatwię wszystko...
+
+Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego
+i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i
+poszedł na bal z nim razem.
+
+Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy
+protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o
+stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi,
+przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i
+miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż
+powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym
+bywalcem.
+
+Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na
+krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we
+wspomnienia własne.
+
+Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań
+dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie,
+które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał.
+
+Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund
+R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę,
+wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana
+czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś
+inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go.
+
+W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach
+pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil
+rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe.
+
+Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby
+tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy
+majaczyła fotografia.
+
+Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty;
+przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę
+ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach
+pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał
+uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej.
+
+Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez
+pamięci...
+
+Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata -
+przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się
+setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące,
+rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń...
+i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny.
+
+Mydlana bańka złudna - marzenie!..
+
+Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę
+pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma
+żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi,
+wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni
+wówczas po szklistej posadzce salonów...
+
+Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na
+jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi,
+pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a
+długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej.
+
+Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie,
+mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę...
+
+Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on
+rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie,
+czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w
+balowej sali...
+
+To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do
+siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem.
+
+Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko,
+dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń...
+
+Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i
+dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie
+z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki
+małej, gdzie stała fotografia z różą.
+
+Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy,
+dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się
+rozkosznie, pocałunku zda się spragnione...
+
+Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego
+przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł
+w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto.
+
+Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza -
+przypomniał sobie chwilę obecną.
+
+Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w
+rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał:
+
+- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i
+ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem...
+
+I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku.
+
+Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się
+zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał
+twarz mężczyzny.
+
+- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią
+istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa.
+
+- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o
+nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, -
+uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że
+pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele...
+
+- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej
+przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie.
+
+Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę.
+
+Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak
+krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie
+z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże -
+lepszym!..
+
+Mężczyzna smutnie zwiesił głowę.
+
+Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia,
+czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem
+pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły
+się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w
+dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i
+wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za
+pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu
+równowagę duchową, mieszał myśli.
+
+Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem
+jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie
+wpatrzywszy się w fotografie ukochanej.
+
+Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił
+go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego,
+wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do
+lubego wizerunku.
+
+Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie -
+dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie...
+
+A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo,
+niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem
+radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza
+facyaty.
+
+I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie
+na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego...
+
+Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego.
+
+Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna...
+
+Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej
+zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać...
+Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym
+uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!..
+
+Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół
+przytomnie naprzód pochyla...
+
+Lecz oto nagle czar pryska...
+
+Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko
+eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę,
+niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż
+ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego -
+pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem
+ubóstwianej przezeń kobiety.
+
+Wreszcie znika wszystko.
+
+Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się...
+
+Niema nikogo!
+
+Cóż to więc było?
+
+Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni,
+rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz
+noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych
+wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem
+zwątpień i pytań mózgu. Zapewne...
+
+I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a
+jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma
+stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej
+postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta.
+
+W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka
+banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa.
+
+- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób
+stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?..
+Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w
+widzeniu proroczem?
+
+Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie...
+
+Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie,
+zwalczy przeszkody wszelkie.
+
+- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś
+zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc
+przedwczesną radość.
+
+Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny.
+
+- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w
+dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w
+życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!..
+
+I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy
+mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy
+ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą
+zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w
+młodocianych latach jeszcze zasady.
+
+Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze,
+bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz
+donośniej, silniej...
+
+A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu
+młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo.
+Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się
+jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich,
+czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze.
+
+Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok
+pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos
+banknotów i rulonów monety.
+
+Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo
+zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a
+równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd
+wcale.
+
+W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się
+w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto
+mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni
+spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w
+tył gwałtownie.
+
+Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim
+teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie
+przewrót nagły.
+
+Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz...
+
+I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym
+naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca,
+miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna.
+
+Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu
+przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i
+sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej.
+
+Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!..
+
+Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z
+góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć
+biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal
+grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie
+obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na
+pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem
+oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak
+dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani."
+
+I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej
+izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem:
+
+- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego?
+Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia
+jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa,
+znaczenia i tytułów!..
+
+I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego,
+zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem,
+przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę?
+
+- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie
+śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem.
+
+- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej
+półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna,
+burzliwa.
+
+I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną,
+jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne
+jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem.
+
+Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty
+uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana
+cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej
+przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów,
+o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie
+nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem
+zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym
+płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc.
+
+- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta
+mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich
+przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota -
+mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez
+wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w
+zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi -
+każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!..
+
+Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno
+całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu
+wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia,
+demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień
+szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów"
+zajaśniał na niej pełnym blaskiem.
+
+Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na
+plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić
+okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej
+postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału.
+
+- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z
+mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych,
+urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu
+facyatki.
+
+Cisza nastała znowu.
+
+Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem
+serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak
+zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy
+człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i
+złota!..
+
+Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś
+kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze,
+bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś
+ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się
+trzykrotne pukanie.
+
+Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie
+w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby
+wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila
+obecna...
+
+Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś
+zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło
+despotycznie, zaparłszy dech w piersiach.
+
+W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz
+pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem
+dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się
+w leżące pod niemi banknoty.
+
+- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały
+wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i
+złocie.
+
+Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej
+samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem
+rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami
+zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem
+męskim, dźwięcznym i młodym.
+
+- Widać, że śpi, lub go nie ma...
+
+- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam
+ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary
+u drzwi ślizgało się światło! - słowo!
+
+- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a
+wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos
+pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!..
+
+- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy
+się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło
+ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły.
+
+Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny.
+
+Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony
+tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na
+kanapkę.
+
+Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą,
+poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz
+niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i
+spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach...
+Biedni chłopcy!
+
+Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta
+- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową
+pracę...
+
+Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego
+kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a
+będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli
+powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego
+- przyszli.
+
+Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych
+swych włosach.
+
+- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego?
+
+Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy
+młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym
+żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza.
+
+Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie...
+
+A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było
+już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek,
+śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał
+się drzemać na łóżku.
+
+Niebawem zasnął.....
+
+I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem
+tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne
+obrazy...
+
+A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez
+końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą...
+
+Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać...
+Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej
+przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi
+ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś,
+jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych
+wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się -
+wiecznym.
+
+Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające
+jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać.
+
+Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już
+te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte.
+
+Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie
+czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w
+przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc.
+
+Trwa tak dość długo...
+
+Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując
+już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu
+jej tchnienia... otwiera oczy...
+
+Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie
+znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają
+jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej.
+Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym
+dogasającym, zamierającym blaskiem...
+
+On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy.
+
+Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko
+dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać
+się coś poczyna.
+
+Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś
+postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate -
+rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad
+głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych
+skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy.
+
+On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły,
+zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć...
+
+To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak
+zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!...
+
+Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania
+ich postacie - nikną.
+
+On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód.
+
+Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową
+wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego,
+wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe
+szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe.
+
+To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka
+jemu tak w czaszkę jednostajnie...
+
+W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed
+nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń
+obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem,
+płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w
+samą twarz poczyna.
+
+Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy
+złotej i palą, bolą...
+
+A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w
+portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc
+w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre,
+przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi
+rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów
+obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd.
+
+Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami,
+nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po
+kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak
+szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą
+karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi
+żądłami ze złota.
+
+Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a
+postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal...
+
+Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia
+kobieca postać.
+
+Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a
+ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie
+wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna.
+
+Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna
+towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie
+widzi roju prześladowców jego.
+
+Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż
+i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi
+ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem
+czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały...
+
+Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu,
+wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra
+u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo
+ciemniejszą przybierając barwę...
+
+Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet
+prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie.
+
+Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna
+ponurą swą oponę.
+
+Naraz znika wszystko...
+
+On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w
+chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem
+ciałem.
+
+Spogląda...
+
+Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie
+uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym
+blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na
+tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka,
+wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci.
+
+Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do
+grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w
+przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości
+rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe
+wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i
+zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak
+w błocie.
+
+A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony
+rozprysłe, płynie, faluje złoto...
+
+I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się
+pokornie, służalczo, wszystko dokoła.
+
+Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu
+sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu,
+bezpodzielnie panuje.
+
+Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza.
+
+Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast
+zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa
+przestrzeniami śmiech.
+
+Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i
+zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!...
+
+............................................
+
+Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął
+on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem
+smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli...
+
+............................................
+
+Obudził się śpiący.
+
+Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany
+wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót
+ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany.
+
+W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki,
+spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem
+uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również,
+oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem
+w samotnej, cichej izdebce.
+
+
+
+CZĘŚĆ PIERWSZA.
+
+
+Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i
+hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale
+wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w
+strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała,
+wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną -
+mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach
+pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka,
+patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety.
+
+Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki,
+biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w
+ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym
+pociągiem Adryatyku fale.
+
+I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego,
+osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały
+skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem.
+
+Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem
+młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem
+zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i
+bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie
+znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech,
+oraz zapatrzenie się w ukochane rysy.
+
+Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia
+towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość
+interesujące.
+
+Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o
+wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej
+głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych,
+wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz,
+okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza
+tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak
+i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem
+nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii.
+
+Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat
+trzydzieści zaledwie mający młody człowiek.
+
+Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był
+synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w
+szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony
+jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki.
+
+Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku,
+była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni,
+dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak
+twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej
+Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego.
+
+Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę
+wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego
+podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą.
+
+Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż
+poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho
+naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January
+Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej
+ręki...
+
+Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety!
+
+Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą.
+Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się
+właśnie dwa dni temu...
+
+Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała,
+nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta,
+wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie
+miał potrzeby.
+
+W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata
+temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim
+krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych.
+
+Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim
+rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do
+Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie
+pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony,
+myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał.
+
+Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w
+dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe,
+błyszczały już światełka Wenecyi.
+
+- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka
+czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w
+objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak
+dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego
+uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu -
+niewinnego dziewczęcia...
+
+Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety.
+Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś
+gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka
+wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany,
+spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu.
+
+- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi
+za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego
+dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej
+nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny.
+
+I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne
+zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą,
+Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni
+rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno
+głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście
+światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z
+nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony.
+
+Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i
+pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą -
+prawa zaś oparł się silnie o ramę okna.
+
+- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i
+otworzyła szeroko oczy, zdziwiona.
+
+Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko:
+
+- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to
+wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie...
+
+- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem,
+z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny,
+przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na
+pięknem czole.
+
+- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się
+delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach,
+postawił na równe nogi.
+
+- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem
+na widok jaśniejącego dworca.
+
+- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie
+ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora.
+
+- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi
+pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął.
+
+Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka
+minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć...
+
+Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki
+od wagonu, i począł wołać donośnie:
+
+- Facchino!.. facchino!.. *)
+[*) Po włosku tragarz.]
+
+Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem
+zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu
+obstąpiono przyjezdnych.
+
+Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł
+swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem
+i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość
+Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich.
+
+Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał
+się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani.
+
+Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na
+czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez
+różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu.
+
+- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się
+na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu.
+
+Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko...
+
+Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz
+wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z
+kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!"
+choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się
+dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony.
+
+- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć
+z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety.
+
+Gondola ruszyła już - płynęli...
+
+Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły,
+rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł.
+I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz,
+ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża.
+
+- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła.
+
+Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i
+przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem.
+
+Rzeczywiście, czarno tu było.
+
+Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej
+wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko
+błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko
+latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli.
+
+Płynęli przez Canale Grande*).
+[*) Po włosku : Kanał Wielki.]
+
+Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich
+zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem
+oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne.
+
+Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i
+tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i
+szmerem rozstępującej się pod nią fali.
+
+Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli
+Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się
+rozliczne uwagi.
+
+- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z
+zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle.
+
+Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona
+swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące -
+rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak
+bardzo cichym.
+
+Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w
+kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace.
+
+A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność
+książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo
+Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim
+sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej
+zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś
+dnia zwany "Ca Doro".
+
+Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard
+miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem
+miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna
+Cornaro.
+
+Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą
+dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył
+olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku
+wzniesiony.
+
+Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko
+prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki
+kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma
+wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka,
+zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać
+poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów
+odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a
+ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją
+niejako w swym labiryncie.
+
+Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko
+lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś
+nigdzie dopatrzeć się nie można było.
+
+Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia
+Romana.
+
+- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła.
+
+- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej
+włosy - zaraz dojeżdżamy.
+
+Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem
+włoskiem narzeczem.
+
+- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z
+cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś
+smętną piosenkę.
+
+Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się
+bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających
+ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś
+jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o
+mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman
+milczał.
+
+Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w
+ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia.
+Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego,
+ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża
+grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym
+łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają
+się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych
+zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego
+dziwnego miasta...
+
+- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy
+głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny.
+[*) Uwaga!]
+
+- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli.
+[*) Na prawo!]
+Roman i Ola spojrzeli ciekawie.
+
+W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w
+białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu.
+
+Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła
+się cicho - znowu byli sami.
+
+- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem
+Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów.
+
+Roman spojrzał.
+
+- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak
+życia...
+
+Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się
+kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich
+kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło,
+idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne,
+ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką.
+Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny.
+
+Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się
+zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły
+ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące...
+
+Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do
+siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa,
+zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie,
+pochyliły się.
+
+Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając
+warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak
+drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod
+oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią
+zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły.
+
+Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka;
+plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze
+życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami
+niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno
+podróżnym, że są już na miejscu.
+
+- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył
+się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki.
+
+W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz
+kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem
+mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz
+śmiałego.
+
+W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe
+stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola
+znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce
+pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem
+mustyków.
+
+Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać
+natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na
+przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy
+wkrótce pozostali zupełnie sami.....
+
+
+
+W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna,
+zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo
+chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca
+nieśmiało wychylił się z poza nich.
+
+Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie
+czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym
+blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach
+ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego
+pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu
+Westchnień".
+
+Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą
+taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a
+niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył
+nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze...
+
+W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i
+klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś
+godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub
+brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a
+bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile
+czyjegoś może szczęścia...
+
+Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem
+światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo.
+Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu
+obojętne w dal...
+
+A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze
+księżyca nie zmieniło wcale wyrazu.
+
+Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli
+aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca,
+zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia?
+
+On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń
+aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć
+kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia
+podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również,
+że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w
+przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych
+ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i
+użycia...
+
+Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i
+przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni,
+zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę.
+
+W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie,
+zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy,
+dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz
+laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami
+księżyca.
+
+I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem,
+splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem,
+nawet pięknem przyrody...
+
+W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad
+miastem pamiątek.
+
+---------
+
+
+Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic
+wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u
+podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko
+dokoła pogrążał w mroki i cienie.
+
+W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania,
+marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli
+Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej
+ostatniej.
+
+Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał
+się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej,
+pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło
+wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając
+jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się
+współczuć smutnemu jej zamyśleniu.
+
+Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał
+on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z
+Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński."
+
+Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości,
+nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania.
+
+Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki,
+by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała
+się była o lat co najmniej kilkanaście.
+
+Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak
+dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila -
+niewątpliwie.
+
+Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem
+ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka.
+
+Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa
+kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż
+myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano
+rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie,
+oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy -
+wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci.
+
+Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil
+Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler,
+sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry
+bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na
+trop właściwy. Domysły jego były trafne.
+
+- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych
+miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie
+słowa jego i sprawdziły się, niestety...
+
+Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony
+konkurent, inaczej poradził sobie.
+
+Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste,
+czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem
+jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po
+zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie...
+
+Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się
+potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece
+pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię...
+
+Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy?
+
+Przenigdy!...
+
+I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą
+siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad
+męczących ścigających się myśli.
+
+- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała
+całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?...
+
+Zapewne...
+
+Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby
+nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola
+rodzica, gdy...
+
+Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie
+żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila
+Ładyżyńskiego. Miał słuszność...
+
+I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze,
+śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż
+doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość
+oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie
+młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej,
+marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej.
+
+I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania...
+
+- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku
+wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na
+przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej
+podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę.
+
+- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy.
+
+Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy?
+
+Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie,
+zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę.
+
+I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z
+mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się
+do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś
+własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz
+to nowemi pytaniami ją zasypując:
+
+- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem,
+zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy -
+pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech
+po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską
+arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek
+powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej,
+poważniejszej natury?...
+
+A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z
+pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z
+towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty
+i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą
+główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może
+marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało
+zamknąć źrenic do snu cichego?...
+
+Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu
+matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą
+konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie
+rachują się rodzicielki same?...
+
+Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal
+jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku
+sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie.
+
+A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy
+pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd
+jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła
+bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki?
+Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali,
+strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej?
+Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka,
+o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć
+purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą
+wonią?..
+
+Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya
+wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą
+marszałkowej.
+
+Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego
+mebla.
+
+Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za
+podszeptem sumienia - milczała zatem.
+
+- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście
+tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego -
+osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy,
+zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście
+byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując!
+
+- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od
+powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą.
+
+Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła
+powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi,
+wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku
+oknu.
+
+Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach
+pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się
+w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało:
+
+- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo
+winna!
+
+Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i
+dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez
+steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś -
+zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za
+ich błogosławieństwem!
+
+- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej
+rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi.
+
+Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła
+nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć
+silnie dzwonek.
+
+To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała
+przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem
+westchnieniem odstąpiła od okna.
+
+
+W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały
+lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze
+służącym.
+
+Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem
+woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru,
+i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach
+ukazał się przybyły.
+
+Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki,
+i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak
+trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym.
+Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z
+przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi,
+wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem
+wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy
+rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę.
+
+Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na
+jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie
+Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po
+przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco
+zmieszaną, odezwał się pierwszy:
+
+- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu
+natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko
+jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?..
+Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z
+niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie,
+z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej
+twarzy czekał na odpowiedź.
+
+Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata,
+rzekła:
+
+- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola
+najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi...
+
+Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi
+podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry.
+
+Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na
+fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał:
+
+- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?...
+
+- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania -
+może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to,
+przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka.
+
+- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski
+- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci
+się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się
+pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy.
+
+- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz
+opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?...
+
+Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej
+właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj.
+Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po
+prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i
+wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła
+się do służącego.
+
+- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem
+cierpiąca, i nie przyjmuję...
+
+- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata -
+i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?...
+
+Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami,
+jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z
+twarzy jego pierzchła pogoda.
+
+Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan
+January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie
+zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą,
+szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się
+już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego.
+
+- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu
+przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła
+głośniej tym razem marszałkowa.
+
+Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg
+buduaru.
+
+Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! -
+bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś
+skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne.
+
+Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej
+niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że
+czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie
+postępującej siostry dawno już nie oglądał.
+
+Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się
+obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w
+myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy,
+rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i
+dobremi oczami w twarz brata.
+
+- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto
+zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo
+smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku...
+
+- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o
+co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie
+latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam -
+cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś
+słowa jego drgały wymówką i prośbą.
+
+Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy
+rękami głowę brata, ucałowała ją czule.
+
+- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem.
+
+Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym
+na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w
+pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał...
+Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona
+mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho:
+
+- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii...
+Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując
+nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno:
+
+- Z Romanem Dzierżymirskim...
+
+- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki,
+śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się
+on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos
+Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina
+zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia...
+błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i
+gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca,
+dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś
+widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na
+pobliski głęboki fotel.
+
+Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę
+stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota
+siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą
+słowami przez nią zadany.
+
+Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego,
+a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym
+głosem.
+
+- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby
+matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie
+zawiadomiwszy mnie o niczem?
+
+I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął
+wzburzony:
+
+- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej,
+naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać,
+i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!"
+
+- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa.
+- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na
+chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę,
+spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie.
+
+Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę.
+
+- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie -
+drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu
+pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie
+rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą
+ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała -
+zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem,
+kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w
+zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było
+wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła
+nie wiedziałam...
+
+Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski.
+
+- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam -
+powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego?
+Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i
+natychmiast wyjechali razem za granicę.
+
+I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem.
+Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na
+niej jeszcze boleśniejsze cierpienie.
+
+- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z
+ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca.
+
+Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się
+ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej,
+to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez
+córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla
+ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i
+ponęt...
+
+Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy
+twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem
+patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała:
+
+- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie
+ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych
+wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła
+i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość,
+zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi
+iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!..
+
+Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube
+dziecię!
+
+Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości
+młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w
+mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego,
+wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej
+rzeczy tego świata...
+
+Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych,
+pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem:
+
+- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło
+się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z
+przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej
+słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha -
+Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni
+gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie
+ślub wzięli.
+
+- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał
+Gowartowski.
+
+- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją,
+jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po
+odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli,
+miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko.
+
+A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak
+licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o
+Ładyżyńskim...
+
+Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak
+dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy
+w myślach bezustannie zatopiony - słyszał.
+
+Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła:
+
+- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i
+odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę
+przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z
+Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem
+nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!..
+
+Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie
+przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej
+samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła
+nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki...
+
+Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w
+ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i
+herbatę.
+
+- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani
+Melania.
+
+Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch
+negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia.
+
+Marszałkowa westchnęła cicho.
+
+-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno.
+
+Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i
+spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony
+przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy
+chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę
+pozostałej służbie.
+
+Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły
+się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak
+było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje
+rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale.
+
+I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się
+dwa światła.
+
+Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i
+wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc
+prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o
+ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu
+los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło.
+Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka
+zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą...
+
+Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie,
+zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę,
+ułożywszy się do snu.
+
+Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca.
+
+Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy
+letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do
+wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a
+zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań
+niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka.
+
+0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla
+zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem
+niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!...
+
+Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia
+zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie
+biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna
+szczęścia godzina...
+
+A tu?...
+
+Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy,
+cisnące mu się gwałtem do oczu...
+
+Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go
+bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia
+się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył
+tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania?
+
+Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo
+jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja,"
+którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite
+było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do
+jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu
+uczuciu - intruzowi!...
+
+Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach
+Gowartowskiego.
+
+- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko
+marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły
+uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia
+szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego
+przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by
+zwiędnąć zapoznane...
+
+Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem
+rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez
+zasłon, choćby konwencyonalnych tylko!
+
+Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona
+pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny
+umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój
+brzęczących, dokuczliwych owadów.
+
+Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała
+próżnia...
+
+Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć...
+
+I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza.
+
+- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź
+wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam
+moment, analogiczny z chwilą obecną!...
+
+Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z
+nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni
+życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej
+oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była.
+
+I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata
+swoje, wpatrzył się w nie na chwilę...
+
+- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo.
+
+Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował
+sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i
+szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem.
+
+Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej
+samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie
+powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię
+wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się
+wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych
+ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem:
+
+- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się
+pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego
+sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?...
+
+W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne,
+stłumione łkanie - starzec płakał...
+
+Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą
+- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi.
+
+A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że
+oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny
+rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim
+Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła.
+
+Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej...
+
+Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach
+i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go,
+pochłaniają...
+
+Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad
+zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze,
+skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im
+drogę!...
+
+I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na
+niego wpada.
+
+Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!...
+
+Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt
+końskich...
+
+Ach!...
+
+To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!...
+
+Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka
+głośniej zabrzmiała.
+
+Minęła chwila...
+
+Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim
+zadrżał miłośnie pocałunku szmer...
+
+Pojechali.
+
+Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl
+przemknęło mu słowo: Waryuję?...
+
+Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana.
+
+I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie
+zaczęło.
+
+Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza,
+niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty
+zduszone łkanie...
+
+Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego
+ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w
+dal...
+
+Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie
+pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do
+pokoju gwiazdy...
+
+Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli,
+zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie
+starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem
+tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną
+cierpieniami duszę stroskanego ojca?
+
+Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej
+zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała
+się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem...
+
+Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały?
+Mara, czy złudzenie?
+
+Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po
+pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce
+spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś
+każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny,
+oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana,
+melodyjna nuta.
+
+Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta...
+
+Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i
+słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer
+niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia,
+a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca,
+niósł mu ukojenie - od Boga!...
+
+Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną...
+
+To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając
+się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca -
+łzy...
+
+
+
+
+------------
+
+
+Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski
+powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała
+coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła
+zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru.
+
+W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach
+goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami
+i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie
+opustoszała niebawem.
+
+Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli,
+zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku.
+
+Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą,
+zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem,
+przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman
+Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z
+piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku
+wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a
+zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie
+zrobiony - spojrzał wokoło...
+
+Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach,
+brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego,
+a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka
+siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach
+i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach.
+
+Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed
+siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane.
+Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś,
+szeptało...
+
+Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się
+teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze
+sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny
+szmer fali...
+
+Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód
+Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go,
+obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem
+uchem myśli jego słucha.
+
+A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od
+bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie;
+żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej
+żądanie.
+
+Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie.
+
+Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym
+tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli
+złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne
+jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie
+rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko
+jasnością, promieniami i blaskiem.
+
+Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych,
+subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto
+zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna,
+wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; -
+wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności
+z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą.
+
+Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z
+kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś...
+
+Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości
+zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą
+była - poddawała się tylko sile jego uczucia.
+
+Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej
+pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów,
+pożądań...
+
+Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w
+tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle
+świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem,
+orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił,
+wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu
+miłości.
+
+A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko
+mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną
+kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości.
+
+W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza
+teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył,
+i machinalnie spojrzał przed siebie.
+
+Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały
+światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach.
+Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po
+chwili zabłysło czwarte, piąte...
+
+Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym,
+zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem
+podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał...
+
+U stóp Romana silniej zapluskały fale.
+
+W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych,
+powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący
+jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich:
+
+- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co,
+nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera!
+
+Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody.
+
+- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych,
+wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą
+tajemnicę?
+
+- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu
+szydziło:
+
+- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie
+wie o tem!..
+
+- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a
+śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły.
+
+Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło.
+
+Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala:
+
+- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie
+zdradzę...
+
+- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem
+ja!..
+
+- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie...
+
+- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala,
+i szept ten powtórzyły fal miliony...
+
+I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony,
+drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny...
+
+Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho...
+
+Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku,
+odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a
+zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał
+się głęboko.
+
+Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary,
+świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo.
+
+Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie
+strasznym!
+
+Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu
+przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!..
+
+Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel
+leżał pod kluczem, pozornie zapomniany.
+
+A on ciągle walczył ze sobą!..
+
+Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście
+właściciela nie szukał. Czekał...
+
+Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha
+panowała cisza.
+
+W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o
+tem władzom nie doniósł...
+
+A on wciąż szalał.
+
+Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę
+ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego
+izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.
+
+Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie
+męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym
+został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę
+dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i
+innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na
+drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej,
+tak dalej!..
+
+Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.
+
+A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie
+mógł!..
+
+Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł
+do Monte-Carlo.
+
+Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki
+całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z
+zapałem.
+
+Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się,
+troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza.
+Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako
+człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz
+rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby
+dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto
+tysięcy franków.
+
+Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman,
+poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina,
+(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie),
+przyniosły mu szczęście.
+
+Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości
+seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał
+się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie.
+Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.
+
+Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu
+przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła
+chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał.
+Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą
+do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko
+dwadzieścia kilka.
+
+Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...
+
+Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny
+bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną,
+owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.
+
+Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach,
+odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę,
+wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.
+
+- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem
+wówczas, że nie jest tak bardzo winnym.
+
+- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie
+wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem
+wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło
+się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w
+jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana
+z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już
+bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.
+
+Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań,
+zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już
+wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem
+należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty;
+podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było
+przywłaszczenie.
+
+Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania -
+pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze
+strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego
+plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko
+znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od
+odległego strasznego wczoraj.
+
+Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim
+rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł
+działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego
+przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie
+niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach
+Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu
+zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem
+potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i...
+
+Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem
+równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała
+cicha...
+
+Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej
+czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje
+wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.
+
+Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając,
+przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu
+dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem,
+opuścił zakład kąpielowy.
+
+Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z
+szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
+
+W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo,
+obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem
+mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie
+miłości, życia, silnie nim owładnęło.
+
+Śpieszył się.
+
+Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i
+jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu
+niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego
+starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych
+raczków.
+
+Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od
+spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo
+muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz
+począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl
+uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek
+zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj
+rozpoczynają się bólem głowy.
+
+Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile?
+Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe
+chora!..
+
+Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i
+niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.
+
+Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo
+blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi,
+przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski
+w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł
+do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już
+sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman
+znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój
+pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.
+
+Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady
+pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią,
+w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód
+obszary Wenecya.
+
+Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w
+rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący
+parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna
+pokoju, gdzie pozostawił Olę.
+
+Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego
+stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu
+podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych,
+wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby
+pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej,
+pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek
+zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i
+dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej
+osóbki.
+
+Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed
+chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból
+głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z
+wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i
+ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.
+
+I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama
+uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił
+wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach
+zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo
+stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu,
+pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny,
+do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej
+nieuczonym głosem mołodycy...
+
+I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?
+
+Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie
+więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego
+szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście
+szczęśliwą.
+
+- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją
+kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich,
+Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała?
+Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu
+drodzy?..
+
+Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z
+godzinę.
+
+Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo
+ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia.
+Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od
+tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza -
+oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore,
+oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z
+niecierpliwością wypatrywała Romana.
+
+Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność
+Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła
+już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków...
+
+Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po
+chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła
+miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone,
+proszące...
+
+Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w
+kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak
+daleko...
+
+Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek,
+poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama
+siebie:
+
+- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała
+już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa
+ich szczęście...
+
+Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się
+młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w
+ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem
+zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z
+lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z
+lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą
+ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka...
+
+Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej
+zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się
+niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry
+ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i
+uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka,
+wymówiła głośne: Aaaa...
+
+Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy,
+stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym
+razem pokoju, z lornetką przy oczach.
+
+Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie
+już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum
+różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań
+skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród
+nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go
+rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie:
+
+- Jest! jest!..
+
+W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła
+szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na
+spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi,
+ujrzawszy ją na nogach.
+
+Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od
+publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez
+Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka,
+rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią,
+przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko
+było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich
+szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana,
+całą białą, górującą wzrostem nad innymi.
+
+Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem
+raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że
+byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona,
+nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na
+dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz,
+chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast.
+
+- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki
+Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie
+pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka
+mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie.
+
+- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam
+przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak
+długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła,
+przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze:
+
+- Myślałam już, że ci się co złego stało!
+
+ Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i
+ odparł:
+
+- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?..
+- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione,
+zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku...
+
+Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta,
+taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na
+chwilę.
+
+- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach,
+dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy
+akompaniamencie chóru innych.
+
+- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz
+jak ładnie śpiewają?..
+
+- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman.
+
+Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą
+kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,.
+gón-dola signore... gón-dola!.."
+
+Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw
+wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań
+gondolierów.
+
+Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się
+przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił
+się niebawem w gondoli.
+
+- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi.
+
+"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła
+się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali
+kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i
+począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona
+zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc:
+[*) Wioślarz.]
+
+- Wstydź się... gondolier patrzy...
+
+Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się
+w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust
+Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i
+namiętnością, pieszczotliwe wyrazy...
+
+A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i
+oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole,
+zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi,
+całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i
+muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały
+w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady",
+na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały
+się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem.
+
+Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i
+stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały
+się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich
+niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających
+śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a
+dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla
+hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc
+różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u
+marmurowych stopni pałacowych balkonów.
+
+Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła
+S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli,
+(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem,
+zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa ..
+
+Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała
+ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz
+donioślejsza, bliższa...
+
+- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem
+śpiewaka.
+
+- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego.
+Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie,
+coraz liczniejsze.
+
+Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali
+pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi
+pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru.
+
+Oboje milczeli...
+
+Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i
+wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy
+kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie,
+zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do
+sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z
+innymi zasłuchał w pieśń...
+
+Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole;
+wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej
+weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej,
+chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę
+głęboko.
+
+Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany.
+Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany,
+od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska",
+przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą.
+
+W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem,
+ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub
+zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się
+milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych
+zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na
+swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych
+językach.
+
+I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i
+bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach
+kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna...
+
+Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki,
+licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże,
+i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych
+dworców.
+
+Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola
+słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś
+dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko
+ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a
+pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni,
+wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących
+się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe,
+narodowe - własne!
+
+Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego
+popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych -
+przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze
+ojca...
+
+Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz
+obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z
+tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem
+najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą
+troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie
+czarnych, rozumnych oczu.
+
+I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu,
+że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko
+za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego
+dzisiejsze nieograniczone szczęście!
+
+Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał
+na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych
+poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie
+przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu,
+czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek.
+
+Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę
+spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub
+słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie.
+Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą
+zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi
+zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób
+czas mijał.
+
+Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z
+cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne
+po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w
+oddali, śpiewy ich cichły...
+
+Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a
+między innemi i barka, koło której kołysała się gondola
+Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także
+liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej,
+wybiła rytmicznie godzina jedenasta...
+
+Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli
+i rzekł:
+
+- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..
+
+- Która? - zapytała Ola, zbudzona.
+
+- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.
+
+- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie
+sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...
+
+- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.
+
+- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.
+
+- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby
+pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko
+do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.
+
+Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu,
+zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem
+latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych
+kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi
+tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony
+odgłos muzyki...
+
+Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony,
+i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo,
+ciągle.
+
+Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne
+myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się,
+dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również...
+
+Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co
+chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się
+echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się
+cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew
+wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w
+oddali...
+
+Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła
+chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się
+śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń
+polska: "Szumią jodły"...
+
+- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch -
+odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy,
+rubaszny trochę głos mężczyzny.
+
+- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią...
+odpowiedział ironicznie ktoś drugi.
+
+- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z
+przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona.
+
+Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle
+nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce,
+zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj,
+Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!...
+
+- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub
+czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym,
+nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz
+cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną,
+głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy!
+
+
+* *
+*
+
+- Patrz, patrz! jakież to piękne!..
+
+Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje
+wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami
+wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po
+bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari
+- stali zaś przed mauzoleum Canovy.
+
+- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby
+się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż
+czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą.
+
+- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się
+wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola,
+podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna.
+
+Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę.
+
+Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik
+dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce -
+mówiło...
+
+Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym
+kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag
+otworem...
+
+Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z
+obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na
+nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony...
+
+I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być
+rzeczywiście nie z tego nędz padołu!..
+
+Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy
+jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w
+nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu
+zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę,
+myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!...
+
+A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną
+jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót
+sarkofagu...
+
+Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda,
+jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami
+kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki.
+
+Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem
+już cisi przestąpią oni próg grobowca...
+
+- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę.
+
+Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego
+pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem:
+
+- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko?
+
+- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola.
+
+
+W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz
+nich bowiem obecnie nie było tu nikogo.
+
+Dzierżymirski wyjął zegarek.
+
+- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili -
+rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z
+kościoła.
+
+Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem
+kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych
+grobowcach dożów, Tycyana i wyszli.
+
+Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce
+paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto.
+
+Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di
+Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali
+nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek.
+
+A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie
+jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd
+zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna.
+
+A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne
+sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także
+zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese,
+Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti."
+
+- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej
+podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem
+milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając
+zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem
+pysznego dzieła Canovy.
+[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w
+Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już
+nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.]
+
+- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to
+obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła
+z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze,
+nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj...
+
+- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty -
+z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich
+wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze.
+
+W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia
+Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem
+poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki,
+zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali
+się wzajemnie.
+
+- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie
+parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?...
+
+- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem
+oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod
+płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego
+różnemi owocami i jarzynami.
+
+Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w
+okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali
+się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t.
+j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia,
+mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową.
+
+Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je,
+Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie
+najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la
+Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy
+domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a
+wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San
+Marco.
+
+Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów,
+przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających
+się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych
+ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko,
+wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą.
+
+Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa
+ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po
+niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski.
+
+-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak
+wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już
+minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona
+rodziny?..
+
+Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak
+Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak
+wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich
+życia; dorzucił zaraz:
+
+- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili
+twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie,
+jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie.
+
+
+Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej
+zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast.
+
+- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy
+się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, -
+myślę o tem...
+
+I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a
+jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one...
+
+W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym,
+położyła swą rączkę drobną na ręku męża.
+
+- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko -
+ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta
+przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki
+mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho
+westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak
+gdyby przestraszywszy się słów ostatnich.
+
+Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją
+serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w
+końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na
+przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak
+sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień,
+wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość
+prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały.
+Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl
+jego pracowała uparcie w dalszym ciągu.
+
+Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy
+widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór
+niewytłumaczoną zgoła niczem.
+
+Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie
+przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut
+sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła
+tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte
+zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc
+także cierpiała...
+
+- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman.
+
+- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej
+chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała:
+
+- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..
+
+Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w
+jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.
+
+Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już
+oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło
+kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych
+kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach,
+brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie
+słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i
+przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi,
+karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola
+powoli zaczęli wstępować na górę.
+
+Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w
+górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko
+pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej,
+wchodzącego wcale nie męczącej.
+
+Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim
+migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek
+krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami
+turystów.
+
+Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem,
+szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną
+szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w
+zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia,"
+kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli
+się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i
+henhen, daleko!...
+
+- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z
+przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze
+sobą lunetę i regulować ją począł.
+
+Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony
+krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się
+promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą
+głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem
+zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając
+się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I
+zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i
+gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca,
+wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...
+
+Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie
+jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już
+morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały
+w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i
+wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej
+gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie
+górskich alpejskich szczytów...
+
+Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.
+
+Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora,
+zachwycał ich ten krajobraz.
+
+- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje
+"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u
+stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy
+jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.
+
+- A, prawda! - potwierdził Roman.
+
+- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył
+jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od
+strony morza.
+
+- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały
+- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..
+
+- Widzę - potwierdziła Ola.
+
+- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej,
+to Padwa i Treviso...
+
+Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam -
+wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski
+- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
+
+I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne
+odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał
+ją, tłumaczył.
+
+Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz
+przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie
+było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się
+do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.
+
+Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą
+dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya
+kościelnych dzwonów...
+
+Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na
+wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi
+powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele
+rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej
+Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się
+łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń
+wieczorną...
+
+Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i
+kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się,
+niosąc swe echa aż do podnóży gór.
+
+Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:
+
+ - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?...
+
+Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie
+urwał...
+
+Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do
+mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem
+ramieniem przycisnął wylękłą do siebie.
+
+To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków
+od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc
+wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."
+
+Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów,
+napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.
+
+A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im
+bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.
+
+Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny
+olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się,
+złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna
+dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy -
+wielki...
+
+Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony
+przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją
+do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem
+jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i
+złączyły usta!...
+
+Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną
+gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich
+pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie
+odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze...
+
+Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej
+chwili ogarnęła Dzierżymirskich.
+
+W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący
+głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą...
+Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego
+zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w
+nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś
+chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi
+i kazał się modlić pokornie...
+
+Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta.
+
+Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła
+cichutko: - Chodźmy już!..
+
+- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie
+Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu.
+
+Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny
+stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w
+dół ciągle.
+
+I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w
+ich dusze, mózgi i serca...
+
+Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma,
+jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze,
+odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe
+słabło!..
+
+Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz
+jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko!
+
+Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając
+murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej
+zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny...
+
+I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w
+myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty
+sumienia.
+
+Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego
+spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem
+zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a
+ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie!
+
+Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna,
+iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty,
+straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w
+Campanili-wszystko!..
+
+A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy
+i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej
+po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w
+dół schodzić poczęli.
+
+Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak
+świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy
+dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród
+ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła,
+spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych.
+
+Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował
+bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo
+ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich
+przypomnienie przeszłości...
+
+W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko.
+
+Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający
+dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły
+się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia
+przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile.
+
+
+
+---------------
+
+
+
+- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha,
+wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta
+nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli?
+
+Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym
+salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil
+Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu,
+wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie
+twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i
+żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod
+pincenez patrzących rozumnie.
+
+- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała
+marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu.
+
+- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i
+dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie,
+co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym.
+
+- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już
+rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani
+Melania.
+
+Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego,
+a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej.
+
+Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w
+takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez
+kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku
+ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na
+wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym
+ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego
+świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze
+dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel
+domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym
+był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną
+konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I
+wówczas to postanowiono, co następuje:
+
+Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z
+Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która,
+postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz,
+po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego
+przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe
+pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec
+rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie
+omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej
+matrony, zawitać na jej salony...
+
+ - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia
+ następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi
+ pan Emil:
+
+- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez
+rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez
+rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych...
+
+- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy,
+wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali
+się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że
+ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony
+wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie,
+no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy
+jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią
+zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład,
+że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu
+u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach
+ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi
+szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!..
+
+Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy
+jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle
+przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia.
+Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika
+o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem,
+jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia
+licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich
+miejsca.
+
+- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę,
+nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie
+swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego...
+
+- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński.
+
+- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt -
+opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i
+niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią
+mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i
+lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła
+ręką...
+
+Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał
+bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy
+ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w
+wizytach.
+
+- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i
+hrabiowie Doliwscy...
+
+- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia
+Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej
+narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z
+Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie
+pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w
+duszy z szumnej nomenklatury.
+
+- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki
+naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka
+drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak
+przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę.
+
+- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam -
+potwierdziła pani Melania.
+
+- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko
+na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również
+mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout
+passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe
+sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i
+wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce
+delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani
+domu: - Vous permettez?..
+
+Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową.
+Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu,
+pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a
+starannie wyczesane, bokobrody.
+
+- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po
+chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na
+jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich...
+Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en
+long et en large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli -
+bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i
+dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową
+tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym...
+
+- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i
+pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania.
+
+- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj
+w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się
+czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć -
+odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na
+Podole, do Ulanówki?
+
+- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem
+zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait.
+
+- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni...
+Ale, a propos, cóż January?..
+
+- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu
+wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu
+smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene,
+bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości.
+Może chory...
+
+- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani
+marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i
+jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze...
+Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego
+pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i
+powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się
+począł.
+
+- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał
+- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? -
+mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się
+więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...
+
+- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani
+Warnicka - do miłego zobaczenia się. .
+
+Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze,
+poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za
+portyerą salonu.
+
+Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył
+pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy
+niedbale adres, kazał się wieźć dalej.
+
+Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w
+dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną
+kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż,
+skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem
+piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.
+
+Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami,
+granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z
+którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w
+bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z
+uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk
+zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut
+później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu.
+
+- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy
+paltot, zapytał: - Był tu kto?
+
+- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak
+pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.
+
+Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.
+
+- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył
+wszystko na bok.
+
+- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany?
+
+- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk.
+
+- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński,
+a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu,
+prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod
+nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery.
+
+Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie
+przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na
+raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się
+już o dziesiątej.
+
+Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil
+więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił
+natychmiast do tualety swej wieczorowej.
+
+W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią,
+przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach,
+przyborami tualetowymi.
+
+Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na
+raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości,
+przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po
+dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o
+poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy
+wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie
+krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie.
+
+Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar
+prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed
+oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w
+ciągu kilku godzin jej salony...
+
+Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum
+elegancki, rozbawiony...
+
+Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet,
+szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych
+- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów
+męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w
+szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem
+harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo
+brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w
+zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej.
+
+Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu
+dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado,
+kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych
+pozorów, jak mało godnem żalu i marnem!
+
+Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci
+sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego
+fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej
+światowych pseudo-przyjaciół i gości!..
+
+Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników,
+widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów,
+wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli
+przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem
+znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego
+uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!..
+
+Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie.
+
+Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte,
+niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki
+pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać
+marszałkowej. Zdrzemnęła się.
+
+W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu
+gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka
+rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy,
+poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos.
+
+W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował:
+
+- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć
+się z jaśnie panią.
+
+- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i
+równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł.
+
+Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki.
+
+Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka,
+a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę
+ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc
+przynosił jej wiadomość o bracie!..
+
+Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i
+przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu.
+
+- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i
+podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki.
+
+Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz
+sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może
+zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego.
+
+- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się
+dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak
+najprędzej, co słychać?..
+
+Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł
+pośpiesznie:
+
+- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic
+również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie.
+
+- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i
+ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić
+czął zwolna:
+
+- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął
+pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli...
+
+- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego
+zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie.
+
+Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych
+kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać
+marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł:
+
+- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z
+troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że
+słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę...
+
+Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej:
+
+- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i
+poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba
+dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z
+państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek,
+podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową.
+
+- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie
+pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się
+tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie.
+
+- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i
+Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej:
+
+- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo,
+prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo,
+bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje,
+ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ,
+u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny
+człowiek...
+
+Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić
+dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym,
+milczała.
+
+Po chwili wahająco ciągnął dalej:
+
+- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą,
+koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem -
+potrzebuje obok siebie przyjaciela.
+
+Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę.
+
+- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie
+nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje...
+tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko
+składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo
+łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam...
+
+Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z
+misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta
+palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni,
+żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione
+wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet
+staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką -
+delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec
+zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa.
+
+Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem
+Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako
+protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem
+przed wręczeniem listu.
+
+Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie
+zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat
+drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast,
+czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej,
+zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się
+pośpiesznie:
+
+- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z
+innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa
+na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko
+pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj
+u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana
+Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?..
+
+Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca
+pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu
+się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż:
+wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie
+dumę jego.
+
+Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu,
+zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej.
+
+Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko:
+
+- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej...
+
+Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się
+stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej:
+
+- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem
+zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam...
+
+- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa
+matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi...
+
+- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając
+jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią
+marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy!
+Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani
+marszałkowej.
+
+Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie
+pochylił się do ręki jej, w ukłonie.
+
+- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem
+pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś
+gorączkowo rozerwała kopertę.
+
+Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na
+marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec
+oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy.
+Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się
+całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na
+palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania.
+Na schodach dopiero odetchnął.
+
+- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał,
+gdyby tak przy mnie list czytała!..
+
+W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie
+pogrążał się w myślach.
+
+Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle
+przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne
+spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy
+przypadek łączył ich kiedy na chwilę.
+
+Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego;
+etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi,
+widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele,
+lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście.
+Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona
+się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała
+poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak
+bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej,
+stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak...
+
+Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą
+musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej,
+bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała.
+
+Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy,
+wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na
+pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów
+Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i
+paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i
+z pogodą na czole.
+
+- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de
+Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie
+wyciągniętą rękę młodzieńca.
+
+- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią
+swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... -
+tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, -
+skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko
+zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod
+wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod
+ramię Krasnostawskiego.
+
+- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?..
+Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek
+cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci?
+
+Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy
+Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie:
+
+- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować!
+Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki
+do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za
+młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach -
+słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana
+swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie
+sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana...
+Zgoda?
+
+- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z
+pośpiechem.
+
+Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej
+dorożki, rzucił adres, i pojechali.
+
+Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:
+
+- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.
+
+Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym
+stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy
+zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do
+Gowartowa.
+
+Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:
+
+- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale
+właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie
+wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy
+zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego -
+o pani Oli i Dzierżymirskim?..
+
+Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało
+wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana
+Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.
+
+- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał
+ironicznie:
+
+- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym
+przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod
+niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej
+przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem
+wobec tego, możemy mówić szczerze...
+
+- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego,
+jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim -
+ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya
+przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego
+ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy
+fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do
+końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?
+
+Krasnostawski milczał.
+
+- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński -
+upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To
+trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało
+się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a
+raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i
+śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło!
+Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie
+lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje
+zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?..
+
+Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton
+rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go
+przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych
+niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. .
+
+Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno:
+
+- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję
+się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego.
+
+- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z
+kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście
+się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny
+nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie...
+
+- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy
+czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie
+polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan
+Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie
+nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego
+przyjacielem...
+
+- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez
+litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to
+wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja
+osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za
+stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię..
+
+Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się.
+
+- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się
+protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę.
+
+- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na
+Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże
+mi napisze, a może przyjadę...
+
+Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie,
+na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem
+jednak przyjaźniej nieco:
+
+- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na
+wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir...
+
+Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał
+się...
+
+Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już
+rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się
+setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach
+szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi.
+
+Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego,
+rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele
+jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie
+czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie
+słówka.
+
+Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli
+przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a
+zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie.
+Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym
+wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim.
+
+Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch
+przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego
+jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i
+głodem, bogate jednak w miłość i swobodę!
+
+Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na
+pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym
+rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle
+Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych
+kielicha.
+
+I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się
+kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne,
+mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem
+flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak
+poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny,
+odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i
+obiecującym nieraz wiele uśmiechem.
+
+A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny,
+pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na
+pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu"
+pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade,
+czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach
+omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym,
+właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły
+przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka.
+
+I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś
+sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem
+dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w
+siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami
+publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i
+niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy...
+
+Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i
+modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało
+go do tej; czynności.
+
+- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź
+odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho
+wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku
+sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie
+razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się
+zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!...
+
+Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice
+miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia
+pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił
+się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz
+bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I
+młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom
+dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o
+wszystkiem.
+
+Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa,
+Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut,
+żądny swawoli i użycia.
+
+Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a
+odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej
+pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka
+dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła
+młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący ,
+śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak,
+gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu
+Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum:
+Ta, lub żadna!
+
+Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem,
+zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią.
+Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i
+znikło w bramie domu.
+
+Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a
+włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W
+oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając
+gościnnie.
+
+Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem
+wchodził już w bramę ogrodu.
+
+O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i
+ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego
+doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione,
+jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary...
+
+To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych,
+gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko
+szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny,
+tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt
+brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu,
+przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego
+słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie
+harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych
+półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego
+śmiechu...
+
+Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom
+drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły
+liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu
+ludziom, o końcu wszystkiego na świecie.
+
+Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z
+ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie.
+Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko
+to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i
+regularnego wiejskiego życia.
+
+Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy
+obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną
+zadumę.
+
+W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście
+i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy.
+
+Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem
+gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś
+po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo,
+wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca...
+
+W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka
+twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych,
+pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś
+spopielałych już i zagasłych zupełnie.
+
+A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego
+dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości...
+
+- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem
+instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem
+westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów.
+
+Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w
+wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska
+figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej
+powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak
+bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek
+zbierał się do odejścia...
+
+- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski,
+pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu.
+
+Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął
+przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się
+głośno i dobrotliwie.
+
+- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła...
+Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie
+i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca.
+
+- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i
+wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił
+się znowu.
+
+Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka,
+zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą
+sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy
+głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego
+młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po
+przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z
+pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego.
+
+Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po
+chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę.
+
+Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na
+jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał
+piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych
+skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się
+iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi.
+
+Krasnostawski jednak milczał w niepewności.
+
+- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą
+była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie,
+czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... -
+dopowiedział sobie w duchu.
+
+Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się
+dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była
+z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej,
+całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby
+dystynkcyą.
+
+Tak się zdało Krasnostawskiemu.
+
+W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli
+zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic
+i westchnęła cicho...
+
+Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W
+parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu
+profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo
+dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda
+czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa.
+
+Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się
+zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś,
+poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął
+więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco,
+posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki:
+
+- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy...
+nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?...
+
+Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i
+przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości;
+zatrzymała się pytająco...
+
+Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą
+już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją:
+
+- Tylko... tak ładnie... cieniutko...
+
+- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym
+nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana,
+ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale...
+
+- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się
+ku dziewczęciu, z uśmiechem.
+
+W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej
+wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się...
+
+- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem
+spojrzeniem.
+
+I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł
+się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się,
+opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się
+dowcipnie, podtrzymywała rozmowę...
+
+Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie;
+śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak,
+zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce,
+jak długi.
+
+Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali.
+
+Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny
+później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę,
+trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan
+plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał
+stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową
+znajomą, rzucił adres - i pojechali...
+
+Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie
+w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który
+zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową,
+pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła.
+
+Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym
+parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z
+rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie
+miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości
+o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie,
+zda się, uleciał od powiek starca.
+
+Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników,
+nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał,
+czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka
+bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce,
+oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby
+zniechęceniem.
+
+By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan
+January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc
+piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem,
+nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad
+ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz
+bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po
+obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani
+nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując.
+
+W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc
+się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był
+iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek
+swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich,
+interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił
+się rzeczywiście do niepoznania.
+
+Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający
+dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle
+i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się
+na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką
+córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January
+zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o
+niem zapomnieć.
+
+I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda
+ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć
+jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka
+przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną.
+
+Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce,
+wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał
+nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu,
+dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu.
+
+Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok
+w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w
+gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem
+papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać
+teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg
+czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi,
+myślał.
+
+W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga...
+
+Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył
+się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach,
+poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy
+biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru.
+
+Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie
+chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się
+znowu.
+
+Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała
+niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła
+niczem.
+
+Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa,
+sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich
+wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na
+biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał
+po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej...
+
+Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy
+starannie papiery do szuflady biurka - powstał.
+
+Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj
+powiek jego.
+
+Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od
+teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą
+opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi
+smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś,
+zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia...
+
+I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec
+Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na
+ogród.
+
+Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po
+murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju.
+
+Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i
+stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne
+pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród
+rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło
+kilka dalekich siół i futorów...
+
+W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego
+krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad
+otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby
+smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami,
+sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła
+właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc,
+pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne
+błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu,
+walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył
+się już dokoła.
+
+Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty
+czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie
+uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z
+tych ciasnych ram pokoju.
+
+W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy
+dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w
+ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy...
+
+Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony
+buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i
+jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc
+drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie
+do lotu.
+
+- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie
+półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz.
+
+W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której
+wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo
+woli na swój ubiór.
+
+Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił,
+pełen apatyi.
+
+Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę,
+naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu,
+powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka
+myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca
+swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na
+pola.
+
+Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał
+krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie
+odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne
+przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący
+telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a
+niespodzianą od Oli wiadomość.
+
+Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i
+równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym,
+przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą
+na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach
+porannych.
+
+Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną
+ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się
+wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny
+potem spuszczał się w jar głęboki.
+
+Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły
+sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko
+szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej
+grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza
+dopełniała krajobrazu.
+
+Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili
+tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając
+ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego
+brzegiem, rozglądając się bystro dokoła.
+
+Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko
+załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą
+wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik,
+zniknąwszy niebawem z oczu...
+
+I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie,
+cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem,
+chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca.
+
+Nagle pan January przystanął:
+
+- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą
+łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał.
+
+Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie
+kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne,
+z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u
+strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia.
+
+Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel...
+
+Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy
+strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je
+trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę.
+
+Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się
+na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się
+wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w
+perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy
+skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko
+prostopadle ponad głową myśliwego.
+
+Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą
+zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i
+poszedł dalej.
+
+Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś
+w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko...
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował
+wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się
+trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do
+nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły
+bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne.
+
+Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj.
+
+Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy
+księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak
+samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w
+dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła
+zwierzyna...
+
+Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i
+jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma
+twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca
+wzrokiem kaczki, płynące po wodach...
+
+Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią
+dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas
+Ola tego sobie darować nie mogła...
+
+Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i
+zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego.
+
+Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie,
+przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego.
+
+Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał
+nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc
+rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie
+słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego.
+
+Staw tymczasem już się kończył..
+
+W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem
+błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i
+sitowiem zarośnięty cały.
+
+Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a
+tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez
+bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych.
+
+Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał
+niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg
+cały wodnistej ziemi.
+
+Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach
+rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu
+wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką
+swą wzrok jego zamglony.
+
+Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny,
+Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga
+niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że
+nie stracił równowagi...
+
+Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje...
+
+Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło
+na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych
+dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa
+wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się
+lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych...
+
+Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z
+innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj
+całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb
+krążył majestatycznie nad łanem zboża...
+
+Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy
+promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach
+chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu,
+zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie
+odwróconą sylwetę idącego mężczyzny.
+
+Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się
+blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on,
+objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących
+wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na
+zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka...
+
+Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa.
+
+Umilkło...
+
+Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z
+radością na promienistem czole.
+
+---------
+
+
+Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch,"
+wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej
+stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach.
+
+Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą
+smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości
+pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do
+brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których
+lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane
+wierzchołki gór.
+
+Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po
+drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego,
+płynących cicho w dal...
+
+Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp,
+zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli,
+spiczastych wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw,
+właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca...
+
+Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś
+nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po
+dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich,
+a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z
+nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją,
+jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru.
+
+A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze
+bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od
+Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata,
+tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem -
+obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak
+spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym
+kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i
+swobody.
+
+W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy,
+przy stoliku, siedziało pięć osób.
+
+Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i
+poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy,
+przystojny Francuz i Dzierżymirscy.
+
+Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i
+młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku.
+Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z
+dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden
+tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż
+nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko
+konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko
+nudzi go nad wyraz.
+
+Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie
+spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się,
+obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie
+na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na
+chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi
+stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała
+pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła
+wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z
+okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową
+koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk
+jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim
+przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko,
+rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia.
+
+Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła
+snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z
+ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie,
+zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy,
+jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule
+zapytała:
+
+- Coś taki smutny, Romciu, co ci?
+
+-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili:
+
+- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na
+pocztę, tam, na dole...
+
+- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?..
+
+Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie
+dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się
+jednak szybko:
+
+- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później
+w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir...
+
+Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał
+się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki
+zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu
+górę z miastem.
+
+Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po
+chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich
+poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana.
+Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w
+wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny.
+
+- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo...
+
+W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły
+się z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły.
+
+Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności,
+znajdował się zupełnie sam.
+
+Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół.
+
+Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym
+pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem,
+drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały
+jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych,
+występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne,
+zapalały się co chwila tu i tam światełka.
+
+Roman nagle przymknął oczy.
+
+Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i
+powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta
+- zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się
+jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie
+znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że
+oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto
+w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej
+toni wód...
+
+Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał
+się głośno.
+
+Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie
+staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej,
+u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek,
+Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad
+miastem.
+
+Roman wzruszył ramionami.
+
+- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął.
+
+W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie
+przyczyniło się do tego postępowanie żony.
+
+Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji
+zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich
+obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to
+właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd
+ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez
+zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie
+wszystko zagłuszyć!..
+
+Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki,
+gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza
+tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym
+celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli...
+
+A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!..
+
+Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego
+papierosa, żachnął się niecierpliwie.
+
+Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego
+gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach
+uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się
+śmiała...
+
+- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w
+Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu
+swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu...
+
+- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i
+lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem
+dopowiedział podrażniony Dzierżymirski.
+
+- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie
+mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze.
+
+Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej
+żony, gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując
+Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć
+zalotną przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu...
+Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie traktować fakt ów
+lekko.
+
+Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się
+ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy
+dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego
+ze swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem
+prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego
+małżeństwie i co porabia January Gowartowski.
+
+Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze
+względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz
+częściej jej twarzyczkę.
+
+Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy
+raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy
+właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty.
+Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i nazwisko.
+
+Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z
+trudnością:
+
+- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - podał
+kartkę Dzierżymirskiemu.
+
+Roman posłusznie napisał swe nazwisko.
+
+Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem
+wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi
+list.
+
+Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę.
+
+Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną
+bitem pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie
+widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym
+bezpośrednio z lektury pisma.
+
+List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o
+ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie
+Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał.
+
+"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz
+koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się
+Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.."
+opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum...
+
+Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod
+wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz
+jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał
+szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego
+podziękowania, z prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey",
+dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł
+śpiesznie i wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku
+nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu
+Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu
+muzyką, wesołością i gwarem.
+
+Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy
+paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i
+położył obok siebie.
+
+Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł
+nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i
+brzoskwiń.
+
+Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski
+sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego
+roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z
+brzękiem na ziemię.
+
+Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące
+na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto
+jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował
+się.
+
+Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku,
+niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w
+drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro.
+
+Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na
+zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany
+pieniądz - zamyślił się...
+
+O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy,
+które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło
+pięciofrankówki choć jednej!...
+
+Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z
+pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na
+niego kamieniem?...
+
+Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo,
+niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby.
+
+- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy
+i głos jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski.
+
+- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!..
+malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie
+cuchnąca!..."
+
+Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad
+wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo,
+przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o
+kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak
+rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po
+powierzchni jeziora błąkały się łódki i małe stateczki, przy
+każdym zaś błyszczała czerwona, duża, okrągła latarka, krwawym
+śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko swe przejście w
+przezroczej toni.
+
+I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po
+jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały,
+utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim
+robaczkom...
+
+Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne
+znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne
+spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem
+młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety -
+spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora.
+
+Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz
+właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle
+posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa:
+
+- S'il vous plait, monsieur!
+
+Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze,
+oddawał mu sakiewkę.
+
+- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł
+Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze.
+
+- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu:
+pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności
+jednak, i odszedł.
+
+Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej
+cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym
+trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co
+do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli
+wydanych kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i
+srebro.
+
+Nie brakowało ani jednego centa.
+
+Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego.
+Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w
+dłonie.
+
+- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi
+nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie
+w głowie, i rumieniec wstydu palił policzki.
+
+Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i
+skierował przed siebie nadbrzeżną aleją.
+
+Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co
+wieczór stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu
+"quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą
+myślą.
+
+W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej
+publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani
+panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim
+komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na
+bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno
+było również i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole;
+przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono.
+
+Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał
+do woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić
+kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć
+trawiącą nudę.
+
+- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas,
+przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc
+Romana uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła.
+Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie...
+
+W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny
+głos kobiecy.
+
+Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa,
+drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy
+przechadzających się gości, odbiła się o echo gór...
+
+Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal
+"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł,
+zniewolony pięknością głosu.
+
+I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie
+uspakajała się burza.
+
+Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ
+zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy
+jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana
+do chwili obecnej.
+
+Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i
+skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że
+dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po
+twarzach przechodniów.
+
+Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą
+ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w
+ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej
+ze sobą nie miała.
+
+Roman uśmiechnął się ironicznie:
+
+- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył
+kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku
+sobie, szyderczo odezwał się po francusku:
+
+- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?...
+
+Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie
+głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła:
+
+- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak
+chłodno...
+
+- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła,
+wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko
+będzie! - rzucił Roman opryskliwie.
+
+- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?...
+
+Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym,
+niezadowolonym wciąż głosem.
+
+- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco
+tonem męża.
+
+- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w
+tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w
+duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony.
+
+- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli
+zarazem.
+
+- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie
+młodzieniec.
+
+Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł
+śpiesznie.
+
+- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął
+rękę...
+
+- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa?
+Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając
+podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli.
+
+- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało
+miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko
+ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam
+pan tak prędko...
+
+Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana.
+
+- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? -
+jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę.
+
+- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski.
+
+- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec.
+
+- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman,
+lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj
+elektryczny, by stanął.
+
+- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie.
+
+- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w
+przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola.
+
+- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku
+Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony,
+i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju.
+
+W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny
+pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który,
+postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w
+drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie.
+
+Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie,
+szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową,
+pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku
+smolne łuczywo, tak zwany kaganiec.
+
+Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane
+ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu
+koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku
+siedział Bolesław Krasnostawski, otulony burką i obłożony
+pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do
+miasta.
+
+Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś
+dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę
+łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym
+Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność.
+
+Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim
+mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak
+święty turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną
+gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie.
+
+A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze
+miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie
+spędzone... Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna
+szczególniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z
+Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu,
+depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie
+dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?...
+To zaiste, było całkiem niezrozumiałem...
+
+I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski
+ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd,
+usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie.
+
+Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie
+wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony
+czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu
+stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych
+polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych,
+ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do
+rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne
+samotne drzewo...
+
+- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo
+nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie,
+wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie...
+zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno.
+
+Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w
+oddali, na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko,
+środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają,
+dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem,
+czerwoną plamą światła.
+
+- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana.
+[*) Słyszysz.]
+
+Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił
+się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo.
+
+- Co to takiego? - zapytał.
+
+- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował
+stanowczo woźnica.
+[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.]
+
+- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski.
+
+Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta,
+przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół
+wiorsty.
+
+Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po
+drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w
+pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i
+spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy.
+
+- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali
+- ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi
+świateł.
+
+- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana,
+zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze?
+
+Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z
+kagańcem.
+
+Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego
+krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali.
+
+W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk
+jazd zbliżał się szybko.
+
+- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z
+kozła, furman pospieszył z informacyą.
+
+Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie
+parobek, z kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił
+pokornie czapki.
+
+- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski.
+
+- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź.
+
+Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów
+nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta.
+
+Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem
+i krzyknął donośnie:
+
+- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!...
+
+Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem
+świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się
+dwóch mężczyzn.
+
+- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez
+Krasnostawskiego konsyliarzem.
+
+- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek
+przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny
+pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może
+tylko z wincika?....
+
+Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz
+doktora, okolona długą brodą.
+
+- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał.
+
+- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski.
+
+- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął
+się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem
+komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej...
+może Bóg da... doktór zatrzymał się.
+
+- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił
+informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł,
+polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się...
+
+- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się
+Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?...
+
+- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco,
+lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki,
+w całym domu nikogo nie ma przy sobie...
+
+- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? -
+rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony.
+
+Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z
+dobrocią i rzekł:
+
+- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju,
+wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał
+Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej
+seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc
+między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie,
+nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko
+zawsze tak było, jak dziś....
+
+- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem
+zapytał Krasnostawski.
+
+- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie
+nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór
+to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w
+ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor
+wyciągnął rękę na pożegnanie.
+
+Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się
+na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on
+usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze
+bardziej.
+
+Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego
+duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki,
+sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do
+bryczki.
+
+- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?...
+- bąknął, aby coś powiedzieć.
+
+- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc!
+
+- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego
+pojazdu.
+
+- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę
+furmanowi.
+
+Tenże odparł lakonicznie:
+
+- Zabuł, pane!
+
+- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski.
+
+Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy
+połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków
+nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły
+znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy
+pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na
+horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż
+wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na
+niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu,
+znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie.
+
+Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku,
+rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła
+nad polami, stepami i krzyżami kurhanów.
+
+W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko
+dokoła zapadło w sen twardy i cichy.
+
+
+---------
+
+
+
+- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja
+cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje
+życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy
+się ku Oli i tuląc ją do siebie.
+
+- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając
+się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy
+najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym
+stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł -
+podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć
+mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie
+wiesz!...
+
+Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie
+bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę.
+
+Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na
+ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie
+przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te
+piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili
+znów mówił:
+
+- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla
+ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz...
+
+Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a
+pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami
+okrywać je począł.
+
+- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej...
+ciszej...
+
+- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie
+nie pozwolę!...
+
+A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:
+
+- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi
+memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew,
+opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To
+była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu
+innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na
+nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne
+do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...
+
+Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.
+
+- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili
+miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w
+milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..
+
+- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem,
+pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie
+było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na
+szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń,
+poczęła mu z kolei szeptać:
+
+- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w
+duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła
+z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami
+śniadą twarz Dzierżymirskiego.
+
+- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała
+się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...
+
+I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi
+świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem,
+urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym
+tętniących w nim młodych pragnień:
+
+- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy,
+nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej
+jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak
+cię kocham, uwielbiam !...
+
+- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam,
+zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam
+za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja
+bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!...
+mój!...
+
+I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał...
+
+Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę,
+minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z
+której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość.
+
+Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku
+tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja
+w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze
+szwajcarskiego miasta.
+
+Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w
+głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po
+ciemno-modrych falach...
+
+I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś
+czarem dziwnym...
+
+A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie
+srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu,
+ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich
+swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami
+zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na
+obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały -
+się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho
+zgrabna, wysmukła barka...
+
+Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał,
+stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u
+stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od
+gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem
+srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie
+wypływała z wolna ta sama łódź żaglista...
+
+Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w
+zachwycie.
+
+Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej
+szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym,
+majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie
+ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu
+skrzydeł, lecących w zaświaty...
+
+Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na
+zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się
+do Oli.
+
+Powstali.
+
+- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z
+zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy.
+
+- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie.
+
+Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod
+górę, ku rozsianym willom miasta.
+
+Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich
+zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska.
+
+- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! -
+krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie!
+W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy
+zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !..
+
+- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość,
+to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na
+świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją
+zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz
+ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!..
+
+Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli
+ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony.
+
+Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami
+bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili:
+
+- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od
+ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to?
+- pytająco nachylił się ku młodej kobiecie.
+
+- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a
+zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego...
+
+- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy
+wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach.
+
+Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku,
+Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali
+wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili
+pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz
+dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure
+więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad
+trzystumetrową głębią Lemanu.
+
+Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w
+kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę
+"Soim-Pèlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka
+jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone
+niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i
+cichego smutku...
+
+- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman,
+gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła
+katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście,
+rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła...
+
+- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do
+jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem
+twoim w Gowartowie...
+
+- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry,
+poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy
+się do Romana, uściskała go serdecznie.
+
+- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś...
+- potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle.
+
+Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą
+była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno
+nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł,
+iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie
+wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy
+natomiast następne - kto wie?
+
+- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy
+się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia.
+
+- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola.
+
+- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem,
+podałem adres Vevey...
+
+- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo
+woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o
+mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?..
+
+Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy.
+
+- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając
+zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem,
+pieszcząc czule młodą kobietę.
+
+I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła,
+zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!..
+
+Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i
+uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli
+nareszcie do dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem
+piętrze.
+
+Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi
+zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego
+milczenia.
+
+W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie,
+świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością,
+Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął
+się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła
+kapelusz i wolno poczęła się rozbierać.
+
+Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego
+domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne
+uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc
+widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że,
+hałasując, spać mu przeszkadzano.
+
+Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść
+nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów.
+
+Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie,
+zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i
+szczerze.
+
+- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka
+pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas -
+objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach,
+zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem).
+
+- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba,
+naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała
+się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają
+częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił.
+- Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie,
+Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał
+sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło:
+Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż
+wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz
+dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął
+śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej
+sąsiadki, co?...
+
+Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła
+właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z
+obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła
+się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk.
+
+- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź
+muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!..
+Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!..
+
+I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i
+począł całować je głośno, cmokając z lubością.
+
+- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za
+ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu.
+
+- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur
+wściekłe.
+
+Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować
+zamaszyście.
+
+- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością
+hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w
+ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i
+przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała
+Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod
+długich rzęs...
+
+Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął
+ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny.
+
+Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na
+balkon.
+
+Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim
+oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy.
+Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie
+srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie
+tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się
+zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi
+mewami muskające stale grzbiety jego fal.
+
+Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz
+grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich
+śnieżnych szczytów.
+
+A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak
+iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey
+światełka, kolejno - stopniowo nikły...
+
+Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy
+powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki
+niebieskawego dymu.
+
+Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym
+gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność
+ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a
+czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał
+się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród
+rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra!
+Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha
+Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane
+sumienie - spało.
+
+- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot
+obietnic pełny, wołający go głos kobiety.
+
+- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił
+próg balkonu.
+
+Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast
+błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w
+półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej
+ramiona.
+
+Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem
+suknem balkonowe okiennice.
+
+- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak
+ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman
+usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu,
+skierował się szybko w głąb pokoju.
+
+***
+
+Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i
+niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich
+zapukał ktoś dyskretnie.
+
+Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten
+odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając
+przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku
+wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho...
+
+- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie,
+wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała
+jakiś papier.
+
+- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku.
+
+- Telegram! - brzmiała odpowiedź.
+
+- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny
+odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do
+okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru.
+
+Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i
+telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu
+Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie.
+
+Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się
+coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały
+wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp,
+pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie,
+wschodziła snać jutrzenka...
+
+Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę
+komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry
+wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie
+na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od
+rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem...
+
+Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem,
+bólem...
+
+- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej
+jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy
+twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu.
+
+
+---------
+
+
+Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach
+poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych
+wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się
+swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej,
+unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu
+czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i
+zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w
+ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim,
+splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie -
+pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą.
+
+Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni,
+unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim
+dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego
+miasteczka, drugą - Krasnostawski.
+
+Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu
+łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd
+wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać
+poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych,
+włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie
+wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych
+koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd
+niespokojnem okiem.
+
+Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i
+stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na
+wiejską groblę.
+
+- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?..
+Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... -
+odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza.
+
+Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i
+brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów,
+wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie.
+
+- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January
+dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!..
+
+Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił:
+
+- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku
+Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!..
+
+- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a
+wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie
+godziny...
+
+- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam
+ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana!
+Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po
+przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych -
+wyzdrowiałem...
+
+Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie
+stępa, zauważył:
+
+- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż?
+
+- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski.
+
+U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń
+wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w
+której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku.
+
+Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze
+część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary
+lokaj, klucznica i kilku domowników.
+
+W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej
+czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał
+głośnym szeptem:
+
+- Żyje?..
+
+- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast
+dorzucił:
+
+- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i
+do jutra rana...
+
+- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski.
+
+- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam
+młodsza jaśnie pani niezdrowa...
+
+- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w
+domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na
+widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się.
+
+Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany
+towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk
+uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży,
+utajony w Przenajświętszym Sakramencie...
+
+W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz;
+idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w
+głąb sypialni chorego.
+
+Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata,
+sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili -
+Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się
+wielkiemi krokami po pokoju.
+
+Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie
+spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go
+osobiście, wzywał lekarzy, konsylia.
+
+Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci
+widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia
+poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o
+nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi
+swego, Tarnopolskiego.
+
+Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym
+proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się
+dzieje w Gowartowie.
+
+Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie
+odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny,
+zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie
+dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej
+wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski
+umiera.
+
+Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle
+Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty
+w przyległej komnacie chorego.
+
+- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna,
+spojrzał w zadumie.
+
+Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór
+klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie
+na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty
+sioła, i step w perspektywie.
+
+- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i
+wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć
+dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i
+rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się
+przelatywały mu po głowie.
+
+- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki
+niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy
+milcząco czoła!
+
+I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej
+nieubłaganej godzinie przyjść musi !..
+
+- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony
+mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem
+ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak
+samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające
+sfinksa zagadką...
+
+- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł
+głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą.
+
+I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego
+pokoju...
+
+Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się,
+natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła.
+Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku
+niemu.
+
+- Cóż, księże proboszczu? - zapytał.
+
+- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł
+tenże z powagą.
+
+- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To
+jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy
+choremu przypadkiem nie lepiej?...
+
+- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego
+Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański.
+
+- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie,
+ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza
+dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej
+chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą,
+głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował
+pośpiesznie.
+
+- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę...
+
+- Już? - zdziwił się młody plenipotent.
+
+- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać,
+jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe
+przedwieczorne odmówię.
+
+- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w
+półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami.
+
+Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece
+staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on
+spokojnie.
+
+Widząc to, proboszcz wyszedł.
+
+Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po
+wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się
+w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski.
+
+Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich
+odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut
+później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu...
+
+Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez
+milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego.
+
+- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło
+łoża chorego.
+
+- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho.
+
+- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie
+tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski.
+
+Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła
+się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego
+przy łóżku, usiadł ciężko.
+
+Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając
+niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni
+domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny
+nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story
+rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce...
+
+Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się
+głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem.
+
+Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów
+w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym
+ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie
+odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci!
+
+Minęło w ten sposób dwie godziny.
+
+Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą
+czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami
+krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie
+jakieś dla ucha dochodziły odgłosy...
+
+To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach
+pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską
+dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych
+łanów, gromadą...
+
+Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony,
+ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na
+chorego...
+
+Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko
+- wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał
+wokoło.
+
+Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka
+blisko.
+
+- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością.
+
+- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie.
+
+- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami
+powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym,
+cichym głosem:
+
+-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno...
+Tak tu ciemno...
+
+Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę.
+
+Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego
+zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane
+gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych
+liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła,
+ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu.
+
+Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen
+tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem
+krajobraz.
+
+Do łóżka zbliżył się pośpiesznie.
+
+- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję -
+odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej:
+
+- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch
+słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich.
+
+- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że
+głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej...
+
+- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie
+będzie... to tylko na chwilę...
+
+Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej,
+uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny.
+
+- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już
+nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił:
+
+- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany
+panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo -
+żółtą ręką taborecik.
+
+Krasnostawski usłuchał.
+
+- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo.
+Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś
+twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły.
+
+Krasnostawski wyczekiwał, milcząc.
+
+- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili.
+
+Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W
+dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co
+chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho :
+
+- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie
+opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... -
+spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w
+jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po
+wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu:
+
+- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem,
+nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy
+nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na
+ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak
+ściana blady.
+
+Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą,
+a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i
+silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe.
+
+- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić
+począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i
+wysiłku głosem :
+
+- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów
+zamilkł sekund kilka.
+
+- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały
+zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej
+nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl
+swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u
+notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej
+niekorzyść...
+
+Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył:
+
+- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu...
+Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!..
+
+Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia
+Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony.
+
+- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski.
+
+Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym
+ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża
+stoliczka.
+
+Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd
+pęk kluczy i oddalił się cicho.
+
+Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka,
+odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut.
+Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą
+kopertę.
+
+Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł
+się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament.
+
+- Dziękuję... - wyszeptał.
+
+Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą
+ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna
+na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony
+test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie
+dźwięcznym, stanowczym, wymówił:
+
+- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki.
+
+Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni
+surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili
+jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a
+dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach.
+
+Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan
+January:
+
+- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili:
+
+- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..-
+dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy,
+trupio blady, umilkł...
+
+Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła,
+lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca...
+
+W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś
+nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski
+jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym,
+zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami.
+
+Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek
+posłyszał jeszcze:
+
+- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę...
+
+Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od
+łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu.
+
+Minęło z dziesięć minut.
+
+Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po
+chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się
+cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle...
+
+W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie.
+Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie,
+samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje
+balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem
+powietrzem...
+
+Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym
+powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo,
+ogłupiały jakby na razie, bezmyślny...
+
+Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i
+parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To
+codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na
+wieczorną kolacyę.
+
+Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i
+głód.
+
+Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy
+po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na
+palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę
+całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie
+miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa.
+
+W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił
+się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju
+Gowartowskiego.
+
+Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę,
+przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego.
+
+Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko,
+cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła,
+zmiana nagła.
+
+Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i
+dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna,
+zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna,
+jednostajnie...
+
+Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika,
+wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na
+receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął.
+
+Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym...
+
+- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie
+młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może
+Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno.
+
+Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg
+Krasnostawskiego.
+
+Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął
+mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się...
+
+- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął
+przeciągle z cicha.
+
+- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie
+przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej
+wody.
+
+Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze
+szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił
+się w fotelu.
+
+Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent
+spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami.
+
+Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w
+komnacie.
+
+A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować
+zaczęła.
+
+Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął
+wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem
+park stary.
+
+Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a
+w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny
+odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił
+przeciągle godziny jedna za drugą.
+
+Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się
+początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory
+starzec już konał...
+
+Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego,
+stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego
+dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu...
+
+Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie.
+Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w
+cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na
+głowie.
+
+Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup,
+nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały -
+straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie -
+charczał złowrogo...
+
+Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia,
+że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w
+życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc
+bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał
+przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do
+miejsca, do ziemi.
+
+Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem,
+konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali
+krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk
+niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim.
+
+Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna,
+bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz
+obojętna do łoża... nachyla nad konającym...
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto
+śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz
+przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !..
+
+- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski,
+schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu
+dzwonek - wybiegł.
+
+W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy
+dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !..
+
+Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone
+ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał
+jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał..
+
+Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby
+w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka.
+Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku.
+
+Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy.
+Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana
+Januarego.
+
+Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli,
+charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie...
+
+Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą,
+przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej
+chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca -
+mknęło w zaświaty...
+
+- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ
+się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił
+ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać
+zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi.
+
+Poczęto się żegnać pobożnie...
+
+Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z
+wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i
+aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam,
+gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu
+niebo otworzyć pragnęła.
+
+
+---------
+
+
+
+Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po
+białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno
+do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem,
+kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru
+delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u
+świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni
+cieplarnianych kwiatów.
+
+Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia
+progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski...
+
+Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks,
+zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie
+na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna,
+pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie.
+
+Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i
+świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić
+się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!..
+
+I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski,
+cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju
+słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp
+katafalku, sędziwej kobiety-siostry!..
+
+Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi
+usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada
+łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy
+ukochane.
+
+I modli się znów pokorna!..
+
+Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i
+martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś
+nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a
+w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale.
+
+- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w
+ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą
+wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego.
+
+A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają,
+igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z
+pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa...
+
+Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej
+czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają
+się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już
+mężczyzna...
+
+To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej,
+podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno.
+
+Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból
+niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec,
+przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy
+Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o
+katafalk, w bolesnej zadumie.
+
+Mija tak długa chwila.
+
+Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna
+Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w
+nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do
+Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa
+niem delikatnie raz, drugi...
+
+Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego
+zamyślenia i unosi głowę..
+
+- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?...
+
+Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony
+jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze,
+daleki tętent i turkot kół powozu.
+
+I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski.
+
+- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w
+faetonie... Zdaje mi się, że to - oni...
+
+Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z
+klęczek.
+
+- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek -
+ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos
+jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana
+Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu...
+
+- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale
+prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się
+biedaczka wystraszy.
+
+Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś
+jej przekłada.
+
+Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje
+i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie...
+
+Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed
+chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz
+snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie
+przerywa martwą ciszę... Powóz staje.
+
+A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne
+jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery...
+
+Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny,
+straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad
+za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już
+całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie.
+
+Jeszcze chwila...
+
+I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle,
+zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym
+zostaje.
+
+Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego
+prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega
+ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola...
+
+Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i
+wytworna sylwetka jego.
+
+Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem
+hałas drugorzędny jakiś, inny...
+
+To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało
+rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej
+wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na
+ziemię...
+
+Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie...
+
+Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli.
+
+- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc,
+wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w
+łkaniu, szlochając.
+
+Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana.
+
+- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! -
+szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla
+się i klęka po drugiej stronie katafalku.
+
+A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa
+je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co
+bić już na zawsze przestało!..
+
+- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. -
+powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!..
+
+Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w
+bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją
+Ładyżyński.
+
+Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być
+się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte
+świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy
+wciąż nieruchomo, myśli...
+
+Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony,
+bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały.
+
+- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco,
+błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa
+się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w
+dal, do parku, na step i pola!..
+
+I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać,
+łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych
+brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk
+boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal...
+
+I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !..
+
+A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i
+step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki
+rosy...
+
+Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego
+dziecka.
+
+Lecz czyż to złudzenie?..
+
+Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że
+oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam
+zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez
+końca...
+
+Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze
+tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup
+słyszał jeszcze ?
+
+Któż wie? któż zgadnie?
+
+- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna...
+nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega
+się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych,
+bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze.
+
+- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej
+kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól
+szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na
+rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty.
+
+Wystraszeni podążają za nim wszyscy...
+
+To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej
+sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili
+despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi.
+Troska o żywym wzięła górę!..
+
+W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko
+poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół
+przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym
+majestacie śmierci - umarły pozostał sam.
+
+
+***
+
+
+Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka.
+
+W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze
+światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy
+przez okienne szyby.
+
+W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego
+dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader
+dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna
+rozbierał leniwie.
+
+Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek
+wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar.
+
+Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił
+haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę,
+zgasił światło.
+
+Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż
+zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie,
+zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o
+ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu
+jego.
+
+Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka.
+
+Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną
+spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku...
+
+Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem,
+szeleszczącem pościelą łożu.
+
+- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z
+zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a
+przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za
+nieposłuszeństwo wydziedziczył.
+
+Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo
+rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach
+pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski
+podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament.
+
+On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej
+woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał
+się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę.
+
+Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią
+uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które
+czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych
+z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie
+wydanej.
+
+Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko.
+
+Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał
+dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko,
+przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie
+wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby
+rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej,
+choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż
+złoto wątpliwe szło - nikło...
+
+Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył
+się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej.
+
+On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de
+facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny.
+
+I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego
+domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w
+czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu
+piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne.
+
+Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi
+cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań,
+nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od
+siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan
+January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia.
+
+Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz
+zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po
+wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się
+przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli -
+swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość.
+
+Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał
+dochody...
+
+I Romana upajało to jutro!..
+
+Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle
+odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego
+właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą,
+gębą!..
+
+- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z
+zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic
+nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie
+czasami bywa wcale miłem.
+
+- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? -
+rezonował dalej w myślach swych Roman.
+
+- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy
+zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z
+przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!..
+
+- A jak? któż o to pytać będzie...
+
+Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju
+odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś
+dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej"
+piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie.
+
+Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą
+przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i
+szlachetniejszą podstawę.
+
+- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie
+właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki
+kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem
+układał już względem tego plany na przyszłość.
+
+- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie
+zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy -
+szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze,
+oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!..
+
+- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył
+głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z
+mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz
+jakaś gorączka czynu.
+
+Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego,
+Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie.
+
+- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla
+tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało
+szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale,
+by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę
+szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic
+przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!..
+
+- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie.
+Dzierżymirski brwi zmarszczył.
+
+Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a
+równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z
+odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem!
+
+Bo, rzeczywiście...
+
+Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama
+zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został
+panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów
+braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad
+drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go
+w spokoju!
+
+Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć
+zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą
+jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana
+pokrywała się cieniem.
+
+Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy
+Dzierżymirskiego.
+
+- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca
+szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty,
+delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na
+ziemię.
+
+Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki,
+myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła
+mu przez głowę.
+
+Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha:
+
+- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai...
+Sprzątną jutro...
+
+Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując
+zasnąć.
+
+--------------
+
+CZĘŚĆ DRUGA
+
+
+
+
+Była wiosna...
+
+Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze,
+uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach
+wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i
+nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach
+ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły -
+upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska,
+królewska, wspaniała...
+
+Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem
+ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie,
+obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem
+papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski
+i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny.
+
+Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać
+poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę.
+
+Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we
+czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz
+zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie,
+bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania.
+
+Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą,
+ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie
+zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu.
+
+Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające
+go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął.
+
+Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem
+suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go
+fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko
+starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych
+gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza,
+zagadnął:
+
+- Zatem... panie prezesie?
+
+Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś
+odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł
+lokaj, trzymając duży list na tacy.
+
+- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w
+końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł...
+
+- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli,
+nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma.
+
+Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko
+wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami
+podpisów.
+
+Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy
+czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem
+znowu przeszkodzono mu.
+
+Ktoś pukał do drzwi dyskretnie.
+
+- Proszę!.. - rzekł Roman głośno.
+
+Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo
+wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz
+ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich.
+
+Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski
+zerwał się na widok wchodzącego.
+
+- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko
+jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego
+instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę.
+
+- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy
+zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził
+dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i
+gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu.
+
+Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał
+się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami.
+
+Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a
+przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale:
+
+- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie
+interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą
+korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów
+jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w
+tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, -
+czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone...
+
+- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił
+zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu
+nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę !
+
+Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować,
+lecz Dzierżymirski już mówił:
+
+- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie
+mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do
+niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych
+towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go
+podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w
+komisyi rewizyjnej.
+
+- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z
+lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie
+całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął
+powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i
+zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem
+lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd...
+
+I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił:
+
+- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za
+parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku.
+
+Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego.
+
+- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność
+komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa
+się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to
+również małej wagi...
+
+- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, -
+przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko -
+lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich
+kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć
+sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie
+już w zupełności...
+
+Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie
+kwestyi.
+
+Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył
+osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść
+doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej
+przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego.
+
+- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie
+pychy rozpierało piersi.
+
+Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca.
+
+- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?...
+
+Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak,
+podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź
+przychylną.
+
+- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym
+przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają
+na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć
+już chyba muszę!..
+
+- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest
+Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa
+swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w
+rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko
+przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił
+z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję
+również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej -
+uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo
+podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc
+niezliczoną...
+
+- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą
+przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy
+dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego
+Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by
+lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał.
+
+Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił
+tylko głowę i powstał z siedzenia.
+
+Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko.
+
+- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a
+przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie
+może.
+
+- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady
+Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej
+zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem.
+
+- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za
+tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać
+się począł po pokoju.
+
+- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca
+kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała
+go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli
+nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w
+umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty
+ostatniej.
+
+Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się
+po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi
+krokami.
+
+Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało
+wejściem lokaja.
+
+- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem
+- zaanonsował.
+
+- Jak się nazywa?
+
+- Oto bilet, jaśnie panie...
+
+Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał
+wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono.
+
+- Proś! - rzekł krótko.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka
+i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam
+porozrzucane papiery.
+
+- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął
+jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę.
+
+Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list
+znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie
+w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka.
+
+Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam
+już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc
+pióro, Roman począł pisać zamaszyście.
+
+W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa
+postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast
+do biurka i przemówiła głośno:
+
+- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie...
+
+Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano
+wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą.
+
+Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych
+rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej
+powierzchowności.
+
+- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł
+uprzejmie i począł pisać znowu.
+
+- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale
+szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu
+Roman.
+
+Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał
+jej grzecznie, lecz sucho:
+
+- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak
+pani nie pilno?..
+
+- O, nie... przeciwnie... Tylko...
+
+Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej,
+najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li
+tylko zgrzytem pióra po papierze.
+
+Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na
+nieznajomą.
+
+Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i
+uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby
+obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak
+natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka.
+
+Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się
+zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast.
+
+- Czy jest kto? - zapytał.
+
+- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź.
+
+- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman,
+gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do
+nieznajomej.
+
+- Słucham panią... Czem służyć mogę?
+
+Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze,
+i zmieszana nieco przemówiła:
+
+- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często
+wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... -
+tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego,
+poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich
+myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania:
+
+- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam
+więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli,
+inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo,
+bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w
+wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę.
+
+Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z
+przerwy.
+
+- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża
+pani? Czy żyje?...
+
+- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu...
+Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła.
+
+Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę.
+
+- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego
+nazwiska... - wycedził z wolna.
+
+Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów
+przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie.
+
+- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem.
+- Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie
+raczy...
+
+- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile
+razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie -
+widział mnie mąż pani?
+
+- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z
+odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było
+dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci...
+
+- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z
+wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza
+zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego
+człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam,
+że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska,
+śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich.
+
+Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni
+przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene,
+niezręcznie, odrzekł zimno:
+
+- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści
+interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj -
+liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też
+nie przypominam go sobie.
+
+Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica
+Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej.
+
+- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć
+sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie
+jej czuć było śmiertelną obrazę.
+
+- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie,
+tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie
+Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet
+stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie...
+Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę
+Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się
+nami... - kończyła przybyła z godnością.
+
+- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał
+baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się
+jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie,
+że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których
+powoływała się siedząca przed nim jejmość.
+
+Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie
+znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie,
+ścisłej logiki, rzekł szybko:
+
+- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić
+jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę?
+
+Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i
+wyjąkała:
+
+- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na
+taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez
+wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk
+do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na
+chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym,
+dodała:
+
+- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie
+znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę
+sama z arystokracyi, więc...
+
+To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało
+wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie
+dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza
+swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło
+powiedzenie jej ostatnie.
+
+Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem,
+uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie.
+
+- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał.
+
+- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i
+namaszczeniem odparła dumnie wdowa.
+
+Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie,
+że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według
+heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych
+w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba.
+
+Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie
+odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz
+siedzącej przed nim kobiety.
+
+Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe,
+teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu
+wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę.
+
+I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta...
+
+Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i
+układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane
+policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli
+zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę
+przed oczyma obserwującego mężczyzny.
+
+I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością
+jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de
+domo", zamyślił się nagle.
+
+Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej,
+był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok.
+
+I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia
+prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po
+minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął
+rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i -
+wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole.
+
+Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko:
+
+- Służę pani!
+
+Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego
+potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja:
+
+Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę.
+
+- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski.
+
+- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej
+nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił
+tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj
+podał bilet.
+
+Roman rzucił nań okiem...
+
+Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała
+powtórnie.
+
+- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym
+poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować
+mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi
+udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?..
+
+Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł:
+
+- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa :
+"R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i
+skłonił się z daleka.
+
+Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej
+"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja:
+
+- Jest kto? - zapytał.
+
+- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć
+koniecznie.
+
+- Jak wygląda?
+
+- Taki sobie... nie bardzo pokaźny...
+
+Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp
+wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od
+powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie:
+
+- Proś!..
+
+Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z
+Melsztyna.
+
+Minęło parę minut.
+
+Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego
+już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i
+patrzył nań uporczywie.
+
+Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy
+przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać
+tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki
+obojętnym wskazał krzesło.
+
+- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił
+się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka,
+Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i
+zagłębił się w nich, ze skupieniem.
+
+Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by
+ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia.
+
+Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu -
+jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał,
+przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!..
+
+I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile
+dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego
+przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki
+z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości,
+pragnieniem życia - z drugiej!...
+
+Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych
+dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą
+potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim
+tak silnie...
+
+I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do
+siebie jednocześnie:
+
+- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie
+to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz
+dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!..
+
+Przepastna ironia - koło bez wyjścia!..
+
+Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich
+nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał
+całkowicie, w rachunku i pracy.
+
+Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił
+niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało
+mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem
+spokojnym zupełnie przemówił obojętnie:
+
+- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?..
+
+- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie
+przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie.
+
+Dzierżymirski zawahał się chwilę.
+
+- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma
+przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo,
+lecz doprawdy nie przypominam sobie...
+
+- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa -
+przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty
+siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś
+nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas
+poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być
+może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my
+ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to
+jest ja, zostałem u jej podnóża...
+
+Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś
+dodał; z goryczą:
+
+- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie
+przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał,
+gotów do wyjścia.
+
+- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu
+wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z
+miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu.
+
+- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan
+zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie
+teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman
+łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą.
+
+Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł:
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla
+mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne
+nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie,
+zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie:
+
+- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie
+"ty" nawet!
+
+- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski
+pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę.
+
+- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością
+usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak
+mógł najprzychylniej.
+
+Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał
+przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się:
+
+- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie...
+prezesie!., - uśmiechnął się znowu,
+z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić
+go nieco o położeniu mem obecnem.
+
+- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący
+mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą.
+
+Zieliński dostrzegł ruch jego.
+
+- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem.
+
+- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam
+ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja
+jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... -
+powtórzył znowu uprzejmie.
+
+- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński.
+
+- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a
+nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto
+godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego
+zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi
+i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się
+chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!...
+Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi
+zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale,
+niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody
+człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał.
+
+- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z
+miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego
+ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją
+Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie
+miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje
+drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie,
+zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś
+białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w
+domu u mnie - nędza!..
+
+Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął:
+
+- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z
+pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną,
+o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie
+umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a
+której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z
+siebie z mocą.
+
+Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już
+wcale oczu na Romana.
+
+Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę
+fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął
+wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a
+życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego
+studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być
+idealistą!
+
+Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski,
+zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy,
+pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się
+następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?..
+
+- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! -
+odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart,
+wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to
+wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi!
+
+- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił
+głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie
+zarazem:
+
+- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady.
+
+Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei:
+ - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie
+ jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas
+ całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo...
+ Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku
+ Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane
+ są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle,
+ jak francuski, niemiecki, a może i angielski`?..
+
+- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie
+posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie
+wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków
+europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy
+rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą,
+geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę...
+
+I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec,
+westchnąwszy smutnie, dodał.
+
+- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się
+teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki
+życiowej i praktycznej.
+
+- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko,
+szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi
+fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan...
+Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w
+imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do
+prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej
+zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter
+pisma?
+
+- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z
+odpowiedzią Herman.
+
+- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do
+stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko
+do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w
+ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim
+pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego
+miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z
+jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem
+przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś
+wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do
+kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?...
+
+- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy!
+Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy
+się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z
+przejęciem dłoń Romana.
+
+Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a
+podając go młodemu człowiekowi, rzekł:
+
+- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem,
+że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość
+naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go
+pan zobaczysz!..
+
+I Roman Zielińskiemu podał rękę.
+
+- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem
+w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego
+towarzysza.
+
+Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim
+znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i
+zadzwonił na, lokaja.
+
+Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami.
+
+- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety,
+a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę
+minut po dwunastej.
+
+- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił
+czekającemu słudze.
+
+Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po
+pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe
+kółeczka dymu.
+
+Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z
+nią tak nagle świeżo minionej przeszłości.
+
+I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony
+wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę.
+
+Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman
+prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca,
+taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność
+sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty.
+
+A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego!
+
+Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta.
+Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony
+i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia
+posiadał.
+
+Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko.
+Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego
+rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła
+szczęśliwym!..
+
+I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było.
+Cierpiał...
+
+Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać
+zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we
+wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana
+ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już
+dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne -
+żywe!
+
+Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej,
+haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i
+widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w
+prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za
+popularnością, wielkością i znaczeniem.
+
+Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się
+życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich -
+marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie
+zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak
+robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z tych,
+którzy go ponad siebie wynoszą!..
+
+Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły,
+jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego
+"wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt
+nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i
+cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym,
+zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy!
+
+A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą
+Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał.
+Ale, niestety, były to tylko... chwile.
+
+Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by
+Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed
+przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala
+od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z
+wyrzutami sumienia.
+
+O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!..
+
+Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł
+właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci
+własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu
+całemu?..
+
+W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie,
+leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem
+tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu
+nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela -
+czekały one nań tam daremnie.
+
+Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta
+tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej
+zagadki prawnego pieniędzy tych pana!
+
+Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on
+jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się
+przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby
+je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia
+sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!..
+Przestraszał go on - przejmował zgrozą...
+
+Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury,
+czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już
+raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!..
+
+Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia
+w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie
+na trop właściwy.
+
+Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których
+wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe...
+
+Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem.
+Zagadka trwała.
+
+Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił
+Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za
+granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był
+związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą.
+
+Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w
+chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za
+głowę i szepnął do siebie przejmująco:
+
+- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak
+czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał
+filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy
+samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco,
+do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! -
+sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana.
+
+O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie
+działał już bynajmniej.
+
+Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą,
+patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój
+własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd
+wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości,
+nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo
+pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej
+bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą.
+Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał...
+
+Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej
+pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy
+jego.
+
+W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej.
+Roman się wstrząsnął.
+
+Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!..
+Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!..
+spokoju!..
+
+I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski
+wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro,
+począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery.
+
+W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i
+odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej
+porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy.
+
+- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się
+natychmiast.
+
+Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela
+! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz
+jednej - jedynej!
+
+Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia,
+w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami
+spódnic.
+
+I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko
+jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała,
+ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna
+trzydziestu.
+
+Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w
+czoło i zapytał:
+
+- Dokądże to tak moja pani?
+
+- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty
+wychodzisz także?..
+
+- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.
+
+- Na którą godzinę?
+
+- O pierwszej się rozpoczyna...
+
+- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu
+zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?
+
+- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na
+mieście...
+
+- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy,
+uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie
+nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...
+
+- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do
+domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego,
+Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To
+znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy
+filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich,
+ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze
+damskie pseudo-prace?..
+
+- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy,
+panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o
+czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho,
+już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona
+niby Ola.
+
+I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie
+małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował:
+
+- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...
+
+- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od
+dręczących go do niedawna wspomnień.
+
+- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola.
+
+- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to,
+moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... -
+zapytał lekko.
+
+- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam -
+roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj,
+przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...
+
+Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.
+
+- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.
+
+- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się,
+Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.
+
+W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń
+pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem
+mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce,
+krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.
+
+Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub
+z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a
+oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim
+ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman:
+
+- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu
+nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich
+naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że
+nic nie masz przeciwko temu, moje życie ?..
+
+- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy
+przecież złożyć wizyty...
+
+- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz,
+kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de
+crainte, stawią się wszyscy...
+
+- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną?
+
+- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia
+huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy
+wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych
+rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. -
+Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył:
+
+- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam
+znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić
+wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w
+wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu
+wybitniejszych osobistości, i koniec.
+
+- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię
+wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. -
+Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?..
+
+- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej
+zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego
+przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy...
+Zjem na mieście.
+
+- A wieczorem? - pytała dalej Ola.
+
+- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego
+kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu -
+obiecałem.
+
+- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja
+już o czwartej wracam do domu.
+
+Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna
+czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny
+tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość
+majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących
+się i wesołych.
+
+- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka
+laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego
+gmachu Związku Kredytowego.
+
+Powóz zatrzymał się posłusznie.
+
+- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy
+żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka
+skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim
+ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy.
+
+Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem
+Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie,
+poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma,
+zatrzymał się i uśmiechnął...
+
+W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie
+jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie
+skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i
+niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i
+blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz
+znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem.
+
+------------
+
+
+Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty
+Romanowstwa Dzierżymirskich...
+
+Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych
+ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów
+łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni,
+spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają,
+załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i
+ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem.
+
+Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i
+ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości
+siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza
+się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska.
+
+Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe
+towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny
+prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i
+poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę
+grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni
+wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej,
+filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet.
+
+Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu
+swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w
+pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila
+nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał
+się wprost niemożliwym...
+
+Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących
+gości, ustępując sami naporowi ścisku.
+
+A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób
+powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej
+fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli,
+posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U
+wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi,
+stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu
+komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów.
+
+Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o
+impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności,
+wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich.
+
+Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie
+nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe
+wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce.
+
+Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn,
+ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek
+czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i
+mruknął do siebie:
+
+- Ho-ho!.. pas mal...
+
+Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał
+żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha
+do siebie, po francuzku:
+
+- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre...
+
+I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś
+lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem,
+kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę
+kroków naprzód.
+
+Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce.
+
+- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po
+polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila
+Ładyżyńskiego.
+
+Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec
+postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej
+bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego.
+
+Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie.
+
+- Eh bien, chèr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil -
+jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et,
+ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas,
+bo jest akurat pod przeciwnym biegunem.
+
+- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak
+bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz
+prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem...
+
+- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz
+prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie
+w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy,
+płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie,
+rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza,
+puścił się naprzód.
+
+Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to
+zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z
+wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować
+jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań...
+Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się
+komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał
+dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej.
+
+- Uf, nous y voilà!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu.
+
+- Widzę Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o społecznych
+sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle
+chance...
+
+I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około
+siebie przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać
+się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami,
+Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące
+głośniejsze wyrazy i zdania.
+
+- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga
+działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i
+tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych
+frazesów!
+
+Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka,
+tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy
+rozprawiających zapalczywie mężczyzn.
+
+- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto
+rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński.
+
+Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od
+innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie
+zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku
+niemu, z serdecznością, przemówił:
+
+- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno?
+
+Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej.
+Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na
+życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu
+przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą.
+
+- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny
+dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie
+mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie.
+
+- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie
+odparł z uśmiechem Dzierżymirski.
+
+- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w
+monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors
+hrabiny P ?
+
+- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski.
+
+- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O,
+panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu
+i przedstawię ci go. Ja go znam!..
+
+- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!..
+
+- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia
+Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią.
+
+- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się
+Roman - ale skądże go wyrwałeś?..
+
+- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go
+twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich
+protegowanych!..
+
+- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak
+czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się
+ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął:
+
+- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę
+wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny
+tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się
+od autentycznych, historycznych rodów...
+
+- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł
+z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion.
+
+- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez
+złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię
+proszę...
+
+- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale
+jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! -
+zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński.
+
+- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się
+koło czekającego na nich młodzieńca.
+
+- Dzierżymirski...
+
+Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast
+zagaił rozmowę.
+
+- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan
+przybywa z Galicyi?..
+
+- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i
+tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową
+odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową
+znajomość z gospodarzem.
+
+- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do
+końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci,
+par là, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie.
+
+- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich
+rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema
+panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej,
+mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem
+wodnych nenufarów.
+
+Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz,
+z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę.
+
+Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony
+przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie.
+Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił
+Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości.
+
+Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka
+aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc
+wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał.
+
+- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył
+majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr
+pańskich?..
+
+- Szczęsnaja - odparł Topolski.
+
+- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy
+- objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia...
+Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi
+miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy
+jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność.
+
+- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? -
+pytała dalej Ola.
+
+- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan...
+Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en
+pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły
+człowiek...
+
+- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną
+francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać
+niedosłyszawszy, Ola:
+
+- I objął pan już swe dobra ?..
+
+- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni...
+
+- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda
+kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak
+kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem.
+
+- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią
+Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej,
+et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays
+charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i
+polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we
+wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski.
+
+Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w
+tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski
+światowca, złagodniała jakby i wypiękniała.
+
+Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego
+nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w
+duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale
+przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie
+spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego
+salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem
+chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy
+snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do
+Topolskiego.
+
+- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous
+connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni
+temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il
+vous plait.
+
+Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając
+się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując
+zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni
+tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im
+naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z
+kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego
+protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom.
+
+- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...-
+rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie
+rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej
+estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna
+artystka, śpiewaczka włoska...
+
+Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk.
+
+Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien,
+wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna
+zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę.
+
+Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze,
+tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...
+
+Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a
+w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny,
+o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w
+harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała
+uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba
+Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...
+
+Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała
+pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice
+miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania
+Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w
+jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.
+
+Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną
+artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...
+
+Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć
+wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był
+tutaj.
+
+Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki,
+cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony
+pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne,
+marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał
+nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się
+wcale...
+
+Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się,
+trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy,
+kwiliły cicho, grały...
+
+Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał...
+
+Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni
+zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia,
+wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy
+Dzierżymirskiego, i zgasły...
+
+Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco
+oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...
+
+Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do
+obowiązków niestrudzonego gospodarza domu.
+
+A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie
+zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki...
+
+Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem,
+dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie.
+
+Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując
+coś, zadumał się on znowu.
+
+Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął
+szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę.
+Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres,
+odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora
+Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku
+już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany
+powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z
+oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono,
+ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej.
+
+Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana
+Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów
+dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go;
+ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z
+owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego.
+
+I od chwili tej nie znał już pragnień innych...
+
+Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym
+odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym
+zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc
+dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a
+trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś
+dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od
+starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą
+niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym
+krewnym.
+
+Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez
+samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem
+synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni,
+Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając
+sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o
+temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie
+tknąć by nawet z nim nie mógł.
+
+- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się
+śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom.
+
+Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej
+pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i
+pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim
+podłużnym, przybranym kwiatami, stole.
+
+Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych
+buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem
+swych gości.
+
+W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam
+siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej...
+Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się
+tęczowymi kolory.
+
+Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się
+zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe
+klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu...
+
+Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób
+dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując
+tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było
+gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną
+na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc,
+flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło.
+
+Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak
+Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za
+pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz
+melancholijny cień...
+
+- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów,
+sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli,
+splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej,
+zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności,
+zabiegów...
+
+Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się
+tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się
+kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!..
+
+O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby
+się ze wzgardą...
+
+Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek
+czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w
+szerokich kołach miasta?..
+
+Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w
+duszy Romana.
+
+- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki!
+Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich
+wszystkich!..
+
+Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy,
+sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych
+ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania
+mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu...
+
+I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo,
+wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz
+energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał:
+
+- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i
+dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi
+zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!..
+
+Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej,
+nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!..
+
+W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze...
+Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną
+zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny
+samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego.
+
+- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z
+piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może
+gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają
+hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz
+nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się
+bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła
+przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja",
+potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś,
+niestety, zagłuszyli tylko - siebie!..
+
+(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias
+kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w
+tekście)
+
+I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z
+niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed
+lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły
+swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza -
+przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po
+salac[h ].
+
+Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci,
+przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ]
+szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały
+się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem
+głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
+
+- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z
+tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście
+dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój
+się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i
+pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł
+poprzez salony.
+
+Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie
+długo nie było go pomiędzy gośćmi.
+
+- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić
+musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
+
+- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się
+Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa,
+to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon
+godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..
+
+(przypis - druga strona spalenizny)
+
+[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i
+panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[
+]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet,
+zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.
+
+[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał
+się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem
+znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała
+go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed
+chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj
+czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem
+wreszcie...
+
+To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem
+Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał
+chwilowo o wszystkiem.
+
+Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi,
+przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut
+prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i
+rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie,
+co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej
+uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.
+
+Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych
+osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko
+uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem
+przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.
+
+Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz
+więcej swobodnego miejsca...
+
+Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy
+dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery
+inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca
+zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u
+latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i
+coraz szybciej.
+
+U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali
+teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad
+wyraz.
+
+- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie
+Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.
+
+- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w
+ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź.
+
+*******************************************
+
+Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna,
+zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich.
+
+Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią
+perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła
+głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli.
+
+Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem
+rzekła:
+
+- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży
+powiew!..
+
+Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na
+wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną
+suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z
+uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił
+papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki;
+gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej
+rączce.
+
+- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do
+Paryża jechać muszę...
+
+- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać
+razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę
+dopiero później...
+
+I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień
+widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę
+minkę niezadowoloną.
+
+- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem
+łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie
+znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni
+i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop.
+
+- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą
+przyjadę do Gowartowa później.
+
+- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic
+tak dalece pilnego nie powołuje cię...
+
+- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. -
+Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses
+trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a
+ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy
+i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie
+brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami.
+
+- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... -
+przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a
+dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy
+razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu
+Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać
+czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń
+fabrycznych...
+
+Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem
+szybkim zegarek.
+
+- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i
+kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje
+życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę...
+
+- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż
+robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie
+siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o
+mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i
+dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!..
+Nie oszukasz mnie tak łatwo...
+
+- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem
+zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem
+dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna
+na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!..
+
+Z wdzięcznością spojrzała nań Ola.
+
+- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego
+będzie, więc i ja jutro pojadę...
+
+Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem
+mimowolny przebiegł po twarzy jego...
+
+- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli
+Romana zgadując - ale do Gowartowa!..
+
+Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski.
+
+- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś
+pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez
+służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej -
+spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś.
+
+Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo
+znużone rozeszło się...
+
+Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły
+wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce,
+wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów -
+rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła.
+
+--------
+
+
+- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!..
+
+ Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim
+ akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego
+ pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w
+ wagonowym przedziale Dzierżymirskiego.
+
+- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem
+wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a
+pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron.
+
+Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły
+chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł
+Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym
+załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w
+dorożce, na bulwarach.
+
+Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością
+przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej
+nadsekwańskiej stolicy.
+
+Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne,
+zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże,
+samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir
+miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona
+wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie
+czyniła porządek - poczem ruszano znowu.
+
+A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie
+przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część
+chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga
+oraz różnych stanów.
+
+I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na
+oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj",
+w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych
+uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku
+sobie - pochłaniał i wabił...
+
+W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego
+się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do
+jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem,
+znużony położył się i zasnął.
+
+Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka,
+Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia.
+Wybiegł na miasto.
+
+Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich
+jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes"
+usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać
+się począł wokoło.
+
+U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne,
+stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się
+ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył
+Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go,
+odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła
+pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca...
+
+A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały
+się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców
+stolicy.
+
+Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony,
+omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy
+obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę,
+że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić
+szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową
+impériale z trzydziestocentymowym padołem.
+
+Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy
+kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę
+później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat,
+kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda,
+fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie.
+
+- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski.
+
+- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą
+odpowiedź.
+
+Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął:
+
+- A jutro o której godzinie zastać go będzie można?
+
+- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do
+obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka.
+
+- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i
+sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył
+je służącej,
+
+- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie.
+
+- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według
+miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem czarnych oczu.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a
+cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego
+dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas
+dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał
+się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie.
+
+Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w
+perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski.
+
+Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w
+ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś
+znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły
+wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie.
+
+- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na
+widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz
+od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną
+aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił
+mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał
+jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś
+zamykano o piątej.
+
+- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym
+razem zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu.
+
+I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon
+sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło.
+
+Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych
+rzeźb nowożytnych...
+
+Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem
+wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była
+nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu,
+bachantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i
+ruchu, a szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące
+po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało
+dłużej na sobie wzrok Romana.
+
+Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem
+znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w
+stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią
+nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana
+mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwiało się kwiecie...
+
+Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą
+nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej -
+rozpływającej się jakby w przestrzeniach...
+
+Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów
+kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele
+rzeźby turniej urządzili sobie.
+
+Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się
+jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą
+jej był Mercié Autonin.
+
+Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową
+przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim,
+cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane
+kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały
+ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem...
+
+Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski
+przeszedł spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła
+już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej,
+począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali
+ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął.
+
+I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo,
+jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością
+tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła
+na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca
+postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach,
+oparła się kobieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w
+bezbrzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U
+stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie
+uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych
+róż śnieżnych, w rozkwicie...
+
+Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu
+tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej.
+
+Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz
+dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le rêve (Sen)".
+
+Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na
+czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających,
+pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko
+zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi
+błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły
+bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko...
+
+Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi?
+
+To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec
+inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka,
+bębnią, strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią...
+tamci, tam, zwyciężają niezawodnie!..
+
+I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już
+jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie
+ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni
+chwały!..
+
+To sen...
+
+Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić
+musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i
+równocześnie instynktownie poczuł głód.
+
+Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze
+widziane przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał
+biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące
+pojazdy.
+
+- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na
+wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już
+posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż
+obiadował.
+
+Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony
+przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił
+swobodnie cygaro.
+
+Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się
+kaskadą paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski
+spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem,
+głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych
+częstokroć ich bulwarowych dowcipów.
+
+***
+
+Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził
+nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go
+natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się
+już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się
+mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z
+polska podkręconym, wąsie.
+
+- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego
+gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i
+uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby
+chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał
+się jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko
+salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... -
+siostrzeniec Hugona.
+
+- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką
+rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej
+pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę
+bardzo...
+
+I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie
+na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się,
+odgadłszy myśl gościa.
+
+- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że
+tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze
+swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas
+przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą
+ruch naszych ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam
+osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z
+nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana -
+spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana
+prezesa i oddaniu się jego społeczeństwu naszemu...
+
+Umilkł, a po chwili
+
+- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę
+natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce
+Dzierżymirskiemu pudełko papierosów.
+
+Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie:
+
+- Dziękuję bardzo!..
+
+Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem
+już przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki
+przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał:
+
+- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie
+czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju,
+Dzierżymirski zaś uśmiechnął się.
+
+Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier
+nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się
+prawdopodobnie, czego chciałem...
+
+Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz
+domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar.
+
+- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie
+tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował.
+
+- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku
+odrzec Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego.
+
+- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać
+proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej
+będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do
+koniuszczka cygara Dzierżymirskiego.
+
+- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy
+kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy
+milczenia gościnnego gospodarza.
+
+- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu
+więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu,
+zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do
+pana...
+
+- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka
+witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju
+zasłużonego...
+
+- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie
+chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną
+protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę
+przemysłową...
+
+- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że
+poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i
+gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem,
+postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... -
+zatrzymał się - nie mam tak rozległych stosunków ze sferą
+handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą
+fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie dobrodzieju...
+Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówienia
+Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany.
+
+Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana.
+
+- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z
+panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba
+drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko...
+
+Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie
+doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę:
+
+- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona...
+
+- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i
+zająknął się znowu.
+
+- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy
+właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne
+znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?..
+
+- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie
+powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast:
+
+- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie...
+Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous
+savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i
+dokończył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem...
+
+- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego
+Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego
+tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa
+zakładającej się u nas w kraju współki
+Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej...
+
+- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach -
+odparł, z przekonaniem Orlęcki.
+
+- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny
+ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie
+cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... -
+myślał zarazem - ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach?
+
+Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący
+zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił:
+
+- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do
+Paryża, nieprawdaż?..
+
+- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co
+mówi.
+
+- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że
+będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i
+córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo
+zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę
+ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas
+wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po
+zegarek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą...
+
+Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony
+wciąż w myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał
+po niej promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara,
+przemówił z wolna:
+
+- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą
+może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do
+kraju..
+
+I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając
+odpowiedzi, jednocześnie myślał.
+
+- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja
+nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No,
+zobaczymy...
+
+Orlęcki zaś już mówił:
+
+- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to
+moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne
+marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.
+
+- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.
+
+- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a
+mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z
+uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..
+
+Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.
+
+- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem
+wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam
+poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny...
+
+- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski -
+wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... -
+dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza
+zakłopotanie widoczne...
+
+- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał
+-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał:
+
+- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra
+do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie
+przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?..
+
+- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem
+już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem.
+
+- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman.
+
+- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią
+wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą:
+
+- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu
+przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie...
+Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w
+interesie prezesa, słów kilka...
+
+Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili
+dorzucił:
+
+- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko,
+którym się powodzi.
+
+Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa,
+wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia
+siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a
+powodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się
+Orlęckiego zrobiło.
+
+- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od
+siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak
+człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i
+bogaty.
+
+Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała
+chwila milczenia.
+
+- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się
+znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki
+jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na
+obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w
+tym względzie może mogę stać panu użytecznym...
+
+Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.
+
+- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan
+bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę -
+ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie
+ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką
+posadę korzystną?..
+
+- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z
+fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. -
+Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz
+doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd
+taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak
+niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć,
+jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej...
+
+Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie
+uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.
+
+Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski,
+wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:
+
+- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem
+przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem
+uczynić dla niego wiele...
+
+- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki
+serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.
+
+Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:
+
+- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do
+obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał
+się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego
+jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam
+przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! -
+dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
+
+- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! -
+odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi
+wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.
+
+- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.
+
+Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz
+Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo
+pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie
+ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
+
+- Słucham pana - rzekł poważnie.
+
+Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i
+sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując
+niemi Romana.
+
+- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman,
+i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti à point! - zadecydował w
+myśli sarkastycznie.
+
+- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej:
+
+- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram
+się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia
+się zatem jak następuje:
+
+- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem
+pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy
+z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do
+lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem
+uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz
+majątkowy, dziedziczny Orlin...
+
+- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w
+kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie
+spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską...
+Przez ż - uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz,
+bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki -
+objaśnił.
+
+Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie -
+sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.
+
+- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na
+roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu
+włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie
+dawne światowe stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat
+kilkanaście, stałem się domatorem - przekształcałem stopniowo, o
+ile mogłem, w czcigodnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak
+piorun z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez
+nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..
+
+Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie :
+
+- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i
+najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia.
+Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł
+znowu.
+
+W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi
+tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej
+jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać
+zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:
+
+- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?
+
+Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli
+posmutniałe oczy na Romana.
+
+- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym.
+
+- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I
+pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle
+przeróżnych rzeczy o panu słyszałem...
+
+Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho:
+
+- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy
+wiedzieć mogę?
+
+Roman niecierpliwie poruszył się na krześle.
+
+- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż
+wymyka mi się sprzed nosa...
+
+Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo
+zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło:
+
+- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra
+zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać
+- jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?..
+
+- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem
+Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i
+niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i
+buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby
+otrzymać mogę świadectwo odpowiednie.
+
+- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze...
+
+Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą
+postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; -
+Patrzcie?.. nie spodziewałem się!..
+
+- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną,
+lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego.
+
+- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki.
+
+- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy
+tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w
+Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy
+kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś
+pan w tej właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem
+łacniej więc wybór mój zatwierdzą...
+
+Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta.
+
+Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego.
+
+- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu.
+
+- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem
+jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale.
+
+- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję
+po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana.
+
+Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się
+przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił:
+
+- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał
+się...
+
+- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie,
+są bardzo trudni... Czepiają się byle czego...
+
+I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że
+będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi,
+którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo:
+
+- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana,
+nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja,
+protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco
+dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak
+pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie
+mówił...
+
+- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki.
+- Bo uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą...
+
+- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością,
+lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie,
+wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły.
+
+- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?..
+
+- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy
+gwałtownie z krzesła, wykrzyknął:
+
+- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry
+dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem.
+
+Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na
+żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie:
+
+- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: -
+dokończył.
+
+Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił:
+
+Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował.
+Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi
+Bóg miły, a teraz słuchaj:
+
+- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo,
+hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane
+"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na
+termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych
+miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci,
+płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na
+sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście
+tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru
+osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal
+chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano...
+
+- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie
+będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście...
+
+- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos
+Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym
+dla ucha dźwiękiem:
+
+Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście
+tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia,
+wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz
+obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie
+oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z
+przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z
+usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła
+go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny,
+zawrzał w Dzierżymirskim.
+
+Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego?
+
+- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy
+nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować
+się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny
+wykrzywił wąskie usta Romana.
+
+Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na
+ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął
+rękę na pożegnanie...
+
+Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem
+szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie,
+mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei,
+przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się
+dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się,
+potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia
+i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego.
+
+Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony
+zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć
+się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już
+rodzinie swej niemal wszystko.
+
+- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w
+powietrzu.
+
+Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się.
+
+Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte.
+Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana,
+- druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i
+świeże...
+
+- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci
+mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w
+życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie,
+głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili
+wrażeń.
+
+Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki
+rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...
+
+Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie
+małe kobiece rączki.
+
+- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając
+dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż
+powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów,
+przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle
+tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona.
+
+- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką
+pannę.
+
+Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej
+rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku
+jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu,
+w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic,
+radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem
+byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy.
+
+I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby
+dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał:
+
+- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem
+wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być
+szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie
+jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym,
+silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu
+bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak
+pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany -
+"mój!.."
+
+I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie
+Dzierżymirskiego powstał plan gotowy.
+
+- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił
+się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu...
+Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o
+kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy.
+
+W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego.
+Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę...
+
+Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał,
+a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w
+portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit
+Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie:
+
+- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu
+opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet -
+jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i...
+
+- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w
+tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ
+dawać!..
+
+- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w
+stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu
+naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę...
+
+- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a
+następnie do panny.
+
+Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho
+rzekła:
+
+- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to,
+co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność
+moja nie zapomni panu tego - nigdy!..
+
+- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego
+korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by
+rada do rodzinnego kraju?..
+
+- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze
+łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak
+żadna!..
+
+Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz
+jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.
+
+- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął
+gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:
+
+- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł,
+najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom
+nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na
+instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na
+zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje
+jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu
+ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja
+zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał,
+dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję
+tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie
+ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają
+panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? -
+dokończył Roman.
+
+- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. -
+wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze,
+podziękował, z zapałem.
+
+- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na
+instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował
+dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana.
+Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...
+
+Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski
+wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli
+wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli.
+
+Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości,
+podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą
+kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca
+natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego
+wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu,
+odgrodzonego kratą od ulic miasta.
+
+Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza
+przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona.
+
+W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej
+i grozy objął Romana natychmiast.
+
+Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na
+dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi
+sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru...
+
+Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny,
+cichy...
+
+Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym,
+nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się...
+
+I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny.
+
+- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo,
+Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem,
+nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego
+imperatora!..
+
+Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w
+zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych,
+Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony,
+milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza
+Francyi.
+
+Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu,
+widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś,
+poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży
+umęczony...
+
+Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił
+wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia:
+
+Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego
+marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w
+mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary,
+stróżował inwalida...
+
+Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes
+cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple
+francais, que j'avais tant aimé" *).
+[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego
+ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."]
+
+Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą,
+skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego
+grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego
+jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża.
+
+Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął
+gwałtownie.
+
+Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a
+z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ
+się właśnie odgłos bębna.
+
+Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu
+uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w
+zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej.
+
+- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez,
+sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża
+Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i
+rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu
+tam i ówdzie gości.
+
+- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny
+rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!..
+
+Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie.
+Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne
+tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona,
+snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny.
+
+W gmachu panował mrok...
+
+Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z
+milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać
+tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej
+dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się
+przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!..
+
+Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło
+grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?..
+
+Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi
+się...
+
+W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach
+rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona -
+wodza!..
+
+- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o
+posadzkę uderza ktoś zamaszyście.
+
+- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. -
+rozlega się głos twardy i szorstki.
+
+Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak
+obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to
+rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś
+ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak
+na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym
+melancholii i smutku, milknie.
+
+W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie
+bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne,
+szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się:
+
+- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy
+wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym
+szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen
+wieczny wielkiego imperatora!..
+
+- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż
+wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić
+o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście
+zdolni?..
+
+Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim
+niecierpliwie szwajcara - inwalidę.
+
+Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? -
+myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w
+mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z
+tumu.
+
+Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe,
+i zatrzaśnięto je poza nim.
+
+Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej
+dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń,
+porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku.
+
+- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień
+ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty
+wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic -
+zero!..
+
+- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie
+trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć
+się tak będę, zmuszony?
+
+Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił
+nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w
+siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy
+cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na
+ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja".
+
+Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności
+osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla
+drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w
+śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed
+światem, stroił się prezes Dzierżymirski...
+
+Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej
+ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu
+Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on
+był etykę społecznego prawa!..
+
+Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał
+kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć
+podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy
+czujnego zawsze sumienia!..
+
+Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania
+bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy.
+Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona
+- ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego
+charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych.
+Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z
+Orlęckim!..
+
+I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi
+ku niemu.
+
+Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!..
+
+Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy,
+rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane
+przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego
+czynu.
+
+Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo
+ożywioną dzielnicę miasta.
+
+Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain
+-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały.
+
+Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się
+ku muzeum.
+
+Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia,
+pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle
+potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg
+myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.
+
+Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni,
+pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie
+tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we
+wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło,
+niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i
+oderwać od poziomów!
+
+Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby
+romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych
+patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i
+marmury...
+
+Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.
+
+Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi,
+coraz piękniejsze.
+
+Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza
+wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie
+modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego
+dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego,
+traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i
+drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach
+twarzy...
+
+W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w
+Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona,
+Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez
+końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły
+się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi,
+oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z
+Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi
+fałdach - wdzięczyła się grecka muza...
+
+Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł
+pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to
+dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki
+niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.
+
+Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba
+Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą
+przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że
+oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie
+kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich,
+owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, -
+druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem
+pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem,
+przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze,
+za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.
+
+Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i
+dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom
+sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego
+dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed
+chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...
+
+I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros...
+Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i
+biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później
+zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk,
+ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki
+rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...
+
+Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do
+otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako
+Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w
+swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."
+
+Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem
+o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała
+nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną
+rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych
+- drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...
+
+Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych
+rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej
+przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce
+kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na
+wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad
+wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z
+Milo.
+
+Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i
+wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.
+
+Pozornie kroczyła ona...
+
+Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej
+w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą,
+wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z
+włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą
+blondynki, anielską - boską!..
+
+Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu
+oderwać po prostu nie był w stanie...
+
+On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili
+zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz,
+zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam
+osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia
+wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii
+królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać
+mogło... A ciało?..
+
+Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z
+przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w
+kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby,
+nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych
+piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną
+przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią
+przegięcia...
+
+Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z
+trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał
+na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił
+obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów...
+
+Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę
+pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście
+przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę.
+
+Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po
+fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, -
+to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na
+prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od
+tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet
+- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie
+leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga
+Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał
+promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej...
+
+Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale.
+
+A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony
+jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w
+posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza,
+drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu
+czarowi pragnące swe ramiona!
+
+Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej,
+hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej
+sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali,
+jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: -
+"podziwiaj nas!.."
+
+Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce
+Dzierżymirski, do sal ostatnich.
+
+Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa",
+pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia
+królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej,
+noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród
+kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego
+samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i
+kardynała Richelieu'go, całego w purpurze.
+
+Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w
+powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając -
+błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych
+dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich...
+
+Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę...
+
+I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym
+obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz
+przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia
+sztuki.
+
+Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką
+szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi
+smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów
+niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i
+rozmarzeniem...
+
+Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La
+laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę -
+wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod
+tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał
+dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie
+strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade
+róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej
+twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy.
+
+Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi
+podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego
+i przestronnego.
+
+Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem
+dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w
+purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz
+śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce
+czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza.
+
+Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak
+Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska
+kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze,
+występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie
+spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran
+pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa
+Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki,
+setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich
+najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus...
+
+Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i
+naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele,
+mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie...
+
+Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem
+skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco
+traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla
+Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę
+Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i
+przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko
+Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny
+maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło...
+
+I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala
+wspomnień...
+
+Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne
+gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń
+leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi
+latami zamglone...
+
+Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu
+Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same.
+
+Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku
+wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie
+po prostu patrzeć na dzieła sztuki.
+
+Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr.
+
+Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze,
+dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na
+rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a
+odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady
+ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię
+olbrzymich sal muzeum.
+
+Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła
+stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i
+niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg
+Sztuki!..
+
+W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę,
+gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej :
+"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi.
+
+Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i
+wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli
+wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt
+opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt,
+celu żadnego, i udania się do - Medyolanu...
+
+W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę
+zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski.
+
+- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u
+wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka
+ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski
+wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła
+bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u
+wagoników wszystkie drzwiczki.
+
+Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła,
+jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami
+czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod
+większą częścią nadsekwańskiej stolicy.
+
+-----------
+
+
+Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak
+słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo...
+
+Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich
+kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w
+ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów
+dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i
+ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie,
+rozlegał się echem miarowem.
+
+W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem
+tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór
+gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich.
+
+Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka,
+pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku,
+poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka
+siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie
+tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy,
+zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych.
+
+W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim.
+
+- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil,
+pochylony nad bilardem.
+
+Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli,
+wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal
+trzeciej żółtej bili.
+
+- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite,
+a rzadkie, jak kruk biały!..
+
+Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do
+okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko
+chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu.
+
+- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze.
+
+- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan
+wcale ?
+
+- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany
+nieco.
+
+Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie:
+
+- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie
+spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej...
+A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię
+wspaniały...
+
+I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie:
+
+- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć
+band, i serya notabene gotowa - pochwalił się.
+
+- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam
+sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z
+kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!..
+
+Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod
+wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie,
+posypały się niebawem liczne karambole.
+
+Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie
+dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony.
+
+- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. -
+Chybiłem - graj pan!..
+
+Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli.
+
+- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz,
+takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie...
+
+A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił
+jeszcze, w rodzaju pochwały:
+
+- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale
+nieźle!...
+
+Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru
+uderzeniach wreszcie chybił.
+
+- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował
+Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i
+pochylił się nad suknem zielonem.
+
+- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios...
+
+Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała
+kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze -
+niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie
+pozostałe bilardowe kule.
+
+- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil.
+
+- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! -
+podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę.
+
+- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego
+człowieka.
+
+- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się
+grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu
+zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem
+się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął.
+
+Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie.
+
+W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie
+much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej
+powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach
+kończącego się letniego popołudnia.
+
+Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi
+otwierał...
+
+Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk,
+młode chłopię...
+
+- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny
+przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan
+jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie!
+
+- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę,
+mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! -
+dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do
+Ładyżyńskiego.
+
+- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca,
+odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni.
+
+Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się
+zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu.
+
+Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a
+usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie.
+
+- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca,
+czy głowy?
+
+- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i
+rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z
+saloniku.
+
+- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał.
+
+- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos,
+nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i
+strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku
+werandzie.
+
+- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy
+robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu.
+
+- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się
+łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i
+postępował raźno wykład gry bilardowej...
+
+- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i
+uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił.
+
+Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się.
+
+- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się
+leciutko w fotelu.
+
+- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała
+spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei.
+
+- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno
+spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi,
+uciekł do domu - odpowiedział pan Emil.
+
+- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś
+niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem,
+marszałkowa.
+
+- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł
+słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo.
+
+- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to
+tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę -
+podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy
+życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman
+nie wraca?..
+
+- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu...
+Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd
+udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu,
+gdzie zabawi dłużej...
+
+- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie
+tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie
+mogę - wygłosił całkiem seryo.
+
+Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu,
+Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni:
+
+- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej
+zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę
+pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak
+to czas leci.
+
+Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej
+chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała
+spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i
+wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem
+odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę.
+
+Zapanowało milczenie.
+
+- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński,
+w parę minut później.
+
+- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. -
+zaśmiała się staruszka.
+
+- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć
+wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą
+łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby
+gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę...
+
+Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła
+lekko, w tym samym tonie:
+
+- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! -
+pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy
+potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie
+również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli:
+
+I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem:
+
+- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać
+potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że
+uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był
+i fałsz wierutny!..
+
+- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan
+Emil, i zamilkł.
+
+- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała
+ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do
+wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a
+pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam
+sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka
+złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych.
+
+Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i
+zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu.
+
+- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój
+rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam
+wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął
+powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu.
+
+Spojrzał znowu na zegarek i mruknął:
+
+- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam
+mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś...
+Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. -
+Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, -
+dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął
+do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu.
+
+Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu
+gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany
+żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie
+zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni,
+w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole...
+
+Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem
+pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew
+wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały
+spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał,
+nie było już w ogrodzie.
+
+Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i
+łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci
+współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród
+pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej
+całej.
+
+Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie,
+oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego
+naturalnie wcale.
+
+Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył
+Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr
+swoich "Szczęsnaja".
+
+Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym
+gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca
+prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu
+rada była.
+
+Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych
+form światowych, przystojny i miły, był również bardzo
+inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście
+połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo,
+szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze
+panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał
+on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je
+subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i
+umiejętnem, - mistrzem go nazywano.
+
+Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko
+z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz
+podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z
+krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes",
+które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał.
+
+Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją
+nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana
+Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od
+dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze
+znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe,
+jak nazywał - szczęście!
+
+Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć
+nieznacznie tylko, na swe tory.
+
+Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej
+znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą
+Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie
+grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował
+skrycie - i szedł dalej...
+
+Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą
+przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła
+nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań,
+paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie
+znaczących prawie...
+
+A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich,
+toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga
+niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki,
+literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych
+codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a
+równocześnie oczy spotykały się, posłuszne...
+
+To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl
+jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie
+wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub
+rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie,
+dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą
+wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne...
+
+Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich,
+pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami.
+
+A po za tem? Och, określić nawet trudno.
+
+Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań,
+chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów,
+niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych,
+czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe
+jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo
+pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a
+nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu
+ze sobą!
+
+I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał
+się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na
+Olę sieci.
+
+Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl
+niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej,
+wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli!
+
+Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce,
+flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo
+upragnioną jeszcze bardziej.
+
+Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o
+tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od
+przędzy codziennego życia.
+
+On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży,
+dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola
+słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie
+łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych
+chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w
+lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i
+półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz
+rzeczy!..
+
+Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył
+jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego
+się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc,"
+spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!..
+
+Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na
+których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok
+niego kobiety.
+
+Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie:
+
+Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych
+kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar
+letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...
+
+- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło
+zaśmiała się Ola.
+
+- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł
+niechętnie.
+
+Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.
+
+- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą
+hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak
+silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił,
+z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej
+uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny
+"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.
+
+- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w
+twarzy młodego człowieka.
+
+- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy
+zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.
+
+Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie,
+pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł,
+iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki
+doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci
+chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się
+natychmiast.
+
+- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy
+się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej
+myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..
+
+- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż
+bowiem wspólnego ma wschód słońca...
+
+- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy,
+stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do
+słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka
+prysła snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne
+szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat
+cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy!
+- Topolski umilkł na chwilę...
+
+- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej -
+kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie
+słońce do uczucia kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która
+również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może
+człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..
+
+- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła,
+poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:
+
+- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby
+może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją
+jednak i odczuwam doskonale...
+
+- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje -
+ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia
+pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno
+spostrzeżenie... - zatrzymał się...
+
+- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie
+łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...
+
+- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.
+
+- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! -
+rzucił po francusku Topolski.
+
+- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola.
+
+- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą
+stanu?
+
+- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie
+nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.
+
+- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać...
+Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu
+przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o
+ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé
+défini... - zaakcentował wyraz ostatni.
+
+- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze
+trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością
+francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé,
+indéfini - odcięła.
+
+- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał
+dłużnym Topolski.
+
+- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. -
+Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo,
+widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki,
+nieprawdaż?..
+
+Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.
+
+- Prześliczne! - potwierdził.
+
+Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki
+zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek,
+układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki
+małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku
+śpiącego już słońca.
+
+Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł
+wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta
+spojrzała przed siebie.
+
+- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak
+to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu
+ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.
+
+- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z
+przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w
+głosie.
+
+Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło
+nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując
+się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze.
+
+Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów
+żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę,
+wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod
+górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa...
+
+W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie
+słowa i śmiechy idącej łączką pary.
+
+Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą,
+pochwycił cugle, i pomknął dalej...
+
+- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął.
+
+Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego
+plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa
+od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona
+bardzo.
+
+A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on
+od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim...
+Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas
+wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych,
+przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim
+powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów
+jego, pełnych przebaczenia...
+
+Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego
+wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na
+przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany
+pozostał.
+
+Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy
+witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień
+niemal w Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im
+zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o
+każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i
+wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki,
+uważano go nawet jakby za należącego do rodziny.
+
+Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu,
+zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i
+trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów
+następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i
+wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich!
+Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas
+ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się
+można było...
+
+Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi
+bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy -
+niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy,
+zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej dziedziczce i pani...
+
+Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu
+plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim
+roku pobytu u Dzierżymirskich.
+
+Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze,
+niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej
+różnicy położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z
+powodu charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej
+zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej
+dla męża.
+
+Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt
+nie zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona."
+
+A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz
+i języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult...
+Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył
+"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie,
+podczas których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy
+jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i
+prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił
+się niemal do Oli!..
+
+I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu
+ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku
+jej się zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na
+Szczęsnej...
+
+Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony
+krogulcze, dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało
+jeszcze poczucie własnej niemocy.
+
+Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko,
+nagląc niemiłosiernie spicrutą wierzchowca.
+
+- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. -
+rzucił głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją
+weźmie, pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co
+robić? - wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy
+Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej.
+
+W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął
+instynktownie cugle, i począł jechać wolno.
+
+Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały,
+wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali
+rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej
+fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru
+jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego,
+mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród
+pól i łanów szerokich.
+
+Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego
+latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów;
+bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca
+jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna...
+
+Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów
+poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka.
+Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo.
+Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się
+trwożnie - zaszumiało na stepie...
+
+Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to
+układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod
+nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli
+na trakt szeroki.
+
+- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! -
+szeptał do siebie podniecony Krasnostawski.
+
+- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie.
+
+Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz
+wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną
+stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię
+przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego.
+
+- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk
+zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem.
+
+- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? -
+wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym
+cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!..
+
+Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec
+małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka
+i huknął donośnie.
+
+Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy
+wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków;
+młody człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie,
+schyliwszy głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku.
+
+Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z
+hałasem. W ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę,
+zbliżył się do biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie
+umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u
+pułapu belkach.
+
+- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy,
+sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną
+goryczą. Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową
+księgę, umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed
+biurkiem.
+
+Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt
+donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia
+i pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche.
+
+-------------
+
+
+Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane
+jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą...
+
+Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami,
+wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński
+zatem tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i
+rozmyślnie przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski,
+tłumiąc w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak
+zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce
+bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni.
+
+Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych
+sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym
+rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom
+cały naturalnie zniewolonym był być na usługi gości, działo się
+to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec
+eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w kąt,
+ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych w gościnę;
+sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i z góry stale
+traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem "serwatki
+towarzyskiej"...
+
+W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla
+ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie
+wizyty... Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie,
+by jechały, starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym
+spodziewał się odwiedzin Topolskiego.
+
+Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi
+dzień prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński,
+uśmiechnięty złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do
+karamboli natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc
+o wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym względzie.
+Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, wracał, i
+spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: "Wszak
+hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? Pardon... na
+śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały przed godziną
+na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się właśnie,
+iż palnęły sobie wizytkę!.."
+
+Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny,
+zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał
+ręce z radości.
+
+Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek
+Topolskiego i Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń
+fermentowała już, potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz
+bardziej nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście
+oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej
+wiadomości.
+
+Był wieczór letni, kojący, cichy...
+
+W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego
+- w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem
+odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary,
+a przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi.
+
+Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w
+jedną z cienistych alei.
+
+Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali
+przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki
+marszałkowa. Wkrótce przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka
+usiadła na ławeczce i posłała spojrzenie w dal...
+
+Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała
+pieśń, śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i
+cieniutkim sopranem Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana
+Emila. Barka znalazła się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana
+nagle, zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła
+najgłośniej: - Hop!.. hop!..
+
+- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się
+szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się
+poczęły ku brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu
+rękę i krzyknął;
+
+- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!..
+
+- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można...
+wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny
+głosik Oli.
+
+- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły
+wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! -
+odkrzyknęła pani Melania.
+
+- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy.
+Księżyc zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle...
+Naprzód!.. - zakomenderował donośnie.
+
+- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce
+młodej parze.
+
+- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski
+milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu
+dłużej, a sama do domu tak rychło nie pójdzie...
+
+Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo
+krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy.
+
+Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie
+ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha,
+przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa.
+
+- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu,
+wołający głosik Dzierżymirskiej.
+
+- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się
+jednak wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem:
+
+- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz
+swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną...
+Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie
+po cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy
+stróżem cnót młodych mężatek!..
+
+I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku
+pałacowi.
+
+Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie
+ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i
+wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco
+przechadzką.
+
+Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w
+Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.
+
+- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, -
+że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki...
+Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!..
+
+- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski.
+
+Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i
+pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."
+
+- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku
+siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam
+ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...
+
+- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem
+błyśnięciem oczu.
+
+- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich
+mówi pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała -
+to trudno.
+
+- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia,
+stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania.
+Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.
+
+- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie
+wierzyć pani...
+
+Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w
+przeciwnym rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała
+się więc, przerywając:
+
+- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu,
+zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos
+fortepianu.
+
+- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. -
+Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur...
+
+Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem
+przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i
+powstawszy, podążył do salonu w ślad za nią.
+
+- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął
+dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej.
+
+- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon
+dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do
+fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil...
+
+- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i
+posłuszny zawrócił.
+
+Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała
+donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i
+głębie śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal
+cichą pól i stepu...
+
+- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w
+parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych
+trelików, ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili
+ironiczny głos Ładyżyńskiego.
+
+- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a
+nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem,
+półserjo odciął panu Emilowi Topolski.
+
+Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu,
+gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie:
+
+- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie,
+terre à terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?
+
+- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry
+mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać
+muzykę...
+
+- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan
+Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej
+salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać
+zaczął karambole.
+
+Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian,
+płakał, smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i
+uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością,
+przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc
+zarazem w duszy jej obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą.
+
+Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona
+snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła:
+
+- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A
+pan Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz.
+
+Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie
+chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:
+
+- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i
+na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.
+
+Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku
+fortepianowi.
+
+- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę.
+
+- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała
+marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno
+do swych pokojów.
+
+Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju,
+tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski.
+
+Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął.
+
+- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając
+paluszków od klawiszy.
+
+- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten
+satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi...
+
+Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś
+powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką:
+
+- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel
+nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od
+dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie
+przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do
+niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być
+chwilki nawet sam na sam...
+
+- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby
+Ola, a usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie
+pojmuję zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone
+jakby jakieś prawa...
+
+Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po
+klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w
+półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po
+twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski
+zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór
+pochylił się ku rączce Oli.
+
+- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po
+fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa
+- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola.
+
+- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski.
+
+Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz
+namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień
+wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi,
+słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w
+złocone ramy artyzmu i techniki.
+
+Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony,
+pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund
+kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana
+Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą
+półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał
+spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca;
+lecz ten nie myślał o tem wcale.
+
+Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch
+ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się
+mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w
+tej chwili:
+
+- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i
+zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić
+świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem.
+
+- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam
+u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju
+chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie
+półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą
+wieczorną.
+
+Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i
+rzekła swobodnie:
+
+- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością..
+Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle
+razy...
+
+Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury.
+
+- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające,
+łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i
+podniósł do ust, jej dłoń.
+
+- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola.
+
+Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej:
+
+- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę.
+
+Pytająco spojrzała nań Ola.
+
+- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego
+doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w
+zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami...
+
+- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła
+Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała,
+patrząc mu w oczy przeciągle:
+
+- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną...
+
+- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu
+spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła
+lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach
+fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego
+jakby - pełnego cichej tęsknoty...
+
+- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że
+też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po
+prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca
+miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego
+nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same
+cisnęły mu się do ust przed chwilą...
+
+- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w
+myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w
+kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz,
+subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać
+się zdawał.
+
+Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem
+innym, niż poprzednio:
+
+- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...
+
+- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! -
+zaśmiała się - vous êtes incomparable!..
+
+- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę...
+
+- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas.
+Więc, jakież ultimatum?
+
+- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak
+rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton,
+który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze
+jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...
+
+- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan
+zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie
+rozumiem...
+
+A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà
+ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie
+już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie
+nadchodzi..
+
+- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się
+śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na
+etażerce.
+
+- Silence à mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!..
+Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a
+zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z
+ukrytym sarkazmem:
+
+- Czy to... może panu zawdzięczam?..
+
+I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez
+czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli
+dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy
+fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki
+zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery...
+Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała
+się głęboko.
+
+- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż,
+od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć
+bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn,
+na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!..
+
+Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie...
+
+Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją
+odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie
+prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie
+nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy
+wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała,
+zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w
+żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo
+potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?..
+
+Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama
+walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed
+"nim" i przed nią samą...
+
+I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a
+pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni
+księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą
+ogrodową aleję.
+
+Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie;
+przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej
+stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną...
+
+- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on?
+
+- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci
+na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała...
+
+Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda
+igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego
+użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia
+wszechpotężnie.
+
+Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i
+wewnętrznej walce.
+
+Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku
+domowi.
+
+- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki
+na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła
+rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem
+i rozterką!
+
+Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na
+pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych,
+przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem,
+wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny -
+w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść
+pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!..
+
+- Marzenia! Ona nie ulegnie!..
+
+- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi,
+cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w
+życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego
+dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością
+wesprzyj!!!
+
+Ola już jest w pobliżu pałacu.
+
+- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce
+po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona
+cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach
+pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego
+życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem
+i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi.
+
+W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po
+chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w
+milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna...
+
+W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu,
+płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając
+fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy
+promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki...
+
+I trwa to tak dość długo jeszcze...
+
+Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc
+gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz
+gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do
+salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna...
+
+Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się
+wciąż, dygocąc...
+
+Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną
+z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna
+fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle
+przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!..
+
+Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją
+pieszczotliwie w swój uścisk gorący...
+
+Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski,
+zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym
+ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają
+znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić
+poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty,
+drobiazgi...
+
+Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom,
+przyspiesza pochód ich po salonie...
+
+Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian,
+skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar,
+napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim
+trzeszczeć zaczyna!..
+
+Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły,
+rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie
+do wnętrza pałacu...
+
+Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona
+salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem
+ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa
+się podstępnie do innych, przyległych komnat...
+
+Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho.
+
+W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a
+uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli.
+
+Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w
+ślad za tem podłoga wstrząsa się...
+
+Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś
+dusi go, w oczy się wżera...
+
+Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera
+okno...
+
+- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie.
+Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!..
+Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi
+siebie w obłokach dymu.
+
+- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się
+pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za
+drzwiami...
+
+Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu
+wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne...
+
+- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! -
+przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! -
+waha się...
+
+Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie
+namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół
+zaczyna..
+
+- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu
+istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku
+pokojom pani domu...
+
+Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak
+nieprzytomny...
+
+We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos
+palącego się pałacu...
+
+Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna
+pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija
+się donośnie..
+
+To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli
+buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące
+doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia,
+miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha...
+
+Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki:
+
+"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz
+zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem
+rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych
+kroków ludzkich...
+
+- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i
+odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą.
+
+Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca
+komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i
+łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym.
+
+Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej
+kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała...
+
+Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może.
+Chwilę stoi nieruchomy...
+
+Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia,
+odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w
+bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka ziemi...
+
+Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę
+u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko
+ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze
+Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie
+dzwonić poczyna...
+
+Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj
+okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie...
+
+- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a
+wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija
+się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka...
+
+Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza
+jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa
+drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona.
+
+- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem...
+Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z
+łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a
+ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni,
+w całej swej grozie i majestacie...
+
+Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!..
+
+To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju
+służąca, wołaniem, błaga o pomoc!
+
+W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem,
+Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac.
+Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę
+dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę
+marszałkowej...
+
+W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej!
+ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!..
+W rogu dworu!! prędzej!!!"
+
+Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do
+ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki
+- ku niemu!..
+
+Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie
+Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod
+tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie
+chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina
+o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej
+i dalej...
+
+Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz
+nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu.
+
+Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego
+biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem.
+
+Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku
+niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony
+wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę
+trzymaną w uścisku kobietę...
+
+Oczy jej przymknięte - zemdlała!..
+
+Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem,
+spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!..
+
+- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi
+usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i
+ciało!..
+
+W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej
+głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a
+kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko -
+tajemnicza...
+
+W dalekim zakątku parku znów cicho...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania.
+
+Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie,
+wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu,
+dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak
+mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje...
+
+Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na
+piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe
+meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i
+koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha
+pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc...
+
+Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem...
+
+To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie
+kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez
+opieki stajni.
+
+Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą
+gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego
+drzemiące cisze przerażonem rżeniem.
+
+Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez
+bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre
+dokoła, ze zdwojoną energią.
+
+I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu,
+miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym
+gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już
+obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących
+płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje,
+pokornieje, cichnie...
+
+Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze,
+płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak
+domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają
+się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych,
+pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie,
+liżąc ścian poczerniałych podnóże.
+
+I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali
+pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...
+
+Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk,
+oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z
+żywiołem...
+
+Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie
+niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach,
+stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i
+krwawo-złocistą pożogą...
+
+Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem
+sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się
+Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę
+parku.
+
+- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. -
+Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja
+zaś ich muszę znaleźć - muszę!..
+
+Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje
+się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku
+długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich,
+okopconych butach...
+
+Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał
+rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama
+dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im
+się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?..
+
+Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się
+stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od
+marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak
+wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?..
+
+Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły
+odpędzał od siebie myśli niektóre.
+
+Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją,
+prowadzącą do ustronnej altany...
+
+Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez
+miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła -
+obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w
+gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie.
+
+Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał
+również źródło i w następującym, konkretnym fakcie.
+
+Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski
+pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną,
+ulubienicę Oli...
+
+Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: -
+Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie
+młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę
+jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko
+spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno
+otwarte!..
+
+Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu
+szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na
+tem.
+
+Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty.
+
+Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków
+męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim
+dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we
+włosach Oli grzebień, z szyldkretu.
+
+Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił
+machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł...
+
+Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez
+ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew,
+napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!..
+
+Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł
+nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na
+czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem.
+
+Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty...
+
+Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach
+zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku
+nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni
+spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy.
+
+Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co
+wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego
+obawy.
+
+Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy
+Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie
+dogorywała już łuna ognia:
+
+- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie...
+
+- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno.
+
+Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego,
+rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką
+przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w
+ręku nahajką...
+
+W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk
+inny - kobiecy!..
+
+Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się
+natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie,
+szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek...
+
+Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna,
+cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny.
+
+Zaległa chwila milczenia...
+
+Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na
+wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem,
+pełnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy:
+
+- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!..
+
+Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz
+jeszcze, przejmująco - ciszej:
+
+- Precz!..
+
+Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego
+serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi,
+Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach
+pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa parku...
+
+- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i
+omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem...
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+
+
+Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił
+się w toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy...
+
+Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu:
+
+Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie,
+bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej.
+
+Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków
+puszystych pościeli.
+
+Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem
+ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście
+skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały
+na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się
+tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i
+ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w
+zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk...
+
+A wokoło drzemało, spało wszystko!..
+
+Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie
+i gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe
+wieśniacze chatki...
+
+Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny
+zajaśniał nad wszystkiem dokoła...
+
+Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z
+pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył
+oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął...
+
+Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła.
+
+---------------
+
+
+Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało
+się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się
+jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski
+pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą
+i leżały porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle
+młody człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od
+biurka i zamknąwszy księgę, powstał.
+
+- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna,
+odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic.
+
+Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka,
+wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed
+siebie...
+
+Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego
+plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go
+lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył
+przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały,
+który zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno.
+
+Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień,
+upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie...
+
+Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a
+na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała
+nitka przedwcześnie siwa.
+
+I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w
+owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem
+sięgnąć, kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych,
+zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała
+się rozkosznie!..
+
+
+- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem
+wołało wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał
+wciąż tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie
+cierpiącej duszy własnej..
+
+Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą,
+obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie
+nad głową parku.
+
+Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W
+końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem
+kamiennym, a zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia,
+bo aż do godziny szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco
+innym...
+
+Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co
+rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem
+odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!..
+Chciał już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze.
+
+W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu
+powstrzymała go na szczęście od tego kroku...
+
+Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze
+mur rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał
+świat obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj.
+
+Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą.
+
+- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym
+porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi,
+rachunki, kasę i.t.d.
+
+Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej
+pracy, całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował
+bezustannie. Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą...
+
+Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na
+zawsze...
+
+Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie
+zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka.
+
+Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i
+zapytał głośno:
+
+- Ha!.. szczo każesz?..
+
+Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by
+sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał
+Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie
+rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał
+do miasteczka.
+
+- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego
+pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej,
+właściciela danej wioski.
+
+- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul,
+żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre
+wyjechali. - Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! -
+poinformował znowu wyrostek.
+
+Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł
+rumieniec oburzenia.
+
+- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać
+potrafił każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił
+się nikt, widocznie...
+
+Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! -
+dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go...
+
+- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż
+zatrzęsły się szyby dworku.
+
+- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco.
+
+Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał
+ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do
+Gowartowa.
+
+Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i
+gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi;
+czarnookie, czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych
+spódnicach i chustkach, pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca
+zerkając z uśmiechem i lubością na "harnoho chłopcia*)".
+[*) Pięknego chłopca.]
+
+W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę
+gowartowską...
+
+W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej,
+jak w lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały
+zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem
+skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem...
+
+Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał
+przez groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą
+pałacu; tu hukać począł, by mu ją otworzono.
+
+Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł
+Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się,
+iż dom cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w
+gościnie u Topolskiego, w Szczęsnojej.
+
+- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując
+spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami.
+
+- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać
+tymczasem! - odpowiedział zapytany.
+
+Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i
+cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował
+głośno.
+
+- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu,
+gdzie leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie
+przykrycia i opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo.
+
+- Są parobcy na toku? - zapytał.
+
+- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba.
+
+- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu
+furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się
+da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej
+stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz
+zawieźć tymczasem i zamknąć!..
+
+Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano
+chętnie.
+
+Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go
+chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza."
+
+Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać
+nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony
+sprzęt i przypominał sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu...
+
+Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego
+zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą
+się jakby szyderczo...
+
+Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł
+przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się
+smutnie...
+
+Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane
+tuliło się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli
+Dzierżymirskiej. Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma
+pozostawionemi w pośpiechu sukniami - walała się obok szczątków
+pianina...
+
+Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina
+człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie,
+te odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej
+przezeń kobiety błąkała się w nich, martwych i obojętnych...
+
+Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre
+z nich sam odsuwał od innych, segregował.
+
+- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem.
+
+Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w
+pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego
+drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową
+masą. Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt
+drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i
+skrytek.
+
+Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz,
+nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy,
+donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz
+nie na odgłos wozów bynajmniej.
+
+To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem
+jakaś sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna -
+roztworzyła się przed nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie
+portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu
+pugilaresu połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc
+mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski
+rozśmiał się swobodnie i wziął portfel w ręce.
+
+W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy,
+parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy
+na ziemię, brać się zaczęli do roboty.
+
+Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość,
+i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie
+wydawać rozkazy.
+
+Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami
+pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku
+tokowi.
+
+Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał
+ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi
+zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie
+spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski.
+
+Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w
+lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na
+murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą,
+aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares,
+roztworzył go i począł szperać ciekawie.
+
+W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych
+przedziałkach rulony złota.
+
+- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem
+zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie.
+
+Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy
+na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i
+spojrzawszy raz jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś
+czas w dłoni, poczem wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie
+malowało się na jego twarzy. Czuł się zaambarasowanym, co czynić z
+tym fantem?..
+
+Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego
+właściciela, jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej
+osobiście?..
+
+- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił
+się. Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo
+zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną.
+Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania psów, i
+Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, wchodził do
+małej chatki leśniczego...
+
+W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem
+sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę
+myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy.
+
+Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika.
+Ten ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł
+bąkać...
+
+- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś
+zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie
+zdarza...
+
+- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast
+Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to
+natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej,
+gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w
+ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz!
+
+- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za
+odjeżdżającym.
+
+W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku
+w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila.
+
+Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał
+Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta
+rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery
+tutaj, bez widoków na przyszłość...
+
+Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez
+pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg
+rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu,
+Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał sucho, że
+pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym
+dotychczasowym chlebodawcom.
+
+We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać
+Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go...
+
+Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu
+Krasnostawski: papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z
+nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i
+szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do
+Szczęsnej.
+
+Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę...
+
+Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś
+walka...
+
+- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie
+kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo.
+
+- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak
+każe sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już
+zupełnie wyrzucił z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka,
+sięgnął ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie.
+
+Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął
+chodzić gorączkowo po pokoju.
+
+- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany,
+odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w
+sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!..
+Prawda, jednak, że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył,
+sponsowiał...
+
+Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i
+poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej
+silniejszem.
+
+W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z
+gotowym już w głowie planem, list pisać począł szybko,
+zamaszyście...
+
+W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie
+ustawał.
+
+Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej
+Krasnostawski.
+
+Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od
+lat pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas
+ten cały, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie
+się tych dwojga, i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną -
+wszystko!..
+
+List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę,
+zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel
+"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9.
+
+Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie.
+
+- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał.
+
+
+- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem
+prędzej! Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..-
+zawrzało w nim i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę.
+
+W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na
+wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze.
+Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem
+było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze
+na wieczorny pociąg.
+
+Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i
+rumieniły białe ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po
+rękach przez czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi
+Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, rzeczy i
+pieniądze, sam wzruszony, smutny...
+
+Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma
+mignęły mu ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie
+ukraińskiego ludu - wrota skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i
+bryczka potoczyła się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku,
+zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i
+kurhanów.
+
+
+
+Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka
+Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na
+niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się
+nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman
+zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył biczem konie...
+
+- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki.
+
+- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do
+mruczącego wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na
+bocznym trakcie obłok kurzawy.
+
+- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman,
+który zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni,
+częstował właśnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem.
+[*) Skądsiś.]
+
+Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd
+przezeń końmi...
+
+- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym
+samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie...
+
+Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego
+pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę
+przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton
+wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach,
+zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w
+liberyę granatową, ze złotymi guzikami.
+
+Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał
+okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i
+odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony
+Ładyżyński.
+
+- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! -
+zaśmiał się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń
+Krasnostawskiego.
+
+- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i
+przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną;
+zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie.
+
+Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu.
+
+- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się
+Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila.
+
+- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie,
+zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie
+trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi
+do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo
+dobrze, iż rzucasz te kąty...
+
+W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość
+swoją zamykać tu i tracić!..
+
+I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do
+Krasnostawskiego, a ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze.
+
+- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i
+życzyć powodzenia na przyszłość!..
+
+Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc
+natychmiast na inny temat, już mówił:
+
+- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do
+opowiedzenia. Cóż, zgoda?
+
+Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz,
+przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i
+szybko dalej.
+
+- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego
+cygarem. Zapalili...
+
+Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil
+rzekł.
+
+- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam...
+
+- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że
+go coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli.
+
+- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na
+jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie...
+
+Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na
+Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego.
+Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w
+milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w
+pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w
+smoking. Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po
+chwili ciągnął dalej:
+
+- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do
+stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło
+wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w
+ręku. Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej
+damy i wręcza jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco...
+Nagle siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i
+robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie
+ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się wkrótce...
+
+W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil
+rozśmiał się serdecznie.
+
+- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu
+zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko słowy...
+
+- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy
+ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!..
+
+- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie
+Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni
+minus, tylko Topolskiego...
+
+- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony.
+
+- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński.
+
+- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd
+przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem.
+
+- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan
+Emil swego słuchacza.
+
+- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż?
+- rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich
+usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. -
+Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na
+furmana.
+
+Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta,
+Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę,
+spojrzał przed siebie.
+
+- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby.
+
+- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując
+liberyjną czapkę.
+
+- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do
+Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz
+pan, - i wskazał ręką krajobraz.
+
+Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze
+malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami
+światełek...
+
+- Jechać! - rozkazał Ładyżyński.
+
+Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle:
+
+- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich,
+nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy
+masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz?
+
+- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął
+się Krasnostawski.
+
+- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana,
+ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć
+jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany,
+weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach,
+Ładyżyński wyjął pospiesznie z surduta gruby list i podał go
+Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schował go do kieszeni, gdzie
+spoczywało i jego do Romana pismo.
+
+- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil.
+
+- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem
+Krasnostawski.
+
+- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i
+tysiączki są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie
+Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał
+się, iż są one w innem, niż przypuszczał, ręku.
+
+Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy...
+
+- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w
+teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w
+duszy uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie
+Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka
+tysiączków mając w zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i
+puściwszy z ust kółko dymu, mówił dalej.
+
+- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna
+córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z
+tego naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się
+przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!..
+
+Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej:
+
+- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając
+sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do
+siebie... Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam -
+pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało
+jej było dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej
+okradła go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące
+się w portfelu.
+
+Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w
+siebie, decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby...
+
+Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych
+"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby
+bracia nasi, Litwini...
+
+Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe
+cygaro i kończył.
+
+- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się
+wcale.
+
+Skończyłem...
+
+Ładyżyński odetchnął i umilkł.
+
+- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią,
+Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej
+zdziwienie było wielkie?
+
+- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w
+Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś
+poważna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej
+siedziby pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz
+męskiego towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana -
+a w których to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego
+koleżki Romana - znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka
+osób, które przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą
+po pożarze.
+
+Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co
+mówiłem, nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy
+cygarze, i kiedy wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski
+został bohaterem dnia!..
+
+- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała?
+
+- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe
+zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na
+mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym
+specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe
+Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek
+powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi
+wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej
+zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya...
+
+Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz
+trwało to krótko...
+
+Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka...
+
+A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez
+rzekę, i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego
+miasteczka; niebawem wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie,
+prowadzącym do kolejowego dworca.
+
+Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to
+pociąg zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go
+Krasnostawski. Sięgnął szybko po zegarek i spojrzał:
+
+- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg...
+
+- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku
+pociągu.
+
+- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do
+furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może
+zdążymy! Jazda, a ostro!..
+
+Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim
+szlaku.
+
+Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod
+sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów,
+bryk, obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów.
+
+Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk
+przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i
+wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut.
+
+- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu
+półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem,
+odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do
+sali.
+
+Tu ruch panował nielada..
+
+Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do
+wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła
+ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się,
+jak w ukropie.
+
+Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet
+pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna,
+rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim.
+
+Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa
+odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca.
+
+- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan
+Emil, uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń
+Krasnostawskiego.
+
+Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli,
+puścił szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy
+szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi
+pocztowemu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba
+pisma.
+
+- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg
+znikł niebawem.
+
+Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już
+wkrótce, poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na
+platformę, usiadł na ławeczce samotny.
+
+Zamyślił się...
+
+Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego
+życia.
+
+Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak,
+zbratał z ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten
+pożycia wspólnego zakończyć tak marnie?..
+
+Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt
+mimowolny podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego.
+
+Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego
+cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę?
+
+Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w
+osobie tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego
+życia?..
+
+Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał
+nieruchomy.
+
+Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny
+przeszył powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary
+wpadł pociąg kuryerski.
+
+Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się
+wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał.
+
+Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku
+rozlegał się trzeci dzwonek.
+
+Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko
+i cofnął się w głąb wagonu...
+
+Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie
+sygnałów i pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy.
+
+Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na
+dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły
+światła.
+
+Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w
+dali, w pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna
+noc cicha, zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem
+szafiru - rozpostarła panowanie nad światem...
+
+Cisza zupełna zawładnęła okolicą.
+
+Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał
+godziny miarowo...
+
+W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się
+bezustannie:
+
+Tik - tak! tik - tak! tik - tak!..
+
+-------------
+
+W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni
+upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po
+chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od
+słońca pod kolumny frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele."
+
+Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący
+tam pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc
+co chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na
+koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika,
+wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na
+placu katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia
+głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach,
+kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch
+tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w niebo włoskie,
+szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, dając sobą
+najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej pracy człowieka.
+
+Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry,
+mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila
+wchodził ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej
+ciszy świątyni wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo
+jego mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu
+przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby
+weneckie.
+
+- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na
+pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni,
+śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś
+podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie,
+wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry.
+
+Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy
+natrętowi, a żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś
+energicznie po włosku. Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął
+kapelusz i odetchnął z ulgą.
+
+Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału;
+powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i -
+majestatu pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona
+objęły go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z
+marmuru, donośnie, rozległy się kroki Romana.
+
+Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków
+każda obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki
+ołtarz, chór i rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym
+blaskiem kolorowe szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego,
+opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z
+wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z osobna, patrzyły
+na niego dziesiątki statuetek małych...
+
+Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego
+smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie..
+Rażony światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy
+głowę na piersi, zadumał się głęboko.
+
+Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy...
+
+Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący
+mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go
+w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha.
+
+Drugi, przepełnił miarę jeszcze!..
+
+Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej
+wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział
+się Dzierżymirski o zdradzie Oli...
+
+Chwili tej nie zapomni do grobu!..
+
+Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami,
+dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach
+dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany
+prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po ukojenie...
+
+Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś,
+powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa..
+
+I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego
+machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów,
+ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się
+instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej
+roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie
+na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy
+świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i
+złotem...
+
+Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy...
+usiłuje przeczytać je po raz wtóry...
+
+Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem
+łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru,
+jak mówią, największe na świecie całym.
+
+Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie
+świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach
+- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na
+najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i
+cieni...
+
+Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...
+
+Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie
+bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę...
+
+Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia -
+dla szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go -
+zapomniała!..
+
+Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla
+kobiety tej niegdyś uczynił!..
+
+Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!..
+Swą cześć, uczciwość - sumienie!..
+
+- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi
+pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!..
+
+I milknie skarga...
+
+A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego
+poczynają naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta.
+
+Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop
+milczącego tumu, biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają
+się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą,
+tam, gdzieś wysoko... do Boga!..
+
+Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje...
+
+- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie
+wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku
+przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem
+oglądając wszystkie zabytki tumu.
+
+Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich
+zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga,
+pobrzękując pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu
+katedry, przy stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w
+głębi, u wejścia do prowadzących tamże schodów.
+
+Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do
+dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy.
+
+Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place
+targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło
+zmniejszać się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję,
+gdzie, oprócz biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo.
+
+W ślad za tem również roztwiera się perspektywa...
+
+Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń
+świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z
+najpiękniejszych włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie
+"Cimitero Monumentale."
+
+Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc
+piechotą, kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie
+i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli,
+myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej
+ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z
+samym sobą!..
+
+Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem
+pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami,
+zamykającej z zewnątrz widok i wejście na cmentarz.
+
+U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni
+gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki
+gotyckich wieżyczek, mauzoleów i pomników...
+
+Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a
+wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych
+tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę
+kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z popiołami
+nieboszczyków.
+
+I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc
+zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem
+kolumnady, posłusznie, na prawo...
+
+Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny
+artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu...
+
+Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli
+na łożu z kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w
+szale rozpaczy, klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz
+zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu
+strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już pożegnania!..
+
+Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na
+cmentarzu.
+
+Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku
+mogile matczynej.
+
+Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich,
+Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych
+włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej
+i budowlanej roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z
+pięknymi ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz
+śliczne, odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po
+wsze strony zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych
+grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury
+rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie...
+ból!..
+
+Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz
+rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z
+krawędzi odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale
+imitowanej skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach
+słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu.
+
+To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec
+Poggich...
+
+Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach,
+pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w
+ręku, na którym wyryte widnieją zapisy..
+
+W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana;
+twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża
+ból niezmierny.
+
+W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle...
+W zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie
+mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo
+pięknego nader pomnika.
+
+Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile
+anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem
+zamyśleniu, z wieńcem w dłoni...
+
+Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z
+kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli
+się wielki Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu
+klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby
+bólu, odziana cała w zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek.
+
+Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader
+skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka,
+oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony
+subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi,
+pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje
+badawczo na pochyloną postać i głowę mężczyzny...
+
+Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać
+poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po
+drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w
+symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą
+się ze sobą, grupują...
+
+I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje
+Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie...
+
+Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym;
+był bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego
+łaski, protekcyi.
+
+Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic...
+
+Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym...
+
+To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem
+cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się,
+zmalał...
+
+I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego
+jeszcze...
+
+Przyszłość własną!..
+
+On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on,
+stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" -
+niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a
+wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod
+pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy?
+
+- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy
+zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z
+wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z
+wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa,
+spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy
+deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem
+obliczu pięknej kobiety...
+
+Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem...
+
+I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami
+litości i bólu.
+
+A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby
+twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a
+dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili...
+
+- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu
+się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt
+niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów
+urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje.
+
+- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie
+odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem
+twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który
+zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i
+upadłem tak nisko... tak... nisko!
+
+Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w
+żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów,
+krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez
+niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie...
+Podeptałem wszystko... wszystko...
+
+- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się
+dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy
+ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie
+tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego
+ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?..
+
+I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało,
+półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy!
+
+A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie
+wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również:
+
+- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!..
+Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady,
+wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me
+dziecię!.. Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem
+błotem!.. Zbłądziłeś...
+
+A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u
+stóp grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów
+rozpaczliwie, z cicha...
+
+- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie
+wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie
+potrafię. Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem?
+Gdybym po wysiłku mózgowym i znalazł może przemądre nawet
+rozwiązanie jakie, czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem,
+stałoby się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne
+zniechęcenie i gorycz.
+
+- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z
+tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez
+Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z
+siebie Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!..
+
+Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur
+grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z
+Panem Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę.
+
+Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie
+zdołało już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na
+zewnątrz!
+
+Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący,
+głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła.
+
+
+**********************************************************
+
+
+A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym
+majestacie zachodziło słońce...
+
+Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek,
+mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty
+wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po
+mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki,
+kandelabry, posągi i piękne świętych obrazy...
+
+Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą
+blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu
+cmentarza "Tempio di Crematione" gorzały pąsową grą światła...
+
+A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników
+ocknęły się po prostu jakby ożyły...
+
+Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione,
+przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną
+chwilkę - na mgnienie!..
+
+I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno -
+nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież,
+zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew
+płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją,
+płaczą, smucą się - myślą!..
+
+Patrzcie... patrzcie!..
+
+Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie,
+zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się
+gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po
+stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm
+posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka,
+ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A
+tam, znów dalej, w innej stronie...
+
+W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno,
+szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w
+trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...
+
+I tak dalej, i tak dalej...
+
+Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących,
+załamujących dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też
+pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda
+się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z
+piersi jakby wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!..
+
+A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...
+
+Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i
+ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach -
+środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach
+czerwieni i złota...
+
+Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej
+samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni
+jeszcze dogasająco słońca blaski.
+
+Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny,
+wciąż szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni
+rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym
+szmerem poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga
+poczyna.
+
+- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja
+tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja
+jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego
+wroga, zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać
+pojedynkiem nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby
+żywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... -
+Zrozum, mateńko!.. Nie... mogę!..
+
+Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą,
+mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja...
+sam... nie... posiadam!..
+
+I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może,
+jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza
+głośniej Roman nie żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na
+czole, bez czci tych tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie
+potrafię!..
+
+A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć
+- nie mogę!..
+
+I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili
+dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!
+
+Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca,
+pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.
+
+A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak
+przed chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się
+posągi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracają.
+
+Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec
+jaśnieje jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych,
+blednieć oto właśnie coraz bardziej poczyna w tył przegięty,
+eteryczny i wielki na grobie tym anioł z marmuru, o rysach przecudnych,
+o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci całej
+wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosił
+się, leciał...
+
+Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs
+spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w
+dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty,
+odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem,
+pieszczony ostatnim promyczkiem słońca!..
+
+Wreszcie i on zupełnie gaśnie.
+
+Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz
+cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna
+wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu
+przebudzi - zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe,
+doczesną zda się tylko drzemką...
+
+Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów...
+
+Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po
+coraz bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają
+już obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy,
+pusta, skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni.
+
+ Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś
+ niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem
+ bawiących się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem
+ otaczając któryś z licznych grobowców.
+
+Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo,
+zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka
+mężczyzny... Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej
+ciała, zaglądają w twarz, dziwnie bladą.
+
+I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy...
+Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby,
+przejęci, cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy
+kręcą z niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w
+majaczącą postać ludzką.
+
+Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w
+zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego
+człowieka. Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa
+szeregi, pochylają z gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym
+ukłonie...
+
+To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię
+zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd
+aureoli.
+
+--------------
+
+Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego
+zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w
+powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź
+idącej wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak
+zadumanej zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami
+płaszczyznach i tak pełnej porywającej sobą tęsknoty.
+
+Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie,
+wszyscy skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się
+gorączkowo, dzwoniły tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z
+cicha przesuwały się liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety,
+dążąc również w tymże, co i piesi, kierunku.
+
+Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać
+stopniowo coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie.
+
+Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki
+zawracano, zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą
+boczną ulicę, a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy
+rozlegał się tylko zgłuszony szmer licznych stóp idącej po
+trotuarach gromady ludzkiej.
+
+Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny.
+
+Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się
+poważnie i rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie.
+
+Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano,
+policya i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś
+w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał
+się kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach
+domów zaroiło się od widzów ciekawych...
+
+Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać
+się zaczął z wolna aleją.
+
+Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami
+chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych
+ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą,
+złożoną na bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za
+tem, uginającymi się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował
+tłum niezliczony - kołysało się morze głów ludzkich...
+
+Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic
+miasta, lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet.
+
+Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar
+ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz
+jedno tylko imię!
+
+Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman
+Dzierżymirski.
+
+W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył,
+pracował, któremu na różnych polach działalności przewodził,
+wstrząsnęła wiadomość niespodziana, zakomunikowana przez gazety.
+Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa
+Dzierżymirskiego, we Włoszech, w Medyolanie, na grobie matki, z
+anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu było, jak mówili jedni, silne
+wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość z kraju, jak utrzymywali
+po cichu inni - straty poważne, czysto finansowej natury i położenie
+bez wyjścia!..
+
+Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu
+Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu
+przodownikowi ostatnią posługę.
+
+Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym
+żalem, szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią,
+zdaniem ogólnem, ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna
+siła...
+
+A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o
+zmarłym, by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie
+był ten żal po nim!
+
+Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny
+prezesa Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum,
+szlachetność i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego
+niepowetowaną! Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa
+gdzieniegdzie nuta, lecz ginęła natychmiast w akordzie powszechnego
+uwielbienia i żalu z przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego
+społeczeństwu człowieka...
+
+Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na
+chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem
+stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i
+dążące za trumną tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie
+znikły...
+
+Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z
+bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów,
+potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki,
+omnibusy - do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na
+ruchliwą arteryę grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na
+trąbce pobudką torując sobie drogę!
+
+Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem
+korytem życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę
+gorączka codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła.
+
+Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych
+widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko
+Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem,
+a korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli
+z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem
+zmarłego.
+
+
+*************************************************
+
+
+
+Minął rok czasu...
+
+Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał
+cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim.
+Poukładane wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich
+mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych
+zakątek...
+
+Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej
+duszy. Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś
+ulicy wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród
+dowcipów brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum
+ciekawskich obojętny.
+
+Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona,
+zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w
+bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina,
+gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się,
+lub nie widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny -
+połykał łzy.
+
+W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona
+wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie
+groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką...
+Zapłakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie
+rączkami, klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili
+z jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru,
+świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny
+wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli.
+
+Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących
+żałośnie, roiło się na cmentarzu.
+
+Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając
+jałmużnę, dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d.
+
+- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary,
+wyciągając dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją
+trzech ładniutkich podlotków, rozmawiających wesoło.
+
+- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek,
+zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę
+mego pana Stanisława...
+
+- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z
+trójki.
+
+- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi,
+niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!..
+
+I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku,
+za Stanisława!..
+
+- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista
+niechaj mu świeci! - zaintonował żebrak uroczyście.
+
+Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a
+kilka babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na
+tem, bo obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan
+Stanisław został za życia pogrzebanym, modlono się już z góry za
+niego, a pusta, niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze,
+co to ból prawdziwy i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej,
+śmiech zaś jej srebrzysty odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o
+ukryty w drzew cieniu pomnik okazały.
+
+Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg
+stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych
+świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na
+uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask
+lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań
+niepewne, dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia
+Romana Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w
+stojącej rzeźbie z marmuru.
+
+I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe.
+
+- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł,
+blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że
+żywi pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już
+zapomniano?.. Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym,
+żeby wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak
+możnowładne!...
+
+I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie,
+nie zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem
+"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia
+tylko żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem
+zapomnienia.
+
+I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca,
+z trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony
+mimo woli nad nietrwałością doczesnego bytu.
+
+Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los
+szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie
+innego, prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka,
+niezbrukanego życiem, czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla
+ubranego w togę pozorów moralnego wykolejeńca!
+
+W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły
+się przed grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się
+również mężczyzna, z kobietą młodą dość jeszcze i garstką
+dziatek.
+
+Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni
+niebawem wszyscy...
+
+Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z
+rodziną.
+
+Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie
+cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i
+szept otaczających...
+
+Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i
+płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego
+modlitwa!..
+
+. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
+
+Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie
+potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa
+Dzierżymirskiego.
+
+Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W
+krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu
+oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił
+się podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty,
+złożony z samych tytułów i godności...
+
+I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz
+wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze
+mężczyzny.
+
+Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i
+patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał
+dyskretny uśmiech zwycięskiej ironii...
+
+A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi
+literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa:
+
+
+Uczciwy, szlachetny i prawy,
+Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe -
+Nagrodź go, Panie!..
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW ***
+
+***** This file should be named 6000-0.txt or 6000-0.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/
+
+Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska.
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License available with this file or online at
+ www.gutenberg.org/license.
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation information page at www.gutenberg.org
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at 809
+North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email
+contact links and up to date contact information can be found at the
+Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit www.gutenberg.org/donate
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including checks, online payments and credit card donations.
+To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For forty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.