diff options
Diffstat (limited to '6000-0.txt')
| -rw-r--r-- | 6000-0.txt | 13226 |
1 files changed, 13226 insertions, 0 deletions
diff --git a/6000-0.txt b/6000-0.txt new file mode 100644 index 0000000..5464b92 --- /dev/null +++ b/6000-0.txt @@ -0,0 +1,13226 @@ +The Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + + +Title: Ironia Pozorow + +Author: Maciej hr. Lubienski + +Posting Date: May 2, 2013 [EBook #6000] +Release Date: June, 2004 +First Posted: September 22, 2002 + +Language: Polish + +Character set encoding: UTF-8 + +*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + + + + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + + + + + + + + + + +"Ironia Pozorów" + +Maciej hr. Łubieński + + + +PROLOG + + +Dniało... + +Leniwo, sennie pierzchały mgły przezrocze, tulące się dotąd w +niemej pieszczocie do ścian wielkiego grodu i wodnej, płynącej u +stóp jego fali. + +Wreszcie - znikły... + +Na wzgórzu ukazało się miasto. Z wysoka, iglicami katedry, licznymi +gmachami i zżółkłą zielenią ogrodów przejrzało się dumnie w +nurtach szarych rzeki, a po szybach okien domów jego zamigotał +równocześnie pierwszy bladawy promyk chmurnego jesiennego świtu. + +Na poddaszach krytego cegłą staromiejskiego domku nieprzesłonięte +niczem okno jedno zaśmiało się weselej od innych do matowego +porannego światła. Ciekawie do wnętrza facyatki wśliznął się +brzask smętny. + +W pokoiku, o paru najniezbędniejszych tylko sprzętach, na razie nie +było nikogo. + +Pościel nienaruszona bieliła się dość schludnie, wszystko wokoło +zaś wskazywało wyraźnie, iż właściciela siedziby tej od wczoraj +już nie było, puls bowiem kiełkującej tu jakiegoś jednego życia, +zastygły w panującym wszędzie nieporządku, wyraźnie oczekiwać się +zdawał cierpliwie na swego pana i władcę. + +Tymczasem zaś tylko po niezamiecionych kątach błąkały się pustka i +nuda, a nietrudno było domyśleć się, że bieda w swej ziemskiej +wędrówce zaglądać tu nieraz musiała... + +Gościnę jej bowiem zdradzało tutaj - wszystko. A więc i ubożyzna +mebli i atmosfera jakaś duszna, wreszcie to coś niewidzialnego, +nieokreślonego, z kątów, ze ścian, zewsząd, wyzierającego, co, jak +widma cień, szeptem jakby, mówi wciąż o sobie i łzawo się skarży. + +W przedziwnie zgodnej, panującej tu ogólnie harmonii szarzyzny, +melancholii i smutku, dźwięczała jednak, drgała, niby uśmieszek +radosny, jasny, nuta weselsza. Była zaś nią stojąca w rogu pokoju, +na komódce staroświeckiej, zniszczonej, w inkrustowane, wykwintne ramy +oprawna fotografia gabinetowa młodej dziewczyny, ku której z obok +stojącej szklaneczki małej wychylała się pieszczotliwie w rozkwicie +swym śliczna aksamitna pąsowa świeża róża. + +Dziewczę i róża patrzyły na siebie, lecz królowa kwiatów z +sąsiedztwa swego dumną być tylko mogła. + +Z martwej bowiem kartki kartonu, spoglądała na świat dużemi oczyma +cudna twarz dziewczyny, a zaklęty w rysach i układzie całej postaci +nieujęty jakiś wdzięk - ta siła największa kobiety, oporna na lata +i burze życia, świeża zawsze, jak kwiecie wiosny - szła na widza i +chwytała go za serce, czarując natychmiast swem słabem bądź co +bądź tylko artyzmu ludzkiego odbiciem. + +Odosobnienie zaś wyraźne rogu izdebki, gdzie stała fotografia, od +otaczających i rozrzuconych po pokoju sprzętów, oraz pewna czystość +staranna, cechująca to miejsce - świadczyły sobą również aż +nadto, że nieobecny właściciel mieszkanka tego dbał wielce o ten +zakątek, zdradzając przytem, że i on w biedzie swej miał może +jakąś chwilkę jasną, jakieś swoje marzenie!... + +Tak, niewątpliwie!... + +Siła bowiem jakby ukryta, a nieujęta jednocześnie i dziwna, biła od +tego kącika pamiątek; zdawał się być on jedynym uśmiechem smutnego +zkądinąd tu bytu i jedyna również kapliczka, nikłego złudnego +zapewne jakiegoś szczęścia, ale zawsze - szczęścia. + +W szarą nędzę istnienia "pana", zamkniętej w tych ścianach biedy, +życie wplątało widać jakąś nić złotą, rzuciło na osłodę +hojnie i litościwie pęk duchowych promieni!... + +Tymczasem w ciszy izdebki nie przerywało nic zgoła... Przez małe +okienko widać tu było spiętrzone dachy z czerwonej cegły, kominy; +dalej, w dole, srebrzyła się rzeka, a środkiem niej cicho sunęła +właśnie berlinka, zdążając ku miejskiej przystani. + +Z wieży którejś z poblizkich świątyń w ogólnem milczeniu +melodyjnie rozległ się niebawem dźwięk sygnaturki porannej. +Monotonne nieco popłynęło w dal echo z dzwonu, a zawtórowały mu +wkrótce świstawki licznych fabryk, turkot wozów z mlekiem i +pieczywem, oraz inne, płynące zewsząd odgłosy. + +Powolnie budziło się już miasto. + +Krętymi uliczkami staromiejskiej dzielnicy zdążał krokiem równym i +szybkim ku opisanej powyżej siedziby swojej młody mężczyzna, rosły +i gibki, ubrany w jesienne palto i pognieciony miękki kastrowy +kapelusz, nadający śniademu obliczu jego i bujnemu zarostowi wyraźny +typ jakby południowca z Zachodu. Szedł on, pogwizdując z cicha, z +rękami w kieszeniach, zamyślony, a po wyminięciu kilku przechodniów, +skręciwszy w uliczkę wązką i głuchą, znalazł się na niej sam +zupełnie. + +Po chwili jednak z poza węgła staroświeckiego domu, tworzącego róg +tej ulicy, wysunęła się pewna postać i poczęła iść w ślad za +nim. + +Była to biedna jakaś babina, a snać nieco podpita, bo zataczając +się z lekka, krzykliwie podśpiewywała coś sobie. Mała, krępa, +okręcona czerwoną wełnianą chustką i w takiejże spódnicy, +kołysała się ona zabawnie, przystając co kroków kilka, i niby +baletnica szybko wykręcając się na jednej nodze. + +W swe kościste ręce spódnicę ujmowała przytem pociesznym ruchem, a +z pełną komizmu gracyą unosząc ją wyraźniej i głośniej +powtarzała ostatnią piosenki zwrotkę, i szła dalej, aby w parę +minut ponownie wykonać też same identycznie produkcye. + +Idący ulicą mężczyzna przystanął i patrzał ciekawie na babinę, +wkrótce jednak, znudzony, obojętnie odwrócił się i począł iść +dalej. + +W tej samej chwili posłyszał za sobą wołanie: + +- Hej, panoczku, panoczku! Stójcie-no ino tam, stójcie!... + +Młody człowiek odwrócił się i ujrzał zmierzającą ku niemu +kobiecinę; trzymała coś w ręku i kiwała nań. Zdziwiony podszedł +bliżej i zapytał: + +- Cóż to, czegóż ode mnie chcecie? + +Babina zaś, podając mu jakiś przedmiot, objaśniła: + +- A dyć zgubiliśta to panoczku!... Przez mała psewróciłabym se bez +tę torbę... + +Nieznajomy machinalnie ujął w rękę, co mu dawano. + +Trzymał pugilares duży, ciężki i elegancki; był on ze skóry koloru +wiśniowego i mile dotknięciem swem pieścił. + +Na ten widok zarumienione od porannego chłodu oblicze młodzieńca +zbladło, ręka mu zadrżała nerwowo, a na ustach, które z lekka +poruszyły się niedostrzegalnie, zamarły, jakby niewypowiedziane +jakieś słowa. + +Jednocześnie spojrzenie jego dużych ciemnych oczu obrzuciło badawczo +uliczkę: wokół nie było nikogo, tylko zapuszczone story licznych +okien u domów patrzyły przed siebie martwem okiem - w ciszy uśpienia +jeszcze drzemało tu miasto. + +Przenikliwy, rozumny wzrok nieznajomego spoczął z kolei na twarzy +stojącej przed nim kobieciny, i zatrzymał się na niej długą +chwilę... + +Zdawała się ona być ze wsi, a Bogu duszę winna, ucierała w tej +chwili swój nos zamaszyście, nieestetycznym i prymitywnym, ludowi +naszemu właściwym sposobem, mrugając równocześnie małemi, +zaszłemi krwią, jak u królika, oczkami. Niewątpliwie była przytem +poweselałą od trunku, a nie pijaną przed chwilą widać śpiewającą +tylko - tak sobie, gwoli zadośćuczynienia nastrojowi swemu, czy też +może zbytkowi przyrodzonego temperamentu. + +- Dziękuję wam! - Lakonicznie rzucił nagle nieznajomy, prosto w +piegowatą i czerwoną twarz babiny i odwróciwszy się z pośpiechem, +podniósł kołnierz paltota, wtulił w niego głowę, nasunął na oczy +kapelusz i począł iść bardzo szybko, wkrótce zaś puścił się +prawie że biegiem. + +- A to ci leci!... Niby ta elektryka, zrozumienia nijakiego niemająca, +- zawyrokowała głośno do siebie, wzruszając ramionami, kobiecina. + +Raźno z miejsca ruszyła i śpiewać znowu poczęła, echo zaś jej +piosenki, odbiwszy się o mury charakterystycznych, przygarbionych +wiekiem kamienic Starego Miasta - pognało za niknącym już w głębi +uliczki mężczyzną, ostatnią swą, dwukrotnie powtórzoną, zwrotką: + + "A kto kocha, ten jest zdrów, + A kto kocha - ten jest zdrów..." + + + +Zgrzytnął klucz w zamku cichej facyatki, otworzyły się gwałtownie +drzwiczki, i na progu stanął właściciel tego mieszkanka. Od powiewu, +wywołanego prądem powietrza, zadrżały firanki u małego okienka, ze +szklanego zaś kielicha pochyliła się ku fotografii młodej dziewczyny +róża aksamitna, jakby pragnąc z nią wspólnie powitać pana swego. + +- Nareszcie!... - wyszeptały z ulgą usta przybyłego i ruchem +nerwowym, zamknąwszy cicho drzwi za sobą, przekręcił klucz w zamku. + +Rzecz dziwna - natychmiast w czterech ścianach smutnej dotąd izdebki +zrobiło się jakoś weselej i jaśniej!... + +Młodość bowiem i siła szły, biły od młodego mieszkańca facyatki, +i niby brakujący promień światła, ożywiły, zda się, wnętrze +poddasza. + +Rzuciwszy kapelusz i paltot na krzesło, młodzieniec bacznie rozejrzał +się po swym pokoiku, a zmarszczywszy brwi i jakby coś rozważając, +pozostał w pozycyi stojącej dłuższą chwilę. + +Poruszył się jednak niebawem i podszedł do drzwi, nadsłuchując +równocześnie. Postawszy zaś tam minut parę, zbliżył się +następnie do okna, a wpatrzywszy się w nie przez sekundę może, po +krótkiem wahaniu, powolnym ruchem spuścił roletę. + +Szarawa ciemność zaległa izdebkę. + +Młodzieniec podszedł do kanapy, przed którą stał stoliczek +mahoniowy, i usiadł. Wkrótce w ciszy rozległ się zgrzyt zapałki. Po +chwili mała lampka oświetlała już poddasze, młody człowiek zaś, +raz jeszcze obejrzawszy się wkoło, szybko, sięgnął do kieszeni +swego ubrania. + +Nerwowo, śpiesznie wydobył stamtąd wręczony niedawno portfel +skórzany i, z błyskiem ciekawości w oczach roztworzywszy go, +położył na stole. + +Z sześciu, zapiętych małemi klapkami, przedziałów złożony, z +wielką spodnią, idącą przez całą długość jego kieszenią, w +oczekiwaniu, cicho, pugilares patrzeć się zdawał na siedzącego +mężczyznę... + +Ręce jego jednak, dotknąwszy się tylko pobieżnie wypełnionych +kryjówek, zatrzymały się chwilę bezczynnie, a na nerwowej twarzy +odbiło zdumienie, połączone jakby z przestrachem. + +- Jak to, więc tak dużo tu czegoś? -mówiły wyraźnie wielkie, +wyrazu pełne oczy młodzieńca, i jednocześnie pytać się zdawały +niepewne: - Czy tylko to aby pieniądze?.. + +I dziwna reakcya odbywała się w duszy jego. + +Gdy krętemi uliczkami leciał do swego mieszkanka, paliła go chęć +ujrzenia, co zawiera portfel, a obecnie?... Lęk oto jakiś +niewytłumaczony zawładnął nim nagle. + +Przeczucie mówiło mu wyraźnie, że tu, przed nim, w pugilaresie tym, +ukryty na razie od oczu ludzkich, mieścił się majątek może, tkwił +pieniądz - ten talizman ludzkiego dobrobytu i szczęścia, drzemała +świata tego potęga - złoto... + +A jednak nie poruszył on dotąd wcale portfelu... Dlaczego? + +Bo z przeczuciem bogactw, które czekać się zdawały tylko dotknięcia +jego, czuł dobrze, zdawał sobie on sprawę z czegoś innego również. + +To była własność cudza!... + +Upomną się o nią niewątpliwie; on zaś, nie wiedząc, co się tam +znajduje, możeby mógł jeszcze, pomimo swej nędzy, zwrócić +właścicielowi ten oto przedmiot, czy uczyni to jednak, unurzawszy +ręce w zawartości jego? + +Z ręką na portfelu opartą mężczyzna zamyślił się bardziej +jeszcze. + +Wszak, choć z pozoru wesół i syty, nie posiadał on w istocie na +razie złamanego szeląga przy duszy. Ostatnie pieniądze wydał na +bilet kolejowy, który pozwolił mu wrócić w ściany poddasza z +wczorajszej zamiejskiej wycieczki, związanej z nadzieją otrzymania +posady. + +Nie otrzymał jej - wracał z niczem; głodne dzisiaj już teraz +pytająco zaglądało mu w oczy zimnem nieubłaganem spojrzeniem. + +A tu, przed nim!... + +Młodzieniec zerwał się z kanapki i przebiegł pokój kilka razy. +Nagle, wytrzymać snadź już nie mogąc, pochwycił w drżące ręce +leżący portfel i rozpiął ruchem gwałtownym po kolei wszystkie jego +kieszonki... + +I oto z jednego przedziału natychmiast z przyciszonym brzękiem +posypały się na wyszarzałą serwetę stolika rulony złota, +błyszczące, nowe - zamigotały w niepewnem świetle lampy i ułożyły +się cicho... W ślad za nimi z innych kieszonek portfelu z szelestem +wypadły pliki storublówek, w opaskach, a z kryjówki jego spodniej +wysunęły się do połowy wielkie kwadraty pięćsetrublówek!... + +Więc nie było to urojeniem, marzeniem, mrzonką!.. Rzeczywiście zatem +drzemał tu pieniądz w swym majestacie!.. + +Młody człowiek odskoczył od stołu i wpatrzył się w nagromadzoną +kupę grosza. + +Na twarz jego wystąpił wyraz chciwości i oszpecił ją, oczy +głębokie, duże, przybrały połysk koci i wpiły się uporczywie w +banknoty i złoto. + +Po chwili zbliżył się ponownie do stolika. Lubieżnym ruchem swej +delikatnej ręki przesunął po nagromadzonych pieniądzach, a po ciele +jego równocześnie przeleciał dreszcz. + +Jak włosy pięknej kobiety, jak ciało jej zmysłowe, aksamitne, +pieściły go banknoty... Zanurzył rękę głębiej i dotknął się +złota. + +Z cichym brzękiem rozsypało się ono w strumyk błyszczący, a nim do +głębi ponownie wstrząsnął dreszcz. + +Nigdy w życiu swem nie miał tyle pieniędzy u siebie. Fortuna zawsze +impertynencko odwracała się od niego, szczęście dotychczas uciekało +odeń również, jak od zapowietrzonego, pieniądz zaś, drwiąco +unosząc się w niedostępnych dlań wyżynach, niepochwytny, szyderczy +- stronił od niego stale. + +Młodzieniec przesuwał wciąż machinalnie ręką po storublówkach. +Przed oczyma migały mu wizerunki, podpisy na banknotach, złote +imperyały zimnym dotykiem głaskały jego dłoń... + +Wyrwawszy rękę wreszcie z pieszczotliwego uścisku złota, mężczyzna +pochwycił nagle pliki storublówek i liczyć począł. + +Drżące ręce jego brały i porzucały co chwila zwitki banknotów; +szelest papieru, zduszony dźwięk monety zagrały w ciszy izdebki, +zdziwiły te biedne ściany, tak zdawna odwykłe od brzęku pieniędzy, +wyganiając, zdawało się, biedę, przykucłą gdzieś w kącie, z +legowiska swego. I widmo jej w łachmanach zniknęło przestraszone, +wygnane szmerem poddanych Złotego Cielca - umknęło, szukając gdzie +indziej schronienia. + +A młody człowiek wciąż liczył... Teraz dłoń jego dotykała zwitka +pięćsetrublówek. Było ich dwadzieścia. + +Ciemny rumieniec powoli występował na śniadą twarz młodzieńca, +oczy zaś jego paliły się bezustannie chciwości niezdrowym blaskiem. + +W papierach i złocie, z pewną, drobną tylko różnicą, było +wszystkiego dwadzieścia siedem tysięcy. + +Młodzieniec odstąpił od stołu i wolno z rozmysłem począł +przechadzać się po izdebce. + +- Dwadzieścia i siedem tysięcy!.. Dwadzieścia i siedem... + +Powtarzając się bezustanku, w głowie jego huczała i wracała myśl +jedna, a dziesiątki innych ginęły, topiły się tylko w niej, jak w +chaosie, zanikały - milkły... + +On zatem, który prócz jedynego na sobie odzienia i tych paru +sprzętów wokoło, nie posiadał nic na świecie, on - za jednym +zamachem mógł stać się oto właścicielem owych, rozsypanych przed +nim pieniędzy?.. + +Młodzieniec zadrżał. + +- A moralność? a etyka? To własność nie twoja, to zguba czyjaś +tylko, ty powinieneś pieniądz ten zwrócić, zwrócić, zwrócić!.. +jak rój owadów nagle zabrzmiały w uszach mężczyzny jakieś szepty i +głosy. + +- Oddać? ha-ha-ha!.. A to dlaczego? ciekawym? - zadrwił rozsądek +zimny natychmiast. - "On prend son bien, ou on le trouve." - Znalazłeś +- to twoje! A zresztą, gdyby to samo, co ty, znalazł był kto inny, +czy myślisz, że postąpiłby on inaczej? + +- Oddałby, oddał na pewno, bo chciałby pozostać uczciwym!.. - silny +głos prawości rozległ się śmiało w duszy mężczyzny. + +Wstrząsnął się młody mieszkaniec facyatki i przetarł ręką +czoło, po chwili zaś zmęczony usiadł na jednym z koszlawych +fotelików i, podparłszy głowę dłonią, zadumał się głęboko. + +A rozum drwił dalej bezlitośnie, zjadliwie, sącząc się kroplami +ironii: + +- Nie słuchaj bredni i sentymentalnych mrzonek! - szeptał. - +Uczciwość - frazesa!.. Któż naprawdę uczciwym jest w czasach +obecnych? Obejrzyj się tylko i wpatrz uważnie w ludzi, walczących o +byt obok ciebie. Czyń wreszcie, jak chcesz... odtrąć łaskawy +uśmiech fortuny!.. + +Los, odbierając może naumyślnie drugiemu, co miał zanadto w swym +trzosie, pragnie dobrotliwy, obdarzyć ciebie, nie chcesz-li? + +- Ha, to bądź sobie zatem wspaniałomyślnym, szlachetnym, wielkim! +Umieraj z głodu, bądź głupim!.. Ale pamiętaj, że gorzkiemi łzami +żałować kiedyś będziesz chwili swojego szału - pamiętaj, żeś +biednym! + +Zaśmiał się jeszcze rozum szyderczo i umilkł, mężczyzna zaś, +zadumany, pochylił się na krześle, jakby przygnieciony do ziemi, +oparłszy przytem łokcie na kolanach, ukrył twarz w dłonie. + +Tak, niestety, był on biednym!.. + +Straciwszy matkę lat temu parę, uczył się następnie za granicą: w +Niemczech i we Francyi. odebrawszy kosztem bogatego stryja +wykształcenie nie fachowe, lecz ogólne i staranne, zdecydował się +rok temu właśnie powrócić do miasta, gdzie ujrzał był światło +dzienne, by zbliżyć się do dotychczasowego opiekuna swego, a brata +rodzonego nieżyjącego już ojca. + +W młodzieńczej wyobraźni studenta roiła się nawet podówczas +nadzieja śmiała owładnięcia sercem starego bogacza, aby po +najdłuższem życiu zapisał mu mienie. + +Tembardziej zatem śpieszył się z swoim wyjazdem, lecz przybył za +późno niestety; stryja swego już nie zastał. + +Łożący tylko z obowiązku na studya bratanka, a nie przywiązany doń +zgoła innym, serdeczniejszym węzłem, parę tygodni temu właśnie +starzec przeniósł się był do wieczności, zapisawszy cały majątek +na dobroczynne cele. + +Nie zastawszy więc w mieście nikogo na razie, kto by go znał lub +pamiętał, odważnie z biedą wziął się on wówczas za bary. + +Przepisywał referaty, polisy ubezpieczeniowe, dawał lekcye, czynił, +co tylko mógł i zdobywał miejsce przy biesiadnym, ogólno ludzkim, a +tak zazwyczaj niegościnnym stole... + +0 chłodzie i głodzie mijały mu w ten sposób dnie całe, gorycz +jednak do życia, w walce o byt ciągłej, nie rozgaszczała się w +duszy jego, nie mającego po prostu czasu w bezbarwnej swej biedzie i +gorączce zarobku analizować ciemnych stron swego żywota. Miesięcy +parę temu dopiero siła okoliczności i ludzi, o których ocierać się +począł, żal wykluł mu się w duszy do świata, sącząc z niej +niezadowolenie i gorycz. + +Traf ślepy zrządził pewnego dnia, iż spotkał rówieśnika swego z +lat dawnych. + +Przy wspomnieniu tem ostatniem, młody mieszkaniec poddasza zmarszczył +brwi i zamyślił się jeszcze głębiej, niż przedtem. + +Dawny jego kolega szkolny z kraju i zagranicy, Edmund R-ski, potrosze +nawet kuzyn i towarzysz zabaw dziecinnych - dziś bywalec stolicznych +salonów, chłopiec zamożny, zbliżył się do niego pierwszy wówczas. +Było to podczas karnawału, w zimie, w jednej z kawiarń, bardziej +uczęszczanych w mieście. + +Po dłuższej gawędzie i rozpamiętywaniu młodzieńczych lat +ubiegłych, Edumund R-ski rzekł mu wtedy: + +- Wiesz co, mój drogi? Dobrze się nazywasz, ładne masz maniery, +które pozostały ci po rodzicach i wychowaniu starannem, notabene wcale +dobrze i z akcentem mówisz po francusku, tandem tedy zaproponowałbym +ci coś... tylko nie obraź się na mnie przypadkiem... Gdyby cię tak +ubrać elegancko, bardzo dobry i okazały byłby z ciebie tancerz... He, +cóż ty na to? Proszony właśnie jestem o młodzież do państwa W. na +bal, pojutrze, chodź ze mną... Siedzisz i marnujesz się gdzieś w +kącie, qui lo sa, przystojnym jesteś, a nuż podobasz się komu?.. Ja +ci pomogę i ułatwię wszystko... + +Od słowa do słowa, dał się namówić wtedy. Otrzymawszy od bogatego +i hojnego, oraz uprzejmego kuzyna pożyczkę, wyekwipował się i +poszedł na bal z nim razem. + +Edmund R. przeprowadził rzecz całą bardzo zręcznie. Przedstawiwszy +protegowanego swego, nie omieszkał przypomnieć wszystkim z osobna o +stryju jego, filantropijnym zapisodawcy, a także o rodzicach, ongi, +przed laty, zamożnych i wpływowych. Dobrze wychowanego, eleganckiego i +miłego tancerza zapraszać poczęto chętnie, tembardziej, iż +powszechnie wiedziano o przyjaźni jego z Edmundem R., znanym i cenionym +bywalcem. + +Młody mieszkaniec skromnego poddasza poruszył się niespokojnie na +krześle i spojrzał przed siebie wzrokiem zamglonym, zapatrzonym we +wspomnienia własne. + +Wówczas to, po owym pierwszym balu, przestąpił on zaczarowany dlań +dotąd próg salonów i zapamiętale bawić się począł. Życie, +które prowadził, upajało go. Niepomny jutra - szalał. + +Trwało to tygodni parę, i nagle skończyło się wszystko... Edmund +R-ski, wezwany telegraficznie do umierającej siostry za granicę, +wyjechał, pieniądze wyczerpały się równocześnie, a zaniedbana +czasowo jego własna zarobkowa praca wysunęła mu się z rąk; ktoś +inny, także potrzebujący biedak, zastąpił go. + +W okienko facyatki karnawałowicza zajrzał głód; po wizytach i balach +pozostał w pamięci jego tylko chaos ogólny - wrażenie chwil +rozkosznie jakby prześnionych, i jedno wspomnienie trwałe. + +Oczy młodego mężczyzny zadumane, w tej chwili błyszczące i jakby +tkliwe, skierowały się w róg izdebki, gdzie w półświetle lampy +majaczyła fotografia. + +Nabył ją u fotografa i niemal codziennie stroił w kwiaty; +przedstawiała zaś ona elegancką pannę z towarzystwa, córkę +ukraińskiego magnata, błyszczącą ubiegłego karnawału w salonach +pięknością, dowcipem, otoczona rojem wielbicieli, a którą pokochał +uczuciem miłości pierwszej - prawdziwej. + +Dla niej rzucił się w wir czczych zabaw bez środków po temu, bez +pamięci... + +Odepchniętemu twardą ręką biedy od rydwanu bawiącego się świata - +przesłoniętego w pamięci jego gazą ułudną, mieniącego się +setkami odcieni i blasków - pozostały tylko wspomnienia dręczące, +rozkoszne, kilkunastu rozmów, tańców, uścisków dłoni, spojrzeń... +i - nabyta za pieniądz własny fotografia pięknej dziewczyny. + +Mydlana bańka złudna - marzenie!.. + +Siedzący wciąż w zamyśleniu przed stolikiem młodzieniec głowę +pochylił i ponownie ukrył ją w dłonie. Niby na jawie, przed oczyma +żywo stanął mu bal ostatni... W jarzącej się świateł powodzi, +wśród kołyszących się w takt melodyjnego walca par, sunęli oni +wówczas po szklistej posadzce salonów... + +Ona miała spuszczoną główkę cudną i opierała się z wdziękiem na +jego ramieniu, on zaś, tuląc nieznacznie tancerkę swą do piersi, +pożerał wzrokiem jej twarz, nagie ramiona i szyję kształtną, a +długą i giętka, jak kwiat, o łodydze wysokiej. + +Od czasu do czasu piękna panna wznosiła na niego swoje głębokie, +mieniące się źrenice, i spojrzenia ich spotykały się na chwilę... + +Potem śliczne dziewczę przykrywało znów oczy długiemi rzęsami; on +rzucał słówko, przyciskał machinalnie kibić jej do siebie, +czekając ponownie niemej źrenic rozmowy. Nagle uciszyło się w +balowej sali... + +To muzyka ustała była, a oni walcowali jeszcze, ciągle przytuleni do +siebie - zrośli skrytem jakby pragnieniem. + +Później odprowadził znużoną swą tancerkę, a ona leciuteńko, +dziękczynnie paluszkami drobnemi ścisnęła jego dłoń... + +Młodzieniec zerwał się z krzesła, potrącił je gwałtownie, i +dużymi krokami zaczął przebiegać szybko swój pokoik. Jednocześnie +z wyrazem miłości bezgranicznej spojrzenie jego pobiegło do komódki +małej, gdzie stała fotografia z różą. + +Z kryształowego kielicha delikatnie wychylał się kwiat purpurowy, +dotykając warg prawie dziewczyny. Usteczka jej małe uśmiechały się +rozkosznie, pocałunku zda się spragnione... + +Młody człowiek pozostawał chwilę w niemej kontemplacyi ubóstwianego +przez się kącika izdebki, aż wreszcie powoli wzrok swój przeniósł +w stronę stolika, gdzie leżały cicho banknoty i złoto. + +Wyraz marzenia, ekstazy błyskawicznie znikł z jego oblicza - +przypomniał sobie chwilę obecną. + +Zwolna do stolika zbliżać się począł; utkwiwszy spojrzenie w +rozsypanych pieniądzach, jednocześnie myślał: + +- Niemi tylko może zdobyć bym mógł swe marzenie, one pozwolą mi i +ułatwią zbliżenie do ukochanej! A potem... + +I mimo woli znowu spojrzał młodzieniec w róg pokoiku. + +Oczy dziewczyny kuszące patrzyły zalotnie, paliły go, obiecywać się +zdawały rozkoszy ułudę, miłość - szczęście!.. Rumieniec oblał +twarz mężczyzny. + +- Ach, mieć ją, posiadać, i żyć jej życiem, zlać się z nią +istnieniem i duszą!.. - zawirowała mu w głowie myśl uporczywa. + +- Przecież to córka magnata; książęta, hrabiowie ubiegają się o +nią, czemże ty jesteś dla niej? - zerem, nie otrzymasz jej nigdy, - +uspakajała mózg, nerwy wzburzone, trzeźwa, zimna logika. - Chyba, że +pieniędzy tych oto posiądziesz wiele... wiele... + +- Z małych strumieni tworzą się rzeki; weź to, a może ci więcej +przybędzie!.. - szepnął rozum podstępnie. + +Młody mieszkaniec facyatki schwycił się nagle za głowę. + +Boże, Boże! - wyszeptał - cóż jednak uczyniło ze mnie to, tak +krótkie zetknięcie się z światem zbytku, to zbratanie się, otarcie +z ludźmi szychu i złota! Jakże innym byłem dawniej! Jakże - +lepszym!.. + +Mężczyzna smutnie zwiesił głowę. + +Teraz, przyjrzawszy się niedawno ludziom bogatym, ich trybowi życia, +czuł w sobie, poza uczuciem miłości, dziesiątki związanych z niem +pragnień. Złoto, ten bożek dumny i wspaniały, przed którym korzyły +się miliony, olśniewał go, mamił... Przedsmak zaś możliwych w +dalekiej przyszłości bogactw, użycia, a kto wie, może znaczenia i +wpływów, wespół z osiągnięciem najprzód ukochanej kobiety, za +pomocą tego oto, rozsypanego przed nim grosza - odbierał mu +równowagę duchową, mieszał myśli. + +Porwał się znowu z miejsca i po pokoju biegać począł, niebawem +jednak rzucił się na krzesło, wyczerpany, uporczywie, ponownie +wpatrzywszy się w fotografie ukochanej. + +Od czasu do czasu odrywał wzrok od drogich rysów kobiety i przenosił +go z wolna na stos banknotów i złota. Później spojrzenie jego, +wewnętrznej pracy myśli jakby posłuszne, wracało powtórnie do +lubego wizerunku. + +Przy samych wargach dziewczyny drżał kwiat purpurowy obecnie - +dziewczę i róża całowały się teraz lubieżnie... + +A w izdebce tymczasem lampa powoli dogasać poczęła stopniowo, +niepewnem, migocącem światłem kłócąc się jakby z rąbkiem +radosnego słońca, poprzez rolety zaglądającego co chwila do wnętrza +facyaty. + +I półcienie jakieś, tajemnicze, mgliste wsunęły się równocześnie +na poddasze - zaludniły cicho puste, zakurzone kąty jego... + +Siedzący młody człowiek zrywa się nagle z krzesła swego. + +Bo oto niespodzianie dwoić mu się w oczach zaczyna... + +Rozsypane na stole złoto zalewa izdebkę całą, a z komódki starej +zstępować zaczyna z wolna ona sama, zamglona i powiewna postać... +Dotykając stopkami drobnemi złota, idzie ku niemu ona, z zalotnym +uśmiechem, piękna niewinna - chyli się rozkosznie w jego ramiona!.. + +Mężczyzna ku zjawisku temu wyciąga instynktownie ręce, na wpół +przytomnie naprzód pochyla... + +Lecz oto nagle czar pryska... + +Wypełniająca wnętrze izdebki złocista przestrzeń znika, zjawisko +eteryczne zaś zaczyna oddalać się coraz bardziej, unosi w górę, +niepochwytne, a za niem tylko na ciemnawem tle facyatki, jak wąż +ognisty, wije się struga błyszcząca ścieżka, dotyka stóp jego - +pomostem złota łącząc go w ten sposób z uchodzącym cieniem +ubóstwianej przezeń kobiety. + +Wreszcie znika wszystko. + +Młody mężczyzna przeciera dłonią czoło, rozgląda się... + +Niema nikogo! + +Cóż to więc było? + +Hallucynacya zapewne naprężonych nerwów i rozigranej wyobraźni, +rzucająca mu na ekran półcieniów izdebki fantasmagoryczny obraz +noszonego ciągle w duszy dziewczęcia! Wpływ to rozprzężonych +wrażeń i myśli, skutkiem wysiłku, szumiącego jak potok, nawałem +zwątpień i pytań mózgu. Zapewne... + +I młodzieniec powtórnie przeciera dłonią zmęczone czoło, a +jednocześnie żałuje jakby, że widzenie już pierzchło. Przed oczyma +stoi mu ciągle, jak żywy, obraz jej, ukochanej - chłonie w siebie jej +postać wdzięczną, całuje myślą oczy jej i usta. + +W przelocie zarazem, po raz nie wiadomo już który, wzrok jego dotyka +banknotów i złota, a w duszy bunt mu się zrywa. + +- Jak to?.. On miałby odtrącić od siebie ten grosz, i w ten sposób +stracić, na zawsze może, środki ku zdobyciu drogiej sercu kobiety?.. +Zniszczyć bezpowrotnie pomost złocisty, łączący go z nią jakby w +widzeniu proroczem? + +Nie, przenigdy. Tak naiwnym nie będzie... + +Pieniądz ten potroi, majątek zrobi, fortunę - złotem przełamie, +zwalczy przeszkody wszelkie. + +- Zrobić majątek, czyż to tak łatwo? - na dnie duszy gdzieś +zatajone zwątpienie nagle ironicznie pyta, jakby ostudzić pragnąc +przedwczesną radość. + +Chmura niezadowolenia przelatuje po czole mężczyzny. + +- Tak, zaiste, prawda, to nie tak łatwo. Lecz z potęgą pieniędzy w +dłoni tak, czy też inaczej, do wszystkiego zawsze dojść łacniej w +życiu; - klucz złoty otwiera wszystkie bramy!.. + +I ostateczna, przełomowa walka odbywać się w tej chwili zdaje w duszy +mężczyzny. Na wysokiem czole naprężają mu się żyły, oczy +ciemnieją, a twarz bledszą się staje... Z nęcącą pokusą +zawładnięcia cudzem mieniem, po raz ostatni stają do boju wpojone w +młodocianych latach jeszcze zasady. + +Powrotną falą z daleka cicho płyną i płyną coraz potężniejsze, +bliższe i zalewają stopniowo umysł młodzieńca. Szemrzą coraz +donośniej, silniej... + +A z przypływem ich jednocześnie mięknąć poczyna coś w duchu +młodego mężczyzny, bo oblicze jego wzburzone uspakaja się stopniowo. +Co myśli, z rysów twarzy odgadnąć jeszcze trudno, domyśleć się +jednak można, że poryw jakiś, szlachetniejszy od poprzednich, +czystszy, opanowywać go - w swoje posiadanie bierze. + +Po chwili machinalnie ujmuje on w ręce porzucony na stoliku obok +pieniędzy pugilares i milcząc, zgarniać poczyna rozsypany stos +banknotów i rulonów monety. + +Przy czynności zaś tej, zagadkowej jeszcze, bezustannie tak samo +zamyślony młodzieniec odwraca niebawem w dłoni trzymany portfel, a +równocześnie spojrzenie jego pada na coś, czego nie zauważył dotąd +wcale. + +W rogu pugilaresu, u góry, maleńka, dziewięciopałkowa rzuca mu się +w oczy korona hrabiowska; wdzięcznie granacikami oprawionemi w złoto +mieni się ona, szyderczo zda się patrzy... Na ten widok poprzedni +spokój i wyraz pierzchają nagle z rysów mężczyzny, i rzuca się w +tył gwałtownie. + +Źrenice jego, zmatowane dotychczas cichem zamyśleniem, złowrogim +teraz błyszczą ogniem, a jednocześnie w duszy następuje momentalnie +przewrót nagły. + +Znowu poczyna biegać po pokoju wzdłuż i wszerz... + +I jak kępa drzew gdzieś w polu samotna, co ugina się pod gwałtownym +naporem wichru ku ziemi, zwyciężona, pokorna - tak duch młodzieńca, +miotany ponownie burzą myśli, kołysać i giąć się poczyna. + +Gdy ujrzał on bowiem emblement ludzi utytułowanych, żywo stanęły mu +przed oczyma salony, których miesięcy temu parę był gościem i +sylwetki hrabiczów, kręcących się koło jego ukochanej. + +Widzi ich jak na dłoni, wszystkich, niby na jawie!.. + +Widzi dumnego ojca pięknej dziewczyny, zazwyczaj traktującego go z +góry - dla nich, potomków starożytnych rodów, chociaż częstokroć +biednych - pełnym uprzejmości wyrafinowanej i uniżonej niemal +grzeczności. Widzi wreszcie siebie samego bezkarnie i dotkliwie +obrażanym przez tychże arystokratów, lecz tak zręcznie, że na +pozór nieraz nie można zda się było winić ich, czynili to bowiem +oni, z tą subtelnością, oraz jubilerskiem jakby wykończeniem, jak +dotknąć potrafią tylko ludzie "bardzo dobrze wychowani." + +I przy tem wspomnieniu ostatniem, jakby zraniony, mieszkaniec małej +izdebki, wzdryga się i wyrzuca szeptem: + +- Jak to? te dwadzieścia parę tysięcy należy do jakiegoś hrabiego? +Zatem los ślepy i ironiczny zarazem wsuwa mi w ręce część mienia +jednego z tych właśnie, którym tak często zazdrościłem bogactwa, +znaczenia i tytułów!.. + +I ja, wobec jednostki takiej, miałbym grać rolę szlachetnego, +zwracać mu to, co dlań może kropla w morzu tylko, fundusikiem, +przeznaczonym zapewne na hulanki nocne i zabawę? + +- Ha-ha-ha!.. - rozlega się po pokoiku szyderczy, szatański prawie +śmiech mężczyzny, i odbija od ścian niemiłem dla ucha brzmieniem. + +- Ha-ha-ha, niedoczekanie twoje, panie hrabio!.. - szepcze dalej +półgłosem, a krew w żyłach kipi mu nieustannie - wre niespokojna, +burzliwa. + +I z duszy jego jednocześnie pierzchają bezpowrotnie, zda się, nikną, +jak ułuda i marzenie, wszelkie dobre zamiary, wszystkie, tak niedawne +jeszcze, wahania pomiędzy prawami uczciwości i ich pogwałceniem. + +Zwycięzka, jedyna, jedna rozgaszcza się tam nienawiść tylko do kasty +uprzywilejowanej i wyróżnianej w społeczeństwie. Wypielęgnowana +cierpieniem i biedą, wysubtelniona wykształceniem, a szczególniej +przestawaniem jeszcze za granicą w kołach różnych zapalonych głów, +o przekonaniach skrajnie demokratycznych - rozogniona wreszcie +nadczułością nerwową w zbliżeniu się i czasowem powierzchownem +zżyciu z przedstawicielami tej sfery - buchała obecnie gorącym +płomieniem, wszystko sobą przewyższając i tłumiąc. + +- Za moje upokorzenia, tak niedawne - zaszeptały znów cicho usta +mężczyzny - za moje cierpienia i biedę - za to, że ja nie mam takich +przodków, jak ty, panie hrabio, ani twych bogactw, blasku i złota - +mam życie całe w nędzy cierpieć, i to, gdy los sprawiedliwie bez +wątpienia, odbiera ci cząstkę mienia, przypadkiem, i mnie nią w +zamian obdarza?.. 0, nie, panie hrabio!.. Żydowi, cyganowi, wrogowi - +każdemu bym zwrócił może, lecz tobie - nigdy!.. + +Ostatnie słowa mieszkaniec poddasza wymówił w zapamiętaniu głośno +całkiem i z mocą jakąś dziwną. Twarz zaś jego dziko po prostu +wyglądała w tej chwili; pociemniawszy, jakby od wewnętrznego ognia, +demonicznie piękna i straszną zarazem była ona, a zajadły płomień +szczerej nienawiści do tak zwanych powszechnie "arystokratów" +zajaśniał na niej pełnym blaskiem. + +Odruchem nagłym zbliżył się do stołu i obie dłonie położył na +plikach banknotów i złocie. Czego nie zdołały stanowczo uczynić +okoliczności inne, sprawiła chęć dokuczenia w czemkolwiek wyżej +postawionej społecznej jednostce, jedna chwilka nienawiści i szału. + +- Moje, moje!.. - wyszeptały usta mężczyzny zwycięzko, jakby z +mimowolną, ukrytą w sobie radości nutą, a echo słów tych, +urywanych, cichych, dziwną mocą rozbrzmiało w martwem milczeniu +facyatki. + +Cisza nastała znowu. + +Tylko w piersiach mieszkańca poddasza przelęknione jakby swym czynem +serce poczęło bić przyciszonym tętnem, a szelest ten miarowy, jak +zegaru wahadło, mierzyć się zdawało te chwile przełomową w duszy +człowieka, depczącego uczciwość prawą dla miłości, nienawiści i +złota!.. + +Nagle martwotę pokoju przerwało coś gwałtownie. Były to czyjeś +kroki silne, przyśpieszone, idące po schodach, a coraz wyraźniejsze, +bliższe... Niebawem rozległy się tuż za drzwiami, ucichły, i jakaś +ręka wstrząsnęła lekko klamką, w ślad zatem zaś rozległo się +trzykrotne pukanie. + +Gdyby w kataklizmie niespodzianym runęła ziemia, zapadając się gdzie +w niezmierzone głębie wszechświata - mniejsze to chyba uczyniłoby +wrażenie na stojącym przed stołem mężczyźnie, niż chwila +obecna... + +Nogi zadrżały mu, a bojaźliwa trwoga ścięła krew w żyłach, coś +zaś, niby gad obślizły, przemknęło po krzyżach i za kark chwyciło +despotycznie, zaparłszy dech w piersiach. + +W półświatłach dogorywającego właśnie płomyka lampy twarz +pochylonego nad pieniędzmi młodzieńca nabrała strasznego, a zarazem +dojmująco trupio-bladego wyrazu, ręce zaś, jak kleszcze, wpiły się +w leżące pod niemi banknoty. + +- Nie oddam was, nie zwrócę za nic w świecie! - mówić się zdawały +wyraźnie kurczowo zaciśnięte palce, drżące w zwojach papierów i +złocie. + +Z ekranu izdebki, majaczącego coraz bledszymi cieniami, światło w tej +samej chwili znikło; zapanowała tu szarawa ciemność, a w ślad zatem +rozległo się powtórne, tym razem silniejsze pukanie, poza drzwiami +zaś jednocześnie dały się słyszeć słowa, wyrzeczone głosem +męskim, dźwięcznym i młodym. + +- Widać, że śpi, lub go nie ma... + +- Ale to oryginalne - zauważył ktoś drugi, ciszej nieco. - Zaręczam +ci, iż przed chwilą paliła się wewnątrz pokoju lampa, przez szpary +u drzwi ślizgało się światło! - słowo! + +- Ha, jeśli tak, to może Romanek ma u siebie jakąś dyskretną, a +wesołą wizytkę - snać z rozmysłem donośnie rozległ się głos +pierwszy. - Nie przeszkadzajmy mu. Chodź, Hermanie!.. + +- Wesołej zabawy! - krzyknął ironicznie nazwany Hermanem, nachyliwszy +się do drzwi, zapewne blizko, bo echo głosu jego wstrząsnęło +ścianami poddasza, poczem kroki przybyłych oddalać się zaczęły. + +Westchnienie ulgi podniosło pierś mężczyzny. + +Kilka kropel zimnego potu upadło mu na rozpostarte dłonie; zbudzony +tem jakby, odstąpił od stołu i rzucił się w wycieńczeniu na +kanapkę. + +Poznał po głosie tych dwóch, dobijających się doń przed chwilą, +poczciwych studentów uniwersytetu - widział w wyobraźni swej teraz +niemal obok siebie wyraźne postacie ich, w wytartych mundurach i +spłowiałych od słót i słońca czapkach, pokrzywionych butach... +Biedni chłopcy! + +Przypadkowo zaprzyjaźnił się z nimi, jak tylko przybył tu, do miasta +- oni, zacne serca, pierwsi uczynnie nastręczyli mu zarobkową +pracę... + +Dawno już nie widział ich. Ba, parę razy nawet w epoce owego +kilkutygodniowego światowego szału, spotykając ich na ulicy, a +będąc w towarzystwie eleganckich karnawałowiczów, mimo woli +powstydził się ich i udał, że nie dostrzega. Nie pamiętali mu tego +- przyszli. + +Mieszkaniec poddasza w zamyśleniu przesunął dłonią po jedwabistych +swych włosach. + +- Gdybyż oni wiedzieli i czytać mogli w duszy jego? + +Rumieniec palącego wstydu i upokorzenia zakwitł na twarzy +młodzieńca, a wyraz cierpienia i wewnętrznego bólu rylcem swym +żłobić mu począł rysy wyrazistego oblicza. + +Długo jeszcze przesiedział tak w zadumie... + +A gdy po niejakim czasie słońce zajrzało znów do poddasza, nie było +już złota na stole; schowane - znikło, młody zaś człowiek, +śmiertelnie znużony moralną walką, na wpół ubrany, cicho zdawał +się drzemać na łóżku. + +Niebawem zasnął..... + +I sen oto, przed wewnętrznym wzrokiem duszy młodzieńca, w tem +tajemniczem jej życiu marzeń i rojeń, snuć mu zaczął przedziwne +obrazy... + +A więc najprzód zdało się śpiącemu, iż leci on w przestrzeń bez +końca, ciemną i mroczną, unoszony niewidzialną jakąś siłą... + +Tuli w objęciach swych przytem jakąś powiewną kobiecą postać... +Podobną, choć nie identycznie i całkiem, jest ona do ukochanej +przezeń dziewczyny, a objąwszy pieszczotliwie szyje jego nagiemi +ramiony, tak zawisła, ustami lgnie do jego ust rozkosznie - on zaś, +jak z kielicha pieniące się, musujące wino, pije nektar warg tych +wilgotnych, tonąc w pocałunku ciągłym, nieustannym, zda się - +wiecznym. + +Upajający wreszcie jednak zawrót głowy i osłabienie omdlewające +jakieś i dziwne z wolna poczyna go ogarniać. + +Za wiele, zanadto upajającej, oszałamiającej słodyczy dają mu już +te kobiece usta, jak pieczęć do warg jego bez końca przylgnięte. + +Lecz oto nagle ciemnieje mu w oczach wszystko dokoła i sił swoich nie +czuje już prawie. Przymyka wiec powieki i leci znów tak samo dalej w +przestrzeń, niczego niepomny i nic zgoła w okrąg siebie nie widząc. + +Trwa tak dość długo... + +Wreszcie, wypocząwszy w ten sposób po swem wyczerpaniu, nie czując +już ani ciężaru zwisłej na jego szyi kobiety, ani zawrotnego czasu +jej tchnienia... otwiera oczy... + +Tamte, widziane przed chwila obrazy, bezpowrotnie pierzchły; obecnie +znajduje się zupełnie sam. Stoi teraz na ziemi, a stopy jego dotykają +jakiejś kamienistej płaszczyzny, szarej, bezludnej i smutnej. +Promienie zachodzącego słońca złocą ją i krwawią swym +dogasającym, zamierającym blaskiem... + +On zaś nieporuszony stoi i bezustannie patrzy. + +Nagle promienie gasną... Mrok szary pokrywa płaszczem swym wszystko +dokoła, a w cieniach tych tajemniczych, cichych, szeptać i ruszać +się coś poczyna. + +Z rumowisk i kamienistych szczelin podstępnie wypełzły oto jakieś +postacie, mary, i jak duchy nie z tej jakby ziemi, skrzydlate - +rozpierzchają się po równinie, z przytłumionym szelestem. Nad +głowami ich lecą wielkie czarne złowróżbne ptaki, szumem swych +skrzydeł mącąc martwotę rozlanej wokoło pustki i ciszy. + +On, nic zgoła nie pojmując, spogląda wciąż, przelękły, +zdziwiony... Po chwili dopiero zdaje się rozumieć... + +To - posłuszne niewidzialnemu, a nadprzyrodzonemu skinieniu - lecą tak +zapewne żerować na padół ziemski - wyrzuty sumienia!... + +Tymczasem szmer lotu ptaków - olbrzymów cichnie, zmierzch pochłania +ich postacie - nikną. + +On z ulgą oddycha i instynktownie postępuje parę kroków naprzód. + +Nagle wyrywa mu się z piersi przenikliwy krzyk!... Nad jego głową +wisząc, chwieje się ptak czarnopióry, a zniżywszy lotu swego, +wkrótce siada mu na ramionach, niemiłosiernie wpiwszy w nie swe +szpony, równocześnie zaś w głowie uczuwa uderzenia miarowe. + +To ptak ów straszny i wielki, niby dzięcioł w pień drzewa, stuka +jemu tak w czaszkę jednostajnie... + +W ślad za tem jedna z pierzchających wokoło postaci zjawia się przed +nim blizko. Ubrana w łachmany, czarna i brudna, przyskakuje doń +obcesowo, drapieżna, i utkwiwszy w oblicze ofiary swej palące żarem, +płomienne, dzikie źrenice, nachyla się bardziej jeszcze i plwać mu w +samą twarz poczyna. + +Z ust jej, wykrzywionych, wstrętnych, leją się strumienie lawy +złotej i palą, bolą... + +A jednocześnie tańczą oto w krąg, z szelestem widziane niedawno w +portfelu zwitki storublówek i innych banknotów. Dwojąc się, trojąc +w oczach, przybierają one fantastyczne kształty, a niektóre, +przedzierzgnięte jakby w jakieś karły złowrogie, szponami drobnemi +rwą mu ciało bez litości. Inne znowu, z głowami wężów +obrzydliwych, sycząc, kąsają go zewsząd. + +Napastowany, nieprzytomny, opędzając się rozpaczliwie, rękami, +nogami - ciągle, tarzając się nawet od jakiegoś czasu po +kamienistych zrębach - uciekać w końcu zaczyna równiną, jak +szalony. Potyka się co chwila, pada i ucieka znowu, gnany czeredą +karłów i olbrzymików, o głowach, szyjach gadów, z błyszczącemi +żądłami ze złota. + +Nad głową, z ramion przemocą spędzony, wisi wciąż ptak olbrzymi, a +postać główna, mglista, leci z nim wespół w mroczną dal... + +Nagle, niewiadomo jak, skąd i kiedy zjawia się znowu poprzednia +kobieca postać. + +Śpiący, w swem majaczeniu sennem - odczuwa niewysłowioną radość; a +ona, podawszy swą rączkę drobną, z uśmiechem zalotnym na ślicznie +wykrojonych usteczkach, towarzyszyć mu zaczyna. + +Razem bezustannie biegną teraz po kamienistej równinie. Czarowna +towarzyszka jednak nie czuje, jakoby, co dolega mężczyźnie, i nie +widzi roju prześladowców jego. + +Dziewczę to, czy kobieta, ubrana cała w bieli, zasypana kwieciem róż +i konwalii - cudna, lecz lekko, dotykając się zaledwie stopkami swemi +ostrych kamieni. Nad główką jej, jakby w przeciwieństwie ptakiem +czarnym, lecącym obok - chwieje się duży ptak biały... + +Zjawisko śnieżnego ptaka trwa jednak bardzo krótko, bo oto jemu, +wpatrzonemu uporczywie w swą towarzyszkę, zdaje się nagle, że pióra +u skrzydeł tych mlecznych z lekka szarzeć poczynają, stopniowo +ciemniejszą przybierając barwę... + +Wytęża wzrok coraz bardziej, ale niebawem nic wokoło, nawet +prześladujących go mar, rozpoznać nie jest w stanie. + +Noc czarna, despotyczna, rozpinać właśnie poczyna nad płaszczyzna +ponurą swą oponę. + +Naraz znika wszystko... + +On równocześnie czuje, że leci w przepaść bez dna, treści, oraz w +chaos, z którego ocuca go dopiero uderzenie silne o coś całem +ciałem. + +Spogląda... + +Przed nim obecnie wznosi się sfinks olbrzymi; o niego to w rozpędzie +uderzył się przed chwila. W jasnościach aureoli gorzeje fosforycznym +blaskiem, uśmiechając się zagadkowo. Na olbrzymich barkach jego, na +tułowiu - obliczu, wszędzie, niedostrzegalne zrazu dla ludzkiego oka, +wiją się, ruszają miryady drobnych lilipucich postaci. + +Jedne z nich rodzą się tu z uśmiechem na ustach i piskiem, innych do +grobu zanoszą; ci walczą, depczą po sobie, zabijają się, wzajem w +przepaście spychają - tamci w ramionach drugich piją miłości +rozkosze, a tam znów inni jeszcze głodne twarze i ręce wynędzniałe +wyciągają po datek, sąsiadując z blizka z takimi, co w bogactwie i +zbytkach nurzają się po uszy, lub grzęzną ciałem w rozpuście, jak +w błocie. + +A środkiem - rozbite na tysiące strumieni, na kropel miliony +rozprysłe, płynie, faluje złoto... + +I przed promienistymi jego potoki, jak przed świętością - korzy się +pokornie, służalczo, wszystko dokoła. + +Czołem lilipucie biją przed nim miryady - to też ono nadaje owemu +sfinksowi tajemniczemu blask fosforyczny - ono króluje tu, +bezpodzielnie panuje. + +Lecz oto nagle olbrzymia głowa sfinksa ujrzała snać nowego przybysza. + +Usta jego, wyniosłe i dumne, rozchylają się szerzej, i miast +zwykłego uśmiechu zagadki, sardoniczny, szyderczy, wstrząsa +przestrzeniami śmiech. + +Ha-ha-ha!... Ha-ha-ha!... sfinks śmieje się - śmieje szatańsko i +zwycięzko jakby - wyniośle - strasznie!... + +............................................ + +Głuchy jęk wyrwał się z piersi uśpionego człowieka. Wstrząsnął +on murami pogrążonej w ciszy izdebki, krając zali serce swem echem +smutnem, cichł i gasł, zamierając powoli... + +............................................ + +Obudził się śpiący. + +Wylękłym, zamglonym jeszcze wzrokiem szklanym popatrzył zaspany +wokoło siebie bezprzytomnie i niebawem przymknął na powrót +ociężałe powieki, obróciwszy się równocześnie do ściany. + +W kilka zaś minut później, blada twarz mieszkańca facyatki, +spokojna, nieruchomo spoczywała na poduszce, pogrążona w twardem +uśpieniu. Dusza tym razem zdrzemnęła się w nim zapewne również, +oddech bowiem śpiącego miarowy rozlegał się już swobodnie całkiem +w samotnej, cichej izdebce. + + + +CZĘŚĆ PIERWSZA. + + +Zdążając do poblizkiej Wenecyi, wpadł pociąg kuryerski w morze, i +hucząc, leciał, płynął niby po powierzchni fali. W przedziale +wagonu drugiej klasy było tylko dwoje ludzi. Kobieta młoda, ubrana w +strój lekki, dystyngowany, z szarego materyału, drzemała, czy spała, +wciśnięta w głąb, z główką opartą o poduszkę boczną - +mężczyzna zaś, siedzący naprzeciw, trzymał delikatnie w dłoniach +pozostawioną w uścisku jej rączkę drobną, i pochylony z lekka, +patrzył z miłością w znużone rysy i bladą twarzyczkę kobiety. + +Od czasu do czasu wzrok jego odrywał się od oblicza towarzyszki, +biegł poprzez otwarte okno, ścigając, zda się, pogrążone w +ciemnościach bezgwiezdnej nocy, niewidzialne tuż poza mknącym +pociągiem Adryatyku fale. + +I wtedy, za każdym razem przesuwała się chmurka jakby po czole jego, +osiadał tam jakiś cień niepochwytny, a usta jednocześnie drgały +skrzywieniem goryczy, czy bólu pełnem. + +Gdy jednak wzrok zniżał ponownie, to w zetknięciu się z obliczem +młodej kobiety, pogrążonem w cichem uśpieniu - oczy smutkiem +zamglone łagodniały mu prawie natychmiast, a choć pomimo woli i +bezustannie myśl rozpamiętywać się coś zdawała - z ust momentalnie +znikało zagięcie cierpienia i powoli przeistaczało się w uśmiech, +oraz zapatrzenie się w ukochane rysy. + +Siedzący tak w zamyśleniu nieruchomo - a w widocznej obawie zbudzenia +towarzyszki - podróżny posiadał cechy zewnętrzne dość +interesujące. + +Był to przede wszystkiem mężczyzna piękny bardzo; ciemny brunet, o +wytwornej powierzchowności i układzie, charakterystycznej owalnej +głowie i czole wypukłem, upiększonem łukiem brwi czarnych, +wąziutkich i regularnych, miał on pociągłą, śniadą twarz, +okoloną średniej wielkości brodą. Nerwowe, wyraziste rysy oblicza +tego wyraźnie zdradzały przytem pochodzenie południowe, zarówno jak +i piękne, duże oczy, patrzące na świat gorąco, z rozmarzeniem +nieokreślonem, aksamitnem spojrzeniem dziecka Italii. + +Do drugiej ojczyzny swej poniekąd rzeczywiście dążył tak lat +trzydzieści zaledwie mający młody człowiek. + +Noszący jedno ze staroszlacheckich nazwisk, Roman Dzierżymirski, był +synem nieżyjącego już, a dawniej bogatego bardzo i znanego w +szerokich kołach własnego kraju, Oskara Dzierżymirskiego, oraz żony +jego, rodem Włoszki, a byłej przed swoim ślubem śpiewaczki. + +Pochodzenia pono wątpliwego bardzo, choć niezwykłej urody i wdzięku, +była ta matka Dzierżymirskiego Romana, będąca, jak mówili jedni, +dzieckiem miłości wolnej pewnego dorobkiewicza rzymskiego - jak +twierdzili drudzy, podrzutkiem tylko, z mętów społecznych dzisiejszej +Romy, wychowanem i uposażonem przez tegoż przemysłowca włoskiego. + +Po niej piękność odziedziczył syn, po ojcu zaś niewątpliwie tę +wytworność, która cechowała najmniejsze nawet poruszenie siedzącego +podróżnika, i postawę jakby pańską, mimo woli nieco wyniosłą. + +Roman Dzierżymirski jechał właśnie z małżonką swą w podróż +poślubną, a raczej z kraju uciekał, ojciec bowiem śpiącej cicho +naprzeciwko niego kobiety, szatynki, o ślicznych rysach, January +Gowartowski, bogaty i dumny magnat kresowy, odmówił był jemu jej +ręki... + +Lecz miłość namiętna nie pyta, gdy idzie o posiadanie kobiety! + +Roman zdobył swą żonę dzisiejszą, porwawszy ją za jej zgodą. +Ślub ich tajemny, w małej wioseczce, w zaciszu Karpat - odbył się +właśnie dwa dni temu... + +Przyszło mu to wszystko z łatwością. Ola kochała go, ubóstwiała, +nic zgoła nie widząc poza nim, na stronę materyalna zaś i koszta, +wynikłe z takiego niespodzianego obrotu rzeczy, zwracać on uwagi nie +miał potrzeby. + +W rodzinnem mieście wiadomem było powszechnie, iż rok, czy dwa lata +temu odziedziczył Roman Dzierżymirski fortunkę w kapitale, po dalekim +krewnym, osiadłym i zmarłym w Stanach Zjednoczonych. + +Jechał zatem dziś młody i ostatni potomek dogasającej już w nim +rodziny Dzierżymirskich, ze skarbem swym, drogą sercu małżonką, do +Włoch, ojczyzny matczynej. Wzrok jego, błąkający się bezustannie +pomiędzy twarzą żony, a skrytym cieniami nocy krajobrazem, zamglony, +myślący, w dalszym ciągu wspominać się coś zdawał. + +Poza oknami wagonu fale morza nieustannie szemrały wciąż cicho, w +dali zaś, na czarnem tle widnokręgu, stopniowo, coraz bliższe, +błyszczały już światełka Wenecyi. + +- Oto tam - mówiły niejako marzące oczy mężczyzny - za godzin kilka +czekają mnie uśmiechy pierwsze i rozkosze ziemskiego szczęścia w +objęciach ukochanej ponad wszystko kobiety! Oto tam, wymarzony od tak +dawna, oczekuje na mnie raj własny ułudnego podziału wzajemnego +uczucia, w zupełnem oddaniu się niepokalanego niczem dotąd kwiatu - +niewinnego dziewczęcia... + +Wzrok Romana z zachwytem spoczął na twarzy śpiącej kobiety. +Równocześnie pociąg, pozostawiwszy morze za sobą, wpadł w jakieś +gaje, brzęczące rojem owadów. Jednostajna, monotonna ich muzyka +wpadała uporczywie w uszy podróżnego, a on, cały zasłuchany, +spojrzeniem swem znowu ogarnął ciemną przestrzeń poza oknem wagonu. + +- Co, zagadkowa przyszłości, niesiesz mi w darze?.. Czy zapłacisz mi +za to, com przebył dotąd, przecierpiał, dla zdobycia drogiego +dzisiaj? Czy wynagrodzisz, czy skarzesz? - pytać się zdawały czarnej +nocnej dali posmutniałe nagle chwilowo oczy mężczyzny. + +I ponownie w kąciku warg jego pojawiło się bolesne, przelotne +zagięcie ust, a snać usiłując odpędzić myśl przykrą, +Dzierżymirski powstał ostrożnie, nie wypuszczając wciąż z dłoni +rączki uśpionej swej towarzyszki. Wychylił przez otwarte okno +głowę... Na tle ciemności połyskiwały już teraz rzęsiście +światła - pociąg wjeżdżał właśnie na stacyę. W sekundę, z +nagła szarpnięte, gwałtownie zatrzymały się wagony. + +Dzierżymirski o mało nie upadł, straciwszy na razie równowagę, i +pociągnął za sobą rączkę żony, ściskającą jego dłoń lewą - +prawa zaś oparł się silnie o ramę okna. + +- Ach!.. ach!.. - z trwogą, wyrwało się z ust młodej kobiety, i +otworzyła szeroko oczy, zdziwiona. + +Szybko Roman pochylił się ku niej i przemówił miękko: + +- Przepraszam cię, kochanie, przestraszyłaś się, prawda?.. Ale to +wina nie moja - wagony szarpnęły tak silnie... + +- To ty... Romanie!.. - szepnęła kobieta i zarzuciwszy w ślad za tem, +z niewysłowionym wdziękiem, obie ręce na szyję mężczyzny, +przytuliła się doń czule, składając równocześnie pocałunek na +pięknem czole. + +- Wysiądziemy, złotko, już Wenecya! - rzekł Roman, wysuwając się +delikatnie z objęć młodej żony uniósłszy ją w ramionach, +postawił na równe nogi. + +- Nareszcie!... - wykrzyknęła Ola radośnie, oprzytomniawszy całkiem +na widok jaśniejącego dworca. + +- We-ne-cya! - zabrzmiało donośnie pod samem oknem wagonu, gdzie +ukazała się kędzierzawa głowa i śmiejąca twarz konduktora. + +- Statione Ve-ne-tia!.. - przeciągle, śpiewnie odpowiedział głosowi +pierwszego konduktora okrzyk drugi, dalszy, i zginął. + +Pociąg, którym jechali Dzierżymirscy, zatrzymujac się tylko kilka +minut, jechal dalej wprost do Medyolanu - należało się śpieszyć... + +Roman pobiegł do przeciwległego okna, otworzył gwałtownie drzwiczki +od wagonu, i począł wołać donośnie: + +- Facchino!.. facchino!.. *) +[*) Po włosku tragarz.] + +Za mężem zręcznie wyskoczyła z wagonu Ola Dzierżymirska. Niebawem +zjawił się pożądany tragarz i ruszono z bagażem do dworca. Tu +obstąpiono przyjezdnych. + +Cały rój przeróżnych figur hałaśliwie ofiarowywać im począł +swoje usługi, rząd zaś służby hotelowej, w galonach, z ożywieniem +i gestykulacyą namawiał ich każdy z osobna do siebie. Gadatliwość +Włochów oszołomiła na razie Dzierżymirskich. + +Po chwili dopiero Roman, znający kilka włoskich wyrazów, zdołał +się porozumieć i wybrawszy hotel, kazał się prowadzić do przystani. + +Niebawem młoda para podróżnych sadowiła się już w wygodnej, na +czarno pomalowanej gondoli, obsługiwana z natarczywością przez +różnorodnych oberwańców i gapiów, stojących w pobliżu. + +- Pysznie się siedzi! - zawyrokowała głośno Ola, wyciągnąwszy się +na miękkiem, czarną skórą obitem, siedzeniu. + +Roman usiadł przy niej - gondola zakołysała się lekko... + +Powoli odpychano już ją od brzegu, gdy oto z kilkunastu stron naraz +wyciągnęły się ku mającym odjeżdżać proszące dłonie z +kapeluszami, i chórem zabrzmiała prośba o datek. "Soldo, soldo!" +choć uniżenie, lecz z odcieniem lekkiej jakby groźby, rozlegało się +dokoła ustawicznie powtarzane na wszystkie tony. + +- A to złodzieje!.. - mruknął Dzierżymirski; zmuszony jednak wyjąć +z kieszeni portmonetkę, rzucił tam i ówdzie z humorem drobne monety. + +Gondola ruszyła już - płynęli... + +Młodą kobietę zabawiła ta scena. Perlisty śmieszek jej, wesoły, +rozlegał się wokoło, gdy oto nagle, jakby czemś zmrożony, ucichł. +I Ola, objąwszy wzrokiem roztaczający się przed nią krajobraz, +ruchem wdzięcznym przytuliła się do męża. + +- Jak tu czarno, Romanie, nieprawdaż? - szepnęła. + +Dzierżymirski, milcząc, opiekuńczo objął ramieniem kibić żony i +przycisnął ją miękko do piersi, rozejrzawszy się zarazem. + +Rzeczywiście, czarno tu było. + +Wenecya już spała. Skłębione chmurami niebo odbijało się w mętnej +wodzie kanałów i powlekało je kirem ciemności, po którym tylko +błędnym ognikiem przeświecało, wiło się czerwone światełko +latarni, umieszczonej u spiczastego, zębatego końca gondoli. + +Płynęli przez Canale Grande*). +[*) Po włosku : Kanał Wielki.] + +Jak gdyby śniąc o swej dawnej potędze i chwale, wokoło nich +zadumane, ciche stały wyniośle rzędem weneckie pałace. W żadnem +oknie nie paliło się już światło, otulało je milczenie zupełne. + +Gondola, kołysząc się z lekka, unosząc co chwila swe przednie i +tylne dzioby, płynęła spokojnie, z jednostajnym pluskiem wioseł i +szmerem rozstępującej się pod nią fali. + +Przytuleni do siebie, dłuższą chwilę z ciekawością patrzyli +Dzierżymirscy wokoło. Z ustek pierwszej Oli niebawem posypały się +rozliczne uwagi. + +- Patrz, patrz, Romanie! - wołała ona co chwila, wskazując z +zajęciem na wznoszące się zewsząd budowle. + +Dzierżymirski potakiwał żonie, objaśniał, i półgłosem prowadzona +swobodna pomiędzy jadącymi rozmowa zbudziła milczenie śniące - +rozniosła się echem wyraźnem po grodzie weneckim, o tej porze tak +bardzo cichym. + +Tymczasem po obu stronach kanału kolejno przesuwały się, jak w +kalejdoskopie, cudne swą archaiczną strukturą pałace. + +A więc, najpiękniejszy może z prywatnych siedzib Wenecyi, własność +książąt della Grazia, wychylał się z cieni "Palazzo +Vendramin-Calergi", z roku 1841 w stylu początkowego odrodzenia; z nim +sąsiadował skromny, sięgający XV wieku, pałac "Erizzo" - dalej +zwracał znów uwagę inny, z pozłacanym niegdyś frontem, do dziś +dnia zwany "Ca Doro". + +Opodal bardzo piękny wznosił się majestatycznie dzisiejszy lombard +miejski, pałac "Corner della Regina", wzniesiony w r. 1724 na tem samem +miejscu, gdzie ujrzała świat królowa Cypru, wenecyanka, Katarzyna +Cornaro. + +Wkrótce, tuż poza dzisiejszą pocztą w Wenecyi, zajmującą +dawniejszy niemiecki magazyn towarów "Fondaco de Tedeschi", zamajaczył +olbrzymi most "Ponte di Rialto", w kształcie murowanego łuku +wzniesiony. + +Wsunąwszy się pod jego arkady, gondola Dzierżymirskich cichutko +prześliznęła się tamtędy i skręciła wkrótce na lewo, w wązki +kanalik, stanowiący arteryę boczną "Canale Grando". Szeroka taśma +wielkiego kanału znikła wkrótce z oczu i jadąca barka, +zagłębiając się coraz bardziej w szyję wodnej uliczki, wymijać +poczęła coraz ciaśniejsze i węższe zaułki. Ściany domów +odrapane, ponure, szły, zdawało się, na płynących w gondoli, a +ścieśniając się coraz bardziej, pragnęły pochłonąć, gubić ją +niejako w swym labiryncie. + +Ciemności nocne panowały tu jeszcze większe. Gdzieniegdzie tylko +lśniła zółtawo mdłym światłem latarnia - żywego ducha zaś +nigdzie dopatrzeć się nie można było. + +Umilkła od paru minut Ola trwożnie przylgnęła główką do ramienia +Romana. + +- Brr! straszno tu jakoś... - szepnęła. + +- Nic, kochanie - odparł Dzierżymirski, musnąwszy pocałunkiem jej +włosy - zaraz dojeżdżamy. + +Nieprawdaż, że już blizko? - zwrócił się do gondoliera łamanem +włoskiem narzeczem. + +- Si, signore. - odparł żywo zapytany, a nudząc się znać, bo z +cudzoziemcem gawędzić nie mógł, zanucił półgłosem jakąś +smętną piosenkę. + +Ubrany całkiem biało, wahadłowym ruchem przechylając się +bezustannie przy wiosłowaniu w prawo i lewo, na tle otaczających +ciemności, czynił on wrażenie fantastycznego zjawiska, głos zaś +jego monotonny błąkał się po kątach i odbijał dziwnem echem o +mury, oraz zakratowane okna w swym śnie zaklętych jakby domów. Roman +milczał. + +Ujmując dłoń i tuląc miękko w objęciu Olę, wsłuchiwał się w +ten śpiew jednostajny, mrukliwy, i dziwnego doznawał wrażenia. +Zdawało mu się mianowicie, że on nie do cywilizowanego, dzisiejszego, +ale jakiegoś zbójeckiego z zamierzchłej przeszłości dojeżdża +grodu; że ucieka, kryje się tu ze swym porwanym, czy też skradzionym +łupem... Oto z ciemnych zaułków i kątów śpiącej Wenecyi wysuwają +się po prostu jakby wyraźne jakieś cienie, mary, czy odbicie dawnych +zbrodni, mordu i gwałtów, tak licznych w historyi krwawej tego +dziwnego miasta... + +- A òel! *) - rozległ się nagle tuż za Dzierżymirskim krzykliwy +głos gondoliera, i łódź jednocześnie zboczyła w zaułek ciemny. +[*) Uwaga!] + +- Sia-stali! *) - przeciągle odpowiedział ktoś z innej gondoli. +[*) Na prawo!] +Roman i Ola spojrzeli ciekawie. + +W nadpływającej weneckiej barce siedział mężczyzna czarno ubrany, w +białym kapeluszu, brunet, o ponurem wejrzeniu. + +Gondola, otarłszy się prawie o napotkaną łódkę, prześliznęła +się cicho - znowu byli sami. + +- Patrz, tam się świeci, co się stało?... - rzekła półgłosem +Ola, kręcąc główką i wskazując piętro jednego z domów. + +Roman spojrzał. + +- A, rzeczywiście - odparł - przecież choć jeden jakiś znak +życia... + +Na brudną wodę kanału, porysowaną ścianę i kołyszący się +kadłub pustej gondoli, przywiązanej u stopni marmurowych wielkich +kutych drzwi, kładło się cieniem przyćmione czerwonawe światło, +idące z okna oświetlonej komnaty. Jednocześnie płynęły melodyjne, +ciche akordy fortepianu, wydobywane znać miękka kobiecą rączką. +Wtórował im nieśmiały brzęk mandoliny. + +Rozpływając się powoli, w milczeniu, muzyczne tony łączyły się +zgodnie co parę minut ze śpiewem, męskim, silnym tenorem, i szły +ponad dachy, kanały, leciały daleko, drżące... + +Poruszony muzyką i śpiewem, Dzierżymirski silniej przycisnął do +siebie Olę. Wsłuchani w melodyę miłosnej pieśni południa, +zbliżyli się oni instynktownie, a twarze ich, parte ku sobie, +pochyliły się. + +Pocałunek gorący złączył usta mężczyzny i kobiety; nie odrywając +warg, w dreszczu wzajemnej rozkoszy, wśród deszczu spadających, jak +drobne krople rosy, dźwięków - przepłynęli Dzierżymirscy pod +oknami domu. Coraz cichsze fale granej melodyi goniły ich, powodzią +zalewały jeszcze czas jakiś, aż umilkły. + +Gondola w tej samej właśnie chwili wjechała na kanał ś-go Marka; +plac tejże nazwy, gdzie w całej pełni ogniskowało się jeszcze +życie miasta, zamigotał rzęsiście w oddali dziesiątkami +niebieskawych i żółtych świateł - przewoźnik oznajmił głośno +podróżnym, że są już na miejscu. + +- Dojeżdżamy, Oluniu! - poinformował Roman i z uśmiechem wpatrzył +się namiętnie i czule w twarz swej towarzyszki. + +W ciemnościach nawet nocy, widoczny rumieniec objął płomieniem twarz +kobiety, i wzrok w zawstydzeniu spuściła przed palącem spojrzeniem +mężczyzny, które zapewne swym blaskiem mówiło coś nad wyraz +śmiałego. + +W tej chwili właśnie przedni dziób gondoli stuknął o marmurowe +stopnie hotelowego balkonu, a w parę minut później Roman i Ola +znajdowali się już w obszernym, o marmurowych ścianach i posadzce +pokoju, rozbrzmiewającym w ciszy stłumionem, głuchem brzęczeniem +mustyków. + +Odprawiwszy natarczywego sługę, proponującego im przysłać +natychmiast przewodnika, w celu obejrzenia powierzchownego na +przechadzce placu San Marco, bazyliki i pałacu Dożów -Dzierżymirscy +wkrótce pozostali zupełnie sami..... + + + +W Wenecyi wszędzie pogasły już światła. Noc zupełna, czarna, +zawisła chwilowo nad grodem. Nie trwało to jednak długo; stopniowo +chmury na niebie rozstępować się poczęły i rąbek księżyca +nieśmiało wychylił się z poza nich. + +Zamigotał na wieżycach kościoła ś-go Marka, złotawym brązie +czterech rumaków, królujących na szczycie tej katedry - musnął swym +blaskiem ściany pałacu Dożów, a przeszedłszy się po jego galeryach +ponurych, zajrzał w zakratowane okna wiszącego mostu, łączącego +pałac z dawnem więzieniem, a znanego powszechnie pod nazwą "Mostu +Westchnień". + +Wyjrzawszy zaś już odważniej nieco, trącił srebrzysty lśniącą +taflę laguny, zadrgał siecią światła na powierzchni wód, a +niebieskawą ścieżyną dotknąwszy się ich pieszczotliwie, otworzył +nagle perspektywę daleką, hen! aż ku Lido-na morze... + +W niezamąconej niczem ciszy, starożytne zegary licznych kościelnych i +klasztornych wieżycach wybijać poczęły rytmicznie którąś +godzinę. Jedne z nich brzmiały basem, inne kwiliły wiolinem, lub +brzęczały melodyjnie, łącząc w sobie te dwa melodyjne klucze, a +bijąc w ten sposób, zdawały się mierzyć w milczeniu chwile +czyjegoś może szczęścia... + +Niedyskretne, ciekawe, promienie księżyca zaszkliły się jasnem +światłem na taflach szyb hotelowych, dawnego pałacu Dandolo. +Zatrzymały zda się dłużej przy jednem oknie i pomknęły znowu +obojętne w dal... + +A posągowo uśmiechnięte, wiecznie tak samo szerokie oblicze +księżyca nie zmieniło wcale wyrazu. + +Bo cóż go zaiste, obchodzić mogło tych dwoje ludzi, którzy przybyli +aż tutaj po ułudę rozkoszy? Cóż znaczyły dlań dwa serca, +zrywające wspólnie kwiat miłości i zapomnienia? + +On, filozof, wszak w swem życiu prawiecznem widział podobnych zdarzeń +aż nadto wiele; on znał nicość tych chwil, umiał na pamięć +kochanków zaklęcia i ich nieraz słomiane zapały, gasnące za życia +podmuchem - pod rzeczywistości bezlitosną ręką. Wiedział również, +że zapały te same, odegrzane częstokroć i ożyłe, kiedyś, w +przyszłości, obosiecznem cięciem ranić może będą tych samych +ludzi, skierowane do jednostek innych, zarówno łaknących uczucia i +użycia... + +Powiewna chmurka pieszczotliwie przytuliła się do twarzy księżyca i +przesłoniła go leciutko, kaskada zaś miesięcznych promieni, +zbladłszy, niepewnym, migotliwym blaskiem zalała uśpioną Wenecyę. + +W tej samej chwili dwie jakieś postacie, zbliżone do siebie, +zamajaczyły poza taflą jednego z okien hotelowych, i dwie głowy, +dotykając się wzajemnie, zapatrzyły się we wdzięczny krajobraz +laguny i morza, zamglonych chwilowo półświatłem, oraz cieniami +księżyca. + +I postawszy tak długą chwilę, jakby rozmarzone, znikły niebawem, +splecione w uścisku, niezdolne napawać się długo poza sobą niczem, +nawet pięknem przyrody... + +W ślad prawie zatem nastała ciemność nieprzejrzana i zapanowała nad +miastem pamiątek. + +--------- + + +Zadumany i jakby tęskny tulił się zmierzch szary do ścian kamienic +wielkiego miasta, do witryn wspaniałych sklepów jego, pełzał u +podnóży pomników, ścierał kontury gmachów kościołów - wszystko +dokoła pogrążał w mroki i cienie. + +W wykwintnie umeblowanem swem pomieszkaniu siedziała na fotelu Melania, +marszałkowa Warnicka, rodzona siostra ojca dzisiejszej Oli +Dzierżymirskiej, a dotychczasowa od dzieciństwa prawie opiekunka tej +ostatniej. + +Przez otwarte okno, łącznie z echami wielkomiejskiego gwaru, wciskał +się tutaj wolno zmrok, a ściemniając się stopniowo coraz bardziej, +pocieszająco jakby wygładzać się starał zmarszczone wysokie czoło +wiekowej już matrony, łagodnie muskał jej siwe włosy, i zaglądając +jednocześnie nieśmiało w oczy rozumne, wyraźnie zdawał się +współczuć smutnemu jej zamyśleniu. + +Na małym stoliku przed marszałkową leżał otwarty telegram. Opiewał +on zaś lakonicznie: "Przewidzenia słuszne. Ola już po ślubie z +Dzierżymirskim. Przyjeżdżam. Ładyżyński." + +Już może pół godziny po przeczytaniu powyższej wiadomości, +nieruchomo w swym fotelu siedziała pani Melania. + +Od trzech dni - to jest od czasu gdy Ola zniknęła z domu swej ciotki, +by więcej nie wrócić - marszałkowa Warnicka z niepokoju postarzała +się była o lat co najmniej kilkanaście. + +Początkowo nie mogła zrozumieć postępku swej siostrzenicy; tak +dobrze było jej u niej, może zatem powróci ona lada chwila - +niewątpliwie. + +Musiała wyjechać z miasta na parę godzin, znaglona interesem +ważnym... mówiła sobie, perswadowała staruszka. + +Nazajutrz jednak wieczorem, gdy żadnej o Oli nie było wieści, obawa +kochającej dziewczę ciotki wzrosła o nią do tego stopnia, iż +myślała, że zwaryuje. Dom cały był przerażony, latano, szukano +rozpaczliwie nieobecnej po mieście, na chybił trafił - wszędzie, +oczekując zarazem z trwogą wiszącej zda się w powietrzu katastrofy - +wiadomości jakiej strasznej, o nieszczęściu, lub nawet o śmierci. + +Zbawcą pełnej niepokoju marszałkowej okazał się wówczas Emil +Ładyżyński, przyjaciel całego domu Gowartowskich, stary kawaler, +sprytny wyga wielkomiejski, a poza tem człowiek rozumny i bystry +bardzo. Zebrawszy naprędce wskazówek tu i ówdzie, wpadł od razu na +trop właściwy. Domysły jego były trafne. + +- A ja powiadam pani marszałkowej, że panna Ola używa już miodowych +miesięcy! Młodość nie żartuje, gdy kocha... były to ostatnie +słowa jego i sprawdziły się, niestety... + +Przez samego ojca panny, Januarego Gowartowskiego, pogardliwie odrzucony +konkurent, inaczej poradził sobie. + +Marszałkowa w zadumie westchnęła cicho, ciężkie bowiem, zaiste, +czekały ją niebawem przejścia. Brat jej, January, którego, o niczem +jeszcze nie wiedząc, powiadomiła, wzywając go, natychmiast po +zniknięciu Oli, lada oto chwila nadjedzie... + +Cóż ona, na Boga, powie ubóstwiającemu córkę ojcu, jak się +potrafi wytłumaczyć przed nim ze wszystkiego? Wszak to na jej opiece +pozostawił on był, wyjeżdżając, jedyne swe dziecię... + +Lecz czyż mogła przewidzieć podobne rozwiązanie sprawy? + +Przenigdy!... + +I marszałkowa Warnicka niżej jeszcze pochyliła na piersi głowę swą +siwą, a czoło jej poorały zmarszczki, znacząc jakby ślad +męczących ścigających się myśli. + +- A ją, Olę, to dziecię, które wespół z bratem i ona kochała +całą siłą swej duszy, czyż tak znów dalece winić można było?... + +Zapewne... + +Nie porzuca się od razu wszystkiego, nie ucieka chyłkiem, choćby +nawet w ramiona ukochanego mężczyzny, gdy sprzeciwia się temu wola +rodzica, gdy... + +Pani Melania przetarła czoło pomarszczoną dłonią. "Młodość nie +żartuje, gdy kocha!" zabrzmiały jej w uszach słowa Emila +Ładyżyńskiego. Miał słuszność... + +I nagle, z początku nieokreślone, później coraz głośniejsze, +śmielsze, zakiełkowały w duszy staruszki wyrzuty sumienia. Bo czyż +doprawdy, Ola nieszczęśliwa tak bardzo była winna?... Miłość +oszołomiła ją, porwała, a reszty niewątpliwie dokonało wychowanie +młodej panny, kapryśnej pieszczotki ojca, ulubienicy również jej, +marszałkowej, zawsze dlań pobłażliwej i słabej. + +I pani Melania znów zadawała sobie dalej w myśli pytania... + +- Czy Ola posiadała w duszy swej to, coby ją od popełnionego kroku +wstrzymać mogło? Czy wpajano w nią te zasady młodych, takie na +przykład, jakiemi ją karmiono lat temu wiele, w których pokolenie jej +podobnych wyrosło?... Marszałkowa w zadumie spuściła nisko głowę. + +- Nie, nie! - odpowiadało coś skrycie na dnie jej duszy. + +Ola zasad takich nie miała, a z czyjejże to było winy? + +Najprzód, naturalnie, ojca, Januarego, lecz następnie i jej przecie, +zastępującą Oli odeszłą z tej ziemi matkę. + +I z szarą godziną, coraz bardziej rozgaszczają się po buduarze - z +mrokiem, pełnym cichej melancholii lipcowego wieczora, wkradające się +do duszy marszałkowej wyrzuty potężniały, rosły... Samokrytyka zaś +własnego postępowania zgryźliwie szarpać poczęła jej mózg, coraz +to nowemi pytaniami ją zasypując: + +- Czy starałaś się wniknąć do duszy młodego dziewczęcia, a potem, +zbadawszy ją, formować i ukształcać? - mówiła ona. - Czy wtedy - +pytała dalej - gdy po niewinnem dzieciństwie i młodocianych leciech +po raz pierwszy wstąpiła Ola, już jako dorosła panna, na śliską +arenę salonów i światowego życia, dałaś ty jej, prócz wskazówek +powierzchownych, banalnych, jakie przestrogi inne, głębszej, +poważniejszej natury?... + +A później - gdy rozbawiona, rozmarzona zabawą, flirtami i tańcem, z +pobudzonymi zmysłami i wyobraźnią, wracała ona do domu z +towarzyskich balów i zebrań - czy zastanowiliście się wy kiedyś, ty +i brat twój, January nad tem, co przechodziło tam przez ową młodą +główkę, co zapalało wyobraźnię jej i w bezsennych nocach może +marzeniem ułudnem na skrzydłach niezdrowych fantazyj nie pozwalało +zamknąć źrenic do snu cichego?... + +Uczyniliście wy to wszystko? Zastąpiliścież dziewczęciu temu +matkę, wykonywując wspólnie ten nałożony na was obowiązek, z tą +konieczną drobiazgowością, z którą w istocie częstokroć nie +rachują się rodzicielki same?... + +Oblicze zadumanej marszałkowej wyrażało teraz ciche cierpienie, żal +jakby i skruchę, w tym bowiem wewnętrznym, milczącym rachunku +sumienia coraz cięższe odczuwała winy po swojej i brata stronie. + +A raz poruszone sumienie znów pytało dalej nielitościwie: - Czy +pochwyciłaś ty również te chwile, gdy do krysztalnej młodej dotąd +jeszcze duszy zapukała miłość, wkradła się tam, i rozkwitła +bujnie? Czuwałażeś razem z ojcem Oli nad sercem swej pieszczotki? +Rozumnem słowem, uwagą głęboką, kształciliścież je? hodowali, +strzegąc to serce, niby kwiat cieplarniany, od temperatury niezdrowej? +Myśleliścież wy o tem, iż tam, zamiast skromnego, pięknego pączka, +o barwie łagodnej, może wzrość ukrycie i bezkształtną zajaśnieć +purpurą kwiat namiętności cichy, wszystko dokoła duszący swą +wonią?.. + +Czy uczyniliście wy to wszystko? - powtórnie, jako konkluzya +wątpliwości wszelkich, szarpnęło pytanie ostatnie duszą +marszałkowej. + +Przygnębiona oparła znużoną głowę o poduszkę staroświeckiego +mebla. + +Odpowiedzieć nie mogła obroną na zarzuty, powstałe w jej myślach za +podszeptem sumienia - milczała zatem. + +- Nie! - szyderczo odpowiedział z kolei rozum!... Wypieściliście +tylko ulubione swe dziecko, nie odmawialiście mu niczego - +osypywaliście wszystkiem, czego zapragnęło, znosząc nawet kaprysy, +zachcianki i urojenia; ustępując woli, którą rozumnie powinniście +byli kształcić; słuchając - a nie rozkazując! + +- O, wy! wychowawcy młodego pokolenia, jakże daleko jesteście od +powinności swoich!.. zaśmiał się w końcu rozum z goryczą. + +Marszałkowa Warnicka, nie ruszając się z miejsca, przymknęła +powieki, chwilę dłuższą w jednej i tej samej zostawszy pozycyi, +wreszcie wstała ociężale z miejsca swego i powoli zbliżyła się ku +oknu. + +Zapalono już latarnie w mieście. Po szerokich - trotuarach +pierwszorzędnej ulicy snuły się tłumy. Pani Melania wpatrzyła się +w nie, a w jej myślach jednocześnie szumiało: + +- Uderz się w piersi!... Mea culpa, mea culpa! - boś winna, bardzo +winna! + +Zamigotał, zabłysł snopem promieni i iskier miłości płomyk, i +dziewczyna wyciągnęła ku niemu pragnące ramiona, jak łódź bez +steru na morzu rozhukanem - dziewczyna, którą wychowałaś - +zdeptawszy uczucia drogich sobie osób, nie oglądając się nawet za +ich błogosławieństwem! + +- Zbieracie, coście zasiali! - głos jakiś w uszach marszałkowej +rozbrzmiewał i rósł, pełen potęgi. + +Nagle staruszka cofnęła się wstecz całem ciałem i drgnęła +nerwowo. W ciszy apartamentów rozległ się w tej chwili pokilkakroć +silnie dzwonek. + +To był January Gowartowski. Marszałkowa przeczuciem już zgadywała +przybycie brata, a przetarłszy czoło ręką, z głębokiem +westchnieniem odstąpiła od okna. + + +W sąsiednim salonie, na odgłos dzwonka, zapalał właśnie mały +lokajczyk światło, w przedpokoju rozbierał się ktoś i rozmawiał ze +służącym. + +Pani Melania, wsłuchawszy się pilnie, poznała głos brata. Wysiłkiem +woli rozpogodziwszy, jak umiała, oblicze, przestąpiła próg buduaru, +i weszła powolnym krokiem do salonu. W tej samej chwili we drzwiach +ukazał się przybyły. + +Był to mężczyzna, lat koło sześćdziesięciu może, chudy, wysoki, +i pomimo wieku, trzymający się jeszcze bardzo prosto, oraz gibki, jak +trzcina, o wyglądzie i układzie delikatnym, zręcznym i dystyngowanym. +Twarz January Gowartowski miał wygoloną starannie, głowę piękną, z +przyprószonym nieco włosem, a wąs sumiasty, biały, okalał mu wargi, +wygięte nieco dumnie - oblicze zaś jego, nacechowane jakby wyrazem +wyniosłości, nerwowe, zmienne, znamionowało człowieka, na. pierwszy +rzut oka, nader wrażliwego i uczuciowego może nad miarę. + +Ujrzawszy siostrę, podbiegł ku niej szybko i złożył w milczeniu na +jej ręce pełen uszanowania pocałunek. Przytem spojrzenie +Gowartowskiego spoczęło na jej twarzy pytająco, i dopiero po +przelotnej chwili oczekiwania jakby, widząc marszałkową nieco +zmieszaną, odezwał się pierwszy: + +- Odebrałem telegram twój, pani siostro, niepokój przygnał mię tu +natychmiast... Ola wyjechała podobno, gdzie? po co? na co?.. Czy tylko +jej co złego się nie stało? może ona chora, groźnie, broń Boże?.. +Powiedz, Melanio, szczerą prawdę, mów prędzej, bo wytrzymać z +niepokoju nie mogę!.. - drżąco wymówił pan January słowa ostatnie, +z akcentem prośby, głosem pełnym obawy, i z troską na wyrazistej +twarzy czekał na odpowiedź. + +Tymczasem zmieszanie marszałkowej rosło. Unikając spojrzenia brata, +rzekła: + +- Ależ uspokój się, mój drogi, cóż znowu?.. Upewniam cię, iż Ola +najzdrowsza się czuje i że zgoła nic złego jej nie grozi... + +Twarz Gowartowskiego natychmiast rozpogodziła się i westchnienie ulgi +podniosło pierś jego, odczuł bowiem szczerość w słowach siostry. + +Rzuciwszy opodal kapelusz i podróżna torebkę, usiadł wygodnie na +fotelu i spokojnym już zupełnie głosem zapytał: + +- No, więc cóż, na Boga, stało się z Olą? wyjechała - dokąd?... + +- Zmęczonym pewnie jesteś i głodnym - przerwała bratu Melania - +może kazać dać ci herbaty, przekąski?... - i mówiąc to, +przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka. + +- Ależ, ma chère, - żachnął się trochę niecierpliwie Gowartowski +- to wszystko zrobimy później, po cóż te ze mną ceremonie; co ci +się dzisiaj stało, taka nienaturalna jakaś jesteś? - zatrzymał się +pan January i spojrzał siostrze badawczo w oczy. + +- Nakarmisz mnie potem - dorzucił po chwili, z uśmiechem - lecz +opowiedz mi najprzód, co się tutaj stało?... + +Marszałkowa i na to nic zupełnie nie odpowiedziała, bo w tej +właśnie chwili na progu salonu ukazał się przywołany lokaj. +Wszystko, co dotąd czyniła, miało za cel zyskać tylko na czasie, po +prostu bowiem nie wiedziała, w jaki sposób podać bratu smutną i +wstrząsającą odpowiedź i w jakiej uczynić to formie. Zwróciła +się do służącego. + +- Zapal lampę w buduarze, a gdyby kto tam przyszedł, to powiedz, żem +cierpiąca, i nie przyjmuję... + +- Wszak prawda - z kolei pytająco na pozór skierowała się do brata - +i ty zapewne nie masz dziś ochoty widzieć gości?... + +Za całą odpowiedź Gowartowski wzruszył z lekka ramionami, +jednocześnie jednak z pod oka kilkakrotnie spojrzał na siostrę, a z +twarzy jego pierzchła pogoda. + +Coś poza kulisami działo się w tym domu niedobrego, czul to pan +January nerwami, więc czoło zasępiło mu się i brwi przelotnie +zmarszczyły. Powstał gorączkowo z siedzenia, nieobecny myślą, +szukający zagadki, nie rozumiejąc słów siostry, znajdującej się +już w oświetlonym buduarze i mówiącej coś do niego. + +- Co mówisz? nie słyszę... - rzucił po chwili. - Może tu +przejdziesz, będzie nam wygodniej rozmawiać... - powtórzyła +głośniej tym razem marszałkowa. + +Gowartowski posłusznie podszedł ku drzwiom i przestąpił próg +buduaru. + +Zamknij drzwi za sobą, mój kochany, i siadaj, proszę cię! - +bezdźwięcznym głosem odezwała się pani Melania, sama zaś +skierowała się, by przymknąć drzwi do pokoju jeszcze jedne. + +Pan January tymczasem usiadł i ze wzrastającym coraz bardziej +niepokojem śledził ruchy swej siostry. Teraz był już pewnym, że +czeka go coś niezwykłego, i złego, tak bowiem ostrożnej i dziwnie +postępującej siostry dawno już nie oglądał. + +Marszałkowa zbliżała się właśnie ku niemu, a usadowiwszy się +obok, na kanapie, ujęła w obie dłonie ręce brata. Postanowiła w +myśli zaraz od razu przeciąć drażniące pęta wstępnej rozmowy, +rzekła zatem łagodnie i serdecznie, wpatrzywszy się rozumnemi i +dobremi oczami w twarz brata. + +- Przyrzeknij mi przede wszystkiem, mój drogi, że nie zanadto +zmartwisz się tem, co ci powiem, i zniesiesz wiadomość bardzo +smutną, co ci zakomunikować muszę - prawdziwie po męsku... + +- Ależ dobrze, dobrze, moja kochana... Lecz powiedz-że mi nareszcie, o +co chodzi, bo siedzę, jak na rozżarzonych węglach, i po głowie +latają mi wprost niemożliwe przypuszczenia!.. Mów prędzej, błagam - +cóż z Olą się stało?.. - wybuchnął Gowartowski, ostatnie zaś +słowa jego drgały wymówką i prośbą. + +Wyraz współczucia przemknął po twarzy matrony siwej, i objąwszy +rękami głowę brata, ucałowała ją czule. + +- Ola... już po ślubie... - rzekła równocześnie szeptem. + +Gowartowski, jak podrzucony, zerwał się z fotelu, i wzrokiem błędnym +na marszałkową spojrzał. - Kiedy? jak? co? gdzie? - wykrzyknął w +pierwszej chwili. - To być nie może!... - dorzucił i urwał... +Wpatrzywszy się bowiem uważniej w twarz siostry, poznał, iż ona +mówi prawdę, po chwili jęknął więc tylko cicho: + +- Z kim?... i cały, zdawało się, zawisł na ustach pani Melanii... +Głos zadrżał marszałkowej, gdy, jak mogła najspokojniej, panując +nad własnem wzruszeniem, odpowiedziała wolno: + +- Z Romanem Dzierżymirskim... + +- Z Dzierżymirskim... z tym hołyszem... synem tej... tej Włoszki, +śpiewaczki!... - głos załamał się panu Januaremu, i schwycił się +on obiema rękami za głowę. - I bez... bez... - tu głos +Gowartowskiego przeszedł w chrypkę, snać wstrząsająca nowina +zatamowała mu dech w piersiach - bez mego... pozwolenia... +błogosławieństwa!... - wykrztusił; dokończył nareszcie, z bólem i +gniewem... Twarz przytem znękanego otrzymaną wiadomością ojca, +dotąd blada bardzo, zakwitła nagle ceglastym rumieńcem, nogi zaś +widocznie zachwiały się pod nim, gdyż ciężko, bezsilnie, upadł na +pobliski głęboki fotel. + +Powtórnie, z macierzyńską iście troskliwością, objęła głowę +stroskanego brata marszałkowa Warnicka, jakby ta czuła pieszczota +siostrzana ukoić pragnęła, choć chwilowo, cios, przed chwilą +słowami przez nią zadany. + +Lecz Gowartowski odtrącił ją prawie że brutalnie, niepomny niczego, +a chwyciwszy w dłoni rękę siostry, przemówił zapalczywie, urywanym +głosem. + +- Jak to? I ty, Melanio, pozwoliłaś na to? ty, na opiece której, niby +matki rodzonej, zostawiłem moje dziecię? Ty dałaś zezwolenie, nie +zawiadomiwszy mnie o niczem? + +I pan January ponownie z miejsca swego się zerwał, i wykrzyknął +wzburzony: + +- Wiedząc, że temu młokosowi, awanturnikowi odmówiłem dawniej, +naumyślnie usypialiście czujność moją, by mnie podejść, oszukać, +i myśleliście może, iż ja to przyjmę post factum, "tak sobie!" + +- Ależ zmiłuj się, uspokój ! - pospiesznie przerwała marszałkowa. +- Nic jeszcze nie wiesz dokładnie, a już obwiniasz innych na +chybił-trafił. Proszę cię, bardzo proszę, cierpliwości trochę, +spokoju, aż opowiem ci wszystko, - dodała błagalnie. + +Pan January mimo woli ucichł i spojrzał pytająco na siostrę. + +- Serce-ż ty moje, posłuchaj, a nie martw się tak okrutnie - +drżącym od wzruszenia głosem, ze współczuciem, przemówiła znowu +pani Melania, w nagłem rozczuleniu zatrącając przytem wyraźnie +rodzonym ukraińskim akcentem, od którego odzwyczaiła się była swą +ciągłą bytnością w mieście. - Posłuchaj, jak się rzecz miała - +zaczęła marszałkowa, i ciągnęła tak dalej : - Przede wszystkiem, +kiedy już tak boleśnie dotknąłeś mię przypuszczeniem, że byłam w +zmowie przeciwko tobie, wytłumaczyć się winnam... Tak nie było +wcale, jak sądzisz; przeciwnie do ostatniej chwili ja o niczem zgoła +nie wiedziałam... + +Jak to? - przerwał siostrze zdumiony Gowartowski. + +- Tak, serce, tak, Januarku, ja nic zupełnie nie wiedziałam - +powtórzyła marszałkowa, z widocznym żalem w głosie - a dlaczego? +Dlatego, że oni poradzili sobie bez nas... Roman porwał Olę i +natychmiast wyjechali razem za granicę. + +I pani Melania umilkła, wszystko najgorsze już było bratu wiadomem. +Pod nowym ciosem pochyliła się głowa mężczyzny, i odbiło się na +niej jeszcze boleśniejsze cierpienie. + +- Olu!... Olu!... dziecko moje!.. Jakże zawiodłem się na, tobie! - z +ciężkiem westchnieniem wymknęło się z ust biednego ojca. + +Marszałkowa spoglądała wzruszona na brata. Gniewu jego nie bała się +ona; uniesienie przechodzi. Lecz czego lękała się dotąd najbardziej, +to tej rany właśnie, zadanej kochającemu sercu ojcowskiemu przez +córkę, depczącą przywiązanie do niej silne i bez upamiętania - dla +ułudnej fatamorgany zmysłowych rozkoszy, dla miłości kwiatów i +ponęt... + +Pan January, z głową na piersi schyloną, milczał teraz, ukrywszy +twarz w dłonie. Ze wzrastającem coraz bardziej współczuciem +patrzyła wciąż pani Melania na brata i myślała: + +- 0, dzieci, dzieci, pokolenia młode, jakże wy często i okrutnie +ranicie serca starych! Przywiązuje się ich jesień smutna do waszych +wiosen, pełnych wesela, a wy, jak te ptaki, szukające wciąż ciepła +i słońca, lekkomyślnie rzucacie te serca, tratujecie miłość, +zaparcia siebie pełną, a pogardzając dogasającemi, popielejącemi +iskrami - szukacie, garniecie się do ognia, do młodych!.. + +Przecież i dla mnie pieszczotka Ola była dotąd wszystkiem, lube +dziecię! + +Tak, lecz od genezy uczucia jej i brata nie biło słońce miłości +młodej, ptaszyna zerwała jedwabne pęta przywiązań domowych, bo w +mroki cichych, dotychczasowych jej uczuć, do serduszka dziewczęcego, +wdarł się promienisty blask potężniejszy, silniejszy! Zwykła kolej +rzeczy tego świata... + +Chcąc przerwać milczenie, pełne dla obojga rozmyślań przykrych, +pani Melania poczęła mówić znowu przyciszonym głosem: + +- Podziękujmy Bogu jeszcze, mój drogi January, że ślubem skończyło +się to wszystko. Teraz z wolą Bożą pogodzić się należy, i z +przeznaczeniem, to trudno... - ciągnęła dalej, widząc, że na jej +słowa wyrwany z głębokiej zadumy brat podniósł głowę i słucha - +Nie uwierzysz, ile ja przecierpiałam, nim doniesiono mi o tem, że oni +gdzieś w pobliżu austryackiej granicy, w jakiejś tam wioszczynie +ślub wzięli. + +- Zkądże masz tę wiadomość? - złamanym i cichym głosem spytał +Gowartowski. + +- Marszałkowa ze smutkiem spojrzała na brata. Serce zabolało ją, +jakże bowiem innym, odmiennym całkiem, stał się on nagle teraz, po +odebraniu wiadomości, tak dlań wszechstronnie bolesnej. Powoli, +miękko, opowiadać mu ona poczęła stopniowo wszystko. + +A więc, o ucieczce Oli, o własnych cierpieniach, o tem, że z tak +licznych znajomych prawdy nie domyśla się dotąd nikt jeszcze, o +Ładyżyńskim... + +Pan January, przybity, słuchał teraz słów siostry pokornie, jak +dziecko, nie odzywał się już wcale, trudno zaś było zaręczyć, czy +w myślach bezustannie zatopiony - słyszał. + +Skończywszy swą opowieść, marszałkowa rzekła: + +- Bóg mi świadkiem, iż nic winną nie jestem... Po wyjeździe twoim i +odmowie, którą dałeś Dzierżymirskiemu, gdy oświadczył się o Olę +przed paru tygodniami, nie przyjmowałam go wcale. Gdzie widywał się z +Olą, jak i kiedy ułożyli ze sobą wszystko? Dotychczas żadnego o tem +nie mam pojęcia. Cóż robić - wola Boska!.. + +Gdy marszałkowa wymawiała te ostatnie wyrazy, instynktownie +przysunęła się do brata, chcąc pocieszyć go zapewne, lecz w tej +samej chwili spojrzenie jej padło na drzwi od salonu, i drgnęła +nerwowo. Zdało jej się, że ktoś dotyka właśnie klamki... + +Rzeczywiście, w sekundę później rozległo się trzykrotne pukanie, w +ślad za tem zaś służący zawiadomił, że podano kolacyę i +herbatę. + +- Czy masz ochotę jeść teraz? - spytała łagodnie brata pani +Melania. + +Pan January, machnąwszy poprzednio ręką, zrobił głową ruch +negatywy, pełny obojętności i zniechęcenia. + +Marszałkowa westchnęła cicho. + +-Będziemy jedli później! - rzuciła głośno. + +Po drugiej stronie drzwi buduaru zaintrygowany lokaj schylił się i +spojrzał przez dziurkę od klucza, poczem jeszcze bardziej zaciekawiony +przyciszoną rozmową, której wątka schwycić nie mógł, postawszy +chwilę, oddalił się na palcach by zakomunikować wiadomość tę +pozostałej służbie. + +Z dobrą godzinę, a może i więcej jeszcze, minęło nim roztworzyły +się owe drzwi buduaru, i wyszło z niego rodzeństwo. Jakież jednak +było zdumienie domowników, gdy zamiast spożyć wieczerzę, oboje +rozeszli się do swoich komnat, nie tknąwszy jej wcale. + +I późno potem w apartamentach marszałkowej Warnickiej paliły się +dwa światła. + +Długo, bardzo długo, na klęczkach przed zapaloną lampką i +wizerunkiem Matki Bożej modliła się gorąco polska matrona, zanosząc +prośby do nieba. Ukrywszy głowę w dłonie, rozmyślała ona o +ulubienicy swej, Oli, modliła się za nią, za brata wreszcie, by mu +los przyszłość osłodził. W końcu światło u niej zgasło. +Zmęczona wrażeniami ciężkich trzech dni ostatnich, staruszka +zasnęła twardo, pojednana z przeznaczeniem - wzmocniona modlitwą... + +Inaczej się działo w komnacie Gowartowskiego. I on po niejakim czasie, +zmęczony jednostajną po pokoju wędrówką, zgasił lampę, +ułożywszy się do snu. + +Lecz sen - ukoiciel daleko odleciał od znękanego starca. + +Przez wielkie okno wkradało się półświatło usianej gwiazdami nocy +letniej, sennej i cichej; mrugające na niebie gwiazdy zaglądały do +wnętrza - komnaty, położonej na dole i zwróconej ku ogrodowi, a +zawisłszy nad łożem, wpatrywały się błyszczące, pytań +niedyskretnych pełne, w pobladłe lica bolejącego tu człowieka. + +0! jakże noc ta polska, swobodna, zadumana i jasna była inną dla +zapomnianego ojca, a jak inna, choć ta sama, rozpięta na włoskiem +niebie, dla dwojga młodych w Wenecyi!... + +Tam, w upojeniu, w miłosnej ekstazie, dwie dusze, dwa młode istnienia +zlewały się w jedno!... Na zegarach ich przeznaczeń teraz właśnie +biła może zgodnie aksamitnymi cichymi tony, ziemska ułudna +szczęścia godzina... + +A tu?... + +Z cierpieniem i bólem sam na sam borykał się starzec, tłumiąc łzy, +cisnące mu się gwałtem do oczu... + +Bo czyż, zaiste, to dziecię własne, drogie, nie sponiewierało go +bezlitośnie? Czyż za tyle lat ojcowskich trudów, miłości i zaparcia +się siebie, on, rodzic kochający, jak rzadko który może, zasłużył +tego ostatecznego, pogardliwego zdeptania? + +Więc on wobec córki własnej nic nie znaczył? Błogosławieństwo +jego jest niczem, pozwolenie - zerem! On sam zaś, jego własne "ja," +którego odzwierciedlenie niezatartem, zdawało mu się piętnem, odbite +było na duszy Oli, także okazało się tak słabem tylko? 0! do +jakiego stopnia słabem nawet, kiedy nie potrafiło oprzeć się nowemu +uczuciu - intruzowi!... + +Uśmiech gorzki, boleści pełny, przemknął się po ustach +Gowartowskiego. + +- Więc nic trwałego na tym padole! - myślał - wszystko +marnością... rozwiewającym puchem!... Więc drogie kamienie, perły +uczucia, powstałe w ojcowskiej duszy z tysiącznych życia +szczegółów, cicho wyrosłe tam kwiaty trwałego rodzicielskiego +przywiązania, z góry już skazane być muszą niemiłosiernie, by +zwiędnąć zapoznane... + +Ach, jakże on, naiwny, dalekim był myślą od tego! Jakiemże przykrem +rozczarowaniem była dlań ta naga rzeczywistość, brutalna, bez +zasłon, choćby konwencyonalnych tylko! + +Gowartowski ścisnął głowę rękami, zdawało mu się bowiem, iż ona +pęknie od myśli, cisnących się, jak nieproszone tłumy... Subtelny +umysł jego giął się pod ich naporem, szumiał, niby rój +brzęczących, dokuczliwych owadów. + +Nagle, jakby dziwnym wpływem reakcyi, w głowie leżącego zapanowała +próżnia... + +Gowartowski na małą sekundę tylko przestał myśleć... + +I natychmiast zręcznie z chwili tej skorzystała samowiedza. + +- Przypomnij sobie własną przeszłość - szepnęła - bądź +wyrozumiałym!... Poszukaj dobrze, a niewątpliwie znajdziesz tam +moment, analogiczny z chwilą obecną!... + +Wszak młodość ma swoje silne prawa, każdy w tym czasie korzysta z +nich, a starość, ubrana w pożółkłe, lecące liście jesieni +życia, swą głowę srebrną pochylić zawsze musi przed jej +oślepiającym blaskiem, pomna, że i ona kiedyś taka sama była. + +I pan January wysiłkiem woli uprzytomnił sobie nagle minione lata +swoje, wpatrzył się w nie na chwilę... + +- Nie, nie!... - wołać poczęło we wzburzeniu całe jego jestestwo. + +Tego, co go dzisiaj spotykało, nie było tam zgoła. On szanował +sędziwy wiek, przywiązania starych nie tratował; choć kochał i +szalał, jednak zawsze godził jedno z drugiem. + +Tu zaś obecnie działo się zupełnie co innego. I Gowartowski w tej +samej chwili odwrócił się do ściany, a przymknąwszy machinalnie +powieki, i jakby chroniąc słuch od jakichś odgłosów, jak dziecię +wcisnął w poduszki głowę swą siwą. Bo nagle zdało mu się +wyraźnie, że czyn Oli przyoblekł się w słowa i w pustych, cichych +ścianach pokoju krzyczy wielkim głosem: + +- Idź w kąt, stary niedołęgo! Czyż ja potrzebuję ciebie się +pytać? Ja chcę żyć, kochać! Pragnę za męża mężczyzny drogiego +sercu, a tu ty myślisz mi przeszkodzić?... + +W ciszy pokoju, w uśpieniu letniej nocy, rozległo się bolesne, +stłumione łkanie - starzec płakał... + +Dawno niezmoczone łzą sędziwe męskie powieki, zaszkliły się rosą +- stroskanego ojca uniósł ból począł rozsadzać piersi. + +A jednocześnie przywidziało mu się, jakby w halucynacyi nagłej, że +oto skądsiś nagle, do ciasnych ram sypialni wpada, jak huragan, dziwny +rydwan złocisty... Przytuleni, zrośli jakoby ze sobą, siedzą na nim +Roman i Ola, zapatrzeni w siebie, nie widząc nic dokoła. + +Rydwan zaś wspaniały zbliża się coraz bardziej... + +Ciągną go ogniste piękne rumaki białe, a po jego stopniach, ozdobach +i kobiercach, wszędzie sypią się kwiaty; zasypują go, +pochłaniają... + +Muzyka wesoła, skoczna, zagłusza tymczasem tętent koni - nad +zakochaną parą młodych roje cherubów unoszą się w górze, +skrzydełka ich szumią radośnie, a czarowna miłość toruje im +drogę!... + +I Gowartowskiemu zdaje się równocześnie, że pojazd ten wprost na +niego wpada. + +Tak jest, wyraźnie, wyraźnie!... + +Czuje bo oto na piersiach swych bolesne grubijańskie uderzenia kopyt +końskich... + +Ach!... + +To koła rydwanu przemknęły po nim zwycięsko!... + +Zaszumiało... Posypały się znowu wonnym deszczem kwiaty, muzyka +głośniej zabrzmiała. + +Minęła chwila... + +Ucichło wszystko, znikło i tylko jeszcze w milczeniu echem ostatnim +zadrżał miłośnie pocałunku szmer... + +Pojechali. + +Zimny pot zaperlił się na czole Gowartowskiego. - Przez myśl +przemknęło mu słowo: Waryuję?... + +Lecz niebawem znowu powróciła myśl zbłąkana. + +I cierpienie natychmiast ukłuciami drobnemi ranić go ponownie +zaczęło. + +Powtórnie, umilkłe na drobną chwilę, jak przypływ morza, +niepowstrzymany, powrotny, rozległo się w cichym spokoju komnaty +zduszone łkanie... + +Szerokiem korytem rozlewała się boleść upokorzonego, zranionego +ojcowskiego serca, i przez otwarte okno cicho płynęła eterami, w +dal... + +Na dworze ściemniło się tymczasem; gdzieniegdzie na czystem niebie +pojawiły się małe chmurki, przesłoniły zaglądające ciekawie do +pokoju gwiazdy... + +Cienie rozkładały się obecnie w sypialni, a z nimi powoli, +zmęczeniem snać zwyciężane i wyczerpaniem, milkło bolesne łkanie +starca, przechodząc stopniowo w płacz cichy. Cóż stało się powodem +tego ukojenia, działającego łagodnie, jak balsam, na znękaną +cierpieniami duszę stroskanego ojca? + +Może to było przywidzeniem tylko, jednak w majaczących, coraz więcej +zasiedlających pokój półcieniach, na ich tle widoczna zarysowała +się niewyraźna jakaś postać, nachylona ze współczuciem... + +Któż to był tak niepochwytny, z eterów zaledwie złożony cały? +Mara, czy złudzenie? + +Jednocześnie jakiś dziwny szelest jakby rozległ się również po +pokoju... Z przytłumionym szelestem, jednostajnie, kropla po kropelce +spadało coś w pewnych od siebie odstępach, za spadnięciem zaś +każdej kropli rozlegał się w cichej komnacie jakiś pełny, +oddzielny, harmonijny ton stłumiony - grała jednolita, oderwana, +melodyjna nuta. + +Cichła - i znów to samo czyniła druga, trzecia, czwarta... + +Cóż to było na Boga? Czary, czy też tylko igraszka cieni i +słuchu?.. Nie. To niewidzialny dla ludzkiego oka, przywołany ze sfer +niebieskich prawdziwem cierpieniem, spłynął był Anioł pocieszenia, +a siadłszy cicho przy łożu szarpiącego się z hydrą bólu starca, +niósł mu ukojenie - od Boga!... + +Ściany pokoju tymczasem coraz ciszej grały swą muzykę dziwną... + +To ostatnie, do czary konchowej w dłoniach Pocieszyciela, zmieniając +się tam w piękne drogocenne perły, spadały z oczu człowieka-ojca - +łzy... + + + + +------------ + + +Nad lekko zmarszczoną, a mieniącą się jeszcze w zielonkawe blaski +powierzchnia Adryatyckiego morza, daleko na widnokręgu, łagodniała +coraz bardziej czerwona wstęga zachodu, aż znikła, spełzła +zupełnie, wyparta mrokiem idącego wieczoru. + +W zakładzie kąpielowym, na Lido, zapóźnieni, w rozmaitych kostyumach +goście, powoli, stopniowo, zdążali do kabin swych, aż objęta palami +i sznurem ogromna przestrzeń morza, przeznaczona na kąpiel, zupełnie +opustoszała niebawem. + +Natomiast na werandzie pośrodku zakładu, na rubieży kąpieli, +zaroiło się od gości, spragnionych wypoczynku. + +Odcinając się od innych wysoką, smukłą swą postawą i dystynkcyą, +zmierzający do wolnego miejsca tuż pod balustradą, nad morzem, +przeciskał się pomiędzy licznymi zajętymi już stolikami, Roman +Dzierżymirski, w ubraniu całem białem, licującem bardzo korzystnie z +piękną śniadą twarzą jego i czarnym zarostem. Znalazłszy w korku +wolne miejsce, usiadł i kazał podać sobie napój odświeżający, a +zdjąwszy zarazem biały kapelusz - z tegoż materyału, co odzienie +zrobiony - spojrzał wokoło... + +Przytłumionym szmerem rozmów, prowadzonych w przeróżnych językach, +brzęczał w jego uszach, jak rój owadów, zebrany tłum; na pięknego, +a samotnego cudzoziemca spoglądało ciekawie i zalotnie kilka +siedzących opodal, przystojnych Włoszek o grubych zmysłowych wargach +i dużych, błyszczących, czarnych, jak węgiel, oczach. + +Dzierżymirski przetarł czoło ręką, i popatrzył z kolei przed +siebie. Otulone już mgłami zmierzchu morze marzyło jakby zadumane. +Przyciszonym łoskotem uderzało o brzeg falą, mówiło coś, +szeptało... + +Na pokarbowanej, coraz bardziej ciemniejącej jego fali ścigały się +teraz mroki, jakieś cienie tajemniczo pływały po niem, gwarzyły ze +sobą gdzieś w oddali, a tłumione ich głosy niósł echem łagodny +szmer fali... + +Tęsknym wzrokiem wpatrzył się Dzierżymirski w bezmiar wód +Adryatyku, zdało mu się bowiem, że wśród tych otaczających go, +obcych ludzi, ono jedno brata się z nim obecnie, i przyjacielskiem +uchem myśli jego słucha. + +A Roman całkiem swobodnie poddać się im mógł po raz pierwszy od +bardzo dawna; nie oczekiwał bowiem na nikogo, był sam zupełnie; +żonę, cierpiącą na migrenę, pozostawił w hotelu na własne jej +żądanie. + +Dotąd zaś po prostu nie miał czasu pomyśleć, wniknąć w siebie. + +Od chwili przyjazdu Romana do Wenecyi mijało dwa tygodnie, a w całym +tym okresie, upojony haszyszem miłości dzielonej, przykuty do Oli +złotymi łańcuchy uczucia, wprzągnięty w oszałamiające, ułudne +jarzmo chwil miodowych - śnił on, spał, żyjąc życiem nie +rzeczywistem, ale jakiemś innem, oderwanem, lśniącem się li tylko +jasnością, promieniami i blaskiem. + +Prócz tego, jednocześnie doznawał on i wrażeń innych, +subtelniejszych. Były zaś niemi: po pierwsze, wrażenia czysto +zewnętrzne, a więc ciągłe, bezustanne pobudzenie poczucia piękna, +wyzwane zetknięciem się z sztuką tego zakątka pamiątek Italii; - +wewnętrzne, a tym razem również w ścisłej pozostające łączności +z osią wszystkiego dlań teraz - z Olą. + +Dzierżymirski z licznych dotąd miłostek obeznany był dobrze z +kobietami, po raz jednak pierwszy odczuwał to, co dziś... + +Bo dotąd tak zwykle zdarzało się zazwyczaj; że on był w miłości +zawsze prawie nastrojonym na silniejszy diapazon, a kobieta bierniejszą +była - poddawała się tylko sile jego uczucia. + +Teraz zaś działo się wręcz przeciwnie: to on czuł się więcej +pragnionym i kochanym - to on poddawał się sile szałów, +pożądań... + +Po stronie kobiety była widoczna przewaga, Roman zaś nurzał się w +tej czystej toni niepokalanego dotąd niczem uczucia, jak w źródle +świeżem, krynicznem nowego złotego życia, odmładzał się w niem, +orzeźwiał, i upojony, odurzony - zasypiał życie, marzył i śnił, +wchłaniając w siebie całą moc i potęgę skierowanej ku niemu +miłości. + +A jednak, wszak i on kochał Olę: Któż by wątpił o tem, gdyby tylko +mógł spojrzeć na ukrytą, starannie od ludzkiego oka, a zapisaną +kartę jego tak niedawnej jeszcze przeszłości. + +W tej chwili Roman, przeżywając jakby w myślach swych, poza +teraźniejszością i lata minione, wzdrygnął się, brwi zmarszczył, +i machinalnie spojrzał przed siebie. + +Zupełnie spowił już morze mrok ciemny. Hen, daleko, błyszczały +światła, pozapalane na niewidzialnych prawie gołem okiem parowcach. +Trzy z nich mrugały już na kołyszącym się wodnym obszarze, po +chwili zabłysło czwarte, piąte... + +Lekki wietrzyk wionął po fali, poruszył się zadumany wód olbrzym, +zakołysał, zaszumiał tajemniczo głośniejszym, niż dotąd, chórem +podszeptów, szelestów i szmerów - melodyjnie zagrał... + +U stóp Romana silniej zapluskały fale. + +W uderzeniach zaś ich, teraz już zupełnie bliskich, wyraźnych, +powtarzających się co chwila, jakiś ukryty, szyderczy, szemrzący +jakby głos wołał, zda się, gdzieś z głębin dalekich: + +- No, i cóż, przywłaszczycielu cudzego złota, dobrze ci z niem, co, +nieprawdaż? Ubóstwiają cię, grasz rolę milionera! + +Ha-ha!-ha-ha!.. z kolei zaśmiały się nagle wody. + +- Myślisz może, że teraz, dotykając się już pieniędzy innych, +wytłumaczonym przez to jesteś? Że zapomniano, zagrzebano twą +tajemnicę? + +- Ha-ha!-ha-ha!.. - śmiało się morze ironicznie, i dalej znowu +szydziło: + +- A widzisz - zbladłeś! Ty dotychczas pewnym byłeś, że nikt nic nie +wie o tem!.. + +- A ja wiem, dobrze wiem!... - szyderczo zaśmiało się morze, a +śmiech ten wód ogromy coraz głośniej przedrzeźniać poczęły. + +Teraz już całe morze bezlitośnie drwiło. + +Naraz głos Adryatyku ustał i cichym szeptem zaszemrała fala: + +- Nie bój się! ja żartuję tylko... nie trwóż się, ja cię nie +zdradzę... + +- Patrz, jakie głębie kryją się w mem łonie jak wielkiem jestem +ja!.. + +- Tajemnicę twą zachowam, zginie ona w obszarach, w bezdnach utonie... + +- Nie powiem, ci... cho będę... ci... cho... - zaszeptała znów fala, +i szept ten powtórzyły fal miliony... + +I jak śmiech szyderczy, tak i teraz ten półszept cichy, stłumiony, +drżący, szedł znowu po łuskach fal, tajemniczy, straszny... + +Nie... po... wiem!.. ci-cho będę, ccci-cho... + +Nerwy Romana zadrgały; podrażniły go te dziwne głosy Adryatyku, +odsunął krzesło na drugi koniec stolika, podparł rękami głowę, a +zatkawszy uszy przed pomrukiem wód, wzburzony jeszcze, blady, zadumał +się głęboko. + +Przeszłość, wywołana chwilą samotności, i dziwnymi morza pogwary, +świeża i żywa, niby wczorajsza, stanęła mu przed oczyma, jak widmo. + +Na ubogiem poddaszu, ujrzał zatem siebie budzącym się po śnie +strasznym! + +Dwa już lata od tej chwili mijały. A co on od owego czasu +przecierpiał, przeżył, przewalczył! - nie zliczyć!.. + +Długo nie tknął wówczas cudzych pieniędzy; tajemniczy portfel +leżał pod kluczem, pozornie zapomniany. + +A on ciągle walczył ze sobą!.. + +Nie zanosił jednak zguby do biura policyjnego, sam osobiście +właściciela nie szukał. Czekał... + +Pod tym względem niepokojąca, tłocząca swą zagadką, głucha +panowała cisza. + +W żadnem piśmie nie było wzmianki o zgubionym pugilaresie - nikt o +tem władzom nie doniósł... + +A on wciąż szalał. + +Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego własne fundusze, parę +ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego +izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota. + +Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie +męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym +został "żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę +dziecinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pieniędzy, i +innych, następnych... Widzi siebie, jak naumyślnie zmieniał je na +drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej, +tak dalej!.. + +Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem. + +A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie +mógł!.. + +Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bezmyślnie, aż dotarł +do Monte-Carlo. + +Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki +całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z +zapałem. + +Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się, +troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza. +Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako +człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz +rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby +dobrach, pożyczył u poznanego amerykańskiego miliardera trzykroć sto +tysięcy franków. + +Poręczył za niego pewien lord angielski, z którym się on, Roman, +poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina, +(który, mówiąc nawiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), +przyniosły mu szczęście. + +Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nieprawdopodobnej długości +seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał +się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszołomił go na razie. +Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem. + +Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei niebawem począł znowu +przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła +chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. +Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą +do kraju blizko sześćdziesiąt tysięcy, a wyjeżdżając miał tylko +dwadzieścia kilka. + +Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie... + +Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozumiały na razie, subtelny +bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną, +owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył. + +Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach, +odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę, +wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy. + +- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem +wówczas, że nie jest tak bardzo winnym. + +- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie +wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem +wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; stopiło +się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w +jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana +z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już +bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem. + +Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumienia wyrzutów, dociekań, +zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już +wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem +należał do niego ten pieniądz, ślepą igraszką losu nabyty; +podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było +przywłaszczenie. + +Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znalezienia i nieoddania - +pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze +strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego +plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko +znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od +odległego strasznego wczoraj. + +Z głową podniesioną zatem do góry, pokrzepiony powyższymi w swoim +rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł +działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezionego +przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, pogłoskę o dziedzictwie +niespodzianem, a dość pokaźnem, po stryju, zmarłym w Stanach +Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu +zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem +potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuconym został, i... + +Powierzchnia morza spokojną już była. Obojętna całkiem +równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała +cicha... + +Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, zanurzył ręce w bujnej +czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje +wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni. + +Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając, +przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu +dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, +opuścił zakład kąpielowy. + +Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z +szerokiemi po bokach alejami dla pieszych. + +W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo, +obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem +mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie +miłości, życia, silnie nim owładnęło. + +Śpieszył się. + +Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i +jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu +niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego +starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych +raczków. + +Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od +spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo +muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz +począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl +uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek +zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj +rozpoczynają się bólem głowy. + +Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile? +Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe +chora!.. + +Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i +niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim. + +Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo +blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi, +przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski +w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł +do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już +sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman +znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój +pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą. + +Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady +pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią, +w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód +obszary Wenecya. + +Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpatrzył się Roman w +rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący +parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna +pokoju, gdzie pozostawił Olę. + +Okno komnaty tej właśnie otwartem było szeroko. W ramie zaś jego +stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu +podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych, +wznoszących się jak fala, a kształtach ponętnych, pełnych, jakby +pragnących gwałtem wydostać się z ciasnych ram opiętej, białej, +pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek +zdradzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka maleńka i +dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej +osóbki. + +Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała właśnie przed +chwilą, czując, że nerwowy, spowodowany upałem i zmęczeniem ból +głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z +wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i +ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały. + +I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd daleko... Mimo woli sama +uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił +wyraźny zapach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach +zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo +stepu - smętna rodzinna Ukraina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu, +pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, +do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej +nieuczonym głosem mołodycy... + +I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci? + +Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnięciem się zerwała wszelkie +więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego +szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście +szczęśliwą. + +- Biedny ten ojciec jednak, który po swojemu, jak umiał, tak ją +kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, +Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza cała? +Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszyscy, tak dotychczas sercu +drodzy?.. + +Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepędziła Ola z +godzinę. + +Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo +ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. +Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od +tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem panoramę portu i morza - +oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore, +oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z +niecierpliwością wypatrywała Romana. + +Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność +Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła +już za jego pieszczotą, zapragnęła czułości i pocałunków... + +Wziąwszy lornetkę, przyłożyła ją Ola do swych oczu, ścigając po +chwili widnokrąg spojrzeniem. Pierś jej przytem unosić się poczęła +miarowo, usteczka zaś zdawały się całować przestrzeń, rozchylone, +proszące... + +Zniechęcona, odjęła niebawem lornetkę od oczu. Jakiś statek w +kierunku Lido zbliżał się wprawdzie, lecz znajdował się jeszcze tak +daleko... + +Ola odstąpiła od okna, i szeleszcząc jedwabiami swych spódniczek, +poczęła niecierpliwie przechadzać się po pokoju, pytając sama +siebie: + +- Któż widział spóźniać się tak dalece? Widocznie zobojętniała +już ona Romanowi, czyż to jednak możliwe? Wszak tak niedługo trwa +ich szczęście... + +Myśli ostatnie i wątpliwości śmiesznemi widocznie zdały się +młodej kobiecie, bo po zastanowieniu się twarz jej poweselała, a w +ciszy pokoju rozległ się śmieszek srebrzysty. W ślad za tem +zapaliła dwie świece i przystąpiła do dużego lustra. Długo, z +lubością, wpatrywała się w nadobne własne oblicze. Przymknąwszy z +lekka powieki, lecz tak, by mogła widzieć siebie, przegięła swą +ładną główkę i kibić nieco w tył, oraz rozchyliła usteczka... + +Kształty postaci jej całej uwypukliły się ponętnie; w pozycyi tej +zatrzymała się chwilę... Uśmieszek zwycięski przewinął się +niebawem po drobnych wargach pięknej kobiety; podniosła do góry +ręce, łasząco, jak kocię, wyprężyła naprzód swe ciało, i +uczyniwszy gest, podobny do przeciągającego się po śnie człowieka, +wymówiła głośne: Aaaa... + +Po chwili zaś, poprawiwszy poprzednio zalotnie tualetę swą i włosy, +stanęła znowu w pierwotnej pozycyi u okna, w ciemnym tak samo i tym +razem pokoju, z lornetką przy oczach. + +Zbliżający się tymczasem od strony morza parowiec stawał właśnie +już w przystani. Po drewnianych pomostach wysypał się na ulicę tłum +różnolity i barwny; światła, pozapalane w pobliżu padały nań +skośnie, oświetlając wyraźnie ruszających się ludzi. Ola wśród +nich starała się odnaleźć sylwetkę męża, niebawem dojrzała go +rzeczywiście i z radością wykrzyknęła do siebie: + +- Jest! jest!.. + +W oka mgnieniu odskoczyła od okna, zapaliła świecę, odnalazła +szybko kapelusz i parasolkę, i wybiegła z hotelu. Zdążała na +spotkanie Romana, śmiejąc się z góry na myśl, jak on się zdziwi, +ujrzawszy ją na nogach. + +Na Riva degli Schiavoni, spacerowem miejscu Wenecyi, roiło się od +publiczności. W pobliżu hotelu, zamieszkiwanego przez +Dzierżymirskich, muzyka grająca zazwyczaj na placu Świętego Marka, +rozbrzmiewała kaskadą ochoczych tonów przed kawiarnią, +przepełnioną ludźmi, snującymi się również wszędzie, gdzie tylko +było rzucić okiem. Ola, zdążając ku przystani, wymijała ich +szybko, w oddali widziała już wśród idących sylwetkę Romana, +całą białą, górującą wzrostem nad innymi. + +Dzierżymirski, niespokojny snać dotąd jeszcze, szedł krokiem +raźnym, z cygarem zapalonem w ustach, a kroczył tak zamyślony, że +byłby, nie widząc wyminął Olę niewątpliwie, gdyby ta, ubawiona, +nie roześmiała się wesoło i nie pochwyciła go za ramię. Na +dźwięk znajomego srebrnego śmiechu podniósł Roman głowę i twarz, +chmurna dotychczas nieco, rozpogodziła mu się natychmiast. + +- Ty tu, filutko?.. - wykrzyknął radośnie, i ująwszy obie rączki +Oli w swe dłonie, obsypywać je zaczął pocałunkami, a następnie +pociągnął ją ku sobie, i nie zwracając zgoła uwagi na kilka +mijających ich osób, ucałował w twarz serdecznie. + +- A tak, Romeczku! - odparła żywo Ola - wybiegłam, bo zobaczyłam +przez lornetkę, jak wysiadałeś! Fe! któż widział siedzieć tak +długo, gdy się ma tak ładną, jak ja żoneczkę... - dorzuciła, +przymilając się, z lekką wymówką w głosie, i dodała jeszcze: + +- Myślałam już, że ci się co złego stało! + + Promień przebiegł po twarzy mężczyzny, ujął ramię Oli, i + odparł: + +- A wiesz, moje życie, że i ja miałem co do ciebie myśl podobną?.. +- uśmiechnął się i dodał - ale z mej strony to usprawiedliwione, +zostawiłem cię przecie bowiem w łóżku... + +Idąc wciąż szybko przed siebie, zamilkli oboje. Miłość odczuta, +taka sama, drobną swą powyższą oznaką zamknęła im usta na +chwilę. + +- Skądsiś od Wielkiego Kanału, w pewnych od siebie, odstępach, +dolatywało właśnie echo silnego męskiego głosu, przy +akompaniamencie chóru innych. + +- Pojedziemy może gondolą, jak myślisz? - zapytała Ola - słyszysz +jak ładnie śpiewają?.. + +- Dobrze, moje życie, jedziemy!.. - odparł wesoło Roman. + +Jak na zawołanie, w tej samej chwili Dzierżymirscy usłyszeli za sobą +kilka okrzyków, silnie akcentowanych na pierwszej sylabie: "Gón-dola,. +gón-dola signore... gón-dola!.." + +Na lewo, obok idących, znajdowała się "Piazzeta", a naprzeciw +wznoszącego się majestatycznie pałacu Dożów, największa przystań +gondolierów. + +Dzierżymirski, wybrawszy jednego z licznych" napraszających się +przewoźników, podszedł ku przystani, gdzie wespół z Olą usadowił +się niebawem w gondoli. + +- Serenada, Canale Grande! - rzucił ubranemu biało Włochowi. + +"Rematore"*) uderzył w wiosła, i gondola z wolna, cicha, wysunęła +się z pomiędzy dziesiątek innych, a kołysząc się na, czarnej fali +kanału, pomknęła we wskazanym kierunku. Roman objął kibić żony i +począł muskać delikatnie ustami jej oczy, czoło, szyję i usta. Ona +zaś uchylała się wciąż figlarnie, szepcząc: +[*) Wioślarz.] + +- Wstydź się... gondolier patrzy... + +Lecz mężczyzna nie przestawał. Kilkakrotnie usta ich złączyły się +w pocałunku gorącym, długim, od którego zadrżeli oboje, z ust +Romana sypały się ciche i urywane, dyszące uczuciem i +namiętnością, pieszczotliwe wyrazy... + +A wkoło nich, szeleszcząc uderzeniami wioseł, sunąc również, jak i +oni cicho, mknęły, migocząc kolorowemi światełkami, gondole, +zmierzając wszystkie w jednym kierunku - ku Wielkiemu Kanałowi, +całemu rozbrzmiewającemu w tej chwili, jak harfa ruszona śpiewem i +muzyką. Oświetlone, ubrane kolorowemi, papierowemi latarniami, migały +w oddali wielkie gondole, a raczej statki małe, tak zwane "serenady", +na których orkiestry cale grajków i śpiewaków-samouków popisywały +się ze swym wrodzonym, a rzetelnym nawet częstokroć artyzmem. + +Kilka podobnych serenad, rozrzuconych po kanale; wabiło światłami i +stłumionym śpiewu odgłosem, koło nich zaś, w pobliżu, grupowały +się kręgiem dziesiątki czarnych gondoli, z rozpostartymi w nich +niedbale i wygodnie słuchaczami. Niektóre z rozbrzmiewających +śpiewem i muzyką bark podjeżdżały pod okna dawnych dworców, a +dzisiejszych pierwszorzędnych hoteli i koncertując tam wyłącznie dla +hotelowych gości, zbierali od nich dla siebie datki, sunąc +różnobarwnemi światłami i gorejącym kadłubem stateczku zwolna u +marmurowych stopni pałacowych balkonów. + +Naprzeciwko dwóch podobnych serenad, śpiewających wprost kościoła +S-ta Maria della Salute, pod oknami pałaców Ferro i Zucchelli, +(dzisiejsze Grand-Hotel i hotel Britania) dalej nieco, poza kościołem, +zabrzmiała właśnie nagle pieśń solowa .. + +Zagłuszając inne głosy śpiewaków bliższych i dalszych, zadrgała +ona uczuciem, i zręcznie modulowana przyjemnie pieściła słuch, coraz +donioślejsza, bliższa... + +- Pojedziemy tam! dobrze, Romciu?.. - zaproponowała Ola, ujęta głosem +śpiewaka. + +- Bene, carissima! - odparł Roman, i skinął na wiosłującego. +Gondola ich, kierowana umiejętną ręką, wymijać zaczęła łodzie, +coraz liczniejsze. + +Roman i Ola, widząc się coraz bardziej otoczonymi, przestali +pocałunków i pieszczot, chwilowo poddawszy się zupełnie czarowi +pieśni, płynącej ku nim w ciszy wieczoru. + +Oboje milczeli... + +Gondola tymczasem skręciła powoli w lewo, ku rozśpiewanej barce, i +wśliznąwszy się swym wysokim przednim dziobem, jak wąż, pomiędzy +kołyszące się dziesiątki innych gondol - stanęła wreszcie, +zatrzymana zręcznie. Gondolier przymocował sznurem swój pojazd do +sąsiednich i założywszy na krzyż ręce, w skupieniu wespół z +innymi zasłuchał w pieśń... + +Szerokiem półkolem, ciche, kołysały się wszędy inne gondole; +wsparci w nich słuchacze poddawali się niewytłumaczonemu czarowi tej +weneckiej, cichej nocy, tej pieśni szczerej, niewykwintnej, +chwytającej jednak mimo woli niejednego za serce, zapadającej w duszę +głęboko. + +Po smętnych pieśniach następowały skoczne, i tak dalej, bez zmiany. +Co kilka "numerów" z barki "serenady" schodził włoch, rozczochrany, +od śpiewu wzruszony jeszcze, i z czapką w ręku zbierał "co łaska", +przestępując ostrożnie z jednej gondoli na drugą. + +W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swego rodzaju antraktem, +ruszały się z miejsc swoich niektóre łodzie, wracając, lub +zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się +milcząco nowoprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych +zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na +swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych +językach. + +I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i +bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach +kanału mknęła znów ze "sceny" serenady pieśń namiętna... + +Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i ciekawie gwiazdki, +licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, +i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych +dworców. + +Od czasu do czasu komunikując sobie przyciszoną uwagę, Roman i Ola +słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś +dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko +ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu niezwykłego, a +pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, +wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących +się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pieśni owe, +narodowe - własne! + +Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego +popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych - +przymrużała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze +ojca... + +Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz +obecnego położenia, przyszłość niejasna, zakryta, ciemna, z +tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem +najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą +troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie +czarnych, rozumnych oczu. + +I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, +że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko +za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego +dzisiejsze nieograniczone szczęście! + +Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał +na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych +poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie +przechodziły, przemykały się po jej wdzięcznem, zamyślonem obliczu, +czasem na usteczkach zagaszczał błąkający się uśmieszek. + +Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzymywał dłuższą chwilę +spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub +słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. +Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą +zdań urywanych kilkanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi +zewnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób +czas mijał. + +Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z +cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne +po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w +oddali, śpiewy ich cichły... + +Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a +między innemi i barka, koło której kołysała się gondola +Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także +liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, +wybiła rytmicznie godzina jedenasta... + +Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli +i rzekł: + +- Pora już nam, kochanie... prawdaż?.. + +- Która? - zapytała Ola, zbudzona. + +- Jedenasta, moje życie - odparł Roman. + +- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie +sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło... + +- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem. + +- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola. + +- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby +pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko +do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć. + +Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, +zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem +latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych +kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi +tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony +odgłos muzyki... + +Wyciągnąwszy się wygodnie w gondoli, Roman ujął znów kibić żony, +i pieszcząc wargami jej szyję, począł mówić cicho, długo, +ciągle. + +Czuł potrzebę mówienia; chciał zagłuszyć, odpędzić natrętne +myśli, wspomnienia, przechodził z tematu na temat, śmiał się, +dowcipkował, całował Olę co chwila. A ona szczebiotała również... + +Pełne wesela głosy dwojga młodych złączonym akordem przerywały co +chwila milczenie i spokój "Canale Grande", padały i ślizgały się +echem po ciemnej tafli jego wód, w których z kolei pławiły się +cienie pałaców, złotym deszczem igrały gwiazdy i swawolił powiew +wietrzyka, idącego z morza, pokrytego ciemnością, śniącego w +oddali... + +Dostawszy się na pełnię wód kanału św. Marka gondola pomknęła +chyżo, a niebawem po falistej tafli włoskiej laguny rozległa się +śpiewana zgodnym liórem męskiego barytonu i kobiecego sopranu pieśń +polska: "Szumią jodły"... + +- A co, nie mówiłem, że to nasi, choć on taki czarny, jak Włoch - +odezwał się po polsku, z gondoli, którą mijali Dzierżymirscy, +rubaszny trochę głos mężczyzny. + +- No, tak dziobać się, jak gołąbki, to i inni potrafią... +odpowiedział ironicznie ktoś drugi. + +- Ba, ale, panie dobrodzieju, z takim humorom - to nie!... z +przekonaniem, stanowcza, rozległa się odpowiedź szlagona. + +Tymczasem gondola Dzierżymirskich malała już coraz bardziej, na tle +nocy tylko czerwonawem światełkiem migocąc z oddali. Wkrótce, +zaleciała jeszcze ostatnia zwrotka ,znanej Moniuszkowskiej melodyi: Oj, +Halino, oj, je - dy - no, dzie - wczy - no mooo - ja!... + +- Moo - ja!... oddało echo lagun morza i zmilkło, cały zaś kadłub +czarnej gondoli znikł gdzieś niebawem, ustępując miejsca innym, +nadciągającym coraz gęściej od strony Wielkiego Kanału, coraz +cichszego, coraz bardziej pogrążającego się w czerni bezbarwną, +głuchą, zapadającego tam uśpienia - Nocy! + + +* * +* + +- Patrz, patrz! jakież to piękne!.. + +Słowa te, półgłosem, z akcentem zachwytu, wymówiła Ola, i oboje +wraz z Romanem stanęli na miejscu, jak przykuci. Nad ich głowami +wznosiła swe dumne gotyckie arkady jedna z najpiękniejszych, po +bazylice San Marco, świątyń w Wenecyi, Santa Maria Gloriosa dei Frari +- stali zaś przed mauzoleum Canovy. + +- Prawda! - szepnął w odpowiedzi żonie Dzierżymirski. - Zdawałoby +się, iż ten oto anioł, czy geniusz uśpiony, żyje, oddycha, stróż +czujny... urwał, studjując dalej pomnik z uwagą. + +- A te postacie, nieprawdaż, iż rzeczywiście idą, ruszają się +wolno, pogrążone w cichej boleści i smutku! - podchwyciła żywo Ola, +podniecona widokiem, oraz wyrazem zakutego w marmurze piękna. + +Oboje umilkli, z niekłamanym zachwytem wpatrując się w rzeźbę. + +Od grobowca bowiem, przez samego Canovę modelowanego niegdyś na pomnik +dla Tycyana, biło rzeczywiste, szczere piękno i chwytało za serce - +mówiło... + +Przyparty do ściany, cały z białego marmuru, a trójkątnym +kształtem w minjaturze przypominający, piramidy Egiptu, stał sarkofag +otworem... + +Na lewo, jakby strzegąc doń wchodu, olbrzymi lew marmurowy leżał, z +obwisłemi łapami, potężny, srogi, i jakby smętnie zadumany, a na +nim, z rozpostartemi skrzydły, opierał się wielki Anioł uśpiony... + +I tchnące łagodnością, cudne oblicze Anioła zda się być +rzeczywiście nie z tego nędz padołu!.. + +Z ludzką twarzą, to prawda, spoglądać się zdaje na widza, lecz oczy +jego przymknięte nieco, skupienia i zadum pełne - znieruchomione w +nadziemskim spokoju, ciszą zaświatów, wieczności milczeniem i bytu +zagadką, nęcą oto wyraźnie, wzrok ciągną za sobą, unoszą duszę, +myśl... gdzieś w strefy nadziemskie do nieba!... + +A z prawej znów strony grobowca, jakby z ziemi, ze świata, wolno suną +jakieś postacie, zmierzając do otwartych na ścieżaj wrót +sarkofagu... + +Pierwsza z nich, proporcyonalnie do innych, większa, kobieta młoda, +jest już tuż blizko, u grobu prawie, w ślad za nią, z girlandami +kwiatów, postępują postacie mniejsze - to dziatki. + +Idą... Kroczą, z pochyloną głową, przygnębieni, smutni, niebawem +już cisi przestąpią oni próg grobowca... + +- Chodźmy! - szepnęła Ola pociągając lekko Romana za rękę. + +Z widoczną niechęcią, jakby nie mogąc oderwać wzroku od pięknego +pomnika, poruszył się Dzierżymirski, i wyrzekł półgłosem: + +- Czy już obejrzeliśmy tutaj wszystko? + +- Zdaje mi się, że wszystko - odpowiedziała Ola. + + +W pustej i cichej świątyni rozlegały się wyraźnie ich kroki, prócz +nich bowiem obecnie nie było tu nikogo. + +Dzierżymirski wyjął zegarek. + +- Szósta! Wracajmy, musimy pożegnać jeszcze Wenecyę z Campanili - +rzucił żywo, i ująwszy ramię żony, skierował się ku wyjściu z +kościoła. + +Na progu Dzierżymirscy stanęli, obrzucając ostatniem spojrzeniem +kościół; wzrok ich przesunął się raz jeszcze po wspaniałych +grobowcach dożów, Tycyana i wyszli. + +Upalny spokój włoskiego popołudnia objął ich natychmiast. Słońce +paliło jeszcze, na uliczkach Wenecyi było pusto. + +Dzierżymirscy szli przyśpieszonym krokiem, zmierzając ku mostowi "di +Rialto." Był to ostatni już dzień pobytu ich w Wenecyi, wyjeżdżali +nazajutrz, żegnając dziś po raz ostatni urocze miasto pamiątek. + +A żegnali je sumiennie. Zwiedziwszy bowiem kilka nieznanych sobie +jeszcze kościołów, po raz wtóry obeszli wszystkie miejsca, dokąd +zachęcało ich do powrotu wspomnienie zoczonego tam piękna. + +A więc pałac Dożów, jego archeologiczne muzeum i liczne przepiękne +sale i ponure więzienia, pałac królewski, bazylikę, a także +zarówno arcydzieła pędzla Tycyana, Tintoretta, Pawła Veronese, +Belliniego, i innych, w Akademii "delle belle Arti." + +- Wiesz, kochanie? musimy spieszyć się porządnie, gdyż o siódmej +podobno zamykają już Campanillię*)-odezwał się Roman po dłuższem +milczeniu idąc z Olą bezustannie tak sarno szybko i słuchając +zarazem szczebiotu jej, wciąż jeszcze znajdującej się pod wrażeniem +pysznego dzieła Canovy. +[*)Znana powszechnie pod tą nazwą dzwonnica Świętego Marka w +Wenecyi, siegająca budową i stylem X wieku, dziś, jak wiadomo, już +nie istnieje. Runęła dnia 14-go Lipca 1902 roku.] + +- Co za świetną doprawdy miałeś myśl, Romciu, zestawić to +obejrzenie Wenecyi z wyżyn na zakończenie! - rzekła Ola, i dorzuciła +z ożywieniem: - Bo ostateczne owe wrażenie nie zużyte dotąd jeszcze, +nowe, idealnie zamknie nasz pobyt tutaj... + +- A widzisz, me życie, że nietylko moja pani miewa genialne koncepty - +z uśmiechem odparł Roman, miłą mu bowiem była myśl, że ich +wzajemne zapatrywania estetyczne zgadzają się tak dobrze. + +W tem bo ostatniem los rzeczywiście nie był poskąpił zadowolenia +Romanowi. Ola, była to dusza obdarzona zarówno, jak i on, wykwintnem +poczuciem piękna i niezmierną wrażliwością na dzieła sztuki, +zgrzytów pod tym względem pomiędzy nimi nie było wcale - dopełniali +się wzajemnie. + +- Poczekaj, kochanie - odezwał się znów Roman - spożyjemy sobie +parę brzoskwiń... Mam ogromne pragnienie, a ty?... + +- O! ja także!.. wykrzyknęła potwierdzająco i wesoło Ola, poczem +oboje zbliżyli się do charakterystycznego, szerokiego, pod +płóciennem okryciem od słońca, weneckiego straganu, przepełnionego +różnemi owocami i jarzynami. + +Minęli już byli waśnie "ponte di Rialto", znajdując się obecnie w +okolicy i punkcie targu, oraz ożywionego ruchu. Wokoło nich szwendali +się liczni przechodnie, przekupnie wychwalali głośno swój towar, t. +j. drobiazgi, owoce, lub rzadkość w Wenecyi - zimną wodę do picia, +mówiąc nawiasem, nadzwyczaj niezdrową. + +Wybrawszy kilka przepysznych, wielkich brzoskwiń, i spożywając je, +Dzierżymirscy puścili się znowu w dalszą drogę. Szli obecnie +najbardziej ożywioną i handlową ulicą w Wenecyi, tak zwaną "la +Merceria", wijącą się w kształcie szerokiego trotuaru pomiędzy +domami i szeregiem ciasno jeden przy drugim położonych sklepów, a +wiodącej zygzakiem od mostu di Rialto do wieży zegarowej na placu San +Marco. + +Zaczepiani co chwila przez natrętnych właścicieli magazynów, +przekupniów mozaiki i małych bosonogich chłopaków, narzucających +się im co chwila, z pytającem słowem i spojrzeniem ładnych, czarnych +ocząt: "Accompagnare, signore?...", Dzierżymirscy szli szybko, +wygodną, choć krętą ulicą, rozmawiając wciąż ze sobą. + +Niedosłyszane wzajemnie często w gwarliwym hałasie "Mercerii" słowa +ich ginęły bez echa, gdy naraz i tym razem zupełnie głośno, po +niewiele znaczących uwagach, odezwał się pierwszy Dzierżymirski. + +-Czy wiesz, moje życie, iż to już trzy tygodnie blisko, jak +wyjechaliśmy z kraju? Czas leci, kto by pomyślał, że niebawem już +minie miesiąc, jak porwałem ciebie, szczęście moje, z łona +rodziny?.. + +Choć w ostatnich słowach brzmiał ton żartobliwo-dobroduszny, jednak +Roman niespokojnie spojrzał na żonę, pierwszy to bowiem raz tak +wyraźną czynił alluzyę do niedawnej, a przełomowej chwili ich +życia; dorzucił zaraz: + +- Ciekawy jestem, co o tem wszystkiem myśli i co czyni w tej chwili +twój ojciec... przytem wahająco spojrzał z pod oka na Olę, uważnie, +jakby zbadać pragnąc, do jakiego stopnia odczuwa ona to wspomnienie. + + +Lekka mgła jakby przemknęła po twarzy młodej kobiety, a brewki jej +zmarszczyły się przelotnie, jednakże odpowiedziała natychmiast. + +- Wiesz co, mój drogi? ja.... - i tu spuściła oczy, zarumieniwszy +się lekko - bardzo często... podkreśliła akcentem te słowa, - +myślę o tem... + +I Ola z kolei podniosła swe przymglone oczy na Dzierżymirskiego, a +jemu zdało się jednocześnie, że wilgotnemi były one... + +W tej samej chwili młoda kobieta ruchem łagodnym, a wdzięku pełnym, +położyła swą rączkę drobną na ręku męża. + +- Nie gniewaj się, mój drogi, że ci to mówię - rzekła miękko - +ale... ale wierz mi, że ja nieraz lękam się jakby po prostu, by ta +przeszłość nasza, a w szczególności gwałtowna chwila ucieczki +mojej, nie przyniosła nam nieszczęścia... Biedny ojciec! - cicho +westchnęła Ola i umilkła, spuściwszy nieśmiało wzrok ku ziemi, jak +gdyby przestraszywszy się słów ostatnich. + +Teraz Roman z kolei pochwycił rękę żony i uścisnąwszy ją +serdecznie kilka razy, wzruszony, począł pocieszać Olę z cicha, w +końcu zmienił zupełnie temat rozmowy, przeszedłszy pośpiesznie na +przyszłe zamiary wspólnej podróży. Równocześnie jednak +sposępniał, i, choć drobna, mała chmurka, co niby cień, +wśliznęła się pomiędzy ich dusze - względnie rozwiała się dość +prędko, zostawiła jednak w umyśle Dzierżymirskiego ślad trwały. +Teraz zatem, gdy znowu zamieniał z Olą banalne nieco frazesy, myśl +jego pracowała uparcie w dalszym ciągu. + +Więc on nie mylił się, będąc częstokroć niespokojnym, gdy +widział przychodzącą na czoło żony nagłą zadumę, na pozór +niewytłumaczoną zgoła niczem. + +Więc w główce tej, w której, prócz miłości dla niego, długo nie +przypuszczał innego uczucia - tkwił jednak w swoim rodzaju wyrzut +sumienia?.. Odmiennemi zatem krocząc drogami, dusze ich - ze źródła +tylko innego całkiem płynące - obie jednocześnie miały swoje skryte +zgryzoty i cierpienia. Zarówno, jak i on, tylko inaczej, Ola więc +także cierpiała... + +- Dziwne, to życie, dziwne! - omal że nie głośno wymówił Roman. + +- 0! patrz, już plac św. Marka - wesoło wykrzyknęła Ola w tej samej +chwili, i wydobywszy miniaturowy zegarek, jednocześnie dodała: + +- Wpół do siódmej! - Zdążymy!.. + +Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, przelotnie spojrzał tylko w +jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również. + +Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już +oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło +kolumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych +kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach, +brązowych koniach i kopułach bazyliki św. Marka grały promienie +słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i +przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, +karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola +powoli zaczęli wstępować na górę. + +Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w +górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko +pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej, +wchodzącego wcale nie męczącej. + +Co kilka minut postępującym na szczyt dzwonnicy Dzierżymirskim +migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek +krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami +turystów. + +Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni poprzednim pośpiechem, +szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną +szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w +zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ricordo di Venetia," +kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli +się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i +henhen, daleko!... + +- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z +przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze +sobą lunetę i regulować ją począł. + +Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jednej strony +krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się +promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą +głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem +zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanurzając +się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I +zielonkawe, łagodne Adryatyku fale, rozchylały się przyjacielsko i +gościnnie - roztwierały swe nurty do idącego na spoczynek słońca, +wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego... + +Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie +jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już +morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne leciały +w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i +wieżach leżącej w dole Wenecyi - i ginęły nareszcie w zamglonej +gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie +górskich alpejskich szczytów... + +Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu. + +Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, +zachwycał ich ten krajobraz. + +- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje +"pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u +stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy +jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek. + +- A, prawda! - potwierdził Roman. + +- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył +jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od +strony morza. + +- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały +- widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?.. + +- Widzę - potwierdziła Ola. + +- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, +to Padwa i Treviso... + +Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam - +wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski +- to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda. + +I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne +odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał +ją, tłumaczył. + +Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz +przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie +było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się +do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani. + +Z weneckiego starego grodu szła muzyka dziwna... Jak orkiestrą +dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya +kościelnych dzwonów... + +Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na +wysepce Giudecca, i Santo Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi +powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele +rozbrzmiały kolejno po całej Wenecyi, wstrząsnęły ciszą "królowej +Adryatyku" - tu donośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się +łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń +wieczorną... + +Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i +kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, +niosąc swe echa aż do podnóży gór. + +Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem: + + - Co za wspaniałe i silne wrażenie, nieprawdaż?... + +Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie +urwał... + +Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytuliła się, jak powój, do +mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem +ramieniem przycisnął wylękłą do siebie. + +To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków +od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc +wszystko swą siłą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco." + +Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów, +napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy. + +A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im +bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie. + +Nie, oni stanowczo znikli, a znajdował się tu jeno jeden jedyny +olbrzymi dźwięk, z którym istnienia wspólne zlały się, +złączyły. Glos dzwonu przenikał ich do głębi, szedł aż do dna +dusz, grał na fibrach nerwów; trząsł nimi, potężny w swej mocy - +wielki... + +Ola jeszcze bardziej przytuliła się do męża, jakby szukając obrony +przed czemś, czy przed kimś, Dzierżymirski silniej przygarnął ją +do siebie. Równocześnie, jakby kierowane wzajemnym odruchem +jednomyślnym i uczuciem wzajemnem, twarze ich zbliżyły się i +złączyły usta!... + +Ostatni z ostatnich promień zachodu zapalił na sekundę jedną +gwiazdę na czołach mężczyzny i kobiety, skojarzył się z ich +pieszczotą i znikł. Słońce zgasło... Roman i Ola jednak nie +odrywali ust od pocałunku, a trwali w nim jeszcze... + +Jakaś bowiem niewytłumaczona niczem chęć przedłużenia jakby tej +chwili ogarnęła Dzierżymirskich. + +W zapomnieniu pieszczoty jestestwa ich drgały uczuciem, a huczący +głos dzwonu zdawał się bardziej jeszcze kojarzyć ich ze sobą... +Łączył się sam niby z ekstazą ich pocałunku, a usuwając z niego +zarazem pierwiastek zmysłów poziomy - wznosił dusze Romana i Oli w +nadziemskie gdzieś strefy, uszlachetniał, budził w nich jakieś +chęci i pragnienia i przypinał skrzydła do lotu i rozszerzał piersi +i kazał się modlić pokornie... + +Z ekstazy pierwsza zbudziła się kobieta. + +Przybladła nieco, oderwała drobne wargi od ust Romana i szepnęła +cichutko: - Chodźmy już!.. + +- Dobrze, złoto moje, kochanie najmilsze! - odparł pieszczotliwie +Dzierżymirski, i oboje w ślad za tem skierowali się ku wyjściu. + +Nic nie mówili teraz do siebie. Zamyśleni, pogrążeni w swój dziwny +stan duchowy, zapatrzeni w swe dusze, schodzili powoli, schodzili w +dół ciągle. + +I stopniowo, nieznacznie, reakcya nastroju wślizgiwać się poczęła w +ich dusze, mózgi i serca... + +Przy dźwiękach bo oto grającego obecnie nad nimi dzwonu-olbrzyma, +jakieś zwątpienia obsiadły nagle ich dusze, a czar, tam, na górze, +odczuty - niknął, wewnętrzne zadowolenie i napięcie duchowe +słabło!.. + +Lecz czyż to złudzenie? Wszak głos tegoż samego dzwonu jest teraz +jakimś całkiem innym, odrębnym; to nie ten na górze, wysoko! + +Tamten, pełen otuchy, dodawał odwagi, wzmacniał. A ten, wstrząsając +murami wyniosłej wieżycy, błąka się gdzieś tylko po jej +zakamarkach, szczelinach, taki odmienny, ponury, smutny... + +I pod jego wpływem, jakby pod działaniem czarodziejskiej siły, w +myślach Dzierżymirskich, każdemu z osobna, zaszumiały znowu wyrzuty +sumienia. + +Jej, Oli, stanęła przed oczami, jak żywa, marsowa twarz ojca, i jego +spojrzenie smutne, wyrzutów pełne. Źrenice rodzica wyraźnie przytem +zdawały się skarżyć, mówić: Ja cię kochałem, drogie dziecię, a +ty tak pogardziłaś mną, zraniłaś tak dotkliwie i boleśnie! + +Romanowi zaś tak żywo przypomniała się z przed laty chwila pewna, +iż zdziwił się sam niepomiernie. Swą ubogą izdebką z przed laty, +straszną noc walki ze sobą samym, i zwycięstwo złota ujrzał tu w +Campanili-wszystko!.. + +A dzwon tymczasem huczał coraz bardziej, i przytem coraz jakby sroższy +i bezwzględniejszy, surowszy... Dzierżymirscy bezwiednie, w mimowolnej +po prostu obawie przed tym głosem karcącym z wysoka, pospieszniej w +dół schodzić poczęli. + +Cienie wieczorne kładły się już po pustych zakątkach starej, jak +świat, wieżycy, mroki tajemnicze pełzały tu swobodnie. Przy +dźwiękach dzwonu, który wciąż trząsł jej ścianami, wśród +ciemniejącej stopniowo, a zamkniętej w nich pustki, schodziła, +spuszczając się coraz szybciej, zniżała się para młodych. + +Wreszcie zmierzch szary pochłonął zgrabne postacie, i zapanował +bezpodzielnie w Campanili. Jednocześnie o jej mury odbiło się echo +ostatniego uderzenia dzwonu, niby ostatnie dla Dzierżymirskich +przypomnienie przeszłości... + +W ślad za tem uspokoiło się wkrótce wszystko. + +Wiekopomna wieżyca, zasłuchana jakby jeszcze w końcowy zamierający +dźwięk dzwonu, przycichła; szarość, smutek i głusza rozsiadły +się tu wokoło... W milczącą senną zadumę, we wspomnienia +przebrzmiałe, zapadała powoli Campanile. + + + +--------------- + + + +- Rojno i gwarno było dziś u marszałkowej nieprawdaż? Ha-ha-ha, +wiedziałem doskonale, że się stawią wszyscy... Poczciwa jednak ta +nasza światowa menażerya.... No, i cóż? Uwierzyli? + +Pytanie to, zwrócone do pani Melanii Warnickiej w jej dużym, pięknym +salonie, wygłosił, sadowiąc się wygodnie na fotelu, Emil +Ładyżyński. Był to mężczyzna lat przeszło pięćdziesięciu, +wysoki, szczupły, od stóp do głów drobiazgowo wytworny, o wyrazie +twarzy szyderczym, przyrosłym jakby do rysów jego, świeżych i +żywych jeszcze, oraz pięknych oczu podłużnych, zielonkawych, z pod +pincenez patrzących rozumnie. + +- Uwierzyli. To jest, może udali tylko, że wierzą... odpowiedziała +marszałkowa rozpartemu z gracyą w krześle gościowi swemu. + +- No, c'est tout ce qu'il faut, na razie; teraz damy sobie wielkiego i +dystyngowanego nura n'est ce pas?.. A niech tam wszyscy myślą sobie, +co im się żywnie podoba!- zawyrokował tenże głosem stanowczym. + +- C'est ce qui me tranquillise, iż zamknęłam zupełnie dziś już +rachunki z towarzystwem tutejszem - odparła z westchnieniem ulgi pani +Melania. + +Rozmowa potoczyła się dalej; treścią jej był przebieg dzisiejszego, +a ostatniego czwartkowego przyjęcia u Marszałkowej. + +Zniknięcie Oli, choć trzymane pilnie w tajemnicy, jak to zwykle bywa w +takich razach, nagle, pewnego poranku przedostało się niewiadomo przez +kogo, jak i kiedy, do miasta, a wieść ta, podawana z początku +ostrożnie, cicho i pod wielkim sekretem, wkrótce była już na +wszystkich ustach, komentowana, przeinaczona, a plotką i skrzydlatym +ptakiem obmowy obleciała niebawem wszystkie niemal salony towarzyskiego +świata w mieście. Pomimo to, nikt nie wiedział nic jeszcze +dokładnie. Zaalarmowany pierwszy Ładyżyński, który, jako przyjaciel +domu Gowartowskich, a zarazem bywający wszędzie światowiec, osaczonym +był ciągle pytaniami, odbył dni temu parę istną sessyjną +konferencyę z marszałkową: Co czynić, by ocalić pozory?.. I +wówczas to postanowiono, co następuje: + +Puścić natychmiast w świat niejasną pogłoskę o ślubie Oli z +Dzierżymirskim, i opowiedzieć wyjazd marszałkowej, która, +postanowiwszy już poprzednio przenieść się całkiem na wieś, teraz, +po naradzie z Ładyżyńskim, zgadzała się tę chwilę odjazdu swego +przyśpieszyć. Za parę dni właśnie przypadał czwartek, jour fixe +pani Melanii; łatwo było przewidzieć, iż towarzystwo cale, wobec +rozsiewanych zręcznie półsłówek o wielkiej powyższej nowinie, nie +omieszka, przywiedzione ciekawością i chęcią pożegnania czcigodnej +matrony, zawitać na jej salony... + + - Wówczas to wszystkim i każdemu z osobna damy do spożycia + następującą pigułkę! - zadecydował wesoło na owej konferencyi + pan Emil: + +- Powiemy, że Ola i Dzierżymirski są już po ślubie, uznanym przez +rodzinę najbliższą i przez nią urządzonym, lecz cichym i bez +rozgłosu, a to na własne i wyraźne żądanie państwa młodych... + +- Co się zaś tyczy dotychczasowej o tem wszystkiem tajemnicy, +wytłumaczymy ją tem, iż dzisiejsi państwo Dzierżymirscy kochali +się w sobie na zabój od dawna, od lat, przypuśćmy, ośmiu... że +ojciec srogi nie chciał o związku tym słyszeć nawet, iż zmiękczony +wreszcie zgodził się nań... Pani marszałkowa nie była na ślubie, +no... bo jest słabego zdrowia, January zaś, w ostatniej chwili, gdy +jechał na kolej, zachorował... Państwo młodzi obecnie bawią +zagranicą. Gdzie? - nie wiemy. Pour dérouter - powiemy na przykład, +że w Szwecyi... Całą tę historyjkę, pani marszałkowa na przyjęciu +u siebie, a ja u innych, tegoż samego dnia i w tychże godzinach +ukoloryzujemy jeszcze należycie kilkoma pseudo-autentycznymi +szczegółami, no... et il faut espérer, że nam chyba uwierzą!.. + +Tak ostatecznie uradził Ładyżyński, a do ultimatum owego, uznawszy +jego słuszność, marszałkowa Warnicka zastosowała się ściśle +przez cały dzień dzisiejszego czwartkowego u siebie przyjęcia. +Obecnie zaś w dalszym ciągu informowała przybyłego swego wspólnika +o wywiązaniu się z zadania i roli własnych, opowiadając mu zarazem, +jak wiele dnia tego odwiedziło ją osób ze świata, do tego stopnia +licznych, iż chwilami w ogromnym jej salonie brakło po prostu dla nich +miejsca. + +- Każdy niemal po banalnym wstępie grzecznostek, pytał mnie o Olę, +nie przeoczył tego nikt -mówiła pani Melania, kończąc opowiadanie +swoje - aż w duchu sama śmiałam się z tego... + +- Więc któż był? któż był? - pytał ciekawie Ładyżyński. + +- Wszyscy, powiadam panu, towarzystwo całe, nie zawiódł nikt - +opowiadała dalej marszałkowa - szli wielcy i mali, sympatyczni i +niemili, oraz nawet, którym się zdaje, że obecnością swoją czynią +mi łaskę najwyższą, raz na rok zaledwie bywając u mnie... i +lekceważąco na pozór przy tych wyrazach pani Melania machnęła +ręką... + +Pan Emil zaś słuchał i nieznacznie uśmiechał się pod wąsem, znał +bowiem dobrze słabą stronę staruszki, którą gniewało zawsze, gdy +ktoś ze "świata," mieszkający stale w mieście, omijał jej dom w +wizytach. + +- Par exemple... - odezwał się - ręczyłbym, że księżna Marya i +hrabiowie Doliwscy... + +- Oh! pas seulement, oni naturalnie, ale i książe Jerzy, hrabia +Alfred, księstwo Staniccy, hrabina Manfredowa z córką i jej +narzeczonym... Vous savez, ona wychodzi za tego księcia Ryszarda S. z +Poznańskiego... A także Otoccy, Daworowscy, Igelhausenowie... już nie +pamiętam wszystkich nawet... kończyła pani Melania, zadowolona w +duszy z szumnej nomenklatury. + +- Oh! mais, sapristi, c'est la fine fleur, śmietaneczka ze śmietanki +naszej... Powinszować marszałkowej, powinszować... - rzekł z lekka +drwiąco pan Emil. -L'essentiel - ciągnął dalej, - że wszyscy, jak +przewidywałem, połknęli przygotowaną przez nas wiadomostkę. + +- Wszyscy, bez wyjątku; robiłam przecież, co tylko mogłam - +potwierdziła pani Melania. + +- A więc n... i-ni-c'est fini; nie pokażemy się my im tu tak prędko +na oczy; by sprawdzić to, co posłyszeli, Dzierżymirskich również +mieć nie będą, a zresztą - pan Emil niedbale poruszył ręką - tout +passe, tout casse, tout lasse... Niebawem wszyscy zawieszą sobie nowe +sitko na kołek i... zapomną. Ainsi va le monde - dokończył, i +wyjmując srebrną z monogramem papierośnicę, ujął w palce +delikatnej swej ręki cienki papieros, uprzejmie pytając zarazem pani +domu: - Vous permettez?.. + +Marszałkowa, z uśmiechem, przyzwalająco kiwnęła głową. +Ładyżyński zapalił, i wypuściwszy z ust mały obłoczek dymu, +pogładził wytwornym ruchem ręki swe siwiejące już nieco, a +starannie wyczesane, bokobrody. + +- Ja także, według programu, nie próżnowałem, - odezwał się po +chwili swobodnym tonem. - Wyszedłszy stąd temu godzin parę, byłem na +jour fixe u Leliwów, hr. Dezydery Otockiej, u księstwa Pilanich... +Zastałem tam wiele bardzo osób i wszędzie opowiadałem, naturalnie en +long et en large la nouvelle du jour, co należy, o Romanie i Oli - +bref, Januarek powinien być kontent ze mnie: wykryłem, jak, co i +dokąd wyfrunęła mu jedynaczka, teraz znów my z panią marszałkową +tuszujemy za młodą parą ślady, z kunsztem prawdziwie artystycznym... + +- Że też pan wszystko z wesołej tylko strony bierze - nieco smutnie i +pobłażliwie jakby uśmiechnęła się pani Melania. + +- Que voulez vous, pani marszałkowo, świat pełen dramatów i tragedyj +w teatrze i w życiu, że cóżby wartem było ono, gdybyśmy się +czasem starali przynajmniej komizmu choć trochę zeń wycisnąć - +odparł pan Emil, poczem zaś dodał: - Więc pani marszałkowa jutro na +Podole, do Ulanówki? + +- Tak - potwierdziła pani Melania - do siebie jadę na dni kilka, potem +zaś natychmiast do Januarego, a pan wyjeżdża?.. Il faudrait. + +- Comme de raison, prawdopodobnie do Szwajcaryi, na sześć tygodni... +Ale, a propos, cóż January?.. + +- Niespokojną jestem o niego - odpowiedziała marszałkowa - jak panu +wiadomo, bawił tu u mnie tylko dzień jeden; nazajutrz po otrzymaniu +smutnej wiadomości odjechał, pożegnawszy się ze mną, notabene, +bardzo chłodno, i odtąd żadnej odeń z Gowartowa nie mam wiadomości. +Może chory... + +- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - pani +marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i +jedynaczkę swą wydziedzicza. Dobrze robi zresztą, bardzo dobrze... +Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego +pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i +powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Melanią żegnać się +począł. + +- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał +- Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - +mówił, całując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się +więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc... + +- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani +Warnicka - do miłego zobaczenia się. . + +Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, +poczem jego elegancka, opięta w tużurek, zgrabna sylweta zniknęła za +portyerą salonu. + +Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ładyżyński wskoczył +pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy +niedbale adres, kazał się wieźć dalej. + +Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w +dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną +kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, +skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem +piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie. + +Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami, +granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z +którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w +bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z +uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk +zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut +później, z pokorną miną, otwierając drzwi Ładyżyńskiemu. + +- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy +paltot, zapytał: - Był tu kto? + +- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak +pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu. + +Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów. + +- Aaa!.. zadziwił się głośno przy jednym z nich, poczem odłożył +wszystko na bok. + +- Frak od krawca przynieśli? - zapytał jeszcze - wyprasowany? + +- W sypialni u jaśnie pana powiesiłem - objaśnił mały lokajczyk. + +- Dobrze. Siedź tu, smyku, i nie łobuzuj się!.. rzekł Ładyżyński, +a minąwszy przedpokój, zatrzasnął za sobą drzwi od gabinetu, +prowadzącego do sypialni i ubieralni, gwiżdżąc jednocześnie pod +nosem aryę z modnej podówczas operetkowej premiery. + +Jako szanujący się kawaler, pan Emil, stale żadnego wieczoru nie +przepędzał u siebie w domu. Dziś zatem również wybierał się na +raut artystyczno-wokalno-literacki, punktualnie rozpoczynający się +już o dziesiątej. + +Dziewiąta właśnie biła na kilku zegarach w mieszkaniu, pan Emil +więc, znalazłszy się w gustownie umeblowanej sypialni, przystąpił +natychmiast do tualety swej wieczorowej. + +W tym celu wygodnie zasiadł na foteliku przed małą gotowalnią, +przepełnioną wytwornymi, w srebrnych pudełkach i przykrywkach, +przyborami tualetowymi. + +Gdy tak stoliczny bywalec drobiazgowo i systematycznie stroił się na +raut, marszałkowa, po wyjściu ostatnich, zapóźnionych, gości, +przykazawszy pogasić światła, odpoczywała na kanapce znużona, po +dniu tak pełnym dla niej zmęczenia i wysiłków. Oparłszy głowę o +poduszki mebla, pani Melania, położyła się, i wyciągnąwszy +wygodnie swe członki, przymknęła powieki, stan zaś błogi nie +krępowanego niczem spoczynku owładnął nią bezpodzielnie. + +Jak szum niknący, daleki, w uszach jej tylko brzmiał jeszcze gwar +prowadzonych do niedawna rozmów, dolatywały urywki z dali, a przed +oczyma majaczyły, zmieniając się kolejno, postacie, zaludniające w +ciągu kilku godzin jej salony... + +Ponownie zatem widziała przed sobą staruszka w sąsiednim pokoju tłum +elegancki, rozbawiony... + +Mile pieścił on wzrok wytwornym wdziękiem kobiecych tualet, +szeleszczących łagodnie, a zgoła nie krzyczących barwą i gustownych +- nęcił powabem na jedną modłę elegancko skrojonych ubiorów +męskich, pławił się cały w estetyce ogólnej manier, ukłonów, w +szablonie światowej salonowej komedyi, a poprawny - nie raził niczem +harmonii, w całości swej nie wywołując również wcale fałszywo +brzmiących zgrzytów. I uśmiech pół gorzki, pół smutny, w +zamyśleniu okolił wąskie usta marszałkowej Warnickiej. + +Jak nicości pełnem bowiem wydało jej się teraz, w oświetleniu +dzisiejszej złośliwej ciekawości, to całe towarzyskie stado, +kryjące swą przewrotność pod blichtrem i szychem zewnętrznych +pozorów, jak mało godnem żalu i marnem! + +Ach, bo ileż schowanej zręcznie złości, tłumionych chęci +sponiewierania rodziny jej i Oli, jej samej, ile wreszcie jadowitego +fałszu kryło się w duszach tych wszystkich oto dzisiejszych jej +światowych pseudo-przyjaciół i gości!.. + +Marszałkowa czyniła dalej w myśli przegląd galeryi osobników, +widzianych na dzisiejszem przyjęciu; we wspomnieniu ich słów, +wyrazów twarzy i gestów powtórnie czytała, zda się, ukryte myśli +przybyłych; moralnie obnażała ich wszystkich, starając się zarazem +znaleźć, przypomnieć choć jeden kwiatek prawdziwie przyjaznego +uczucia, wykwitły wśród tych chwastów obłudy!.. + +Nie znalazła nic podobnego jednak. Były tam tylko same śmiecie. + +Pani Melania, dumając w ten sposób, miała oczy wciąż przymknięte, +niebawem znużenie wzięło górę nad jej myślami, głowa staruszki +pochyliła się na piersi, cichy mrok wieczoru otulił postać +marszałkowej. Zdrzemnęła się. + +W kwandrans może później, w milczeniu wypoczywających po najściu +gości apartamentów, rozległ się; silny odgłos dzwonka... Staruszka +rzuciła się z lekka na kanapie, a otworzywszy swe rozumne szare oczy, +poczęła wsłuchiwać się w mącący ciszę odgłos. + +W drzwiach buduaru po chwili stanął lokaj i zaanonsował: + +- Pan plenipotent z Gowartowa; mówi, że chciałby koniecznie widzieć +się z jaśnie panią. + +- Proś, proś natychmiast tutaj! - rzekła żywa marszałkowa i +równocześnie powstała z kanapki. Lokaj wyszedł. + +Zadowolenie, połączone z ciekawością osiadło na twarzy staruszki. + +Bolesław Krasnostawski, syn szkolnego kolegi nieboszczyka marszałka, +a zaprotegowany ongi przez nią samą na zajmowaną dotąd posadę +ogólnego i głównego zarządcy dóbr pana Januarego, nareszcie więc +przynosił jej wiadomość o bracie!.. + +Młodzieniec, lat dwudziestu ośmiu, ciemny brunet, ogorzały i +przystojny, z dziarsko do góry podkręconym wąsem, stanął na progu. + +- Sługa pani marszałkowej, moje uszanowanie - przemówił swobodnie, i +podbiegłszy, ucałował z szacunkiem rękę staruszki. + +Ubrany był niewykwintnie, ale starannie i czysto, ruchy zaś jego, oraz +sposób mówienia, zdradzały człowieka, choć nie obytego może +zupełnie z wytworniejszem towarzystwem, lecz dobrze wychowanego. + +- Kochany mój panie Bolesławie, - zaczęła staruszka, zwracając się +dobrotliwie ku przybyłemu - siadaj, proszę, i mów, mów jak +najprędzej, co słychać?.. + +Młody człowiek, widząc zaniepokojenie w oczach matrony, wyrzekł +pośpiesznie: + +- O, nic złego... zupełnie nic złego, pani marszałkowo, ale... i nic +również dobrego - dokończył wahająco i ostrożnie. + +- Jak to?.. -- zapytała pani Melania. Krasnostawski oczy spuścił, i +ukrywszy je po za swemi, jak u kobiety, długiemi rzęsami, mówić +czął zwolna: + +- Pani marszałkowej wiadomo, zarówno jak i mnie, co za cios dotknął +pana Gowartowskiego, z powodu panny Oli... + +- Więc pan już wiesz?.. Skąd? - z okrzykiem niepohamowanego +zdziwienia, wyrwało się staruszce, pytanie. + +Coś niemiłego snać dla ucha młodzieńca zabrzmiało nagle w tych +kilku słowach, bo nie podnosząc oczu, jakby nie chcąc onieśmielać +marszałkowej swym wzrokiem, spokojnie i poważnie odrzekł: + +- Wiem wszystko, bo mi pan January, nie mając nikogo, zwierzył się z +troski własnej, naturalnie pod słowem honoru z mojej strony, że +słówkiem nawet o tem nikomu nie wspomnę... + +Krasnostawski zatrzymał się chwilkę, i ciągnął dalej: + +- Obowiązki, jakie mam dla całej rodziny państwa, szacunek i +poważanie me osobiste wzglem pana Gowartowskiego, stanowią, chyba +dość trwałą rękojmię, iż słowa dotrzymam... I... o tem... nikt z +państwa, przypuszczam, nie wątpi... - dokończył młody człowiek, +podnosząc tym razem wzrok, jasny i pytający na marszałkową. + +- Ależ naturalnie, panie Bolesławie, naturalnie! - skwapliwie +pośpieszyła z odpowiedzią staruszka. - Lecz mówże mi pan, co się +tam w Gowartowie tak niedobrego dzieje? - zapytała niespokojnie. + +- To, pani marszałkowo, że z panem Gowartowskim jest źle... - i +Krasnostawski, spuściwszy znów wzrok, ciągnął dalej: + +- Pannę Olę, jak pani marszałkowej wiadomo, ojciec kochał bardzo, +prawie, że bałwochwalczo; otóż skutki wypadków ostatnich bardzo, +bardzo silnie odbiły się na nim. Nic go już prawie teraz nie zajmuje, +ani gospodarstwo, ni wieś, ni inne zajęcia, do sąsiadów nie jeździ, +u siebie nikogo nie przyjmuje - słowem obecnie z niego zupełnie inny +człowiek... + +Krasnostawski przerwał opowiadanie, jakby namyślając się, co mówić +dalej. Staruszka, w zadumie, ze wzrokiem na dół spuszczonym, +milczała. + +Po chwili wahająco ciągnął dalej: + +- Wobec tego samotność dla pana Gowartowskiego jest wprost zabójczą, +koniecznie potrzebuje on nieustającego towarzystwa, jednem słowem - +potrzebuje obok siebie przyjaciela. + +Krasnostawski ponownie zatrzymał się na sekundę. + +- Moja osoba nie wystarcza - mówił dalej - zajęcia liczne, mieszkanie +nie w samym Gowartowie, lecz gdzie indziej, stanowisko wreszcie moje... +tu po twarzy młodego człowieka przemknął lekki cień - wszystko +składa się na to, iż pan Gowartowski, choć zawsze dla mnie tak samo +łaskaw, jest obecnie moralnie bezustannie - sam... + +Z pod oka, przelotnie, spojrzał Krasnostawski na marszałkową. Z +misyą nader delikatną i przykrą przybył on tutaj; w kieszeni surduta +palił go własnoręczny list pana Januarego, w którym ten ostatni, +żywiący jeszcze do siostry bardzo głęboką urazę za spełnione +wypadki, pomimo wszystko, w głębi duszy posądzający nawet +staruszkę, iż była, może w tajnej zmowie z jego córką - +delikatnie, lecz stanowczo, odmawiał jej gościnności u siebie, wobec +zapowiedzianego przez nią przyjazdu do Gowartowa. + +Krasnostawski o zawartości listu wiedział, w chwili żalu bowiem +Gowartowski wypowiedział mu wszystko, ba, polecił jemu nawet, jako +protegowanemu i lubianemu przez marszałkowę, napomknąć jej o tem +przed wręczeniem listu. + +Przerwawszy na chwilę opowiadanie, Krasnostawski ostatecznie +zastanawiał się właśnie, czy poruszyć w rozmowie, lub nie, temat +drażliwy. Postanowił jednak nie czynić tego wcale, a natomiast, +czując, że na ustach domyślającej się już czegoś: marszałkowej, +zawisa jakby jakieś pytanie, by powstrzymać je, odezwał się +pośpiesznie: + +- I dlatego, pani marszałkowo, polecił mi pan January, łącznie z +innymi interesami, powoływującymi mnie tutaj, zaprosić do Gowartowa +na czas dłuższy pana Ładyżyńskiego, jego bowiem obecności tylko +pragnie, jako prawdziwego swego przyjaciela... Muszę zatem być dzisiaj +u niego w tej sprawie, nie wiem jednak, gdzie mieszka... Adres pana +Ładyżyńskiego niewątpliwie znanym jest pani marszałkowej?.. + +Słowa powyższe i pytanie ostatnie zabrzmiały w ustach młodzieńca +pomimo woli zimniej nieco. Nerwami uczuł chłód jakby w zachowaniu +się staruszki, milczącej wciąż od chwili, gdy jej powiedział, iż: +wie o wszystkiem. Gniewało go to spostrzeżenie i raniło dotkliwie +dumę jego. + +Wypowiedziana głosem miarowym, a wskazująca ulicę i numer domu, +zamieszkałego przez pana Emila, zabrzmiała odpowiedź marszałkowej. + +Krasnostawski zerwał się natychmiast i rzekł szybko: + +- Dziękuję stokrotnie pani marszałkowej... + +Z udaną zaś swobodą, powodowany silnem życzeniem wycofania się +stąd co prędzej, ciągnął żywo dalej: + +- Nie zajmuję już więcej czasu pani marszałkowej, zapomniałem +zupełnie, wszak to dzisiaj czwartek, dzień przyjęć - uciekam... + +- Ach, tak... - z uśmiechem protekcyjnym nieco rzekła sędziwa +matrona. - Ale już po wszystkiem, wszak wieczór nadchodzi... + +- Tak... tak, prawda, zapomniałem - bąknął Krasnostawski, sięgając +jednocześnie ręką do kieszeni. - Przepraszam najmocniej panią +marszałkową dobrodziejkę, cóż za roztrzepaniec ze mnie, doprawdy! +Byłbym zapomniał... Mam list od pana Gowartowskiego, służę pani +marszałkowej. + +Pani Warnicka schwyciła list, Krasnostawski jednak równocześnie +pochylił się do ręki jej, w ukłonie. + +- Do widzenia, mój panie Bolesławie, do widzenia! - z roztargnieniem +pożegnała go staruszka, podając mu rękę do ucałowania, poczem zaś +gorączkowo rozerwała kopertę. + +Młody człowiek już był na progu, ale, spojrzawszy z pod oka na +marszałkową, zdążył był jeszcze dojrzeć na jej twarzy rumieniec +oburzenia, zakwitły tam, po przeczytaniu pierwszych kilku wierszy. +Dostrzegłszy to, młody plenipotent, jak szczupak w wodę, rzucił się +całem ciałem w ciemności sąsiedniego salonu, pobiegłszy zaś na +palcach do przedpokoju, chwycił paltot swój i umknął z mieszkania. +Na schodach dopiero odetchnął. + +- Uf! wyrwałem się wreszcie... - szepnął. - Ładniebym się ubrał, +gdyby tak przy mnie list czytała!.. + +W ślad zatem wypadł na miasto, a mijając ulice jednocześnie +pogrążał się w myślach. + +Wywołana wspomnieniem apartamentów marszałkowej, stanęła mu nagle +przed oczyma powabna sylwetka Oli, zamajaczyło jej głębokie i zalotne +spojrzenie, którem, jak wielu innych zresztą, witała i jego, gdy +przypadek łączył ich kiedy na chwilę. + +Krasnostawski od kilku już lat znał córkę pana Januarego; +etykietalne utrzymując stosunki z pałacem Gowartowskim na wsi, +widywał ją rzadko, najczęściej z daleka, na spacerze, w kościele, +lub przelotnie w powozie - kilka razy u marszałkowej w mieście. +Podobała mu się piękna panna, bo komuż zresztą nie potrafiła ona +się przypodobać, pełna wdzięku, uprzejma i zalotna?.. Przedstawiała +poza tem typ kobiecy Krasnostawskiego... Nie kochał się w niej jednak +bynajmniej, za trzeźwym był na to; choć z upokorzeniem dumy własnej, +stanowisko swe podrzędne oceniać potrafił, a jednak... + +Ździwiony analizą duszy własnej, przyznać się sam przed sobą +musiał, że wieść o ucieczce i ślubie Oli zabolała go, a raczej, +bezpodstawnie na pozór, po prostu rozgniewała. + +Rozmyślając w ten sposób, Krasnostawski wszedł do kamienicy, +wskazanej przez marszałkową. Za parę chwil znalazł się już na +pierwszem piętrze, ledwie jednak zadzwonił u drzwi apartamentów +Ładyżyńskiego, w ramie ich, natychmiast prawie, w cylindrze i +paltocie, ukazał się pan Emil, jak zwykle uśmiechnięty ironicznie i +z pogodą na czole. + +- A!.. pan Bolesław, herbu Rawita, powitać, prawico Januarego de +Gowartów-Gowartowskiego, powitać!.. - i uścisnął serdecznie +wyciągniętą rękę młodzieńca. + +- Przepraszam, że nie proszę pana kochanego do siebie, lecz postacią +swoją do odejścia gotową wypędzam go raczej, lecz powody ważne... - +tu pan Emil uczynił obydwiema rękami ruch półokrągły, - +skłaniają mnie do tego! - dokończył, i mówiąc to, elegancko +zamknął drzwi przed nosem Krasnostawskiemu, a uśmiechnąwszy się pod +wąsem ciągnął dalej wesoło, poufale wsunąwszy zarazem rękę pod +ramię Krasnostawskiego. + +- Nie gniewasz się na mnie, kochany panie Bolesławie, wszak prawda?.. +Spieszę na raut; no, mówże tam, co słychać?.. Kochany Januarek +cóż tam porabia, poluje; weseli się, czy smuci? + +Krasnostawski już chciał wypowiedzieć, z czem przyszedł, gdy +Ładyżyński znowu odezwał się żartobliwie: + +- Ale, zaiste, pysznie pan wyglądasz, jak rydz w maśle, powinszować! +Nadobne grodu naszego mieszkanki lgnąć będą do pana, jak pszczółki +do miodu! Słyszałem o pańskich sprawkach za studenckich czasów, za +młodu! - tu poklepał z lekka młodzieńca poufale po plecach - +słyszałem - powtórzył - nie będę więc wzajemnie nudził pana +swoją osobą, opowiesz mi pan en règle, lecz szybko, co cię do mnie +sprowadza, a posiedzenie to odbędziemy w dorożce. Podwiozę pana... +Zgoda? + +- Ależ i owszem, dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, z +pośpiechem. + +Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej +dorożki, rzucił adres, i pojechali. + +Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto: + +- Słucham pana - rzekł Ładyżyński. + +Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym +stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy +zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do +Gowartowa. + +Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł: + +- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale +właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie +wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy +zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - +o pani Oli i Dzierżymirskim?.. + +Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało +wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana +Emila, iż wiadomem mu jest wszystko. + +- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał +ironicznie: + +- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym +przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod +niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej +przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem +wobec tego, możemy mówić szczerze... + +- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, +jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - +ta cała rozpacz "górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya +przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat "zbolałego +ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy +fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do +końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi? + +Krasnostawski milczał. + +- Pieścili dziewczynę - ciągnął w tym samym tonie Ładyżyński - +upodobała sobie Dzierżymirskiego - wara! Tego, owego - odmówili... To +trudno, panie, kobiety także mają serca i temperament... Zachciało +się Oli ładnego chłopca - nie dali jej go - wzięła go sobie sama, a +raczej wziąć się pozwoliła... Niech Januarek lepiej dziękuje i +śpiewa Hosannę na wysokościach, że bez plebana się nie obeszło! +Lub niechże nawet gniewa się, i wydziedziczy córunię, lecz nie +lamentuje, bo to i nie po męsku, i wcale nie ma sensu! Dixi. To moje +zdanie. Cóż na to pan, panie Bolesławie, herbu Rawita?.. + +Krasnostawski zżymnął się niecierpliwie; denerwował go zwykle ton +rozmowy Ładyżyńskiego, dziś jeszcze bardziej rozgniewał go +przycinek "herbu Rawita", będący widoczną alluzyą do używanych +niegdyś przez niego biletów wizytowych: Rawita-Krasnowstawski. . + +Podrażniony zatem, siląc się na spokój, odparł zimno: + +- Przepraszam, ale całkiem inaczej i zupełnie przeciwnie zapatruję +się na tę sprawę, oraz rozumiem doskonale pana Januarego. + +- Ha-ha-ha-! nie masz pan za co przepraszać, wiedziałem tylko, że i z +kochanego pana także romantyk; w takim razie w korcu maku dobraliście +się razem z Januarym... Wobec tego, ja w Gowartowie zgoła potrzebny +nie jestem, doskonale się tam obadwa rozumiecie... + +- Ale, cóż znowu! - przerwał żywo Krasnostawski, bojąc się, czy +czasem mimo woli nieostrożnem słowem nie zepsuł danego sobie +polecenia. - Mogę być tych samych zapatrywań na tę sprawę, co i pan +Gowartowski i odczuwać jego charakter, lecz przecież w żadnym razie +nie potrafię zastąpić szanownego pana, który jest tak dobrym jego +przyjacielem... + +- No tak, tak..., - urwał z kolei pan Emil - "Wszystko ginie bez +litości, nic stałego na tej ziemi, prócz przyjaźni i miłości;" to +wszystko nader pięknie brzmi i wygląda, lecz mego zdania, ja +osobiście nawet dla przyjaźni zmieniać, niestety, nie uważam za +stosowne. Czy zaś ono Januarciowi się spodoba - grubo wątpię.. + +Dorożka w tej samej chwili zatrzymała się. + +- No, kochany mój panie Bolesławie, addio!.. - odezwał się +protekcyjnym nieco tonem Ładyżyński podając Krasnostawskiemu rękę. + +- Zakomunikuj pan z łaski swojej mój sposób widzenia rzeczy panu na +Gowartowie, a jeśli potem jeszcze znać mnie będzie chciał - niechże +mi napisze, a może przyjadę... + +Wysiedli obaj. Pan Emil uchylił cylindra i skierował się ku bramie, +na progu zaś jej rzucił jeszcze młodemu człowiekowi, tym razem +jednak przyjaźniej nieco: + +- A trzymaj się tam pan dzielnie, ba płeć nadobna ma tu na +wieśniaków wilczy apetyt!.. Au revoir... + +Ładyżyński znikł, Krasnostawski pozostał sam ulicy. Rozejrzał +się... + +Był w jednym z najruchliwszych punktów miasta; wieczór już +rozpoczynał swe panowanie, nadchodziła noc, wielki gród żarzył się +setkami świateł; środkiem ulicy pędziły pojazdy, po chodnikach +szerokich zwartą gromadą wymijał go pośpiesznie tłum ludzi. + +Piękne, zgrabne mieszczanki prawie że ocierały się o niego, +rzucając co chwila zalotne spojrzenia na ładnego chłopca. Niewiele +jednak z nich szło samych, większość miała już przy sobie +czulących się towarzyszy, szepczących im z uśmiechem słodkie +słówka. + +Pod wpływem ostatniej uwagi pana Emila, Krasnostawski mimo woli +przejrzał się uważniej w witrynie jednego z okazalszych magazynów, a +zadowolony z przeglądu własnej osoby, spojrzał wesoło przed siebie. +Jakieś puste pragnienie zabawienia się, oszołomienia, podobnie tym +wszystkim, snującym się parom, owładnęło nim. + +Przekształcony okolicznościami życia w wieśniaka mieszczuch +przypomniał sobie naraz lata dawne, studenckie, pełne niefrasobliwego +jutra i wesołych kawałów, a choć przeplatane często biedą i +głodem, bogate jednak w miłość i swobodę! + +Bawiąc przelotnie w murach miasta, którego każdy zaułek znał na +pamięć, a mijających go mieszkańców, szczególniej kobiety, jednym +rzutem oka nieomylnie segregował, jak znawca, - zapragnął nagle +Krasnostawski napić się koniecznie z musującego uciech miłosnych +kielicha. + +I mimo woli młody człowiek począł uważniej przyglądać się +kobietom. Ubrane "szykownie", cienkie w talii, wysmukłe i zgrabne, +mijały go one, śmiejące się i wesołe, uprawiając z zamiłowaniem +flirt uliczny, skrzący się miejscowym brukowym dowcipem, czujne jednak +poza nim na każde spojrzenie przystojniejszego mężczyzny, +odwzajemniające mu się zalotnem źrenic błyśnięciem - "oczkiem" i +obiecującym nieraz wiele uśmiechem. + +A rozmaitość dzisiaj była wielka. Wieczór przedświąteczny, +pogodny, lwią część właścicielek nadobnych twarzyczek wywabił na +pierwszorzędne ulice - na wspólną arenę letniego jakby "demisalonu" +pewnych, a szerokich warstw miasta. Brunetki zatem, śniade, +czarnobrewe, blondynki, powiewne - białe, szatynki, o ruchach +omdlewających, a wszystkie prawie ubrane elegancko i z pewnym, +właściwym tylko Polce naszej, gustem, wystrojone, żwawe - sunęły +przed zachwyconym wzrokiem wieśniaka. + +I od tego rozpędzonego, barwnego, poruszanego jakby tajną jakąś +sprężyną tłumu, bił na Krasnostawskiego świeży, bo odzwyczajeniem +dłuższem starty, urok; nozdrza grać mu poczęły, wchłaniał w +siebie niewyraźny, niepochwytny powiew, sunący jakby ponad głowami +publiczności, gorętszem okiem patrzył w twarz kobietom, swawolnie i +niechcący, na pozór, zaglądał im prosto w oczy... + +Co zaś przeważnie czytał w owych czarnych, szarawych, fijołkowych i +modrych oczach, z natury już swej, zalotnych, bynajmniej nie zrażało +go do tej; czynności. + +- Pójdź, pójdź, nie zrażaj się pozornie skromną minką, bądź +odważnym, śmiałym, a może... może... - szeptały, zda się, cicho +wejrzenia nieśmialsze, gorejąc ogniem, nieprzeparcie ciągnąc ku +sobie; daleko więcej jeszcze mówiły spojrzenia inne, a wszystkie +razem, wyzywane śmiałym wzrokiem mężczyzny, całować go jakby się +zdawały, obiecując miłość-pieszczotę!... + +Ruchliwą falą w pewnych godzinach przelewający się przez ulice +miasta, a obejmujący sobą oddzielną warstwę wracających z zajęcia +pracownic różnej kategoryi, na wylot znany Krasnostawskiemu, roił +się dalej przed oczyma jego kobieco-dziewczęcy światek, i coraz +bardziej liczny, barwniejszy - obejmował go swym ruchomym uściskiem. I +młody człowiek, ulegając stopniowo nastrojowi chwili, wspomnieniom +dawnym, a związanym ściśle z tymże samym światkiem, zapomniał o +wszystkiem. + +Znikły mu z pamięci Gowartów, pan January, marszałkowa, +Ładyżyński, Ola, a odżył w nim tylko dawny łobuz i bałamut, +żądny swawoli i użycia. + +Z szelestem spódniczek, zgrabnie ujętych małą rączką, a +odkrywających modelowaną ślicznie, zgrabnie obutą, w ażurowej +pończoszce, nóżkę, otarła się prawie o Krasnostawskiego wysoka +dziewczyna, smukła, jak gazella, czarnowłosa, i rzuciła +młodzieńcowi przelotne spojrzenie. Spotkawszy wzrok jego, palący , +śmiały, rzuciła mu takie same drugie, uważniejniejsze jednak, +gorętsze. Z dwojga par młodych oczu posypały się iskry, a panu +Bolesławowi stanęło w tej chwili w mózgu, nieodwołalne ultimatum: +Ta, lub żadna! + +Puścił się w pogoń za piękną dziewczyną. Dognał ją niebawem, +zajrzał w oczy raz, drugi, trzeci, i począł iść w ślad za nią. +Przy zbiegu jednak ulic kilku, dziewczę skręciło nagle w bok i +znikło w bramie domu. + +Zawiedziony i zły, Krasnostawski obrócił się na pięcie, a +włożywszy rękę w kieszenie od palta, z humorem przystanął. W +oddali zachęcająco zieleniał ogród śródmiejski, jakby zapraszając +gościnnie. + +Młodzieniec skierował się w tę stronę, i w dziesięć minut potem +wchodził już w bramę ogrodu. + +O tej wieczornej i spóźnionej już porze cienie jago, tajemnicze i +ciche, pochłonęły Krasnostawskiego natychmiast, a do uszu jego +doleciały jednocześnie, z pogwarem drzew szumiących splecione, +jakieś szelesty, i szepty, i przyciszone gwary... + +To przytulone do siebie, tam i ówdzie po ławkach siedząc samotnych, +gruchające przeróżne "pary" fabrykowały najczęściej udaną, rzadko +szczerą miłość... Miejscami nieestetyczny, czasami wprost brutalny, +tam znów, w kontraście subtelniejszy, miękkszy, ten sam flirt +brukowy, rdzennie miejscowy, musował, kipiał po kątach ogrodu, +przyczajony do tego stopnia, iż w niektórych alejach dla uważnego +słuchacza grała po prostu, zda się, powszechna jakby i wspólnie +harmonijna nuta, złożona ze szmeru pocałunków, głośniejszych +półsłówek, namiętnych protestów, zgody cichej, lub srebrzystego +śmiechu... + +Odgłosy te, drgając w powietrzu, leciały cicho ku wierzchołkom +drzew, z których co chwila gdzieniegdzie spadał wolno pożółkły +liść wczesnej jesieni, - jakby pragnąc przypomnieć bawiącym się tu +ludziom, o końcu wszystkiego na świecie. + +Przeszedłszy się po ogrodzie, Krasnostawski usiadł na jednej z +ławek. Zmęczonym był nieco... Przyjechał kilka godzin temu zaledwie. +Marszałkowa, Ładyżyński, piękna nieznajoma, gwar miasta - wszystko +to znużyło młodzieńca, przywykłego od lat paru do ciszy i +regularnego wiejskiego życia. + +Wyjąwszy papierośnicę, zapalił papierosa, ziewnął, a spojrzawszy +obojętnie na siedzących obok na ławce sąsiadów, wpadł w mimowolną +zadumę. + +W myślach stanęła mu nagle własna przeszłość w tem samem mieście +i przed oczyma migać poczęły przeróżne minionych lat obrazy. + +Ujrzał zatem siebie maleńkim, u rodziców jeszcze, chłopcem, potem +gimnazistą, a następnie akademikiem. Oblicza rozpierzchłych gdzieś +po świecie, a dawno niewidzianych kolegów zamajaczyły mu żywo, +wspomniał ich przywary, zalety charaktery i serca... + +W kalejdoskopie wspomnień odbiło się, przesunęło również, kilka +twarzyczek kobiecych, parę szałów, niepomnych jutra, gorączkowych, +pieniących się wówczas rozkoszą, płomieniem uczucia, a dziś +spopielałych już i zagasłych zupełnie. + +A wszystko w tem mieście, z którego murami zżyła się, zrosła jego +dusza. Dla chleba porzucił kolebkę dzieciństwa - młodości... + +- Cha!... - westchnął głośno młody plenipotent gowartowski, poczem +instynktownie obejrzał się wokoło, i jakby nieco zawstydzony swem +westchnieniem, z pod oka uważnie popatrzył na swoich sąsiadów. + +Obok niego, w wytartej czapce, z daszkiem, nasuniętym na oczy, w +wyszarzałej kapocie i z rękami w kieszeniach, drzemała jakaś męska +figura, z głową, wciśniętą w ramiona, zgarbiona, o nędznej +powierzchowności; był to zapewne pijak jaki ululany, lub może biedak +bezdomny; z przeciwległego zaś krańca ławki jakiś staruszek +zbierał się do odejścia... + +- Przepraszam pana, która godzina? - zapytał go Krasnostawski, +pamiętając, iż zegarek zostawił przez roztargnienie w hotelu. + +Staruszek malutki, siwiuteńki, o jowialnym wyrazie twarzy, zerknął +przyjaźnie na młodego człowieka, oczy przymrużył i roześmiał się +głośno i dobrotliwie. + +- Ha-ha ha.., a widzisz... - dorzucił w ślad za tem - nie przyszła... +Ba!... la donna è mobile... - szczerze zaśmiał się jeszcze do siebie +i podreptał dalej, nie odpowiadając na pytanie młodzieńca. + +- A to ci mantyka jakiś ! - uśmiechnął się Krasnostawski i +wzruszył ramionami, a zapaliwszy papierosa, instynktownie zamyślił +się znowu. + +Tymczasem w tej samej właśnie chwili siadała obok niego wysoka, +zgrabna, przystojna brunetka. Gdy odchodzący staruszek wygłaszał swą +sentencyę, pośpiesznie przechodziła ona drogą, a usłyszawszy +głośno wyrzeczono słowa, zwróciła uwagę na siedzącego +młodzieńca i uważnie spojrzała nań; poczem zwolniła kroku, a po +przelotnej wahania chwilce usiadła na ławce. Teraz zaś, uporczywie z +pod oka, patrzyła na Krasnostawskiego. + +Ten zaś poczuł snać na swojej twarzy magnetyczny wzrok kobiety, bo po +chwili machinalnie obrócił głowę w jej stronę. + +Na widok nowej sąsiadki, wyraz przyjemnego zdziwienia odbił się na +jego twarzy, w towarzyszce obecnej bowiem poznawać się zdawał +piękną nieznajomą sprzed półgodziny. Spojrzenia młodych +skrzyżowały się. Z czarnych źrenic ładnej dziewczyny posypały się +iskry, poczem opuściła na oczy powieki, z rzęsami długiemi. + +Krasnostawski jednak milczał w niepewności. + +- Nie, to nie ona - myślał - tamta, smukła gazella, piękniejszą +była, lecz ta znów... tu spojrzał przeciągle na dziewczę - kto wie, +czy nie ponętniejsza, milsza?... Bez wątpienia... co za oczy!... - +dopowiedział sobie w duchu. + +Nie ruszał się jednak z miejsca, nieznajoma bowiem wydała mu się +dziwnie nieprzystępną - przynajmniej z powierzchowności. Ubrana była +z miejskim szykiem, przeciętnym wprawdzie, ale nie rażąco bynajmniej, +całkiem ciemno, z pewnym gustem, ba... nawet jakąś nieujętą jakby +dystynkcyą. + +Tak się zdało Krasnostawskiemu. + +W tej samej chwili nieznajoma podniosła nań znowu oczy. Powoli +zdjęła woalkę, wciąż paląc spojrzeniem pięknych, dużych źrenic +i westchnęła cicho... + +Krasnostawski instynktownie przysunął się do dziewczęcia bliżej. W +parę jednak sekund później, raz jeszcze przyjrzawszy się delikatnemu +profilowi nieznajomej i przywoławszy w pamięci całe swe znawstwo +dawnego "don-juana", zawyrokował w myśli: - "szyk facetka, ale szkoda +czasu," i obojętnie zgasłego zapalił papierosa. + +Poza tem, przed godziną pełen werwy i animuszu, teraz czuł się +zmęczonym i spać mu się po prostu chciało, rój myśli zaś, +poruszonych niedawno, bezustannie mącił mu się w głowie. Ziewnął +więc przeciągle i zamierzał już powstać, gdy oto nagle, prosząco, +posłyszał wyrzeczone głosikiem dźwięcznym swej sąsiadki: + +- Przepraszam pana... ale.... nie mogę dać sobie sama rady... Czy... +nie byłby pan tak uprzejmym i grzecznym zwinąć mi parasolkę?... + +Słowom tym towarzyszył wyraz twarzy, pełny milutkiego wdzięku i +przybranej okolicznościowo zaambarasowanej niby nieśmiałości; +zatrzymała się pytająco... + +Widząc jednak na obliczu młodego człowieka uśmiech i wyciągniętą +już rękę po parasolkę, dokończyła zalotnie, podając mu ją: + +- Tylko... tak ładnie... cieniutko... + +- Pan się dziwi, zapewne - dygnęła już śmiało, lecz z tym samym +nieokreślonym nieco twarzy wyrazem, - że ja, nie znając pana, +ośmielam się, pomimo to, trudzić go... ale... + +- Boli rączka? - podchwycił Krasnostawski śpiesznie i pochylił się +ku dziewczęciu, z uśmiechem. + +W oczach dziewczyny zapaliły się skry, nerwowo zadrżały jej +wiśniowe usta i rozchyliły się kusząco... Zaśmiała się... + +- Tak, mam reumatyzm w prawej dłoni... - odparła z powłóczystem +spojrzeniem. + +I rozmowa w ślad zatem potoczyła się gładko... Krasnostawski poczuł +się w swoim żywiole, wpadł w zapał, dowcipkował, śmiał się, +opowiadał. Towarzyszka zaimprowizowanego flirtu odcinała mu się +dowcipnie, podtrzymywała rozmowę... + +Gwar dwojga młodych odbijał się echem po coraz to pustszym ogrodzie; +śpiący dotąd spokojnie na ławce sąsiad ich, bezdomny biedak, +zbudzony, zaklął z cicha i bez ceremonyi położył się na ławce, +jak długi. + +Wespół z towarzyszem roześmiało się piękne dziewczę. Powstali. + +Pobłądziwszy zaś samotnie po alejach ogrodu, w pół godziny +później wychodzili z niego, ochoczo i żwawo, na pustą ulicę, +trzymając się pod ręce, po przyjacielsku już zupełnie. Młody pan +plenipotent gowartowski skinął na stojące opodal "gumy", kazał +stangretowi podnieść budę, wsiadł do powozu razem z piękną nową +znajomą, rzucił adres - i pojechali... + +Gdy w ten sposób odżyły w wieśniaku łobuz zabawiał się swobodnie +w wesołym grodzie - na Ukrainie, w pałacu gowartowskim, który +zaledwie opuścił był dwa dni temu, w tą samą noc wrześniową, +pomimo spóźnionej już wielce pory, paliły się, jeszcze światła. + +Po obszernych komnatach dużego piętrowego domu, otoczonego cienistym +parkiem, przechadzał się, zamyślony, pan January Gowartowski, z +rękami założonemi na piersiach. Kłaść się na spoczynek wcale nie +miał ochoty, od czasu bowiem powrotu z miasta i otrzymania wiadomości +o ślubie Oli, sen, wypłoszony cierpieniem i myślami, bezpowrotnie, +zda się, uleciał od powiek starca. + +Pan January już od kilku tygodni, ku wielkiemu zdziwieniu domowników, +nie sypiał wcale. Chodził po pustych komnatach, myślał, czytał, +czasami wychodził na przechadzkę, błąkał się po polach, z rzadka +bardzo polując do świta na kaczki - ulubionej tej swej rozrywce, +oddając się teraz tylko odruchowo, machinalnie, nawet z pewnem jakby +zniechęceniem. + +By sobie zaś te nudne bezsenne noce czemkolwiek urozmaicić, pan +January wziął się do pisania własnych pamiętników, a sunąc +piórem po papierze i godzinami zapełniając go swem drobnem pismem, +nieraz potem, znużony, zasypiał przy biurku, i tak go nazajutrz nad +ranem zastawał lokaj. W ciągu dnia zaś wyraźnie nudził się coraz +bardziej; czasami odwetował sobie długie białe noce ciężkim snem po +obiedzie; poza tem nie wyjeżdżał nigdzie, ani do sąsiadów, ani +nawet do kościoła, nikogo również nie przyjmując. + +W pałacu wszyscy po cichu niepomiernie ubolewali nad panem, dziwiąc +się stanowi jego, kontrast bowiem dzisiejszego pana na Gowartowie był +iście rażącym. Poprzednio, wesoły, uśmiechnięty, rzeźki, nad wiek +swój żywy, biorący udział we wszystkich sprawach wiejskich, +interesujący się najdrobniejszym niemal szczegółem, obecnie zmienił +się rzeczywiście do niepoznania. + +Wróciwszy do Gowartowa, po kilku dniach popadł pan January w trwający +dotąd stan apatyi, zniechęcenia i nudy, a powiększający się ciągle +i coraz bardziej. Z małżeństwem Oli pogodził się, bo zgodzić się +na nie musiał, rana jednak, zadana nieopatrznie lekkomyślną ręką +córki, w ojcowskiem sercu, nie zagoiła się bynajmniej. Pan January +zamknął się w sobie i przeżuwał cierpienie własne, nie mogąc o +niem zapomnieć. + +I czyż nawet można było dziwić się temu? Każdy kąt, każda +ścieżka i sprzęt w pałacu nasuwały biednemu ojcu na pamięć +jedynaczkę, martwota zaś i cisza komnat, oraz ich głucha pustka +przypominały stale nieobecność jej bezpowrotną. + +Gdy Krasnostawski, zamieszkały w pobliskim folwarku, Tomaszówce, +wpadał tu czasem w interesach i sprawach majątkowych, - ożywiał +nieco obecnością swą te mury, teraz jednak, od czasu jego wyjazdu, +dnie jeszcze bardziej dłużyły się panu Januaremu. + +Na stole w jadalni gowartowskiego pałacu leżało kilka książek, obok +w salonie i buduarze widniały porzucone pisma świeże - na biurku w +gabinecie przyległym bielały rozłożone arkusze, zapełnionego pismem +papieru. Pan January przed chwilą przestał był czytać, oraz pisać +teraz zamierzał, a przechadzając się tymczasem poprzez szereg +czterech leżących obok siebie, otwartych, pooświetlanych pokoi, +myślał. + +W ciszy uśpionego już od dawna domu wybiła godzina druga... + +Monotonny odgłos zegara zbudził Gowartowskiego z zadumy. Poruszył +się szybciej, sam pogasił światła w czterech sąsiednich komnatach, +poczem, westchnąwszy cicho, przetarł dłonią czoło i usiadł przy +biurku przed rozłożonemi ćwiartkami papieru. + +Nie wziął jednak pióra do ręki... Myśl leniwa odbiec na rozkaz nie +chciała, podparł więc pan January dłońmi głowę i zamyślił się +znowu. + +Wokoło, z umilkłem echem jego miarowych kroków, zapanowała +niezamącona niczem cisza, i trwale dość długo, nie przerywana zgoła +niczem. + +Wreszcie, zbudzony z swej zadumy, podniósł głowę dziedzic Gowartowa, +sięgnął po pióro i zaczął pisać szybko. Jedne po drugich +wypełniały się jego drobnem pismem arkusiki papieru, rozrzucone na +biurku, zgrzyt zaś stalki w milczeniu głuchem donośnie rozbrzmiewał +po pokoju. W ten sposób minęła godzina, a może i więcej... + +Przestał wreszcie pisać ojciec Oli, odłożył pióro i schowawszy +starannie papiery do szuflady biurka - powstał. + +Wywołany zazwyczaj umysłowem znużeniem, sen nie kleił jednak dzisiaj +powiek jego. + +Przeciwnie. Zmuszony przed chwilą jeszcze, oderwawszy się od +teraźniejszości, zanurzyć w przeszłość własnego życia, którą +opisywał - pan January orzeźwionym był jakby, a wyraz melancholyi +smutnej znikł z oblicza jego, oczy patrzały jaśniej jakoś, +zapatrzone, zda się, w odległe dawne wspomnienia... + +I wyparte tą chwilą obecną, cierpienie pierzchło na chwilę, ojciec +Oli zaś, spragniony snać powietrza, otworzył okno, wychodzące na +ogród. + +Dotykając szyb, zaszeleściły cicho gałęzie pnącego się wysoko po +murze winogradu, i powiew balsamiczny, świeży, wpłynął do pokoju. + +Pałac gowartowski górował nad okolicą. Do stóp jego, poza parkiem i +stawem, w półkole, tuliła się wioska, a dalej widniały uprawne +pola, odcinał się na widnokręgu sinawy pas lasów, wśród +rozległych zaś, jak okiem sięgnąć, płaskich obszarów - majaczyło +kilka dalekich siół i futorów... + +W chwili, gdy pan January stanął w oknie gabinetu, z którego +krajobraz ten cały, jak na dłoni, można było objąć okiem - nad +otaczającemi Gowartów wkoło równinami, pełnemi nieujętego jakby +smutku i niewysłowionej dziwnej tęsknoty - nad zadumanymi jarami, +sennymi łanami i bielejącymi szerokimi traktami - z wolna gasła +właśnie jesienna noc, pogodna, a z nieba, stopniowo niknąc, +pierzchały ostatnie gwiazdy... Jeszcze tylko mgły przedporanne +błąkały się tam i ówdzie, półmrok zaś szarawy przedświtu, +walczący z cieniami nocy, coraz bardziej zwycięski, hardy, panoszył +się już dokoła. + +Gowartowski stał nieruchomo w oknie, a odczuwając głęboko nieujęty +czar, płynący ku niemu senną falą z ziemi rodzinnej, jednocześnie +uczuwał w duszy chęć konieczną wyrwania się, choć na krótko z +tych ciasnych ram pokoju. + +W tej samej chwili ciszę drzemiącą przerwał nagle pojedynczy +dźwięk, rytmiczny i daleki. Wplótłszy się melodyjnym akordem w +ogólne milczenie, szedł coraz donioślejszy... bliższy... + +Przez perlące się jeszcze nocną rosą łany zboża i łąki, zagony +buraków i jary, leciało monotonne echo dzwonka, żałosne sobą i +jakby smętne, błąkając się po uśpionych jeszcze obszarach, budząc +drzemiące ptactwo, leniwo i niechętnie zrywające się gdzieniegdzie +do lotu. + +- Telegram! Może do mnie, pójdę i zobaczę... mruknął do siebie +półgłosem pan January, i odstąpiwszy od okna, sięgnął kapelusz. + +W tej samej chwili wzrok jego przesunął się po ścianie, na której +wisiała strzelba i przybory myśliwskie. Gowartowski spojrzał mimo +woli na swój ubiór. + +Był w butach wysokich z cholewami, których dobę całą nie zmienił, +pełen apatyi. + +Po przelotnej chwilce wahania, pan January wziął strzelbę, torbę, +naboje i wyszedł przez balkon do ogrodu. Czuł potrzebę ruchu, +powietrza i postanowił zapolować na dzikie kaczki. Drzemiąca żyłka +myśliwska przebudziła się w Gowartowskim, a odnalazłszy ulubieńca +swego, legawca, śpiącego w ładnej budce, wyruszył przez park na +pola. + +Myśl jego była jakby wolniejsza, wzrok zaś uporczywie ścigał +krajobraz, niejako wsłuchując się w bliski już teraz zupełnie +odgłos dzwonka. Nadzieja zwodnicza podsunęła mu bezpodstawne +przypuszczenie, iż może ten oto znajomy dźwięk, zwiastujący +telegraficznego posłańca, przyniesie mu jakąś dobrą, a +niespodzianą od Oli wiadomość. + +Rzeczywistość, jak zwykle, rozwiała chwilowe złudzenie. Spokojnie i +równomiernie, u rozstajnych dróg, przy krzyżu drewnianym, +przesunęła się sennie, w jednego konia, dwukołowa bida, z siedzącą +na niej skuloną postacią, i brzęcząc dzwonkiem, zginęła w mgłach +porannych. + +Dziedzic Gowartowa westchnął, i minąwszy park oraz wioskę, boczną +ścieżyną skierował się ku polom. Poprzedzany kręcącym się +wesoło, całym czarnym, z białemi łapami, legawcem, w pól godziny +potem spuszczał się w jar głęboki. + +Otulony ciszą przedświtu, drzemał tu staw obszerny, cały zarosły +sitowiem - siedziba kaczek dzikich; mały młynek drewniany, cichutko +szemrząc przelewającą się wodą, odpoczywał, przyparty do wązkiej +grobelki; w jej pobliża maleńka, garbata chatynka młynarza +dopełniała krajobrazu. + +Po raz pierwszy od bardzo dawna poddał się pan January obecnej chwili +tylko, zapomniawszy momentalnie o dręczącem go cierpieniu. Stąpając +ostrożnie i cicho po zroszonej trawie, szedł wzdłuż stawu, nad jego +brzegiem, rozglądając się bystro dokoła. + +Milczenie i spokój panowały niepodzielnie w tym zakątku. Czasem tylko +załopotało coś w sitowiach i zaraz zcichło; tuż ponad senną taflą +wód przeleciał wolno koło idącego myśliwca jastrząb wodny, kulik, +zniknąwszy niebawem z oczu... + +I melancholijna szarość, jeszcze na wpół pogrążona we śnie, +cicha, królowała dalej znowu, skupiona w sobie, niezamącona niczem, +chyba tylko szelestem kroków ludzkich i biegiem legawca. + +Nagle pan January przystanął: + +- Wara! do nogi! - syknął cicho na psa. Legawiec, podniósłszy lewą +łapę i wyprostowawszy ogon sprężyście, znieruchomiał. + +Na czystą taflę wód stawu, rzecz rzadka, wypływały poważnie dwie +kaczki dzikie i kołysząc się niedostrzegalnie, zbliżały się, ufne, +z wolna płynąc, na odległość strzału. Myśliwiec odwiódł kurka u +strzelby, jak mógł najciszej, i przyłożył broń do ramienia. + +Przeczekał chwilę jeszcze, i pociągnął za cyngiel... + +Odbity w milczeniu dziesięciokrotnem echem huknął w ciszy pierwszy +strzał!... Dosiągł on jednocześnie obie kaczki, położył je +trupem, i zbudził zarazem śpiącą w sitowiach zwierzynę. + +Zagotowało się tam teraz wszędzie; tłumione szelesty rozległy się +na wsze strony; kurki wodne, kaczęta, kaczki nawoływały się +wzajemnie, kilka z tych ostatnich poderwało się nawet hen, w +perspektywie, na drugim krańcu stawu... daleko. Jedna zaś, wynurzywszy +skądś, z charakterystycznym poświstem skrzydeł, przeleciała: wysoko +prostopadle ponad głową myśliwego. + +Posłuszny legawiec jednocześnie przynosił panu w zębach zabitą +zwierzynę; Gowartowski, odebrawszy psu kaczki, zawiesił je u torby i +poszedł dalej. + +Powoli, stopniowo, rozjaśniało się tymczasem.. Na wschodzie, gdzieś +w oddali, widnokrąg zaróżawiał się, niedostrzegalnie, leciutko... + +Ojciec Oli Dzierżymirskiej, ze spuszczoną głową, postępował +wciąż brzegiem stawu. Kilka kaczek po drodze jego zerwało się +trwożliwie, myśliwiec jednak nie zadawał sobie trudu strzelać do +nich, bo oto znowu, wywołane na pozór drobnostką, pochłonęły +bezpodzielnie pana Januarego wspomnienia smutne. + +Rok temu, podobnie jak dziś, polował on tutaj. + +Razem z Olą wyjechali o drugiej, nocą, i przybyli nad staw przy +księżycu jeszcze. Tak samo cisza uśpienia panowała dokoła, tak +samo, jak przed chwilą, na toń czystą, lśniącą się tylko w +dogorywających, drżących promieniach miesiąca - wypłynęła +zwierzyna... + +Pamięta, jak dziś, ową chwilę, radość córki z tej przejażdżki i +jej ciekawość asystowania przy polowaniu. Stoi mu żywo przed oczyma +twarzyczka jej zarumieniona, ładniutka, wzruszona, ciekawie śledząca +wzrokiem kaczki, płynące po wodach... + +Pamięta doskonale, jak w ostatniej chwili, gdy już cyngla dłonią +dotykał, szczebiot jej wesoły spłoszył zwierzynę, i jak wówczas +Ola tego sobie darować nie mogła... + +Westchnienie ciche podniosło pierś Gowartowskiego, brwi zmarszczył i +zatopił się w myślach niepomny zupełnie otoczenia swego. + +Tymczasem zwierzyna co chwila podrywała się tam i ówdzie, +przelatując blisko idącego machinalnie naprzód myśliwego. + +Legawiec, kręcąc ogonem, wiercił się na wszystkie strony, skamlał +nieśmiało, z cicha, gonił uciekające kaczki i powracał, podnosząc +rozumny swój wzrok na zamyślonego pana, z wyrazem zdziwienia, iż nie +słyszy już strzałów - wyraźnie zgorszony postępowaniem jego. + +Staw tymczasem już się kończył.. + +W pobliżu, nieco dalej, oddzielony od pierwszego stawu pasmem +błotnistych moczarów, widniał taki sam prawie drugi, mniejszy tylko i +sitowiem zarośnięty cały. + +Znając snać dobrze drogę ku niemu, pan January nie zatrzymał się, a +tylko ciągle tak samo zadumany, ruszył w drogę dalej, prosto przez +bagno, stawiając powoli stopy na trzęsących się kępkach zielonych. + +Pod ciężarem ciała idącego myśliwca grunt uginał sie, kołysał +niedostrzegalnie, a pod nim chlupotała woda i poruszał się krąg +cały wodnistej ziemi. + +Pan January nie zwracał jednak na to żadnej uwagi; w myślach +rozpamiętywał coś ciągle, w oczach zaś uporczywie majaczyła mu +wywołana przypomnieniem twarz i postać Oli, przesłaniając sylwetką +swą wzrok jego zamglony. + +Roztargniony jakby, tu, gdzie się znajdował, zgoła nieobecny, +Gowartowski szedł przez moczary, coraz dalej, a raz nawet noga +niespodzianie obsunęła mu się na małej kępce, i mało, mało, że +nie stracił równowagi... + +Tymczasem poza nim, w dal roztwierały się niby widnokręgu podwoje... + +Stopniowo, wąskie pasmo skrytego jeszcze słonecznego światła, rosło +na niebiosach. Z pod białych puchów posłania i spuszczonych +dyskretnie jakby gazowych u łoża zasłon - zarumieniona, wstydliwa +wychylać się poczęła jutrzenka różana, przeciągając się +lubieżnie jeszcze poza przejrzystą oponą obłoków bladych... + +Ponad stawem latały teraz ciągle kuliki; w dali na horyzoncie, z +innego snać legowiska, wysoko na pogodnem niebie, ciągnęło tutaj +całe stado dzikich kaczek - prostopadle pod niemi ogromny jastrząb +krążył majestatycznie nad łanem zboża... + +Ostatnie wreszcie cienie przedświtu pierzchły nagle... Pierwszy +promień słońca wyjrzał nieśmiało, błysnął po białych ścianach +chatynki i blaszanym dachu starego młyna, dotknął się tafli stawu, +zamigotał w mętnych błotach moczarów i musnął pieszczotliwie +odwróconą sylwetę idącego mężczyzny. + +Na błyszczącej lufie przełożonej przez plecy strzelby zapalił się +blaskiem. Minęła chwila... i już tryumfalnie zajaśniał on, +objąwszy płomieniem świateł liście kilkunastu drzew, rosnących +wśród bagien. Postać kroczącego miarowo po moczarach człowieka na +zakręcie, czy też w drzew cieniu, znikła nagle w mgnieniu oka... + +Po chwili w dali rozległo się tylko głośne szczekanie psa. + +Umilkło... + +Nad ziemią w tej samej chwili wstał dzień nowy, pełen nadziei, z +radością na promienistem czole. + +--------- + + +Na platformie kawiarni, położonej na szczycie góry "Gűtsch," +wznoszącej swój cypel wyniosły ponad wdzięcznie rozrzuconą u jej +stóp Lucerną, roiło się od turystów, siedzących przy stolikach. + +Szmery prowadzonych rozmów łączyły się w akord wspólny z grającą +smętnie i cicho orkiestrą, wzrok zaś wypoczywających gości +pieścił widok cudny i wspaniały na miasto, tulące się zacisznie do +brzegów jeziora, zapatrzone w jego ciemnoszafirowe głębie, w których +lustrzanej toni milcząco przyglądały się również zadumane +wierzchołki gór. + +Zamykały one łańcuchem swym cały widnokrąg naprzeciw miasta, po +drugiej stronie jeziora, i ramowały na prawo krętą szyję wód jego, +płynących cicho w dal... + +Ozłociwszy purpurą i złotem śnieżne szczyty ginących we mgle Alp, +zamigotawszy krwawo na białych frontach nadbrzeżnych hoteli, +spiczastych wieżach "Hofkirche" i szybach pomniejszych domostw, +właśnie przed chwilą zgasł ostatni promyk słońca... + +Natomiast zmierzch szary już obecnie wychylał się skądś +nieśmiało, ślizgał się po gładkiej tafli jeziora, przechadzał po +dwóch, krytych daszkiem, drewnianych mostach, starożytnych i wąskich, +a omraczając sześciokątny czubek, położonej tuż przy jednym z +nich, oryginalnej wodnej wieżycy, swawolnie zdawał się zatapiać ją, +jedynaczkę, sterczącą zabawnie pośród wód szafiru. + +A tymczasem, pod wpływem idącego wieczora, cichło jakby jeszcze +bardziej wszystko dokoła... Senny spokój płynąć się zdawał od +Lucerny, która, choć przepełniona gośćmi z całego świata, +tętnić poczynająca właśnie o tej porze muzyką i gwarem - +obserwowana jednak stąd, z "Gűtsch" wierzchołka, wydawała się tak +spokojną - tak cichą, jakby nie była zgoła punktem zbornym +kosmopolitycznej towarzystw śmietanki, ale tylko - oazą wytchnienia i +swobody. + +W jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych kawiarnianej platformy, +przy stoliku, siedziało pięć osób. + +Towarzystwo to składali: starsza wiekiem osoba, Polka, z córką i +poważnym jegomościem, ojcem zapewne rodziny - młody, żwawy, +przystojny Francuz i Dzierżymirscy. + +Ożywiona, niemilknąca rozmowa, podtrzymywana głównie przez Olę i +młodego Francuza, panowała przy tym, odosobnionym od innych, stoliku. +Stary jegomość śmiał się co chwila serdecznie i jowialnie z +dowcipów młodzieńca, panienka również rozmawiała wesoło i jeden +tylko Dzierżymirski stanowił w tym akordzie dobranym kontrast aż +nadto wyraźny, zachowanie się zaś jego milczące i bierny, li tylko +konieczny, udział w rozmowie, świadczyły dobitnie, że to wszystko +nudzi go nad wyraz. + +Oczy Dzierżymirskiego, pełne zamyślenia, prawie bezustannie +spoczywały na krajobrazie u podnóża góry, z rzadka przenosząc się, +obojętne, na towarzystwo. Wzrok jego wtedy zatrzymywał się głównie +na Oli. Zaduma smętna, od otoczenia daleka, znikała wówczas na +chwilę z jego oblicza, źrenice zaś czarne Romana, ciemniejszemi +stawały się, badawcze... Nader korzystnie zaś dnia tego wyglądała +pani Ola. Ubrana w zgrabną suknię, z jasnej materyi, czyniła +wrażenie wytworne i eleganckie; obnażone zaś dość głęboko, z +okazyi niby gorąca, pierś, szyja i ramiona, przykryte tylko ażurową +koronką, stanowiącą całość z suknią - podnosiły jeszcze wdzięk +jej postaci. Siedząc obok młodego Francuza, rozmawiali z nim +przeważnie, śmiejąc się, dowcipkując, i bezwiednie zapewne tylko, +rzucając mu od czasu do czasu rozbawione, zalotne jakby spojrzenia. + +Trwało tak dosyć długo. Po niejakim czasie jednak Ola zauważyła +snać dziwne trochę zachowanie się męża, bo, skorzystawszy z +ogólnego powstania, spowodowanego czyjąś uwagą o krajobrazie, +zbliżyła się do Dzierżymirskiego, i przytuliwszy się, otarłszy, +jak kocię, swą rozkwitłą kibicią o niego, miękko i czule +zapytała: + +- Coś taki smutny, Romciu, co ci? + +-Nic, kochanie! - odparł krótko Dzierżymirski i dorzucił po chwili: + +- Ale, a propos, ja cię tu zostawię, bo sam wpaść jeszcze muszę na +pocztę, tam, na dole... + +- Koniecznie chcesz tam iść? To może jedźmy już razem?.. + +Dzierżymirski odczuł niechęć lekką w głosie żony; cień ledwie +dostrzegalnego niezadowolenia, przemknął mu po twarzy, odezwał się +jednak szybko: + +- Nie, nie, zostań, ma chère, proszę cię... Spotkamy się później +w alei nadbrzeżnej, będę czekał na ciebie... au revoir... + +Dzierżymirski ścisnął zlekka rączkę żony i zręcznie wycofał +się z platformy, zdążając po schodkach na dół, do stacyi kolejki +zębatej, zwanej "funiculaire," a łączącej w pięciu minutach czasu +górę z miastem. + +Zajęte lornetowaniem krajobrazu - którego wdzięk teraz dopiero, po +chwilowem wyczerpaniu tematu rozmowy, zdołał przemówić do ich +poczucia piękna. Towarzystwo nie zauważyło nawet odejścia Romana. +Ten ostatni spuszczał się powoli po schodkach i zasiadł niebawem w +wagoniku kolejki, wkrótce ruszyć mającej do Lucerny. + +- A to mnie znudzili - mruknął - zakazane towarzystwo... + +W tej samej chwili rozległ się sygnał odjazdowy, wagoniki poruszyły +się z chrzęstem, i hamowane, powoli w dół spuszczać się zaczęły. + +Roman obejrzał się; w wagonie, dziwnym zbiegiem okoliczności, +znajdował się zupełnie sam. + +Wygodnie wyciągnął nogi, rozparł się i patrzył w dół. + +Przed nim czerniała stromo idąca para szyn kolei, z położonym +pośrodku trzecim, dziurkowatym relsem; w dole, otulone mrokiem, +drzemało jezioro - wierzchołki gór stopiły się w zmierzchu, zlały +jakby z chmurami niebios, w ciemnościach zaś, coraz to większych, +występowały teraz szaro domy miasta, w których, jak ogniki błędne, +zapalały się co chwila tu i tam światełka. + +Roman nagle przymknął oczy. + +Bo oto jemu - wpatrzonemu ciągle w dół, w stromą pochyłość i +powietrzną próżnię, dzielącą jeszcze kolejkę od jeziora i, miasta +- zakręciło się w głowie, w wirze zaś tym wyłoniła nagle się +jedyna szalona myśl, spowodowana jakimś jednoczesnym, nic nie +znaczącym wagonów hałasem. Mianowicie zdało mu się po prostu, że +oberwany pociąg leci w dół, coraz szybciej, i... że już... już oto +w katastrofie, chaosie impetycznym - dotknie się on niebawem szklistej +toni wód... + +Po krótkiej atoli chwilce Dzierżymirski otworzył oczy i roześmiał +się głośno. + +Nic wokoło nie zmieniło poprzedniego wyglądu. Wolno i ostrożnie +staczała się kolejka dalej, jezioro byłe już tylko znacznie bliżej, +u brzegu jego mrugała, iskrząca się dziesiątkami światełek, +Lucerna; wagony, brzęcząc, spuszczały się ciągle, zawieszone nad +miastem. + +Roman wzruszył ramionami. + +- Co mi dziś jest! sarn nie wiem! - mruknął. + +W istocie był nie swój od samego rana. W silnej mierze niewątpliwie +przyczyniło się do tego postępowanie żony. + +Zapoznawszy się sama z kilkoma osobami, o natrętnej manji +zaznajamiania się, zanudzała go od kilku dni pobytu w Lucernie ich +obecnością bezustanną, bawiąc się wszakże sama znakomicie. I to +właśnie ostatnie najbardziej irytowało Romana. Tak unikał dotąd +ludzi, tak uciekał od nich, by być samym tylko z Olą, by bez +zamącenia niczem pić szczęście chwili i tą miłością w sobie +wszystko zagłuszyć!.. + +Ominął wszak nawet dobrowolnie Medyolan, rodzinne miasto swej matki, +gdzie pochowaną była na miejscowem "Cimitero Monumentale," gdzie poza +tem posiadał jeszcze krewnych nieboszczki - uczyniwszy to w jedynym +celu uniknięcia musu obcowania z ludźmi, innymi, prócz niej, Oli... + +A tu tymczasem ona sama wyszukiwała sobie jakieś zakazane figury!.. + +Roman przy tej ostatniej myśli, wyrzuciwszy z ust dogasającego +papierosa, żachnął się niecierpliwie. + +Bo na przykład ten Francuz, czyż nie wzbudzał w nim słusznego +gniewu? Młodzik nieznośny, z bezmyślnym, banalnym wiecznie na ustach +uśmiechem, z którego jednak Ola bezustannie tak szczerze się +śmiała... + +- Albo ta jej tualeta dzisiejsza, - mówił sobie dalej Roman, - w +Wenecyi przecież było daleko goręcej, nie ubierała ona jednak gorsu +swego tak przejrzyście, a tu chłód w porównaniu... + +- Dla tego osła z Paryża niewątpliwie, by mógł cynicznie i +lubieżnie napawać się kształtem i ciałem jej kibici! - półgłosem +dopowiedział podrażniony Dzierżymirski. + +- Że też te kobiety bez wabienia mężczyzny po prostu żyć nie +mogą!.. - wyrwało mu, się jeszcze. + +Spostrzeżenie powyższe, a tyczące się w danym wypadku własnej +żony, gniewało go niepomiernie.. Od pewnego czasu bowiem, obserwując +Olę, dostrzegł cechę w charakterze jej, nieznaną mu dotąd: chęć +zalotną przypodobania się innemu mężczyźnie - nie jemu... +Jątrzyło go to bardzo, choć pragnął pozornie traktować fakt ów +lekko. + +Wagoniki stanęły właśnie. Roman wyskoczył szybko i skierował się +ku gmachowi poczty, położonemu koło głównego mostu, tuż przy +dworcu kolejowym. Przed paru dniami wysłał list do kraju, do jednego +ze swych dobrych znajomych. Powiadamiał go o swoim ślubie i zarazem +prosił usilnie o napisanie mu, co w rodzinnem mieście mówią o jego +małżeństwie i co porabia January Gowartowski. + +Dzierżymirski najbardziej był ciekawym tej ostatniej wiadomości, ze +względu na Olę i smutek, od niedawna, stopniowo żłobiący, coraz +częściej jej twarzyczkę. + +Podał adres: "Poste-restante, Lucerna," teraz zatem, wyskoczywszy +raźno z wagonu kolejki, w kilka sekund znalazł się już przy +właściwem okienku, w obszernej sali gmachu szwajcarskiej poczty. +Śpiesznie powiedział urzędnikowi swe imię i nazwisko. + +Grymas pocieszny wykrzywił twarz tego ostatniego, i wykrztusił z +trudnością: + +- Dziez-Dzier... Cornment? Ècrivez, monsieur, sil vous plait! - podał +kartkę Dzierżymirskiemu. + +Roman posłusznie napisał swe nazwisko. + +Urzędnik wziął papier do ręki, skrzywił się raz jeszcze, poczem +wzruszył wymownie ramionami, a po chwili dopiero podał cudzoziemcowi +list. + +Roman chwycił go śpiesznie i wybiegł na ulicę. + +Przy świetle latarni rozerwał kopertę i czytać począł zapełnioną +bitem pismem ćwiartkę. Twarz jego wyrażała niepokój i zaciekawienie +widoczne, które po chwili dopiero ustąpiły wrażeniom, otrzymanym +bezpośrednio z lektury pisma. + +List ten, donoszący o towarzyskiem życiu w rodzinnem mieście, o +ostatniem przyjęciu u marszałkowej, i pogłoskach o stanie +Gowartowskiego, nic w sobie zatrważającego nie miał. + +"Znam pana Krasnostawskiego, plenipotenta gowartowskiego; jeśli chcesz +koniecznie mieć dokładne wiadomości o wszystkiem, tyczącem się +Gowartowa, napisz mi i podaj adres, a doniosę ci szczegółowo.." +opiewał koniec listu szkolnego kolegi Romana, w postscriptum... + +Uspokojony, Dzierżymirski złożył list i schował go do kieszeni; pod +wpływem jednak ostatnich słów pisma, zawrócił, przestąpił raz +jeszcze próg gmachu poczty, i kupiwszy pocztówkę z widokiem, napisał +szybko, odręcznie, przyjacielowi swemu kilka słów szczerego +podziękowania, z prośbą o dalsze wiadomości, podawszy adres "Vevey", +dokąd zamierzał z Olą udać się nazajutrz. Poczem wyszedł +śpiesznie i wrzuciwszy kartę, skierował się przez szeroki most ku +nadbrzeżnej, ocienionej drzewami, szerokiej alei, spacerowemu miejscu +Lucerny, pełnemu w obecnej chwili publiczności, rozbrzmiewającemu +muzyką, wesołością i gwarem. + +Minąwszy most, Roman wkrótce znalazł się w cieniu drzew i uszedłszy +paręset kroków, siadł na samotnej ławeczce, kapelusz zdjął i +położył obok siebie. + +Wpółobróciwszy się jednocześnie, ujrzał stragan z owocami. Poczuł +nagle pragnienie, i skinął, kazawszy sobie przynieść parę gruszek i +brzoskwiń. + +Gdy usłużny szwajcar podawał mu je, z ugrzecznieniem, Dzierżymirski +sięgnął do kieszeni, a wyjęta ruchem szybkim sakiewka jego +roztworzyła się, i zawartość jej cała wysypała się szeroko i z +brzękiem na ziemię. + +Roman, widząc to, machinalnie schylał się już, by zebrać leżące +na żwirze alei kilkaset może franków, w złocie i srebrze, gdy oto +jakaś refleksja nagła powstrzymała go w pół ruchu. Wyprostował +się. + +Rzuciwszy zaś oczekującemu na zapłatę przekupniowi po francusku, +niedbale: "Ramassez Ça.! - odwrócił się obojętnie na pozór w +drugą stronę, i utkwił wzrok w jezioro. + +Po chwili, w półobrocie głowy, z pod oka, spojrzawszy raz jeszcze na +zoraną bruzdami, opaloną twarz szwajcara, zbierającego już rozsypany +pieniądz - zamyślił się... + +O, jakże on pragnął w tej chwili, by z garści tych oto pieniędzy, +które mu wręczonemi będą za parę minut , zabrakło +pięciofrankówki choć jednej!... + +Podarowałby on ją śmiałkowi temu, a biedakowi zapewne, z +pewnością!... Bo czyż?... Czyż godziłoby się "jemu" rzucać na +niego kamieniem?... + +Roman, wpatrzony bezustannie w zadumie przed siebie, gorączkowo, +niecierpliwie oczekiwał rezultatu swej próby. + +- Weźmie, z pewnością weźmie! - mówił sobie równocześnie w duszy +i głos jakiś cyniczny, drwią co wołał w nim szyderski. + +- "Uczciwość ludzka!... ha... ha... ha!.. Frazesy, frazesy!.. +malowana, wzorzysta zewnętrznie kraszanka, wewnątrz zaś skrycie +cuchnąca!..." + +Przed Dzierżymirskim roztaczał się tymczasem krajobraz wdzięczny nad +wyraz. W drżących więc oto głębiach jeziora, na prawo, +przeglądało się tysiącem światełek miasto... płynące wody, o +kilka kroków od alei, skręcały w bok, tocząc swe ciemne fale, jak +rozpięta nad niemi wrześniowa noc cicha, hen! daleko, ku górom; po +powierzchni jeziora błąkały się łódki i małe stateczki, przy +każdym zaś błyszczała czerwona, duża, okrągła latarka, krwawym +śladem, ścieżyną purpury znacząc głęboko swe przejście w +przezroczej toni. + +I ogniki owe, łącznie ze swem odbiciem, drżały tak bezustannie po +jeziorze, sunęły z wolna, zmieniały miejsce - wreszcie malały, +utożsamiając się jakby w dali latającym gdzieś świętojańskim +robaczkom... + +Na lewo zaś, tuż przy brzegu, u przystani statków parowych, inne +znów ognie dotrzymywały tamtym towarzystwa. Ku uciesze zapewne +spacerujących gości puszczano tam fajerwerki; kręciły się zatem +młyńce, pękały rzymskie świece, strzelały wysoko barwne rakiety - +spadały snopami iskier, ginęły w ciemnych falach jeziora. + +Dzierżymirski, wpatrzony początkowo bezmyślnie, począł się teraz +właśnie przyglądać uważniej, ujęty wdziękiem widoku, gdy nagle +posłyszał głośno wyrzeczone koło siebie słowa: + +- S'il vous plait, monsieur! + +Roman odwrócił się szybko. Szwajcar, pozbierawszy pieniądze, +oddawał mu sakiewkę. + +- To dobrze, macie za owoce i fatygę! - pośpiesznie odparł +Dzierżymirski i wręczył przekupniowi dwa franki, w srebrze. + +- Merci, monsieur! - akcentując przeciągle ostatnią sylabę u wyrazu: +pan, odparł zadowolony Szwajcar, skłonił się, bez uniżoności +jednak, i odszedł. + +Dzierżymirski wstał i skierował się ku innej, odleglejszej, skrytej +cieniem drzew, a pustej również ławce. Wychodząc z domu, dziwnym +trafem okoliczności, przerachował właśnie pieniądze i wiedział co +do grosza, ile ich znajdowało się w portmonetce. Odtrąciwszy w myśli +wydanych kilkanaście franków, począł gorączkowo liczyć złoto i +srebro. + +Nie brakowało ani jednego centa. + +Widoczne rozczarowanie odbiło się na twarzy Dzierżymirskiego. +Pochylił się na siedzeniu, oparł łokcie na kolanach i ukrył twarz w +dłonie. + +- Więc ludzi uczciwych na świecie nie brak... Uczciwym być potrafi +nawet człek prosty, więc tylko ty... ty!.. - huczało mu bezlitośnie +w głowie, i rumieniec wstydu palił policzki. + +Nie mogąc usiedzieć, Roman zerwał się po chwili z ławki i +skierował przed siebie nadbrzeżną aleją. + +Minął niebawem jeden z pierwszorzędnych hoteli, przed którym co +wieczór stale grywała orkiestra, dotarł aż do położonego na końcu +"quai" - kursalu, - zawrócił, wciąż opanowany jedną i tą samą +myślą. + +W około niego roiło się teraz od eleganckiej, wytwornej +publiczności; piękne kobiety, ubrane bogato i gustownie, wymuskani +panowie przechadzali z wolna przed olbrzymim i urządzonym z wielkim +komfortem hotelem "National", towarzyskie kółka siedziały grupami na +bambusowych fotelach - bawiono się wesoło; wykwintnych gości pełno +było również i wewnątrz hotelu, we wspaniałych salach na dole; +przez otwarte na ścieżaj okna dochodziły dźwięki walca - tańczono. + +Kosmopolityczny próżniaczy high-life, zjechawszy się tutaj, używał +do woli wywczasu i przyjemności, starając się zarazem opróżnić +kieszenie z niepotrzebnego złota, oraz zabić czas miło i połknąć +trawiącą nudę. + +- A może między nimi znajduje się on "właściciel", "on", wówczas, +przed laty, przez ciebie, kto wie, czy nie skrzywdzony - drażniąc +Romana uporczywie, myśl dziwaczna męczyć go nagle poczęła. +Wstrząsnął się i skrzywił boleśnie... + +W tej samej chwili jednak, do uszu jego doleciał świeży, jędrny +głos kobiecy. + +Pieśń włoska, namiętna, jak krew i miłość dzieci południa, +drżąca uczuciem, pomknęła po drżącej fali jeziora, ponad głowy +przechadzających się gości, odbiła się o echo gór... + +Ktoś z płci nadobnej śpiewał artystycznie i pięknie w jednej z sal +"National'u"; Dzierżymirski podszedł bliżej i słuchać począł, +zniewolony pięknością głosu. + +I powoli, rozpędzona czarem pieśni, w jego duszy równocześnie +uspakajała się burza. + +Gdy śpiew ustał, Roman już myślą był gdzie indziej; jak wpływ +zewnętrzny życia przed chwilą poruszył był dotkliwie struny duszy +jego - tak samo, ułagodziwszy je teraz, przeniósł naraz myśl Romana +do chwili obecnej. + +Dzierżymirski przypomniał sobie żonę, spojrzał na zegarek i +skierował się drogą powrotną do mostu; zaniepokojony raptem, że +dotąd nie ma jeszcze Oli. Idąc zaś, przesuwał wzrok uważny po +twarzach przechodniów. + +Nagle brwi zmarszczył. Bo oto o kroków kilkanaście przed sobą +ujrzał Olę, ale samą i w towarzystwie tylko młodego Francuza, w +ciemnej narzutce na ramionach, snać nie swojej, gdyż żadnej podobnej +ze sobą nie miała. + +Roman uśmiechnął się ironicznie: + +- Zmarzła, biedaczka! - mruknął z zadowoleniem. - Przyśpieszył +kroku, a znalazłszy się tuż przy idącej parze, pochylonej z lekka ku +sobie, szyderczo odezwał się po francusku: + +- A, powitać !. . Cóż to, Ola w pożyczanych szatach?... + +Urwawszy w pół zdania rozmowę, idący podnieśli jednocześnie +głowy, Ola zaś zarumieniła się nieco i odparła: + +- A tak. Pożyczyłam okrycia u panny K... po zachodzie słońca tak +chłodno... + +- Można się było z góry tego spodziewać; bardzoś źle zrobiła, +wyletniając się, a z odsyłaniem znów owych zarzutek kłopot tylko +będzie! - rzucił Roman opryskliwie. + +- Wiesz przecie, że jutro raniutko jedziemy! A te panie gdzież?... + +Dwa ostatnie zdania wymówił Dzierżymirski po polsku tym samym, +niezadowolonym wciąż głosem. + +- Wstąpiły po drodze do znajomych - odparła Ola, onieśmielona nieco +tonem męża. + +- A... tak. No, to wracamy do domu! - zadecydował Dzierżymirski w +tymże, co poprzednio języku, i odwrócił się szybko, pragnąc w +duszy co prędzej pozbyć się towarzysza żony. + +- Przecież już Ola nigdy tego cymbała nie ujrzy! - dodał w myśli +zarazem. + +- Państwo jadą jutro? O której? - pytał tymczasem właśnie +młodzieniec. + +Widząc, iż Ola pragnie poinformować Francuza, Roman rzekł +śpiesznie. + +- O, panie!... nie wiemy jeszcze!... Au plaisir - i wyciągnął +rękę... + +- Ach, więc już może nie będę miał szczęścia oglądać państwa? +Doprawdy, jakże mi przykro! - rzekł młody Francuzik, ściskając +podaną dłoń; nie odchodząc jednak, wciąż szedł obok Oli. + +- Państwo w którą stronę? - zagadnął uprzejmie. - Tak mało +miałem sposobności rozmawiać dziś z panem... - słodziutko +ciągnął dalej, zwracając się do Dzierżymirskiego - umknął nam +pan tak prędko... + +Bawidamek z nad Sekwany umilkł nagle pod drwiącem spojrzeniem Romana. + +- Państwo... w roku przyszłym zapewne przyjadą tu również? - +jęknął jeszcze, podtrzymując rozmowę. + +- A pan ?.... - słodko i uprzejmie zapytał Dzierżymirski. + +- O, naturalnie, iż będę! - pośpieszył z odpowiedzią młodzieniec. + +- No, to my - nie! - odparł z przyciskiem, całkiem seryo Roman, +lodowatym głosem, i uchyliwszy ledwo kapelusza, skinął na tramwaj +elektryczny, by stanął. + +- Wsiadamy! - rzucił krótko żonie. + +- Przecież ten tramwaj do naszego hotelu nie idzie, a tylko w +przeciwną stronę?! - zauważyła zdziwiona Ola. + +- Nic nie szkodzi. Pozbędziemy się tego kulfona!- odrzekł po polsku +Roman. - No, wsiadaj!... - rzucił gniewnie do ociągającej się żony, +i pchnął ją z lekka do czekającego na nich tramwaju. + +W sekundę później Dzierżymirscy ruszyli; wehikuł elektryczny +pomknął i znikł, odprowadzony osłupiałym wzrokiem Francuza, który, +postawszy na chodniku chwilę, cały, jak burak, czerwony, ruszył w +drogę, i zginął niebawem w różnobarwnym tłumie. + +Gdy w Lucernie odbywał się ten drobny epizod, jednocześnie prawie, +szerokim ukraińskim traktem, w bezgwiezdną i ciemną noc wrześniową, +pędził konno na oklep wyrostek, w burej świtce, trzymając w ręku +smolne łuczywo, tak zwany kaganiec. + +Krwawy blask jego rozświetlał panujące wokoło nieprzejrzane +ciemności, torując w ten sposób w ślad za jeźdźcem drogę małemu +koczykowi, zaprzężonemu w cztery bułane żwawe koniki. W powoziku +siedział Bolesław Krasnostawski, otulony burką i obłożony +pakunkami. Jechał właśnie od kolei, a powracał z podróży swej do +miasta. + +Zabawiwszy tam, zamiast trzech dni, jak mu polecono, - dziesięć, dziś +dopiero pośpieszał do swoich obowiązków, przez całą drogę +łamiąc sobie właśnie głowę, jak upozorować przed starym +Gowartowskim swą przydłużoną trochę nieobecność. + +Bo zgoła nie interesy służby przytrzymały pana Bolesława w wielkim +mieście; o, bynajmniej! Młody pan plenipotent wracał goły, jak +święty turecki. Całkowitą, naturalnie że tylko własną, zarobioną +gotowiznę przehulał bowiem tam doszczętnie. + +A teraz na ostatek, jadąc w swoim koczyku, rozpamiętywał on jeszcze +miło, na odległość nawet nęcące chwile, w wesołym grodzie +spędzone... Myśląc zaś jednocześnie o swym chlebodawcy, jedna +szczególniej rzecz dziwiła go niepomiernie; mianowicie, dlaczego z +Gowartowa nie otrzymał on dotąd wcale żadnej, naglącej do powrotu, +depeszy, lub przynajmniej choćby jakiego listu ?... Bo że on nie +dawał znaku życia - nie było w tem nic dziwnego - ale Gowartowski?... +To zaiste, było całkiem niezrozumiałem... + +I analizując fakt ten, po raz nie wiadomo już który, Krasnostawski +ziewnął przeciągle i roztworzył oczy, przymknięte dotąd, +usiłował bowiem zdrzemnąć się w powozie. + +Patrzał teraz wokoło nieco bezmyślnie, dość szybko względnie +wśród ciemności jadąc swym powozikiem. Na tle czarnej nocnej opony +czerwony od blask kagańca ślizgał się szerokiem kołem po obu +stronach drogi i zapalał się kolejno na zżętych rżyskach, zaoranych +polach, lub majaczył po grzędach zielonych plantacyj buraczanych, +ugorach, stepowych bodjakach - kwiatach i trawach. Czasem zajrzał do +rowu, musnął kurhan, z pochylonym krzyżem, oświetlił przydrożne +samotne drzewo... + +- Żeby się tylko stary na mnie nie zaciął i za nieposłuszeństwo +nie wymówił miejsca, hm... hm!.. - chrząkając niespokojnie, +wymówił do siebie pan plenipotent, półgłosem. - E, chyba że nie... +zanadto mnie potrzebuje! - uspokojony zakonkludował głośno. + +Nagle wytężył wzrok, bo oto zdało mu się, że w ciemnościach, w +oddali, na prawo, rysują się jakieś cienie, a tuż, niedaleko, +środkiem pola, jak gdyby drogą, posuwają się z wolna, zbliżają, +dwa inne migocące małe światełka, eskortowane z przodu kręgiem, +czerwoną plamą światła. + +- Hej, Stepan, czujesz *) ? ha?... - krzyknął na furmana. +[*) Słyszysz.] + +Człowiek, siedzący na koźle, w burce i ceratowej czapce, odwrócił +się leniwie. Krasnostawski wskazał ręką na prawo. + +- Co to takiego? - zapytał. + +- Ktoś z kahańcem jide od Howartowa, - taj hodi **) - zawyrokował +stanowczo woźnica. +[**)Ktoś z kagańcem jedzie od Gowartowa - i już.] + +- To już Gowartów? - zdziwił się Krasnostawski. + +Jadąc do folwarku Tomaszówki, rezydencyi pana plenipotenta, +przejeżdżało się pod sam Gowartów, oddalony ledwo od traktu o pół +wiorsty. + +Kocz Krasnostawskiego, podniszczony nieco i roztrzęsiony, klekotał po +drodze, konie szły raźno, wyciągniętym kłusem, czując snać w +pobliżu już domową stajnię. Krasnostawski zapalił zapałkę i +spojrzał na zegarek: dochodziła druga po północy. + +- Hm... hm!.. Stary znów nie śpi, bo widocznie to we dworze się pali +- ponownie mruknął, wpatrzony w gorejące w oddali podłużne wstęgi +świateł. + +- Koło hresta - stanesz! - rozkazał, zwracając się do furmana, +zaciekawiony naraz, kto może jechać z Gowartowa o tak późnej porze? + +Furman huknięciem donośnem zakomunikował rozkaz wyrostkowi z +kagańcem. + +Na rozdrożu stanęli. Ramiona stojącego tu, omszałego starego +krzyża, zabarwiły się od łuczywa purpurą. Czekali. + +W nocnej ciszy dochodził już turkot powozu, tętent koni i dźwięk +jazd zbliżał się szybko. + +- Semen - Howartowskije koni! - nachyliwszy się ku Krasnostawskiemu z +kozła, furman pospieszył z informacyą. + +Pierwszy pod krzyżem zjawił się na rosłym stajennym kasztanie +parobek, z kagańcem, a poznawszy gowartowskiego plenipotenta, uchylił +pokornie czapki. + +- Kto to jide? - rzucił pytanie Krasnostawski. + +- Pan dochtór! - brzmiała odpowiedź. + +Pod krzyż nadjeżdżała zaprzężona w parę rasowych gniadoszów +nejtyczanka, powożona przez wąsatego i porządnie ubranego stangreta. + +Krasnostawski wychylił się ze swego kocza, począł machać kapeluszem +i krzyknął donośnie: + +- A!... pan konsyliarz kochany!... Powitać, witać! Stój, Semenie!... + +Nejtyczanka zatrzymała się posłusznie i w podwójnem migocącem +świetle kagańców u rozstajnego drzemiącego krzyża, zeszło się +dwóch mężczyzn. + +- To pan? - Nie poznałem... - odezwał się nazwany przez +Krasnostawskiego konsyliarzem. + +- Dobry wieczór, a raczej dzień dobry! - pozdrowił młody człowiek +przybyłego - bo to już dobrze po północy - dorzucił. - Czy szanowny +pan z Gowartowa? Cóż to tak późno, ktoś chory, broń Boże, a może +tylko z wincika?.... + +Z pod czapki spojrzała uważnie na Krasnostawskiego zdziwiona twarz +doktora, okolona długą brodą. + +- Jak to? To pan nic nie wiesz? - zapytał. + +- Wracam z podróży... - objaśnił Krasnostawski. + +- Aaa! nic nie wiedziałem... Pan January, chory od tygodnia, rozwinął +się tyfus, o przebiegu silnym bardzo i niebezpiecznym... Poza tem +komplikacye inne, nerwy et caetera... Teraz zresztą już lepiej... +może Bóg da... doktór zatrzymał się. + +- Ale, nie mówię panu, od czego się to wszystko zaczęło - dorzucił +informująco.- Już był pono niezdrów, moralnie przynajmniej; wpadł, +polując na moczarach, w wodę po szyję i zaziębił się... + +- Nikt mi znać nie dał, mój Boże! - szczerze zasmucił się +Krasnostawski. - Więc pan mówisz, że dziś lepiej?... + +- O tyle, o ile!.. teraz śpi po lekarstwie, gorączka spadła nieco, +lecz wczoraj było źle bardzo; notabene, prócz klucznicy - staruszki, +w całym domu nikogo nie ma przy sobie... + +- Możebym ja pojechał tam teraz, do pana Januarego, na noc, co? - +rzekł Krasnostawski, na dobre zmartwiony. + +Doktór przyjaźnie spojrzał na młodzieńca, uśmiechnął się z +dobrocią i rzekł: + +- No, zmęczony jesteś, kochany panie, podróż, mości dobrodzieju, +wspomnienia po niej miłe zapewne, panie tego - tu poklepał +Krasnostawskiego po plecach. - Nie, nie potrzeba - ciągnął dalej +seryo - wyśpij się pan i jutro tam pojedziesz, bo zresztą, mówiąc +między nami, przeszkadzać tam tylko będziesz... Niech śpi sobie, +nieborak, klucznica i służba przypilnują go. Ba ! żeby to tylko +zawsze tak było, jak dziś.... + +- Jak to? więc obawa jest jeszcze? - zaniepokojonym znów głosem +zapytał Krasnostawski. + +- Obawa jest, jeszcze! - przedrzeźnił szorstko doktór i widocznie +nadrabiając miną, dorzucił. - Wam wszystkim się zdaje, że doktór +to prorok!... Naturalnie, że jest!... Czy ja wiem zresztą - wszystko w +ręku Najwyższego - zobaczymy... No, tymczasem dobranoc! - doktor +wyciągnął rękę na pożegnanie. + +Krasnostawskiemu twarz spochmurniała, i niepokój wyraźny odbił się +na niej; odczuł nerwami, czego nie było w słowach doktora i co on +usiłował widocznie pokryć przed nim na razie, i posmutniał jeszcze +bardziej. + +Jednocześnie jakiś jakby wyrzut sumienia wezbrał mimo woli w jego +duszy, iż on tak długo pozostawił starca w samotności, bez opieki, +sam bawiąc się wesoło. Pożegnawszy lekarza, pomógł mu wsiąść do +bryczki. + +- Jakże tam zdrowie wszystkich u szanownego doktora, żony, dzieci?... +- bąknął, aby coś powiedzieć. + +- Dobrze, dobrze, serdecznie, dziękuję, dobranoc! + +- Dobranoc! - powtórzył, jak echo, Krasnostawski, i ruszył do swego +pojazdu. + +- Czohoś meni ne skazał, szczo pan słabujut - rzucił wymówkę +furmanowi. + +Tenże odparł lakonicznie: + +- Zabuł, pane! + +- Do Tomaszówki! - rozkazał Krasnostawski. + +Powozik ruszył w dalszą drogę. Turkot jego w milczeniu nocy +połączył się z cichnącym coraz bardziej odgłosem kół i dzwonków +nejtyczanki lekarza, a dwa kagańce, w dwie przeciwne strony, rzuciły +znowu ruchome swe kręgi krwawe w pasmo uśpionych, kirem nocy +pokrytych, obszarów. Oddalając się od siebie, długo tak na +horyzoncie, malejąc coraz bardziej, świeciły ich łuczywa, aż +wreszcie, zamigotawszy czas jeszcze jakiś purpurowymi punkcikami na +niezmierzonych płaszczyznach - spełzły całkiem na widnokręgu, +znikłszy, zlawszy się z ciemnością, która wchłonęła je w siebie. + +Turkot na trakcie ucichł. Szeroka taśma ukraińskiego szlaku, +rozjaśniona na chwilę, znikła i czarność jeszcze większa zawisła +nad polami, stepami i krzyżami kurhanów. + +W milczeniu nocy, pełnem zagadek i szeptów tajemniczych, wszystko +dokoła zapadło w sen twardy i cichy. + + +--------- + + + +- Bo ty nie wiesz, nie czujesz może i nie przypuszczasz nawet, jak ja +cię kocham, jak bardzo ubóstwiam, ty skarbie mój najdroższy, ty moje +życie, me wszystko!... - szeptał gorąco Dzierżymirski, nachyliwszy +się ku Oli i tuląc ją do siebie. + +- Ty zdać sobie sprawy nie potrafisz - ciągnął dalej, zapalając +się coraz bardziej do słów własnych - ile ja gotów jestem rzeczy +najdroższych nawet - poświęcić dla ciebie, co dla cię zdolnym +stłumić, przecierpieć!... Ja gdybym był cię nie posiadł - +podeptałbym bez namysłu wszelkie prawa ludzkie, jeśliby one stanąć +mi śmiały wówczas oporem do zdobycia ciebie!... Ty nie wiesz... nie +wiesz!... + +Roman, pobladłszy, umilkł. Chmura osiadła mu na czole, skrzywienie +bolesne zadrgało w ust kącikach. Pochylił na moment głowę. + +Och, czemuż nie mógł, czemuż, powiedzieć jej Oli, wszystkiego?.. Na +ustach mu drżało, przemocą prawie wyrywało się z nich wyznanie +przeszłości, zdusił je jednak, wtłumił w siebie, z obawy, by te +piękne lica ukochane nie odwróciły się odeń z pogardą. Po chwili +znów mówił: + +- Tak, ty obszaru, ty głębi uczucia, które wre we mnie, które dla +ciebie niejedną już tamę zerwało, nie oceniasz, nie rozumiesz... + +Dzierżymirski silniej przycisnął do siebie kibić żony, a +pochwyciwszy jej ręce, przywarł do nich ustami, i pocałunkami +okrywać je począł. + +- Ty... moja... moja! - szeptał w kółko namiętnie, coraz czulej... +ciszej... + +- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie +nie pozwolę!... + +A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął: + +- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi +memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew, +opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To +była, wywołana cierpieniem tylko - zazdrość i żal duszy, że komu +innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na +nie patrzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby imaginacyjne +do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja... + +Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony. + +- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? rzekł znowu po chwili +miękko, łagodnie, i spojrzawszy prosząco w oczy słuchającej go w +milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?.. + +- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, +pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie +było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na +szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, +poczęła mu z kolei szeptać: + +- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa patrzę na ciebie i rosnę w +duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła +z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami +śniadą twarz Dzierżymirskiego. + +- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzydki!...- przekomarzała +się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!... + +I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi +świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, +urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym +tętniących w nim młodych pragnień: + +- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak nikogo dotąd... nigdy, +nigdy!... - szept przy tem młodej kobiety zadrżał namiętniej +jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak +cię kocham, uwielbiam !... + +- Wszak dla ciebie porzuciłam ojca, Gowartów, rodzinę! Stłumiłam, +zgniotłam uczucia inne!... Pośpieszyłam na twe wołanie, pobiegłam +za tobą, w twe objęcia, podeptałam wszystko... wszystko!.. O!... Ja +bym sobie zarówno wydrzeć ciebie nie dała - tyś także mój!... +mój!... + +I szept młodej kobiety łaszący się, palący, zawrotny - skonał... + +Zbliżone usta młodych silnie zwarły się w pocałunku. Na chwilę, +minut parę, znikło im z oczu wszystko, przesłonięte mgłą jakby, z +której jedna jedyna wyłoniła się tylko - miłość. + +Wokoło zaś wciąż nie było nikogo. W cieniu drzew tonął w mroku +tajemniczym, cisz zadumanych pełnym "quai Perdonnet," nadbrzeżna aleja +w Vevey, wijąc się brzegiem Lemanu, u stóp rozrzuconego w górze +szwajcarskiego miasta. + +Nad "Lac Leman" drżał księżyc w pełni; przeglądał się w +głębokich jego toniach, z pieszczotą ślizgał swe promienie po +ciemno-modrych falach... + +I w blasku miesięcznego światła tchnął krajobraz cały jakimś +czarem dziwnym... + +A więc, poza jeziorem, hen, gdzieś, w perspektywie, niewyraźnie +srebrzył się mglisto Alpejski szczyt wyniosły - w tafli Lemanu, +ogromnej, szklistej, niby morze, odbijały się gwiazdy, topił w nich +swe wierzchołki wieniec pobliskich gór. Masy ich kadłubów miejscami +zaciemniały jezioro, a w ciemniach tych, odbijających rażąco na +obszarach wód od fali, tych oświetlonych taśm jasnych, błąkały - +się jakieś mary i cienie, ze śnieżnym żaglem sunęła cicho +zgrabna, wysmukła barka... + +Księżyc tymczasem wzbijał się coraz bardziej i wyżej, malał, +stawał się jaśniejszym, przezroczym - milczenie wzrastało... Fala u +stóp Dzierżymirskich szemrała teraz cichutko, a tam, z mroków, od +gór podnóża, na przestrzenie wód Lemanu, skrzące się pyłem +srebrzystych promieni, marząco, niepokalana, biała, spokojnie +wypływała z wolna ta sama łódź żaglista... + +Oderwawszy usta od gorących pocałunków, Roman i Ola patrzyli w +zachwycie. + +Do dusz ich, na piękno czułych, wślizgiwał się czar tej +szwajcarskiej, boskiej nocy, studził krew rozigraną swym bezmiernym, +majestatycznym spokojem, poniżał, równał z zerem ich troski ziemskie +ogromem i potęgą przyrody - podnosił, wzmacniał ducha, dodawał mu +skrzydeł, lecących w zaświaty... + +Pierwszy z nastroju tego ocknął się Dzierżymirski i spojrzał na +zegarek. - O, już mija dwunasta! Chodźmy, moje życie! - odezwał się +do Oli. + +Powstali. + +- Ach, jakże noc dzisiejsza jest piękną - jak piękną!.. - z +zachwytem szepnęła Ola - nie zapomnę jej chyba nigdy. + +- Ani ja również! - potwierdził Roman w zadumie. + +Wziął pod ramię żonę i ruszyli z miejsca, kierując się pod +górę, ku rozsianym willom miasta. + +Milczeli. W głowie Romana huczał chaos różnorodnych myśli. Z nich +zaś jedna, najuporczywsza, wyłoniła się zwycięska. + +- Miłość, miłość raz jeszcze, i miłość tylko, jedyna, wielka! - +krzyczał w nim głos podnieconego mózgu - ocalić cię jest w stanie! +W niej tylko znajdziesz zapomnienie, nią się upijesz, przy jej pomocy +zmatujesz bolesną ranę przeszłości, zdusisz sumienia wyrzuty !.. + +- Bo miłość, to haszysz - wołał ten sam głos dalej - bo miłość, +to szczęście na ziemi - to raj, to jedna rzecz z tych, tak rzadkich na +świecie, dla której warto może walczyć i trudzić się, by ją +zdobyć! - Ona częstokroć cierpieniem i rozczarowaniem tylko, lecz +ileż razy bólów życia nagrodą - jego zapomnieniem!.. + +Dzierżymirski zdjął kapelusz z głowy, pod wpływem zaś myśli +ostatnich, opiekuńczo i czule objął silnem ramieniem kibić żony. + +Postępowali krokiem raźnym, idąc pustemi, cichemi uliczkami +bezustannie pod górę. Roman odezwał się po chwili: + +- Zostaniemy dłużej w Vevey; tu tak cicho, samotnie, tak z dala od +ludzi, od świata i jego pogwarów - zostaniemy, Oluniu, cóż ty na to? +- pytająco nachylił się ku młodej kobiecie. + +- Ależ i owszem, mój ty samotniku - odparła z uśmiechem Ola - a +zresztą, wszak nie zwiedziliśmy jeszcze wszystkiego... + +- Ach tak, prawda... moje życie, prawda... Koniecznie zobaczyć musimy +wszystko! - mówił Roman. Umilkli znowu, zatopieni w myślach. + +Od parodniowego pobytu swego w małem nadlemańskiem miasteczku, +Dzierżymirscy prowadzili żywot pracowity. Wstawali raniutko, odbywali +wycieczki i spacery po okolicy; nie dalej, jak dziś, zwiedzili +pobliskie Montreux i sławny "Chateau Chillon;" obejrzawszy go wewnątrz +dokładnie, jego starożytne , sale i wieżyce, miejsca kaźni - ponure +więzienia, z zachowaną dotąd tak zwaną "oubliette," nad +trzystumetrową głębią Lemanu. + +Wśród narodowych śpiewów szwajcarskiego ludu, towarzyszącego im w +kolejce, zwiedzili oni również przed paru godzinami górę +"Soim-Pèlerin," mając świeżo jeszcze w pamięci cudny z wierzchołka +jej widok na szafiry jeziora i miasto Vevey, zaciszne, pogodne, rzucone +niby na ekran zielonego podnóża gór - zadumane, pełne melancholyi i +cichego smutku... + +- Wiesz, Oluniu, co ci powiem? - odezwał się nagle do żony Roman, +gdy, mijając właśnie wysokie, gotyckie wieżyce pięknego kościoła +katolickiego, zagłębiali się w aleję, poprzez drzew liście, +rozjaśnioną tajemniczo cieniami księżycowego światła... + +- Otóż - ciągnął po przelotnej chwilce wahania - że napisałem do +jednego z dawnych znajomych, by donosił mi, co się dzieje z ojcem +twoim w Gowartowie... + +- Ty zrobiłeś to? O, mój drogi, najdroższy, jakiś ty dobry, +poczciwy, złoty! - wykrzyknęła szczerze uradowana Ola i przytuliwszy +się do Romana, uściskała go serdecznie. + +- A tak, ja, we własnej osobie, tak często bowiem smutną bywałaś... +- potwierdził Dzierżymirski, i urwał nagle. + +Przyjemnego a jednocześnie i przykrego doznał on wrażenia. Miłą +była mu myśl, że odgadłszy utrapienie żony, ulżył jej. Smutno +nieco, widząc bowiem na twarzy żony tak pogodną radość, poczuł, +iż o odebranym już liście wspomnieć nie mógł. Ten, choć nie +wesoły, nie wiózł jednak jeszcze ze sobą złych wiadomości, gdy +natomiast następne - kto wie? + +- Ha, trudno, - powiedział sobie w duszy Dzierżymirski - niech cieszy +się! Nie zatruję ja jej tej chwilki zadowolenia. + +- I dotąd niema żadnej odpowiedzi? - skwapliwie pytała tymczasem Ola. + +- Nie, kochanie - skłamał gładko Roman - ale nadejdzie niebawem, +podałem adres Vevey... + +- Podałeś? - ucieszyła się znów Ola - no, to dobrze, bo ja mimo +woli biję się z przypuszczeniami nieraz, co tam oni wszyscy myślą o +mnie, czy potępiają bardzo, czy gniewają się, czy smucą?.. + +Ola ucichła i cień smutku przemknął po jej twarzy. + +- No, no, cóż to znów za niepokoje? - podchwycił Roman, korzystając +zaś, iż na ulicy nikogo nie było, pośpieszył z pocieszeniem, +pieszcząc czule młodą kobietę. + +I znowu zagrała w nim nienasycona miłość namiętna, ogarnęła, +zdeptała wspomnienia - zakrólowała sama!.. + +Niebawem Dzierżymirscy odszukali swą willę, już ciemną całkiem i +uśpioną, a błądząc chwilę po pustych korytarzach, dotarli +nareszcie do dużego pokoju z balkonem, który zajmowali tu na pierwszem +piętrze. + +Kroki zapóźnionych przybyszów zmąciły ciszę willi, skrzyp drzwi +zgrzytnął fałszywym dźwiękiem w ogólnej harmonii powszechnego +milczenia. + +W pokoju okna były otwarte, i panowało w nim powietrze rzeźkie, +świeże, od gór płynące. Wchłaniając je z lubością, +Dzierżymirscy poczęli gospodarzyć u siebie. Roman po chwili wziął +się do zamykania okien, Ola zaś, zapaliwszy światło, zdjęła +kapelusz i wolno poczęła się rozbierać. + +Lecz oto nagle podskoczyli oboje. W zupełnej bowiem ciszy uśpionego +domu, tuż po za ścianą sąsiedniego pokoju, rozległy się silne +uderzenia. Ktoś bez ceremonii walił w mur pięściami, chcąc +widocznie zamanifestować swoją tam obecność, a zarówno i fakt że, +hałasując, spać mu przeszkadzano. + +Wkrótce jednak rozjątrzone uderzenia ustały i posypała się garść +nieestetycznych, wyrażonych głośno i ze złością epitetów. + +Tyle było bezwiednego komizmu w stukaniu tem i w poirytowanym głosie, +zaspanym jeszcze, że Dzierżymirscy roześmieli się wspólnie i +szczerze. + +- To ta słodziutko-grzeczna rozwódka, podstarzała, pseudo - wielka +pani, elegantka, wiesz .. co to przy obiedzie, siedzi koło nas - +objaśniła półgłosem Ola - (w szwajcarskich hotelach-willach, +zwanych "pensions," obiadują wszyscy razem). + +- Tak?.. - zdziwił się Roman - nie wiedziałem... A to oryginał baba, +naturalnie, nie przypuszcza zapewne, iż my tu mieszkamy... Złapała +się... Jak to jednak i pozory fałszywej układności zdradzają +częstokroć to zwierzę, ukryte w człowieku - filozoficznie dorzucił. +- Ale, ale... - ciągnął dalej, z uśmiechem - wyobraź sobie, +Oluniu... Zapomniałem ci powiedzieć. Tu, na górze nad nami - wskazał +sufit palcem i roześmiał się - mieszka drugie dziwadło: +Pamiętasz... ta mała, nasze vis-a-vis, żółta stara panna... Otóż +wynajmuje ona aż pięć pokoi próżnych naokoło siebie, a wiesz +dlaczego? - Tu Roman po raz drugi głośniej jeszcze parsknął +śmiechem. - Żeby jej w nocy nie hałasowano! Mądrzejsza od naszej +sąsiadki, co?... + +Ola zaśmiała się z kolei srebrzyście. Słuchając męża, zdjęła +właśnie przed chwilą suknię, i siadała obecnie przed lustrem, z +obnażoną szyją i ramionami. Pragnąc rozczesać włosy, przechyliła +się w tył i poczęła rozwiązywać je leniwym ruchem rąk. + +- Poczekaj - rzucił żywo Dzierżymirscy - damy tej babie odpowiedź +muzyką całusów!.. Przypomni sobie może luba rozwódka małżonka!.. +Ha-haha, a to się wściekać dopiero będzie!.. + +I swawolnie, ze śmiechem, Roman przylgnął wargami do ramion Oli, i +począł całować je głośno, cmokając z lubością. + +- Ohe!.. la - bas!.. On dort ici!.. - rozległ się po chwili za +ścianą gardłowy, świszczący glos, pełen nienawiści i jadu. + +- Buch! buch! buch! - rozległy się znów w pasyi uderzenia o mur +wściekłe. + +Ola śmiała się serdecznie, Roman nie przestawał całować +zamaszyście. + +- Dosyć już, dosyć! - szepnęła młoda kobieta, z trudnością +hamując wesołość, - proszę mi wynosić się teraz - szepnęła w +ślad za tem, z pieszczotą w głosie. - Idź na balkon! - dodała, i +przechyliwszy wysoko giętką swą szyję na poręcz krzesła, podała +Romanowi do pocałunku rozchylone swe wargi zalotnie patrząc nań z pod +długich rzęs... + +Cudną i wdzięczną swych linji harmonią, biust kobiecy przemknął +ponętnie w tym ruchu falistym przed rozkochanym wzrokiem mężczyzny. + +Dotknął ustami ust i z wezbraną miłością w sercu wyszedł na +balkon. + +Tu zapalił cygaru i znowu wchłonął w siebie pełnym, szerokim +oddechem, orzeźwiającą atmosferę cichej szwajcarskiej nocy. +Spojrzał w dół. U stóp jego szkliło się w dali tam i ówdzie +srebrem rozbłękitnione jezioro. Do powierzchni jego pieszczotliwie +tuliły się jeszcze gdzieniegdzie ostatnie mgiełki, błąkające się +zazwyczaj dzień cały, od rana, po Lemanie, i wespół z białemi +mewami muskające stale grzbiety jego fal. + +Księżyc już był bardzo wysoko. Snopami światła dotykał teraz +grzbietów gór, mienił się fosforycznie na wierzchołkach dalekich +śnieżnych szczytów. + +A tam, w dole, zadumane, ciche usypiało miasto... Jedne po drugich, jak +iskry dopalającego się płomienia, ogniki - gasły w domostwach Vevey +światełka, kolejno - stopniowo nikły... + +Dzierżymirski, z zadowoleniem, wciągał wciąż w piersi zdrowy +powiew, płynący z dali, wypuszczając zarazem z ust małe obłoczki +niebieskawego dymu. + +Obecnie - chwilowo, był on zupełnie szczęśliwym! Tu, w zacisznym +gór zakątku, czuł on podwójnie, jako swoją wyłączną własność +ubóstwianą kobietę, kochał ją zdwojonym sił żywotnych zapasem, a +czując równocześnie wzajemność jej ku sobie niekłamaną, nurzał +się w uczuciu tem, z rozkoszą pływaka, rzeźko wśród +rozsłonecznionych wód wesołych płynącego w dal radosnego jutra! +Wizye przykre zniknęły zupełnie, robak wewnętrzny, toczący ducha +Romana, przestał go dręczyć na chwilę... Dawką miłości ukołysane +sumienie - spało. + +- Romciu!.. Romeczku!.. - usłyszał naraz Dzierżymirski pieszczot +obietnic pełny, wołający go głos kobiety. + +- Idę... idę! - odparł pośpiesznie i rzuciwszy cygaro, przestąpił +próg balkonu. + +Światło w pokoju zgaszonem już było. Tajemnicze natomiast +błękitno-srebrne księżycowe fale zalewały komnatkę, a w +półświetle tem majaczyła postać Oli i bielały alabastrowe jej +ramiona. + +Dzierżymirski, wchodząc, chciał przymknąć za sobą obite szarem +suknem balkonowe okiennice. + +- O, nie... nie zamykaj !.. Tak ładnie księżyc świeci, tak +ślicznie!.. - posłyszał w tejże samej chwili prośbę Oli. Roman +usłuchał, a zamknąwszy tylko szczelnie okienne ramy balkonu, +skierował się szybko w głąb pokoju. + +*** + +Jeszcze we mgłach wczesnego poranku drzemały góry, jezioro i +niezbudzone, senne miasto Vevey, gdy do drzwi pokoju Dzierżymirskich +zapukał ktoś dyskretnie. + +Roman, który obserwował właśnie przez okna mglisty krajobraz, na ten +odgłos zerwał się pośpiesznie. Odziawszy się szybko, nie pytając +przez drzwi głośno, kto zacz, by nie zbudzić Oli, skierował się ku +wyjściu z komnaty... Otworzył drzwi cicho... + +- Bonjour, monsieur! - pozdrowiła go, przeciągając śpiewnie, +wpółubrana, uśmiechnięta wstydliwie, młoda Szwajcarka, i podała +jakiś papier. + +- Co to jest? - z cicha pytająco rzucił po francusku. + +- Telegram! - brzmiała odpowiedź. + +- A... dziękuję - odparł Roman i zamknął drzwi. Niepokój wyraźny +odbił się na wyrazistem obliczu jego; cichutko podbiegł na palcach do +okna i gorączkowo rozwinął ćwiartkę papieru. + +Stłumiony gwałtem okrzyk zabrzmiał w pokoju przyciszonem echem, i +telegram z ręki Romana upadł mu na posadzkę. Poprzez szyby balkonu +Dzierżymirski spojrzał błędnym wzrokiem przed siebie. + +Tam, gdzieś w oddali, poza wierzchołkami gór, zaróżowiało się +coś niewyraźnie, płoniło... W mgłach tajemniczych zniknął cały +wczorajszy krajobraz, a poza niewidzialnymi tylko szczytami Alp, +pokrytymi jakby woalem, gdzieś, daleko, - zakryta wstydliwie, +wschodziła snać jutrzenka... + +Roman, blady jak płótno, przeniósł wzrok swój w przeciwną stronę +komnaty. Uśmiechnięta, cicha spała tam Ola... Z pod lekkiej kołdry +wysunęła się jej główka urocza, rzęsy długie kładły swe cienie +na rumianą twarzyczkę, usteczka ponętne z koralu marzącym, od +rzeczywistości dalekim, rozchylały się uśmiechem... + +Dzierżymirski patrzył wciąż na nią, z czułością współczuciem, +bólem... + +- Biedna!.. biedna!.. - wyszeptał - Biedna!.. powtórzył ciszej +jeszcze. Bolesne skrzywienie przemknęło mu po ustach, i odwróciwszy +twarz, - nieruchomy, oparł się w zadumie o szyby okien balkonu. + + +--------- + + +Babie lato snuło swą przędzę... Czepiało się na zagonach +poruszonej świeżo czarnoziemnej gleby; łaskotało nozdrza siwych +wołów, w trzy pary leniwie sunących u pługów, obmotywało się +swawolnie wokoło ich przepysznie rozrosłych rogów i biegło dalej, +unoszone wietrzykiem, by przytulić się do rozgorzałej w słońcu +czerwienią i złotem ściany borów, do samotnych grusz polowych i +zgarbionych strzech ukraińskich chatek, a zaglądając po drodze w +ukołysane jesienną ciszą jary - ginęło gdzieś w stepie dalekim, +splatając tam ze sobą uściskiem trawy, bodjaki i polne kwiecie - +pracowicie przędząc wszędy ustawiczną nić swą białą. + +Drogą do Gowartowa, galopem, co koń wyskoczy, pędziła czwórka koni, +unosząc w tumanie iskrzącej się od słońca kurzawy powóz, a w nim +dwie osoby. Pierwszą z nich był ksiądz proboszcz, z pobliskiego +miasteczka, drugą - Krasnostawski. + +Jak huragan, minąwszy pochyloną garstkę ludzi, kopiących w pobliżu +łan buraków, oraz cmentarzyk wiejski, cichy, pełen uroku - pojazd +wpadł do sioła. Z zagród chłopskich wyskoczyły psy i szczekać +poczęły zajadle; wystraszone dzieciaki, o płowych, prawie białych, +włosach, rzuciły się, uciekając w popłochu, a przędzące konopie +wieśniaczki, w barwnych swych strojach, chustkach i wyszywanych +koszulach, stawały zdziwione, przeprowadzając migający pędem pojazd +niespokojnem okiem. + +Zziajana, okryta potem czwórka koni, zwolniła wreszcie biegu, i +stępa, wolniutko, ostrożnie spuszczać się zaczęła z pagórka na +wiejską groblę. + +- Czy księdza dobrodzieja nie znużyła nasza tak prędka jazda?.. +Cóż robić jednak, kiedy inaczej nie zdążylibyśmy może... - +odezwał się Krasnostawski, korzystając z mniejszego pędu powietrza. + +Barczysty ksiądz, o inteligentnem wejrzeniu dużych czarnych oczu i +brwiach kruczych, odbijających wyraziście od białych włosów, +wymykających mu się spod kapelusza, obruszył się na to pytanie. + +- Ale, cóż znowu!.. - odparł. - Oby tylko ten zacny pan January +dożył błogosławionej chwili i mógł pojednać się z Bogiem!.. + +Umilkł ksiądz, i niebawem z pobożnem westchnieniem, dorzucił: + +- O to ostatnie właśnie od czasu, gdy jedziemy, myśl mą ku +Najwyższemu wznoszę... Może jej usłuchać raczy!.. + +- Doktór mówił, że z godzin trzy pożyje - odparł Krasnostawski, a +wyjmując zegarek, rzekł jeszcze: - Od chwili tej minęło dwie +godziny... + +- Ach, ci lekarze! - machnął ręką ksiądz stary - cóż tam +ostatecznie wiedzieć oni mogą - wszak wszystko w ręku Stwórcy-Pana! +Ja, na przykład, pewnego razu byłem już konającym, a jednak, po +przyjęciu Przenajświętszego Sakramentu i Olejów Świętych - +wyzdrowiałem... + +Umilkli. Ksiądz zaś po chwili, widząc, że furman wciąż jedzie +stępa, zauważył: + +- Ale może byśmy znów pojechali nieco prędzej, nieprawdaż? + +- Naturalnie, niech minie tylko most i groblę - odrzekł Krasnostawski. + +U stóp ich szumiało w tej chwili koło u młyna, pryskająca odeń +wodna piana szeroko rozlewała się na senną taflę dużego stawu, w +której przeglądały się pożółkłe szczyty gowartowskiego parku. + +Za groblą znowu ruszyli galopem, i niebawem, wyminąwszy jeszcze +część wsi, zajechali przed ganek pałacu. Na spotkanie wybiegł stary +lokaj, klucznica i kilku domowników. + +W ciszy, przerywanej tylko parskaniem i sapaniem spienionej zziajanej +czwórki koni, z lękiem, na stopniach kocza, Krasnostawski zapytał +głośnym szeptem: + +- Żyje?.. + +- Żyje !.. Żyje !.. - odparli wszyscy chórem, lokaj zaś natychmiast +dorzucił: + +- Chwała Bogu na wysokościach... Pan doktór powiedział, że może i +do jutra rana... + +- A gdzież pan doktór? - pytał dalej Krasnostawski. + +- A ot, tylko co patrzeć, jak odjechał.. Pono do Karolówki, bo tam +młodsza jaśnie pani niezdrowa... + +- Niezdrowa!.. - obruszył się plenipotent. - Tu przecież konający w +domu, mógł chyba zostać jeszcze! - dorzucił gniewnie, zły na +widoczną obojętność wiejskiego eskulapa. Obejrzał się. + +Ksiądz z nim przybyły wysiadał właśnie z powozu, poprzedzany +towarzyszącym mu chłopaczkiem... Rozległ się wkrótce dźwięk +uroczysty kościelnego dzwonka - w progi pałacu wstępował Syn Boży, +utajony w Przenajświętszym Sakramencie... + +W parę minut później, do pokoju chorego już wchodził ksiądz; +idący w ślad za nim Krasnostawski został na progu i spojrzał w +głąb sypialni chorego. + +Na łóżku zamajaczyła mu blada, już nie z tego prawie świata, +sędziwa twarz pana Januarego. Drzwi zamknięto jednak w tej chwili - +Krasnostawski cofnął się dyskretnie i począł przechadzać się +wielkiemi krokami po pokoju. + +Od czasu powrotu z podróży swej do miasta, na nim jednym prawie +spoczywało wszystko. Przepędzał noce całe u chorego, doglądał go +osobiście, wzywał lekarzy, konsylia. + +Dziś, widząc, iż już koniec nieodwołalny się zbliża, a śmierci +widmo błąka u progów pałacu, znaglony, pojechał po księdza, dnia +poprzedniego już, cięty przeczuciem, zatelegrafowawszy o +nieszczęściu do marszałkowej, Ładyżyńskiego oraz do dawnego kolegi +swego, Tarnopolskiego. + +Od tego ostatniego bowiem odebrał list iście enigmatyczny, w którym +proszono go usilnie, by doniósł szczegółowo o wszystkiem, co się +dzieje w Gowartowie. + +Zanadto przyrodzonego sprytu posiadał w sobie Krasnostawski, by nie +odgadnąć, że poza kolegą jego, Tarnopolskim, ukrywa się ktoś inny, +zainteresowany bardzo. Domyślił się, iż był nim prawdopodobnie +dobry znajomy tegoż, Dzierżymirski, i dlatego nie ominął wyżej +wzmiankowanego Tarnopolskiego, również donosząc mu, że Gowartowski +umiera. + +Smutny i blady, w przechadzce swej po pokoju, przystanął nagle +Krasnostawski, posłyszał bowiem w tej właśnie chwili głosy i szepty +w przyległej komnacie chorego. + +- Spowiada się... - rzekł do siebie, i zbliżywszy się do okna, +spojrzał w zadumie. + +Tak samo, jak codzień, podlewano dzisiaj pod zbliżający się wieczór +klomby kwiatów, tak samo zniżające się już słońce słało cienie +na aleje parku, na staw, porozrzucane w ogrodzie ławki, na chaty +sioła, i step w perspektywie. + +- I tak samo będzie jutro, pojutrze - zawsze! Tak samo słońce i +wszystko weselić się będzie, nic porządku swego nie zmieni, choć +dusza tego zakątka uleci w zaświaty!.. - szeptał Krasnostawski, i +rzuciwszy się na fotel, podparł rękami głowę, a myśli goniąc się +przelatywały mu po głowie. + +- O, jakże okrutną jest śmierć! - myślał. - Jak pełną zagadki +niezwalczonej potęgi, przed którą tylko w pokorze chylić musimy +milcząco czoła! + +I nic kamiennego jej serca nie wzruszy, nic nie zatrzyma - ona w swej +nieubłaganej godzinie przyjść musi !.. + +- Straszne, straszne!.. - szepnął znów do siebie pochylony +mężczyzna. - Tem straszniejsze, iż niezrozumiałe, nieujęte rozumem +ludzkim, zawsze, zda się, nowe, choć prawieczne w sobie; zawsze tak +samo niedościgłe, niezmiennie na wszelkie pytania odpowiadające +sfinksa zagadką... + +- I mnie to kiedyś przecie spotka, wszak i ja umrę!.. - rzekł +głośno do siebie Krasnostawski. - A potem ?.. - szepnął z trwogą. + +I z pytaniem tem na ustach utkwił wzrok błędny we drzwi sąsiedniego +pokoju... + +Drzwi te tymczasem roztwarły się cicho i na progu ukazała się, +natchniona w tej chwili jakby twarz księdza i postać jego wyniosła. +Krasnostawski, zbudzony ze swych myśli ponurych, żywo podbiegł ku +niemu. + +- Cóż, księże proboszczu? - zapytał. + +- Wszystko dobrze... Zbratała się dusza jego z Panem... - odparł +tenże z powagą. + +- Ale? ale, czy ksiądz dobrodziej nie uważał przypadkiem ?... To +jest... - plątał się Krasnostawski - powiedzieć chciałem, czy +choremu przypadkiem nie lepiej?... + +- Ha, Bóg wiedzieć raczy... Nam pozostaje pogodzić się tylko z Jego +Najwyższą Wolą!.. - tym samym tonem odrzekł sługa Pański. + +- Zapewne!.. - bąknął Krasnostawski. Zapanowało chwilę ciężkie, +ołowiane milczenie. - Ach, ale przepraszam najmocniej księdza +dobrodzieja - uprzejmie przerwał pierwszy młody człowiek - w tej +chwili podwieczorek podać każę, ksiądz dobrodziej utrudzony drogą, +głodny zapewne!... - i Krasnostawski ku drzwiom się skierował +pośpiesznie. + +- Nie, dziękuję ci, panie Bolesławie! Jechać muszę... + +- Już? - zdziwił się młody plenipotent. + +- A tak, serce, jutro odpust u mnie, roboty huk!.. Każ zaprzęgać, +jeśli łaska, a ja tymczasem w ogrodzie poczekam i modlitwy swe +przedwieczorne odmówię. + +- W tej chwili służę księdzu dobrodziejowi... - rzucił w +półukłonie Krasnostawski i znikł za drzwiami. + +Ksiądz zajrzał jeszcze do chorego; pozostawiony na opiece +staruszki-klucznicy, z pogodą na obliczu swem dziwną leżał on +spokojnie. + +Widząc to, proboszcz wyszedł. + +Z dobry kwadrans migała wysoka, czarna sylwetka jego na tle zieleni, po +wygracowanych starannie alejach parku, poczem w pobliżu modlącego się +w skupieniu księdza pojawił się Krasnostawski. + +Zaturkotało jednocześnie... Z uszanowaniem przez wszystkich +odprowadzony, proboszcz wsiadł niebawem do powozu. W parę minut +później pojazd, unoszący go, znikł za wjazdową bramą pałacu... + +Stojący na ganku Krasnostawski poruszył się machinalnie i przez +milczące pałacowe komnaty skierował do pokoju pana Januarego. + +- Cóż? jakże?.. - zapytał zapłakanej staruszki, siedzącej koło +łoża chorego. + +- Teraz... leży niby spokojnie - wyjąkała cicho. + +- No, to proszę iść odpocząć, ja zostanę i dam znać, gdy zajdzie +tego potrzeba - stanowczo odezwał się Krasnostawski. + +Po opieraniu się dłuższem, staruszka, znużona i senna wysunęła +się z pokoju, Krasnostawski zaś, podszedłszy do fotelu, stojącego +przy łóżku, usiadł ciężko. + +Cisza martwa zagościła w komnacie... Gowartowski, oddychając +niepostrzeżenie lekko, spokojny, leżał wciąż nieruchomo; znużeni +domownicy rozpierzchli się, każdy do swego zakątka i odgłos żadny +nie dochodził tutaj, tylko poprzez zapuszczone firanki oraz story +rzucało swe jaskrawe blaski zniżające się już słońce... + +Krasnostawski, zmęczony życiem ostatnich dni kilku, zamyślił się +głęboko, fizycznie wypoczywając zarazem. + +Od czasu do czasu spojrzenie przenosił na starca, poczem zapadał znów +w zadumę, połączoną z nieokreśloną apatyą, gniotącą go swym +ciężarem, z poczuciem bezradności, w obliczu zbliżającej się nie +odwołalnie, kroczącej śmiało śmierci! + +Minęło w ten sposób dwie godziny. + +Na ciemne żaluzye u okien padały teraz prostopadle dogasającą +czerwoną łuną ostatnie zachodu promienie, majaczyły ognikami +krwawymi po posadzce i ścianach, a spoza parku, z oddali, niewyraźnie +jakieś dla ucha dochodziły odgłosy... + +To pracowity, znojny kończył się gdzieś tam, po polach i siołach +pogodny dzień jesieni; to, śpiewając chórem smętną ukraińską +dumkę - wracały po pracy dziewczęta i mołodycye, z buraczanych +łanów, gromadą... + +Nagle Krasnostawski, z przymkniętymi oczyma w fotelu swym zagłębiony, +ocknął się, drgnąwszy na całem ciele nerwowo. Spojrzał na +chorego... + +Usta pana Januarego szeptały coś niewyraźnie, poruszały się szybko +- wreszcie uniósł się on na poduszkach i wzrokiem błędnym spojrzał +wokoło. + +Krasnostawski już był się zerwał i stał teraz koło łóżka +blisko. + +- Kto to jest?.. Kto to?.. - wyszeptał chory, z trudnością. + +- To ja, Krasnostawski, Kra-sno-staw-ski - powtórzył dobitnie. + +- A, a... to dobrze... dobrze... - pan January zaczerpnął płucami +powietrza i po chwili zupełnie już przytomnie przemówił łamanym, +cichym głosem: + +-Mój panie Bolesławie, odsłoń, proszę cię, okno, choć jedno... +Tak tu ciemno... + +Krasnostawski, usłuchawszy natychmiast zlecenia, podniósł roletę. + +Słońce już było zaszło. W pierwszych uściskach nadchodzącego +zmierzchu stały cicho półobnażone drzewa parku, przeplatane +gdzieniegdzie czerwienią, słały się aleje żółtawym od opadłych +liście kobiercem - bielały niewyraźnie w dali zagrody sioła, +ciemniały jego osady, senna i mroczna świeciła tafla stawu. + +Krasnostawski, odwróciwszy się od okna, spotkał smutny, pełen +tęsknoty wzrok starca, utkwiony w roztaczający się poza oknem +krajobraz. + +Do łóżka zbliżył się pośpiesznie. + +- Dziękuję ci... mój kochany... pani Bolesławie... dziękuję - +odetchnął Gowartowski i dokończył ciszej: + +- Ostatni to raz... ostatni widzę to wszystko! - uczynił ręką ruch +słaby, a wskazujący widok otulonego mrokiem sioła i pól szerokich. + +- Dlaczego? - podchwycił szybko Krasnostawski, - uważam właśnie, że +głos pański ma dziwnie zdrowe brzmienie - da Bóg, będzie lepiej... + +- Och... nie! Nie będzie lepiej - westchnął pan January - nie +będzie... to tylko na chwilę... + +Znów przestał, i zaczerpnąwszy powietrza, ciągnął dalej, +uczyniwszy jednocześnie prawą ręką ruch zniechęcenia pełny. + +- Ja czuję, widzę, że koniec, śmierć się zbliża... Nic mi już +nie pomoże - wola Boska!.. - znów przerwał... w minutę zaś mówił: + +- Właśnie... właśnie powiedzieć coś chciałem tobie... kochany +panie Bolesławie... usiądź... - i pan January wskazał swą woskowo - +żółtą ręką taborecik. + +Krasnostawski usłuchał. + +- Poczekaj chwilę... odpocznę... - wyszeptał osłabiony bardzo. +Oparł głowę o poduszki i oddychać począł ciężko, na bladej zaś +twarzy jego zakwitł i zgasł niebawem rumieniec nikły. + +Krasnostawski wyczekiwał, milcząc. + +- Może podać panu co do picia? - zapytał po chwili. + +Przeczący ruch ręki był całą odpowiedzią pana Januarego. W +dziesięć zaś może minut później głosem słabym, przerywanym co +chwila ciężkim oddechem, przemówił cicho : + +- Tyś dobry... ty jeden... tak, jeden, jedyny, coś mnie nie +opuścił... Uczynili to wszyscy: siostra, Ładyżyński, córka... - +spuścił głowę i umilkł, a dwie łzy duże, perliste zabłysły w +jego niebieskich, przybladłych źrenicach i stoczyły się z wolna po +wychudłej twarzy. Po chwili ciągnął znowu: + +- Źle uczyniła Ola, źle bardzo... Nie poniewiera się tak rodzicem, +nie depce się tak przywiązania ojca... nie, nie, po stokroć razy +nie!... - powtórzył z mocą w osłabłym głosie, i z tą skargą na +ustach przeciw dziecku ostatnią, upadł na poduszki w znużeniu, jak +ściana blady. + +Krasnostawski, ze współczuciem, ujął rękę starca w dłoń prawą, +a gdy Gowartowski ponownie uniósł się na posłaniu, opiekuńczo i +silnie podparł, podtrzymał swem lewem ramieniem jego ciało wychudłe. + +- Dziękuję ci, bardzo dziękuję!.. - wyszeptał pan January i mówić +począł dalej, głośniej nieco, lecz ochrypłym już od zmęczenia i +wysiłku głosem : + +- Ale nie o tem mówić chciałem, nie o tem! Przeciwnie... - znów +zamilkł sekund kilka. + +- Przeciwnie - powtórzył - ja Oli przebaczam, majątek cały +zapisałem jej wyłącznie, tylko... tu zatrzymał się starzec dłużej +nieco, jakby w ostatnim wysiłku trudno mu było jasno wyrazić myśl +swoją - tylko - ciągnął - że testamentów jest dwa: jeden u +notaryusza, złożony dawno, na korzyść Oli... drugi... na jej +niekorzyść... + +Umilkł znów Gowartowski blady i zmęczony, a po chwili kończył: + +- Ten ostatni, późniejszy, napisałem w chwili nierozumnego gniewu... +Jest w mojem biurku, szuflada lewa, na wierzchu... Podrę go!.. + +Tu pan January, oswobodziwszy się od podtrzymującego go ramienia +Krasnostawskiego, opadł na poduszki wycieńczony. + +- Czy przynieść mam ten testament? - poddał Krasnostawski. + +Ojciec Oli Dzierżymirskiej przyzwalająco skinął głową i słabym +ruchem ręki poruszył kluczyk od szufladki stojącego obok łoża +stoliczka. + +Krasnostawski zrozumiał. Wysunął szybko szufladę, wziął stamtąd +pęk kluczy i oddalił się cicho. + +Blady, oddychając ciężko, w oczekiwaniu młodego człowieka, +odpoczywał Gowartowski... W ciszy głuchej minęło z dziesięć minut. +Na progu wreszcie ukazał się Krasnostawski, trzymając w ręku dużą +kopertę. + +Na jego widok pan January gorączkowo, o własnych siłach, uniósł +się na posłaniu i wyciągnął rękę po testament. + +- Dziękuję... - wyszeptał. + +Odebrawszy zaś od Krasnostawskiego kopertę, otworzył ją drżącą +ręką, wyjął arkusz papieru, znajdujący się tam i rozerwał zwolna +na cztery części. Potem włożył na powrót do koperty zniszczony +test, a zwróciwszy się do Krasnostawskiego, głosem dziwnie +dźwięcznym, stanowczym, wymówił: + +- Oddasz to jej... Oli - i umilkł, opadłszy znowu na poduszki. + +Młody plenipotent machinalnie wziął kopertę schował ją do kieszeni +surduta. Wpatrzony w starca, na którego twarzy igrał w tej chwili +jakiś pełny dobroci uśmiech, blady, tkliwy - milczał wzruszony, a +dwie łzy nieposłuszne zakręciły mu się w oczach. + +Głosem cichym, jakby dogasającym, mówił tymczasem jeszcze pan +January: + +- Nie zapomnij oddać... Pamiętaj!.. - urwał, a po chwili: + +- Powiedz... także Oli... że przebaczam... jej... i... jemu!..- +dokończył z trudnością, w wysiłku ostatnim i z wypiekami na twarzy, +trupio blady, umilkł... + +Paląca się u obrazu Matki Boskiej nad łóżkiem, z czerwonego szkła, +lampka rzuciła w tej chwili promień jasny na oblicze starca... + +W zmierzchu idącego wieczora twarz Gowartowskiego zajaśniała jakimś +nadziemskim jakby wyrazem szlachetnej dobroci... Krasnostawski +jednocześnie poprawił poduszki u łoża i pochylił się nad chorym, +zdało mu się bowiem, iż tenże porusza ustami. + +Rzeczywiście. Niedosłyszalnym, urywanym szeptem młody człowiek +posłyszał jeszcze: + +- Dziękuję... tyś dobry!.. Mówić już... więcej... nie... mogę... + +Poruszony słowami chorego starca, zdenerwowany, wzruszony odstąpił od +łóżka Krasnostawski i przygnębiony, usiadł w fotelu. + +Minęło z dziesięć minut. + +Widząc, że chory leży teraz zupełnie już cicho, młody człowiek po +chwili powstał, posłuchał oddechu jego, poczem wysunął się +cichutko z pokoju. Dusiło go coś w gardle... + +W sąsiednich komnatach pusto było całkiem i szaro już zupełnie. +Mrok wieczora wciskał się do pałacu coraz natarczywszy, wszędzie, +samotny, cichy, smutny. Krasnostawski bez hałasu otworzył podwoje +balkonu i wyszedł na werandę, spragniony odetchnąć świeższem +powietrzem... + +Oparł się o balustradę, chłodzić począł rozpalone czoło zimnym +powiewem jesiennego wieczora i stał tak nieruchomy dość długo, +ogłupiały jakby na razie, bezmyślny... + +Nagle milczenie pogrążającego się coraz bardziej w mroki domu i +parku, przerwał jednostajny donośny, odgłos dzwonu w pobliżu. To +codziennym, panującym w Gowartowie, zwyczajem, zwoływana służbę na +wieczorną kolacyę. + +Krasnostawski się ocknął, a jednocześnie poczuł pragnienie i +głód. + +Wrócił do komnaty, zamknął drzwi oszklone od werandy, a napotkawszy +po drodze jakąś pozostawioną świecę, zapalił ją pośpiesznie i na +palcach skierował się poprzez kilka komnat do jadalnej sali. Dobę +całą Krasnostawski nic, prócz kilku szklanek herbaty, w ustach nie +miał - młody organizm dopominał się o swoje prawa. + +W kredensie znalazł pochowane zimne mięsiwa i chleb razowy; posilił +się, popił wodą i przez puste komnaty znowu skierował się do pokoju +Gowartowskiego. + +Tu już zupełne panowały ciemności. Krasnostawski zapalił lampkę, +przykrył ją abażurem i spojrzał na chorego. + +Leżał w tej samej pozycyi, tak samo spokojny, oddychając lekko, +cicho, bledszy tylko, żółtszy jakby... I w jednem również zaszła, +zmiana nagła. + +Oto ręce pana Januarego wykonywały po kołdrze jakieś niewyraźne i +dziwne ruchy, jakby szukały czegoś, szczypały powierzchnię sukna, +zatrzymywaly się chwilę, i znów rytmiczne poruszały się zwolna, +jednostajnie... + +Krasnostawski, postawszy czas jakiś, zbliżył się do stolika, +wziąwszy do ręki machinalnie stojące tam lekarstwo. Spojrzał na +receptę. Przeczytawszy zaś, westchnął. + +Były to leki zwykle, przepisywane dogorywającym... + +- Czyżby naprawdę tak źle już było? - szepnął do siebie +młodzieniec - tak przytomnym był jednak przed chwilą!.. E!.. może +Bóg da... pocieszając się - dokończył głośno. + +Tymczasem zmęczenie fizyczne i moralne waliło wprost z nóg +Krasnostawskiego. + +Zbliżył się chwiejny do fotelu. Usiadł i po kilkakrotnie ziewnął +mimo woli nerwowo. Po chwili jednak energicznie wstrząsnął się... + +- Ooo... jakże mi się spać chce!.. - mruknął i ponownie ziewnął +przeciągle z cicha. + +- Ale nie można... nie można!.. - szepnął znów do siebie +przekonywająco i sięgnął po stojącą opodal flaszkę kolońskiej +wody. + +Przetarł sobie skronie, powąchał, poczem napił się zimnej wody ze +szklanki, i jak mu się zdawało, zupełnie obecnie rzeźki, zagłębił +się w fotelu. + +Tymczasem minęło minut dziesięć zaledwie, gdy młody pan plenipotent +spał już na dobre, pochrapując nawet z lekka czasami. + +Sen zwyciężył... Milczenie i spokój jakiś złowrogi zapanowały w +komnacie. + +A zewnątrz pałacu tymczasem noc z wolna i stopniowo królować +zaczęła. + +Na ciemnem tle nieba zamrugały wkrótce gwiazdy, od pól wionął +wietrzyk i cichym żółkniejących liści pogwarem zaszumiał nad domem +park stary. + +Wewnątrz zaś dworu usnęli wszyscy... Milczały tu wszystkie kąty, a +w oddzielonej kilkoma komnatami jadalnej sali dochodził tylko regularny +odgłos staroświeckiego zegara, który brzdąkał i tykał i bił +przeciągle godziny jedna za drugą. + +Nagle w głuchej ciszy sypialni pana Januarego rozległo się +początkowo słabsze, niebawem coraz silniejsze charczenie. To chory +starzec już konał... + +Za łożem, w półświetle komnaty, niewidzialna dla oka ludzkiego, +stanęła śmierć, lepu swego chciwa - jęki zgłuszone umierającego +dziesięciokrotnem echem wstrząsnęły ciszą domu... + +Coś zbudziło Krasnostawskiego. Co? - sam nie wiedział na razie. +Zerwał się z fotelu, oczy przetarł i spojrzał na pogrążone w +cieniu łoże. Zdrętwiał nagle i włosy dębem stanęły mu na +głowie. + +Z oczyma, wywróconemi po białka źrenic, postawionemi w słup, +nieprzytomny, z ustami otworzonemi, zżółkły, zzieleniały - +straszny, jęczał starzec, łapał powietrze, stękał żałośnie - +charczał złowrogo... + +Krasnostawski zrozumiał, lecz znieruchomiał na razie do tego stopnia, +że nie był w stanie poruszyć się z miejsca.. Po raz pierwszy w +życiu znajdował się wobec konającego człowieka, patrzał więc +bezprzytomny prawie i błędny nieustannie na Gowartowskiego... Drżał +przy tem na całem ciele, chwytało go coś za gardło, przykuwało do +miejsca, do ziemi. + +Równocześnie przygnębiająca cisza gniotła mu piersi ciężarem, +konające drgnienia i jęki umierającego, niby ostrzem ze stali +krajały niemiłosiernie wyprężone nerwy, a zarazem lęk +niewytłumaczony, dziwny, zatrząsł nim. + +Więc to śmierć!.. śmierć idzie już, przybliża się, okropna, +bezzębna, oto jej szkielet sunie obok, mija go!.. Zbliża się teraz +obojętna do łoża... nachyla nad konającym... + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. ha-ha-ha!.. - wstrząsa ścianami pokoju - oto +śmiech jej straszny!.. Rzężenie konającego odpowiada mu echem coraz +przeraźliwiej, głośniej... Ponuro jęczy on, skarży się, miota !.. + +- Boże!.. Boże!.. Co... to? Co... to? - krzyknął Krasnostawski, +schwycił się za głowę, zadygotał raz jeszcze i porwawszy ze stołu +dzwonek - wybiegł. + +W milczeniu powszechnego uśpienia rozległ się niebawem rozpaczliwy +dźwięk pokojowego dzwonka, wstrząsnął murami !.. + +Gowartowski tymczasem czynić począł teraz rękami jakieś szalone +ruchy, gwałtownie odpędzał coś, bronił się przed kimś, jęczał +jeszcze donośniej, chwytał powietrze, bezustannie charczał.. + +Bieganie napełniło niebawem dom cały. Garstka domowników i służby +w kilka chwil później napełniła pokój dogorywającego człowieka. +Ostatnia przyszła staruszka, klucznica, z gromnicą w ręku. + +Żałobną świecę zapalono pośpiesznie i uklękli wszyscy. +Krasnostawski przy samem łożu, trzymając w dłoni rękę pana +Januarego. + +Chłodła mu ona w palcach coraz bardziej; stopniowo, powoli, +charczenie, jęki, również ustawały, ucichły wreszcie... + +Skupione milczenie komnaty, zamagnetyzowane wyczekiwaniem, trwogą, +przerwał szelest, dla ucha prawie niedosłyszalny. Ostatnie w tej +chwili ziemskie westchnienie człowiecze ulatywało z piersi starca - +mknęło w zaświaty... + +- Skończył... - szepnął Krasnostawski. Wśród klęczących rozległ +się płacz... Gdzieniegdzie płomyk zapalonej gromnicy oświetlił +ponuro żółtawą plamą ściany, sprzęty i szyby komnaty, drgać +zaczął błyskotliwy po twarzach klęczących ludzi. + +Poczęto się żegnać pobożnie... + +Wspólna, cicha, a pełna głębokiej wiary prostych dusz modlitwa, z +wolą Najwyższego godząca się, pokorna, napełniła mury pokoju, i +aż do stóp Stwórcy-Pana uleciała skrzydlata - wzniosła się tam, +gdzieś wysoko, w ślad za zagadkową drogą duszy zmarłego, jakby mu +niebo otworzyć pragnęła. + + +--------- + + + +Pokraśniałe, czerwono-złote dzikiego wina liście, pnące się po +białych ścianach gowartowskiego dworu, zaglądają przez otwarte okno +do małego gabinetu, obitego kirem, a ruszane z lekka wietrzykiem, +kołyszą się w promieniach jesiennego słońca, powiew zaś zefiru +delikatnym dreszczem przebiega również po rzędzie żółtawych u +świec płomyków, palących się wokoło katafalku, ginącego w zieleni +cieplarnianych kwiatów. + +Obciśnięty w ubranie czarne, wytworny - pan, nawet tu, za życia +progiem, na podwyższeniu leży January Gowartowski... + +Zesztywniałe palce jego trzymają kurczowo w dłoni krucyfiks, +zaczesany starannie wąs mlecznosiwy, sumiasty, polski, odbija pięknie +na białem, jak marmur, obliczu starca, a twarz ta, zadum pełna, +pogrążoną być tylko się zdaje w głębokim, cichym śnie. + +Kamienny to sen!.. Sen zaświatów, wieczności, zagadki bytu i +świadomości prawdopodobnie tego, o co w dumie swej pokorny, rozbić +się musi rozum ludzki; sen straszny - obojętny na wszystko dokoła!.. + +I niczem już są dla niego sprawy tego padołu; niczem troski, +cierpienia ziemskie i niepokoje, niczem radośnie igrające po pokoju +słońce - niczem wreszcie boleść i smutek klęczącej u stóp +katafalku, sędziwej kobiety-siostry!.. + +Przybyła w przeddzień marszałkowa Warnicka, drżącemi, zbielałemi +usty szepcze teraz modlitwy, z ócz jej zmęczonych co minut parę upada +łza cicha, a wzrok z boleścią tłumioną wpatruje się w rysy +ukochane. + +I modli się znów pokorna!.. + +Lica Gowartowskiego bowiem nic nie mówią zupełnie !.. Spokój i +martwota nieziemska wyryte są na nich, a pogoda tylko jakaś +nieuchwytna, cicha, świadczyć się zdaje, że nie czuje on już nic, a +w każdym razie, iż docześnie na pewno nie cierpi już wcale. + +- Módlcie się, płaczcie... przyjdźcie - odejdźcie... zakopcie w +ziemię... Róbcie, co chcecie - wszystko mi jedno!.. - mówią sobą +wyraźnie zesztywniałe członki zmarłego. + +A tymczasem przez otwarte okno do ciasnego narożnego pokoju wpadają, +igrają coraz radośniej promienie słońca, płyną jakieś dalekie z +pól pieśni, pogwary - oddalone życiowe echa... + +Babiego lata nić wpada tu z wietrzykiem i osiada cicho na bujnej siwej +czuprynie zmarłego... W tej samej chwili drzwi od komnatki odmykają +się ostrożnie i do pokoju wsuwa się rosły, siwiejący już +mężczyzna... + +To Ładyżyński. I on, przygnany straszną wieścią choroby groźnej, +podążył do przyjaciela lat młodych, przybywszy jednak - za późno. + +Twarz jego, zazwyczaj pogodna, ironiczna, wyraża w tej chwili ból +niekłamany. Zbliża się milcząco, opatruje płomyki świec, +przestawia kwiaty, a poprawiwszy poduszkę - zrzuca z głowy +Gowartowskiego swawolną nić jesieni, i ukląkłszy, głowę opiera o +katafalk, w bolesnej zadumie. + +Mija tak długa chwila. + +Poczem drzwi skrzypią znowu, na progu ukazuje się dorodna +Krasnostawskiego postać. Objąwszy wzrokiem pokój i znajdujące się w +nim osoby, wzdycha ciężko, następnie zaś zbliża się do +Ładyżyńskiego i opiera lekko swą rękę na jego ramieniu. Potrząsa +niem delikatnie raz, drugi... + +Za trzeciem dopiero dotknięciem budzi się Ładyżyński z bolesnego +zamyślenia i unosi głowę.. + +- A, to pan? - pyta cicho - cóż to?... + +Jakby w odpowiedzi jednocześnie do pokoju wpada wyraźnie oddalony +jeszcze nieco dźwięk dzwonków, i zgłuszony gdzieś po sioła drodze, +daleki tętent i turkot kół powozu. + +I w ślad za tem szeptem na pytanie pana Emila odpowiada Krasnostawski. + +- Ze stacyi konie wracają... O ile wzrok mnie nie myli, ktoś jest w +faetonie... Zdaje mi się, że to - oni... + +Ładyżyński, słuchając go uważnie, już powoli powstał był z +klęczek. + +- Może szanowny pan dobrodziej będzie tak łaskaw wyjść na ganek - +ciągnie dalej Krasnostawski. - Panią marszałkowę - tu zniża głos +jeszcze bardziej - fatygować nie wypada... Ja zaś pana +Dzierżymirskiego nie znam... A tu, do wiadomości zgonu... + +- Tak, tak! - przerywa pan Emil, - dobrze, mój panie, idę... Ale +prawda - zatrzymuje się - trzeba uprzedzić marszałkowę, bo się +biedaczka wystraszy. + +Ładyżyński pochyla się ku klęczącej pani Melanji i szeptem coś +jej przekłada. + +Wpółprzytomnie słucha go marszałkowa Warnicka, po chwili zaś wstaje +i ze smutkiem bezbrzeżnym, wzdycha kilkakrotnie... + +Jednocześnie dwaj mężczyźni wychodzą szybko, oddalony bowiem przed +chwilą jeszcze turkot pojazdu wstrząsa już oto murami domu i powóz +snać zajeżdża śpiesznie na dziedziniec. Odgłos dzwonków donośnie +przerywa martwą ciszę... Powóz staje. + +A następnie, aż tu, popod stopy umarłego człowieka niewyraźne +jakieś zgłuszone dochodzą głosy i szmery... + +Nagle, o milczące ściany pałacu obija się krzyk kobiecy bolesny, +straszny, oraz stłumiony jeszcze oddaleniem jęk rozpaczliwy. W ślad +za tem rozlegają się kroki, coraz szybsze, bliższe, a później już +całkiem donośnie tym razem, szelest sukni i łkanie. + +Jeszcze chwila... + +I cisza pokrytego kirem, tonącego w słońcu i gromnic świetle, +zakątka, sfinksowy, dumny majestat śmierci brutalnie przerywanym +zostaje. + +Drzwi roztwierają się nerwowo, ruchem gwałtownym, od silniejszego +prądu powietrza gaśnie przy katafalku świec kilka, i do pokoju wbiega +ubrana w podróżne szaty, płacząca Ola... + +Za nią, ukazuje się śniade spokojne oblicze Dzierżymirskiego i +wytworna sylwetka jego. + +Jednocześnie murami komnaty wstrząsa krzyk bólu, rozpaczy, a zarazem +hałas drugorzędny jakiś, inny... + +To Ola już na kolanach... Obejmuje ona ramionami zimne, martwe ciało +rodzica, odtrąciwszy równocześnie niebacznie przeszkadzające jej +wysokie srebrne lichtarze, z chrzęstem padające w tej samej chwili na +ziemię... + +Ktoś schyla się pośpiesznie i opodal ustawia je ponownie... + +Tymczasem krzyk beznadziejnego cierpienia wydziera się z ust Oli. + +- Tato !... tatusiu !.. przebacz!.. - woła młoda kobieta, płacząc, +wijąc się z rozpaczy. - Ojcze!.. ojczulku!.. przebacz!.. - kończy w +łkaniu, szlochając. + +Na dźwięk słów ostatnich chmura osiada na wyniosłem czole Romana. + +- Tyś winien także!.. ty również!.. To dzieło także twoje! - +szepce mu coś w duszy w tej chwili i instynktownie blednie, pochyla +się i klęka po drugiej stronie katafalku. + +A Ola ściska, całuje teraz ręce, twarz i zimne czoło starca, oblewa +je łzami, włosy ojcowskie pieści i tuli swą głowę do serca, co +bić już na zawsze przestało!.. + +- Ty nie umarłeś - szepce - ty śpisz tylko!.. ty nie umarłeś!.. - +powtarza uparcie. - To być nie może - nie może!!.. + +Powstała z klęczek marszałkowa Warnicka podtrzymuje wijącą się w +bólu kobietę z jednej strony - z drugiej opiekuńczo podpiera ją +Ładyżyński. + +Wszystkim łzy kręcą się w oczach, jeden Roman tylko nieczułym być +się zdaje pozornie, ale twarz jego kredowo - blada i brwi ściągnięte +świadczą, iż i on, w tej chwili przynajmniej - cierpi. Klęczy +wciąż nieruchomo, myśli... + +Poza nim, świadek niemy tej sceny, stoi Krasnostawski, wzruszony, +bezradny. Opodal stary lokaj domowy patrzy osowiały. + +- Złoty tatuniu !!.. złoty !!.. - woła znów Ola, prosząco, +błagalnie; z przerwami małemi, jękliwy, przeplatany łkaniem, odzywa +się bezustannie głos córki-sieroty, a echo jego płynie przez okno w +dal, do parku, na step i pola!.. + +I za głosem zrozpaczonej jedynaczki, hejnałem wspólnym płakać, +łkać oto zdają się stare drzewa parku; szumem swych liści drobnych +brzoza nad wodą wieść tę powtarza dalej, płacząc sama, a jęk +boleści, podchwycony akordami przyrody, płynie, płynie w dal... + +I wszystko, zda się teraz, za panem swym boleje !.. + +A więc i staw, śniący fali swej szmerem, i łany, i polne kwiecie, i +step, strząsający z traw swych niby łzy żalu - drobne kropelki +rosy... + +Jeden tylko umarły, jak głaz nieczułym jest na jęk, ból swego +dziecka. + +Lecz czyż to złudzenie?.. + +Pod pocałunkami przed chwilą i łzą jedynaczki, zdawało się, że +oto znika z alabastrowego czoła starca głęboka, zastygła tam +zmarszczka, i całkiem już teraz pogodne, obojętne, śni ono dalej bez +końca... + +Może dusza z poza stref świata niewidzialna zabłąkała się jeszcze +tutaj przed dalszą w wieczność zagadkową wędrówką?.. A może trup +słyszał jeszcze ? + +Któż wie? któż zgadnie? + +- Ojcze!.. ty żyjesz!!.. tato... tatusiu!.. Biedna ja... biedna... +nieszczęśliwa... - bezzmiennie; tylko coraz ciszej i ciszej, rozlega +się dalej u stóp starca wołanie Oli, w spazmach łkań bolesnych, +bezsilne, straszne w swej grozie, bólu - coraz beznadziejniejsze. + +- Tatuniu!!.. Ta... tu... niu!.. - kona wreszcie krzyk młodej +kokiety... Milknie, oddany echem parku, pogwarami sioła i pól +szerokich... półomdlałą i słabą żonę wynosi pośpiesznie na +rękach Dzierżymirski z powleczonej kirem komnaty. + +Wystraszeni podążają za nim wszyscy... + +To życie już ze śmiercią walczyć poczynało. Przepotężne w swej +sile, nie lubiące, by zapominano o niem, odrywało w tej chwili +despotycznie od nieboszczyka, w skupieniu otaczających go dotąd ludzi. +Troska o żywym wzięła górę!.. + +W promieniach radosnych jesiennego słońca, w ciszy, grającej tylko +poważnym szumem drzew ogrodu - w chwilowym nieładzie wpół +przygasłych świec i poodsuwanych kwiatów, niewzruszony w swym +majestacie śmierci - umarły pozostał sam. + + +*** + + +Od pogrzebu Januarego Gowartowskiego minęło dni kilka. + +W pogrążonym już we śnie pałacu w Gowartowie paliło się jeszcze +światło w jednym pokoju, rzucając w noc ciemną promień jaskrawy +przez okienne szyby. + +W kancelaryjnym gabinecie dawnego pana, a dziś sypialni nowego +dziedzica, Dzierżymirskiego, on sam, znużony dniem minionym, a nader +dlań obfitym w niezwykłe zdarzenia, kładł się do snu i z wolna +rozbierał leniwie. + +Na stoliku obok łóżka stała odkorkowana butelka szampana i kieliszek +wysoki, z kryształu, oraz odemknięte pudełko cygar. + +Roman po chwili zapalił jedno z nich, nalał sobie wina i wypił +haustem jeden kielich, poczem zmęczony, wsunąwszy się pod kołdrę, +zgasił światło. + +Odetchnął parę razy głośno, z ulgą, przeciągnął się, aż +zatrzeszczało staroświeckie łoże, ziewnął smakowicie, +zaciągnąwszy się zaś wyborowem cygarem, myśleć począł o +ukończonym dniu dzisiejszym, a przełomowym w dotychczasowem życiu +jego. + +Dziś to bowiem odbyło się otwarcie testamentu nieboszczyka. + +Stosownie do woli zmarłego, córka jego stawała się jedyną +spadkobierczynią kilkakroćstotysięcznego majątku... + +Dzierżymirski powtórnie wyciągnął się z lubością w szerokiem, +szeleszczącem pościelą łożu. + +- Tak, kilkakroć-stoty-sięcz-nego... - szepnął do siebie z +zadowoleniem. Uśmiechnął się... Dwa dni temu jeszcze, jadąc tu, a +przeczuwając zgon ojca Oli, - był pewnym niemal, iż on córkę za +nieposłuszeństwo wydziedziczył. + +Już dnia następnego po przybyciu do Gowartowa przyjemnie bardzo +rozwiały się jego trwogi; wzruszonej opowiadaniem o ostatnich chwilach +pana Januarego córce, w obecności Romana, wręczył był Krasnostawski +podarty własnoręcznie przez umierającego ojca testament. + +On zaś, pomimo to, wątpił jeszcze... Bał się otwarcia ostatniej +woli nieboszczyka, złożonej oficyalnie u notaryusza; i tutaj zdawał +się przeczuwać podstęp jakiś może i przykrą niespodziankę. + +Dziś wreszcie pierzchły bezpowrotnie niepokoje ostatnie. Z nią +uciekał również strach bliskiego bezpieniężnego jutra, które +czekało nań, czyhało z wydaniem ostatnich paru tysięcy, pozostałych +z poprzedniej fortunki, życiem nad stan przez lat trzy lekkomyślnie +wydanej. + +Tu Dzierżymirski uśmiechnął się szydersko. + +Nie, stanowczo, pieniądz do niego się garnie!.. Ten, który posiadał +dotąd, choć wygrany, palił go częstokroć, pomimo wszystko, +przypomnieniem przeszłości. Sofizmatami wtłumiał w siebie +wspomnienia gryzące, lecz jednocześnie i instynktownie jakby +rozrzucał, pozbawiał się grosza, tam, gdzieś na dnie duszy własnej, +choć nie przyznawał się pozornie do tego, rad nawet będąc, iż +złoto wątpliwe szło - nikło... + +Jakby otrząsając się z tego samopoczucia, Dzierżymirski poruszył +się niespokojnie i powrócił myślą do teraźniejszości miłej. + +On i Ola - wszak to jedno. Dziś zatem, pomimo praw miejscowych, de +facto, stawał się panem okazałej i pańskiej, własnej fortuny. + +I pokryta, stłumiona ważnością chwili, smutkiem Oli, oraz całego +domu - przez dzień cały - teraz dopiero, w ciszy uśpienia pałacu, w +czterech ścianach sypialni, rozsadzać poczęło Dzierżymirskiemu +piersi egoistyczne zadowolenie wewnętrzne. + +Szczerze żałować zmarłego Roman w istocie nie mógł. Poza innemi +cechami charakteru dodatniemu i miłemi, arystokrata z przekonań, +nieprzystępny i dumny względem tych, których pragnął trzymać od +siebie z daleka, takim tylko, a nie innym, okazał się nieżyjący pan +January, w stosunku do dzisiejszego swego zięcia. + +Dzierżymirski nie bolał więc wcale nad stratą teścia swego... Teraz +zaś, powoli paląc cygaro, myśl jego, przesunąwszy się obojętnie po +wypadkach śmierci pana Januarego i jego pogrzebu, zatrzymując się +przy tych zdarzeniach tylko ze względu na boleść drogiej mu Oli - +swobodna, pomykała obecnie chyżo w przyszłość. + +Od jutra staje się panem!.. Będzie administrował dobra, zbierał +dochody... + +I Romana upajało to jutro!.. + +Lat temu parę skromny student, korepetytor bez grosza przy duszy, źle +odziany, odżywiany - biedny... Później zrządzeniem losu ślepego +właściciel sumki pokaźnej grosza... Dziś dziedzic, pan całą, +gębą!.. + +- Do dyaska !.. - mruknął Dzierżymirski i uśmiechnąwszy się z +zadowoleniem, musiał przyznać jednak, że świat nie tak zły i nic +nie wart, jak nazywał go ongi, w pesymizmu chwilach, i że życie +czasami bywa wcale miłem. + +- I cóż mogą o mnie złego powiedzieć ludzie, świat cały? - +rezonował dalej w myślach swych Roman. + +- Nic zupełnie. O zgubie niezwróconej wszak nikt nic nie wie, każdy +zaś znający mnie przedtem, gdy dziś mnie spotka, powie tylko z +przekonaniem: Zuch, poradził sobie w życiu!.. + +- A jak? któż o to pytać będzie... + +Dzierżymirski, poczuwszy znów pragnienie, w półświetle pokoju +odnalazł kieliszek i butelkę szampana, którą, powodowany jakimś +dziecinnym wprost kaprysem, przyniósł sam sobie wieczorem z "własnej" +piwnicy; nalawszy wina, napił się chciwie. + +Radość zaś jego wewnętrzna, poza egoistyczną samowiedzą +przyszłego bytu, miała również na jego obronę, przyznać należy, i +szlachetniejszą podstawę. + +- Teraz będę miał na to, by oddać to, co znalazłem - mówił sobie +właśnie w tej chwili, trzymając machinalnie w ręku wysoki +kryształowy kielich od wina, a w myślach bezwiednie i niejasno zarazem +układał już względem tego plany na przyszłość. + +- Ukrytym celem życia mego będzie znaleźć, odszukać koniecznie +zagadkowego właściciela zgubionych dwudziestu siedmiu tysięcy - +szeptał cicho Roman do siebie, - a oddawszy mu jego pieniądze, +oczyścić się w ten sposób z plamy przeszłości!.. + +- Muszę ją zmazać! Czystym być muszę!.. - z siłą powtórzył +głośniej. - Choćbym miał świat z posad poruszyć! - dokończył z +mocą i umilkł, a równocześnie w piersiach jego zapalała się teraz +jakaś gorączka czynu. + +Zdawszy zaś sobie natychmiast sprawę z tego stanu swego, +Dzierżymirski poruszył się w pościeli swej niespokojnie. + +- Tak, ja go znajdę! - mówił sobie w myśli dalej. - Znajdę, dla +tego choćby, iż nie unikać bojaźliwie, jak dotąd, ale śmiało +szukać go będę. Ale... - tu Roman zatrzymał się w myślach, - ale, +by dopiąć tego - powtórzył - wszak muszę wypłynąć na arenę +szerszą świata!.. Bo przecież tu, choć będę panem Gowartowa, nic +przecie w tym względzie uczynić nie zdołam!.. + +- A więc - gdzie ?.. - dręczyć go, męczyć poczęło pytanie. +Dzierżymirski brwi zmarszczył. + +Powtórnie, znowu poczuł w sobie jakąś nieprzepartą chęć czynu, a +równocześnie zrozumiał nagle, że radość jego chwilowa, przelotna z +odziedziczenia majątku była słomianym tylko ogniem! + +Bo, rzeczywiście... + +Ambicya bowiem, czasem źle umieszczona - pojęta, lecz jedna i ta sama +zawsze, która dotąd pchała go ślepo naprzód, i teraz, choć został +panem i zdobył, czego pragnął, ukaże mu niewątpliwie inne znów +braki obecnego położenia, "iść" naprzód każe, wynieść się ponad +drugich zachęcać będzie - nurtująca, despotyczna - nie pozostawi go +w spokoju! + +Wziąwszy zaś jeszcze pod uwagę uśpiony wyrzut sumienia i chęć +zmazania plamy z własnej uczciwości - przyszłość ta, przed chwilą +jeszcze wymarzona, idealna... już teraz przed wzrokiem Romana +pokrywała się cieniem. + +Samowiedza powyższa pokryła chmurą na chwilę piękne rysy +Dzierżymirskiego. + +- Ha!.. zobaczymy!.. - rzekł zupełnie głośno, a wypiwszy do końca +szampańskie wino, postawił kielich na stole tak silnie, że lejkowaty, +delikatny, prysł on i szczątki kryształu upadły z brzękiem na +ziemię. + +Pierwszym ruchem pana na Gowartowie było sięgnięcie po zapałki, +myśl zaś zapalenia świecy, by zebrać szkło stłuczone, przemknęła +mu przez głowę. + +Powstrzymał się jednak i mruknął zcicha: + +- Po co? Mam przecie na zawołanie kamerdyra i dwóch lokai... +Sprzątną jutro... + +Poczem, znużony myślami, przytulił głowę do poduszki, usiłując +zasnąć. + +-------------- + +CZĘŚĆ DRUGA + + + + +Była wiosna... + +Od opisanych zdarzeń piąta już z kolei tak samo urocza zawsze, +uśmiechnięta i wesoła - nowa wiecznie, w zieleni i blaskach +wschodziła ona znowu nad światem. Pełna w przyszłość wiary i +nadziei krzepiła serca, rozjaśniała umysły, siała po twarzach +ludzkich uśmiechy radosne, a rozogniając wyobraźnię, zmysły - +upajając swem tchnieniem, majowem, świeżem - szła zwycięska, +królewska, wspaniała... + +Przez wpółprzymknięte okno powiew jej, łącznie z głuchym gwarem +ulic wielkiego miasta, wdzierał się do umeblowanego poważnie, +obszernego gabinetu, gdzie przy biurku okazałem, a zarzuconem +papierami, listami, księgami i pismami, siedział Roman Dzierżymirski +i słuchał mówiącego coś do niego młodego mężczyzny. + +Po chwili tenże umilkł, w pokoju zapanowała cisza, zamykająca snać +poważną i czas dłuższy toczącą się rozmowę. + +Roman zamyślony, ująwszy w dwa palce jakiś papier, złożony we +czworo, postukiwał nim machinalnie o amarantowe sukno biurka, przybysz +zaś milczał, wpatrzony w niego - na odpowiedź czekał cierpliwie, +bawiąc się tymczasowo trzymanem w ręku nożem do rozcinania. + +Gość nieznajomy był niskiego wzrostu; twarz miał myślącą, +ruchliwą i zmienną, cała zaś jego powierzchowność, wyraźnie +zdradzać się zdawała, kogoś ze sfer finansów, lub przemysłu. + +Przeniósłszy niebawem wzrok z twarzy Dzierżymirskiego na otaczające +go sprzęty w gabinecie, pobieżnie przyglądać mu się zaczął. + +Rzucił więc okiem na stojący opodal stół duży, przykryty zielonem +suknem, a przeznaczony zapewne do sesyi i narad, na otaczające go +fotele, skórą kryte, na dwie, szafy książek, zegar - cacko +starożytne; spojrzał na parę konsol, stolików, i innych zbytkownych +gracików - wreszcie, zniecierpliwiony dłuższem milczeniem gospodarza, +zagadnął: + +- Zatem... panie prezesie? + +Dzierżymirski ocknął się, i już otwierał właśnie usta, by coś +odrzec, lecz zatrzymał się nagle, drzwi bowiem skrzypnęły, i wszedł +lokaj, trzymając duży list na tacy. + +- Jakiś pan to przyniósł, czekał bardzo długo, - objaśnił, - w +końcu kazał mi list oddać jaśnie panu, a sam poszedł... + +- Przepraszam pana!.. - rzucił Roman gościowi swemu - pan pozwoli, +nieprawdaż? - i rozerwał kopertę przyniesionego pisma. + +Spojrzał na ćwiartkę papieru formatu handlowego, z kilkunastoma tylko +wierszami, pisanymi czytelnie na maszynie, i kilkoma hieroglifami +podpisów. + +Lokaj znikł tymczasem, a, jednocześnie Dzierżymirski, skończywszy +czytanie, ponownie zwrócił się do gościa swego, lecz i tym razem +znowu przeszkodzono mu. + +Ktoś pukał do drzwi dyskretnie. + +- Proszę!.. - rzekł Roman głośno. + +Drzwi roztworzyły się szybko. Do gabinetu wszedł młodzieniec bardzo +wysoki, ubrany modnie, o powierzchowności wytwornej i pańskiej, oraz +ruchach naturalnych, swobodnych, nerwowych nieco tylko i zbyt prędkich. + +Przeprosiwszy pośpiesznie siedzącego przemysłowca, Dzierżymirski +zerwał się na widok wchodzącego. + +- Pardon... mille fois... pardon!.. Kochany prezesie, słówko tylko +jedno - mówił już tymczasem przybyły, a ujrzawszy powstającego +instynktownie gościa, dość grzecznie rzucił w jego stronę. + +- Przepraszam bardzo, stokrotnie... pana... sekundę tylko!.. - ująwszy +zaś ramię Dzierżymirskiego, nachylił się ku niemu, odprowadził +dalej nieco i półgłosem mówić począł coś, z żywością i +gestykulacyą, stojąc z nim razem pośrodku gabinetu. + +Po chwili, odprowadzony aż do drzwi, z atencyą wyraźną, pożegnał +się serdecznie z Romanem i zniknął za portyerą i drzwiami. + +Dzierżymirski tymczasem powracał już do gościa swego, a +przeprosiwszy go raz jeszcze, dodał na pozór niedbale: + +- To właśnie książę-ordynat B... nie zna pan?... Miał do mnie +interes bardzo pilny... Tu znów - wskazał na otrzymaną przed chwilą +korespondencyę, - zaproszenie na ogólne zebranie akcyonaryuszów +jednej z naszych kolei. Dziś mam pięć sesyj... - ciągnął dalej w +tym samym tonie, - tam - uczynił głową niewyraźny ruch ku drzwiom, - +czeka masa interesantów... Wszystkie godziny dnia policzone... + +- Wobec tego - zatrzymał się znowu Roman - nie wiem doprawdy - mówił +zwolna - czy przyjąć mogę tak zaszczytny wybór panów... Po prostu +nie mam w ogóle czasu... Nie, nie mogę ! + +Cień przeszedł po obliczu nieznajomego, chciał coś zaprotestować, +lecz Dzierżymirski już mówił: + +- Przykro mi tylko, iż panowie z tego powodu ambaras prawdopodobnie +mieć będą... - zatrzymał się chwilę i wskazał na trzymaną do +niedawna, w ręku odezwę jednego z pierwszorzędnych akcyjnych +towarzystw węglowych, w której donoszono mu właśnie o wyborze go +podczas ostatniego zebrania akcyonaryuszów na przewodniczącego w +komisyi rewizyjnej. + +- Lecz wyznać muszę - ciągnął dalej i uśmiechnął się przy tem z +lekka, - że nawet czynność, proponowana mi przez panów, zastaje mnie +całkiem nie przygotowanym. Po prostu - tu po wargach Romana przemknął +powtórnie uśmiech - dziedzina to rzeczy, dla mnie nie tak dokładnie i +zupełnie znanych... Terra incognita... - skłonił głowę ruchem +lekkim - stanowiska podobnego nie miałem jeszcze dotąd... + +I Dzierżymirski zamilkł na chwilę poczem swobodnie dorzucił: + +- Ale! prawda... Zapomniałem jeszcze powiedzieć szanownemu panu... Za +parę dni wyjeżdżam na czas dłuższy za granicę, dla wypoczynku. + +Roman zatrzymał się i pytająco spojrzał na gościa swego. + +- O!.. to najmniejsza... - odparł szybko przemysłowiec - czynność +komisyi w roku bieżącym wypada dopiero za miesięcy kilka, a odbywa +się w ogó1e nieczęsto... Co zaś do pierwszego punktu... rzecz to +również małej wagi... + +- Nie chodzi nam bynajmniej o jednostkę tak dalece rutynowaną, - +przepraszam za wyrażenie i młody człowiek uśmiechnął się lekko - +lecz o człowieka tych wpływów i stanowiska, oraz zaufania szerokich +kół naszego miasta, jakie pan prezes po paru latach zaledwie zdobyć +sobie potrafił, i które niewątpliwie, rzec można, posiada obecnie +już w zupełności... + +Dzierżymirski teraz z kolei uśmiechnął się na tak jasne postawienie +kwestyi. + +Rzeczywiście, lat temu kilka, gdy nieznany tu zgoła jeszcze przybył +osiedlić się w mieście, czyżby śniło się nawet komu przyjść +doń z tego rodzaju propozycyą. Błysk zadowolenia miłości własnej +przemknął w tej chwili po licach Dzierżymirskiego. + +- Nie traciłeś czasu daremnie - mówił mu wewnętrzny głos i uczucie +pychy rozpierało piersi. + +Milczeniu zaległe przerwał tymczasem głos przemysłowca. + +- Zatem - rzecz załatwiona nieprawdaż? Pan prezes - przyjmuje?... + +Dzierżymirski zawahał się sekundę jeszcze, pochlebstwo jednak, +podane zręcznie, działać poczynało. Zdecydował się dać odpowiedź +przychylną. + +- No... trudno!.. - wycedził z wolna, obojętnie i z pozornym +przymusem. Pomimo obowiązków i odpowiedzialności, które wkładają +na mnie czynności i stanowisko przewodniczącego w komisyi, przyjąć +już chyba muszę!.. + +- Wybór panów akcyonaryuszów zresztą takiego związku, jakiem jest +Towarzystwo panów - tu Roman skłonił się grzecznie w stronę gościa +swego, a będącego - ciągnął dalej - bez pochwał i przesady, w +rozkwicie obecnym jednem z pierwszorzędnych w kraju - zaszczyt mi tylko +przynosi - i Dzierżymirski w tem miejscu przemówienia swego pochylił +z lekka głowę. - Co zaś do czynności rewizyjnych, mam nadzieję +również - kończył - iż chyba im podołam, tymbardziej - +uśmiechnął się tym razem nieco dumnie - że zajęć bardzo +podobnych, choć tak różnorodnych, piastuję od pewnego czasu moc +niezliczoną... + +- O, naturalnie! - przyświadczył gość skwapliwie, - zresztą +przyjemność miałem powiedzieć już panu prezesowi w toku rozmowy +dzisiejszej, że zdaniem jest jednogłośnem akcyonaryuszów naszego +Towarzystwa, iż w całem mieście nie ma formalnie nikogo, kto by +lepiej od pana prezesa czynność wzmiankowaną objąć zdołał. + +Dzierżymirski na to znowu pochlebstwo nowe w milczeniu nisko pochylił +tylko głowę i powstał z siedzenia. + +Gość jednocześnie z krzesła zerwał się szybko. + +- Dziękuję i uciekam, panie prezesie, czas - to pieniądz, a +przysłowie to nigdzie chyba lepiej, niż tutaj, zastosowanem być nie +może. + +- Proszę wyrazić tymczasowo moje podziękowanie panom z Rady +Zarządzającej,- odparł uprzejmie Dzierżymirski. - W sprawie tej +zresztą wpadnę osobiście do biur Towarzystwa, przed mym wyjazdem. + +- Sługa pański!.. - rzucił jeszcze przybyły w ukłonie i w ślad za +tem znikł za drzwiami. Dzierżymirski krokiem miarowym przechadzać +się począł po pokoju. + +- Więc i ta akcyjna spółka węglowa - myślał - obracająca +kapitałami, najpotężniejszymi może w kraju, ceniona, znana, wybrała +go również! Więc i oni doń przyszli! Wpośród siebie nie znaleźli +nikogo, godniejszego, by piastować urząd, tak pełen zaufania!.. - w +umyśle Romana bezustannie nad innemi górowało wrażenie wizyty +ostatniej. + +Duma wciąż rozsadzała mu piersi, uśmiech zadowolenia błąkał się +po ustach; Roman, zamyślony, przebiegał ciągle swój gabinet wielkimi +krokami. + +Nagle rozmyślanie to, tak wielce dlań miłe, przerwane zostało +wejściem lokaja. + +- Jakaś nieznajoma pani w żałobie chce widzieć się z jaśnie panem +- zaanonsował. + +- Jak się nazywa? + +- Oto bilet, jaśnie panie... + +Dzierżymirski wziął z rąk sługi kartkę brystolu i przeczytał +wylitografowane na niej nazwisko; nic jednak nie powiedziało mu ono. + +- Proś! - rzekł krótko. + +Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski zbliżył się z wolna do swego biurka +i usiadł przed niem, spojrzawszy przy tem mimo woli na leżące tam +porozrzucane papiery. + +- A... prawda!.. - mruknął półgłosem do siebie i sięgnął +jednocześnie po papier listowy, oraz kopertę. + +Przed nim, jako wice - prezesem zakładów dobroczynnych, leżał list +znanego w mieście i wpływowego księcia S., z prośbą o umieszczenie +w jednym z przytułków jakiegoś schorzałego biedaka. + +Odpowiedzi przychylnej w tej sprawie - którą dnia poprzedniego sam +już załatwił osobiście - nie dał jeszcze księciu; umoczywszy więc +pióro, Roman począł pisać zamaszyście. + +W tej samej chwili do komnaty wsunęła się przysadzista, krępa +postać czarno ubranej kobiety. Małymi kroczkami podeszła natychmiast +do biurka i przemówiła głośno: + +- Przepraszam bardzo, że tak natarczywie... + +Dzierżymirski, niezadowolony nieco, że mu tak z nagła przerwano +wątek listu, spojrzał niechętnie z pod oka na nowo przybyłą. + +Przed nim stała kobieta lat pięćdziesięciu może, o znękanych +rysach, ubrana nieco z staroświecka, dość zresztą poza tem układnej +powierzchowności. + +- Niech pani spocznie, proszę... za chwilę służę! - rzekł +uprzejmie i począł pisać znowu. + +- Doprawdy nie rozumiem sama, jak ośmieliłam się przyjść tutaj, ale +szlachetność, zacność szanownego prezesa... - usłyszał znowu +Roman. + +Niecierpliwie tym razem wzniósł na przybyłą spojrzenie i przerwał +jej grzecznie, lecz sucho: + +- Przepraszam. Jak widzi szanowna pani, chwilowo zajęty jestem... Wszak +pani nie pilno?.. + +- O, nie... przeciwnie... Tylko... + +Roman spuścił oczy i myślące czoło, oraz począł pisać dalej, +najspokojniej w świecie. W pokoju zaległo milczenie, przerywane li +tylko zgrzytem pióra po papierze. + +Gdy Dzierżymirski list skończył, podniósł machinalnie oczy na +nieznajomą. + +Uśmiechnął się mimo woli; spotkał się bowiem z dziwnie zabawnym i +uszczypliwym wyrazem jej twarzy, oraz wejrzeniem złem i jakby +obrażonem, które pod niespodzianym wzrokiem jego złagodniało jednak +natychmiast, przeistoczyło się w słodkie i potulne, jak u baranka. + +Zaadresowawszy list, Dzierżymirski zadzwonił na lokaja. Gdy ten się +zjawił, polecił mu odesłać pismo natychmiast. + +- Czy jest kto? - zapytał. + +- Pan hrabia z Melsztyna... Czeka w salonie - brzmiała odpowiedź. + +- Powiedz, że przepraszam, i za chwilę go proszę! - rozkazał Roman, +gdy zaś lokaj znikł za drzwiami, uprzejmie z kolei zwrócił się do +nieznajomej. + +- Słucham panią... Czem służyć mogę? + +Przybyła poprawiła się na krześle, zrobiła minę słodszą jeszcze, +i zmieszana nieco przemówiła: + +- Mój mąż, znając tak dobrze szanownego pana prezesa, tak często +wspominał mi o jego szlachetności, zacności, dobrem sercu, że... - +tu przerwała na chwilę, widząc zdumioną minę Dzierżymirskiego, +poczem ciągnęła znów dalej, straciwszy widocznie wątek poprzednich +myśli, bo nie dokończyła już poprzedniego zdania: + +- Mój mąż, Nepomucyn, zawsze mawiał mi takich ludzi potrzeba nam +więcej, jak prezes Dzierżymirski; ludzi hartu, żelaznej woli, +inteligencyi rzutkiej, prawości charakteru... O, mój mąż bardzo, +bardzo cenił pana prezesa... - i zawikławszy się ponownie w +wygłaszane przez się pochwały, nieznajoma zatrzymała się chwilę. + +Dzierżymirski, zniecierpliwiony nieco, skorzystał skwapliwie z +przerwy. + +- Przepraszam panią - spytał grzecznie - jak godność i imię męża +pani? Czy żyje?... + +- Nepomucyn Wygrzywalski - odparła zapytana - zmarł rok temu... +Świeć, Panie, nad jego duszą! - westchnęła. + +Dzierżymirski zmarszczył brwi i zamyślił się chwilę. + +- Nie przypominam sobie, bym miał przyjemność znać osobę tego +nazwiska... - wycedził z wolna. + +Z pod uśmiechniętych słodkawo i mile, siłą woli ułożonych rysów +przybyłej, błysło ku Romanowi urażone i groźne spojrzenie. + +- Jak to ? - odezwała się obrażonym nieco i kwaskowatym jakby tonem. +- Być nie może ?.. Pan prezes chyba przypomnieć sobie tylko nie +raczy... + +- A jak dawno? - łagodniej nieco przemówił Dzierżymirski. - I ile +razy - słowa ostatnie podkreślił, uśmiechnąwszy się ironicznie - +widział mnie mąż pani? + +- O! kilka razy zaledwie miał sposobność... - pośpieszyła z +odpowiedzią przybyła. - Dwa, trzy może... Ale widzenie się to było +dlań przyjemnem nad wyraz - utkwiło mu w pamięci... + +- Ach, mąż mówił mi tyle razy - ciągnęła dalej słodkawo, z +wymuszonym okolicznościowym uśmiechem, - że, naturalnie, poza +zasługami społecznemi, tak przyjemnego, sympatycznego, miłego +człowieka, jak pan, nie znał był dotąd, i dla tego też myślałam, +że i pan prezes... - tu urwała swe przemówienie pani Wygrzywalska, +śledząc na twarzy Romana wrażenie słów swoich. + +Ten jednakże, zrażony nieco rzucanemi mu w twarz ni przypiął, ni +przyłatał, pochlebstwami już powtórnie, i całkiem notabene, +niezręcznie, odrzekł zimno: + +- O, proszę pani... Ja widuję po trzydzieści, czterdzieści +interesantów dziennie... Połowa z nich nieznaną mi bywa zazwyczaj - +liczbie tych więc znajdował się zapewne mąż pani... Dlatego też +nie przypominam go sobie. + +Jak pocisk zjadliwe tym razem i całkiem już obrażone uderzyło w lica +Dzierżymirskiego spojrzenie pani Wygrzywalskiej. + +- Dziwi mnie to niewymownie, że tak uporczywie pan prezes przypomnieć +sobie mego męża nie raczy... - odezwała się uszczypliwie, a w glosie +jej czuć było śmiertelną obrazę. + +- Przecież ostatecznie - mówiła w tym samym tonie dalej - jak i mnie, +tak i jego, tu w mieście znało dużo osób... Nie dalej, jak hrabiowie +Olscy, zacności i poczciwości ludzie, z którymi mnie łączy nawet +stosunek przyjaźni... Wyjechali za granicę wczoraj właśnie... +Następnie również i nieodżałowanej pamięci książę +Topór-Toporski Alfred tak łaskaw był za życia opiekować się +nami... - kończyła przybyła z godnością. + +- Chce zaimponować mi znajomością z książętami, a to oryginał +baba, - przemknęło przez myśl Dzierżymirskiemu i uśmiechnął się +jednocześnie, zrobił bowiem i inną w tej chwili uwagę, a mianowicie, +że jakoś za wiele było nieboszczyków w gronie ludzi, na których +powoływała się siedząca przed nim jejmość. + +Chcąc przytem przeciąć zarazem zapowiadającą się prawdopodobnie +znów na długo tyradę słów, pozbawionych, jak i poprzednie, +ścisłej logiki, rzekł szybko: + +- Przepraszam bardzo: Nie mogła by mnie szanowna pani powiadomić +jednak, czemu właściwie zawdzięczam jej wizytę? + +Na tak jasno postawione ultimatum zmieszała się przybyła i +wyjąkała: + +- Nie wiem doprawdy, jak ja, wdowa nieszczęśliwa, zdobyłam się na +taką śmiałość... Ale, przynaglona materyalnem położeniem bez +wyjścia, ufając w przyjaźń, którą żywił mój mąż nieboszczyk +do pana prezesa, chciałam prosić o drobną pożyczkę... - urwała na +chwilę, poczem głosem śmiałym już teraz i godności pełnym, +dodała: + +- Co do oddania - nie może być obawy żadnej, ponieważ ludzie mnie +znają... A zresztą... - tu uśmiechnęła się z dumną - pochodzę +sama z arystokracyi, więc... + +To "więc" było wypowiedziane takim tonem, iż rozwiewać się zdawało +wszelkie co do zwrócenia kwoty wątpliwości; jejmość nie +dokończyła zdania, a spojrzała tylko przenikliwie na słuchacza +swego, jakby pragnąc odgadnąć, jakie wrażenie nań uczyniło +powiedzenie jej ostatnie. + +Dzierżymirski zaś tymczasem, zdziwiony nieco tym epilogiem, +uśmiechnął się pod wąsem nieznacznie. + +- Czy wolno wiedzieć - z której? - z kurtuazyą zapytał. + +- Rodzę się z domu kniaziówna Rąrowska - z godnością i +namaszczeniem odparła dumnie wdowa. + +Dzierżymirski ponownie uśmiechnął się z ironią. Rodzina ta prawie, +że już całkiem wygasła, aczkolwiek dawna bardzo, według +heraldycznych i historycznych danych, nigdy nie miała praw do żadnych +w ogóle tytułów, prócz kopertowych chyba. + +Słysząc zatem wypowiedziane tak czelne kłamstwo, Roman nie +odpowiedział nic, a tylko wpatrzył się badawczo, z uwagą, w twarz +siedzącej przed nim kobiety. + +Od początku już samego dziwiły go jej rozmowa i zachowanie całe, +teraz więc, gdy wiedział cel wizyty, bystrym wzrokiem rozumnych oczu +wpatrywał się wciąż w rysy przybyłej. Trwało tak minut parę. + +I pod spojrzeniem tem nagle spuściła wzrok kobieta... + +Po raz pierwszy od kwadransa spadła z twarzy jej obłudna, fałszywa i +układna, a przyodziana li tylko w imię pozorów, maska. Zorane +policzki wdowy okrasił lekki rumieniec, a pod wpływem jakiejś myśli +zapewne, wyraz jej oblicza, prawdziwy i szczery, mignął na chwilę +przed oczyma obserwującego mężczyzny. + +I to ocaliło nieboraczkę. Zniecierpliwiony bowiem dotąd obecnością +jej Roman, i zdecydowany już prawie wyprosić za drzwi kniaziównę "de +domo", zamyślił się nagle. + +Po chwili zaś, jakby wynik przelotnego egzaminu fizyonomii przybyłej, +był dlań wystarczającym zupełnie, spuścił wzrok. + +I snać wiele niekłamanego, a tajonego bólu, oraz nieszczęścia +prawdziwego może wyczytał był na tej twarzy gościa swego; bo po +minutach jeszcze paru zastanowienia i wahania, milcząc, sięgnął +rękę klamki drzwiczek wbitej w ścianie ogniotrwałej kasy, i - +wyjąwszy stamtąd papierek dziesięciorublowy, położył go na stole. + +Posunąwszy zaś banknot ten z lekka ku siedzącej, rzekł tylko: + +- Służę pani! + +Poczem, gdy pieniądz ów schowała, obsypując ofiarodawcę swego +potokiem słodko przyprawionych komunałów, zadzwonił na lokaja: + +Posłuszny, zjawił się sługa za chwilę. + +- Proś pana hrabiego! - rozkazał Dzierżymirski. + +- Już wyszedł. Mówił, że wpadnie kiedy indziej, bo czekać więcej +nie miał czasu... Kazał przeprosić jaśnie pana, bardzo i zostawił +tu bilet swój, na którym coś napisał, - i przy tych słowach lokaj +podał bilet. + +Roman rzucił nań okiem... + +Pani Wygrzywalska jednak przerwała mu czytanie. Do swej roli wracała +powtórnie. + +- Przepraszam bardzo szanownego pana prezesa - poczęła mówić swym +poprzednim tonikiem - ale wiedzieć chciałam właśnie, jak adresować +mam przy zwrocie tej kwoty, tak wspaniałomyślnie, szlachetnie, mi +udzielonej... Pan prezes podobno na długo wyjeżdża?.. + +Roman na te słowa uśmiechnął się złośliwie i odparł: + +- O, łaskawa pani ! Adresem zupełnie dostatecznym będą dwa słowa : +"R. Dzierżymirski." Żegnam panią... - tu powstał z siedzenia i +skłonił się z daleka. + +Pożegnany z kolei ukłonem sztywnym nieco odchodzącej +"pseudo-arystokratki", Dzierżymirski zwrócił się do lokaja: + +- Jest kto? - zapytał. + +- Jakiś pan powiada, że jaśnie pana zna dawno, chce się widzieć +koniecznie. + +- Jak wygląda? + +- Taki sobie... nie bardzo pokaźny... + +Codziennie, od dziewiątej do dwunastej z rana, każdy miał wstęp +wolny do "pana prezesa". Dzierżymirski nie odstępował nigdy od +powziętej raz reguły, tym razem więc zarówno rzucił obojętnie: + +- Proś!.. + +Sam zaś do biurka zasiadł, by skończyć czytanie biletu hrabiego z +Melsztyna. + +Minęło parę minut. + +Zaczytany, nie spostrzegł był Roman, że na środku pokoju od pewnego +już czasu stał młody człowiek, lat około trzydziestu pięciu, i +patrzył nań uporczywie. + +Pod siłą tego wzroku podniósł oczy Dzierżymirski, a ujrzawszy +przybysza zbladł; poznał go bowiem od razu, nie dał jednak poznać +tego po sobie, nie podniósł się z miejsca nawet, a tylko ruchem ręki +obojętnym wskazał krzesło. + +- Proszę pana... Przepraszam... za chwilę... Nieznajomy zarumienił +się, nie rzekłszy nic jednak, usiadł pokornie na koniuszczku stołka, +Dzierżymirski zaś sięgnął po jakieś księgi, leżące - opodal i +zagłębił się w nich, ze skupieniem. + +Ale tylko na pozór... W rzeczywistości zaś potrzebował czasu, by +ochłonąć z doznanego przed chwilą wrażenia. + +Przed nim znajdował się towarzysz, niewidziany już od lat siedmiu - +jeden z dwóch pierwszych ludzi, z którymi się był zbratał, +przyjechawszy niegdyś do kraju sam, nieznany i biedny!.. + +I nagle, wywołane przypomnieniem, stanęły mu w myśli jasno te chwile +dawne !.. Ukazała mu się żywo w wyobraźni straszna noc moralnego +przełomu jego życia, noc udręczeń w izdebce na poddaszu - noc walki +z uczciwością z jednej strony, a nędzą, ułudą miłości, +pragnieniem życia - z drugiej!... + +Wszak siedzący oto teraz przed nim młody człowiek był jednym z tych +dwóch właśnie, którzy, gdy on nurzał ręce w kuszącem go swą +potęgą złocie, stukaniem nagłem we drzwi izdebki wstrząsnęli nim +tak silnie... + +I Roman, przebiegając spojrzeniem w duchu to wszystko, mówił do +siebie jednocześnie: + +- Dziwnem jednak jest to życie nasze... O, jakże dziwnem !.. Gdyby nie +to złoto, a później Monte Carlo, Ola i śmierć jej ojca, oraz +dziedzictwo po nim, nie byłbym przecie nigdy tem, czem dziś jestem!.. + +Przepastna ironia - koło bez wyjścia!.. + +Dzierżymirski, pochylony nad grubą księgą, której cyfr i kolumn ich +nie widział zgoła - pogrążonym się ciągle być zdawał +całkowicie, w rachunku i pracy. + +Milczenie zupełne - panowało w pokoju, w ciszy zegar wydzwonił +niebawem godzinę wpół do dwunastej. Roman się ocknął; zostawało +mu już tylko pół godziny czasu. Uczynił nad sobą wysiłek i głosem +spokojnym zupełnie przemówił obojętnie: + +- Z kim mam przyjemność i czem służyć mogę?.. + +- Herman Zieliński. Czy pan.. prezes naprawdę mnie sobie nie +przypomina? - odparł młody człowiek dobitnie. + +Dzierżymirski zawahał się chwilę. + +- Zielińskich znam wielu - rzekł z wolna - nazwisko pańskie ma +przedstawicieli tak licznych... Zresztą... może... Przykro mi bardzo, +lecz doprawdy nie przypominam sobie... + +- Ja za to - odpowiedział młodzieniec, akcentując silnie słowa - +przypominam sobie aż nadto dobrze... Poznaliśmy się przed laty +siedmiu; ja, pan i Jasio Zboiński stanowiliśmy przez czas jakiś +nierozerwalną nawet trójkę. Potem... pan przestałeś stopniowo nas +poznawać... Kolej to zwykła rzeczy świata tego, prawo ludzkie - być +może... Pan wznosiłeś się po drabinie społecznej wysoko, my +ginęliśmy w cieniu... Pan dosięgłeś jej szczytów obecnie, my, to +jest ja, zostałem u jej podnóża... + +Zatrzymał się w przemówieniu swem młody człowiek, po chwili zaś +dodał; z goryczą: + +- Jednak... myślałem, że pan... prezes, pomimo to, raczy mnie sobie +przypomnieć. Cóż robić - omyliłem się!.. - młodzieniec powstał, +gotów do wyjścia. + +- Ale cóż znowu !.. - wykrzyknął słuchający go dotąd w milczeniu +wahającem się Dzierżymirski, a zarazem, powstawszy śpiesznie z +miejsca, przyjaźnie wyciągnął rękę ku przybyłemu. + +- Witam i przepraszam... Pamiętam te czasy doskonale, tylko pan +zmieniłeś się do niepoznania. Cóż Zboiński, cóż pan - porabiacie +teraz?.. Niechże pan spocznie, proszę bardzo... - dorzucił Roman +łaskawie i swobodnie, teraz bowiem panował już całkiem nad sobą. + +Zieliński, poznany, usiadł i ośmielony odparł: + +- Cieszy mnie niewymownie, że pan przypominasz sobie lata owe.. Dla +mnie, wyznać muszę, okres ten cały życia mego stanowi przyjemne +nader wspomnienie - urwał, i uśmiechnąwszy się ironicznie, +zachowując jeszcze swój ton sprzed chwili, dorzucił dobitnie: + +- Ba, dawniej przecie my ze Zboińskim, we trójkę, mówiliśmy sobie +"ty" nawet! + +- Cóż pana obecnie do mnie sprowadza? - przerwał Dzierżymirski +pośpiesznie, niechcący jakby, puszczając mimo uszu ostatnią uwagę. + +- Rad jestem niezmiernie z widzenia się naszego, z przyjemnością +usłużę, jeśli będę mógł to uczynić...- dodał jeszcze, jak +mógł najprzychylniej. + +Choć zmrożony nieco początkiem zdania, Zieliński spojrzał +przyjaźnie na Romana, poczem odezwał się: + +- Dziękuję, i zobowiązany jestem panu bardzo, bardzo, panie... +prezesie!., - uśmiechnął się znowu, +z goryczą - początkowo jednak winienem w krótkich słowach objaśnić +go nieco o położeniu mem obecnem. + +- Słucham - przerwał szybko Dzierżymirski i spojrzał na wiszący +mały zegarek, wskazujący w tej chwili trzy kwadranse na dwunastą. + +Zieliński dostrzegł ruch jego. + +- O! to niedługo potrwa! - pośpieszył z zapewnieniem. + +- Nic nie szkodzi, proszę bardzo... - odparł Roman. - O pierwszej mam +ważną sesyę, a że wyjeżdżam już za dni parę, obecność moja +jest tam bez opóźnienia konieczną. Ale... słucham pana... - +powtórzył znowu uprzejmie. + +- Otóż więc, streszczam - rzekł Zieliński. + +- Życie moje odmiennem potoczyło się korytem od życia pańskiego, a +nawet Zboińskiego Jana. Pan - nie ma co mówić o tem ; całe miasto +godzi się jednogłośnie, że o zdolniejszego i bardziej wpływowego +zarazem człowieka u nas trudno... Zboiński jest lekarzem na prowincyi +i wiedzie mu się niezgorzej, a ja... - tu Zieliński zatrzymał się +chwilę - zostałem za wami, panowie, w tyle, o, bardzo w tyle nawet!... +Dlaczego? któż odgadnie ?.. Zdawałoby się, że los nie poskąpił mi +zdolności; szkoły ukończyłem, z medalem, prawo, z odznaczeniem, ale, +niestety, los nie obdarzył mnie szczęściem do życia! - Młody +człowiek znowu, wzruszony jakby mimowolnie, mówić przestał. + +- Trzy lata temu - ciągnął dalej niebawem - ożeniłem się z +miłości, bez grosza... - rysy, dość regularne Zielińskiego +ożywiły się promieniem wewnętrznym - kochałem ją, tę moją +Maniutę, tak, jak kocham ją do dziś dnia jeszcze, choć jak nie +miała, tak i nie ma ani szeląga posagu!.. Obecnie mam troje +drobiazgu... - tu z kolei twarz gościa Romana zasępiła się smutnie, +zatrzymał się, jakby trudno mu było wykrztusić resztę, czoło zaś +białe pociemniało mu od rumieńca - jednem słowem - dokończył - w +domu u mnie - nędza!.. + +Umilkł, nie podnosząc oczu. Po dłuższej chwili, ciągnął: + +- Pomny naszej dawnej znajomości, przyszedłem tu, do pana prezesa, z +pokorną prośbą o posadę, o pracę, choć byle jaką, ale - płatną, +o zarobek, bo jałmużny nie zwykłem przyjmować!.. Byle z głodu nie +umrzeć... byle osłodzić życie tej kobiecie, która mnie kocha, a +której doli dotąd w żadny sposób ulżyć nie mogę!.. - wyrzucił z +siebie z mocą. + +Zamilkł i wstydząc się jakby słów własnych, nie podnosił już +wcale oczu na Romana. + +Dzierżymirski zaś z kolei przez czas ten cały śledził słowa i grę +fizyonomii Zielińskiego, a w myślach jego równocześnie stanął +wyraźnie kontrast rażący, pełny ironii, między życiem jego, a +życiem tego oto Hermana, znanego mu dobrze, jako najzdolniejszego +studenta uniwersytetu - z przed laty... Stanowczo nie popłaca być +idealistą! + +Ożenił się bez majątku... No, a gdyby tak on, Roman Dzierżymirski, +zgrzeszył był idealizmem, i biedak, ale nieposzlakowany, uczciwy, +pozbył się przed laty nietkniętych banknotów i ożenił się +następnie z jaką dziewczyną zupełnie biedną ?.. + +- No, w każdym bądź razie, jakoś dałbym tam sobie radę! - +odpowiedziało coś butnie w duchu Roman natychmiast. - Posiadam hart, +wolę, rozum, rzutkość, dar oryentowania się trafnego, i spryt - to +wiele; a on? Szlachetny, zdolny, lecz jednak trochę... głupi! + +- Ale czysty ! - ukłuło coś, jakby żądłem Romana. Spuścił +głowę i słuchając dalej losów kolegi Zielińskiego, mówił sobie +zarazem: + +- Jednak pomóc trzeba... należy. Dla wspomnień, no, i dla zasady. + +Gdy zaś dawny towarzysz mówić już przestał, odezwał się z kolei: + - Więc życzyłby pan sobie otrzymać zapewne miejsce na kolei, gdzie + jestem prezesem... Niestety, nie mogę, postanowiłem bowiem podczas + całego trwania tam moich rządów, od siebie nie narzucać nikogo... + Ale mógłbym pomieścić pana gdzie indziej. W Banku + Handlowo-Przemysłowym, na przykład, należę do zarządu... Czy znane + są panu: rachunkowość kupiecka, buchalterya i języki obce biegle, + jak francuski, niemiecki, a może i angielski`?.. + +- Niestety, nie! - odparł Zieliński. - Fachowego wykształcenia nie +posiadam, gimnazya klasyczne zaś i wydział prawny uniwersytetu nie +wyszkoliły mnie dostatecznie w żadnym z nowożytnych języków +europejskich... Co innego grecki i łacina... Co się zaś tyczy +rachunkowości, poza arytmetyką i matematyką wyższą, t. j. algebrą, +geometryą, trygonometryą, inną służyć nie mogę... + +I machnąwszy przy tych słowach ręką, w zniechęceniu, młodzieniec, +westchnąwszy smutnie, dodał. + +- Zresztą, panie prezesie, mówiąc szczerze całkiem, przekonywam się +teraz coraz bardziej, iż szkoły nie dały mi zgoła żadnej nauki +życiowej i praktycznej. + +- Ma pan słuszność, zapewne... - potwierdził Roman. - Niedaleko, +szczególniej przy obecnej nadprodukcyi w naszem mieście ludzi +fachowych, zajechałbyś pan ze swym dyplomem, ale nie martw się pan... +Spotkałeś mnie na swej drodze. Ja zaproteguję pana po pierwsze w +imię lat dawnych, po drugie, że należysz pan, jak widzę, do +prawdziwie potrzebujących pracy! - ostatnie słowa silniej +zaakcentował Dzierżymirski. - Czy ładny i czytelny masz pan charakter +pisma? + +- Owszem, staranny i czytelny w zupełności! - pośpieszył z +odpowiedzią Herman. + +- No, to dobrze - odparł Roman, i przy tych słowach sięgnął do +stojącego na biurku pudełeczka po bilet wizytowy. - Napiszę słówko +do Dyrekcyi Towarzystwa Ogniowego "Esperanza"... Z dyrektorem jestem w +ścisłych bardzo stosunkach, w tych dniach oprócz tego sam z nim +pomówię - odmówić mi nie może... Od pierwszego przyszłego +miesiąca dadzą panu posadę. Przypuszczam, iż... na początek z +jakieś 500 rubli... Będziesz pan obrachowywał, sprawdzał, a potem +przepisywał zapewne ubezpieczeniowe polisy... Jak się pan zaś +wprawisz w owem przepisywaniu, wyrobię, iż dadzą panu polisy do +kopjowania w domu, w ten sposób zarobisz pan więcej. Zgoda?... + +- Ależ naturalnie - dziękuję stokrotnie, dziękuję po tysiąc razy! +Wdzięczność moja, panie prezesie, nie ma granic!... - i zerwawszy +się z krzesła, Zieliński, wzruszony i uradowany, uścisnął z +przejęciem dłoń Romana. + +Ten ostatni, napisawszy słów kilka, zapieczętował list i powstał, a +podając go młodemu człowiekowi, rzekł: + +- Życzę szczęścia i powodzenia!.. Bardzo kontent również jestem, +że pan zwróciłeś się bezpośrednio do mnie, i że znajomość +naszą odnowiliśmy znowu... Doktorowi Zboińskiemu moje ukłony, gdy go +pan zobaczysz!.. + +I Roman Zielińskiemu podał rękę. + +- Dziękuję... Nie zapomnę tego panu nigdy!.. - z serdecznem ciepłem +w głosie odparł młodzieniec, ściskając dłoń dawnego swego +towarzysza. + +Dzierżymirski odprowadził go uprzejmie do drzwi, a gdy z Zielińskim +znikło mu z przed oczu przeszłości widmo, odetchnął swobodniej, i +zadzwonił na, lokaja. + +Ten zjawił się natychmiast, niosąc w ręku tacę z kilkoma biletami. + +- Czekają jeszcze? - zapytał Roman, i spojrzał pobieżnie na bilety, +a równocześnie wyjął z kieszeni zegarek, wskazujący już parę +minut po dwunastej. + +- Przeproś tych panów i powiedz, że dziś za późno!.. - rzucił +czekającemu słudze. + +Lokaj wyszedł, a Dzierżymirski przechadzać się począł z wolna po +pokoju i cygaro zapalił, wypuszczając od niechcenia z ust małe +kółeczka dymu. + +Cały był jeszcze pod wrażeniem ostatniej wizyty, oraz tej odżyłej z +nią tak nagle świeżo minionej przeszłości. + +I Dzierżymirskiemu czoło poorało się w drobne bruzdy, zamyślony +wciąż tak samo, nerwowym krokiem przebiegał komnatę. + +Od lat kilku, gdy ożenił się był z Olą, nie zmienił się Roman +prawie że wcale. Ta sama inteligentna i piękna twarz południowca, +taż sama młodzieńcza szybkość ruchów, oraz niezmienna wytworność +sylwetki całej - cechowały go obecnie tak, jak i przed paru laty. + +A ileż, ileż zdarzeń przewinęło się dotąd w życiu jego! + +Po odbyciu żałoby na wsi, w Gowartowie, przyjechał z Olą do miasta. +Tu, dzięki dziedzictwu pana Januarego, położeniu towarzyskiemu żony +i, odnowionym własnym stosunkom, zdobył Roman to, co do dziś dnia +posiadał. + +Energiczny, rzutki, giętki, sprytny i pełen ambicyi zaszedł wysoko. +Ola kochała go dotąd niezmiennie, ludzie korzyli się przed jego +rozumem, stosunkami, wpływami, a jednak nie był on zgoła +szczęśliwym!.. + +I teraz po twarzy jego odgadnąć to również łatwe było. +Cierpiał... + +Rozpamiętując w myślach przeszłość własną, zapomniał widać +zupełnie o teraźniejszości. Niby wczorajsze świeże, we +wspomnieniach żyły znów te lata minione, dawne... Jak fata morgana +ułudna mamiły wzrok duszy jego niedościgłą, bo bezpowrotną już +dalą, rozpierzchały się, nieuchwytne, to znów wracały jawne - +żywe! + +Widział się więc Roman w poślubnym roku miłości wzajemnej, +haszyszów i upojeń, z dysonansem śmierci teścia swego na końcu i +widział siebie potem lata całe w ciągłych zabiegach, trudach, w +prawdziwej, namiętnej energii czynu, w bezustannej gonitwie za +popularnością, wielkością i znaczeniem. + +Wznieść się!.. wznieść ponad drugich, ponad tłumy - to stało się +życia jego celem!.. Widzieć kornemi te ludzkie masy u stóp swoich - +marzeniem - pomimo samopoznania w głębi duszy, że na to wszystko nie +zasługuje się zgoła, pomimo gryzącej go, jak jad, toczącej go, jak +robak, samowiedzy, że on moralnie nie godzien może żadnego z tych, +którzy go ponad siebie wynoszą!.. + +Bo rzecz zaiste dziwna... Setki zdarzeń, tysiące ludzi przemknęły, +jak w kalejdoskopie, w życiu Romana, a tajemnica jego odległego +"wczoraj", pozostała nadal - tajemnicą... Nikt jej nie odkrył, nikt +nie przypomniał. O właścicielu dwudziestu siedmiu tysięcy głucho i +cicho było, jakby fakt ten cały był li tylko snem strasznym, +zaklętą bajką z tysiąca i jednej nocy! + +A tymczasem życie, tocząc się wartkiem kołem, pochłaniało sobą +Romana, pochłaniało go tak dalece, że bywały chwile, iż zapominał. +Ale, niestety, były to tylko... chwile. + +Sumienie uparcie czuwało bezustannie. Nie było dnia jednego, by +Dzierżymirski w cichości ducha nie uchylił głowy przed +przypomnieniem strasznem; nie mijał miesiąc, by godzin kilka, z dala +od ludzi, nie był zmuszonym przepędzić sam na sam ze sobą i z +wyrzutami sumienia. + +O! jakże pragnął on nieraz oddać to złoto cudze, jak pragnął!.. + +Oddać! Ale komu?.. Zwrócić, ale jak, nawet gdyby się i znałazł +właściciel zagadkowy, by nie splamić nieskazitelnego połysku czci +własnej, honoru i opinii człowieka, przodującego społeczeństwu +całemu?.. + +W tym samym, ozdobionym granacikową koroną hrabiowską, pugilaresie, +leżały odłożone przezeń na miejsce, owe dwadzieścia siedem +tysięcy, w banknotach i rulonach złota, schowane w tajemnej i nikomu +nie znanej skrytce. Przeznaczone dla zagadkowego właściciela - +czekały one nań tam daremnie. + +Bo gdybyż przynajmniej, choć promykiem małym, rozdarła się ta +tajemnicza ciemność, kryjąca dotąd w swych czeluściach bezustannej +zagadki prawnego pieniędzy tych pana! + +Och, wtedy, będąc choć trochę przygotowanym, niewątpliwie dałby on +jakoś sobie radę! Wolałby bowiem zobaczyć nawet roztwierającą się +przed nim przepaść bez wyjścia, gdyż ufny w swój rozum, znalazłby +je na pewno, niż widzieć ciągle przed sobą ten pełny milczenia +sfinksowy spokój, idącego przed nim ciemnego, nieodwołalnego jutra!.. +Przestraszał go on - przejmował zgrozą... + +Bo Dzierżymirski poza licznemi zajęciami swemi społecznej natury, +czynił dotąd niemal bez skutku wszystko, aby zrzucić z siebie, już +raz na dobre, gniotący go skrycie ciężar wspomnienia!.. + +Podawał więc kilkakrotnie nad wyraz przebiegle i sprytnie ogłoszenia +w pismach, nie tylko w kraju, ale i za granicą, w nadziei, iż wpadnie +na trop właściwy. + +Sam pozatem odbył kilka tajnych wycieczek do ludzi, o których +wiedział, że zgubili niegdyś, bez znalezienia, sumy większe... + +Zbadawszy ich jednak podstępnie, z ostrożna, wracał zawsze z niczem. +Zagadka trwała. + +Teraz wreszcie również, nie dalej, jak za dni już kilka, postanowił +Roman raz jeszcze uczynić próbę w tym względzie i wyjazd za +granicę, zapowiedziany przezeń, dla wypoczynku, "de facto" był +związanym ściśle z tą tylko samą, wiecznie jedną, sprawą. + +Przechadzający się wciąż szybko po gabinecie Dzierżymirski, w +chaosie jątrzących go myśli i wspomnień, schwycił się nagle za +głowę i szepnął do siebie przejmująco: + +- Och, czemuż, czemuż, na Boga, natura obdarzyła mnie sumieniem tak +czujnem, wrażliwem, czemu?.. Byłbym położenie moje brał +filozoficzniej, prościej... Wszak z pieniędzy znalezionych w rzeczy +samej korzystałem tak mało! Przegrałem je przecie wszystkie w Monaco, +do ostatniego grosza, a wygrałem z pieniędzy zupełnie innych! - +sofizmat, niezmiennie ten sam, powracał w umyśle Romana. + +O ile jednak dawniej pocieszał on go chwilami, teraz, dziś - nie +działał już bynajmniej. + +Dojrzalszy obecnie, w niejednem jeszcze przekształcony życia szkołą, +patrzący z odległości lat kilku zimniej daleko na uczynek swój +własny "przywłaszczenia", Dzierżymirski, nie wyzbywszy się dotąd +wcale wszczepionych silnie w dzieciństwie zasad uczciwości, +nieprzejednanej, prawej, czystej, - rozumiał, iż, pomimo +pochłonięcia cudzego złota przez jaskinię gry i dotychczasowej +bezkarności - zbłądził, i że wina jego zgoła nie była mniejszą. +Czuł, że życie moralne wykoleiło go niemiłosiernie, i cierpiał... + +Roman przetarł ręką rozpaloną głowę; atak apatyi nerwowej +pesymizmu, żalu i goryczy, szeroką falą napływał znowu do duszy +jego. + +W tej samej chwili na ściennym zegarze wybiło wpół do pierwszej. +Roman się wstrząsnął. + +Sesya, obowiązki, przodownictwo społeczne - trzeba być silnym!.. +Odpocznie później, gdy wyjedzie - za dni parę, teraz odwagi!.. +spokoju!.. + +I uczyniwszy nad nerwami swymi i myślą wysiłek, Dzierżymirski +wyprostował się. Rzuciwszy opodal do połowy spopielałe, cygaro, +począł porządkować śpiesznie porozrzucane na biurku papiery. + +W tej samej chwili do drzwi zapukano trzykrotnie. Roman drgnął i +odwrócił się. Poznał sposób stukania żony, co dzień bowiem, o tej +porze, Ola zwykła była odwiedzać go po pracy. + +- Entrez!.. - rzucił donośnie i czoło jego wypogodziło się +natychmiast. + +Ma ją przecież, najdroższą żonę, podporę-kochankę i przyjaciela +! Wszak wzajemnie nie posiadają przed sobą żadnych tajemnic, prócz +jednej - jedynej! + +Przez próg komnaty do gabinetu wchodziła już Ola, ubrana do wyjścia, +w kapeluszu i sukni, skrojonej elegancko i szeleszczącej jedwabiami +spódnic. + +I ona od lat tych pięciu nie zmieniła się prawie. Wypiękniała tylko +jeszcze bardziej, bujniejszemi stały się kształty i linie jej ciała, +ponętniejszemi, w całym swym czerwcowym rozkwicie, lat już niespełna +trzydziestu. + +Z uśmiechem, przywitali się małżonkowie; Roman ucałował żonę w +czoło i zapytał: + +- Dokądże to tak moja pani? + +- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franciszka z Assyżu; a ty +wychodzisz także?.. + +- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego. + +- Na którą godzinę? + +- O pierwszej się rozpoczyna... + +- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Kazałam właśnie do powozu +zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś? + +- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Przekąszę coś nie coś na +mieście... + +- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pieszczotliwie męża po twarzy, +uściskała go Ola serdecznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie +nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie... + +- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do +domu wpadnę, nigdy pani mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, +Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To +znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy +filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, +ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszystkie owe tam wasze +damskie pseudo-prace?.. + +- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy, +panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o +czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, +już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przekonaniem obrażona +niby Ola. + +I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekomarzaliby się żartobliwie +małżonkowie, gdyby nie wejście lokaja, który zaanonsował: + +- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka... + +- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, daleki już myślą od +dręczących go do niedawna wspomnień. + +- Nie przebierzesz się Romciu? - zapytała Ola. + +- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, +moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - +zapytał lekko. + +- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego myśleć się nie ośmielam - +roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj, +przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę... + +Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony. + +- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili. + +- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - odparł, śmiejąc się, +Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju. + +W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń +pośpiesznie, lokaj wskoczył na kozły i ruszyli. Znany w całem +mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, +krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo. + +Co chwila z pośród idącej po szerokich chodnikach publiczności, lub +z wymijanych powozów, kłaniał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a +oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszystkim +ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman: + +- Ale, a propos, musisz się tem zająć, Oluniu, bo ja, doprawdy, czasu +nie mam. Dziś, lub najdalej jutro, wysyłamy zaproszenia do wszystkich +naszych znajomych... W sobotę damy raut pożegnalny... J'espere, że +nic nie masz przeciwko temu, moje życie ?.. + +- Ależ, naturalnie!.. - pośpieszyła z zapewnieniem Ola, - lecz musimy +przecież złożyć wizyty... + +- Nie ja, nie ja, cherie!.. To ty za mnie nieodzownie zrobić musisz, +kochanie... Kto nie przyjdzie - pal go licho!.. A zresztą, pas de +crainte, stawią się wszyscy... + +- Dlaczego nie chcesz jechać ze mną? + +- Nie nie chcę, lecz nie mogę. Mam przed wyjazdem jeszcze zajęcia +huk! Nie możesz mieć nawet wyobrażenia, moja droga, co to znaczy +wyrwać się na miesięcy kilka, jak tego pragnę, z tego kołamych +rozlicznych obowiązków - c'est un vrai tour de force!.. - +Dzierżymirski zamilkł na chwilę, poczem kończył: + +- Bo pomyśl tylko... Tu znaleźć na czas ten cały zastępcę, tam +znów wycofać się zręcznie, by nie obrazić nikogo i załatwić +wszystkie czynności już z góry... Więc chyba rozumiesz teraz, iż w +wizyty światowe bawić się nie mogę, najwyżej do kilkunastu +wybitniejszych osobistości, i koniec. + +- Ależ dobrze, już dobrze, nie tłumacz się, nie broń - zrobię +wszystko, mój władco i panie! - z uśmiechem, pocieszyła go Ola. - +Pytałam się tak tylko... Czy wracasz dziś na obiad ?.. + +- Pas possible! - odparł Dzierżymirski stanowczo. - Akurat o szóstej +zebranie nadzwyczajne akcyonaryuszów i komitetu nowego +przedsiębiorstwa, wiesz, Komercyjno -Agronomiczny Związek krajowy... +Zjem na mieście. + +- A wieczorem? - pytała dalej Ola. + +- Muszę być koniecznie u księcia Artura, w sprawie budowy nowego +kościoła Św. Jana Chrzciciela; zebranie prywatne w jego mieszkaniu - +obiecałem. + +- Niemożliwym jesteś człowiekiem !.. - roześmiała się Ola, - ja +już o czwartej wracam do domu. + +Umilkli. Wkoło nich śmiało się w słońcu miasto; wiosna +czarodziejka nawet tu, w ciasne ogrodu mury, swój powiew balsamiczny +tchnąć potrafiła - oddychało się swobodniej, szerzej, świeżość +majowa pieściła twarze śpieszących zewsząd tłumów, śmiejących +się i wesołych. + +- Stań! - rzucił nagle i rozkaz Dzierżymirski, dotykając z lekka +laską liberyjnych pleców stangreta. Dojeżdżali do wspaniałego +gmachu Związku Kredytowego. + +Powóz zatrzymał się posłusznie. + +- A ce soir! - rzekł Roman, i lekkiem uściśnieniem ręki pożegnawszy +żonę, wyskoczył z ekwipażu. Po kamiennych stopniach krużganka +skierował się ku olbrzymim kutym drzwiom, które, w powitalnym, niskim +ukłonie, otwierał już usłużnie szwajcar miejscowy. + +Na progu gmachu Dzierżymirski obejrzał się i spotkał ze wzrokiem +Oli. Spojrzeniami wzajemnie pożegnali się jeszcze pieszczotliwie, +poczem Ola odwróciła się pierwsza, Roman zaś, ścigając ją oczyma, +zatrzymał się i uśmiechnął... + +W oddalającym się powozie, młoda kobieta po chwili, instynktownie +jakby, raz drugi spojrzała za siebie. Dzierżymirski jednocześnie +skinął głową i znikł za drzwiami, Ola zaś odwróciła się i +niedbale rozpięła białą, koronkami obszytą, parasolkę. Promienie i +blaski majowe zalśniły się jeszcze na jej postaci chwilę, i powóz +znikł, pochłonięty wielkomiejskim wirem. + +------------ + + +Kaskadą świateł i blasków płoną rzęsiście apartamenty +Romanowstwa Dzierżymirskich... + +Z pół otwartych lilii z kryształu, zdobiących gazowe po bocznych +ścianach kinkiety, z żyrandoli i lamp - tu jaskrawo, tam znów +łagodniej, drżą w dusznej atmosferze salonów pęki promieni, +spadają deszczem na tłum wesoły, elegancki i strojny, grają, +załamując się w klejnotach kobiet - pieszczą ich nagie gorsy i +ramiona, głaszczą je swym niewidzialnym dotykiem. + +Gwar stłumiony prowadzonych z ożywieniem rozmów, oraz tłok i +ciasnota panuje w kilku obszerych salonach; część tylko gości +siedzi, większość, wahadłowym ruchem płynącej fali, przechadza +się bezustannie, a raczej dyskretnie przeciska. + +Nie omylił się bowiem w przewidzeniach swych Dzierżymirski. Całe +towarzystwo i wszystkie jego sfery stawiły się na raut pożegnalny +prezesa, wice prezesa, dyrektora i członka licznych instytucyi -rade i +poczuwające się do obowiązku obecnością swą złożyć daninę +grzeczności światowej temu, kto trzymał obecnie w silnej dłoni +wątek ich spraw i interesów - natury społecznej, przemysłowej, +filantropijnej, a często gęsto i osobistej nawet. + +Pełni uprzejmości, dystynkcyi i gościnności szczerej, wśród tłumu +swych gości, uwijali się Dzierżymirscy, zmieniając się kolejno w +pobliżu wejścia pierwszego salonu, dla witania wchodzących co chwila +nowych przybyszów. W końcu jednak i ten czasowy posterunek ich okazał +się wprost niemożliwym... + +Roman i Ola zmuszeni zostali zmieszać się z tłumem rautujących +gości, ustępując sami naporowi ścisku. + +A kwadranse tymczasem mijały szybko. Liczba napływających osób +powiększała się coraz bardziej, wśród szeleszczącej zaś, barwnej +fali gości, w liberyi i pończochach, ukazywać się poczęli, +posuwając się z trudem, lokaje, z wielkiemi srebrnemi tacami... U +wejścia zaś salonów, wyparta zwiększającą się falą ludzi, +stanęła zwarta gromada mężczyzn, tamując w ten sposób po prostu +komunikacyę do przepełnionych nad miarę apartamentów. + +Młodzieniec, ciemny szatyn, nieposzlakowanie elegancki, o +impertynenckiej nieco, choć wielkoświatowej powierzchowności, +wchodził w tej chwili do mieszkania prezesowstwa Dzierżymirskich. + +Znalazłszy się niebawem poza zbitą u drzwi garstką panów, na razie +nie mógł postąpić ani kroku naprzód. Widząc to, skrzywił swe +wąskie usta, i wspiął się dyskretnie na palce. + +Ponad zbliżonemi, wypomadowanemi głowami stojących mężczyzn, +ujrzał dokładnie kołyszące się morze kobiecych biustów, główek +czarownych, pięknych, różnobarwnych tualet, gorsów i fraków i +mruknął do siebie: + +- Ho-ho!.. pas mal... + +Spojrzał następnie na stojących opodal rautowiczów. Nie znał +żadnego z nich. Żachnął się niecierpliwie i szepnął znów z cicha +do siebie, po francuzku: + +- Que diable, je ne suis pas venu ici pour garder l'antichambre... + +I jednocześnie posunął się zręcznie naprzód, potrąciwszy zaś +lekko po drodze swej paru sąsiadów, rzucił, z wytwornym ukłonem, +kilka: "Pardon", w rezultacie jednak znalazł się zaledwie o parę +kroków naprzód. + +Popatrzył znowu przed siebie, wspiąwszy się na palce. + +- Ach, przecież choć jeden!.. - szepnął z ulgą, tym razem już po +polsku, dojrzał bowiem właśnie poznanego w przeddzień Emila +Ładyżyńskiego. + +Rzuciwszy po francusku parę ugrzecznionych przeproszeń, młodzieniec +postąpił znów kroków kilka, aż stopniowo, przepraszając dalej +bezustannie, zdołał dotrzeć do Ładyżyńskiego. + +Ten już go był zoczył. Podali sobie ręce, witając się uprzejmie. + +- Eh bien, chèr comte - zagadnął, z uśmiechem pierwszy pan Emil - +jakież wrażenie z rautu "koroniarzy?.." Trudno się dostać, co? Et, +ce qui touche, gospodarza, prezesa, vous ne le verrez probablement pas, +bo jest akurat pod przeciwnym biegunem. + +- A ja właśnie muszę, bo go nie znam. Pani Dzierżymirska była tak +bardzo uprzejmą zaprosić mnie, bo złożyłem jej wizytę, lecz +prezesa, jako nader zwykle zajętego podobno, nie widziałem... + +- Ba... ba... c'est simple - potwierdził Ładyżyński - nasz +prezesunio jest to człowiek, który jest wszędzie, ale nigdy u siebie +w domu... Voulez - vous, przedstawię pana. W drogę zatem... Płyńmy, +płyńmy, póki czas!.. - zanuciwszy półgłosem wyrazy ostatnie, +rzekł starzejący się kawaler, i prowadząc za sobą przybysza, +puścił się naprzód. + +Ostrożnie, z wolna, dwaj panowie posuwać się zaczęli. Czynność to +zaś niełatwą była. Prócz obawy niezręcznego potrącenia kogoś z +wytwornego, a ścieśnionego grona - musieli oni pozatem lawirować +jeszcze bardzo zręcznie pomiędzy długiemi trenami pań... +Ładyżyński jednak radził sobie wybornie. Co chwila kłaniał się +komuś uprzejmie z daleka, lub witał z bliska, przystawał, rzucał +dowcipnych słów parę - rozstępowano się przed nim. Szedł dalej. + +- Uf, nous y voilà!..- rzucił po niejakim czasie towarzyszowi swemu. + +- Widzę Romana, jak peroruje, cà va sans dire, o społecznych +sprawach... - Och, i pani Ola jest również niedaleko!.. Quelle +chance... + +I pan Emil, odwróciwszy się, skorzystał z wolniejszej nieco około +siebie przestrzeni, wziął pod ramię młodego człowieka i zbliżać +się począł wolno, ku otoczonemu kilkoma rozmawiającymi żywo panami, +Dzierżymirskiemu. Idąc zaś, podrwiwał z cicha, cytując dolatujące +głośniejsze wyrazy i zdania. + +- A co? nie miałem racyi ? słyszy pan ? Cel społeczny, - potęga +działalności, - punkt kulminacyjny, - przesilenie finansowe - etc. i +tak dalej. Jak dowodzi, co? Prawdziwa dystyngowana wieża Babel szumnych +frazesów! + +Młody człowiek słuchał uważnie, uśmiechając się z lekka, +tymczasem zaś jednak znaleźli się obaj tuż koło grupy +rozprawiających zapalczywie mężczyzn. + +- Stój, panie hrabio, skromnie, aż ja zatamuję, przerwę ten oto +rwący potok dyskusyi!.. - odezwał się znów Ładyżyński. + +Nie okazało się to jednak potrzebnem. Dzierżymirski, bierniej od +innych biorący udział w rozmowie, dojrzał już właśnie +zbliżającego się pana Emila. Wyciągając przyjaźnie rękę ku +niemu, z serdecznością, przemówił: + +- Emilu? Jak się masz? cóż tak późno? + +Romana z Ładyżyńskim łączyły obecnie stosunki przyjaźni szczerej. +Dzierżymirski polubił szczerze tego wesołego zawsze, patrzącego na +życie trzeźwo bywalca, a przyjaciela rodziny - żony, nie mającego mu +przytem za złe - jak wiadomo - postępku ongi z Olą. + +- Bynajmniej nie za późno - odrzekł swobodnie zapytany, - od godziny +dziś tak rojno, niby u ministra... Dojść do Jego Ekscelencyi nie +mogłem... - z ukłonem, dokończył ironicznie. + +- A... tak. Rzeczywiście. Żegnają mnie czule, - w tym samym tonie +odparł z uśmiechem Dzierżymirski. + +- Czy widzisz, Romanie, - ciągnął Ładyżyński - tego młodzieńca w +monoklu, z takiem znawstwem dyskretnem oglądającego w tej chwili tors +hrabiny P ? + +- Widzę i nie znam!.. - zadziwił się Dzierżymirski. + +- Co? pas possible!., - zadrwił pan Emil. - Nie znasz swoich gości? O, +panie prezesie, wstyd i hańba!.. No, ale nic, wybawię cię z kłopotu +i przedstawię ci go. Ja go znam!.. + +- Jak się nazywa? Il a l'air assez bien!.. + +- Parbleu, çà va sans dire. Potomek znakomitego rodu: hrabia +Topola-Topolski - objaśnił Ładyżyński, z ironią. + +- No, już "Topola", to pewnie dodatek twój, Emilu - zaśmiał się +Roman - ale skądże go wyrwałeś?.. + +- Przybył z Galicyi, rodem z Księstwa Poznańskiego - zaprosiła go +twoja żona. Strzeż się, prezesie, pani prezesowa ma swoich +protegowanych!.. + +- No, nie gawędź, przedstaw mi go, bo biedak się zanudzi, tak +czekając - rzekł Roman, i ująwszy ramię przyjaciela, skierował się +ku Topolskiemu, idąc zaś, nachylony dyskretnie, szepnął: + +- Tylko nie przedstawiaj mi go comte Topolski, bo ja zmuszonym będę +wobec drugich uczynić to samo... Przecież to nonsens wierutny +tytułować jakiegoś tam Topolskiego hrabią tu u nas, gdzie roi się +od autentycznych, historycznych rodów... + +- E !.. daj pokój, obrazi się, zresztą bogaty i epuzer... - odrzekł +z niechęcią Ładyżyński - in faut lui laisser son illustre illusion. + +- Ależ właśnie, przeciwnie! - przerwał Dzierżymirski. - "Bez +złudzeń", to najlepsza reguła. Et je t'en prie, zrób, jak cię +proszę... + +- No, dobrze, dobrze... Uspokój się zresztą... Połknę "comte", ale +jeśli mnie ten dudek wyzwie na pojedynek, to musisz być sekundantem! - +zawyrokował, po swojemu, Ładyżyński. + +- Monsieur Topolski... - szybko wyrzucił po chwili, gdy znaleźli się +koło czekającego na nich młodzieńca. + +- Dzierżymirski... + +Pośpieszył osobiście przedstawić się Roman uprzejmie i natychmiast +zagaił rozmowę. + +- Bardzo mi miło widzieć u siebie gościa z za Kordonu... Wszak pan +przybywa z Galicyi?.. + +- Tak jest. Wczoraj właśnie miałem zaszczyt przedstawić się... i +tam dalej - recytował pośpiesznie Topolski banalną światową +odpowiedź, wyjaśniającą jego tutaj obecność i dotychczasową +znajomość z gospodarzem. + +- Nie zna pan zatem pewnie wiele osób - wysłuchawszy go cierpliwie do +końca, przemówił Dzierżymirski - tymczasem przedstawię pana par ci, +par là, zgoda?.. Venons! - dorzucił przyjaźnie. + +- Bonsoir, monsieur le comte! - w tej samej chwili tuż obok nich +rozległo się powitanie zwrócone do młodzieńca, i przed trzema +panami stanęła Ola, w prześlicznej jasnozielonej sukni balowej, +mieniącej się, przetykanej srebrem, wdzięcznie ubranej kwieciem +wodnych nenufarów. + +Topolski skłonił się wytwornie i przywitał z gospodynią domu, oraz, +z wprawą obytego światowca, rozpoczął natychmiast rozmowę. + +Po twarzy Dzierżymirskiego tymczasem na słowa powitalne żony +przemknęło niezadowolenie widoczne i skrzywił się nieznacznie. +Postał chwilę w niepewności, poczem, zrezygnowany, rzucił +Topolskiemu uprzejmych słów parę i znikł w tłumie gości. + +Topolski tymczasem, pomimo powierzchowności, na pierwszy rzut oka +aroganckiej nieco, okazał się miłym i wprawnym "causeur em", a idąc +wolno obok Oli, z ożywieniem rozmawiać z nią nie przestawał. + +- Jak to? - mówiła Dzierżymirska - więc to pan odziedziczył +majątek w naszych stronach... Wolno wiedzieć nazwisko dóbr +pańskich?.. + +- Szczęsnaja - odparł Topolski. + +- Ależ to zaledwie o pięć mil od Gowartowa, gdzie z mężem mieszkamy +- objaśniła towarzysza Ola. - Śliczna rezydencya, znam z widzenia... +Nie przypuszczałam zgoła, że będę miała w pana sąsiada. Bardzo mi +miło! - dokończyła uprzejmie. Topolski skłonił się, rzuciwszy +jednocześnie zdawkowo - banalną grzeczność. + +- To pan dziedziczy po hrabi Teodorze Irenhauzie? wszak prawda? - +pytała dalej Ola. + +- Tak, pani; to był mój dziad stryjeczny... - Tak? no, widzi pan... +Znałam doskonale swego czasu dziadka, pańskiego, nous sommes donc en +pays de connaissance... Był to bardzo dystyngowany, zacny i miły +człowiek... + +- Oh, vous êtes bien aimable, madame...- zaczął swą wytworną +francuszczyzną młodzieniec, lecz przerwała mu, snać +niedosłyszawszy, Ola: + +- I objął pan już swe dobra ?.. + +- Nie, pani, jadę tam dopiero za parę tygodni... + +- Pozna pan zatem Ukrainę, - ciągnęła dalej swobodnie młoda +kobieta, - kraj to cudny, śliczny, zobaczy pan... Ja go tak lubię, tak +kocham, z całego serca!.. - kończyła, z ożywieniem. + +- Ot bynajmniej nie jest mi obcą Ukraina - pośpieszył z odpowiedzią +Topolski. - Zaznałem już jej uroku, bywałem bowiem u stryja dawniej, +et je suis tout à fait de votre opinion madame, c'est un pays +charmant... Tyle wdzięku, cichego czaru, w tych drzemiących stepach i +polach, tyle poezyi, w jej dumkach, a tyle, tyle tęsknoty we +wszystkiem!.. - z zapałem, wygłosił ostatnie słowa Topolski. + +Ola, po raz pierwszy, spojrzała nań uważniej. Twarz młodzieńca w +tej chwili pozbyła się całkiem nałożonej konwenansowej maski +światowca, złagodniała jakby i wypiękniała. + +Przesunąwszy uważnie swe rozumne spojrzenie po twarzy swego +nowopoznanego sąsiada wiejskiego w przyszłości, Ola zdziwiła się w +duszy niepomiernie, tymbardziej, że nie poza bynajmniej, ale +przeciwnie, szczerość w ostatnich słowach jego dźwięczała. Nie +spodziewała się podobnego zwrotu w rozmowie banalnej przeciętnego +salonowca, za jakiego wzięła nowego gościa, zamyśliła się zatem +chwilę, umilkła, i dopiero, w parę minut później, przypomniawszy +snać sobie obowiązki gospodyni, uprzejmie bardzo zwróciła się do +Topolskiego. + +- Gawędzę z panem, et j'oublie tout à fait, comte, que vous +connaissez ici très peu de monde... Wszak prawda? Przyjechał pan dni +temu parę zaledwie... Przedstawię pana... donnez moi votre bras, s'il +vous plait. + +Z wdziękiem, Topolski podał natychmiast Oli swe ramię, rozpływając +się jednocześnie w podziękowaniach, grzecznościach i zasypując +zręcznymi komplementami młodą kobietę... Uprzejma gospodyni +tymczasem prowadziła go ku grupie siedzących starszych dam. Im +naprzód przedstawiwszy gościa, skinęła następnie na jednego z +kręcących się bezczynnie młodych ludzi, a zapoznawszy z nim swego +protegowanego, poleciła zaprezentować go młodszym paniom i pannom. + +- Comte Topolski... hrabia Topolski... monsieur le comte Topolski...- +rozległo się po chwili tu i tam po salonach, w milknącym właśnie +rozmów gwarze, tło fortepianu bowiem, stojącego na zaimprowizowanej +estradzie, zbliżała się w tej samej właśnie chwili sławna +artystka, śpiewaczka włoska... + +Akompaniować jej zamierzał znany profesor i muzyk. + +Topolski zaczął przyciszonym głosem zabawiać grupę pań i panien, +wespół z wyfraczoną i wymuskaną młodzieżą, uwaga zaś powszechna +zwróciła się jednocześnie na młodą i piękną Włoszkę. + +Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w końcu, niby morze, +tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem... + +Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a +w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, +o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w +harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała +uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba +Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości... + +Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała +pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice +miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania +Dzierżymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzącego w zadumie w +jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana. + +Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną +artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie... + +Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na mający się rozpocząć +wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był +tutaj. + +Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, słysząc daleki, +cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony +pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, +marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał +nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się +wcale... + +Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, +trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, jakieś struny w jego duszy, +kwiliły cicho, grały... + +Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potężniał... + +Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, donośne, słowa pieśni +zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, +wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy +Dzierżymirskiego, i zgasły... + +Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco +oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery... + +Roman przetarł dłonią czoło i powstał... Trzeba było powracać do +obowiązków niestrudzonego gospodarza domu. + +A tak dobrze było mu tutaj! Dawno nie pamięta tak cichej, niczem nie +zamąconej chwili, bez zgrzytu żadnego, bez rozterki... + +Rozterka!.. Była przecież ona jego życiem. Tak. Nie tem zewnętrznem, +dla ludzi, dla świata, ale tem prawdziwem, wewnętrznem - dla siebie. + +Cień smutku powlekł piękne rysy Dzierżymirskiego; rozpamiętując +coś, zadumał się on znowu. + +Nagle brwi zmarszczył, i jakby przypomniawszy coś sobie, sięgnął +szybko do kieszeni fraka, skąd wyjął welinową podłużną kopertę. +Rzuciwszy uważnem okiem na wypisany, drżącą ręką, dokładny adres, +odczytywać go począł. Był to zaś list do niejakiego pana Wiktora +Orlęckiego w Paryżu. O pismo to chodziło Romanowi bardzo od kilku +już tygodni, to jest od czasu, gdy się dowiedział, że wzmiankowany +powyżej, Wiktor Orlęcki, zamieszkał w stolicy świata z +oszczędności i musu po stracie -majątkowej, wynikłej, jak mówiono, +ze zguby, przed samym terminem licytacyi majątkowej, sumy pieniężnej. + +Opowiadanie to, posłyszane przypadkiem, uderzyło Romana +Dzierżymirskiego. Rodziny Orlęckich nie znał, szczegółów +dowiedzieć się nie mógł... Wiadomość ta jednak niepokoiła go; +ogarniać go poczęła chęć niezbadana stanowczego zobaczenia się, z +owym Wiktorem Orlęckim, oraz wybadania go zręcznego. + +I od chwili tej nie znał już pragnień innych... + +Wreszcie poznał się umyślnie pewnego dnia z bogaczem, sławnym +odludkiem i dziwakiem, Hugonem Orlęckim, jedynym krewnym +zamieszkałego, w Paryżu Wiktora, by w jakikolwiek bądź sposób móc +dotrzeć przez niego do nieznanego mu zgoła człowieka, a +trzymającego, może, kto wie, nić jego własnej zagadki! Dziś +dopiero, na kilka godzin przed rautem, udało się zdobyć list od +starego samoluba, dla którego napisanie go nawet było ofiarą +niewątpliwie wielką, zerwał bowiem zupełnie stosunki ze swym +krewnym. + +Pismo to było w kwestyi oderwanej całkiem; treść, poddana przez +samego Romana, polecała tylko oddawcę w pewnej sprawie względem +synowca starego bogacza, posiadając jednak list ów w kieszeni, +Dzierżymirski odetchnął. Łatwiej mu już bowiem było, mając +sposobność poznania owego Orlęckiego, potrącić w rozmowie z nim o +temat pieniężnej zguby, którego, jako obcy zupełnie, prawdopodobnie +tknąć by nawet z nim nie mógł. + +- Ba!.. jeszcze jeden... - westchnął Dzierżymirski i skierował się +śpiesznym krokiem ku rozbrzmiewającym już wrzawą salonom. + +Tam, po uczcie artystycznej ducha, przechodzono właśnie do dużej +pustej jadalnej sali, by z kolei przystąpić do uczty ciała i +pokrzepić się jadłem, za stawionem pokaźnie i suto, na olbrzymim +podłużnym, przybranym kwiatami, stole. + +Roman stanął w cieniu portyery, u wejścia jednego z ustronnych +buduarów, gdzie w tej chwili nie było nikogo, i objął spojrzeniem +swych gości. + +W jego ogromnych salonach było już nieco przestronniej; tu i tam +siedziano jeszcze, rozmawiano, lub przechadzano się swobodniej... +Wypuklej występowały teraz wspaniałe toalety kobiet, mieniły się +tęczowymi kolory. + +Na alabastrowych szyjach, piersiach i ramionach wachlujących się +zalotnie dam, łatwiej można było dojrzeć obecnie wspaniałe +klejnoty, połyskujące, na równi ze spojrzeniami ich oczu... + +Na lewo zaś, ku sali jadalnej, ścisk natomiast panował. Wiele osób +dyskretnie w ostatnim, trzecim z rzędu, salonie, oczekiwało, rautując +tymczasowo, kolei swej, bo przy stołach biesiadnych pełno już było +gości, posilających się, przeważnie stojąc, wystawną, urządzoną +na zimno kolacyą. Paniom i pannom usługiwali panowie, jedząc, +flirtując, śmiejąc się i bawiąc wesoło. + +Obejmując sale wzrokiem, dłuższą już chwilę stał tak +Dzierżymirski, a na twarzy jego, w ślad za +pewnym jakby odblaskiem wewnętrznej próżności, zawitał teraz +melancholijny cień... + +- Przyszli tutaj - myślał - tak, stawili się z różnych obozów, +sfer, przybyli i wielcy, i mali, bawią się obecnie swobodnie, weseli, +splatając zarazem swą obecnością dług grzeczności światowej, +zaciągnięty u niego - pożyczkę moralnych usług, czynności, +zabiegów... + +Ha, zapewne! Lecz gdyby tak oto niespodzianie, nagle, dowiedzieli się +tutaj oni wszyscy, co poza jego, Dzierżymirskiego, powłoką się +kryje, gdyby w zawrotną głąb duszy jego zajrzeli!.. + +O, niewątpliwie! Przeczytawszy ukrytą tam tajemnicę, odwróciliby +się ze wzgardą... + +Dzierżymirski nieuczciwy? Jak to?.. Prezes, wiceprezes, człowiek +czynu, energii, żelaznej woli, nasz najzdolniejszy, znany i poważany w +szerokich kołach miasta?.. + +Jakaś pełna zgrzytów, piekąca ironia roześmiała się na glos w +duszy Romana. + +- Ha-ha-ha!.. ha-ha-ha !.. Oszukujesz ich ty!.. Ty, czczony, wielki! +Zasypujesz im oczy błyszczącym piaskiem, kpisz sobie w duchu z nich +wszystkich!.. + +Roman wstrząsnął się... W przywidzeniu nagłem ujrzał on te klasy, +sfery - tych wszystkich, przechadzających się przed nim, strojnych +ludzi, unikających jego wzroku, ukłonu, uchylających się od podania +mu ręki, ze wzgardą zimną, suchą na obliczu... + +I Dzierżymirski, wzburzony nagle, podniósł głowę hardo, +wstrząsnął bujną czupryną, śniada twarz jego przybrała wyraz +energii, oraz niezłomnej woli, i wyszeptał: + +- Nie dam się, nie dam!.. - zacisnął instynktownie pięści i +dokończył ciszej jeszcze: - Korzą się oni przede mną, kornymi +zostaną; bo ja tak chcę i tak być musi!.. + +Dzierżymirski bowiem w tej chwili nie bał się rzeczywiście ciemnej, +nierozwiązanej jeszcze życia zagadki - ufał w siebie!.. + +W ukryciu swem, niedostrzeżony przez nikogo, stał długo jeszcze... +Uspakajał się stopniowo, a z równowagą umysłową, wywalczaną +zwykle wolą żelazną - codzienny, tajony przed drugimi, smutek, pełny +samowiedzy, po raz setny znowu wstępował do duszy jego. + +- Galernikiem jestem!... - szepnął Roman z goryczą. - Nie tym, z +piętnem ludzkiej sprawiedliwości na czole, potępianym, ale może +gorszym jeszcze, bo moralnym - tym, któremu honory pod nogi rzucają +hojnie, a on je z rumieńcem wstydu ukryć by rad przed sumieniem, lecz +nie może!. W ciemnię zagadki wpatrzony błędnie, wijący się +bezustannie w ducha rozterce, niewolnikiem błędnego koła +przeznaczenia własnego jestem, bryzgającym światu fałszem mego "ja", +potrafiącym go odurzyć komedyą, graną znakomicie, nie mogącym zaś, +niestety, zagłuszyli tylko - siebie!.. + +(przypis - tu książką jest spalona, elementy wzięte w nawias +kwadratowy są dokończeniem wyrazu, bądź oznaczeniem przerwy w +tekście) + +I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z +niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed +lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły +swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - +przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po +salac[h ]. + +Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, +przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] +szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały +się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem +głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana. + +- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z +tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście +dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój +się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i +pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł +poprzez salony. + +Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie +długo nie było go pomiędzy gośćmi. + +- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić +musiałem korespondencyę... - skłamał gładko. + +- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się +Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, +to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon +godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!.. + +(przypis - druga strona spalenizny) + +[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i +panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ +]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, +zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty. + +[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał +się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem +znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała +go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed +chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj +czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem +wreszcie... + +To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem +Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał +chwilowo o wszystkiem. + +Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, +przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut +prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwojoną zabawą i +rozmową. Na wszystkich prawie twarzach widniało szczere zadowolenie, +co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej +uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli. + +Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśniącej fali zaproszonych +osób, migały szybko, znajdowały, zdawało się, wszędzie, by tylko +uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem +przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości. + +Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach ukazywać się poczęło coraz +więcej swobodnego miejsca... + +Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy +dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery +inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca +zatętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczyły ogniki u +latarń dziesiątek powozów i karet. Rozjeżdżało się tłumnie i +coraz szybciej. + +U wejścia wyludniających się coraz bardziej salonów, znowu stali +teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad +wyraz. + +- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowartowie?.. - rzuciła na pożegnanie +Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu. + +- Najmilszym to dla mnie będzie obowiązkiem!.. - zabrzmiała, w +ukłonie wytwornym skwapliwa jego odpowiedź. + +******************************************* + +Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, +zajrzała w swej gwiaździstej szacie do salonów Dzierżymirskich. + +Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią +perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła +głów siedzących w zacisznym buduarze Romana i Oli. + +Ola z lubością wciągnęła w piersi oddech wiosennej nocy, poczem +rzekła: + +- Ach, jak przyjemnie... czujesz, Romciu? Co za miły i świeży +powiew!.. + +Dzierżymirski, palący w zamyśleniu papierosa, spojrzał na +wdzięczną postać żony, opiętą zgrabnie w śliczną dekoltowaną +suknię, i dłużej zatrzymawszy na niej spojrzenie, milcząc, z +uśmiechem skinął potakująco głową; po chwili zaś rzucił +papierosa precz od siebie i przysunąwszy fotel bliżej do kanapki; +gdzie siedziała Ola, położył miękką dłoń swą na jej małej +rączce. + +- Wiesz, kochanie - rzekł łagodnie i z wolna - że ja już jutro do +Paryża jechać muszę... + +- Już jutro?.. - wykrzyknęła ze zdziwieniem Ola. - Mieliśmy jechać +razem do Gowartowa - dodała następnie z żalem - a ty za granicę +dopiero później... + +I oczy Oli pociemniały nieco, na twarzy zaś odbił się cień +widocznego jakby rozczarowania. Dzierżymirski uśmiechnął się na tę +minkę niezadowoloną. + +- Dba jednak o mnie i kocha... - przemknęło mu przez myśl, poczem +łagodnie, głaszcząc dłonią rączkę Oli, mówił pieszczotliwie +znów dalej, paliły go już bowiem gorączką: list schowany w kieszeni +i nadzieja wpadnięcia może na tak dawno poszukiwany trop. + +- Wierz mi, zwlekać nie mogę, muszę jechać natychmiast... Zresztą +przyjadę do Gowartowa później. + +- Ależ wczoraj jeszcze - żachnęła się Ola - mówiłeś mi, że nic +tak dalece pilnego nie powołuje cię... + +- Ho-ho gniewy!.. - zauważył lekko i żartobliwie Dzierżymirski. - +Cóż to, może moja pani chciałaby mnie mieć tak ciągle à ses +trousses?.. - I mówiąc to, powstał, zbliżył się do żony, a +ująwszy jej obie dłonie, położył je uśmiechnięty sobie na twarzy +i wargami muskać począł delikatnie, bawiąc się jednocześnie +brzęczącemi na rączkach Oli bransoletkami. + +- Oj, kotku, koteczku ty mój drogi, kochany! wczoraj... - +przedrzeźniał z kolei - wczoraj nic nie wiedziałem jeszcze, a +dziś... - tu Roman spuścił oczy - na raucie właśnie uchwaliliśmy +razem z członkami nowozakładającej się współki Przemysłu +Fabryczno - Krajowego, że ja, jako delegowany, muszę, jechać +czemprędzej do Paryża, w celu obejrzenia na miejscu udoskonaleń +fabrycznych... + +Roman umilkł, puścił delikatnie dłonie żony i wyjął ruchem +szybkim zegarek. + +- Oho - po trzeciej... Późno, cherie, już kłaść się pora - i +kończąc jakby poprzednią rozmowę, dorzucił: - No, i cóż, moje +życie, widzisz teraz, iż nie jechać jutro nie mogę... + +- Zapewne. Ty zawsze nie możesz, gdy nie chcesz! No, ale cóż +robić... Jedź... Tylko w takim razie proszę mi długo tam nie +siedzieć i pisać listy codziennie. Koniecznie... By nie zapomnieć o +mnie zupełnie - tu Ola z uśmiechem pogroziła mężowi palcem i +dodała jeszcze: - bo Paryż - Paryżem, ho, ho, ja znam się na tem!.. +Nie oszukasz mnie tak łatwo... + +- Ale cóż znowu? - żachnął się Dzierżymirski, ale tym razem +zupełnie szczerze. - Cóż za myśli - uśmiechnął się, a potem +dorzucił całkiem poważnie: - Wiesz przecie, że prócz ciebie, żadna +na świecie kobieta nie obchodzi mnie zgoła!.. + +Z wdzięcznością spojrzała nań Ola. + +- Wiem i wierzę - rzekła - a ponieważ i mnie tęskno bez pana mego +będzie, więc i ja jutro pojadę... + +Zatrzymała się, spojrzawszy filuternie na męża, cień bowiem +mimowolny przebiegł po twarzy jego... + +- Nie, nie do Paryża!.. - roześmiała się szczerze, jakby myśli +Romana zgadując - ale do Gowartowa!.. + +Uśmiechnął się z kolei Dzierżymirski. + +- Dobrze! - wykrzyknął wesoło. - Zatem jutro - marsz! Ponieważ zaś +pociąg mój wychodzi później od twego, wyślę pakunki nasze przez +służbę i odwiozę cię na kolej powozem. A teraz - ciągnął dalej - +spać!... Dobranoc, kochanie, zmęczoną jesteś. + +Pocałował Olę serdecznie w obie ręce i czoło - małżeństwo +znużone rozeszło się... + +Niebawem w apartamentach prezesowstwa Dzierżymirskich pogasły +wszystkie światła. Cisza i uśpienie, prowadząc się za ręce, +wstąpiły do rojących się tak niedawno od ludzi salonów, buduarów - +rozpostarły się wszędzie i mrokiem sennym otuliły wszystko dokoła. + +-------- + + +- Paris!.. Tout le monde descend!.. Paris!.. + + Okrzyk ten jędrny, donośny, a wyrzeczony najczystszym francuskim + akcentem, obił się o słuch pasażerów pociągu, podjeżdżającego + pod oszklone arkady paryskiego dworca, i zbudził drzemiącego w + wagonowym przedziale Dzierżymirskiego. + +- Par... - ris !.. - zabrzmiało przeciągle raz jeszcze pod samem oknem +wagonu i drzwiczki szybko roztworzono nagle... Roman zerwał się, a +pochwyciwszy podróżną torebkę, wyskoczył śpiesznie na peron. + +Bieganina, ruch, zgiełk, ogarnęły go natychmiast, oszołomiły +chwilowo całkiem; w parę minut dopiero, zoryentowawszy się, poszedł +Dzierżymirski do rewizyjnej sali, gdzie pobieżną z bagażem swym +załatwiwszy formalność, w kwadrans później znalazł się już w +dorożce, na bulwarach. + +Zapaliwszy cygaro i rozparłszy się wygodnie, z przyjemnością +przypatrywał się on teraz od bardzo już dawna nie widzianej +nadsekwańskiej stolicy. + +Środkiem bulwaru Sewastopolskiego, ulicą, wymijały go ogromne, +zielone tramwaje elektryczne, różnobarwne omnibusy konne, ekwipaże, +samochody; cały zastęp ruchliwy pojazdów tamował co chwila wir +miasta, na sekund kilka wielokrotnie zatrzymywać się była zmuszona +wioząca Romana dorożka; policyjna w mantylach ciemnych krzykliwie +czyniła porządek - poczem ruszano znowu. + +A pod wyniosłemi drzewami, po bokach, snuły się pośpiesznie +przechodniów roje; na werandach mnogich kawiarni, zajmujących część +chodnika, pełno było również i gwarno od konsumentów - płci obojga +oraz różnych stanów. + +I jakiś prąd kiełkującego, czynnego bezustannie życia, lecącego na +oślep jakby przed siebie, niepomnego byłego, znikłego już "wczoraj", +w ciągłej, śpiesznej pogoni teraźniejszości i jutra - bił od tych +uganiających się mas ludzkich, zawrotną siłą ciągnął jakby ku +sobie - pochłaniał i wabił... + +W płuca swe wciągając bezwiednie tchnienie tego życia, toczącego +się z łoskotem swego perpetuum mobile, Roman dojechał wreszcie do +jednego z centralnych hoteli, gdzie rozlokowawszy się niebawem, +znużony położył się i zasnął. + +Przespawszy w kamiennym śnie zmęczenia dobrych godzin kilka, +Dzierżymirski zabrał się energicznie do celu swego tutaj przybycia. +Wybiegł na miasto. + +Dla oryginalności i pod wpływem przypomnienia używanej za studenckich +jeszcze czasów jazdy na "impérial'i" omnibusów, "pan prezes" +usadowił się na dachu jednego z nich i z zadowoleniem, rozglądać +się począł wokoło. + +U stóp jego, blisko, w granitowem podłożu toczyła sennie swe ciemne, +stalowe fale Sekwana. U jej brzegów w oddali, na lewo, wznosiły się +ponure nieco kwadraty wieżyc katedry Notre Dame, w prawo zaś majaczył +Luwr olbrzymi. Dalej znów błyszczał ozdobami most Aleksandra III-go, +odcinała się na tle nieba wieża Eiffel - w perspektywie, kopuła +pałacu Inwalidów złociła się w promieniach majowego słońca... + +A po Sekwanie, krążąc, uwijały się parowe statki, zatrzymywały +się u licznych przystani, obsługując bezustannie mieszkańców +stolicy. + +Trzęsąc niemiłosiernie, żółtawy, w trzy siwe konie zaprzężony, +omnibus zatrzymywał się właśnie na jednym z przystanków, gdy +obserwujący ciągle Paryż Dzierżymirski, zdał sobie nagle sprawę, +że mieszkanie Orlęckiego może być już blisko, i począł schodzić +szybko po krętych schodkach, łączących piętnastocentymową +impériale z trzydziestocentymowym padołem. + +Znalazłszy się na bruku, Roman przyśpieszył kroku, i wyminąwszy +kilka wąskich zaułków, znikł w bramie jednego z domów. W chwilę +później dzwonił na krętych ciemnych schodach starej, jak świat, +kamienicy - u drzwi pomieszkania Orlęckiego. Otworzyła mu młoda, +fertyczna służąca, w charakterystycznym białym czepeczku na głowie. + +- Monsieur Orlęcki? - zapytał Dzierżymirski. + +- Sorti et ne reviendra qu'a dix heures du soir - posłyszał zwięzłą +odpowiedź. + +Zawiedziony Roman skrzywił się, z niechęcią i zagadnął: + +- A jutro o której godzinie zastać go będzie można? + +- O, jutro zgoła co innego. W Niedzielę pan przyjmuje od drugiej do +obiadu - poinformowała przybysza młoda Francuzka. + +- A zatem przyjdę jutro o tejże godzinie - odparł Dzierżymirski, i +sięgnąwszy po bilet wizytowy, oraz list Hugona Orlęckiego, wręczył +je służącej, + +- Proszę oddać to panu... Do widzenia!.. - skinął głową uprzejmie. + +- Bonjour, monsieur!.. - odwzajemniając się dzień dobrym, według +miejscowego zwyczaju, pożegnała go dziewczyna uśmiechem i zalotnem +błyśnięciem czarnych oczu. + +Wydostawszy się na ulicę, Dzierżymirski, niezadowolony ze zwłoki, a +cały pochłonięty nadzieją rozwiązania za pomocą Orlęckiego +dręczącej go zagadki - szedł naprzód przed siebie odruchowo czas +dłuższy. Od otoczenia swego daleki jeszcze myślami, nagle zatrzymał +się jednak, spojrzawszy uważnie dokoła siebie. + +Znajdował się obok filarów wejściowych Panteonu - przed nim zaś w +perspektywie już bliskiej zieleniał za kratą ogród Luksemburski. + +Pustymi chodnikami skierował się w tą stronę; wkrótce był już w +ogrodzie i iść zaczął bez celu szerokiemi alejami, niebawem zaś +znalazł się na obszernym tarasie. Na lewo, w oddali, zamajaczyły +wieżyce Obserwatoryum, przed nim wznosiło się muzeum Luksemburskie. + +- Wpadnę tam i obejrzę, co jest!.. - pomyślał, zadowolony nagle na +widok gmachu, a ponieważ wejście do pałacu nie było od ogrodu, lecz +od strony bulwaru Ś-go Michała, Dzierżymirski skierował się boczną +aleją parku ku wyjściu, na prawo. Twarz chmurną, znudzoną, okrasił +mu uśmiech; przestąpił sprężyście próg muzeum i spojrzał +jednocześnie na zegarek - mijała czwarta, podwoje pałacu zaś +zamykano o piątej. + +- Zdążę chyba zobaczyć wszystko!.. - mruknął, kontent już tym +razem zupełnie, z przyjemnego zabicia czasu. + +I rzeczywiście.. Pod wpływem bowiem pierwszego rzutu oka na salon +sztuki, Dzierżymirski zapomniał o wszystkiem, co go dręczyło. + +Znajdował się w otoczeniu, ustawionych w pierwszej sali, licznych +rzeźb nowożytnych... + +Więc oto najprzód spojrzenie jego przykuła ustawiona na małem +wzniesieniu, w pobliżu wejścia, rzeźba Moreau-Vauthier'a, a była +nią postać naga, leżącej na wznak, w lubieżnej pozie i upojeniu, +bachantki, z gronem winogron w lewej dłoni... Naturalność pozy i +ruchu, a szczególniej modelowane doskonale ciało kobiece, tętniące +po prostu w zimnym białym marmurze, żarem krwi młodej - zatrzymało +dłużej na sobie wzrok Romana. + +Rozglądając się, przystając co chwila, poszedł dalej!.. I niebawem +znowu zapatrzył się dłużej, tym razem przed przegiętą w tył, w +stojącej postawie, i unoszącą się jakby w przestrzeni, postacią +nagiej również dziewczyny. Oczy jej były przymkniętemi, twarz owiana +mgłą uśpienia, w ręku trzymane chwiało się kwiecie... + +Było to "Złudzenie" F. Charpentier'a, oddające subtelnie pochwyconą +nieuchwytność illuzyi, jak sen, jak marzenie, nieujętej - +rozpływającej się jakby w przestrzeniach... + +Niezrównanem bowiem oddaniem czaru uśpionych pięknych rysów +kobiecych, zdawało się, że znajdujący się tutaj przedstawiciele +rzeźby turniej urządzili sobie. + +Wśród wielu innych w tymże rodzaju posągów, wyróżniała się +jeszcze rzeźba, nader piękna, zatytułowana : "Wspomnienie". Twórcą +jej był Mercié Autonin. + +Przedstawiała ona młode dziewczę, o rysach drobnych, z głową +przechyloną w tył nieco, z obliczem, tonącem jakby w głębokim, +cichym śnie. Na kolanach jej, na ziemi - wszędzie, widniały rozsypane +kwiaty; dwa gołąbki, niosąc w dzióbkach również kwiecie, leciały +ku niej, rozmarzonej cicho, we wspomnieniu dalekiem... + +Poświęciwszy względnie dość czasu na rzeźbę, Dzierżymirski +przeszedł spiesznie do salonów, zawieszonych obrazami, dochodziła +już bowiem godzina zamknięcia. Szybko, jak mógł najuważniej, +począł oglądać obrazy wszystkie; w ten sposób dobiegł do sali +ostatniej. Poczem, wolniej nieco, powracać zaczął. + +I teraz w jednym salonie uwagę jego zwrócił nader oryginalnie, bo, +jakby całkiem po świecku traktowany, a mimo to nadziemskością +tchnący, obraz: "Najświętsza Marya Pocieszycielka..." Z ram patrzyła +na widza, natchnionego oblicza, o dużych oczach czarnych, siedząca +postać Niebios Królowej... Na kolanach Jej, rzucona na klęczkach, +oparła się kobieta, z twarzą ukrytą, z rękoma załamanemi, w +bezbrzeżnym bólu, szukająca na łonie Świętej Maryi pocieszenia! U +stóp tych dwóch postaci kobiecych - poniżej, leżało wdzięcznie +uśpione dzieciątko, śniło, osypane całe, obrzucone puchem białych +róż śnieżnych, w rozkwicie... + +Dzierżymirski, zachwycony wdziękiem i poezyą, bijącemi z obrazu +tego, pędzla "Bouguereau"; po chwili znów pospieszył dalej. + +Naraz zatrzymał się ponownie. Ujrzał bowiem naprzeciwko siebie obraz +dość duży, przez Detaille Edwarda. Nosił miano "Le rêve (Sen)". + +Na olbrzymiem oto polu, otuleni płaszczami, z czapkami nasuniętemi na +czoło, pokotem, jeden obok drugiego, leżą setki odpoczywających, +pogrążonych we śnie żołnierzy... Poranek cichy; niebo hen! daleko +zaróżawia się leniwie jutrzenką, - wśród śpiących ludzi +błyszczą w szarem świtaniu rzędem poustawiane, ułożone w kozły +bronie, a gdzieś z boku, blisko, dogasa już ognisko... + +Lecz cóż to za cienie majaczą tam, w górze, nad nimi? + +To górą, w obłokach, płynie mgłą przesłonięty jakiś hufiec +inny, zwycięzki - mar i duchów, nie ludzi!.. Grzmi tam muzyka, +bębnią, strzelają, proporce się chwieją, chorągwie szumią... +tamci, tam, zwyciężają niezawodnie!.. + +I ponad głowy uśpionych żołnierzy, których potwór wojny może już +jutro pochłonie, przesuwa się, jak marzenie, ułudne widzenie +ostatnie: oni śpiąc, widzą siebie, jak zwyciężają, pełni +chwały!.. + +To sen... + +Piąta wybiła głośno w salonach sztuki, i Dzierżymirski opuścić +musiał muzeum. Niebawem znalazł się na bulwarach Paryża i +równocześnie instynktownie poczuł głód. + +Włoch z matki i duszą całą artysta, myślą wspominał on jeszcze +widziane przed chwilą dzieła sztuki i pogodnem spojrzeniem ogarniał +biegnące wokoło siebie tłumy, przepełnione kawiarnie i huczące +pojazdy. + +- La Presse!.. La Patrie... La Pres-se!.. - krzyczano mu nad uchem na +wszystkie strony; w restauracyach, na platformach, spożywano już +posiłek, popijano wino, absynt i inne wyskokowe napoje - cały Paryż +obiadował. + +Na świeżem powietrzu, przy jednym z takich stolików, zachęcony +przykładem, zasiadł i Roman, a kazawszy podać obiad, zapalił +swobodnie cygaro. + +Niebawem przyniesiono pierwszą potrawę. Wśród przelewającego się +kaskadą paryskiego życia i huku ruchliwej stolicy, Dzierżymirski +spokojnie zaczął spożywać zupę, słuchając ciekawie, z uśmiechem, +głośnych rozmów swych przerozmaitych sąsiadów i charakterystycznych +częstokroć ich bulwarowych dowcipów. + +*** + +Punktualny, pomiędzy drugą, a trzecią po południu, wchodził +nazajutrz Roman do mieszkania Orlęckiego. Służąca wprowadziła go +natychmiast do saloniku, zaledwie jednak wszedł tam, roztworzyły się +już zamaszyście boczne drzwi komnatki i w ramie ich ukazał się +mężczyzna rosły, blondyn; łysawy i dość otyły, o siwiejącym, z +polska podkręconym, wąsie. + +- Jakże mi miło... Jak miło mieć w swoich progach tak dostojnego +gościa... rodaka!.. - zaczął od proga, z polską szczerością i +uprzejmością w głosie, roztworzył przytem machinalnie ramiona, jakby +chciał do piersi przycisnąć niemi przybyłego, po chwili opamiętał +się jednak i wyciągając uprzejmie prawicę; czysto już tylko +salonowym gestem, przedstawił się: Orlęcki... Wiktor... - +siostrzeniec Hugona. + +- Nie uwierzy pan - ciągnął natychmiast bardzo grzecznie - jaką +rzetelnie prawdziwą radość uczynił mi list stryja i zapowiedź tej +pańskiej wizyty... Proszę, niech pan prezes siada!... Proszę +bardzo... + +I Orlęcki wskazał, z grzecznością, fotele, widząc zaś zdziwienie +na twarzy Romana, na dźwięk tytułu "prezesa", uśmiechnął się, +odgadłszy myśl gościa. + +- Dziwnem się panu prezesowi, jak widzę, wydaje - przemówił, - że +tytułuje go... Cóż to, przypuszcza pan może, - ciągnął dalej, ze +swadą, - że my tu na obczyźnie nic nie wiemy, kto w kraju u nas +przoduje? Przeciwnie, przeciwnie! - śledzimy gorączkowo i z uwagą +ruch naszych ziomków, współbraci !.. A jakże... a jakże!.. Ja sam +osobiście trzymam wiele gazet polskich, wiem o wszystkiem, a z +nazwiskiem pańskiem - tu skłonił się grzecznie w stronę Romana - +spotykałem się w nich tylokrotnie, ceniąc zawsze ruchliwość pana +prezesa i oddaniu się jego społeczeństwu naszemu... + +Umilkł, a po chwili + +- Ale!.. przepraszam bardzo!.. Pan prezes wszak pali zapewne?.. służę +natychmiast - i zerwał się miejsca, przynosząc wkrótce +Dzierżymirskiemu pudełko papierosów. + +Roman sięgnął po jednego z nich i bąknął niewyraźnie: + +- Dziękuję bardzo!.. + +Obserwując wciąż ciekawie, spod oka swego gospodarza, chciał przytem +już przemówić, lecz pełny bezustannej uprzejmości Orlęcki +przerwał mu zanim usta otworzyć zdołał: + +- A może cygarko?.. Przepraszam stokrotnie... Za chwilę! - i nie +czekając odpowiedzi, znikł za drzwiami przyległego pokoju, +Dzierżymirski zaś uśmiechnął się. + +Poczciwy człowiek jakiś - pomyślał - i choć, zdaje się, blagier +nieco, lecz szczery i z gatunku nieszkodliwych. Dowiem się +prawdopodobnie, czego chciałem... + +Ledwie Roman określenie to w umyśle sformułować zdołał, gospodarz +domu stał już przed nim, podając szerokie puzderko cygar. + +- Doskonałe - pochwalił - prawdziwe pruskie... O, bynajmniej nie +tutejsze, które są po prostu ohydne - zaopiniował. + +- Dziękuję bardzo. Pan tak łaskaw... - poczuł się w obowiązku +odrzec Dzierżymirski, powstawszy zarazem z miejsca swego. + +- O, panie prezesie! - pospieszył, z odpowiedzią, Orlęcki, - Siadać +proszę en bons amis... Ot -tutaj... - wskazał na kanapkę - wygodniej +będzie! - i zapaliwszy równocześnie zapałkę, zbliżył płomień do +koniuszczka cygara Dzierżymirskiego. + +- Merci!.. - skłonił się tenże raz jeszcze, i wypuściwszy +kółeczko dymu, odezwał się wreszcie, skorzystawszy z sekundy +milczenia gościnnego gospodarza. + +- Czytał pan list stryja, pana Hugona, wszak prawda?.. Wiadomy panu +więc zatem cel mego tu przybycia... Nie znąjąc nikogo w Paryżu, +zdecydowałem się prosić stryja pańskiego, o tarte d'entree do +pana... + +- Och, i bez tego, panie prezesie - przerwał Orlęcki - każdego rodaka +witamy tu z całego serca! Tembardziej zaś pana prezesa, tak w kraju +zasłużonego... + +- Ach, tak, nie wątpię - z wolna potwierdził Roman - lecz i mnie +chodziło również - tu uśmiechnął się z lekka - o specyalną +protekcyę do kogoś, by potrafił ułatwić wiadomą nam sprawę +przemysłową... + +- A tak, tak! - przerwał znów Orlęcki, niezadowolony jakby, że +poruszano tę kwestyę. Pan prezes radby obejrzeć drobiazgowo i +gruntownie urządzenia fabryk tutejszych, przy mojej pomocy... Owszem, +postaram się, panie prezesie, choć uprzedzić muszę, że ja... - +zatrzymał się - nie mam tak rozległych stosunków ze sferą +handlowców... to jest, chciałem powiedzieć... ze sferą +fabrykantów... przemysłowców... Paryża... panie dobrodzieju... +Jednakże... - tu zająknął się, zaplątał w swem przemówienia +Orlęcki i zamilkł, widocznie zmieszany. + +Uśmiech niedostrzegalny okolił wąskie usta Romana. + +- To nic nie szkodzi - odparł. Mam niepłonną nadzieję, iż razem z +panem damy sobie z tem wszystkiem radę... Zresztą, to chyba +drobnostka. Chodzi zaledwie o jakieś dziesięć fabryk tylko... + +Roman zatrzymał się i zapytał jeszcze, chcąc konsekwentnie +doprowadzić do końca zmyślony swój interes i misyę: + +- Wszak fabryki owe wymienione są w liście pana Hugona... + +- Tak jest, tak jest... w istocie...- potwierdził Orlęcki i +zająknął się znowu. + +- To dobrze, mógłby mi może szanowny pan powiedzieć, czy +właściciele ich znani są jemu?.. Gdzie to zakłady fabryczne +znajdują, w jaki sposób, oraz kiedy obejrzeć je można by było?.. + +- Nic doprawdy nie mogę jeszcze panu prezesowi w tym względzie +powiedzieć - odrzekł Orlęcki i dodał natychmiast: + +- Co się tyczy, czy znam właścicieli, to... prawdopodobnie... +Zresztą zna się tutaj osób tyle... - zatrzymał się. - Tylko, vous +savez, panie prezesie... otrzymałem list dopiero wczoraj - urwał, i +dokończył po chwili - więc, vous comprenez, czasu nie miałem... + +- Ależ naturalnie!.. - pospieszył z uspakajeniem Orlęckiego +Dzierżymirski. - Ja tylko dlatego się pytam, iż to jest celem mego +tutaj przybycia, i że to mnie nader interesuje, jako delegata nowa +zakładającej się u nas w kraju współki +Handlowo-Przemysłowo-Fabrycznej... + +- A tak, słyszałem,.. Czytałem nawet o tem gdzieś w gazetach - +odparł, z przekonaniem Orlęcki. + +- Kłamie, jak z nut - pomyślał Dzierżymirski, i uśmiech dyskretny +ponownie przemknął po ustach jego. Zaciągnął się jednocześnie +cygarem i wpatrzył badawczo w Orlęckiego. - Bonne pâte d'homme... - +myślał zarazem - ale jak tu zacząć o tych zgubionych pieniądzach? + +Tymczasem, nielubiący milczeć Orlęcki, widocznie również pragnący +zręcznie odwrócić rozmowę, już mówił: + +- Pan prezes zapewne nie po raz pierwszy i na dłużej przybył do +Paryża, nieprawdaż?.. + +- Och, tak... - odruchowo potwierdził Roman, nie myśląc o tem, co +mówi. + +- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzejmy gospodarz dalej - że +będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i +córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo +zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę +ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas +wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po +zegarek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Niebawem wrócą... + +Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony +wciąż w myślach. Naraz twarz śniada jego ożywiła się, przeleciał +po niej promień... Strzepując delikatnie popiół z cygara, +przemówił z wolna: + +- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą +może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do +kraju.. + +I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając +odpowiedzi, jednocześnie myślał. + +- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja +nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No, +zobaczymy... + +Orlęcki zaś już mówił: + +- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to +moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne +marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem. + +- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana. + +- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a +mianowicie... Czy życzenie to państw - marzenie - poprawił, z +uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?.. + +Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi. + +- O, bynajmniej - odparł... - Tam, w kraju, stosunki zerwałem +wszystkie prawie... tu zaś zawiązałem niektóre, potrzebne mi. Mam +poza tem stałe zajęcie, przynoszące mi dochód pewny... + +- Tak, tak, zapewne, rozumiem - przerwał szybko Dzierżymirski - +wchodzę w położenie i przepraszam bardzo za me pytania... - +dokończył grzecznie, a widząc równocześnie na twarzy gospodarza +zakłopotanie widoczne... + +- Nie ma za co jechać nieborak - to jasne, i żyć by z czego nie miał +-wśród swoich - pomyślał i w tejże chwili zapytał: + +- Lecz gdyby tak trafiła się na przykład szanownemu panu okazya dobra +do objęcia w kraju zyskownej posady? Przypuszczam, że w takim razie +przeszkody do wyjazdu nie byłoby żadnej?.. + +- No, zapewne... Lecz o tem i myśleć niepodobna, nie posiadam bowiem +już żadnych w kraju stosunków - powtórzył Orlęcki, ze smutkiem. + +- A pan Hugo, krewny pański?.. - zagadnął Roman. + +- Och... ten... - przeciągle odparł gospodarz, z niechęcią +wyraźną, i z wybuchem szczerości nagłej, rzekł z goryczą: + +- Stryj Hugo od czasu, jakem emigrował i wieść mi się w życiu +przestało, znać mnie już nie chce, ani wiedzieć nic o mnie... +Dziwię się nawet niewymownie, iż raczył napisać pod moim adresem, w +interesie prezesa, słów kilka... + +Na twarzy Orlęckiego, przy tych słowach, osiadł cień, po chwili +dorzucił: + +- Zwykła kolej ludzka... nic dziwnego. Świat pamięta o tych tylko, +którym się powodzi. + +Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlęckiego; ostatnie słowa, +wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia +siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a +powodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się +Orlęckiego zrobiło. + +- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od +siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak +człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i +bogaty. + +Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch ręką; - nastała +chwila milczenia. + +- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrotnie pana - odezwał się +znów pierwszy Dzierżymirski - że ośmielam się wkraczać w stosunki +jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na +obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w +tym względzie może mogę stać panu użytecznym... + +Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana. + +- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmiechem - cóżby szanowny pan +bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - +ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie +ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunkami zaś dał mu jaką +posadę korzystną?.. + +- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z +fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - +Wdzięczność moja i sercu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz +doprawdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszony... - Skąd +taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak +niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, +jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespodzianej... + +Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie +uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię. + +Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, +wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie: + +- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem +przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem +uczynić dla niego wiele... + +- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki +serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony. + +Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego: + +- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do +obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał +się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego +jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam +przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - +dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór. + +- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - +odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi +wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany. + +- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski. + +Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz +Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo +pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie +ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem. + +- Słucham pana - rzekł poważnie. + +Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i +sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując +niemi Romana. + +- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, +i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti à point! - zadecydował w +myśli sarkastycznie. + +- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej: + +- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram +się opowiedzieć je prezesowi w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia +się zatem jak następuje: + +- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem +pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy +z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do +lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem +uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz +majątkowy, dziedziczny Orlin... + +- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w +kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie +spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... +Przez ż - uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, +bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazynów - zwyczajne szaraki - +objaśnił. + +Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - +sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej. + +- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Orlęcki - i osiadłem na +roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu +włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie +dawne światowe stosunki... Gospodarowałem sobie tak cicho lat +kilkanaście, stałem się domatorem - przekształcałem stopniowo, o +ile mogłem, w czcigodnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak +piorun z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez +nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!.. + +Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nieco smutnie : + +- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje materya, tak i +najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. +Szarzyzną ono dla mnie dzisiaj - trudno! - westchnął, i zamilkł +znowu. + +W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi +tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej +jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać +zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie: + +- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej? + +Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli +posmutniałe oczy na Romana. + +- Nic! - odrzekł bezbarwnie, głosem twardym. + +- Być nie może? - zadziwił się Roman, jak mógł najszczerzej. - I +pomyśleć - ciągnął swobodnie - że ja tam w kraju tyle +przeróżnych rzeczy o panu słyszałem... + +Urażony jakby tem, co usłyszał, Orlęcki zapytał z kolei sucho: + +- No, i cóż takiego, ciekawym, wymyśliła na mnie luba opinia, czy +wiedzieć mogę? + +Roman niecierpliwie poruszył się na krześle. + +- Cóż u licha! - pomyślał - czynię dotąd tyle, i prawda wciąż +wymyka mi się sprzed nosa... + +Po chwili zaś, jak gdyby nagle na coś zupełnie już stanowczo +zdecydowany, odpowiedział z wolna, przetarłszy przytem ręką czoło: + +- Och!.. potem o tem... Teraz znowu powrócić muszę do jądra +zajmującej nas kwestyi. Pragnę dać panu posadę... Czy wolno zapytać +- jakie są jego mocne - zaakcentował - kwalifkacye fachowe?.. + +- Fachowych ściśle żadnych - przerwał niezadowolonym trochę głosem +Orlęcki. - Posiadam jednak języki: angielski, francuski, rosyjski i +niemiecki, oraz zdobyte pracą i praktyką obecną - rachunkowość i +buchalteryę - w banku, gdzie urzęduję i skąd w razie potrzeby +otrzymać mogę świadectwo odpowiednie. + +- A! - zadziwił się mimo woli Roman - to dobrze... to bardzo dobrze... + +Wzrok jego przy tem, z zadowoleniem objął dłuższą chwilę całą +postać Orlęckiego, mówiąc do siebie mimo woli wyraźnie; - +Patrzcie?.. nie spodziewałem się!.. + +- Zatem - odezwał się niebawem - objąć może szanowny pan inną, +lepszą nawet posadę od tej, którą przeznaczałem w myśli dla niego. + +- Cóż to za miejsce? - zagadnął Orlęcki. + +- Une place de confiance...- wycedził z wolna Dzierżymirski. - Przy +tem równocześnie jedno z wyższych przy korespondencyi i buchalteryi w +Banku Komercyjno-Przemysłowym, otworzyć się mającym za miesięcy +kilka... Do komitetu należę, odmówić mi nic nie mogą... Skoro zaś +pan w tej właśnie dziedzinie już posiada praktykę pewną, tem +łacniej więc wybór mój zatwierdzą... + +Roman skończył i spojrzał znów spod oka na obywatela - emigranta. + +Zdziwienie radosne biło z twarzy Orlęckiego. + +- No, teraz chyba wyśpiewasz mi wszystko - pomyślał Roman, w duchu. + +- Pensya znaczna - ciągnął dalej całkiem obojętnie, - ile, nie wiem +jeszcze na pewno... W każdym razie tysięcy kilka .. - urwał niedbale. + +- Ależ to miejsce idealne! - wykrzyknął żywo Orlęcki. - Dziękuję +po raz wtóry! - uścisnął dłoń Romana. + +Dzierżymirski uczynił wysiłek nad sobą, by nie zdradzić się +przypadkowo nerwowem głosu brzmieniem i przemówił: + +- Tylko zachodzi tu jeszcze kwestya jedna... A mianowicie - zawahał +się... + +- Bo to, widzi szanowny i kochany pan, ci panowie, tam, w Zarządzie, +są bardzo trudni... Czepiają się byle czego... + +I znów Roman mówić przestał, poczem zaś, poirytowany nagle, że +będzie zmuszony iść prosto do celu i palcami dotykać kwestyi, +którą zręcznie obejść zamierzał, wyrzucił z siebie twardo: + +- Mówiono mi tam, o jakichś pieniądzach, zgubionych przez pana, +nieodnalezionych, czy coś tam podobnego... Pojmuje pan zatem, że ja, +protegując - zatrzymał się Roman sekundę, i uprzejmie nieco +dorzucił, z wymuszonym uśmiechem. - Powiedzieć muszę wszystko, wszak +pan to rozumie chyba?.. Nic zaś o tem dotąd szanowny pan mi nie +mówił... + +- Ależ nie powiedziałem? - obruszył się urażony widocznie Orlęcki. +- Bo uważałem to, jak i uważam dotąd, za sprawę czysto osobistą... + +- Masz tobie! - omal że nie wykrzyknął Dzierżymirski, ze złością, +lecz opamiętał się w porę, i zapytał w ślad za tem spokojnie, +wpadłszy zarazem na pomysł przebiegły. + +- No tak, zapewne... Czyjeż to jednak pieniądze były?.. + +- Aaa! - wyrwało się z ust Orlęckiego natychmiast, i powstawszy +gwałtownie z krzesła, wykrzyknął: + +- To prezesowi tak powiedziano!.. Rozumiem teraz i przepraszam... Łotry +dopiero, infamisy!.. - wyrzucił z siebie z oburzeniem. + +Dzierżymirski śpiesznie położył swą kobiecą miękką dłoń na +żylastej ręce szlachcica i pomimo woli rzucił niecierpliwie: + +- Ja również bardzo przepraszam! - zawahał się - i słucham..: - +dokończył. + +Orlęcki usiadł, wzburzony jeszcze odsapnął i przemówił: + +Powiesz mi później, prezesie kochany, kto mnie tak oszkalował. +Pierwsza rzecz, gdy do kraju powrócę, wyzwę go na pojedynek, jak mi +Bóg miły, a teraz słuchaj: + +- Było to tak: Posiadałem majątek na Litwie, gdzie, jak wiadomo, +hipoteki nie ma, ni Towarzystwa Kredytowego... Są tam tylko tak zwane +"Banki Ziemskie", które w razie nie uiszczenia się z wypłaty na +termin, egzekwują bardzo szybko... Otóż w jednym z banków owych +miałem grubą pożyczkę... Minął termin jeden, drugi, trzeci, +płaciłem mało, zebrały się zaległości, wystawiono mi dobra na +sprzedaż... Zapłacić musiałem zaległości - razem dwanaście +tysięcy... Nie miałem ich, pożyczyłem więc sumę żądaną u paru +osób i w drodze, gdym jechał płacić na miejsce, w ostatniej niemal +chwili pieniądze te zgubiłem... Majątek mi naturalnie sprzedano... + +- To bolesna prawda!.. Chyba pan prezes przysięgi żądać ode mnie nie +będzie, a zresztą?.. Gotowym! - i Orlęcki powstał uroczyście... + +- Ale, cóż znowu?.. - rozległ się w milczeniu suchy głos +Dzierżymirskiego, a słowa te, wymówione zimno, zabrzmiały niemiłym +dla ucha dźwiękiem: + +Od chwili bowiem, gdy z ust Orlęckiego padła cyfra "dwanaście +tysięcy", Roman zmienił się całkiem. Giestem, pełnym zniechęcenia, +wypuścił z rąk trzymane cygaro, twarz zaś, przybrawszy wyraz +obojętny, chłodny, poorała się w drobne zmarszczki. Więc ponownie +oto rozprysła mu się w palcach mydlana bańka!.. Życie, z +przerażającą logiką dawało mu do zrozumienia, że kpić z +usiłowań jego nie przestaje... I drwina ta nowa, szydercza, zraniła +go boleśnie, jednocześnie zaś gniew niewytłumaczony, instynktowny, +zawrzał w Dzierżymirskim. + +Cóż go, zaiste obchodzić mógł Orlęcki, historye i przysięgi jego? + +- Osioł!.. Myśli może - rzucił w duchu gniewnie - że obecnie, kiedy +nie dwadzieścia siedm, a dwanaście tylko zgubił tysięcy, zajmować +się nim będę!.. Ba, nie głupim! - i uśmiech zły, sarkastyczny +wykrzywił wąskie usta Romana. + +Powstał sztywno, mając zaś już z wieloletniej swej praktyki na +ustach gotowy do pozbycia się ludzi zdawkowy komunał, wyciągnął +rękę na pożegnanie... + +Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem +szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, +mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, +przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się +dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, +potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia +i radości obiły się o słuch Dzierżymirskiego. + +Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony +zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć +się, że tam, w przedpokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już +rodzinie swej niemal wszystko. + +- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwowany, stuknął palcami w +powietrzu. + +Drzwi zaś poza nim roztwierały się już spiesznie. Odwrócił się. + +Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżowione, uśmiechnięte. +Jedna z nich, starsza, brunetka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, +- druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i +świeże... + +- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci +mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w +życiu poznałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, +głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od doznanych z przed chwili +wrażeń. + +Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatniego zdania lekki +rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie... + +Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wyciągnęły się ku niemu dwie +małe kobiece rączki. + +- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - mówiła, ściskając +dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż +powiada, pan prezes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, +przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle +tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzruszona. + +- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Romanowi młodziutką +pannę. + +Dzierżymirski trzymał, ściskał właśnie w dłoniach drobną jej +rączkę, a choć nie powiedziało mu dziewczę nic zgoła, z uścisku +jednak przyjaznego, ciepłego, ze spojrzenia jasnych, niebieskich oczu, +w których czytały się w owej chwili wdzięczność bez granic, +radość i nadzieja - poczuł Roman, iż okrucieństwem niemiłosiernem +byłoby teraz z jego strony cofnięcie obietnicy. + +I jednocześnie reakcya nagła wstąpiła weń. Jakiś przypływ jakby +dobroci zalał mu duszę, serce; zarazem zaś pomyślał: + +- Nazwano mnie "najszlachetniejszym", ha-ha-ha!.. Ironii może w tem +wiele, ale... jednak... dlaczegóżbym i ja czasami nie miał być +szlachetnym? A poza tem, cóż de facto winien ten oto Orlęcki, że nie +jest tym właśnie, którego tak szukam bezowocnie?.. Jestem wpływowym, +silnym, dlaczegóż więc nie dopomógłbym człowiekowi, pokrzywdzonemu +bądź co bądź przez nieznanego pieniędzy jego znalazcę, tak, jak +pokrzywdzonym jest może przeze mnie również i ten osobnik nieznany - +"mój!.." + +I starczyło w ślad za tem jednej chwili, by w głowie +Dzierżymirskiego powstał plan gotowy. + +- Cieszy mnie niewymownie, że los pozwala mi stać się - tu zwrócił +się, z uśmiechem, ku pani Orlęckiej - Aniołem Stróżem tego domu... +Dziś zaraz zatelegrafuję do panów z komitetu nowego banku o +kandydaturze pana - wskazał nieznacznie Orlęckiego ruchem głowy. + +W milczeniu, wzruszony szlachcic uścisnął dłoń Dzierżymirskiego. +Ten ostatni zaś zastanowił się chwilę... + +Kiedy czynić coś, to czynić zupełnie i wszechstronnie, - pomyślał, +a sięgnąwszy do kieszeni, dyskretnie począł długo szukać czegoś w +portfelu... Znalazłszy wreszcie tam przekaz na okaziciela w "Credit +Lyonnais", wskazujący sumę dwóch tysięcy franków, rzekł swobodnie: + +- Choć to niegrzecznie bardzo z mej strony tak zaraz niemal po poznaniu +opuszczać panie, - skłonił się uprzejmie w stronę dwóch kobiet - +jednak panie wybaczą, uczynić to będę zmuszony, i... + +- Ależ, cóż znowu... - obruszyła się Orlęcka. - Obiad , podadzą w +tej chwili, prosimy bardzo... Mito! - zwróciła się do córki - każ +dawać!.. + +- Dziękuję serdecznie! - skłonił się z uśmiechem Dzierżymirski w +stronę młodego dziewczęcia. - Wychodzę natychmiast, a to z powodu +naglących spraw, które nieodzownie dziś jeszcze załatwić muszę... + +- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a +następnie do panny. + +Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho +rzekła: + +- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, +co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność +moja nie zapomni panu tego - nigdy!.. + +- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego +korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by +rada do rodzinnego kraju?.. + +- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze +łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak +żadna!.. + +Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz +jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego. + +- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął +gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu: + +- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł, +najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom +nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na +instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na +zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje +jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu +ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja +zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał, +dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję +tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie +ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają +panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? - +dokończył Roman. + +- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - +wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, +podziękował, z zapałem. + +- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na +instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował +dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. +Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki... + +Odprowadzony aż do drzwi, żegnany serdecznie i czule, Dzierżymirski +wydostał się nareszcie na schody, a potem na ulicę, sam pomimo woli +wzruszony, z głową pełną najsprzeczniejszych myśli. + +Gdy po niejakimś czasie, wracając z wolna do rzeczywistości, +podniósł głowę, spostrzegł w pewnem oddaleniu przed sobą złoconą +kopułę tumu Inwalidów. Tknięty nagłą myślą, z miejsca +natychmiast skierował się ku furtce, a wyminąwszy ją i strzegącego +wejścia kulawego inwalidę, znalazł się na obszernym placu tumu, +odgrodzonego kratą od ulic miasta. + +Wkrótce, po stopniach wschodów wstępować począł do wnętrza +przybytku, kryjącego w swych murach grobowiec wielkiego Napoleona. + +W gmachu milczenie i jakby uroczysty powiew jakiś potęgi niewidzialnej +i grozy objął Romana natychmiast. + +Cichym tylko szmerem rozlegały się tu kroki kilkunastu osób... Na +dole, w szerokiem, na kształt basenu, pogłębieniu, drzemał olbrzymi +sarkofag, z ceglasto - wiśniowego marmuru... + +Dzierżymirski zbliżył się do balustrady grobowca, i stanął smutny, +cichy... + +Wobec prochów możnego władcy poczuł się równocześnie drobnym, +nikłym... Huczące jego troki zmalały również - uspakajał się... + +I myśli jego nagle wzięły również obrót zupełnie inny. + +- Więc to tu - mówił sobie Roman - leży zwycięzca z pod Marengo, +Ulm, Austerlitz, i.t.d., i.t.d. Więc tu spoczywają snem, +nieprzebudzonym, wiecznym, prochy tego, wielkiego duchem - małego +imperatora!.. + +Dawno bardzo nie bawiący już w Paryżu, pamiętający go zaledwie w +zamglonem tylko wspomnieniu, z minionych lat młodzieńczych, +Dzierżymirski, w skupieniu i z nabożeństwem w duszy, wpatrzony, +milczący, z głową pochyloną, zadumał się przed trumną cesarza +Francyi. + +Wokoło niego z prawej i lewej strony, w wewnętrznym półkręgu tumu, +widniały wklęsłe pogłębienia, z grobowcami małymi; przed nim zaś, +poza drzwiami do grobu, wznosił się rozpięty na krzyżu Syn Boży +umęczony... + +Dzierżymirski po chwili ocknął się z zamyślenia i postąpił +wzdłuż kolistej baryery grobowca, w kierunku jego wejścia: + +Zamknięte szczelnie drzwi pomnikowe połyskiwały hebanem czarnego +marmuru; u progu ich i wschodów, wiodących do wnętrza "tombeau", w +mundurze granatowym, poważny, ze wstęgami i orderami, brodaty, stary, +stróżował inwalida... + +Na górze zaś błyszczał wielki napis złocisty: "Je désire, que mes +cendres reposent sur le bord de la Seine - au milieu de ce peuple +francais, que j'avais tant aimé" *). +[*) "Pragnę, aby me prochy spoczęły u brzegów Sekwany - wśród tego +ludu francuskiego, który tak bardzo kochałem."] + +Dzierżymirski patrzył, przejęty mimowolnie do głębi powagą, +skupienia pełną, i jakąś melancholią rzewną, wiejącą od tego +grobu zmarłego geniusza despoty, śniącego tu cicho, zapomnianego +jakby w samem sercu republikańskiego dziś Paryża. + +Nagle, gdy poruszony, niemy, stał tak, wciąż, zamyślony, drgnął +gwałtownie. + +Bo oto w tejże samej chwili wybiła w ciszy głośno godzina czwarta, a +z jej uderzeniem, jako sygnał zamykania już gmachu, raptowny, rozległ +się właśnie odgłos bębna. + +Grano bojową pobudkę... Donośnie rozchodził się w milczeniu +uderzenia krótkie, wzbijały się pod strop wysoki, echem dudniły w +zagłębieniach, arkadach, owalnej kopule wysokiej. + +- Messieurs et dames sortez!.. sortez, s'il vous plait, sortez, +sortez!.. - rozległ się jednocześnie twardy głos szwajcara, stróża +Napoleonowego grobowca... Postukując grubą laską, iść począł on i +rozpędzać energicznie przed sobą, ku wyjściu rozsypanych po gmachu +tam i ówdzie gości. + +- Sortez! - rozkazujący, wojskowo - lakoniczny, - bezustanny +rozbrzmiewał głos jego i mieszał się! z bojową fanfarą bębna!.. + +Dzierżymirski jednak nie ruszał się wcale z miejsca przeciwnie. +Wrósł jakby w ziemię; ucho jego łowiło łapczywie donośne, jędrne +tony pobudki, wyobraźnia, podsycana nerwami, w rozstroju - poruszona, +snuła mu przed oczyma obraz fantasmagoryczny. + +W gmachu panował mrok... + +Ostatnie dźwięki surmy bojowej konały, a Romanowi zdało się, iż z +milknącem coraz już dalszem echem bębna, poczynają oto zaludniać +tum wspaniały jakieś wyrosłe jakby zewsząd mary i cienie poległej +dawno Napoleońskiej gwardyi starej, i wyraźny o słuch jego obija się +przy tem stuk ich butów i ostróg o kamienie posadzki!.. + +Idą! Ustawieni w szyku, gotowi do walki, stoją oto niezliczeni wokoło +grobu wodza swego... Przebóg, cóż to jest?.. + +Huk jakiś rozlega się w gmachu - to marmur grobowca pęka, unosi +się... + +W trójgraniasty kapelusz przybrana, z założonemi na piersiach +rękoma, staje wyraźnie przed wzrokiem Romana postać Napoleona - +wodza!.. + +- Paf, paf!.. - w tej samej chwili tuż koło Dzierżymirskiego o +posadzkę uderza ktoś zamaszyście. + +- Sortez, sortez donc, monsieur!.. Quatre heures... la consigne!.. - +rozlega się głos twardy i szorstki. + +Roman budzi się, rozgląda... A zirytowany natychmiast, że tak +obcesowo przerwano mu jego widzenie marzące, gotów już jest a to +rzucić w twarz stającemu nad nim miejscowemu szwajcarowi jakąś +ostrą okolicznościową uwagę... Otwiera już usta, spojrzawszy jednak +na twarz wybladłą, pooraną zmarszczkami, o wyrazie pełnym +melancholii i smutku, milknie. + +W tych rysach bowiem czyta wyraźnie gniew tłumiony, lecz nie +bezmyślny, - bynajmniej. Nie, przeciwnie. Oburzenie to jakieś inne, +szlachetniejszej, podnioślejszej jakby natury, i mówić zda się: + +- Ach idźcie, już idźcie!.. Odejdźcie wy wszyscy, profanatorzy +wstrętni, kalający te progi ciekawością banalną - nieprzystojnym +szumem, hałasem, gadaniną i gwarem mącący bezmyślnie spokój i sen +wieczny wielkiego imperatora!.. + +- Cóż wy? - mówiły z pogardą te szare smutno oczy starca. - Cóż +wy, karły, nie ludzie dzisiejsi, mali -wiedzieć możecie? Co sądzić +o czynach olbrzymich "Jego?" Co odczuć? Cóż zrozumieć jesteście +zdolni?.. + +Dzierżymirski z uwagą wpatrywał się dalej w stojącego przed nim +niecierpliwie szwajcara - inwalidę. + +Czyżby istotnie w umyśle tego starca uczucia podobne się kryły? - +myślał i zatopiwszy raz jeszcze, milcząc, badawcze spojrzenie w +mętnych źrenicach starca, bez słowa, skierował się ku wyjściu z +tumu. + +Otworzono przed nim, zamknięte przed chwilą: z hukiem drzwi wchodowe, +i zatrzaśnięto je poza nim. + +Wydostawszy się na ulicę, Roman, znużony, wsiadł do pierwszej +dorożki; tu zaś, ochłonąwszy nieco od wzruszeń i wrażeń, +porządkować zaczął w głośno zdarzenia minionych godzin kilku. + +- Raz jeszcze zatem, miast rzeczywistości, chwytałem marę, cień +ułudny!.. - mówił sobie w duchu, z nagłą goryczą. - Pochłonięty +wciąż jedną myślą, przybiegłem tutaj nadziei pełny, i znowu nic - +zero!.. + +- O, ironio, niezrozumiała, dziwna!.. - dumał dalej. - Czyż nigdy nie +trafię na ślad pewny? Czyż wiecznie, biczowany sumieniem, dręczyć +się tak będę, zmuszony? + +Dzierżymirski opuścił ręce na kolana, w zniechęceniu i pochylił +nisko głowę. Z chwilową samotnością, z pogłębieniem się w +siebie, wracała bezlitosna samowiedza, błędne koło tajonego w duszy +cierpienia zacieśniało się, wirowało, rzucając mu jednocześnie na +ekran duszy wizerunek nagły własnego moralnego "ja". + +Nie kryły go obsłony złociste, utkane z pozorów, zdolności +osobistych, rozumu, energii, czynu, bezinteresownego poświęcenia dla +drugich, szlachetności i wielu innych przymiotów, w które, jak w +śnieżną, lamowaną purpurą, togę patrycyusza - przed ludźmi, przed +światem, stroił się prezes Dzierżymirski... + +Nie, był to szkielet tylko!.. Otulony w płachtę jaskrawą szalonej +ambicyi, krył on za jej fałdami bagno moralne pamiętnej w życiu +Romana chwili, gdy dla osobistego szczęścia, użycia, pogwałcił on +był etykę społecznego prawa!.. + +Z tej kałuży jednak brudnej, a pozornie już zapomnianej, wyrastał +kwiat - niby niepokalana biała lilia - zasiany ziarnem silnych, choć +podeptanych zasad, wszczepionych za młodu - kiełkujący, przy pomocy +czujnego zawsze sumienia!.. + +Kwiatem tym - była chęć szlachetna, instynktowna, konieczna, oddania +bądź co bądź, prawemu właścicielowi przywłaszczonych pieniędzy. +Ona, wytrwała, popychała bezustannie Romana naprzód przed siebie; ona +- ześrodkowywująca w sobie również najpiękniejsze pierwiastki jego +charakteru - zniewalała go - do czynów, tam i ówdzie szlachetnych. +Jej to niewątpliwie zawdzięczał Dzierżymirski swój postępek z +Orlęckim!.. + +I Romanowi w tej chwili mignął obraz wdzięczności tych trojga ludzi +ku niemu. + +Znów tu więc fałsz mimowolny - życia ironia!.. + +Dzierżymirski westchnął. Pomimo jednak, iż czuł zgrzyt w duszy, +rosło tam w nim jednocześnie pewne zadowolenie, zazwyczaj odczuwane +przez subtelniejsze natury, po spełnieniu dobrego, lub szlachetnego +czynu. + +Spojrzał wokoło weselej nieco... Dorożka mijała właśnie bardzo +ożywioną dzielnicę miasta. + +Na lewo widniała wieża St. Jaeques, a tuż obok kościół St. Germain +-l'Auxerrois; naprzeciw ogromem rozwielmożył się Luwr wspaniały. + +Roman, zapłaciwszy woźnicę, wyskoczył z dorożki i skierował się +ku muzeum. + +Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, +pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle +potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg +myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki. + +Niebawem przez jedno z licznych wejść wchodził do jej świątyni, +pogrążonej w milczeniu, tchnącej majestatem zapatrzonych w siebie +tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we +wszelakich jego odmianach i fazach - wcielającego piękno, by szło, +niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i +oderwać od poziomów! + +Znajdował się w salach dolnych. Zabytki starożytnej rzeźby +romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych +patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i +marmury... + +Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony. + +Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejno przed nim posągi, +coraz piękniejsze. + +Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku niemu biusty i srogie oblicza +wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie +modelowanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego +dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, +traktowane daleko subtelniej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i +drobniejszem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wyrazach +twarzy... + +W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w +Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona, +Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez +końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły +się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, +oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z +Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drobniutkich, w draperyi +fałdach - wdzięczyła się grecka muza... + +Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł +pomimowolnie szybko, zatrzymując się jednak co chwila to krócej, to +dłużej, zniewolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki +niestrudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło. + +Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba +Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą +przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że +oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwróciły dwie postacie +kobiece, zabytki, przeniesione z greckich cmentarzy. Jedna z nich, +owiana szatą przejrzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - +druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem +pogrążona skupieniu, z prześlicznie przytem wyrzeźbionem obliczem, +przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, +za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały. + +Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i +dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom +sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego +dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed +chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho... + +I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros... +Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i +biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Później +zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w marmurze, również bez rąk, +ze śladem na plecach odłamanej rączki Amora, potem znów dziesiątki +rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich... + +Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do +otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako +Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w +swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..." + +Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opartej, w zadumie, bokiem +o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała +nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną +rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drobnych i subtelnych +- drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem... + +Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych +rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej +przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce +kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na +wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad +wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Luwru - Venus grecka z +Milo. + +Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławeczce, zdjął kapelusz i +wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru. + +Pozornie kroczyła ona... + +Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzymując fałdów upadającej +w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, +wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z +włosami, karbowanemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twarzą +blondynki, anielską - boską!.. + +Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu +oderwać po prostu nie był w stanie... + +On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili +zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, +zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam +osobiście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego promienia +wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii +królowało w nich - tak niepodzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać +mogło... A ciało?.. + +Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z +przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w +kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, +nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych +piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną +przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią +przegięcia... + +Czas mijał... Przesiedziawszy na ławeczce dość długo, Roman z +trudnością powstał i oderwał się od arcydzieła sztuki. Spojrzał +na zegarek - dochodziła piąta - godzina zamknięcia Luwru. Postanowił +obejrzeć jeszcze, choć pobieżnie, galeryę obrazów... + +Skierował się spiesznie na pierwsze piętro gmachu. Minąwszy salę +pierwszą, zatrzymał się w drugiej, maleńkiej. Dwa, dlań osobiście +przepiękne, obrazy zajęły całkiem jego uwagę. + +Na jednym z nich, w aureoli blasków nad głową, umarła, cicha, po +fali sennej płynęła postać blada z twarzą anielską i łagodną, - +to sławne dzieło Delaroche'a "La jeune Martyre". Wisiało ono na +prawo, równolegle z wejściem do salki, na ścianie zaś bocznej od +tego wejścia, w lewo, od innych odbijało wdziękiem, pędzla "Girodet +- Trioson'a" Przebudzenie Apollina, pięknego, jak marzenie, w postawie +leżącej, pogrążonego we śnie głębokim. Na cudne oblicze boga +Olimpu i zamknięte jego źrenice, z wysoka, prostopadły padał +promień światła!.. Roman po chwili ruszył dalej... + +Mijał teraz z wolna jedne za drugiemi olbrzymie sale. + +A w salach tych milczących, wielkich, unosił się jakby nadprzyrodzony +jakiś duch idei piękna, zaklęty, olbrzymi i brał despotycznie w +posiadanie każdego, kto korzył się przed kultem sztuki, czyja dusza, +drgnieniem zachwytu, wyciągała w ekstazie ku jej nieśmiertelnemu +czarowi pragnące swe ramiona! + +Najpierwsi mistrzowie szkoły włoskiej, flamandzkiej, francuskiej, +hiszpańskiej i innych - wielcy w swym majestacie, w aureoli wiekopomnej +sławy, wyglądali z ram dziełami, niewidzialną dłonią zatrzymywali, +jakby przed sobą, mówiąc, zdawało się, do Romana dumnie: - +"podziwiaj nas!.." + +Idąc wciąż przed siebie w ten sposób, dotarł wkrótce +Dzierżymirski, do sal ostatnich. + +Było ich dwie; w jednej, podłużnej, wielkiej, a tak zwanej "Rubensa", +pełno było przepysznych obrazów, wziętych przeważnie z życia +królowej Maryi Medici - w drugiej, przedostatniej i mniejszej, +noszącej miano "Van-Dycka", zwróciły uwagę Romana, wśród +kilkunastu może dzieł tego mistrza, portrety: Dzieci Karola I-go; jego +samego, stojącego na tle krajobrazu, obok giermka, z rumakiem, i +kardynała Richelieu'go, całego w purpurze. + +Dotarłszy do końca pałacowych sal, Dzierżymirski puścił się w +powrotną drogę, zaglądając tam i ówdzie, idąc, wracając - +błądząc wśród tych drzemiących w chwale własnej, nieprzeliczonych +dzieł pędzla - tworów talentu ludzi cenionych i wielkich... + +Setki obrazów przeoczonych, nowych, zastępowały mu drogę... + +I Dzierżymirski przystawał ciągle... Zachwycał się niejednym +obrazem, ustępującym może innym, pod względem piękna, lecz +przemawiającym żywiej do indywidualnego jego poczucia i pojęcia +sztuki. + +Tak więc w jednej z sal zatrzymał się dłużej śliczną główką +szkoły francuskiej, "Greuz'a", złotawąblond, z oczyma, wzniesionemi +smutnie, w zamyśleniu błądzącemi gdzieś daleko, może w ideałów +niepochwytnych krainie, z wyrazem twarzy, tchnącym melancholią i +rozmarzeniem... + +Tamże również zajęły go dwa obrazy tegoż mistrza: pierwszy "La +laitière" przedstawiał rozwożącą nabiał młodą wiwandyerkę - +wspartą, w zadumie cichej, o karego z białym łbem konia; drugi pod +tytułem: "Rozbity dzban", wdzięczny nad wyraz, wyobrażał +dziewczątko w bieli... Włosy miała ona rozczesane skromnie na dwie +strony, stroiło je białe kwiecie, - w fartuszku różowo - blade +róże, na ręku zawieszony rozbity niebacznie dzban, a w całej +twarzyczce miluchnej nieporównany wyraz dziecinnej naiwnej rozpaczy. + +Dzierżymirski coraz szybciej wymijał sale; nie znalazł się w galeryi +podłużnej i olbrzymiej, w kształcie salonowego korytarza, szerokiego +i przestronnego. + +Na ścianach wisiało tu wiele pięknych okazów; między innemi zatem +dzieła Rafaela Sanzio, jak na przykład portret Joanny d'Aragon, w +purpurowej sukni, przetkanej złotem, Ś-go Jana Chrzciciela, oraz +śliczny portrecik młodego człowieka, o włosach blond, w czapeczce +czarnej, podpartego, w zamyśleniu i parę innych tegoż mistrza. + +Patrzyły tu również na Romana rzędem liczne dzieła Marina, jak +Urodzenie Najświętszej Panny Maryi, cud San Diego, czyli anielska +kuchnia... Opodal obraz, przypisywany malarzowi hiszpańskiemu Riberze, +występował z ram postacią umarłego Chrystusa, o twarzy przedziwnie +spokojnej, w wypoczynku jakby po bólu pozostającej - z ciałem ran +pełnem, ociekającem, zda się, krwią ciepłą jeszcze... Bitwa +Salvatora Rosy tamże nęciła oko realizmem i grozą - dziesiątki, +setki obrazów zatrzymywały spojrzenie, a wreszcie dwa z nich +najbardziej; pędzla Leonarda da Vinci: Jan Chrzciciel i Bachus... + +Oba przedstawiały ciemnookich, pięknych młodzianów, o bujnie i +naturalnie kręcących się włosach, cerze śniadej i dziwnie wiele, +mówiących twarzy, zbliżonych rysami do siebie... + +Obrazy te, w ogólnym zarysie, również zlewały się ze sobą. Nagłem +skojarzeniem myśli, przypomniały one Romanowi, podobnież nieco +traktowaną głowę o włosach, złotawo - miedzianych, pędzla +Ferrari'ego, w Pinakotece Medyolańskiej. Przedstawiała ona Matkę +Bożą, całą w czerwieni, z przechyloną w tył głową i +przymkniętemi oczyma, z wyrazem nadziemskiego upojenia, gdy Dzieciątko +Jezus równocześnie wyciąga przed siebie w przestrzeń swe rączyny +maleńkie, jak gdyby niemi pochwycić coś w powietrzu pragnęło... + +I z przypomnieniem tem nagle do duszy Dzierżymirskiego spłynęła fala +wspomnień... + +Mignął mu więc przed wewnętrznym wzrokiem duszy Medyolan, rodzinne +gniazdo matki i tam "Cimitero Monumentale", gdzie zapomniane przezeń +leżały jej prochy, wreszcie rysy matczyne, jak żywe, przeszłemi +latami zamglone... + +Z powiewem zaś lat tych minionych, z przeszłości tchnieniem, w mózgu +Romana znowu zaświdrowały wyrzuty sumienia, dawne - te same. + +Zadumany, powracał Dzierżymirski, kierując się w olbrzymie sale ku +wyjściu, opanowany na nowo - wewnętrzną troską - niezdolny obecnie +po prostu patrzeć na dzieła sztuki. + +Poza tem zresztą i czasu na to nie było... Zamykano już Luwr. + +Spieszono się powszechnie. Rozrzuceni tam i ów turyści - malarze, +dyletanci pędzla, kopiujący tu zapamiętale od samego rana na +rozstawionych stalugach wszędy, hałaśliwie składali swe przybory, a +odgłos ich rozmów, zarówno jak i kroki odchodzącej tłumnie gromady +ludzkiej, przeciągłem echem odbijały się o ściany i próżnię +olbrzymich sal muzeum. + +Wyludniały się one nader szybko; niebawem cisza utulać zaczęła +stopniowo twory człowieczego geniusza, a jeden jeszcze samotny i +niewidzialny pozostał tu tylko, zda się, król Piękna - bóg +Sztuki!.. + +W dziesięć może minut później Dzierżymirski wychodził na ulicę, +gdzie zoczywszy niebawem napis podziemnej kolejki elektrycznej zwanej : +"Metropolitain", po schodach spuszczać się zaczął ku stacyi. + +Zagłębiony w myślach, kupił Roman machinalnie bilet na prawo jazdy i +wyszedł na peron podziemnej poczekalni. W głowie jego, wśród myśli +wielu, nieukształtowany jeszcze, niewyraźny, zakiełkował projekt +opuszczenia Paryża, nieprzedstawiającego dlań już teraz, jako pobyt, +celu żadnego, i udania się do - Medyolanu... + +W tej samej chwili, z chrzęstem, świstem, wpadł na platformę +zręczny, mały, elektryczny pociąg miejski. + +- Louvre!.. Louvre!.. - wrzaśnięto donośnie, kilkanaście drzwiczek u +wagonów otworzyło się spiesznie... Wysypała się z nich garstka +ludzi, partya druga szybko zajęła ich miejsce, Dzierżymirski +wskoczył za innymi do pociągu, z wielkim pośpiechem, nie minęła +bowiem minuta, gdy już zatrzaśnięto na powrót z hałasem u +wagoników wszystkie drzwiczki. + +Kolejka ruszyła z miejsca pędem prawie, zanurzyła się i zniknęła, +jak zmyta, w oświetlonej gdzieniegdzie tylko elektrycznemi lampami +czeluści ciemnej podziemnego tunelu, biegnącego, jak wiadomo, pod +większą częścią nadsekwańskiej stolicy. + +----------- + + +Letnie, upalne popołudnie drzemało jeszcze nad ziemią, skwarne jednak +słońca promienie zniżać się już poczynały stopniowo... + +Ochoczo uwijały się po polach dziewczęta robocze, w swych krótkich +kolorowych spódnicach i haftowanych barwnie koszulach - z sierpami w +ręku, żnąc zboże, układając je w snopy i kopy, a z łąk i łanów +dalszych odzywało się od czasu do czasu rytmiczne ostrzeżenie kos i +ich chrzęst w ślad za tem, ścinający trawy, owsy i jęczmienie, +rozlegał się echem miarowem. + +W otaczające go, tętniące ruchem i pracą pola zapatrzony, na ciemnem +tle parku nieposzlakowanie biały milcząco wsłuchiwał się dwór +gowartowski w odgłosy, idące z łanów dalekich. + +Na werandzie, w głębokim fotelu siedziała marszałkowa Warnicka, +pracując z zajęciem nad robótką ręczną; dalej nieco, w parku, +poprzez drzewa alei migała jasna letnia suknia kobieca i sylwetka +siedzącego obok niej mężczyzny; przez otwarte na ścieżaj wreszcie +tuż koło balkonu okno saloniku dolatywały dwa męskie głosy, +zmieszane z miarowemi uderzeniami kul bilardowych. + +W saloniku owym grali w karambole Ładyżyński z Krasnostawskim. + +- Patrz, młodzieńcze, i ucz się! - mówił w tej chwili pan Emil, +pochylony nad bilardem. + +Biała bila jego, musnąwszy poprzednio lewy bok czerwonej drugiej kuli, +wracała właśnie teraz posłuszna, dotykając lekko stojącej opodal +trzeciej żółtej bili. + +- Aha!.. - wykrzyknął z tryumfem Ładyżyński. - Uderzenie znakomite, +a rzadkie, jak kruk biały!.. + +Spojrzał na Krasnostawskiego. Ten ostatni, bez ceremonii zwrócony do +okna, stał gdzieś zapatrzony, przez grzeczność w ostatniej tylko +chwili obróciwszy się szybko ku mówiącemu. + +- Barbarzyńco! - wykrzyknął Ładyżyński, oburzony szczerze. + +- Jak to? - pytał zdziwiony dalej. - Na seryo zatem nie widziałeś pan +wcale ? + +- Ale cóż znowu, i owszem! - zaprotestował Krasnostawski, zmieszany +nieco. + +Partner z pod oka spojrzał na młodzieńca i mruknął złośliwie: + +- Co pan ciekawego wypatrujesz wśród alei? Nikt tam, que je sache, nie +spaceruje, prócz Oli i kochanego Topolsia, hrabiego na Szczęsnojej... +A tu tymczasem straciłeś pan coup de maître, cug iścię +wspaniały... + +I wskazując dłonią stojące kule, objaśnił już spokojnie: + +- Przez czerwoną... Zamiast zwyczajno-pospolicie - tyłem, przez pięć +band, i serya notabene gotowa - pochwalił się. + +- Wiele mam? - zapytał po chwili. - A, prawda... - odpowiedział sam +sobie pan Emil, - osiemdziesiąt sześć!... Przepadłeś pan z +kretesem. Za chwilę - requiescat in pace!.. + +Przy tych słowach, Ładyżyński pochylił się znów bilardem. Pod +wprawnem uderzeniem jego kija, dotykane, cofane, kierowane zręcznie, +posypały się niebawem liczne karambole. + +Krasnostawski, od początku partyi kilkakrotnie do gry zaledwie +dopuszczony, ziewnął skrycie, znużony. + +- Ta zdradziła Radziwiłła!.. - wykrzyknął w tej chwili pan Emil. - +Chybiłem - graj pan!.. + +Krasnostawski z kolei zrobił kilka dość umiejętnych karamboli. + +- Brawo, bravissimo! - potakiwał Ładyżyński - Z jakim przestajesz, +takim się stajesz, niedarmo tak głosi przysłowie... + +A ze znawstwem, śledząc dalej uważnie grę partnera, dorzucił +jeszcze, w rodzaju pochwały: + +- Czołem, czołem!.. Wstępujesz w me ślady.... bardzo dobrze, wcale +nieźle!... + +Krasnostawski, z przymusem, uśmiechnął się lekko, po paru +uderzeniach wreszcie chybił. + +- Przeszła, minęła, jak sen jaki złoty! - zadeklamował +Ładyżyński, z patosem. - zgubionyś młodzieńcze! - dorzucił, i +pochylił się nad suknem zielonem. + +- Gram z tyłu - poinformował - ostatni, śmiertelny cios... + +Pchnięta, nakredowaną poprzednio starannie, muszką kija - biała +kula, obleciawszy szereg band, w skomplikowanej geometrycznej figurze - +niebawem pokorna, grzeczna, za jednem uderzeniem, musnęła cicho dwie +pozostałe bilardowe kule. + +- N, i... ni - c'est fini !.. - odsapnął z ulgą pan Emil. + +- No, teraz siadamy! - ciągnął dalej.- Dziękuję panu za partyę! - +podał uprzejmie rękę Krasnostawskiemu, poczem wyjął papierośnicę. + +- Służę panu! - rzekł, wyciągając ją w stronę młodego +człowieka. + +- Dziękuję bardzo! - odparł Krasnostawski, skłoniwszy się +grzecznie, wziął papierosa, podsuwając jednocześnie Ładyżyńskiemu +zapaloną zapałkę. - Merci! - mruknął pan Emil. - Ha, zmachałem +się nie gorzej od mołodycy, na polu przy burakach! - westchnął. + +Usiedli, i zapanowało chwilowe milczenie. + +W ciszy pokoju słychać było teraz wyraźnie jednostajne brzęczenie +much; zniżające się słońce ścieliło swe promienie po zielonej +powierzchni bilardowego sukna - salonik tonął cały w półświatłach +kończącego się letniego popołudnia. + +Nagle firanki u okien poruszyły się gwałtownie - ktoś drzwi +otwierał... + +Na progu, w szarem sukiennem, liberyjnem ubraniu, stanął lokajczyk, +młode chłopię... + +- Zamykaj, do kroćset! - zagrzmiał Ładyżyński, porzuciwszy silny +przeciąg i zwrócił się równocześnie do Krasnostawskiego. - Ma pan +jeszcze ochotę na partyjkę?... bo ja - to nie! + +- O, ja również! - odparł szybko Krasnostawski - Zresztą nie mogę, +mam dzisiaj pilne zajęcie jeszcze i wracać muszę! - Żegnam pana! - +dorzucił uprzejmie i powstawszy, wyciągnął rękę do +Ładyżyńskiego. + +- Adieu!.. - od niechcenia, ale grzecznie, nie ruszając się z miejsca, +odwzajemnił mu tenże uścisk dłoni. + +Krasnostawski, niby szukając czegoś po pokoju, zbliżył się +zręcznie do okna, posławszy wywiadowczy wzrok raz jeszcze do ogrodu. + +Siedząc wciąż na swem miejscu, Ładyżyński śledził spod okna, a +usta skrzywiły mu się przy tem sarkastycznie. + +- Cóż to tak zapamiętale pan szukasz? - rzucił ironicznie - serca, +czy głowy? + +- O, nie... tylko kapelusza!.. - odciął chłodno Krasnostawski, i +rzuciwszy siedzącemu powtórnie pożegnanie uprzejme, wyszedł z +saloniku. + +- Hm... hm!.. - mruknął do siebie stary kawaler, i powstał. + +- Wyczyść bilard szczotką tak, jakem cię nauczył na wskos, +nicponiu!.. - rozkazał kręcącemu się po pokoju lokajczykowi, i +strzepnąwszy ubranie, opuścił bilardową salkę, zmierzając ku +werandzie. + +- Zawsze przy pracy, pani marszałkowo! - powitał siedzącą przy +robótce panią Melanję i usiadł wygodnie na bujającym się fotelu. + +- No, i pan, panie Emilu, pracowałeś także - uśmiechnęła się +łagodnie matrona. - Stąd słyszałam, jak stukały karambole i +postępował raźno wykład gry bilardowej... + +- Ano, trudno!.. Trzeba pouczać młodych! - odparł pan Emil i +uśmiechnął się swoim zwyczajem. A gdzież to młoda para? - rzucił. + +Marszałkowa nie zrozumiała pytania. - Jak to? - zdziwiła się. + +- No, pani Ola i kochany hrabicz! - objaśnił niedbale, kołysząc się +leciutko w fotelu. + +- Aaa !.. - zaśmiała się marszałkowa - są w ogrodzie - dodała +spokojnie. - A pan Bolesław gdzież się znajduje? - zapytała z kolei. + +- Przegrawszy partyę karamboli i posławszy trzydzieści i jedno +spojrzeń tęsknych w stronę ogrodu i przechadzających się tam ludzi, +uciekł do domu - odpowiedział pan Emil. + +- Że też pan ciągle tak samo niepoprawny i zawsze musi widzieć coś +niepotrzebnego! - obruszyła się, z widocznem niezadowoleniem, +marszałkowa. + +- To tak tylko dla kontrastu z panią marszałkową! - odparł +słodziutkim tonem, układnie pan Emil i uśmiechnął się szyderczo. + +- No, no!.. - udobruchana nieco, pokiwała głową staruszka. - Żeby to +tylko tak było w istocie ! - Ależ upewniam panią marszałkowę - +podchwycił Ładyżyński. - Wracając jednak do poprzedniej prozy +życia, i jego wypadków - ciągnął wolno - ciekawym, czemu ten Roman +nie wraca?.. + +- A! - żywo odparła pani Warnicka. - Zapomniałam powiedzieć panu... +Wczoraj wieczorem był list od niego... Donosi, że z Ostendy, dokąd +udał się prosto z Paryża, dla odpoczynku, przybył już do Mediolanu, +gdzie zabawi dłużej... + +- Hm, hm! - chrząknął pan Emil. - Że też prezesuniowi kochanemu nie +tęskno: do żony primo, do mnie - secundo, to się wydziwić temu nie +mogę - wygłosił całkiem seryo. + +Marszałkowa na te słowa uśmiechnęła się do siebie, w milczeniu, +Ładyżyński mówił zaś dalej, wydobywszy zegarek z kieszeni: + +- Patrzcie państwo, już wpół do ósmej!.. O wpół do szóstej +zaczęliśmy grać z Krasnostawskim partyjkę, a panią marszałkowę +pozostawiliśmy wszyscy tu na balkonie samotną... Tiens... tiens... jak +to czas leci. + +Pan Emil spojrzał na ogród, szukając coś oczyma i w tejże samej +chwili zerknął na marszałkowę. Ta ostatnia również wysłała +spojrzenie do parku. Złośliwie nieco wykrzywił usta pan Emil i +wpatrzył się badawczo w twarz staruszki, lecz ta obojętnie całkiem +odwróciła po chwili głowę i kończyła spokojnie robótkę. + +Zapanowało milczenie. + +- Dziwny aforyzm przychodzi mi do głowy! - odezwał się Ładyżyński, +w parę minut później. + +- Bardzo, ciekawam, co tam znowu przychodzi panu do głowy?.. - +zaśmiała się staruszka. + +- Piękna kobieta - wygłosił z patosem pan Emil - to częstokroć +wcielenie ślepego trafu igraszki!.. Obdarza ona bowiem królewską swą +łaską nie zasłużonych, lecz szczęśliwych, choć wszyscy, niby +gracze, pragnęliby w duchu wygrać najwyższą tylko stawkę... + +Siwe oczy marszałkowej na chwilę zabłysły rozumnie, i odparła +lekko, w tym samym tonie: + +- Ho-ho, co za porównania, jaka poezya nagle objawiła się w panu! - +pochwaliła ironicznie i dodała: - Ja nie wiem, doprawdy, czy +potrafię, skromna, wznieść się na takie wyżyny... Lecz i mnie +również, dziwnym zbiegiem okoliczności, aforyzm świta w myśli: + +I po chwili pani Melanja wygłosiła z przyciskiem: + +- Podejrzliwość - to wcielenie satanizmu!.. Oczernić, zbrukać +potrafi najczystsze, śnieżne jagnię, tem gorsze zaś ono, że +uwierzą mu ludzie, goniący, z rozkoszą, za obmową, choćby nią był +i fałsz wierutny!.. + +- Les beaux esprits se rencontrent! - wycedził w półukłonie pan +Emil, i zamilkł. + +- No, żegnam kochanego pana! - odpowiedziała marszałkowa, i powstała +ciężko z fotelu. - Idę - ciągnęła - wydać rozporządzenia do +wieczerzy, bo gosposia nasza, jak widzę, zapomniała się dzisiaj, a +pana - tu uczyniła ręką niewyraźny ruch w powietrzu - pozostawiam +sam na sam z aforyzmami!.. - zaśmiała się przy tem staruszka +złośliwie nieco, i znikła we drzwiach salonowych. + +Ładyżyński, po wyjściu marszałkowej, zapalił papierosa i +zamaszyście począł kołysać się na biegunach fotelu. + +- Śmiej się, śmiej, babuleńko! - mruknął z cicha. - Ja mam swój +rozum i węch świetny. O, co do tego, to zapewnić mogę, że nos mam +wyborny!.. - dotknął twarzy, zaśmiał się do siebie, wciągnął +powietrze, i powstawszy, zeszedł po stopniach schodów balkonu. + +Spojrzał znowu na zegarek i mruknął: + +- Ósma dochodzi... Sapristi, o czemże dwie i pół godziny sam na sam +mówić ze sobą mogą dwoje młodych ludzi, jeśli nie o miłoś... +Psst! - syknął głośno i położył sobie na ustach palce. - +Podejrzliwość albowiem jest to wcielenie satanizmu... i tak dalej, - +dokończył, i zaśmiał się znowu cicho. - No, zobaczymy! - szepnął +do siebie jeszcze i skierował się do ogrodu. + +Słońce zachodziło właśnie. Białe ściany gowartowskiego domu +gorzały czerwienią, błyszczały, złociły się okna, dach blaszany +żarzył się, jak głownia, a tam w parku, w oddali, wstydliwie +zaróżowiały się, rumieniły brzozy, mieniły od gasnących promieni, +w odblaski polerowanej miedzi, dęby, lipy, topole... + +Ładyżyński, zagłębiał się dalej i dalej w ogród, idąc krokiem +pewnym, aż znikł, pochłonięty cieniami ciemnawej już, drzew +wierzchołkami zrosłej ze sobą alei; poszukiwania jego jednak miały +spełznąć na niczem. Młodej pary, jak ją pan Emil żartami nazwał, +nie było już w ogrodzie. + +Topolski i Ola, przed pół godziną, znalazłszy się na skraju parku i +łanów szerokich, opuścili ogrodową aleję, pociągnięci +współwzajemnie czarem przechadzki po zielonej, biegnącej wśród +pól, ugorów, łączce, w przedwieczornej świeżości skąpanej +całej. + +Gawędząc, śmiejąc się i przekomarzając na przemian bezustannie, +oddalili się oni nawet już dość ode dworu, nie spostrzegłszy tego +naturalnie wcale. + +Wbrew zapowiedzi, danej pani Oli jeszcze na raucie, przyśpieszył +Topolski swój przyjazd do odziedziczonych w pobliżu Gowartowa dóbr +swoich "Szczęsnaja". + +Bawił już tu przeszło od sześciu tygodni, będąc nader częstym +gościem osamotnionej prezesowej Dzierżymirskiej; Ola zaś, nie mająca +prawie tu ni rozrywki, ni towarzystwa żadnego, zazwyczaj niezmiernie mu +rada była. + +Topolski zaś ze swej strony podobać się mógł tylko. Ogładzonych +form światowych, przystojny i miły, był również bardzo +inteligentnym, a lekki pokład idealnego marzycielstwa, w kontraście +połączony ze szczyptą sceptycyzmu, czynił go interesującym bardzo, +szczególniej dla kobiet. W kole płci pięknej czuł się zawsze +panem... Posiadając wrażliwość czułostkową przyrodzoną, rozumiał +on kobiety przytem stokroć lepiej od innych mężczyzn, odczuwał je +subtelnie, - w podbijaniu zaś serc niewieścich, cierpliwem i +umiejętnem, - mistrzem go nazywano. + +Próżniacze życie jego, zjadającego dochody "panka", zabarwione tylko +z lekka tam i ówdzie dyletanckiem zainteresowaniem się sztuką, oraz +podróżowaniem po świecie - składało się też przeważnie z +krótszych lub dłuższych miłostek, z łańcucha: "bonnes fortunes", +które, jak ogniwa, ze sobą bezustannie łączyć sie starał. + +Poznawszy Olę Dzierżymirską, Topolski postanowił zdobyć ją +nieodzownie. W tym celu więc dowiedziawszy się o bytności Romana +Dzierżymirskiego za granicą, przyspieszył wyjazd na Ukrainę, i od +dwóch już niespełna miesięcy pracował wytrwale, powoli, ze +znawstwem swej sztuki, cegiełka za cegiełką, budując swe przyszłe, +jak nazywał - szczęście! + +Z początku było mu niezmiernie trudno skierować, pchnąć Olę, choć +nieznacznie tylko, na swe tory. + +Gra ta, złożona z setek subtelnych odcieni, opartych na gruntownej +znajomości "kobiety," parokrotnie srodze zawiodła go z Olą +Dzierżymirską. Lecz po paru już tygodniach uczuł Topolski wreszcie +grunt pod nogami, aczkolwiek jeszcze bardzo niepewny. Tryumfował +skrycie - i szedł dalej... + +Dziś zaś, po tygodniach sześciu pobytu, miał on już za sobą małą +przeszłość w tym względzie; między nim, a Olą mianowicie biegła +nić trwała obcowania wzajemnego, wspólnych rozmów, dociekań, +paradoksów, określeń - garść faktów jednak na pozór nic nie +znaczących prawie... + +A więc, na przykład, gdy w gronie osób postronnych, trzecich, +toczyła się rozmowa o temacie, poruszonym już przez nich dwojga +niegdyś w pogawędce sam na sam wspólnej - czy to w zakresie sztuki, +literatury, muzyki, czy wreszcie w dziedzinie wypadków pospolitych +codziennego życia - usta ich uśmiechały się nieznacznie, a +równocześnie oczy spotykały się, posłuszne... + +To znów kiedy indziej, nim jedno z nich zdążyło wymówić myśl +jakąś, częstokroć drugie, chwytało ją szybko już w lot i na nie +wypowiedziane, a przeczute słowa, dawało trafną odpowiedź, lub +rzucało aforyzm dwuznaczny, mający li tylko dla nich dwojga znaczenie, +dla innych niezrozumiały często wcale - poruszający zaś sobą +wspomnienie, zdarzenie osobiste, wspólne... + +Szukali się wzajemnie również, unikając towarzystwa drugich, +pragnąc zawsze być ze sobą, wyłącznie sami. + +A po za tem? Och, określić nawet trudno. + +Dziesiątki, setki, tysiące maleńkich, nikłych zdarzeń, powikłań, +chwil, chwilek, słów, słówek, gestów, drgnień twarzy, uśmiechów, +niedomówionych spojrzeń, uściśnień dłoni, przyjaźniejszych, +czulszych - w nieskończoność biegnąc, zacieśniały ich dwie duchowe +jaźnie coraz bardziej, motały ich ze sobą i z nitki początkowo +pojedynczej tylko, czas uprządł tkaninę przędzę niewidzialną, a +nierozerwalną już jednak, co silnie, a trwale złączyła ich w końcu +ze sobą! + +I Topolski, błąkający się z początku w swej grze trudnej zaplątał +się sam wkrótce, nie wiedząc nawet kiedy, w zastawione zręcznie na +Olę sieci. + +Serce w nim obudziło się po raz pierwszy może w życiu!.. On, motyl +niestały, powierzchownie tylko kochliwy, w każdej zamężnej, +wdzięcznej buzi - zakochał się na seryo w Oli! + +Dziś od dwóch godzin przeszło, w słów dobieranych szermierce, +flirtował z nią - teraz już dlań ukochaną, a przez to samo +upragnioną jeszcze bardziej. + +Mówili dnia tego jak zwykle o literaturze, muzyce i sztuce, to jest o +tem, co zajmowało ich wspólnie najbardziej w krainie, oderwanej od +przędzy codziennego życia. + +On wspominał i opowiadał barwnie wrażenia licznych podróży, +dowcipkował, śmiał się, przytomny bezustannie gry swojej; Ola +słuchała mówiła, opowiadała z kolei wiele sama... Jak w złocie +łanów zboża, jednostajnem od maków purpurowych i bławatnych +chabrów, roiło się w tej ich słów gawędzie od dwuznaczników, w +lekką formę obleczonych ze strony Topolskiego oświadczyn i +półsłówek - połowicznem niedomówieniem wiele mówiących nieraz +rzeczy!.. + +Przed chwilą, słońce ułożyło się do snu. Topolski kończył +jednocześnie wywołane faktem tym opowiadanie wspomnienia, tyczącego +się wschodu słońca obserwowanego z wierzchołka góry "Mont Blanc," +spowiadając się z wrażenia podniosłego, doznanego wysoko!.. + +Słowa pełne zapału, efektowne, zamarły mu właśnie na ustach, na +których spojrzeniem całem zawisła artystyczna dusza idącej obok +niego kobiety. + +Zapanowało pomiędzy niemi chwilowe milczenie: + +Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych +kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar +letniego gasnącego dnia chwytał za duszę... + +- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło +zaśmiała się Ola. + +- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł +niechętnie. + +Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni. + +- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą +hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak +silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, +z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej +uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny +"Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie. + +- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w +twarzy młodego człowieka. + +- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy +zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę. + +Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie, +pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, +iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki +doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci +chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się +natychmiast. + +- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy +się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej +myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!.. + +- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż +bowiem wspólnego ma wschód słońca... + +- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynajmniej dla mnie... Bo gdy, +stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do +słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie jutrzenka +prysła snopem promieni, jak całując jakby po prostu okoliczne +szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat +cały, tak rozpromieniony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! +- Topolski umilkł na chwilę... + +- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - +kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie +słońce do uczucia kobiety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która +również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może +człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!.. + +- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła, +poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie: + +- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby +może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją +jednak i odczuwam doskonale... + +- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje - +ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia +pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno +spostrzeżenie... - zatrzymał się... + +- Musiała pani - i instynktownie Topolski nadał głosowi brzmienie +łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo... + +- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola. + +- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - +rzucił po francusku Topolski. + +- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże języku, Ola. + +- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą +stanu? + +- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie +nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka. + +- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... +Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu +przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o +ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé +défini... - zaakcentował wyraz ostatni. + +- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze +trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością +francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, +indéfini - odcięła. + +- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał +dłużnym Topolski. + +- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - +Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo, +widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki, +nieprawdaż?.. + +Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku. + +- Prześliczne! - potwierdził. + +Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki +zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, +układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki +małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku +śpiącego już słońca. + +Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł +wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta +spojrzała przed siebie. + +- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak +to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu +ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca. + +- Tak. Zdaje się, że to jaśnie pan plenipotent pomyka - odparł z +przekąsem Topolski, z zaakcentowaną rozmyślnie obojętnością w +głosie. + +Tymczasem kasztanek złotawy, parskając cicho, przemknął tuż koło +nich i ruchem uprzejmym, aczkolwiek chłodnym nieco, i nie zatrzymując +się wcale, skłonił się Krasnostawski stojącej parze. + +Topolski i Ola w ślad zatem ruszyli powoli miejsca, rozmawiając znów +żywo ze sobą, jeździec zaś, na wskos przeciąwszy łączkę, +wspinać się zaczął po pochyłości jaru. Z lekkiego początkowo pod +górę truchcika, koń przeszedł w wolnego stępa... + +W ciszy wieczornej, do uszu Krasnostawskiego dochodziły wyraźnie +słowa i śmiechy idącej łączką pary. + +Młody człowiek, uderzywszy gniewnie konia butami i spicrutą, +pochwycił cugle, i pomknął dalej... + +- Że też im nigdy nie zbraknie tematu do rozmowy! - mruknął. + +Obecność ciągła Topolskiego przy Oli gniewała niepomiernie młodego +plenipotenta. Znał on, jak wiadomo, dzisiejszą dziedziczkę Gowartowa +od lat blisko dziesięciu. Dziewczęciem jeszcze podobała mu się ona +bardzo. + +A potem?.. Wszak pamięta doskonale tę chwilę, gdy dowiedział się on +od starego Gowartowskiego, że Ola uciekła z Dzierżymirskim... +Dziwnego, och, niepojętego dlań nawet, na razie doznał wówczas +wrażenia! Po śmierci zaś pana Januarego i przyjeździe młodych, +przypadek bardziej jeszcze zbliżył go do niej, a było nim +powtórzenie zbolałej córce dosłownie ostatnich chwil ojca i słów +jego, pełnych przebaczenia... + +Fakt ten, na pozór drobny, stał się jednak dla Krasnostawskiego +wysoce poważnym, postawił go bowiem wobec nowych chlebodawców na +przyjaznej, poufałej niemal stopie, i takim dotąd bez zmiany +pozostał. + +Co rok, gdy Dzierżymirscy przyjeżdżali do siebie na wieś, pierwszy +witał ich na progu Krasnostawski, bywając potem zawsze stale co dzień +niemal w Gowartowie... Dzierżymirscy traktowali go, jak równego im +zupełnie, naturalnie, uprzejmie przyjmowali zawsze - bez różnicy, o +każdej dnia porze, ze względu zaś na dobre wychowanie jego, i +wspomnienie, iż do snu wiecznego zamknął był Gowartowskiemu powieki, +uważano go nawet jakby za należącego do rodziny. + +Czuł się zatem młody pan plenipotent w pałacu, jak u siebie w domu, +zastępował mu on strzechę rodzinną, której nie posiadał wcale i +trwało tak rok rocznie przez kilka letnich miesięcy. Potem znów +następowała dlań długa przerwa; - gospodarstwo, samotność, nuda i +wyczekiwanie z upragnieniem chwili przyjazdu Dzierżymirskich! +Powtarzało się to bezzmiennie przez lat ubiegłych parę, i przez czas +ten cały stała się rzecz, której z łatwością domyśleć się +można było... + +Krasnostawski, dawniej Don-Juan wielkomiejski, jeszcze obecnie na wsi +bałamucący wszystkie ładniejsze dziewczyny w okolicy - +niepostrzeżenie, początkowo nie zdając sobie nawet wcale sprawy, +zakochał się na zabój w swej pięknej, młodej dziedziczce i pani... + +Łatwe sercowe zdobycze pomściły się na lekkomyślnym panu +plenipotencie. Miłość prawdziwa, silno powaliła go już w drugim +roku pobytu u Dzierżymirskich. + +Zabrała mu serce kobieta, dla niego całkiem, i rzec można, na zawsze, +niezdobyta, niepochwytna nawet, ze względu warunków służebnej +różnicy położenia jego w ogóle z jednej strony, a z drugiej - z +powodu charakteru Oli, jak się zdawało, bez skazy, niezłomnych jej +zasad, oraz bezgranicznej, niezmiennej, a dotąd jedynej - miłości jej +dla męża. + +Przebolał zatem Krasnostawski wiele, lecz zapanował nad sobą. Nikt +nie zbadał dotychczas tajemnicy jego serca, nawet "ona." + +A dziś, uczucie drzemiące i ukryte na dnie duszy przed sarkazmem ócz +i języków ludzkich, przeobraziło się już było w prawdziwy kult... +Codzienny gość Gowartowa, Krasnostawski, poza obowiązkami, żył +"prawdziwie" w dniu godzin tylko kilka, t.j. tych parę właśnie, +podczas których obcował z Olą, młoda kobieta zaś stanęła w duszy +jego, nie złożonej, nieprzesubtelnionej, lecz szczerej, pięknej i +prostej - na piedestale świętości prawdziwej! Krasnostawski modlił +się niemal do Oli!.. + +I oto teraz przyszło mu cierpieć podwójnie: dotąd odbierała mu +ubóstwianą konieczność życia, w postaci męża... - Dziś przy boku +jej się zjawił inny... Krasnostawski znienawidził pana na +Szczęsnej... + +Zazdrość, ta miłości siostrzyca, pochwyciła go w swe szpony +krogulcze, dręcząc bez litości... Mękę tę zaś powiększało +jeszcze poczucie własnej niemocy. + +Myśląc o tem po raz setny, Krasnostawski pędził wciąż szybko, +nagląc niemiłosiernie spicrutą wierzchowca. + +- Sługą jestem i na wieki sługą zostanę!.. Psie życie, psie!.. - +rzucił głośno z goryczą obszarom, śniącym w mroku. - On mi ją +weźmie, pokala, ja to czuję, przeczuwam!.. Lecz co czynić mam, co +robić? - wołał do siebie wzburzony przyjaciel, domownik pałacowy +Dzierżymirskich. - Zastrzeliłbym go, to lisiątko! - mruknął ciszej. + +W tej samej chwili koń się potknął, Krasnostawski ściągnął +instynktownie cugle, i począł jechać wolno. + +Wokoło niego, otulony szarzyzną mroku, kołysał się step mały, +wysoka trawa łechtała mu opuszczoną w dół siodła rękę. W oddali +rysowały się już cienie folwarku Tomaszówki, tak zwanej ukraińskiej +fermy, złożonej tylko z toku, to jest: stodół, spichlerza, paru +jeszcze zabudowań gospodarskich, i jego własnego, niskiego, +mieszkalnego domku - królujących w cieniu kilkunastu drzew wśród +pól i łanów szerokich. + +Krasnostawski zdjął czapkę i przetarł chustką czoło. W krąg niego +latały tysiące muszek małych, brzęczały żałośnie roje komarów; +bąk grał gdzieś w moczarach, a przepiórka zabłąkana, wędrująca +jeszcze po polach, odzywała się gdzieś nieśmiało samotna... + +Przejechawszy wolno kawałek stepu, Krasnostawski puścił się znów +poprzez bodziaki i trawy szybkiego nader, tak zwanego szłapaka. +Prychając nozdrzami, czując stajnie blisko, pomknął kasztan ochoczo. +Pędem powietrza i końskiego biegu, wysokie trawy zakołysały się +trwożnie - zaszumiało na stepie... + +Lecz oto po chwili wierzchowiec skoczył w bok gwałtownie: to +układający się już do snu błogiego zając pomknął mu chyżo spod +nóg i znikł w wieczornym mroku... Niebawem jeździec z koniem wpadli +na trakt szeroki. + +- Zginie mi Ola moja ubóstwiana, najdroższa!.. A szkoda - szkoda! - +szeptał do siebie podniecony Krasnostawski. + +- Co czynić? jak przeszkodzić temu? - huczało mu dalej w głowie. + +Lecieli wciąż... Domostwa Tomaszówki stawały się coraz +wyraźniejsze, bliższe... Wyminął ich wóz; jadący w przeciwną +stronę, chłop pokłonił się nisko, lecące za wozem źrebię +przyłączyło się do wierzchowej klaczy Krasnostawskiego. + +- Ksiou, ksiou, ksiou! - zawołał chłop przeciągle: źrebczyk +zastrzygł uszami, prychnął i zawrócił galopem. + +- Ach, czemuż, czemuż nie wolno mi kochać ciebie, najdroższa? - +wyrzucił z siebie Krasnostawski wymówkę, pełną goryczy. - Ja bym +cię ozłocił, klęczał przed tobą - zmiatał proch u stóp twoich!.. + +Jeździec z koniem, jak huragan, wpadli we wrota i na dziedziniec +małego dworku. Zatrzymali się... Krasnostawski zeskoczył z kasztanka +i huknął donośnie. + +Niebawem zjawił się wyrostek, w rozchylonej koszuli, boso, odebrawszy +wierzchowca, znikł z nim pomiędzy strzechami podłużnych budynków; +młody człowiek zaś, szepcąc jeszcze smutnie coś z cicha do siebie, +schyliwszy głowę, wszedł do wnętrza małego, krytego słomą dworku. + +Odemknął drzwi kluczem, a przestąpiwszy próg, zatrzasnął je z +hałasem. W ślad za tem potarł zapałkę, a zapaliwszy lampę, +zbliżył się do biurka, stojącego pod oknem, wśród skromnie +umeblowanej izby, wybielonej, z niskim sufitem, o dużych wystających u +pułapu belkach. + +- Nie mnie, marnemu pionowi, marzyć i kochać, nie mnie!.. Do pracy, +sługo, płacą ci za to! -szepnął Krasnostawski, z bezmierną +goryczą. Rozłożywszy jednocześnie na stole olbrzymią rachunkową +księgę, umoczył pióro w kałamarzu i usiadł ciężko przed +biurkiem. + +Cisza zaległa pokoik. Przerywał ją tylko szelest papieru i zgrzyt +donośny stalki w obsadce - czasami zaś akordem w tę muzykę milczenia +i pracy wplotło się z rzadka stłumione westchnienie ciche. + +------------- + + +Ukraińskie lato upalne dobiegało końca, zanikało, wypierane +jesienią wczesną, w tym roku piękną bardzo - przezroczą... + +Życie w Gowartowie płynęło cicho, a dnie mijały tutaj za dniami, +wszystkie bez zmiany niemal bardzo do siebie podobne. Ładyżyński +zatem tak samo zawsze szyderczy z marszałkową się sprzeczał i +rozmyślnie przeszkadzał flirtowi Oli z Topolskim... Krasnostawski, +tłumiąc w sercu ból, żal, gorycz i zazdrość, przyjeżdżał tu jak +zwykle, co dzień, a bawiąc w pałacu coraz krócej, po partyjce +bilardu z panem Emilem, uciekał do swej wśród pól samotni. + +Czasem zajrzał do Gowartowa ktoś z dalszych, lub bliższych +sąsiadów, i jak to bywa zazwyczaj na wsi, zjeżdżając całym +rodzinnym taborem, na godzin kilka rozgaszczał się w pałacu. Dom +cały naturalnie zniewolonym był być na usługi gości, działo się +to jednak zawsze ku wielkiemu zmartwieniu Ładyżyńskiego. Bywalec +eleganckich miejskich salonów, zły chodził wówczas z kąta w kąt, +ziewając skrycie i pokpiwając nieznacznie z przybyłych w gościnę; +sąsiadów Gowartowa nie lubiał bowiem pan Emil i z góry stale +traktował, ochrzciwszy wszystkich ryczałtowo mianem "serwatki +towarzyskiej"... + +W niedzielę wszyscy z pałacu jeździli do kościoła - w tygodniu, dla +ubarwienia jednostajnego skądinąd życia, oddawano sąsiedzkie +wizyty... Pan Emil wtedy zostawał zawsze w domu, a namawiając panie, +by jechały, starał się zwykle wybrać na to dzień, w którym +spodziewał się odwiedzin Topolskiego. + +Hrabia ze Szczęsnej, przyjeżdżający teraz, regularnie, co drugi +dzień prawie, stawiał się wówczas niezmiennie. Ładyżyński, +uśmiechnięty złośliwie, przyjmował go z otwartemi ramiony, do +karamboli natychmiast werbował, nic najczęściej przy tem nie mówiąc +o wyjeździe pań, wymijając zręcznie jego pytania w tym względzie. +Dopiero później, po partyi, wychodził na chwilę, wracał, i +spokojnie oznajmiał mu o tem, mniej więcej w ten sposób: "Wszak +hrabia kochany o panie mnie się pytał? n'est ce pas? Pardon... na +śmierć zapomniałem... wyobraź pan sobie, wyjechały przed godziną +na spacer, pewny byłem... A tu, concevez... Dowiaduję się właśnie, +iż palnęły sobie wizytkę!.." + +Topolski rad nie rad niebawem odjeżdżał, pan Emil zaś, ironiczny, +zjadliwej uprzejmości pełny, odprowadziwszy go do powozu - zacierał +ręce z radości. + +Pomimo jednak usiłowań zręcznych Ładyżyńskiego, stosunek +Topolskiego i Oli zacieśniał się coraz bardziej; przyjaźń +fermentowała już, potęgowała zaś stosunek ten przedłużana coraz +bardziej nieobecność Dzierżymirskiego, od którego, po liście +oznajmiającym wyjazd do Medyolanu - nie było zgoła żadnej +wiadomości. + +Był wieczór letni, kojący, cichy... + +W pałacu gowartowskim zgaszono już wszystkie światła, prócz jednego +- w jadalni, gdzie marszałkowa przeglądała świeże gazety. Niebawem +odłożywszy je na bok, ze zmęczonych oczu staruszka zdjęła okulary, +a przetarłszy powieki, powstała i skierowała się ku balkonowi. + +Tam, wziąwszy w rękę laskę, zeszła do ogrodu, zagłębiwszy się w +jedną z cienistych alei. + +Ola, Topolski i nieodstępny ich satelita, pan Emil, używali +przejażdżki łódką po stawie, w tą stronę więc skierowała kroki +marszałkowa. Wkrótce przed nią zaszkliła się tafla stawu, staruszka +usiadła na ławeczce i posłała spojrzenie w dal... + +Do uszu jej jednocześnie, w wieczornej ciszy wyraźna, doleciała +pieśń, śpiewana zgodnie silnym męskim tenorem Topolskiego i +cieniutkim sopranem Oli, z przeciągłem do wtóru gwizdaniem pana +Emila. Barka znalazła się niebawem pośrodku stawu. Pieśń, urwana +nagle, zcichła, marszałkowa krzyknęła, jak tylko mogła +najgłośniej: - Hop!.. hop!.. + +- By... waj! - odpowiedział natychmiast pan Emil, rozległy się +szybsze uderzenia wioseł, plusk wody i łódź chyżo kierować się +poczęły ku brzegowi, Ładyżyński po chwili przyłożył do oczu +rękę i krzyknął; + +- Per Bacco! Wszak to pani marszałkowa!.. + +- O, ciociu! Czemuż cioteczka przyszła aż tutaj? Jakże można... +wilgoć ze stawu, opary niezdrowe! - rozległ się z kolei cieniuchny +głosik Oli. + +- Nic, dziecko, nie szkodzi... Posiedzę sobie, taki śliczny i ciepły +wieczór... Jedźcie, jedźcie, jak się zmęczę, to powrócę! - +odkrzyknęła pani Melania. + +- E, cóż znowu? - zagrzmiał basem Ładyżyński. - I my wracamy. +Księżyc zresztą dziś niecnota nie dopisuje i chowa się ciągle... +Naprzód!.. - zakomenderował donośnie. + +- Nieprawdaż? - dodał ciszej, zwracając się ku siedzącej w łódce +młodej parze. + +- Ależ naturalnie! - potwierdziła szybko Ola, widząc, iż Topolski +milczy dyplomatycznie. - Cioteczka zaziębi się, jak ją pozostawimy tu +dłużej, a sama do domu tak rychło nie pójdzie... + +Po chwili, łódź stanęła u brzegu. - Ciotuniu, jesteśmy.. - żywo +krzyknęła Ola, i wysiedli wszyscy. + +Topolski z Olą poszli naprzód, pan Emil zaś pozostał, systematycznie +ułożywszy wiosła i zamknąwszy na klucz kłódkę u łańcucha, +przytwierdzonego do barki, poczem zapalił z wolna papierosa. + +- Pa -nie E - mi - lu! Wra -ca - my! - rozległ się z góry, na brzegu, +wołający głosik Dzierżymirskiej. + +- Idę, idę! - odpowiedział w ten sam sposób Emil, nie ruszył się +jednak wcale. Po chwili warknął do siebie półgłosem: + +- O, nie podoba mi się coraz więcej ten farbowany na hrabicza! Lecz +swoją drogą pozycya moja tutaj jest w zupełności idyotyczną... +Marszałkowa, jak ślepa: nic nie widzi; on, wściekły, zębami na mnie +po cichu zgrzyta ona się dąsa... Que diable! Nie byłem dotąd nigdy +stróżem cnót młodych mężatek!.. + +I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wolna skierował się ku +pałacowi. + +Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie +ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i +wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco +przechadzką. + +Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w +Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie. + +- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, - +że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki... +Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!.. + +- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - odparł Topolski. + +Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zawsze "gnębicielką i +pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii." + +- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku +siedzącej obok Oli - to niech zagra pani dla pana Emila za to, że nam +ciągle swem towarzystwem przeszkadzał... + +- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem +błyśnięciem oczu. + +- Powiadają, iż przysłowia są mądrością narodów, a jedno z nich +mówi pono: "mądrej głowie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - +to trudno. + +- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia, +stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania. +Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana. + +- Honny suit, qui mal y pense. Lecz pozwolę; sobie tymczasem nie +wierzyć pani... + +Rozmowa ta cała prowadzoną była półgłosem, tak, iż siedząca w +przeciwnym rogu balkonu marszałkowa nie słyszała jej wcale. Odezwała +się więc, przerywając: + +- Widzę, że na próżno pan Topolski cię prosi. Zagraj, Oluniu, +zagraj, dziecko, w taki cichy wieczór ślicznie się wyda głos +fortepianu. + +- No, jak cioteczka każe, to i owszem! - rzekła z uśmiechem Ola. - +Ale czynię to tylko dla niej; avis au lecteur... + +Zwróciła się do Topolskiego, spojrzawszy mu prosto w oczy, poczem +przestąpiła próg pokoju. Młody człowiek skłonił się, i +powstawszy, podążył do salonu w ślad za nią. + +- Któż zbadał rzeczywistą pobudkę czynów kobiety? - szepnął +dyskretnie, pochyliwszy się ku idącej. + +- Przepraszam! - zaśmiała się wesoło Ola - proszę wracać na balkon +dotrzymać towarzystwa cioci Melanii, a zresztą - tu, siadając do +fortepianu, uczyniła ręką ruch w stronę werandy - oto pan Emil... + +- A... więc pani jednak gra... dla niego - rzekł z wolna Topolski i +posłuszny zawrócił. + +Ola nie odpowiedziała... Gamma tonów z pod jej palców zabrzmiała +donośnie... Fantastyczna pieśń norweska odbiła się o echa parku i +głębie śniące do stawu - namiętna, burzliwa, popłynęła w dal +cichą pól i stepu... + +- Że też pani Ola nie ma litości nad ptaszkami, co śpią sobie w +parku tak cicho. Gdy usłyszą bowiem parę podobnych fortepianowych +trelików, ogłuchną do rana zupełnie. - odezwał się w tejże chwili +ironiczny głos Ładyżyńskiego. + +- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a +nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem, +półserjo odciął panu Emilowi Topolski. + +Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nieoświetlonego salonu, +gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie: + +- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie, +terre à terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo? + +- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry +mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać +muzykę... + +- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan +Emil i zadzwoniwszy na lokaja, kazał zapalić światła w bilardowej +salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykonywać +zaczął karambole. + +Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho teraz fortepian, +płakał, smucił się żałośnie... Ola grała pięknie, z techniką i +uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością, +przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc +zarazem w duszy jej obecność, przeszkadzającą mu we flircie z Olą. + +Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona +snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła: + +- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi panowie, ja zaś idę spać... A +pan Emil gdzie - nie widzę go? - zapytała naraz. + +Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postukuje na bilardzie; nie +chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko: + +- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wróci zapewne niebawem! - i +na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki. + +Marszałkowa, nic nie mówiąc, weszła do salonu i zbliżyła się ku +fortepianowi. + +- Bonsoir, chérie! - rzekła, całując Olę w głowę. + +- Dobranoc, cioteczko! - zerwawszy się z krzesła uściskała +marszałkowę Dzierżymirska; poczem pani Melania skierowała się wolno +do swych pokojów. + +Znikła... Fortepianem wstrząsnęło gwałtowne intermezzo; do pokoju, +tonącego w cieniach, cicho, jak kot, wsunął się Topolski. + +Usiadł na niskim foteliku obok Oli: -Nareszcie!.. - szepnął. + +- Nareszcie... Co? - ze spojrzeniem zalotnem, zapytała, nie odrywając +paluszków od klawiszy. + +- Jesteśmy z panią sami...- dokończył Topolski zdanie. - I ten +satyr, któremu tu tak wszystko wolno i uchodzi... + +Topolski urwał, a widząc, że Ola już otwiera usta by coś +powiedzieć, wyrzucił z siebie szybko, czyniąc nieznaczny ruch ręką: + +- Och, wiem już z góry, co pani mi powie... Pan Emil - przyjaciel +nieboszczyka ojca pani, druh marszałkowej, wreszcie zna panią od +dzieciństwa. - Wszak to wszystko wiadomem mi jest doskonale... Co nie +przeszkadza - ciągnął - iż denerwuje mnie ten pan do +niemożliwości... Bo, np. dzisiaj: od rana nie pozwolił nam być +chwilki nawet sam na sam... + +- Ho, ho, cóż to za gorycz i niezadowolenie! - zdziwiła się niby +Ola, a usiłując nadać głosowi brzmienie twardsze, dodała: - Nie +pojmuję zresztą, skąd te żądania uporczywe sam na sam i urojone +jakby jakieś prawa... + +Nie dokończyła... Trel gwałtowny przebiegł, jak dreszcz, po +klawiszach, spojrzenie zaś młodej kobiety, które dojrzał Topolski w +półcieniu i blask jego, co, jak pieszczota, przesunął mu się po +twarzy, zadały kłam wyraźny wymówionym przez Olę słowom. Topolski +zapomniał o nich. Zapamiętał wzrok tylko i pokorny na pozór +pochylił się ku rączce Oli. + +- Przepraszam stokrotnie!.. przepraszam!.. - i pocałował biegnącą po +fortepianie białą rączkę, wychylającą się z fałdzistego rękawa +- wyżej łokcia. - Przeprasza się niżej! - rzuciła żartobliwie Ola. + +- Ciemność winna temu... -- rzucił lekko Topolski. + +Milczenie parku i domu przerywały teraz tylko tony fortepianu, coraz +namiętniejsze jakby, gwałtowne, burzą ognistego zapału i pragnień +wstrząsające spokojną ciszą, oraz nerwami dwojga ludzi, +słuchających tej orgii dźwięków rozpasanych, zamkniętych w +złocone ramy artyzmu i techniki. + +Głos Topolskiego wkrótce przeszedł w szept przyciszony, +pieszczotliwy, miękki. Z dala odzywało się jednostajnie, co sekund +kilka, uderzenie kul na bilardzie zajętego wciąż karambolami pana +Emila... I Topolski, flirtując tak dyskretnie z Olą, podsycającą +półsłówkami słów jego igraszkę, od czasu do czasu wysyłał +spojrzenie przelotne na wywiady, czy pan Emil przypadkiem nie wraca; +lecz ten nie myślał o tem wcale. + +Widząc to, Topolski przysunął się bliżej do młodej kobiety. Ruch +ten jednak zauważyła Ola i widać chęć przekorna sprzeciwienia się +mężczyźnie przebiegła jej nagle przez główkę, bo odezwała się w +tej chwili: + +- Chciałam właśnie, oto zagrać panu coś przepięknego, i +zapomniałam... Masz tobie! - zatrzymała się. - Trzeba zapalić +świecę! - dokończyła, z filuternym uśmiechem. + +- Ale, cóż znowu? - podchwycił Topolski. - Po raz pierwszy dostrzegam +u pani - ciągnął niezadowolony widocznie - brak odczucia nastroju +chwili danej... Tak mi miło było słuchać gry pani w tym właśnie +półcieniu, tak znakomicie godzącym się z muzyką i ciszą +wieczorną. + +Śmiech szczery Oli rozległ się w tej chwili. Zapaliła świece i +rzekła swobodnie: + +- Cóż robić! widzi pan teraz, że wcale nie jestem doskonałością.. +Nareszcie pan sam empirycznie przekonał się o tem. A mówiłam tyle +razy... + +Urwała, i otworzywszy nuty, dotknęła się ręką klawiatury. + +- Niedobra pani... - nadając głosowi brzmienie pociągające, +łagodne, przemówił Topolski. - Niedobra! - powtórzył ciszej, i +podniósł do ust, jej dłoń. + +- Z okazyi czego - zaśmiała się Ola. + +Topolski na pytanie wprost nie odpowiedział, lecz mówił dalej: + +- Rozwiała mi pani złudzenie! - umilkł na chwilę. + +Pytająco spojrzała nań Ola. + +- Tak jest - powtórzył mężczyzna - bo uwierzy pani, jak dziwnego +doznałem wrażenia, gdy oto tak przed chwilą siedzieliśmy w +zapomnieniu, ciszy, przy fortepianu dźwiękach - zupełnie sami... + +- No, ciekawam? Cóż panu się zdawało? - ironicznie nieco rzuciła +Ola, a oderwawszy zarazem ręce od klawiatury na chwilę, słuchała, +patrząc mu w oczy przeciągle: + +- Po prostu zdało mi się, iż jesteśmy mężem i żoną... + +- Tylko tyle? - zaśmiała się Ola złośliwie. - No, po prologu +spodziewałam się czegoś nadzwyczajniejszego przyznaję! - dorzuciła +lekko, a odwróciwszy spojrzenie, ułożyła zeszyt nut na stalugach +fortepianu, i znów grać poczęła, tym razem coś smętnego, kojącego +jakby - pełnego cichej tęsknoty... + +- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topolski, rozgniewany: - Że +też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po +prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca +miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego +nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie same +cisnęły mu się do ust przed chwilą... + +- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, dobrze! - zauważył jeszcze w +myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w +kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, +subtelniejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać +się zdawał. + +Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem +innym, niż poprzednio: + +- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne... + +- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! - +zaśmiała się - vous êtes incomparable!.. + +- Permettez! - przerwał porywczo nieco mężczyzna - niech skończę... + +- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. +Więc, jakież ultimatum? + +- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wzajemnie, rozumiemy, jak +rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, +który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zawsze +jednakowo... A mąż i żona przecież, poza... + +- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan +zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie +rozumiem... + +A zresztą - kończyła, powstawszy szybko od fortepianu - en voilà +ascez... - zamknęła fortepian. - Żal mi pana Emila, który pewnie +już darować mi nie może, że gram tak długo, bo oto właśnie +nadchodzi.. + +- A bodajżeś! - zgrzytnął szeptem Topolski i zerwał się +śpiesznie, począwszy odruchowo układać niby porządnie nuty na +etażerce. + +- Silence à mon approche - quelle galanterie, madame, de votre part!.. +Podziwiam, zaiste! - odezwał się na progu pan Emil, w ukłonie, a +zwracając się ku zmieszanemu pomimowolnie Topolskiemu, rzucił, z +ukrytym sarkazmem: + +- Czy to... może panu zawdzięczam?.. + +I podtrzymywana przez Ładyżyńskiego głównie, popłynęła przez +czas krótki jeszcze rozmowa ogólna, poczem panowie powiedzieli Oli +dobranoc i rozeszli się, pozostawiając ją samą. Zapalone przy +fortepianie świece rzucały teraz na salon migocące światło, lekki +zefirek kołysał ich płomień z lekka, poruszał firanki i portyery... +Ola skierowali się ku werandzie, i oparłszy o balustradę, zadumała +się głęboko. + +- Co to jest, co się z nią dzieje? - myślała. Od wyjścia za mąż, +od lat sześciu kochała dotąd niezmiennie Romana tylko, choć +bezustannie ocierała się o dziesiątki nadskakujących jej mężczyzn, +na żadnego jednak uwagi nie zwracała nawet. I dopiero teraz, teraz!.. + +Ujęła głowę w rozpalone dłonie i ścisnęła niemi skronie... + +Ten Topolski działa na nią w sposób iście niezwykły. Tak ją +odczuwa, tak dobrze rozumie, tak rozzmysławia po prostu umiejętnie +prowadzoną grą intrygi, flirtu - tak pociąga ku sobie +nieprzeparcie!... Ten jego ujmujący, niezwykły jakiś i zwodniczy +wdzięk osobisty, którym tchnąć się zdaje postać jego cała, +zwycięża ją coraz natarczywiej, uparciej... Broni się przed nim, w +żart jego słowa obraca, a jednak ona, Ola, czuje, że jeśli tak samo +potrwa jeszcze dłużej, kto wie, czy zdoła oprzeć mu się?.. + +Och, gdybyż przynajmniej Roman przybył już prędzej, gdyby! A tu sama +walczyć musi!.. Jeden Ładyżyński tylko po swojemu broni ją przed +"nim" i przed nią samą... + +I Ola przy ostatniej powyższej myśli podnosi zwolni głowę, a +pociągnięta kojącą ciszą parku i światłem drżących promieni +księżyca, schodzi z balkonu i zapuszcza się samotna w cienistą +ogrodową aleję. + +Na piasku cień jej rysuje się mały i kroki rozlegają się donośnie; +przez liście niebieskawo-srebrne plamy światła ścielą się u jej +stóp dyskretnie, ukazują się, to znów nikną... + +- Kocham go, kocham,.. i pragnę! - szepce Ola. - A on? + +- Czyż można nawet wątpić o tem? - odpowiada samej sobie. - Przyleci +na jej pierwsze skinienie, gdyby tylko... zechciała... + +Zechciała? - Ola przeciera czoło dłonią i czuje, jak krew młoda +igra jej w żyłach nieposłuszna, jak pragnienie poziome, zmysłowego +użycia, rozkoszy - nieprzeparte, silne ją samą ogarnia +wszechpotężnie. + +Idzie coraz wolniej, coraz bardziej pogrążona cała w myślach i +wewnętrznej walce. + +Doszedłszy do końca alei, Ola zawraca machinalnie, kierując się ku +domowi. + +- Romanie!.. Romciu... wybacz mi! - szepce, kładąc załamane rączki +na rozpalone czoło. - Przyjeżdżaj i obroń mnie!.. Obroń! - woła +rozpaczliwie, czując burzę w piersi, rozsadzanej uczuciem, pragnieniem +i rozterką! + +Broniła się dotąd, ale teraz czuje, iż siły jej zbraknie na +pewno... Ileż godzin w dniu samotnych, ile nocy bezsennych, +przemyślała, przecierpiała w walce z pokus drażniącą, z sercem, +wyobraźnią, duszą całą, - rwącemi się do ukochanego mężczyzny - +w jego ramiona, które czekały tylko jej skinienia, by ją opleść +pieszczotą - unieść w krainę miłości i rozkoszy!.. + +- Marzenia! Ona nie ulegnie!.. + +- Nigdy, przenigdy! - szepce Ola, spowiada się przed zasłuchanemi, +cichemi drzewami parku. - Tylko ty, Romanie, ty, co po raz pierwszy w +życiu otworzyłeś mi ułudę miłości, szczęścia, ty, którego +dotąd ponad życie kochałam - przyjedź, ratuj mnie, swą obecnością +wesprzyj!!! + +Ola już jest w pobliżu pałacu. + +- Nigdy cię nie zdradzę!.. nie zapomnę obowiązku... nigdy! - szepce +po raz wtóry jeszcze i z żywo bijąca w arteryach krwią - wzburzona +cała, z ostatnim wyrazem "nigdy" na ustach, wstępuje po schodkach +pałacowego skrzydła. Daleka myśli od szczegółów drobiazgowego +życia - zapomina o pozostawionych w salonie światłach - o wszystkiem +i skrzypnąwszy drzwiami, znika za niemi. + +W ciszy uśpionego już domu, gdzieś, w dali, wydzwania tymczasem po +chwili godzina dwunasta.. Kwadranse mijają stopniowo, a noc letnia, w +milczeniu przyrody całej, woniami swemi miarowo oddychać poczyna... + +W salonie pałacowym dopalają się powoli świece u fortepianu, +płomienie ich drżą bezustannie od nocnych powiewów, oświetlając +fantastycznie pokój cały; czasem wpadnie tu znienacka księżycowy +promień - i złagodzi swym blaskiem żółte świec płomyki... + +I trwa to tak dość długo jeszcze... + +Nagle jednak drzewa parku szumieć poczynają wraz głośniej, księżyc +gdzieś ginie, przepada, chmurki zaś drobne pokrywać zaczynają coraz +gęściej niebo dotąd pogodne... I zefirek leciutki, wpadłszy do +salonu przez balkonowe drzwi, hulać po nim zaczyna... + +Jeden płomyczek u świec gaśnie, drugi w pobliżu okna pali się +wciąż, dygocąc... + +Swawolny wietrzyk tymczasem wzdyma teraz firanki, a podrzuciwszy jedną +z nich, nakrywa nią płomień świecy przy stojącym obok okna +fortepianie i jakby pragnąc przypatrzeć się swej psocie, nagle +przestaje powiewem poruszać wszystko dokoła!.. + +Stopniowo firanka zapala się z wolna; płomień obejmuje ją +pieszczotliwie w swój uścisk gorący... + +Wpada znów podmuch zefiru. I płomień idzie w górę zwycięski, +zapala lambrekin. Minut kilka... Okienne ramy już płoną złocistym +ogniem, z trzaskiem przełamują się po chwili, szyby pękają +znienacka, i wszystko to razem upada na ziemię. Dywan puszysty kopcić +poczyna... Od firanki zajęły się rozrzucone na pianinie nuty, +drobiazgi... + +Wietrzyk, jak szatan złośliwy, dodaje tymczasem animuszu płomieniom, +przyspiesza pochód ich po salonie... + +Ogniste węże obejmują już niebawem w śmiertelny uścisk fortepian, +skarży się on żałośnie... Meble pękają od gorąca - dym, żar, +napełniają pokój cały, kobierzec już płonie - posadzka pod nim +trzeszczeć zaczyna!.. + +Wiatr ustaje tymczasem, chmurki stopniowo rozchodzą się jak przyszły, +rozpraszają... Sierp księżyca ukazuje się znowu, i zagląda ciekawie +do wnętrza pałacu... + +Wśród ciszy śpiącego domu pali się już teraz cała prawa strona +salonu; drzwi przymknięte od sąsiedniej jadalnej sali, pod naporem +ognia, walą się, z trzaskiem - w tejże chwili hufiec płomieni wsuwa +się podstępnie do innych, przyległych komnat... + +Nikt nie spostrzegł jeszcze w pałacu ognia. Cicho. + +W pokoju, na pierwszem piętrze, śpi smacznie Topolski, a +uśmiechnięty, rozmarzony, śni zapewne o Oli. + +Mija jeszcze z kwadrans. W komnacie rozlega się nagle trzask silny, w +ślad za tem podłoga wstrząsa się... + +Topolski budzi się, a ledwo otworzywszy oczy, kaszleć zaczyna: coś +dusi go, w oczy się wżera... + +Zrywa się wystraszony i przytomnieje natychmiast. Instynktownie otwiera +okno... + +- Co to, na Boga, co to? - przenika mu jednocześnie mózg pytanie. +Patrzy w dół przez okno - księżyc świeci, śpi wszystko!.. +Słucha... Włosy jeżą mu się na głowie, zapala świece, i widzi +siebie w obłokach dymu. + +- Pożar!.. - świta mu w głowie. Niepewny jeszcze, ubiera się +pośpiesznie, parę chwil zaś później jest już na korytarzu - za +drzwiami... + +Dymu wszędzie pełno. Echo łoskotu płomieni na dole dochodzi tu +wyraźnie... Poza tem wszędzie panuje milczenie zupełne... + +- Na Boga, czy Ola śpi? - nikt snać o ogniu nic jeszcze nie wie! - +przemyka przez umysł młodzieńca. Chce krzyknąć: - Ogień, gore! - +waha się... + +Staje strwożony... Może jemu tak tylko się zdaje?.. Po sekundzie +namysłu, rzuca się jednak na lewo, ku schodom, i biedz na dół +zaczyna.. + +- Ola... Ola!.. - szepce półgłosem, pomny i tylko najdroższej sercu +istoty, i znalazłszy się na dole, skręca gwałtownie w prawo, ku +pokojom pani domu... + +Po omacku, przewracając meble, biegnie Topolski przed siebie, jak +nieprzytomny... + +We względnej ciszy, towarzyszy mu tylko coraz wyraźniejszy odgłos +palącego się pałacu... + +Nagle rozjaśnia się przed nim krwawo-złotą plamą przestrzeń ciemna +pokoi, głuchy zaś łoskot, połączony z sykiem i świstem, odbija +się donośnie.. + +To płomienie wdarły się już do sąsiadującego z sypialnią Oli +buduaru... Odblask ich oświeca jaskrawo białe drzwi, prowadzące +doń... Topolski na ten widok, korzystając z wolnego jeszcze od ognia, +miejsca, rzuca się gwałtownie ku nim. Słucha... + +Do uszu jego dolatują jakieś wołania, krzyki: + +"Gore, gore! pali się... Ratunku! ratować!.. Bywaj!" - krzyczą teraz +zewsząd zapamiętale, rozpaczliwie jakieś głosy, a pod samym domem +rozlega się równocześnie przyspieszona bieganina, tupot licznych +kroków ludzkich... + +- Już alarm dany - to dobrze! - czyni sobie w duchu Topolski uwagę i +odruchowo wchodzi do sypialni Oli, zamknąwszy drzwi za sobą. + +Tu jeszcze cicho... Nocna lampka mdłem tylko światełkiem oświeca +komnatę; księżycowy promień drżący ściele się po ścianie i +łożu, na którem leży Ola, pogrążona we śnie spokojnym. + +Z pod kapy lekko narzuconej, unosi się jednostajnie pierś młodej +kobiety i rysują wdzięcznie kształty ciała... + +Pomimo grozy położenia, Topolski zachwytu powstrzymać nie może. +Chwilę stoi nieruchomy... + +Huk tymczasem jakiegoś mebla, pękającego, pod naporem ognia, +odgłosem swym budzi Olę... Strwożona, zrywa się, zrzuca kapę, i w +bieliźnie nóżkami bosymi, dotyka ziemi... + +Jednocześnie dym napełniać sypialnię poczyna, a przez dolną szparę +u drzwi wciska się przemocą, niby wąż jadowity, krwawe pasemko +ognia... Ola rzuca okrzyk strasznej trwogi, i wcale nie widząc jeszcze +Topolskiego, porywa stojący na małym stoliczka dzwonek i rozpaczliwie +dzwonić poczyna... + +Topolski, widząc i słysząc to wszystko, szybko otwiera na ścieżaj +okno i rzuca się ku Oli... Ona spostrzegła go właśnie... + +- Co to?.. Pan tu?.. O, jakżeż można!.. i Ola zarumieniona milknie, a +wstyd zarazem staje się silniejszym od trwogi, bo ruchem nagłym obwija +się fałdami porzuconego obok na krześle szlafroczka... + +Huk ponowny tymczasem wstrząsa murami pokoju. Ogień zwycięzca wkracza +jednocześnie w komnaty, drzwi pękają i płoną! Topolski porywa +drżącą ze strachu i wstydu młodą kobietę w swe silne ramiona. + +- Co... to?.. Co... to?.. - szepcze Ola jeszcze, z lękiem... +Mężczyzna pragnie coś odpowiedzieć, lecz w tejże chwili, z +łoskotem i chrzęstem, wpadają do sypialni drzwi roztrzaskane, a +ziejąca paszcza płonących komnat pałacu ukazuje się, jak na dłoni, +w całej swej grozie i majestacie... + +Jednocześnie rozlega się przeraźliwy krzyk kobiecy!.. + +To zbudzona dzwonieniem swej pani, śpiąca w sąsiednim pokoju +służąca, wołaniem, błaga o pomoc! + +W sypialni zaś już nie ma nikogo. Wyskoczywszy zręcznie oknem, +Topolski stoi teraz w parku i obrzuca spojrzeniem płonący pałac. +Widzi w oddali ludzi kilkanaście, ekonoma, parobków i służbę +dworską, a w dali zapomnianą przezeń całkiem sylwetkę +marszałkowej... + +W śród gwaru słyszy zarazem donośny głos pana Emila: "Hej! hej! +ludzie, tu! do mnie!! - woła energicznie. - Ratować młodą panią!!.. +W rogu dworu!! prędzej!!!" + +Słuchając tego rozkazu, kilku ludzi natychmiast odrywa się do +ogólnej gromadki sług i lecieć poczyna ku pokojom młodej dziedziczki +- ku niemu!.. + +Wystraszona płomieniem i krzykiem Ola zarzuca równocześnie +Topolskiemu na szyję swe nagie ramiona! On, wstrząsnąwszy się pod +tem dotknięciem, porywa się nagle z miejsca, jak szalony, i mknie +chyżo w ogród... Krew gorąca, młoda, grać w nim poczyna... Zapomina +o wszystkiem, prócz tulącej się do jego piersi kobiety i ucieka dalej +i dalej... + +Do uszu jego dolatują wołania coraz cichsze, okrzyki!.. Topolski biedz +nie przestaje ku znanej sobie altanie, położonej na końcu ogrodu. + +Prowadząca do niej aleja parku rozbrzmiewa echem gwałtownego jego +biegu, szeleści mu nad głową liści pogwarem. + +Z zarzuconemi na szyję mężczyzny ramionami, tuli się wciąż ku +niemu, jak powój wiotkie ciało Oli... Topolski, dotąd zapatrzony +wciąż w przestrzeń, opuszcza naraz głowę i wzrokiem pieści chwilę +trzymaną w uścisku kobietę... + +Oczy jej przymknięte - zemdlała!.. + +Topolski zatrzymuje się. Z miłością bezbrzeżną, pragnieniem, +spogląda ciągle na Olę... Krew uderza mu nagle do głowy!.. + +- Mój ty skarbie najdroższy!.. moje ty wszystko!.. - szepce drżącemi +usty, i jak szalony, całować, pieścić poczyna jej wargi, oczy i +ciało!.. + +W kilka minut później, dopada cienistej altany i niknie, ginie w jej +głębiach... Niedyskretny, ciekawy wsuwa się za nim księżyc blady, a +kopuła altany, mieniąc się od jego promieni, drży leciutko - +tajemnicza... + +W dalekim zakątku parku znów cicho... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Koło płonącego pałacu natomiast ruch panuje nie do opisania. + +Co chwila od pobliskiego stawu i z powrotem pędzą galopem konie, +wiozące beczki z wodą; wszystkie miejscowe sikawki są w ruchu, +dyrygujący zaś parobkami i służbą ekonom Gowartowa kręci się, jak +mucha w ukropie, krzyczy, gniewa się, rozkazuje... + +Mężczyźni zalewają wodą dach, płonące belki, wdrapują się na +piętra, wyrzucają oknami nietknięte jeszcze przez ogień pałacowe +meble. Zbudzone wiejskie kobiety, w ponarzucanych płachtach i +koszulach, przypatrują się bezmyślnie pożarowi, gwarząc z cicha +pomiędzy sobą, lamentując, złorzecząc... + +Grupa ich wystraszona rzuca się nagle w bok, z okrzykiem... + +To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie +kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez +opieki stajni. + +Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą +gromadkę, umyka przed ogniem i ludźmi do parku, budząc jego +drzemiące cisze przerażonem rżeniem. + +Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez +bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre +dokoła, ze zdwojoną energią. + +I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, +miejscami złocista, tam znów, niby krepą, przesłonięta czarnym +gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już +obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących +płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje, +pokornieje, cichnie... + +Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, +płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak +domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają +się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, +pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, +liżąc ścian poczerniałych podnóże. + +I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali +pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna... + +Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk, +oraz zupełne oddanie się wszystkich całkowicie dławieniu i walce z +żywiołem... + +Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie +niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, +stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i +krwawo-złocistą pożogą... + +Szelest kroków tymczasem przerywa nagle milczenie. Za węgłem +sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się +Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę +parku. + +- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mówi głośno do siebie. - +Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja +zaś ich muszę znaleźć - muszę!.. + +Krasnostawski milknie, i rozglągając się bacznie dokoła, kieruje +się w głąb parku, idzie z wolna zamyślony, a trzymaną w ręku +długą nahajką co chwila uderza się machinalnie po wysokich, +okopconych butach... + +Od czasu, jak tu przybył na ratunek i piąte przez dziesiąte zdołał +rozpytać się o początek i przebieg pożaru, myśl jedna i ta sama +dręczyła go bezustannie: gdzie są Topolski i Ola?.. Że nic złego im +się nie stało - wiedział... Co robią zatem sami tak długo?.. + +Kochając Olę i odczuwając przez to podwójnie zacieśniający się +stosunek jej z Topolskim, młody człowiek przeczuwał więcej od +marszałkowej i Ładyżyńskiego... Oni, pochłonięci pożarem, jak +wszyscy zresztą, potracili głowy!.. A on?.. + +Myśleć o Topolskim i Oli nie przestawał, jak szalony przy tem siły +odpędzał od siebie myśli niektóre. + +Obecnie, tknięty przeczuciem jakby, szedł właśnie aleją, +prowadzącą do ustronnej altany... + +Duszą Krasnostawskiego miotał niepokój. Zazdrość szarpała nim bez +miłosierdzia, sączyła swój jad zatruty, niepewność męczyła - +obawa, że sprawdzą się skryte jego podejrzenia, tamowała mu oddech w +gardle i zniewalała w bezsilnej wściekłości zaciskać dłonie. + +Poza dziedziną przeczuć bowiem, ów niepokój Krasnostawskiego miał +również źródło i w następującym, konkretnym fakcie. + +Komenderując i uwijając się przy pożarze, spotkał Krasnostawski +pomagającą również innym, znoszącą wodę, dziewczynę służebną, +ulubienicę Oli... + +Ta zaś, gdy ją zapytał o panią, opowiedziała mu bezładnie: - +Powiadam paniczowi... Boże, Boże, jakie to było straszne! Jaśnie +młodsza pani dzwoni, i się budzę, ubieram prędziutko, słyszę +jakiś szum... Otwieram drzwi, a tu - ogień, ogień jak daleko +spojrzeć na pańskie pokoje... Tylko pościel młodej pani pusta i okno +otwarte!.. + +Ktoś rozdzielił ich i dalszą indagacyę przerwał Krasnostawskiemu +szerzący się pożar, zamęt i wrzask. Poprzestać musiał tylko na +tem. + +Teraz szedł coraz prędzej. Nagle zatrzymał się, jak wryty. + +Już od minut paru zauważył na wilgotnym piasku alei ślad kroków +męskich, obutych w zgrabny trzewik, teraz zaś leżała przed nim +dobrze mu znana papierośnica Topolskiego, a opodal widziany często we +włosach Oli grzebień, z szyldkretu. + +Wątpliwości już być nie mogło... Krasnostawski pochwycił +machinalnie oba leżące przedmioty i biedz począł... + +Szalała w nim burza.. Nienawiść mężczyzny, pogardzonego przez +ubóstwianą kobietę na korzyść rywala rozpaliła mu krew, +napełniła jakąś niepohamowaną żądzą pastwienia się i zemsty!.. + +Spocony, blady, stanął wkrótce u wejścia do altany, i począł +nadsłuchiwać, z zapartym oddechem. Pot kroplisty wystąpił mu na +czoło, usta zacisnęły się boleśnie, oczy zamigotały dzikim ogniem. + +Z cichej, sennej altany dochodziły wyraźnie dwa głosy - dwa szepty... + +Krasnostawski rozchylił gałęzie... Na szelest ten w ciemnościach +zerwał się ktoś śpiesznie i u progu stanął Topolski. W półmroku +nocy zamajaczyła jego twarz biała, rasowa, i dwaj mężczyźni +spojrzeli sobie, milcząc, prosto w oczy. + +Trwało to sekundę, lecz wystarczyło Krasnostawskiemu, bo to, co +wyczytał na wzburzonem obliczu Topolskiego, aż nadto uzasadniło jego +obawy. + +Wysiłkiem woli, ochłonąwszy z wrażenia, przemówił pierwszy +Topolski, wskazując swobodnie na pozór ruchem ręki widnokrąg, gdzie +dogorywała już łuna ognia: + +- A zatem, chwała Bogu, już po pożarze!.. My właśnie... + +- Nikczemny! - zabrzmiało w ciszy słowo jedno. + +Wymówił je głosem drżącym Krasnostawski, i niepomny niczego, +rozszalały, schwyciwszy Topolskiego za gardło, drugą ręką +przerzucił go poprzez siebie i z pasyą okładać począł trzymaną w +ręku nahajką... + +W milczeniu zakątka rozległ się krzyk bitego i w ślad za tem okrzyk +inny - kobiecy!.. + +Ku dwom mężczyznom wypadła Ola... Jak lwica, rzuciła się +natychmiast pomiędzy nich, a obroniwszy Topolskiego, gwałtownie, +szybko, wymierzyła Krasnostawskiemu dwukrotny policzek... + +Jak rażony obuchem, zachwiał się pod tem uderzeniem mężczyzna, +cofnął się wstecz, blady, jak ściana, oszalały, straszny. + +Zaległa chwila milczenia... + +Oswobodzony Topolski znikł we wnętrzu altany, a z ust stojącej na +wprost Krasnostawskiego kobiety wybiegło drżącym, urywanym szeptem, +pełnym oburzenia i zimnej - gorszej od policzka, pogardy: + +- Podły... sługo!.. Jak śmiałeś? - Precz!.. + +Ze wzruszenia umilkła Ola, po chwili dopiero i powtórzyła raz +jeszcze, przejmująco - ciszej: + +- Precz!.. + +Tego nadto już było dla rozbolałego zazdrością i bólem męskiego +serca! Nie czynnie, lecz moralnie spoliczkowany po raz drugi, +Krasnostawski zachwiał się powtórnie, jak nieprzytomny, w oczach +pociemniało mu - zawirowały altana i drzewa parku... + +- Kocham cię! - szepnęły w oddechu cichutko, jak skarga, usta jego i +omdlały runął u stóp kobiety, zdeptany jej postępkiem... + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + + + +Świt zorzy wyjrzał nieśmiało spoza stepu, pól szerokich, orzeźwił +się w toni sennego jeszcze stawu i wśliznął do altany ciekawy... + +Nie było w niej już jednak nikogo, zarówno jak i nigdzie, w pobliżu: + +Niebo zaróżawiało się stopniowo, początkowo ledwo dostrzegalnie, +bojaźliwie, później zaś coraz silniej i śmielej. + +Przeciągając się lubieżnie, wstawała jutrzenka z obłoków +puszystych pościeli. + +Na powitanie jej tryumfalną fanfarą rozbrzmiał park cały świergotem +ptasząt; zbudzone, zrywały się one do lotu, otrzepywały zamaszyście +skrzydełka z porannej rosy, rozlatywały się na wsze strony, siadały +na zczerniałych ruinach spalonego pałacu. Dym jeszcze ścielił się +tu gdzieniegdzie... Na pogorzelisku, jak karbunkuły, błyszczały tam i +ówdzie, dopalając się, belki i inne szczątki pałacu, tliły się w +zgliszczach - tuliły do okopconych zwalisk... + +A wokoło drzemało, spało wszystko!.. + +Ze spuszczonemi żaluzyami, spoczywały zatem pałacowa oficyna, stajnie +i gumna, śniły także liczne, rozsiane za pałacową bramą, białe +wieśniacze chatki... + +Potężny, wspaniały zabłysł pierwszy promień słońca i obojętny +zajaśniał nad wszystkiem dokoła... + +Nie zbudził jednak nikogo... Na gazonie tylko, pod górą wyrzuconych z +pałacu, leżących na kupie mebli, duży pies podwórzowy otworzył +oczy, mlasnął językiem, przeciągnął się i zasnął... + +Zadumanej ciszy nie przerywało nadal nic zgoła. + +--------------- + + +Pomimo, iż przez szpary okiennic Tomaszowieckiego dworku wślizgiwało +się już słońce, w tak zwanym kancelaryjnym pokoju paliła się +jeszcze duża lampa, oświetlając biurko, przy którym Krasnostawski +pisał coś szybko i zamaszyście. Obok niego stała szklanka z herbatą +i leżały porzucone na ziemi, niedopałki od papierosów... Nagle +młody człowiek porzucił pióro, z hałasem odsunął krzesło od +biurka i zamknąwszy księgę, powstał. + +- Nareszcie! - westchnął głośno z ulgą i zbliżywszy się do okna, +odemknął je, odczepiwszy zarazem wewnętrzne haczyki okiennic. + +Fala słonecznego światła, wraz z powietrzem letniego poranka, +wpłynęła do pokoju. Krasnostawski zgasił lampę i spojrzał przed +siebie... + +Od pożaru minęła doba tylko, patrząc jednak na młodego +plenipotenta, pomyśleć można było, iż od tej chwili oddzielały go +lata; nie młodzieniec bowiem obecnie, pełny hartu i życia patrzył +przez otwarte okno, ale mężczyzna, na pozór więcej, niż dojrzały, +który zapominał już jakby, że młodym był tak niedawno. + +Jak burza, przeszła po nim pamiętna noc rozterki, cierpień, +upokorzenia i bólu, ślad wiecznotrwały zostawiwszy po sobie... + +Twarz Krasnostawskiego bladą była, oczy przymglone i podkrążone, a +na skroniach gdzieniegdzie, wśród czarnych pukli włosów, bielała +nitka przedwcześnie siwa. + +I kontrast przykry prawdziwie stanowił ten człowiek, stojąc tak w +owej chwili w ramie okna... Przed nim, w perspektywie, jak okiem +sięgnąć, kraina cała złociła się od zżętych kóp zbożowych, +zieleniła od niw i stepów, śpiewała setkami głosów: uśmiechała +się rozkosznie!.. + + +- Życia!.. Życia!.. Miłości, szczęścia!.. - wielkim głosem +wołało wszystko, a on jedyny tylko, nieczuły na nic zgoła, stał +wciąż tak samo nieruchomy, zapatrzony nie w dal jasną, lecz w cienie +cierpiącej duszy własnej.. + +Po nocy pożaru do Tomaszówki uciekł Krasnostawski piechotą, +obudziwszy się z omdlenia, sam jeden wśród szumiącego mu łagodnie +nad głową parku. + +Tu, u siebie, przemęczył się, jak nieprzytomny, w bólu - do rana. W +końcu jednak zmęczenie fizyczne zabiło moralną troskę. Snem +kamiennym, a zbawczym dlań, przespał Krasnostawski większość dnia, +bo aż do godziny szóstej po południu. Zbudził się zaś już nieco +innym... + +Zebrawszy myśli i wspomnienia, przede wszystkim postanowił uciec co +rychlej z tych miejsc, rzucić się w wir pracy w warunkach całkiem +odmiennych.. Powietrze dusić go poczęło, ziemia parzyć stopy!.. +Chciał już wskoczyć na konia i opuścić wszystko na zawsze. + +W porę jednak zastanowienie i zimna logika trzeźwego rozumu +powstrzymała go na szczęście od tego kroku... + +Wszak, poza dziedziną moralnych jego cierpień, stał przecież jeszcze +mur rzeczywistego życia, które chleb mu dotąd dawało - istniał +świat obowiązków dotychczasowego jego stanowiska tutaj. + +Rzucać tak wszystko byłoby lekkomyślnością iście chłopięcą. + +- Nie, ja tego nie uczynię! - zadecydował. - W jak najściślejszym +porządku przekażę na odjezdnem wszystkie gospodarskie księgi, +rachunki, kasę i.t.d. + +Po skromnym posiłku, zabrał się Krasnostawski do wyczerpującej +pracy, całych nieledwie dziewiętnaście godzin pisał, rachował +bezustannie. Wreszcie wyczerpany skończył przed chwilą... + +Był wolnym!.. Za godzin parę będzie mógł opuścić te strony - na +zawsze... + +Zadumany smutnie, stał Krasnostawski wciąż pod oknem; zapatrzony, nie +zauważył on wcale zbliżającego się ku niemu wyrostka. + +Dźwięk jego głosu zbudził młodego człowieka. Spuścił wzrok i +zapytał głośno: + +- Ha!.. szczo każesz?.. + +Wyrostek, był to chłopiec stajenny, wysłany przezeń do Gowartowa, by +sprowadzić tamtejszego starego i zaufanego rządcę, któremu chciał +Krasnostawski zdać klucze kasy, księgi, i przekazać ostatnie +rozporządzenia. Z relacyi chłopca okazało się, że rządca wyjechał +do miasteczka. + +- A pany? - spytał machinalnie Krasnostawski, używszy utartego +pomiędzy ludem miejscowym wyrażenia, oznaczającego w liczbie mnogiej, +właściciela danej wioski. + +- Nykoho ne baczył! - odrzekł zapytany i dodał zarazem, że Szmul, +żyd z karczmy wiejskiej, powiedział mu, że państwo na dobre +wyjechali. - Każut, szczo do Szczesnoi, do jasnoho grafa Topolskoho! - +poinformował znowu wyrostek. + +Na wybladłem licu słuchającego tych nowin młodzieńca zakwitł +rumieniec oburzenia. + +- Łotr!.. - zgrzytnął cicho, niedosłyszalnie przez zęby. - Snać +potrafił każdego z osobna podejść, oszukać! Prawdy nie domyślił +się nikt, widocznie... + +Więc teraz ugaszcza wszystkich u siebie... Co za ironia prawdziwa! - +dokończył w myśli, i wściekłość nagła opanowała go... + +- Czego, durniu, stoisz! - huknął w twarz parobczakowi, aż +zatrzęsły się szyby dworku. + +- Osiodłaj mi zaraz konia! - dokończył spokojniej nieco. + +Niebawem złotawy kasztan, z białą gwiazdką na czole, parskał +ochoczo pod Krasnostawskim, jadącym na przełaj przez pola do +Gowartowa. + +Wokoło niego praca wrzała. Krzątający się lud roboczy: parobcy i +gospodarze kłaniali się nisko czapkami panu plenipotentowi; +czarnookie, czarno brewe mołodyce i dziewczęta, w jaskrawych +spódnicach i chustkach, pozdrawiały, również życzliwie młodzieńca +zerkając z uśmiechem i lubością na "harnoho chłopcia*)". +[*) Pięknego chłopca.] + +W kwadrans później, Krasnostawski zjeżdżał już stępa na groblę +gowartowską... + +W głębiach stawu, otoczonego zielenią parku, odbijały się dawniej, +jak w lustrze, mleczną białością ściany dworu. Teraz czerniały +zarysy pogorzeliska, a tam - na górze, zgliszcza, zakopconem pałacowem +skrzydłem, królowały smutnie nad leżącem dokoła siołem... + +Jeździec odwrócił oczy i wspiął konia. Jak strzała, przeleciał +przez groblę i stanął niebawem przed zamkniętą wjazdową bramą +pałacu; tu hukać począł, by mu ją otworzono. + +Nadbiegło kilku stajennych; oddawszy im spienionego konia począł +Krasnostawski wypytywać się o mieszkańców pałacu. Okazało się, +iż dom cały wyjechał nazajutrz po pożarze, rankiem i bawił teraz w +gościnie u Topolskiego, w Szczęsnojej. + +- A to co? - zapytał nagle, furmana zdziwiony Krasnostawski, wskazując +spicrutą, na całe stosy czegoś, ponakrywanego płachtami. + +- To, paniczu, meble z pałacu; pan ekonom kazał poprzykrywać +tymczasem! - odpowiedział zapytany. + +Krasnostawskiego zirytowało to niedbalstwo, względem ocalałych, i +cennych, a tak dobrze mu znanych, mebli pałacowych. Zdecydował +głośno. + +- To tak zostać nie może! - i ruszył spiesznie ku środkowi gazonu, +gdzie leżały meble. Kazawszy pozdejmować w ślad za tem wszystkie +przykrycia i opony, ujrzał, iż mebli uratowanych było sporo. + +- Są parobcy na toku? - zapytał. + +- Są... są! - poświadczyła krzątająca się wokoło niego służba. + +- Siergieju! - rozkazał Krasnostawski po małorusku starszemu +furmanowi, - idźcie powiedzieć, niech zaprzęgają do wozów, ile się +da i zajeżdżają tutaj, a gumienny, niech da klucze od pustej +stodoły!.. Trzeba to wszystko - wskazał ruchem ręki meble - tam zaraz +zawieźć tymczasem i zamknąć!.. + +Plenipotenta dóbr gowartowskich lubiano powszechnie i słuchano +chętnie. + +Natychmiast zatem furman skierował się do gumien; wyprzedził go +chłopiec stajenny, by rozgłosić pierwej rozkazy "panycza." + +Krasnostawski pozostał sam i uważnie zaczął przeglądać +nagromadzone meble. Tam i ówdzie rozpoznawał na wpół uszkodzony +sprzęt i przypominał sobie miejsce, gdzie on stał dotąd w pałacu... + +Spojrzał na pogorzelisko... Grozą i bolesnym smutkiem wiało od tego +zakątka - ruina zwycięsko szczerzyła trupią paszczękę - śmiałą +się jakby szyderczo... + +Z mimowolnym wstrętem, odwrócił się Krasnostawski i na nowo począł +przyglądać się, z uwagą, pałacowym sprzętom. Uśmiechnął się +smutnie... + +Obok na wpół pękniętego dużego salonowego zwierciadła, złamane +tuliło się łoże pozłacane, w stylu "empire," z pokoju Oli +Dzierżymirskiej. Tam znów jej szafa odemknięta, z kilkoma +pozostawionemi w pośpiechu sukniami - walała się obok szczątków +pianina... + +Dziwna rzecz jednak - pomyślał w tej chwili - jak sprzęt przypomina +człowieka!.. Ola, Ola i jeszcze Ola!.. Widział on ją tu - wszędzie, +te odłamy zachowały jakby część jej osoby - dusza ukochanej +przezeń kobiety błąkała się w nich, martwych i obojętnych... + +Młody człowiek znalazł wiele rzeczy nieuszkodzonych prawie; niektóre +z nich sam odsuwał od innych, segregował. + +- Ooo!.. - wyrwało mu się nagle z ust, z ubolewaniem. + +Przed nim, zdruzgotane, przepalone nielitościwie do połowy, leżało w +pyle piękne, ulubione biurko Romana, antyk pamiątkowy, z mahoniowego +drzewa, wykładany bogato srebrem, subtelnie inkrustowany perłową +masą. Krasnostawski zaczął macać uważnie dokoła przepalony sprzęt +drogocenny. Obejrzawszy go dokładnie, zajrzał do kilku szufladek i +skrytek. + +Lecz nagle koło pobliskich gumien zatętniało... Wykonywając rozkaz, +nadjeżdżały już wozy. Turkot przybliżał się coraz wyraźniejszy, +donośniejszy, bliższy. Krasnostawski, zajęty biurem, drgnął, lecz +nie na odgłos wozów bynajmniej. + +To ruszona w tej chwili bezwiednie dłonią jego zgrzytnęła niebawem +jakaś sprężyna i szufladka, dotąd dla oka niewidzialna - +roztworzyła się przed nim, a w niej, o, dziwo... leżał oto spokojnie +portfel niewielki, z eleganckiej, brunatno - wiśniowej skóry. W rogu +pugilaresu połyskiwała granatów korona hrabiowska, - błyszcząc +mętno - czerwonym ogniem. Ochłonąwszy ze zdziwienia, Krasnostawski +rozśmiał się swobodnie i wziął portfel w ręce. + +W tejże chwili jednak na dziedzińcu zadudniły drabiniaste wozy, +parobcy, zdejmując czapki, witali go wesoło i dziarsko, a zeskoczywszy +na ziemię, brać się zaczęli do roboty. + +Chcąc nie chcąc, musiał Krasnostawski stłumić na razie ciekawość, +i schowawszy tajemniczy pugilares do kieszeni, począł energicznie +wydawać rozkazy. + +Wozów było kilkanaście. W pół godziny, plac przed zgliszczami +pałacu opustoszał; wozy, jeden za drugim, skierowały się powoli ku +tokowi. + +Do gumien przyjechano niebawem; przed otwartą pustą stodołą zawrzał +ruch; wkrótce ułożono porządnie pałacowe meble, przykryto je, drzwi +zamknięto szczelnie i Krasnostawski, rad z ostatniego na służbie +spełnionego obowiązku - wyjechał z wioski. + +Puściwszy konia luzem, zamyślony, znalazł się w kwadrans później w +lesie, gdzie, znużony, zsiadł z konia i rozłożył się swobodnie na +murawie. Zdjąwszy kapelusz z głowy i wciągnąwszy w siebie świeżą, +aromatyczną woń boru, sięgnął on do kieszeni po pugilares, +roztworzył go i począł szperać ciekawie. + +W portfelu leżały ułożone porządnie banknoty, w osobnych +przedziałkach rulony złota. + +- No, no! - mruknął parokrotnie Krasnostawski i z coraz wzrastającem +zdziwieniem, pieniądze zaczął liczyć sumiennie. + +Wszystkich razem było dwadzieścia siedm tysięcy kilkaset. Ułożywszy +na powrót banknoty i złoto, Krasnostawski portfel zamknął i +spojrzawszy raz jeszcze na koronę z granacików, potrzymał go jakiś +czas w dłoni, poczem wpuścił do kieszeni. Widoczne zakłopotanie +malowało się na jego twarzy. Czuł się zaambarasowanym, co czynić z +tym fantem?.. + +Wypadało go zwrócić niezwłocznie, w zastępstwie prawego +właściciela, jego żonie - Oli. Zatem jechać do Szczęsnej +osobiście?.. + +- Nigdy w życiu! - rzekł głośno do siebie młodzieniec. Zasępił +się. Nagle myśl jakaś nowa zrodziła mu się widocznie w głowie, bo +zerwał się żywo i wskoczywszy na konia, wjechał w las drożyną. +Wkrótce w borze rozległy się głośne ujadania psów, i +Krasnostawski, opędzając się od natarczywych kundli, wchodził do +małej chatki leśniczego... + +W chałupie panowała cisza. Rozciągnięty na ławie, spał snem +sprawiedliwego mężczyzna, w sile wieku, barczysty, ubrany w kurtę +myśliwską; dubeltówka leżała opodal, w kącie drzemał pies legawy. + +Krasnostawski potrząsnął energicznie ramieniem śpiącego leśnika. +Ten ostatni zerwał się, a ujrzawszy plenipotenta, zawstydzony począł +bąkać... + +- Słucham panicza, słucham... Padam do nóg... Tak mnie jakoś +zmroczyło... Zasnąłem, ale to, jak Boga kocham, nigdy mi się nie +zdarza... + +- Nic nie szkodzi, mój Rzemięcki! - uspokoił go natychmiast +Krasnostawski, klepiąc poufale po ramieniu. - Potrzebuję was, i to +natychmiast... Pojedziecie z pieniędzmi i z listem do Szczęsnojej, +gdzie są teraz państwo... Ja oto teraz sam jadę konno do domu, a wy w +ślad za mną idźcie do Tomaszówki piechotą. Tylko idźcież zaraz! + +- Duchem, proszę panicza, duchem! - odparł żwawo leśniczy w ślad za +odjeżdżającym. + +W pół godziny później, młody plenipotent siedział już przy biurku +w Tomaszówce i kreślił słów parę do pana Emila. + +Jako nic niewiedzącemu o zajściu z Topolskim i Olą, napisał +Ładyżyńskiemu tylko, iż musi niezwłocznie jechać do miasta +rodzinnego na wakującą intratną posadę, nie chcąc zamykać karyery +tutaj, bez widoków na przyszłość... + +Nadzieją otrzymania miejsca natychmiast motywował także wyjazd bez +pożegnania, jak i przesyłkę również kluczy od kasy, ksiąg +rachunkowych, oraz znalezionego pugilaresu. W końcu listu, +Krasnostawski przepraszał pana Emila za trud i dodawał sucho, że +pensyi nic mu się nie należy, bo czyni niespodziany zawód swym +dotychczasowym chlebodawcom. + +We wrotach dziedzińca tymczasem majaczyła już barczystą postać +Rzemięckiego, pies legawy, poszczekując radośnie, wyprzedzał go... + +Uświadomiwszy o czem należało starego sługę, wręczył mu +Krasnostawski: papiery, księgi i klucze, oraz portfel znaleziony, z +nadmienieniem zawartości jego, a przerwawszy szereg utyskiwań i +szczerych żalów tyczących się jego stąd odjazdu, - wyprawił do +Szczęsnej. + +Sam zaś do kancelaryi powrócił i znużony padł na otomanę... + +Widocznem było przy tem, iż w mózgu jego odbywała się jakaś +walka... + +- Nie, nie daruję!... To ponad siły moje! - rzekł wreszcie +kilkakrotnie, urywanym szeptem, porywczo. + +- Nie daruję! - powtórzył: - On o wszystkiem wiedzieć musi! Tak +każe sprawiedliwość, tak być musi, tak będzie! - głośno już +zupełnie wyrzucił z siebie wzburzony, a przysunąwszy fotel do biurka, +sięgnął ponownie po papier listowy, i umoczył pióro w atramencie. + +Zatrzymał się... Po chwili cisnął pióro, wstał i znów zaczął +chodzić gorączkowo po pokoju. + +- Jak to? - szeptać zaczął. - Ja miałbym, niby pies sponiewierany, +odejść stąd, usunąć się, zniknąć?.. Ja miałbym zamknąć w +sercu ich wspólną tajemnicę, i tem samem ocalić tego chłystka!.. +Prawda, jednak, że i o nią tu chodzi, najdroż... - nie dokończył, +sponsowiał... + +Nie! W nim tliła jeszcze miłość dla niej, ale policzek kobiety i +poniewierka - zdeptana miłość własna, - wszystko było od iskry tej +silniejszem. + +W dziesięć minut, młody człowiek uspokoił się zupełnie; znać z +gotowym już w głowie planem, list pisać począł szybko, +zamaszyście... + +W ciszy pokoju rozległ się nerwowy zgrzyt pióra i długo, długo nie +ustawał. + +Cały żal, całą gorycz na papier przelewał z duszy swej +Krasnostawski. + +Opisał szczerze życie własne... I swą miłość ku Oli, tajoną od +lat pięciu, idealną, czystą!.. Własne bóle cierpienia przez czas +ten cały, i ostatnie podejrzenia, co do Topolskiego oraz zachowanie +się tych dwojga, i pożar pałacu wreszcie, i zdradę i noc straszną - +wszystko!.. + +List skończył, podpisał, złożył, i sięgnąwszy po kopertę, +zaadresował: Italia, Milano, Signor Roman Dzierżymirski, Hotel +"Europa," Corso Vittorio Emanuele 9. + +Odrzuciwszy pióro, ujął Krasnostawski głowę w dłonie. + +- Stało się!.. - szepnął po chwili i powstał. + + +- Nic cię już tu nie wiąże!.. - Jechać, jechać stąd czem +prędzej! Obszaru, świata i ludzi, byle nie Ukrainy i Gowartowa!..- +zawrzało w nim i odemknąwszy drzwi, hukać począł na służbę. + +W pół godziny potem na całym folwarku wrzało... Jak grom, spadła na +wszystkich wieść, że pan plenipotent, "panycz," wyjeżdża na zawsze. +Zlecieli się wszyscy. W domu pakowano na gwałt rzeczy, daleko bowiem +było do kolei, a Krasnostawski - koniecznie chciał zdążyć jeszcze +na wieczorny pociąg. + +Promienie zniżającego się słońca całowały już strzechę i +rumieniły białe ściany domu, gdy odprowadzany, otoczony, całowany po +rękach przez czeladź i służbę, żegnał się ze wszystkimi +Krasnostawski, rozdawał tam i ówdzie sprzęty własne, rzeczy i +pieniądze, sam wzruszony, smutny... + +Wreszcie ulokował się na bryczce, konie ruszyły, przed oczyma +mignęły mu ogorzałe twarze żegnającego go tak serdecznie +ukraińskiego ludu - wrota skrzypnęły żałośnie po raz ostatni, i +bryczka potoczyła się, brzęcząc, po gładkim drogowym szlaku, +zginąwszy wkrótce wśród roztoczy łanów zżętego zboża, ugorów i +kurhanów. + + + +Do stacyi kolejowej było już tylko wiorst parę... Czwórka +Krasnostawskiego spuszczała się właśnie z pochyłości jaru na +niepewny dziurawy drewniany mostek, gdy konie, z lękiem poczęły się +nagle wspinać cofać, nie chcąc przejechać przez grobelkę. Furman +zaklął po małorusku, i parokrotnie uderzył biczem konie... + +- Stań! - rzucił naraz krótko Krasnostawski i zeskoczył z bryczki. + +- Kto tam jide! Baczysz? - zaciekawiony zwrócił się nagle do +mruczącego wciąż furmana, wskazując ręką zbliżający się na +bocznym trakcie obłok kurzawy. + +- A kto ich znaje!.. Pewno zwitkiś *) pany! - odburknął furman, +który zlazłszy także z kozła i poprawiając uprząż u koni, +częstował właśnie jednego z nich energicznem w pysk uderzeniem. +[*) Skądsiś.] + +Krasnostawski nie zauważył tego znęcania się nad ulubionymi dotąd +przezeń końmi... + +- Dlaczego pany? - spytał z roztargnieniem, a później zaraz w tym +samym języku dorzucił: - A, prawda, poznajesz po turkocie... + +Odmienny bowiem rzeczywiście od furkotu kół bryki, czy też innego +pojaździku, stłumiony, jednostajny i nieco głuchy przerywał ciszę +przestrzeni turkot powozowy, regularny. Niebawem też zgrabny faeton +wyłonił się z obłoków pyłu; konie siwe, w angielskich szorach, +zaprzężone w leje, i dwoje ludzi siedzących na koźle, ubranych w +liberyę granatową, ze złotymi guzikami. + +Zaprząg w parę minut stanął przy moście. Krasnostawski wydał +okrzyk zdziwienia, taki sam drugi podpowiedział mu z zewnątrz powozu i +odemknąwszy z hałasem drzwiczki, wyskoczył z niego zapylony +Ładyżyński. + +- No, goniłem pana, ale nie spodziewałem się, że go złapię! - +zaśmiał się wesoło pan Emil i uścisnął wyciągniętą dłoń +Krasnostawskiego. + +- Witam, witam!.. - ciągnął dalej. - Cóż to, bułanki kapryszą i +przez most nie chcą przejść? Obserwowałem... no, siadaj pan ze mną; +zobaczysz, jak hrabiowskie angliki przejdą spokojnie. + +Ładyżyński pociągnął Krasnostawskiego do powozu. + +- Cóż to, pan także na kolej, czy tylko po mnie? - uśmiechnął się +Krasnostawski, nieco zmieszany i zaskoczony widokiem pana Emila. + +- Wyjeżdżam - odrzekł tenże krótko, i dorzucił swobodnie, +zauważywszy wyraz twarzy młodego człowieka: - Nie bój się pan, nie +trwóż!.. Nie myślę wcale i nie mam polecenia zawracać pana z drogi +do dawnych obowiązków... Przeciwnie, mojem zdaniem czynisz pan bardzo +dobrze, iż rzucasz te kąty... + +W Gowartowie nie doszedłbyś nigdy do niczego, a szkoda młodość +swoją zamykać tu i tracić!.. + +I Ładyżyński wyciągnął, przy tych słowach, rękę do +Krasnostawskiego, a ścisnąwszy ją silnie, rzekł jeszcze. + +- Powinszować mogę tylko, żeś się pan otrząsł ze skrupułów, i +życzyć powodzenia na przyszłość!.. + +Krasnostawski skłonił się, milcząc. Pan Emil zaś, przechodząc +natychmiast na inny temat, już mówił: + +- Wiesz pan co?.. Siadaj pan ze mną!.. Mam panu X rzeczy ciekawych do +opowiedzenia. Cóż, zgoda? + +Krasnostawski usłuchał; bryka cofnęła się nieco, a powóz, +przejechawszy spokojnie przez mostek, potoczył się znów równo i +szybko dalej. + +- Służę panu! - rzeki Ładyżyński, częstując Krasnostawskiego +cygarem. Zapalili... + +Oparłszy się wygodnie o poduszki i zaciągnąwszy cygarem, pan Emil +rzekł. + +- Nadstawiaj pan uszu!... Tandem tędy, zaczynam... + +- Słucham, słucham! - potwierdził młodzieniec, kontent w duszy, że +go coś, choć na chwilę, odrywa od smutnych myśli. + +- Przedstaw pan sobie zatem, panie kochany, że jesteś w teatrze na +jednoaktowej szaradzie. Uważa pan: sza - ra - dzie... + +Rzecz dzieje się, mówiąc właściwym stylem, za naszych czasów, na +Ukrainie, w Szczęsnojej, majątku grafa Topola - Topolskiego. +Popołudniowa, przedobiednia godzina - cisza... Pałac pogrążony w +milczeniu... W tej samej jednak chwili stojący na ganku strzelec, w +pokornym zgięty ukłonie, podaje coś mężczyźnie, ubranemu w +smoking. Mówiąc nawiasem to ja - uśmiechnął się pan Emil, po +chwili ciągnął dalej: + +- Kurtyna spada, następuje odsłona druga: Sala portretowa jadalna, do +stołu zasiada ze trzydzieści eleganckich osób... Jedno tylko krzesło +wolne... Wchodzi ten sam mężczyzna w smokingu, trzymając coś w +ręku. Wita tam i ówdzie osób parę, zbliża się do młodej nadobnej +damy i wręcza jej z ukłonem portfel, mówiąc coś objaśniająco... +Nagle siedzący obok sam "graf" zrywa się od stołu, jak oparzony, i +robiąc arcygłupią minę, wpatruje się w portfel... Zaintrygowanie +ogólne, sytuacya jednak wyjaśnia się wkrótce... + +W tej chwili spojrzawszy na zasłuchanego towarzysza, pan Emil +rozśmiał się serdecznie. + +- No, dosyć ma już pan tych efektów scenicznych, dokończę panu +zatem tę szaradę zwyczajnemi tylko słowy... + +- Dziwi pana zapewne - mówił dalej, - arcygłupia mina Topolsia, gdy +ujrzał portfel, z połyskującą koroną, symbolem jego wielkości!.. + +- Otóż w tem ma się rzecz cała, że portfel ten nie +Dzierżymirskiego, i nie jego pieniądze, ani pani Oli, lecz, ni plus ni +minus, tylko Topolskiego... + +- Nie może być! - wykrzyknął Krasnostawski, szczerze zdziwiony. + +- No, cóż! szarada dobra... co? - rzucił wesoło Ładyżyński. + +- Niezła - uśmiechnął się z kolei młodzieniec - bo dotąd +przynajmniej nic a nic jej nie rozumiem. + +- Cierpliwości! Zaraz pan pojmiesz wszystko - uspakajać zaczął pan +Emil swego słuchacza. + +- Zapalić musimy poprzednio cygara, bo i pańskie zgasło, nieprawdaż? +- rzekł w ślad za tem, a wydobywszy zapałki, zapalić jedną z nich +usiłował, lecz wietrzyk swawolny zgasił mu ją i następnych kilka. - +Sapristi! - zaklął z cicha. - Stańcie-no, hej! tam! - krzyknął na +furmana. + +Konie zatrzymane stanęły; wspomagany przez młodego plenipotenta, +Ładyżyński zapalił wreszcie cygaro, a podniósłszy głowę, +spojrzał przed siebie. + +- Cóż to? Wyżyczpol? - zapytał służby. + +- A tak, proszę jaśnie pana! - potwierdził lokaj, zdejmując +liberyjną czapkę. + +- Tiens, tiens, widzi pan jak to czas leci - zwrócił się do +Krasnostawskiego; - za jakie pół godziny będziemy na stacyi, patrz +pan, - i wskazał ręką krajobraz. + +Błyszcząc w mroku, lśniła się opodal wstęga rzeki, na górze +malowniczo rozrzucone dość duże miasteczko mrugało dziesiątkami +światełek... + +- Jechać! - rozkazał Ładyżyński. + +Powóz ruszył; pan Emil, po chwili milczenia, przemówił nagle: + +- Przepraszam stokrotnie, że widząc ciekawość w oczach pańskich, +nie kończę opowiadania... Pozwolisz pan, że mu zadam dwa pytania: czy +masz pan dobrą pamięć i dokąd pan jedziesz? + +- Jadę do rodzinnego miasta, a pamięć mam wyborną! - uśmiechnął +się Krasnostawski. + +- Otóż to - bardzo dobrze. Napisałem, bo widzi pan, list do Romana, +ze szczegółowym opisem tego, co teraz tu opowiadam. Mam pamięć +jednak fatalną... Zapomnę listu wrzucić na pewno! Mój panie kochany, +weź go i wrzuć na dworcu... Cóż, dobrze? Przy tych słowach, +Ładyżyński wyjął pospiesznie z surduta gruby list i podał go +Krasnostawskiemu. Ten machinalnie schował go do kieszeni, gdzie +spoczywało i jego do Romana pismo. + +- No, więc kończę!.. - zaciągając się dymem, rzekł pan Emil. + +- Słucham i to bardzo ciekawie - przerwał z zainteresowaniem +Krasnostawski. + +- Dziwił więc pana fakt, - ciągnął Ładyżyński - że pugilares i +tysiączki są własnością hrabicza, choć znalazły się w szufladzie +Romka?.. W tem sęk właśnie, że Topolski dziś dopiero przekonał +się, iż są one w innem, niż przypuszczał, ręku. + +Wyobraź pan sobie bowiem, jaki był przebieg zguby tych pieniędzy... + +- Temu lat sześć, czy ośm, Topolski miał przyjaciółkę w +teatralnych sferach.. Otóż pewnego wieczora, zaprzysięgając sobie w +duszy uroczyście, że puści w trąbę swoją magnifikę, idzie +Topolski do niej na ostatnie randez vous... Naturalnie w kieszeni kilka +tysiączków mając w zapasie - Ładyżyński urwał, zaśmiał się i +puściwszy z ust kółko dymu, mówił dalej. + +- Lecz i tym razem spotyka pana na Szczęsnojej niepowodzenie... Nadobna +córa Melpomeny nie chce nawet słyszeć o rozstaniu... Scena więc z +tego naturalnie, płacze! On przeprasza - ona w końcu daje się +przebłagać - amor vincens tuszuje wreszcie wszystko!.. + +Pan Emil odsapnął - i swobodnie po chwili ciągnął dalej: + +- Nad ranem, z miłością gruntownie odegrzaną w sercu, przysięgając +sobie, iż przyjaciółki nie porzuci nigdy, powraca Topolski do +siebie... Nagle, dotknąwszy się kieszeni surduta, nie znajduje tam - +pugilaresu! Ona, ta nieprzejednana, zagrała z nim komedyę; za mało +jej było dziewięciu tysięcy, które jej pono dawał, najbezczelniej +okradła go więc, po prostu na całe dwadzieścia i siedm, znajdujące +się w portfelu. + +Topolski jednak wobec powyższego faktu, po głębszem wniknięciu w +siebie, decyduje, że bądź co bądź pozbył się baby... + +Oddychając zatem pełną piersią - swobodny wyjeżdża do dóbr swych +"krzyżyk na świśniętym pugilaresie postawiwszy" - jak powiedzieliby +bracia nasi, Litwini... + +Tu pan Emil przerwał opowieść raz jeszcze, zapalił na nowo zgasłe +cygaro i kończył. + +- Od tej chwili minęło lat ośm, a tych dwoje nie widziało się +wcale. + +Skończyłem... + +Ładyżyński odetchnął i umilkł. + +- Dziękuję panu za opowiadanie - pośpieszył z odpowiedzią, +Krasnostawski. - Rzeczywiście, szarada prawdziwa... Ale w Szczęsnojej +zdziwienie było wielkie? + +- Ogromne! - odparł pan Emil. - Notabene, wyobraź pan sobie, w +Szczęsnojej pełno gości... Mieszka tam więc stale: primo jakaś +poważna wielce krewna Topolskiego, zapewne dlatego, by do kawalerskiej +siedziby pana na Szczęsnojej mogły przybywać i damy; secundo, prócz +męskiego towarzystwa, przybyłego niespodzianie z kolei dziś z rana - +a w których to gronie nie brakowało i jednego prezesa, społecznego +koleżki Romana - znajdowało się też w siedzibie Topolska kilka +osób, które przyjechały specyalnie do naszych: pań, z kondolencyą +po pożarze. + +Więc powiadam panu! - mówił wesoło dalej Ładyżyński - gdy to co +mówiłem, nam, mężczyznom, opowiedział Topolski po kolacyi przy +cygarze, i kiedy wiadomość ta do pań się przedostała, Topolski +został bohaterem dnia!.. + +- No, a pani Ola nic o istnieniu tego portfelu nie wiedziała? + +- Ależ, nic zupełnie! - podchwycił Ładyżyński. Tem większe +zaintrygowanie, domysły!.. Wszyscy, a szczególniej panie, wsiadły na +mnie, bym natychmiast opisał to wszystko Romanowi, chciały nawet, bym +specyalnie w tej sprawie pojechał do niego... Prezes zaś, książe +Szydłowiecki, zrobił nawet w liście moim dopisek, żeby Romek +powiadomił go telegraficznie o swym przyjeździe, to on wyprawi +wówczas raut na cześć jego i Topolskiego, jako bohaterów tej +zagadkowej sprawy... Jednem słowem, powiadam panu - komedya... + +Ładyżyński mówić przestał, strzepując popiół z cygara. Lecz +trwało to krótko... + +Rozmowa wkrótce potoczyła się znowu błyskotliwa, lekka... + +A powóz tymczasem dudnił właśnie teraz po moście, rzuconym przez +rzekę, i wtoczył się w wąskie brudne uliczki żydowskiego +miasteczka; niebawem wyminął je i znalazł się na szerokim trakcie, +prowadzącym do kolejowego dworca. + +Jednocześnie w oddali ukazały się trzy gorejące światła: - to +pociąg zbliżał się już do stacyi. Pierwszy dojrzał go +Krasnostawski. Sięgnął szybko po zegarek i spojrzał: + +- Oho, już po dziewiątej! to pański pociąg... + +- Do djaska! - zżymnął się pan Emil i - wytężył wzrok w kierunku +pociągu. + +- Janie! galopem! - krzyknął, zwracając się energicznie do +furmana... Dam ci na mohorycz... nocować tu ani myślę!.. Może +zdążymy! Jazda, a ostro!.. + +Stangret trzasnął z bicza, czwórka puściła się pędem po gładkim +szlaku. + +Zziajane już konie, galopując, sapały i tak dojechano aż pod +sztachety drewniane, okalające stacyę... Tu pełno już było wozów, +bryk, obywatelskich czwórek, oczekujących na swych panów. + +Gdy elegancki ekwipaż pana Emila wtoczył się na brukowany placyk +przed stacyą, jednocześnie na platformie rozległ się dzwonek i +wpadł tam, z hukiem pociąg, zatrzymujący się tu tylko parę minut. + +- Zuch z ciebie! - pochwalił Ładyżyński furmana, i rzuciwszy mu +półimperyała, wyskoczył szybko. Rzeczy, przytwierdzone za powozem, +odwiązywano już; dwaj panowie, zarządziwszy pośpiech, pobiegli do +sali. + +Tu ruch panował nielada.. + +Pasażerowie przyjezdni wysypywali się z wagonów i tłoczyli do +wnętrza dworca; jadący kupowali bilety, służba kolejowa nosiła +ręczne bagaże, zdawała kufry, biegała gorączkowo, kręciła się, +jak w ukropie. + +Przecisnąwszy się energicznie przez tłum, pan Emil zdobył bilet +pierwszej klasy i w minutę potem, wychylony z wagonowego okna, +rozmawiał z żegnającym go Krasnostawskim. + +Uderzył trzykrotnie dzwonek, konduktor gwizdnął, lokomotywa +odpowiedziała mu przeciągle - pociąg ruszył powoli z miejsca. + +- Do widzenia!... Powodzenia na nowej drodze życia!..- mówił pan +Emil, uśmiechając się przyjaźnie, serdecznie ściskając dłoń +Krasnostawskiego. + +Ten ostatni zaś, widocznie pod wpływem jakiejś nagłej myśli, +puścił szybko rękę Ładyżyńskiego, skłonił się, i wydobywszy +szybko z kieszeni dwa listy, podbiegł ku uchodzącemu wagonowi +pocztowemu. Dogonił go i zręcznie wrzucił w otwór właściwy oba +pisma. + +- Addio... dziękuję! - posłyszał jeszcze głos pana Emila, i pociąg +znikł niebawem. + +Krasnostawski pozostał sam. Następny pociąg miał przyjść już +wkrótce, poszedł więc do kasy, kupił bilet, a wróciwszy na +platformę, usiadł na ławeczce samotny. + +Zamyślił się... + +Poza nim zamykał się teraz na zawsze jeden okres dotychczasowego jego +życia. + +Płatny sługa bogatszych od siebie ludzi zżył się on jednak, +zbratał z ich życiem - z nimi... I po co?.. Po to, by obrachunek ten +pożycia wspólnego zakończyć tak marnie?.. + +Krasnostawski pochylił głowę, ująwszy ją w dłonie. Jakiś bunt +mimowolny podnosił się w nim przeciwko życiu, losowi i ironii jego. + +Po co tu przybył lat temu kilka, po co przywiązał się do tego +cudzego kątka ziemi, po co tak gorąco ukochał Olę? + +Dlaczego to wcielenie wdzięku, czaru, wiosny, miłości i piękna, w +osobie tej kobiety, stanęło, jak cień niepochwytne, na drodze jego +życia?.. + +Krasnostawski pochylił się bardziej jeszcze i długi czas pozostał +nieruchomy. + +Nagle drgnął całem ciałem i podniósł głowę. Gwizd donośny +przeszył powietrze, na dworzec z hukiem, szumem, w kłębach pary +wpadł pociąg kuryerski. + +Krasnostawski począł szukać miejsca w wagonach. Ulokowawszy się +wreszcie, zbliżył się do okna wagonu i wyjrzał. + +Zamykano już właśnie z pośpiechem drzwiczki, wśród zgiełku +rozlegał się trzeci dzwonek. + +Krasnostawski ostatniem spojrzeniem smutnem objął raz jeszcze wszystko +i cofnął się w głąb wagonu... + +Zagrała w tejże chwili trąbka drożnika, mignęły latarnie +sygnałów i pociąg kuryerski znikł, pochłonięty cieniami nocy. + +Na dworcu zagościł znowu spokój. Wszyscy rozeszli się teraz na +dobre, pogaszono latarnie, a w oknach stacyi niebawem również znikły +światła. + +Na bagnach chór żabi grał tylko swą pieśń jednostajną gdzieś w +dali, w pobliskim lesie słyszeć się dawały jakieś, szmery i senna +noc cicha, zasiadłszy, jak królowa, na tronie z tkanego złotem +szafiru - rozpostarła panowanie nad światem... + +Cisza zupełna zawładnęła okolicą. + +Mierząc tylko mknący chyżo czas, olbrzymi zegar stacyjny wydzwaniał +godziny miarowo... + +W milczeniu ogólnem, jak szept człowieka, głos jego odzywał się +bezustannie: + +Tik - tak! tik - tak! tik - tak!.. + +------------- + +W centrum Medyolanu, na placu "Del Duomo," w powodzi jaskrawych promieni +upalnego, kończącego się już popołudnia, leniwie snuły się po +chodnikach sylwetki niezbyt licznych przechodniów, kryjąc się od +słońca pod kolumny frontowe i oszkloną galeryę "Vittorio Emanuele." + +Wokoło klombów, zajmujących środek placu, i otaczających stojący +tam pomnik, kręciły się jednostajnie elektryczne tramwaje, dzwoniąc +co chwila, rozbiegając się i ginąc w sieci ulic miasta, sam zaś na +koniu majestatyczny Wiktor Emanuel II, z brązu, z piedestału pomnika, +wpatrywać się zdawał ciekawie w otwarte drzwi królującego tu na +placu katedralnego tumu, pociągającego z oddali tajemniczą wejścia +głębiną... Koronkowej roboty marmurowe jego ściany, dach, +kilkadziesiąt wieżyc i zdobiące go statuy, w liczbie około dwóch +tysięcy, wznosiły się dumnie, i wystrzelały wysoko w niebo włoskie, +szafirowe, czyste, zadziwiając misternem wykończeniem, dając sobą +najlepsze nieśmiertelne świadectwo genialnej pracy człowieka. + +Po marmurowych stopniach schodów tej okazałej, gotyckiej katedry, +mogącej w swojem wnętrzu pomieścić do 40,000 ludzi, co chwila +wchodził ktoś do jej środka, lub wychodził na ulicę - z kojącej +ciszy świątyni wpadając nagle w hałaśliwy wir miasta, i natręctwo +jego mieszkańców, w osobie spacerującego po trotuarze tuż koło tumu +przekupnia, cisnącego w ręce każdemu gwałtem mozaikowe wyroby +weneckie. + +- Uno liro, signore, solamente uno liro! - na pół rozpaczliwym, na +pół przekonywającym głosem napierał się właśnie ten ostatni, +śniady Włoch, o przebiegłem spojrzeniu, i trzymając w ręku jakąś +podejrzanej roboty broszkę, zagradzał drogę młodemu mężczyźnie, +wstępującemu, w zamyśleniu; po stopniach katedry. + +Dzierżymirski przystanął; podniósł głowę, i spojrzał w oczy +natrętowi, a żachnąwszy się niecierpliwie, rzucił mu coś +energicznie po włosku. Przestąpiwszy próg kościoła, zdjął +kapelusz i odetchnął z ulgą. + +Przyjemnym chłodem w przeciwstawieniu do panującego na dworze upału; +powiało nań z wnętrza tumu i milczeniem skupionem, powagi i - +majestatu pełnem... Cień, pustka i tajemniczość niewytłumaczona +objęły go zarazem niepodzielnie. W ciszy; po mozaykowej posadzce, z +marmuru, donośnie, rozległy się kroki Romana. + +Poza amfiladą 52 kolumn olbrzymich, kolosów, szesnaście kroków +każda obchodu mających - w perspektywie, daleko, widniał wielki +ołtarz, chór i rzędy plecionych krzesełek świeciły przyćmionym +blaskiem kolorowe szkła okien, ponad głową zaś Dzierżymirskiego, +opiekuńczo jakby, wznosiły się marmurowo wyniosłe gotyckie arkady; z +wierzchołków kolumn, zdobiąc je grupami każdą z osobna, patrzyły +na niego dziesiątki statuetek małych... + +Odblask słoneczny dotknął delikatnie pięknych rysów przybysza, jego +smagłych policzków, wypukłego czoła, i oświetlił je przelotnie.. +Rażony światłem w oczy, Roman usunął się w cień, i spuściwszy +głowę na piersi, zadumał się głęboko. + +Godzin temu dwie zaledwie odebrał jednocześnie dwa listy... + +Pierwszy od Emila Ładyżyńskiego, sarkastyczno - szyderski, opisujący +mu szczegółowo i swobodnie fakt znalezienia pugilaresu, - powalił go +w pierwszej chwili, niby uderzenie obucha. + +Drugi, przepełnił miarę jeszcze!.. + +Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej +wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział +się Dzierżymirski o zdradzie Oli... + +Chwili tej nie zapomni do grobu!.. + +Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami, +dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach +dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany +prawie przybył pod stopnie marmurów katedry po ukojenie... + +Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś, +powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa.. + +I oto teraz Roman porządkować zaczyna uciążliwie myśli. Wzrok jego +machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów, +ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się +instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze olbrzymim, kosztownej +roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie +na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy +świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bogato drogimi kamieniami i +złotem... + +Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyjmuje otrzymane listy... +usiłuje przeczytać je po raz wtóry... + +Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem +łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, +jak mówią, największe na świecie całym. + +Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych witryn miniaturowe postacie +świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach +- 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzorowanych na +najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i +cieni... + +Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie... + +Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie +bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą falą zalewają mu duszę... + +Więc zdradziła go!.. Zdradziła nikczemnie, dla zmysłowego upojenia - +dla szału!.. Zdeptała jego miłość, uczucia, oszukała go - +zapomniała!.. + +Więc takim ironii zgrzytem nagradza jego los szyderca, za to, co dla +kobiety tej niegdyś uczynił!.. + +Ależ on dla niej przecież poświęcił wszystko!.. Siebie oddał!.. +Swą cześć, uczciwość - sumienie!.. + +- Przez ciebie wszystko tom uczynił, przez ciebie! - głuchy jęk unosi +pierś mężczyzny. - O, Olu!.. Olu!.. przez ciebie!.. + +I milknie skarga... + +A potem niezrozumiałego już coś coś tylko, niedosłyszalnego +poczynają naraz szeptać cicho do siebie Dzierżymirskiego usta. + +Klęka i jakieś bóle i żale płynąć się zdają pod strop +milczącego tumu, biegną trwożnie pod wyniosłe jego arkady, odbijają +się o statuy, rzeźby i pomniki - na kolana padają u ołtarzy - lecą, +tam, gdzieś wysoko... do Boga!.. + +Lecz oto nagle spokój świątyni brutalnie przerwanym zostaje... + +- Yes, yes, yes!.. - odzywa się co chwila i dowcipy francuskie +wtórują angielszczyźnie, - z przewodnikami Baedeker'a w ręku +przesuwa się tuż koło Romana garstka osób, z udanem znawstwem +oglądając wszystkie zabytki tumu. + +Gwarząc wesoło, dzielą się turyści na dwie połowy. Jedna z nich +zmierza zobaczyć wnętrze kaplicy św. Karola Boromeusza, druga, +pobrzękując pieniędzmi, kupuje niebawem prawo obejrzenia dachu +katedry, przy stoliku, postawionym we wnętrzu świątyni, na prawo, w +głębi, u wejścia do prowadzących tamże schodów. + +Roman powstaje i z kościoła uchodzi pośpiesznie. Na ulicy wskakuje do +dorożki, i rzuca głośno jakiś rozkaz woźnicy. + +Powozik rusza... Stopniowo, coraz szybciej wymija ulice, uliczki, place +targowe; starożytne kościoły i pałace... Ruch miejski wokoło +zmniejszać się poczyna i powóz wjeżdża niebawem w szeroką aleję, +gdzie, oprócz biegnących gdzieniegdzie tramwai, nie ma zgoła nikogo. + +W ślad za tem również roztwiera się perspektywa... + +Poza obszernym placem, bieleje kwadrat wielkiej kolumnady, zieleń +świeża ramuje ją wdzięcznie. To już miasto umarłych, - jeden z +najpiękniejszych włoskich pomnikowych cmentarzy, medyolańskie +"Cimitero Monumentale." + +Powóz podjeżdża bliżej nieco, Dzierżymirski wysiada i idąc +piechotą, kieruje się ku rysującej się teraz całkiem już wyraźnie +i okazale, cmentarnej kolumnadzie wejściowej. Krocząc zaś tak powoli, +myśli: Nareszcie... tu, u grobu matki, dadzą mi spokój przynajmniej +ludzie!.. Tu zdobędę samotności chwilę z jej prochami tylko i z +samym sobą!.. + +Wstępując po stopniach schodów, Dzierżymirski znajduje się niebawem +pod dachem kolumnady, kwadratowym frantom, ozdobionym wieżycami, +zamykającej z zewnątrz widok i wejście na cmentarz. + +U stóp Romana obecnie, w potokach słonecznych promieni, na tle zieleni +gaju, bieleją setki marmurów, wystrzelają w niebo dziesiątki +gotyckich wieżyczek, mauzoleów i pomników... + +Nie patrząc nawet na nie, obojętny, Dzierżymirski, skręca w lewo, a +wzrok jego przesuwa się machinalnie po małych zadrukowanych +tabliczkach marmurowych wprawionych gęsto obok siebie w ścianę +kolumnady, a oznaczających miejsce trumienek, z popiołami +nieboszczyków. + +I Roman w ten sposób dochodzi do kąta frontowego czworoboku, widząc +zaś naprzeciw siebie mur, skręca, idąc wciąż jeszcze pod dachem +kolumnady, posłusznie, na prawo... + +Zadumany, mija wprawiony w ścianę pomnik rodziny Volonte, pełny +artyzmu, piękny bardzo w oddaniu grozy i bólu... + +Na ciało już oto martwe pięknego mężczyzny i leżące w pościeli +na łożu z kamienia, w zgięciu bolesnem postaci całej, rzucona w +szale rozpaczy, klęczy młoda kobieta i całuje drogą dla się twarz +zmarłego... Całuje, pieści w zapamiętaniu ślepem, upojeniu +strasznem, bo ostatniego, a nieodwołalnego już pożegnania!.. + +Roman, wszedłszy po schodach bocznego skrzydła kolumnady, jest już na +cmentarzu. + +Idzie wolno, kierując się bezwiednie aleją znaną, wiodącą ku +mogile matczynej. + +Wkoło niego wznoszą się zewsząd wspaniałe grobowce: Verazzich, +Sonzognich, Nasonich, Turatich, Brambillich, Pagnonich i innych +włoskich rodzin i rodów. Pieścidełka kamieniarskiej, rzeźbiarskiej +i budowlanej roboty, mauzolea, w kształcie gotyckich kapliczek, z +pięknymi ołtarzykami, mozayką, obrazami i innemi ozdobami wewnątrz +śliczne, odcinają się licznie na tle zieleni drzew cmentarza... Po +wsze strony zaś, gdzie okiem rzucić tylko, w tych wszystkich białych +grobowych sylwetach pochwycony artystycznie, w kamień martwy i marmury +rzeźbiarskim dłutem zakuty, drży, zdawało by się wszędzie... +ból!.. + +Słońce, zniżające się już stopniowo coraz bardziej, złoci teraz +rzęsiście rój białych postaci... W pobliżu Dzierżymirskiego, z +krawędzi odłamu - na wpół obrosłego zielenią, a doskonale +imitowanej skały górskiej - z jej szczytu, iskrzący się w blaskach +słońca, spogląda wyniośle dokoła wspaniały orzeł z bromu. + +To odznaczający się od drugich oryginalnością pomysłu, grobowiec +Poggich... + +Dalej zaś nieco pomnik rodziny Rusconi; rzeźba kobiety, o oczach, +pełnych wyrazu, wpatrzonej smutnie w dal, z testamentem nieboszczyka w +ręku, na którym wyryte widnieją zapisy.. + +W innej znów stronie, wdowa w półleżącej pozycyi, zapłakana; +twarzy jej nie widać wcale - ukryta w dłonie. Cała postać wyraża +ból niezmierny. + +W swej wśród grobowców wędrówce, Dzierżymirski przystaje nagle... +W zamyśleniu - zbłądził... Oryentując się, zawraca, i ponownie +mija mnóstwo grobowców, okazalszych, skromniejszych - przechodzi mimo +pięknego nader pomnika. + +Na grób z marmuru rzucona duża kotwica; pod krzyżem siedzi na mogile +anioł-kobieta, o prześlicznym wyrazie twarzy, pogrążona w smutnem +zamyśleniu, z wieńcem w dłoni... + +Niebawem, tuż obok idącego wciąż Romana, wyrasta znów pomnik z +kamienia. Na wierzchołku jego, z rękoma wzniesionemi do góry, modli +się wielki Anioł, z pięknymi bardzo rysami twarzy, u stóp grobu +klęczy kobieta, ze wzrokiem spuszczonym wdzięcznie, w ekstazie jakby +bólu, odziana cała w zwoje subtelnie odrzeźbionych koronek. + +Wkrótce przed grobowcem, banalnym nieco, a w porównaniu z innymi nader +skromnym, Dzierżymirski pochyla się, zdejmuje kapelusz i klęka, +oparłszy głowę o zimny kamień pomnika Na grobie wyrzeźbiony +subtelnie w białym marmurze biust pięknej kobiety, oczyma wielkiemi, +pełnemi wyrazu, z odcieniem litości, czy bólu, patrzeć się zdaje +badawczo na pochyloną postać i głowę mężczyzny... + +Tymczasem rozsiana dokoła cisza, tchnąca spokojem, momentalnie ukajać +poczyna Romana. Z chaosu, dotychczas panującego mu w mózgu, jedna po +drugiej wyłaniają się doniesione mu fakta, ustawiają rzędem w +symetryczną całość i niby ogniwa, logiką, rozumu spojone, wiążą +się ze sobą, grupują... + +I kara życia, nieubłagana, zimna, choć moralna tylko, staje +Dzierżymirskiemu teraz przed oczyma wyraźnie... + +Pozornie otrzymał on wszystko: W obliczu świata pozostał bezkarnym; +był bogatym, wpływowym i wielkim, kłaniano mu się, żebrano jego +łaski, protekcyi. + +Życie całe dotąd opromieniała mu Ola miłością swą, bez granic... + +Posiadał skarb największy - kochał i był kochanym... + +To było wczoraj jeszcze, a dziś?.. Dzierżymirski, pod ciężarem +cierpienia, pochylił się w tej chwili bardziej jeszcze, skulił się, +zmalał... + +I w jasnowidzeniu jakby nagłem, ujrzał on równocześnie, co innego +jeszcze... + +Przyszłość własną!.. + +On więc, w społeczeństwie swem jeden z pierwszych niemal; on, +stojący na jego świeczniku, nie skażony moralnie, "na zewnątrz" - +niczem, sponiewierany może, zbrukany posądzeniem, lub domysłami, a +wreszcie, - kto wie, czy nie stojący w obliczu tłumów, pod +pręgierzem prawdy, tajonej skrycie do dziś dnia na dnie duszy? + +- O Boże!.. Boże! - jęk mimowolny wydobywa się z piersi Romana, oczy +zaś jego wznoszą się jednocześnie i spotykają na grobie, z +wizerunkiem matczynym. Oblicze rodzicielki patrzy teraz na niego, z +wyraźnem współczuciem, współboleje z nim jakby. Jak żywa, +spogląda na Romana matczyna, twarz smutna; kilka kropelek rosy, czy +deszczu, ukrytych dotąd w załomach kamienia, spływa nagle po wykutem +obliczu pięknej kobiety... + +Zachodzące słońce zakrwawia je swym blaskiem... + +I krwią oto serdeczną, zdaje się matka płakać nad synem - łzami +litości i bólu. + +A Roman jednocześnie, w porywie cierpienia, wyciąga ramiona do rzeźby +twarzy drogiej, obejmuje niemi głowę z marmuru i krzyż pomnika, a +dotknąwszy czołem czoła matki, szepce coś jak dziecko, kwili... + +- Matko... mateńko! - słychać dokładnie, i cicha skarga z piersi mu +się wyrywa! Z bólem jutra, łączy się w nim zarazem jakiś bunt +niewytłumaczony do świata, do ludzi - do życia!... I w szepcie słów +urywanych, zmieszanych, wymówka wnet cierpka słyszeć się daje. + +- Matko! - szepcze Roman, z wyrzutem. - Dlaczegoż że po tobie +odziedziczyłem gorącą krew tej ziemi? Czemu, ach, czemu, z mlekiem +twem wyssałem zapalczywy ogień pragnień, zmysłowego szału, który +zniweczył we mnie wszystko, któremu oprzeć się nie zdołałem, i +upadłem tak nisko... tak... nisko! + +Nie mogłem odmówić sobie posiadania kobiety, którą ukochałem, bo w +żyłach mych płonęła, jak lawa twych, matko, ojczystych wulkanów, +krew dzieci południa, bo natura ich gwałtowna, przewrotna, bez +niezłomnych uczciwości zasad, zakorzeniła się w mej istocie... +Podeptałem wszystko... wszystko... + +- Matko, tyś temu niewinna, ja wiem, tyś niewinna! - skarżył się +dalej Roman, przepraszając jakby, - ale, czemuż twym wpływem, kiedy +ojca straciłem tak wcześnie, nie starałaś się złagodzić we mnie +tej natury narodu twego? Dlaczego nie mogłaś wytępić ze mnie złego +ziarna? Czemu?.. czemu?.. czemu?.. + +I pytanie to Dzierżymirskiego ostatnie, rozpaczliwe, uleciało, +półpokorne, półgroźne jakby i zamarło w ciszy! + +A rodzicielka Romana mówiła pięknym, wyrazistym w białej rzeźbie +wzrokiem - odpowiadała mu, zda się również: + +- Nie bluźnij, synu, nie rozpaczaj!.. Nie ja tu winnam!.. Wierz mi!.. +Czyniłam, co mogłam... Wpajałam w twą duszę niezłomne zasady, +wzmacniałam twój umysł, twe serce! Nie miej żalu do mnie, me +dziecię!.. Popsuł się świat, co skala, zbruka niejedno swem +błotem!.. Zbłądziłeś... + +A tymczasem zbielałe usta Dzierżymirskiego, wijącego się wciąż u +stóp grobowca, w bólu i niepewności jutra, zaszeptały znów +rozpaczliwie, z cicha... + +- Co czynić? co czynić? - Wszak tam wszyscy czekają teraz ode mnie +wyjaśnienia o pieniężnej zgubie, którego dać im, niestety, nie +potrafię. Cóż im powiem? co wymyślę, a zresztą, cóż mi po tem? +Gdybym po wysiłku mózgowym i znalazł może przemądre nawet +rozwiązanie jakie, czyż nie takiem samem, nie do zniesienia piekłem, +stałoby się to moje jutro! - odpowiadały w duchu Romana: bezmierne +zniechęcenie i gorycz. + +- W ciągłej, podwójnej jeszcze, niż dotąd, obawie skandalu, z +tajoną, tłumioną w duszy tajemnicą, bez miłości, bez niej, bez +Oli, sam, opuszczony, z widmem wyrzutu sumienia?.. - Nie! - wyrzucił z +siebie Dzierżymirski, z mocą. - Ja tak żyć nie potrafię!.. + +Szept urywany Romana ustał. Tuląc wciąż w ramionach ciemny marmur +grobowca, milczącą snać już teraz z rodzicielką swą, a może i z +Panem Wszechrzeczy, prowadził on rozmowę. + +Nagle jednak w stłoczonej piersi Romana cierpienia dłużej nie +zdołało już się ukryć - spazmem łkania wydobyło się na +zewnątrz! + +Milczenie cmentarnego zacisza wstrząsnął płacz męski, przejmujący, +głęboki i przykrem nader echem rozległ się dokoła. + + +********************************************************** + + +A tymczasem nad Medyolańskiom przepięknem "Campo Santo," w całem swym +majestacie zachodziło słońce... + +Mieniły się w odblaskach jego dachy i wieżyczki licznych kapliczek, +mauzoleów; przez kolorowe wąskie szyby okienek, drzwi i kraty +wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po +mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, +kandelabry, posągi i piękne świętych obrazy... + +Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą +blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu +cmentarza "Tempio di Crematione" gorzały pąsową grą światła... + +A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników +ocknęły się po prostu jakby ożyły... + +Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, rysy, odrzeźbione, +przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną +chwilkę - na mgnienie!.. + +I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno - +nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież, +zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew +płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, +płaczą, smucą się - myślą!.. + +Patrzcie... patrzcie!.. + +Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stronach siedzącej na szczycie, +zadumanej symbolicznej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się +gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po +stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm +posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka, +ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A +tam, znów dalej, w innej stronie... + +W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno, +szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w +trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta... + +I tak dalej, i tak dalej... + +Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących, +załamujących dłonie, tarzających się gwałtownie, czy też +pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda +się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z +piersi jakby wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!.. + +A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej... + +Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i +ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach - +środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach +czerwieni i złota... + +Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej +samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni +jeszcze dogasająco słońca blaski. + +Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, +wciąż szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni +rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym +szmerem poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga +poczyna. + +- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja +tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja +jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego +wroga, zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać +pojedynkiem nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby +żywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - +Zrozum, mateńko!.. Nie... mogę!.. + +Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą, +mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja... +sam... nie... posiadam!.. + +I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może, +jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza +głośniej Roman nie żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na +czole, bez czci tych tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie +potrafię!.. + +A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć +- nie mogę!.. + +I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili +dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!! + +Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca, +pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem. + +A wkoło niego tymczasem gaśnie już całkiem łuna zachodu... Jak +przed chwilą, niby dotknięte czarowną różdżką, ożywiały się +posągi z marmurów, tak teraz kolejno do martwoty swej powracają. + +Położony tylko tuż obok Dzierżymirskiego symboliczny grobowiec +jaśnieje jeszcze... Na wpół różowy od blasków czerwonych, +blednieć oto właśnie coraz bardziej poczyna w tył przegięty, +eteryczny i wielki na grobie tym anioł z marmuru, o rysach przecudnych, +o rysach kobiecych, dziwnie nadziemsko zadumanych, a postaci całej +wiotkiej i ustawionej na piedestale w ten sposób w powietrzu unosił +się, leciał... + +Anioł patrzeć się zdaje na Romana, ze współczuciem, spod rzęs +spuszczonych, oczyma żyjącego jakby ducha. Nad urną, którą trzyma w +dłoniach i tuli do piersi i unieść z sobą jakby pragnie w zaświaty, +odrzeźbiony, palący się ognik płonie rzeczywistem światłem, +pieszczony ostatnim promyczkiem słońca!.. + +Wreszcie i on zupełnie gaśnie. + +Korowód wieczornych cieni z mrokiem, wodzem na czele, wsuwa się teraz +cicho na "Campo-Santo" i welonem szarym wkrótce przesłania z wolna +wszystko... W oczekiwaniu jutrzenki różanej, która ich znowu +przebudzi - zasypiają, symbole snu wiecznego, marmurowe rzeźby białe, +doczesną zda się tylko drzemką... + +Stopniowo ścierają się zarysy posągów, kapliczek, mauzoleów... + +Zmierzch ciemnieje. Święcąc swój tryumf, a śmierć słońca po +coraz bardziej mrocznych zakątkach "Cimitero" cienie wieczoru pląsają +już obecnie swobodnie całkiem - drużyna ich weseli się, tańczy, +pusta, skracając godziny do przyjścia nocy-władczyni. + + Po pewnym czasie jednak staje się wśród tego grona jej paziów coś + niewątpliwie szczególnego bardzo... Wszystkie sylwety bowiem + bawiących się cieni łączą się oto w jedną grupę, zwartem kołem + otaczając któryś z licznych grobowców. + +Obejmując ramionami krzyż i posąg marmurowy, klęczy tu nieruchomo, +zlewająca się prawie z pomnikiem, pochylona, biała sylwetka +mężczyzny... Cienie pochylają się ciekawie nad nią, dotykają jej +ciała, zaglądają w twarz, dziwnie bladą. + +I raptownie szept jakiś trwożny przelatuje po szeregu paziów nocy... +Bezradni stoją wciąż gromadką, przelęknieni czemś jakby, +przejęci, cisi... Niektórzy z nich nawet załamują ręce, drudzy +kręcą z niedowierzaniem głowami - inni wpatrują się smutnie w +majaczącą postać ludzką. + +Nagle koło ich rozprzęga się gwałtownie, milkną - pozostawiają w +zapomnieniu zupełnem pomnik i znajdującego się u stóp jego +człowieka. Momentalnie, szybko, ustawiają się składnie w dwa +szeregi, pochylają z gracyą i pokorą, szacunku pełną, w powitalnym +ukłonie... + +To pani ich i królowa - Noc, strojna, wspaniała z wyżyn na ziemię +zestąpiła właśnie w tej chwili, w czarnym swym płaszczu i w gwiazd +aureoli. + +-------------- + +Poranek sierpniowy uśmiechał się tego dnia radośnie do tętniącego +zwykłym ruchem wielkiego miasta. Pogodny, jasny, niósł on jednak w +powiewach swych, chłodniejszych już nieco i świeższych, zapowiedź +idącej wczesnej jesieni, tej czarownej, pięknej jesieni polskiej, tak +zadumanej zda się i marzącej cicho, po otulonych mgłami +płaszczyznach i tak pełnej porywającej sobą tęsknoty. + +Na jednej z głównych ulic miasta uwijano się żwawo. Przechodnie, +wszyscy skwapliwie spieszący w jedną stronę, wymijali się +gorączkowo, dzwoniły tramwaje, dorożki turkotały głośno - lekko, z +cicha przesuwały się liczne, na gumowych kołach, ekwipaże i karety, +dążąc również w tymże, co i piesi, kierunku. + +Niebawem jednak liczba jadących powozów poczęła się zmniejszać +stopniowo coraz bardziej, w końcu zaś ustała zupełnie. + +Ulicę ruchu kołowego zamknięto. Ostatnie, zabłąkane dorożki +zawracano, zmuszając do natychmiastowego skręcania w pierwszą lepszą +boczną ulicę, a we względnej, panującej obecnie, uroczystej ciszy +rozlegał się tylko zgłuszony szmer licznych stóp idącej po +trotuarach gromady ludzkiej. + +Pół-milczenie to dyskretne trwało dobre pół godziny. + +Wreszcie z wieżyc jednego z pobliskich kościołów odezwały się +poważnie i rzewnie żałobne dzwony i smutne - zabrzmiały donośnie. + +Ruch powstał na chodnikach... Zbierano się grupami, przystawano, +policya i żandarmi na koniach poczęli czynić porządek, niebawem zaś +w perspektywie wielkomiejskiej, opustoszałej środkiem ulicy, ukazał +się kondukt pogrzebowy. Na progach magazynów, balkonach i w oknach +domów zaroiło się od widzów ciekawych... + +Z kilkunastoma księżmi i licznym klerem, żałobny korowód przesuwać +się zaczął z wolna aleją. + +Ramowały go wdzięcznie niewinne główki idących regularnie rzędami +chłopaczków i dziewczynek - a wychowańców z licznych miejscowych +ochronek, zakładów dobroczynnych - za trumną zaś okazałą, +złożoną na bogatym sześciokonnym karawanie i jadącymi w ślad za +tem, uginającymi się od wieńców, żałobnymi wozami, postępował +tłum niezliczony - kołysało się morze głów ludzkich... + +Hen! daleko zaś, poza ciżbą, ginąc gdzieś w perspektywie ulic +miasta, lśnił się w promieniach słońca sznur powozów i karet. + +Wśród uczestniczącej w pogrzebie rzeszy rozlega się stłumiony gwar +ogólnie prowadzonych rozmów. Na wszystkich zaś ustach było teraz +jedno tylko imię! + +Bez zmazy i skazy wobec świata zeszedł do grobu - Roman +Dzierżymirski. + +W ostatnich dniach lipca społeczeństwem miasta, w którem żył, +pracował, któremu na różnych polach działalności przewodził, +wstrząsnęła wiadomość niespodziana, zakomunikowana przez gazety. +Telegramem mianowicie doniesiono lakonicznie o śmierci prezesa +Dzierżymirskiego, we Włoszech, w Medyolanie, na grobie matki, z +anewryzmu serca. Powodem nagłego zgonu było, jak mówili jedni, silne +wstrząśnienie moralne i bolesna wiadomość z kraju, jak utrzymywali +po cichu inni - straty poważne, czysto finansowej natury i położenie +bez wyjścia!.. + +Ciało sprowadzono do kraju i dziś oto to same miasto, któremu +Dzierżymirski tak wiele zasłużył się za życia, oddawało byłemu +przodownikowi ostatnią posługę. + +Stawiły się wszystkie sfery i stany - wszyscy zaś z niekłamanym +żalem, szli obecnie za trumną człowieka, z którego śmiercią, +zdaniem ogólnem, ubywała miastu i krajowi nawet poważna społeczna +siła... + +A dość było posłuchać tylko uważnie tam i ówdzie co mówiono o +zmarłym, by przekonać się, jak szczerym, jak powszechnym prawdziwie +był ten żal po nim! + +Jednogłośnie bowiem i wszechogólnie wynoszono po niebiosa czyny +prezesa Dzierżymirskiego, poświęcenie dla ogółu, zdolności, rozum, +szlachetność i energię - jednobrzmiąco ubolewano nad stratą jego +niepowetowaną! Czasami, naturalnie, wplątała się i tu fałszywa +gdzieniegdzie nuta, lecz ginęła natychmiast w akordzie powszechnego +uwielbienia i żalu z przedwczesnego zgonu, tak zasłużonego +społeczeństwu człowieka... + +Z trudnością przeciskając się pomiędzy dwoma sznurami ciekawych na +chodnikach, wspaniały pogrzebowy korowód oddalał się tymczasem +stopniowo w perspektywie ulicy, - wreszcie księża, karawani i +dążące za trumną tłumy skręciły w lewo, i po pewnym czasie +znikły... + +Na pierwszorzędnej ulicy w mieście przywrócono ruch natychmiast. Z +bocznych ulic wysypały się dziesiątki zatrzymanych dotąd pojazdów, +potoczyły się, dzwoniąc, ponownie tramwaje, zadudniły dorożki, +omnibusy - do spowodowanych ściskiem wypadków kilku, wpadło na +ruchliwą arteryę grodu wezwane Pogotowie Ratunkowe, donośną na +trąbce pobudką torując sobie drogę! + +Uroczysty nastrój sprzed chwili pierzchł bezpowrotnie. Szerokiem +korytem życie brutalnie deptało śmierci widmo - w codzienną szatę +gorączka codziennego bytu przyoblekło się wszystko dokoła. + +Na ustach tylko, snujących się po trotuarach przechodniów, biernych +widzów żałobnego konduktu, błąkało się jeszcze nazwisko +Dzierżymirskiego, roznosiciele zaś dzienników zaroili się niebawem, +a korzystając z chwilowego nastroju publiczności, sprzedawać poczęli +z powodzeniem nadzwyczajne dodatki do gazet, z portretem i życiorysem +zmarłego. + + +************************************************* + + + +Minął rok czasu... + +Powodzią świateł w mglisty wieczór pierwszego Listopada gorzał +cmentarz miejski rozległy, i roje ludzi tłoczyły się na nim. +Poukładane wzorzyście paliły się na bogatych grobach i ubogich +mogiłkach kolorowe lampiony, kwiaty i wieńce stroiły umarłych +zakątek... + +Przy grobowcach niektórych, ubranych wspaniała, nie było żywej +duszy. Przy innych formalne odbywały się zebrania. Środkiem zaś +ulicy wystrojony, "szykowny", a przeważnie bezmyślny, wśród +dowcipów brukowych, wygłaszanych donośnie, spacerował tłum +ciekawskich obojętny. + +Tu i tam z rzadka czerniała przy świeżym pomniku postać schylona, +zadumana tęsknie, cierpiąca... Tam i ówdzie na skromnej mogiłce, w +bardziej oddalonej cmentarnej alei, szlochała cicho jakaś kobiecina, +gdzie indziej znów klęczący syn, czy mąż, samotny, modlił się, +lub nie widząc nic zgoła, nie słysząc, zapatrzony w ból własny - +połykał łzy. + +W samotnej bocznej alei cmentarza wesoła młoda para, pochylona +wzajemnie, szeptała sobie czułe czule słówka mijając obojętnie +groby, a pomiędzy innymi i mogiłkę jedną darniową, skromniutką... +Zapłakana dziewczynina kilkunastoletnia, ze złożonemi pobożnie +rączkami, klęczała na niej i sama jedna, biedziła się w tej chwili +z jedyną zapaloną, a gasnącą za każdym podmuchem wiatru, +świeczką, którą, wespół z dziesięciogroszowym z choiny +wianuszkiem, i białym wielkanocnym barankiem - ustroiła grobek matuli. + +Od żebraków, bab i dziadów, mruczących modły, zawodzących +żałośnie, roiło się na cmentarzu. + +Co chwila ktoś z publiczności zbliżał się do nich i dając +jałmużnę, dodawał: - Za duszę nieżyjącego Piotra, Maryi i.t.d. + +- Litości godna osobo! - skarżył się głośno żebrak stary, +wyciągając dłoń kościstą do przechodzących właśnie aleją +trzech ładniutkich podlotków, rozmawiających wesoło. + +- Czekajcie! - do rówieśnic odezwała się żywo jedna z panienek, +zatrzymując się przed dziadem. - Dam mu, niech się pomodli za duszę +mego pana Stanisława... + +- Ależ kiedy on żyje! po co? - zadziwiła się naiwnie najmłodsza z +trójki. + +- Ha-ha-ha! - zaśmiała się pierwsza serdecznie, - a cóż to szkodzi, +niech się tam za niego, grzesznika, pomodli!.. + +I wręczając następnie dziadowi szóstaka, rzekła: - Macie, dziadku, +za Stanisława!.. + +- Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, a światłość wiekuista +niechaj mu świeci! - zaintonował żebrak uroczyście. + +Śmiech rozległ się w alei; koncept podobał się figlarnej trójce, a +kilka babek i dziadów, znajdujących się w pobliżu, skorzystało na +tem, bo obdzielono ich groszakami na tąż samą intencyę. Pan +Stanisław został za życia pogrzebanym, modlono się już z góry za +niego, a pusta, niefrasobliwa młodość, nie znająca zapewne jeszcze, +co to ból prawdziwy i żal po drogiej sercu stracie - poszła dalej, +śmiech zaś jej srebrzysty odbił się raz jeszcze na zakręcie alei o +ukryty w drzew cieniu pomnik okazały. + +Na wysokiej kolumnie z połyskującego marmuru widniał jakiś posąg +stojącej osoby... Na grobowcu nie było żadnego kwiatka i żadnych +świateł... Zapatrzony jakby smutnie sam w siebie, stał on ciemny na +uboczu, opuszczony i widocznie zapomniany. Jarzący się tylko blask +lampek czerwonych, któremi ozdobiono grób sąsiedni, rzucał nań +niepewne, dalekie światło. W półświetle tem, kto znał za życia +Romana Dzierżymirskiego, z łatwością mógł go poznać teraz w +stojącej rzeźbie z marmuru. + +I idącego przechodnia przykuwało do miejsca zdziwienie nagłe. + +- Jak to? - zadawał sobie mimowolnie pytanie. - W powodzi świateł, +blasków tysiąca, dających tak wymowne i chlubne świadectwo, że +żywi pamiętają jednak o umarłych, dzisiaj o Dzierżymirskim już +zapomniano?.. Czyż to możliwe, by świat był tak niewdzięcznym, +żeby wykreślał z pamięci jednostki, tak głośne za życia - tak +możnowładne!... + +I dziwił się przechodzień... Dziwił się w dalszym ciągu naiwnie, +nie zdając sobie sprawy z tego pewnika życiowej ironii, która prawem +"teraźniejszości" się zowie, a która, z małymi wyjątkami, uwielbia +tylko żyjących i na widowni obecnych, umarłych zasypując pyłem +zapomnienia. + +I spacerujący po cmentarzu widz ciekawy przybliżał się do grobowca, +z trudnością odczytywał napisy, a później szedł dalej, zamyślony +mimo woli nad nietrwałością doczesnego bytu. + +Lecz o niewdzięczność tym razem posądzał ludzi niesłusznie. Bo los +szyderca, któryby może i rzeczywiście starł u świata wspomnienie +innego, prawdziwie i wszechstronnie zasłużonego człowieka, +niezbrukanego życiem, czystego - okazał się łaskawszym jednak, dla +ubranego w togę pozorów moralnego wykolejeńca! + +W kwadrans później, trzy osoby, oglądające się wokoło, skupiły +się przed grobem Dzierżymirskiego. Wkrótce, tamże zjawił się +również mężczyzna, z kobietą młodą dość jeszcze i garstką +dziatek. + +Przed ginącym w cieniach wieczora pomnikiem Romana, poklękli oni +niebawem wszyscy... + +Byli to Orlęccy: ojciec, matka i córka, oraz Zieliński Herman, z +rodziną. + +Młody głosik dziewczęcy pierwszy przerwał nieśmiało milczenie +cmentarnego zakątka. Silny, jędrny zawtórował mu głos męski i +szept otaczających... + +Wśród dalekiego echa kroków gromady ludzkiej, ich rozmów, śmiechu i +płaczu - popłynęła z serc wdzięcznych za duszę zmarłego +modlitwa!.. + +. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . + +Nazajutrz osamotnienia i zapomnienia żywych wstydzić się już nie +potrzebował przed innymi - wspaniały grobowiec prezesa +Dzierżymirskiego. + +Czyjaś troskliwa ręka ustawiła na grobie palmy i świeże kwiaty... W +krzyż ułożonych różnokolorowych lampionów kilkanaście nęciły tu +oko i skromny, aczkolwiek gustowny wieniec zielony u pomnikowego tulił +się podnóża. Tamże błyszczał o nieboszczyku napis złocisty, +złożony z samych tytułów i godności... + +I w blasków powodzi, na szczycie kolumny jaśniała zarówno teraz +wdzięcznie odrzeźbiona sylweta pięknego, młodego jeszcze +mężczyzny. + +Królując nad wszystkiem dokoła, niepokalanie biały, stał on i +patrzył zamyślony! Na ustach z kamienia błąkać się zdawał +dyskretny uśmiech zwycięskiej ironii... + +A poniżej - u stóp posągu, na czarnem tle marmuru, wielkiemi +literami, rzucały się w oczy te oto wyryte słowa: + + +Uczciwy, szlachetny i prawy, +Ukochał bliźnich i społeczeństwu oddal życie całe - +Nagrodź go, Panie!.. + + + + + + + + + + +End of the Project Gutenberg EBook of Ironia Pozorow, by Maciej hr. Lubienski + +*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK IRONIA POZOROW *** + +***** This file should be named 6000-0.txt or 6000-0.zip ***** +This and all associated files of various formats will be found in: + http://www.gutenberg.org/6/0/0/6000/ + +Produced by Michalina Makowska, Eve Sobol, and Julia Jezierska. + +Updated editions will replace the previous one--the old editions +will be renamed. + +Creating the works from public domain print editions means that no +one owns a United States copyright in these works, so the Foundation +(and you!) can copy and distribute it in the United States without +permission and without paying copyright royalties. Special rules, +set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to +copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to +protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project +Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you +charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you +do not charge anything for copies of this eBook, complying with the +rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose +such as creation of derivative works, reports, performances and +research. They may be modified and printed and given away--you may do +practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is +subject to the trademark license, especially commercial +redistribution. + + + +*** START: FULL LICENSE *** + +THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE +PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK + +To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free +distribution of electronic works, by using or distributing this work +(or any other work associated in any way with the phrase "Project +Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project +Gutenberg-tm License available with this file or online at + www.gutenberg.org/license. + + +Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm +electronic works + +1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm +electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to +and accept all the terms of this license and intellectual property +(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all +the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy +all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession. +If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project +Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the +terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or +entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8. + +1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be +used on or associated in any way with an electronic work by people who +agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few +things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works +even without complying with the full terms of this agreement. See +paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project +Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement +and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic +works. See paragraph 1.E below. + +1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation" +or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project +Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the +collection are in the public domain in the United States. If an +individual work is in the public domain in the United States and you are +located in the United States, we do not claim a right to prevent you from +copying, distributing, performing, displaying or creating derivative +works based on the work as long as all references to Project Gutenberg +are removed. Of course, we hope that you will support the Project +Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by +freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of +this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with +the work. You can easily comply with the terms of this agreement by +keeping this work in the same format with its attached full Project +Gutenberg-tm License when you share it without charge with others. + +1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern +what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in +a constant state of change. If you are outside the United States, check +the laws of your country in addition to the terms of this agreement +before downloading, copying, displaying, performing, distributing or +creating derivative works based on this work or any other Project +Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning +the copyright status of any work in any country outside the United +States. + +1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg: + +1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate +access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently +whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the +phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project +Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed, +copied or distributed: + +This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with +almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or +re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included +with this eBook or online at www.gutenberg.org + +1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived +from the public domain (does not contain a notice indicating that it is +posted with permission of the copyright holder), the work can be copied +and distributed to anyone in the United States without paying any fees +or charges. If you are redistributing or providing access to a work +with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the +work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1 +through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the +Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or +1.E.9. + +1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted +with the permission of the copyright holder, your use and distribution +must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional +terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked +to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the +permission of the copyright holder found at the beginning of this work. + +1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm +License terms from this work, or any files containing a part of this +work or any other work associated with Project Gutenberg-tm. + +1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this +electronic work, or any part of this electronic work, without +prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with +active links or immediate access to the full terms of the Project +Gutenberg-tm License. + +1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary, +compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any +word processing or hypertext form. However, if you provide access to or +distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than +"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version +posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org), +you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a +copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon +request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other +form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm +License as specified in paragraph 1.E.1. + +1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying, +performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works +unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9. + +1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing +access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided +that + +- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from + the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method + you already use to calculate your applicable taxes. The fee is + owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he + has agreed to donate royalties under this paragraph to the + Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments + must be paid within 60 days following each date on which you + prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax + returns. Royalty payments should be clearly marked as such and + sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the + address specified in Section 4, "Information about donations to + the Project Gutenberg Literary Archive Foundation." + +- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies + you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he + does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm + License. You must require such a user to return or + destroy all copies of the works possessed in a physical medium + and discontinue all use of and all access to other copies of + Project Gutenberg-tm works. + +- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any + money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the + electronic work is discovered and reported to you within 90 days + of receipt of the work. + +- You comply with all other terms of this agreement for free + distribution of Project Gutenberg-tm works. + +1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm +electronic work or group of works on different terms than are set +forth in this agreement, you must obtain permission in writing from +both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael +Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the +Foundation as set forth in Section 3 below. + +1.F. + +1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable +effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread +public domain works in creating the Project Gutenberg-tm +collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic +works, and the medium on which they may be stored, may contain +"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or +corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual +property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a +computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by +your equipment. + +1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right +of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project +Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project +Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all +liability to you for damages, costs and expenses, including legal +fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT +LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE +PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE +TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE +LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR +INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH +DAMAGE. + +1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a +defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can +receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a +written explanation to the person you received the work from. If you +received the work on a physical medium, you must return the medium with +your written explanation. The person or entity that provided you with +the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a +refund. If you received the work electronically, the person or entity +providing it to you may choose to give you a second opportunity to +receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy +is also defective, you may demand a refund in writing without further +opportunities to fix the problem. + +1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth +in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS', WITH NO OTHER +WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO +WARRANTIES OF MERCHANTABILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE. + +1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied +warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages. +If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the +law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be +interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by +the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any +provision of this agreement shall not void the remaining provisions. + +1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the +trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone +providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance +with this agreement, and any volunteers associated with the production, +promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works, +harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees, +that arise directly or indirectly from any of the following which you do +or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm +work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any +Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause. + + +Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm + +Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of +electronic works in formats readable by the widest variety of computers +including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists +because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from +people in all walks of life. + +Volunteers and financial support to provide volunteers with the +assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's +goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will +remain freely available for generations to come. In 2001, the Project +Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure +and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations. +To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation +and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4 +and the Foundation information page at www.gutenberg.org + + +Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive +Foundation + +The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit +501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the +state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal +Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification +number is 64-6221541. Contributions to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent +permitted by U.S. federal laws and your state's laws. + +The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S. +Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered +throughout numerous locations. Its business office is located at 809 +North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887. Email +contact links and up to date contact information can be found at the +Foundation's web site and official page at www.gutenberg.org/contact + +For additional contact information: + Dr. Gregory B. Newby + Chief Executive and Director + gbnewby@pglaf.org + +Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg +Literary Archive Foundation + +Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide +spread public support and donations to carry out its mission of +increasing the number of public domain and licensed works that can be +freely distributed in machine readable form accessible by the widest +array of equipment including outdated equipment. Many small donations +($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt +status with the IRS. + +The Foundation is committed to complying with the laws regulating +charities and charitable donations in all 50 states of the United +States. Compliance requirements are not uniform and it takes a +considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up +with these requirements. We do not solicit donations in locations +where we have not received written confirmation of compliance. To +SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any +particular state visit www.gutenberg.org/donate + +While we cannot and do not solicit contributions from states where we +have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition +against accepting unsolicited donations from donors in such states who +approach us with offers to donate. + +International donations are gratefully accepted, but we cannot make +any statements concerning tax treatment of donations received from +outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff. + +Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation +methods and addresses. Donations are accepted in a number of other +ways including checks, online payments and credit card donations. +To donate, please visit: www.gutenberg.org/donate + + +Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic +works. + +Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm +concept of a library of electronic works that could be freely shared +with anyone. For forty years, he produced and distributed Project +Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support. + +Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed +editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S. +unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily +keep eBooks in compliance with any particular paper edition. + +Most people start at our Web site which has the main PG search facility: + + www.gutenberg.org + +This Web site includes information about Project Gutenberg-tm, +including how to make donations to the Project Gutenberg Literary +Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to +subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks. |
