summaryrefslogtreecommitdiff
path: root/34635-h
diff options
context:
space:
mode:
Diffstat (limited to '34635-h')
-rw-r--r--34635-h/34635-h.htm11607
1 files changed, 11607 insertions, 0 deletions
diff --git a/34635-h/34635-h.htm b/34635-h/34635-h.htm
new file mode 100644
index 0000000..65a4a81
--- /dev/null
+++ b/34635-h/34635-h.htm
@@ -0,0 +1,11607 @@
+<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.0 Strict//EN"
+ "http://www.w3.org/TR/xhtml1/DTD/xhtml1-strict.dtd">
+
+<html xmlns="http://www.w3.org/1999/xhtml" xml:lang="en" lang="en">
+ <head>
+ <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html;charset=utf-8" />
+ <meta http-equiv="Content-Style-Type" content="text/css" />
+ <title>
+ The Project Gutenberg eBook of Menażerya ludzka, by Gabryela Zapolska.
+ </title>
+ <style type="text/css">
+<!--
+#all {
+ max-width:40em;
+ margin:auto;
+}
+
+
+body {
+ margin-left: 10%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+ h1,h2,h3,h4,h5,h6 {
+ text-align: center; /* all headings centered */
+ clear: both;
+}
+
+p {
+ margin-top: .75em;
+ text-align: justify;
+ margin-bottom: .75em;
+}
+#content p { text-indent:2em; }
+#content p.noind { text-indent:0em; }
+
+
+#tyt h2 {line-height:2em; }
+#tyt h1 {line-height:1em; font-size:1.2em; padding:1em 0 0 0;}
+
+p.fin {padding: 2em 1em;}
+
+.x08 {font-size:0.8em;}
+.x09 {font-size:0.9em;}
+.x095 {font-size:0.95em;}
+.x12 {font-size:1.2em;}
+.x14 {font-size:1.4em;}
+.x16 {font-size:1.6em;}
+.x18 {font-size:1.8em;}
+.x20 {font-size:2em;}
+
+
+hr {
+ width: 33%;
+ margin-top: 2em;
+ margin-bottom: 2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+ clear: both;
+}
+
+hr.chapter {width:80%;}
+hr.in {width:45%;}
+hr.dots { width:60%; color: #fff; background-color: #fff; border: 1px dotted #000000; border-style: none none dotted; }
+
+hr.nopad { margin-top: .2em;
+ margin-bottom: .2em;
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+hr.mini { width: 5%; }
+
+table {
+ margin-left: auto;
+ margin-right: auto;
+}
+
+.pagenum {
+ position: absolute;
+ left: 92%;
+ font-size: smaller;
+ text-align: right;
+ text-indent:0em;
+} /* page numbers */
+
+
+.blockquot {
+ margin-left: 5%;
+ margin-right: 10%;
+}
+
+
+.center {text-align: center;}
+
+.smcap {font-variant: small-caps;}
+
+.u {text-decoration: underline;}
+
+.caption {font-weight: bold;}
+
+
+/* Footnotes */
+.footnotes {border: dashed 1px;}
+
+.footnote {margin-left: 10%; margin-right: 10%; font-size: 0.9em;}
+
+
+.fnanchor {
+ vertical-align: super;
+ font-size: .8em;
+ text-decoration:
+ none;
+}
+ .blckright, .right {text-align: right; clear: both; margin-right:1em; }
+
+#tnotes_mini {width: 30em;
+ margin:auto;
+
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ background-color: #f6f6f6;
+ text-align: justify;}
+
+ .tnote { width: 34em;
+ font-size: 0.9em; padding:0.3em;
+ border: 1px dashed #808080;
+ padding: 0.5em;
+ margin: 0 auto ;
+ }
+ .ins, a.ins { color:#111; text-decoration: none; border-bottom: 1px dashed #039; }
+ .cor { color:#111; }
+
+ .pg {text-align:right;}
+ .clear {clear:both;}
+
+
+.bigpadded {padding: 4em 1em;}
+.padded {padding: 3em 1em;}
+.padded-top {padding: 4em 1em 0em 1em;}
+.thin {letter-spacing:-.05em;}
+.spaced {letter-spacing:.3em;}
+
+.b_top {border-top: 1px solid #000;}
+
+.b_bottom {border-bottom: 1px solid #000;}
+
+.dbbrd {border-style: double; width:20em; padding: .5em; margin: auto; }
+
+.poem {margin-left:10%; margin-right:10%; text-align: left;}
+.poem br {display: none;}
+.poem .stanza {margin: 1em 0em 1em 0em;}
+.poem span.i0 {display: block; margin-left: 0em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+.poem span.i2 {display: block; margin-left: 2em; padding-left: 3em; text-indent: -3em;}
+
+
+-->
+ </style>
+ </head>
+<body>
+
+
+<pre>
+
+The Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+
+Title: Menazerya ludzka
+
+Author: Gabriela Zapolska
+
+Release Date: December 13, 2010 [EBook #34635]
+
+Language: Polish
+
+Character set encoding: UTF-8
+
+*** START OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+
+
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+
+
+
+
+</pre>
+
+
+<div id="all">
+
+<div id="tnotes_mini">
+<h2><a name="UWAGI_1" id="UWAGI_1"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+<p>W&nbsp;tekście zachowano oryginalną ortografię i&nbsp;interpunkcję,
+nawet w&nbsp;przypadkach, gdy różniły się one od współcześnie obowiązujących.
+Poprawiono jednak kilka błędów, które wyglądały na omyłki drukarskie.
+Zmienione zwroty oznaczono podkreśleniem przerywaną linia, tekst pierwotny
+powinien pojawić się <ins class="ins" title="w ten sposób">po najechaniu nań myszką</ins>.</p>
+
+<p><a href="#tnotes">Pełna lista wprowadzonych zmian</a> znajduje się na końcu pliku.</p>
+
+</div>
+
+<hr class="chapter" />
+
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_i" id="Strona_i">[i]</a></span></p>
+
+<div id="tyt">
+
+<h1>Gabryela Zapolska.</h1>
+
+<h2 class="center"><span class="x14">MENAŻERYA</span><br />
+LUDZKA.</h2>
+
+
+<div class="padded">
+<h3 class="center x09 dbbrd"><a href="#I"><em>Żabusia</em></a>; <a href="#II"><em>Koteczek</em></a>; <a href="#III"><em>Kozioł ofiarny</em></a>; <a href="#IV"><em>Kundel</em></a>;<br />
+<a href="#V"><em>Oślica</em></a>; <a href="#VI"><em>Kukułka</em></a>; <a href="#VII"><em>Lewek</em></a>; <a href="#VIII"><em>Małpa</em></a>; <a href="#IX"><em>Szakale</em></a>;<br />
+<a href="#X"><em>Papuzia</em></a>; <a href="#XI"><em>Bydlę</em></a>; <a href="#XII"><em>Gołąbki</em></a>.</h3>
+</div>
+
+<p class="center">WARSZAWA.</p>
+<p class="center thin">Wydawnictwo „Przeglądu Tygodniowego”.</p>
+<hr class="nopad mini" />
+<p class="center">1893.</p>
+
+
+</div>
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_ii" id="Strona_ii">[ii]</a></span></p>
+
+
+
+<p class="center">
+Дозволено Цензурою.<br />
+Варшава, 28 Aвгуста 1892 г.</p>
+<p class="center padded-top">
+W Drukarni „Przeglądu Tygodniowego”,<br />
+Warszawa, Czysta No 4.<br />
+</p>
+
+<hr class="chapter" />
+
+<div id="content">
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_iii" id="Strona_iii">[iii]</a></span></p>
+
+<h1>MENAŻERYA LUDZKA.</h1>
+
+<p class="noind"><span class="pagenum"><a name="Strona_iv" id="Strona_iv">[iv]</a></span></p>
+
+
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_1" id="Strona_1">[Str. 1]</a></span></p>
+<h2><a name="I" id="I"></a>I.</h2>
+
+<h2>Żabusia.</h2>
+
+
+<p>Była jasną blondynką, jasną jak słońce
+promienne...</p>
+
+<p>Drobna jej, maluchna buzia różowa
+i biała&nbsp;&mdash;&nbsp;śmiała się jakimś dziecinnym,
+naiwnym śmiechem, żłobiącym w&nbsp;pulchnych
+policzkach dwa rozkoszne dołki.</p>
+
+<p>Z całej jej postaci zdawała się wydzielać
+woń, właściwa różowym hyacyntom,
+a gdy ubrana w&nbsp;różowe „matin&eacute;e”, przesuwała
+się ze śmiechem z&nbsp;pokoju do pokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;jakaś
+srebrna smuga znaczyła jej
+przejście, smuga, którą pozostawia po sobie
+wschodząca jutrzenka.</p>
+
+<p>Śmiała się ona zawsze, ta rozkoszna,
+jasnowłosa kobietka&nbsp;&mdash;&nbsp;śmiała się leżąc
+jeszcze w&nbsp;kołysce, potem u&nbsp;kratek konfesyonału<span class="pagenum"><a name="Strona_2" id="Strona_2">[Str. 2]</a></span>
+&mdash;&nbsp;wreszcie u&nbsp;stopni ołtarza,
+gdy wlokła za sobą szumiący tren jedwabnej
+białej szaty.</p>
+
+<p>Śmiech powitał nawet krzyk jej córki&nbsp;&mdash;&nbsp;bo
+nawet w&nbsp;cierpieniach umiała coś
+zabawnego wynaleźć.</p>
+
+<p>Była bardzo pobożną i&nbsp;codzień prawie
+biegała do kościoła.</p>
+
+<p>Miała ładną książeczkę, oprawną w&nbsp;kość
+słoniową i&nbsp;zbrudzoną na kartkach, które
+czerniły się modlitwą „Za męża i&nbsp;rodzinę”.</p>
+
+<p>To była jej świąteczna książka&nbsp;&mdash;&nbsp;na
+codzień miała wielkiego „Dunina”, którego
+czytała, strzelając oczkami na lewo i&nbsp;prawo,
+lub przechylając główkę na atłasową
+kołdrę swego eleganckiego łóżka.</p>
+
+<p>Lubiła łakocie i&nbsp;miała pod poduszką
+kilka daktyli, które jadła, przebudziwszy
+się w&nbsp;nocy, chichocząc się jak szalona.</p>
+
+<p>Przepadała za wanilią i&nbsp;miała jej zawsze
+pełne kieszenie, lubiła grać w&nbsp;loteryjkę&nbsp;&mdash;&nbsp;przytem
+szachrowała dość zręcznie.</p>
+
+<p>Córkę swoją&nbsp;&mdash;&nbsp;małą, pucołowatą dziewczynkę,
+przezwała „Nabuchodonozorem”
+a męża „Rakiem”. Siebie samą, jakkolwiek<span class="pagenum"><a name="Strona_3" id="Strona_3">[Str. 3]</a></span>
+miała na chrzcie św. imię Zofii, nazywała
+„Żabusią”. Często siadywała na
+dywanie i&nbsp;bawiła się z&nbsp;córką, przyczem
+następowała zwykle kłótnia o&nbsp;zabawki,
+które matka z&nbsp;córką wydzierały sobie
+wzajemnie...</p>
+
+<p>Mąż, dobry, poczciwy filister, urzędnik
+w jakiemś towarzystwie asekuracyjnem,
+<a class="ins" href="#tnote_1" name="tAnchor_1" title="pokręcał">podkręcał</a> wąsa i&nbsp;uśmiechał się z&nbsp;zadowoleniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziecinna! ach! jaka dziecinna ta
+moja Żabusia!</p>
+
+<p>Ona, z&nbsp;krzykiem zrywała się z&nbsp;ziemi,
+siadała na kolanach męża i&nbsp;rozpoczynała
+śpiewać...</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Jechał pan<br /></span>
+<span class="i0">Za nim chłop<br /></span>
+<span class="i0">A za nimi żydóweczki<br /></span>
+<span class="i0">Pogubiły patyneczki...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Śpiewając, wyciągała z&nbsp;mężowskich kieszeni
+pieniądze i&nbsp;z powagą dawała mu
+dziesięć groszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz, Raku, na czarną kawę!...</p>
+
+<p>Resztę pieniędzy chowała do tualetki.<span class="pagenum"><a name="Strona_4" id="Strona_4">[Str. 4]</a></span></p>
+
+<p>I Rak poddawał się tej tyranii, jakkolwiek
+dziesięć groszy dziennie, nawet dla
+urzędnika w&nbsp;towarzystwie ubezpieczeń,
+chyba za mało!...</p>
+
+<p>Jakże się jednak sprzeciwić tej rozkosznej
+istocie, która z&nbsp;całą naiwnością patrzy
+mu w&nbsp;oczy i&nbsp;biały, pachnący karczek
+do pocałunków nadstawia? Brał Rak ową
+wytartą dziesiątkę i&nbsp;całował Żabusię,
+znajdując w&nbsp;tem wiele rozkoszy.</p>
+
+<p>Była więc bożyszczem całego domu.</p>
+
+<p>Kochał ją mąż, pomimo że tyranizowała
+go nieznacznie.</p>
+
+<p>Kochało dziecko, pomimo że wydzierała
+mu zabawki i&nbsp;wyrywała włosy, czesząc
+dwuletnią dziewczynkę &agrave; la Mikado.</p>
+
+<p>Kochały sługi, pomimo że grymasiła
+bezustannie i&nbsp;czasem całe ranki siedziała
+w kuchni.</p>
+
+
+<p>Nad wszystko jednak ubóstwiali ją rodzice.</p>
+
+<p>Tych dwoje starych ludzi w&nbsp;Żabusi
+swej widziało uosobienie cnót i&nbsp;doskonałości
+wszelakich.<span class="pagenum"><a name="Strona_5" id="Strona_5">[Str. 5]</a></span></p>
+
+<p>Żabusia&nbsp;&mdash;&nbsp;jedyne, wypieszczone dziecko,
+za wzór była wszystkim kobietom
+stawiana....</p>
+
+<p>I gdy co wieczór zgromadzano się dokoła
+stołu, oświeconego wiszącą lampą,
+Żabusia, wycinająca lalki z&nbsp;tektury lub
+lepiąca abażury, była punktem koncentrującym
+wszystkie spojrzenia.</p>
+
+<p>Ku niej zwracano się, uśmiechano, przesyłano
+pieszczotliwe słowa.</p>
+
+<p>Ona, różowa, biała, wesoła&nbsp;&mdash;&nbsp;poddawała
+się tym pieszczotom, tej wielkiej
+miłości, jaka ją otaczała, kąpiąc się niejako
+w cieple przywiązania i&nbsp;rozsiewając
+dokoła promienie szczęścia rodzinnego.
+Każdemu odwzajemniała się dobrem słowem,
+uśmiechem&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;drażniąc Nabuchodonozora,
+głaskała dziecko po głowie; potrąciwszy
+sługę, uśmiechała się do niej,
+nazywając „poczciwą idyotką”....</p>
+
+<p>Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;stanowczo, nikt nie mógł się na
+Żabusię gniewać, lecz przeciwnie, każdy
+musiał ją uwielbiać jak wcielenie dobroci,
+wdzięku i&nbsp;prostoty....<span class="pagenum"><a name="Strona_6" id="Strona_6">[Str. 6]</a></span></p>
+
+<p>Była ona uosobieniem kobiecości.</p>
+
+<p>Miała tyle tkliwości w&nbsp;spojrzeniu, w&nbsp;głosie,
+w ruchach łaszącej się kotki, że rozkosz
+było patrzeć, gdy na paluszkach
+skradała się, aby uszczypać drzemiącego
+męża, lub nasypać pieprzu w&nbsp;otwartą buzię
+córki...</p>
+
+<p>Śmiała się potem rozkosznie i&nbsp;wdzięcznie
+przeginając, zasypywała pieszczotami
+przerażonego męża, lub skrzywioną
+dziecinę... mówiła przytem cieniuchnym
+głosikiem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie gniewać się na Żabusię!...</p>
+
+<p>Więc mąż uśmiechał się do tego biało-różowego
+zjawiska, dziękując Bogu, że
+dziecinne usposobienie żony pozwoli mu
+nie lękać się o&nbsp;naruszenie z&nbsp;jej strony
+wierności małżeńskiej...</p>
+
+<p>I rzeczywiście&nbsp;&mdash;&nbsp;kręcąca się po domu
+z wesołą piosenką na ustach, ubijająca
+piankę w&nbsp;kuchni, przyszywająca guziki do
+mężowskiego palta lub nicująca krawaty,
+była uosobieniem kochającej żony i&nbsp;„milutkiej”
+kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_7" id="Strona_7">[Str. 7]</a></span></p>
+
+<p>Miewała jednak chwile, w&nbsp;których przychodziły
+jej na myśl poważniejsze refleksye.</p>
+
+<p>Naprzykład po przeczytaniu „Pani Bovary”&nbsp;&mdash;&nbsp;zamknąwszy
+książkę, usiadła u&nbsp;nóg
+męża.</p>
+
+<p>W ręku trzymała kawałek newchatelu,
+lecz nie gryzła go, ale pogrążyła się w&nbsp;zadumie.</p>
+
+<p>Mąż, czytając „Kuryera”, nie przerywał
+ciszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiesz, Raku&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła nareszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ta
+kobieta to zdradzała męża... niegodziwa,
+prawda?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł zagadnięty&nbsp;&mdash;&nbsp;jeżeli
+mąż był niedołęga...</p>
+
+<p>Lecz nie mógł dokończyć.</p>
+
+<p>Żabusia porwała się nagle jak szalona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To nie upoważnia!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;ty,
+Raku, jesteś niedołęgą a&nbsp;przecież cię nie
+zdradzam!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;&mdash;&nbsp;protestował mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema... o!&nbsp;&mdash;&nbsp;upiec na rożnie taką
+kobietę... nic ją nie usprawiedliwia!...
+to potworne!... w&nbsp;dodatku pani Bovary<span class="pagenum"><a name="Strona_8" id="Strona_8">[Str. 8]</a></span>
+miała dziecko, o&nbsp;takiego Nabuchodonozora!...</p>
+
+<p>I tu Żabusia, porzuciwszy ser, chwyciła
+w objęcia córkę, która głośnym krzykiem
+zaprotestowała przeciw temu gwałtowi.</p>
+
+<p>Rodzice tymczasem spoglądali po sobie.</p>
+
+<p>O! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;oni wychowali Żabusię
+w świętych, tradycyjnych przepisach cnoty
+i surowości. Ona wie, czem się brzydzić
+na świecie, co jest nikczemnością, fałszem
+i podłością...</p>
+
+<p>To anioł!</p>
+
+<p>Anioł domowego ogniska, który śmiechem
+swym troskę z&nbsp;czoła męża spędza,
+jest chlubą i&nbsp;podporą rodziców, troskliwą
+i czułą matką!...</p>
+
+<p>To anioł ta Żabusia, kręcąca się w&nbsp;tej
+chwili po pokoju z&nbsp;szelestem jedwabnego
+szlafroczka...</p>
+
+<p>Uosobienie wdzięku, miłości, niewinności,
+cnoty!...</p>
+
+<p>Nagle Żabusia zatrzymuje się w&nbsp;tańcu.</p>
+
+<p>Spogląda na zegar i, kołysząc się zwolna,
+podchodzi ku mężowi.<span class="pagenum"><a name="Strona_9" id="Strona_9">[Str. 9]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusię głowa boli!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, sadzając
+<a class="ins" href="#tnote_2" name="tAnchor_2" title="męża. Żabusia pójdzie">córkę na kolanach męża.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia pójdzie</a>
+na spacer...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będę ci towarzyszył...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechcę!&nbsp;&mdash;&nbsp;protestuje z&nbsp;miluchnym
+dąsem&nbsp;&mdash;&nbsp;pójdę sama! Rak tu zostanie
+i będzie Nabuchodonozorowi cacka ustawiał!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No! sprzeciwiasz się?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie... tylko kawa!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pójdziesz jak wrócę... wtenczas dam
+ci dziesiątkę, inaczej, z&nbsp;czem Rak do
+cukierni pójdzie?...</p>
+
+<p>Mąż jeszcze próbuje opozycyi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusia tak chce!&nbsp;&mdash;&nbsp;woła młoda
+<a class="ins" href="#tnote_3" name="tAnchor_3" title="kobieta, uśmiechając się zalotnie&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia">kobieta, uśmiechając się zalotnie.&nbsp;&mdash;&nbsp; Żabusia</a>
+bardzo prosi, główka ją tak boli!...</p>
+
+<p>Rodzice uważają za stosowne interweniować.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ idź, drogie dziecię!... przejdź
+się!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pobladłaś, cierpisz widocznie&nbsp;&mdash;&nbsp;dodaje
+matka.<span class="pagenum"><a name="Strona_10" id="Strona_10">[Str. 10]</a></span></p>
+
+<p>I za chwilę przez pokój, w&nbsp;którym jest
+zgromadzona cała rodzina, przesuwa się
+Żabusia w&nbsp;nowym, sukiennym kostiumiku,
+okładanym szenszylami.</p>
+
+<p>Wygląda jak młodziuchne dziewczątko
+w tym obcisłym żakieciku, a&nbsp;nowe buciki
+skrzypią za każdym krokiem.</p>
+
+<p>Całuje ręce rodziców, mężowi nadstawia
+usta do pocałunku, córkę głaszcze po
+głowie i&nbsp;żegnana, obdarzona pieszczotami,
+staje jeszcze na progu, przesyłając pocałunki
+końcami palców, ubranych w&nbsp;duńską
+rękawiczkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pa!... pa!...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła&nbsp;&mdash;&nbsp;pa, Raku! pa,
+Nabuchodonozorze!... pa, mamusi i&nbsp;ojczusiowi...
+a niech Rózia za pół godziny
+samowar nastawi i&nbsp;po sucharki pójdzie!...
+pa!...</p>
+
+<p>I cicho znika we drzwiach, pozostawiając
+po sobie gamę srebrzystego śmiechu
+i wspomnienie uosobienia niewinnego
+wdzięku kobiecego.</p>
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_11" id="Strona_11">[Str. 11]</a></span></p>
+
+<p>Przeciągły pocałunek przerwał ciszę.</p>
+
+<p>Wśród bladego światła przyciemnionej
+lampy, zamajaczyła nagle drobna postać
+<a class="ins" href="#tnote_4" name="tAnchor_4" title="bobieca">kobieca</a>, powstająca z&nbsp;otomany.</p>
+
+<p>Kaskada jasnych włosów rozsypana na
+zarumienione ramiona, drżała złotawym
+blaskiem; oczy, błyszczące fosforycznym
+ogniem, migotały u&nbsp;tej kobiety jak dwa
+błędne ogniki, usta namiętnie rozchylone,
+zgniecione w&nbsp;świeżym pocałunku miłosnym,
+zachowały jeszcze wilgoć zmysłowej ekstazy.</p>
+
+<p>Wszystko w&nbsp;tej postaci tchnęło zmysłowością,
+szałem bachantki, poddającej swą
+pierś pod uściski satyra.</p>
+
+<p>Stanęła, wyciągając ręce wysoko nad
+głową, przechylając się w&nbsp;tył, wciągając
+jakby w&nbsp;siebie cząstkę miłosnego dreszczu.</p>
+
+<p>Stojący przed nią mężczyzna zapalał
+właśnie papierosa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogłabyś zostać chwilę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! nie, nie&nbsp;&mdash;&nbsp;odparła kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;muszę
+wracać, aby podejrzeń nie ściągać...<span class="pagenum"><a name="Strona_12" id="Strona_12">[Str. 12]</a></span></p>
+
+<p>I zaczęła szybko nakładać żakiecik i&nbsp;resztę
+ubrania. On jej pomagał, szukając
+po całej pracowni porozrzucanych drobiazgów,
+które przed chwilą zrywali oboje
+drżącemi od namiętności rękami.</p>
+
+<p>Kapelusz zapadł gdzieś po za wielkie
+<a class="ins" href="#tnote_5" name="tAnchor_5" title="stalugi">sztalugi</a>, trzeba było go szukać... odsuwać
+draperye.</p>
+
+<p>Oczy ich spotkały się, ręce splotły
+w uścisku. Cała bezgraniczna, zmysłowa
+potęga zadrgała w&nbsp;tem jednem spojrzeniu.
+Gorąco aż biło od tych dwojga młodych
+ludzi, ukrytych w&nbsp;cieniu odosobnionej
+pracowni malarskiej na ustronnej ulicy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy cię zobaczę?...&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał mężczyzna,
+cały drżący pod wpływem dotknięcia
+jej rąk rozpalonych.</p>
+
+<p>Ona wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niewiem kiedy się wyrwę, niełatwo
+mi to przychodzi...</p>
+
+<p>On wstrzymywał ją jeszcze, obejmując
+miłosną pieszczotą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! ale... niedługo!</p>
+
+<p>Kobieta spojrzała mu znów w&nbsp;oczy.<span class="pagenum"><a name="Strona_13" id="Strona_13">[Str. 13]</a></span></p>
+
+<p>Zielone błyski strzeliły z&nbsp;pod jasnych
+rzęs.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szaleńcze!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała zdławionym
+od wzruszenia głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;czyż ja mogę
+istnieć, nie widząc cię dni kilka?...</p>
+
+<p>A do progu już zwrócona, dodała pieszczotliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kochaj twoją... Żabusię!...</p>
+
+<p>Portyera zapadła, kobieta znikła, pozostawiając
+po sobie całą smugę płomiennej
+namiętności, drgającej w&nbsp;powietrzu.</p>
+
+<p>Mężczyzna postał chwilkę, uśmiechając
+się jakoś ironicznie.</p>
+
+<p>Poczem otrząsnął się, położył na otomanie
+i gwiżdżąc walca, zapalał zgasłego
+papierosa.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Nabuchodonozor tęsknił bardzo do mamy.
+Tęsknił i&nbsp;Rak, tęsknili i&nbsp;rodzice, siedząc
+dokoła stołu, na którym nakrywano
+do herbaty.</p>
+
+<p>Na białym obrusie rozstawiono filiżanki
+a stary ojciec upominał pokojówkę:<span class="pagenum"><a name="Strona_14" id="Strona_14">[Str. 14]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;uważaj, aby samowar gotował się
+dobrze, bo pani pewno zmarznięta powróci...</p>
+
+<p>A matka układała sucharki, chowając
+lepiej lukrowane na spód, aby tylko dla
+Żabusi się zostały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zimno jest, gdzie też ona tak długo
+bawić może?&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł wreszcie mąż.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wstąpiła pewnie do kościoła&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;adwent
+lubi przecież tam chodzić wieczorem&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekła
+matka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jeszcze się zaziębi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bóg ją od złego uchroni!...</p>
+
+<p>Nastało milczenie.</p>
+
+<p>Tylko Nabuchodonozor podciągał noskiem,
+bo cierpiał katar okropny.</p>
+
+<p>Nagle drzwi się otwarły z&nbsp;trzaskiem.</p>
+
+<p>We drzwiach stanęła... Żabusia.</p>
+
+<p>Cała była jeszcze różowa, w&nbsp;oczach
+grały dogasające namiętne blaski.</p>
+
+<p>Wszyscy rzucili się do niej z&nbsp;krzykiem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żabusia!...</p>
+
+<p>Ona witała kolejno każdego, rozsypując
+całusy jak grad cukierków. Opowiadała<span class="pagenum"><a name="Strona_15" id="Strona_15">[Str. 15]</a></span>
+przytem wiele o&nbsp;zimnie i&nbsp;o modlących się
+ludziach po kościołach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Organy pięknie grają, świec masy
+płoną a&nbsp;Żabusia siedziała w&nbsp;kąciku a&nbsp;potem
+na spacer pięknie poszła...</p>
+
+<p>Zrzuciła żakiecik i&nbsp;przygładziła rozrzucone
+włosy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Herbatki! prędzej&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja naleję!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodawała matka&nbsp;&mdash;
+biedactwo przeziębło, gotowa zachorować...</p>
+
+<p>Ale Żabusia siedziała już na kolanach
+męża i&nbsp;śpiewała:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Jechał pan<br /></span>
+<span class="i0">Za nim chłop...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Nabuchodonozor uszczęśliwiony, opierał
+swą główkę o&nbsp;suknię, patrząc w&nbsp;oczy
+matki, w&nbsp;której gasły kolejno zmysłowe
+ogniki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz dziesięć groszy&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała Żabusia,
+dając mężowi monetę&nbsp;&mdash;&nbsp;idź, zabaw
+się ty teraz... biedny... Raku!</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_16" id="Strona_16">[Str. 16]</a></span></p>
+<h2><a name="II" id="II"></a>II.</h2>
+
+<h2>Koteczek.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co chcesz do herbatki, koteczku?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cokolwiek!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale przecież!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Coś taniego!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może szynki?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!... zaraz trzeba brać pół funta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poco?... dla mnie nie trzeba, ja mam
+jeszcze pieczeń z&nbsp;obiadu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak?... ale zawsze to już duży wydatek,
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;nie potrzeba. Zjem bułeczkę
+z masłem, mnie to wystarczy zupełnie.
+Zresztą, oszczędzać musimy, <a class="ins" href="#tnote_6" name="tAnchor_6" title="daleleko">daleko</a>
+jeszcze do końca miesiąca...</p>
+
+<p>Młoda kobieta spojrzała z&nbsp;uwielbieniem
+na męża.<span class="pagenum"><a name="Strona_17" id="Strona_17">[Str. 17]</a></span></p>
+
+<p>Jej koteczek byłby w&nbsp;stanie się zagłodzić
+z oszczędności, gdyby ona na to
+pozwoliła. Prawda, że pensyjka bardzo
+szczupła, gratyfikacyj niema podobno żadnych
+a procent z&nbsp;jej posagu zaledwie
+piąty...</p>
+
+<p>Przynajmniej tak koteczek powiada.</p>
+
+<p>A co kotuchno powie&nbsp;&mdash;&nbsp;to święte.
+Żona ślepo ufać mężowi powinna. Tak ją
+od dziecka uczono.</p>
+
+<p>Tymczasem koteczek przeczytał „Kuryera”
+i, ziewając, powstał z&nbsp;krzesła.</p>
+
+<p>Był to wielki, rosły mężczyzna, szeroki
+w plecach, szeroki w&nbsp;karku, szeroki w&nbsp;czole.
+Zdrowie, siła biły aż odurzającym zapachem
+z tych wspaniale rozwiniętych
+członków dobrze odżywianego człowieka,
+twarz mieniła się niemal różową cerą. Jasne,
+delikatne włosy uczesane dość starannie,
+zakrywały niewielką łysinkę, usta foremnie
+wykrojone miały w&nbsp;sobie zmysłową
+wilgoć, jakby od świeżych jeszcze pocałunków,
+łub połykanych ostryg, oczy
+senne, o&nbsp;namiętnem przywarciu powiek,<span class="pagenum"><a name="Strona_18" id="Strona_18">[Str. 18]</a></span>
+patrzyły z&nbsp;pod jasnych rzęs na wpół łagodnie,
+na wpół złośliwie.</p>
+
+<p>Ręka biała, zgrabna, o&nbsp;długich, kształtnych
+palcach, gładziła starannie uczesaną
+brodę, od której zdaleka rozchodziła się
+woń ateńskiej wody.</p>
+
+<p>Ubranie letnie, jasne, zdrowa cera,
+wreszcie cała postać wyprostowana, niezgarbiona,
+nieskurczona bynajmniej, nie
+miały cech charakteryzujących zwykłego
+biuralistę, spleśniałego w&nbsp;cuchnącej atmosferze
+wilgotnego biura.</p>
+
+<p>Koteczek był wprawdzie urzędnikiem,
+ale jednym z&nbsp;tych pomocników buchaltera,
+którzy po biurach kolejowych śpią
+na ceratowych kanapkach, lub zadają
+tłuste szarady do rozwiązywania swym kolegom,
+za co pobierają pensye a&nbsp;nawet
+i gratyfikacye.</p>
+
+<p>Dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;koteczek wrócił wcześniej trochę
+z biura, zjadł skromny obiadek, który
+sam zadysponował, ze smakiem, przespał
+się dwie godzinki wśród kościelnej ciszy
+na swej ulubionej sofie, a&nbsp;teraz, ubrawszy<span class="pagenum"><a name="Strona_19" id="Strona_19">[Str. 19]</a></span>
+się, czytał „Kuryera” i&nbsp;czekał na herbatkę,
+którą mu żońcia poda.</p>
+
+<p>Później pójdzie przejść się trochę.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;zostanie w&nbsp;domu&nbsp;&mdash;&nbsp;jutro pranie,
+bieliznę policzyć trzeba&nbsp;&mdash;&nbsp;wreszcie
+koteczek zwykle sam wychodzi.</p>
+
+<p>Żoncia zostaje, już się do tego przyzwyczaiła.
+Teraz do herbaty przygotowuje,
+chodząc jak cień w&nbsp;swych biednych przydeptanych
+pantofelkach, taka chuda, mizerna,
+znędzniała przed czasem. Ma zaledwie
+dwadzieścia pięć lat a&nbsp;trudno byłoby
+oznaczyć jej wiek, patrząc na zapadłe
+piersi, na żółte plamy do koła oczów,
+na nos wązki, wydłużony, na całą postać
+schyloną tem bolesnem pochyleniem, właściwem
+chronicznie cierpiącym kobietom,
+które zasypiają obłożone mokremi płatami,
+a melisę pochłaniają garncami prawie.</p>
+
+<p>I teraz, gdy zdejmuje z&nbsp;półek kredensowych
+filiżanki i&nbsp;wyciera je czyściuchną
+serwetką, krzywi się boleśnie, tłumiąc jęk,
+który jej się na usta wydobywa.</p>
+
+<p>Lekarz mówił, że cierpienie jej pochodzi
+głównie z&nbsp;braku sił i&nbsp;zalecił buliony,<span class="pagenum"><a name="Strona_20" id="Strona_20">[Str. 20]</a></span>
+stare wino, surowe mięso... ba! nawet wyjazd
+do Krynicy... ale lekarzowi łatwo
+mówić. Zkądże ona wziąśćby mogła na
+takie zbytkowne rzeczy, ona, której koteczek
+z najwyższą trudnością zaledwie
+jest w&nbsp;stanie tę skromną kwotę co pierwszego,
+na utrzymanie domu wręczyć?...</p>
+
+<p>A potem, gdy zabraknie... a! niech
+Bóg zachowa! koteczek nie doda ani
+grosza, choćby głodem zamrzeć przyszło.
+Pójdzie na spacer bez obiadu, bez herbaty
+a nie doda nic, nawet z&nbsp;przyszłego miesiąca
+nie zaawansuje paru rubli...</p>
+
+<p>Zapewne nie może.</p>
+
+<p>Ona mu tego za złe niema. O! gdzieżby
+znowu. Gdyby miał, toby dał... Koteczek
+ma przecież anielskie serce... Niedawno
+kupił jej skórzaną broszeczkę za
+dwa złote; kiedyś znów pozwolił jej...
+natrzeć włosy wodą ateńską.</p>
+
+<p>O! gdyby on miał, dodałby jej nieraz
+do miesięcznej pensyi... raz nawet dał jej
+na to&nbsp;&mdash;&nbsp;słowo honoru, choć ona bynajmniej
+nie żądała takiego dowodu, ona wierzy
+mu we wszystkiem.<span class="pagenum"><a name="Strona_21" id="Strona_21">[Str. 21]</a></span></p>
+
+<p>Tylko&nbsp;&mdash;&nbsp;jakże to można pozwolić, aby
+koteczek&nbsp;&mdash;&nbsp;jadł do herbaty samą bułeczkę?!...</p>
+
+<p>Trzeba posłać po szynkę koniecznie,
+choćby się miał rozgniewać, zresztą, ona
+wie, że koteczek pokrzepić się musi, wszak
+większe pół dnia w&nbsp;biurze pracuje!</p>
+
+<p>A, wiadomo, biuro strasznie zdrowie
+niszczy. Podobno nawet suchoty sprowadza...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... Bóg by nie był tak nielitościwy
+i nie zabrałby jej koteczka&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+nawiedziłby go tak strasznem cierpieniem.</p>
+
+<p>Tak! tak! trzeba, żeby się mężuś lepiej
+odżywiał, trzeba, po szynkę posłać koniecznie.</p>
+
+<p>Biegnie do komody, odsuwa szufladę,
+wyjmuje ostatniego rubla i&nbsp;chwilkę stoi
+zafrasowana. Cóż będzie z&nbsp;jutrzejszym
+obiadem?</p>
+
+<p>E!&nbsp;&mdash;&nbsp;poradzi sobie, już wie w&nbsp;jaki
+sposób. I&nbsp;uśmiechnięta, pokasłując trochę,
+wychodzi do kuchni. Tymczasem, stojący
+przy oknie mężczyzna odwrócił się i&nbsp;skrzypiąc<span class="pagenum"><a name="Strona_22" id="Strona_22">[Str. 22]</a></span>
+butami przeszedł przez pokój. Dobył
+z kieszonki od kamizelki kluczyk, otworzył
+małą szafkę i&nbsp;z pomiędzy porządnie
+poukładanego ubrania, wydostał niewielki
+pugilares. W&nbsp;pugilaresiku tym szeleściły
+banknoty. Otworzył go i&nbsp;śpiesznie przerachował.
+Było tam około <a class="ins" href="#tnote_7" name="tAnchor_7" title="piędziesięciu">pięćdziesięciu</a> rubli.
+Pugilares schował do kieszeni, wyjął
+cieniuchną chusteczkę, z&nbsp;baletniczkami po
+rogach zamiast monogramu, zmienił szpilkę
+u krawata, poczem zamknąwszy szafkę
+podszedł do tualetki.</p>
+
+<p>Systematycznie zaczął czesać rzadkie
+włosy; przyciskając je lekko do różowej
+skóry, poczem wyjąwszy z&nbsp;szufladki puszkę
+z pudrem, pudrował się lekko, starannie
+ścierając veloutinę z&nbsp;brwi, rzęsów
+i wąsów. Puder osiadał na lekkim meszku
+pokrywającym policzki koteczka, tworząc
+w ten sposób na twarzy mężczyzny, jakby
+krepową zasłonę. Poczem, lekkim a&nbsp;wprawnym
+ruchem, koteczek przyczernił sobie
+brwi i&nbsp;rzęsy za pomocą ołówka i&nbsp;odsunąwszy
+się od lustra, począł rozmaite podbójcze
+miny próbować.<span class="pagenum"><a name="Strona_23" id="Strona_23">[Str. 23]</a></span></p>
+
+<p>Od kilku chwil otworzyły się cicho
+drzwi od kuchni i&nbsp;do pokoju wsunęła się
+żoncia.</p>
+
+<p>W ręce trzymała szynkę zawiniętą
+w papier, i&nbsp;w niemem uwielbieniu spojrzawszy
+na męża, stanęła, przyciskając
+szynkę do piersi.</p>
+
+<p>Wydawał się jej w&nbsp;tej chwili tak piękny,
+tak elegancki, tyle od niej wyższy
+i dystynkcyą i&nbsp;rozumem i&nbsp;pięknością&nbsp;&mdash;&nbsp;że
+wciąż stała zapatrzona w&nbsp;swoje bóstwo,
+fryzujące sobie teraz wąsy maluchnem rozgrzanem
+żelazkiem.</p>
+
+<p>On, spojrzawszy przypadkowo na nią,
+dojrzał to uwielbienie malujące się w&nbsp;jej
+spłowiałych oczach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm, patrz! jakiego masz męża&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+z zadowoleniem..</p>
+
+<p>Ona nie odpowiedziała nic.</p>
+
+<p>Uśmiechała się tylko, prostując się także,
+jakby z&nbsp;dumy... urosnąć chciała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Możesz mnie pocałować&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał
+z pobłażliwością&nbsp;&mdash;&nbsp;ale tu w&nbsp;szyję... o!...<span class="pagenum"><a name="Strona_24" id="Strona_24">[Str. 24]</a></span></p>
+
+<p>Wyciągnął swą tłustą szyję dobrze zbudowanego
+blondyna i&nbsp;przymknął oczy z&nbsp;dobrotliwym
+uśmiechem.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;zbliżyła się szybko, zmieszana,
+niezgrabna, nieprzyzwyczajona do częstych
+tego rodzaju pieszczot. Gdy znalazła
+się tuż przy nim, taka nędzna, mała, chuda,
+zmieszała się jeszcze więcej. W&nbsp;lustrze
+widziała odbicie postaci swej i&nbsp;stojącego
+wciąż z&nbsp;zamrużonemi oczami męża.</p>
+
+<p>Zawstydziła się samej siebie, swego wyniszczenia,
+swego skromnego szlafroka
+i stała niezdecydowana, cisnąc wciąż papier
+z szynką do zapadłej piersi.</p>
+
+<p>Lecz on zniecierpliwił się wreszcie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, korzystaj, kiedy pozwalam...</p>
+
+<p>Podniosła się więc na palce i&nbsp;cała spłoniona,
+pocałowała go w&nbsp;klapę od jasnego
+żakietu, a&nbsp;silna woń white rose, wydzielająca
+się z&nbsp;ubrania męża, odurzyła ją do
+reszty.</p>
+
+<p>Jak pijana zwróciła się do stołu, na
+którym zaczęła ustawiać talerzyk i&nbsp;rozkładać
+na nim szynkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_25" id="Strona_25">[Str. 25]</a></span></p>
+
+<p>Ręce jej drżały, widelca utrzymać nie
+mogła.</p>
+
+<p>Była w&nbsp;tej chwili bardzo szczęśliwa.</p>
+
+<p>Łzy jej oczy osłaniały mgłą wilgotną,
+<a class="ins" href="#tnote_8" name="tAnchor_8" title="derce">serce</a> biło w&nbsp;piersi bardzo żywo.</p>
+
+<p>Tymczasem koteczek nałożył w&nbsp;eleganckie
+etui całą masę papierosów i&nbsp;z małej
+doniczki niezapominajek, stojącej przed
+obrazkiem Matki Boskiej, uszczknął gałązkę.</p>
+
+<p>Gałązkę tę zatknął sobie w&nbsp;butonierkę
+i zasiadł do herbaty.</p>
+
+<p>Żona podała mu filiżankę i&nbsp;nasmarowaną
+bułeczkę. Poczem, jeszcze cała zmieszana,
+z uśmiechem na pobladłych wargach,
+podsunęła mu talerzyk z&nbsp;szynką.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;ze zdziwieniem poruszył umalowanymi
+brwiami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szynka?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak, kotku&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę cię, jedz!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedziała
+nieśmiało.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zbytki! zbytki!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał, biorąc
+na talerz największy różowy płatek&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+pamiętaj! gdy zabraknie&nbsp;&mdash;&nbsp;nie dodam ani
+grosza!... ani grosza!...<span class="pagenum"><a name="Strona_26" id="Strona_26">[Str. 26]</a></span></p>
+
+<p>Lecz ona zaprotestowała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie bój się, wystarczy!... jedz tylko!...
+proszę cię!</p>
+
+<p>Krzątała się koło niego, podsuwając mu
+cukier, masło, śmietankę.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet nie zważał na tę usłużność,
+snać przyzwyczajony do tej troskliwości
+i niewolniczej czci, jaką go zwykle
+otaczała.</p>
+
+<p>Jadł powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;nie śpiesząc się, odsuwając
+zdaleka talerz&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;gracyą i&nbsp;manierami
+aktorki, o&nbsp;której gazety piszą ciągle,
+że jest „dystyngowana”. Wreszcie zapytał,
+nie podnosząc głowy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! ja mam co innego&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedziała
+kobieta.</p>
+
+<p>Nastała znów chwila milczenia.</p>
+
+<p>Jakże chętnie pragnęła żoncia&nbsp;&mdash;&nbsp;zacząć
+jakąś dłuższą z&nbsp;swym koteczkiem
+rozmowę.</p>
+
+<p>Lecz o&nbsp;czem?&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;czem ona mówić
+mogła, pogrążona cała w&nbsp;drobnych kłopotach
+swego nędznego gospodarstwa, pomiędzy
+imbrykiem melisy a&nbsp;wiązką rzodkiewki.<span class="pagenum"><a name="Strona_27" id="Strona_27">[Str. 27]</a></span>
+Instynktem zgadywała, że podobne
+przedmioty nie są odpowiednie dla
+jej eleganckiego koteczka, który w&nbsp;tej
+chwili tak delikatnie, tak ślicznie mieszał
+łyżeczką herbatę...</p>
+
+<p>I w&nbsp;głowie tej kobiety powstała myśl
+bardzo zuchwała.</p>
+
+<p>Gdyby tak koteczek zechciał dziś cały
+wieczór poświęcić dla niej, dla niej wyłącznie&nbsp;&mdash;&nbsp;pozostać
+w domu!</p>
+
+<p>Gorąco jej bije do głowy na samą tę
+myśl... Jakże to byłby miły dla niej wieczór!
+jakże jej szczęście byłoby zupełne!...</p>
+
+<p>Ma wprawdzie liczyć brudną bieliznę&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+może to odłożyć do jutra...</p>
+
+<p>Siedzi więc pochylona nad swoją filiżanką
+i w&nbsp;biednej głowie szuka zawzięcie
+sposobu, aby stać się miłą, rozmowną.</p>
+
+<p>Wzrok jej pada na leżący na ziemi Kuryerek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co tam w&nbsp;Kuryerku&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytuje niepewnym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przeczytasz sama&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada mąż.</p>
+
+<p>I znów nastaje milczenie.<span class="pagenum"><a name="Strona_28" id="Strona_28">[Str. 28]</a></span></p>
+
+<p>Kobieta prawie rozpaczliwie wodzi wzrokiem
+dokoła.</p>
+
+<p>Tak mają mało spójni moralnej, że
+wszystkie jej wysiłki pozostają bez skutku.
+Wreszcie on wstaje, ociera starannie
+wąsy i&nbsp;raz jeszcze podchodzi do lustra.</p>
+
+<p>Ona wie dobrze, co to znaczy.</p>
+
+<p>Za chwilę koteczek wyjdzie a&nbsp;ona,
+ona, zostanie sama! na cały wieczór, na
+długi, smutny wieczór!</p>
+
+<p>Zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;jest do tego przyzwyczajona.
+Ale dziś szczególnie jej smutno. Wszak
+to dziś rocznica ich ślubu...</p>
+
+<p>On o&nbsp;tem zapomniał zupełnie...</p>
+
+<p>Lecz ona niezapomniała i&nbsp;chce mu to
+powiedzieć, wszak dzień taki to prawie
+uroczyste święto... Lecz on wziął już kapelusz
+i elegancką laseczkę, teraz naciąga
+rękawiczki, pogwizdując lekko. Żona zbliża
+się ku niemu, przełykając z&nbsp;trudnością
+ślinę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wychodzisz&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta, patrząc mu błagalnie
+w oczy, jak pies świeżo obity.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naturalnie!...<span class="pagenum"><a name="Strona_29" id="Strona_29">[Str. 29]</a></span></p>
+
+<p>Ona przestępuje z&nbsp;nogi na nogę, ręce
+jej machinalnie wyciągają bryty szlafroka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zostań w&nbsp;domu!&nbsp;&mdash;&nbsp;prosi cichutko.</p>
+
+<p>On odwraca ze zdziwieniem głowę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poco?</p>
+
+<p>Tem jednem pytaniem przybija ją do
+miejsca.</p>
+
+<p>Tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;prawda!&nbsp;&mdash;&nbsp;poco?</p>
+
+<p>Taki strojny, mądry, piękny mężczyzna,
+ma siedzieć w&nbsp;tych trzech klatkach, których
+okna wychodzą na odludną ulicę...</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;ach! ona to co innego!</p>
+
+<p>Pragnie go jednak zatrzymać choćby
+chwilkę jeszcze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A... co chcesz jutro na obiad?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta
+śpiesznie, wciskając głowę pomiędzy
+ramiona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!... co chcesz, byle tanie&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada
+koteczek, otwierając drzwi do przedpokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;najlepiej
+barszczyk, bo może
+późno wrócę...</p>
+
+<p>Ona już nic nie odpowiada, tylko stoi
+na środku pokoju, smutna, zgnębiona&nbsp;&mdash;&nbsp;ujawniając
+w ostatnich blaskach zachodzącego
+słońca swą nędzę opuszczonej
+i oszukiwanej kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_30" id="Strona_30">[Str. 30]</a></span></p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;porywa się i&nbsp;biegnie do okna.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;będzie przechodził przez dziedziniec,
+zobaczy go jeszcze, może się
+uśmiechnie do niej, głowę odwróci...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!</p>
+
+<p>Przeszedł przez dziedziniec, pewnym
+i śmiałym krokiem, wywijając laseczką
+i pogwizdując lekko.</p>
+
+<p>Dwie dziewczyny stojące koło pompy,
+obejrzały się za nim ze znaczącym uśmiechem.
+Zniknął w&nbsp;ciemnej bramie, nie myśląc
+wcale o&nbsp;tem, że na drugiem piętrze
+z po za białych, pocerowanych firanek śledzą
+go oczy pełne łez i&nbsp;miłości, biedne
+oczy schorowanej kobiety a&nbsp;zżółkłe i&nbsp;spieczone
+usta, szepczą z&nbsp;dumą i&nbsp;niewysłowionem
+uczuciem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Koteczek! koteczek!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Siedziała tak w&nbsp;oknie z&nbsp;pół godziny.
+Była to jedyna chwila dnia, w&nbsp;której oddawała
+się próżnowaniu.</p>
+
+<p>Wciągała zgniłe powietrze podwórka
+pełnemi piersiami i&nbsp;wpatrywała się w&nbsp;szmat<span class="pagenum"><a name="Strona_31" id="Strona_31">[Str. 31]</a></span>
+nieba, który zarysowywał się ostro pomiędzy
+szczytami dachów.</p>
+
+<p>W trakcie robiła myślą rachunek wydatków
+dnia całego i&nbsp;układała budżet na
+dzień następny.</p>
+
+<p>A wszystkie jej myśli kręciły się tylko
+około jednego punktu.</p>
+
+<p>Punktem tym był naturalnie... koteczek.</p>
+
+<p>Od pierwszej chwili poznania, rosły ten
+blondyn zaimponował jej i&nbsp;oczarował jej
+dziewiczą istotę.</p>
+
+<p>Gdy się oświadczył o&nbsp;nią a&nbsp;właściwie
+o jej skromny posażek, nie mogła szczęściu
+swemu dać wiary.</p>
+
+<p>Gdy odchodziła od ołtarza, już patrzyła
+na niego tym pokornym, błagającym wzrokiem
+jak pies, którego po raz pierwszy na
+łańcuchu prowadzą.</p>
+
+<p>Oddała mu się z&nbsp;pokorą i&nbsp;wdzięcznością,
+kryjąc rumieniec w&nbsp;dłoniach i&nbsp;szepcząc.
+„Kto się w&nbsp;opiekę”.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;wspaniale, jak dobry książę z&nbsp;bajki,
+przyjął klejnot jej dziewictwa i&nbsp;pięć
+tysięcy rubli, które jako sierota złożone
+miała w&nbsp;kasie oszczędności.<span class="pagenum"><a name="Strona_32" id="Strona_32">[Str. 32]</a></span></p>
+
+<p>Od tej chwili Józia o&nbsp;pieniądzach tych
+nie wiedziała nic.</p>
+
+<p>Należały do niego, rozporządzał niemi
+według upodobania.</p>
+
+<p>Ona, welon oblubienicy zamieniła na
+fartuch ceratowy i&nbsp;rozpoczęła swą domową
+krzątaninę. Powoli on oddalał się coraz
+więcej z&nbsp;domu&nbsp;&mdash;&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc,
+często podpity, włócząc na drugi dzień po
+kątach mieszkania ten „Katzenjammer”,
+w zamiejskich knajpach nabyty. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;kochała
+go ciągle, tem psiem przywiązaniem
+kobiety, dla której pierwszy mężczyzna
+chwytający ją w&nbsp;objęcia jest zarazem
+jedynym przedmiotem uwielbienia.</p>
+
+<p>Koteczek nie miał błędów, koteczek był
+najlepszym, najmilszym, najpiękniejszym...
+Dzień, w&nbsp;którym koteczek kładł nowy garnitur,
+był dniem prawdziwego święta.</p>
+
+<p>Wzruszona, zarumieniona, drżąca, okrążała
+go w&nbsp;kółko, patrząc na niego z&nbsp;podziwem.
+Jakże piękny! jak zgrabny był
+jej koteczek! Ona sama, mój Boże!...
+ona nie potrzebowała się stroić. Ot byle
+co na siebie włożyć. Zresztą, nigdzie<span class="pagenum"><a name="Strona_33" id="Strona_33">[Str. 33]</a></span>
+przecież nie wychodziła z&nbsp;koteczkiem nigdy&nbsp;&mdash;&nbsp;gdzież
+znowu!... Zawsze jej coś
+do stroju brakowało. To kapelusza, to
+bucika, to znów rękawiczki. I&nbsp;tak dzień
+za dniem schodził. Zresztą, nie miała czasu,
+ani zdrowia. Ciągle stękała, chorując
+już od lat czterech, zaraz po urodzeniu
+nieżywej dziewczynki. Doktór mówił, że
+to anemia, ale ona nawet w&nbsp;części nie powiedziała
+doktorowi, co i&nbsp;gdzie ją boli.
+Poco?&nbsp;&mdash;&nbsp;lekarstwa drogie a&nbsp;ledwo koniec
+z końcem ściągnąć można...</p>
+
+<p>Wprawdzie koteczek jest niewybredny,
+je, co mu podadzą&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet ją samą do
+oszczędności zachęca.</p>
+
+<p>Ona nieraz dziwi się, jak mało jada
+w domu ten rosły, wielki mężczyzna i&nbsp;frasuje
+się, że widocznie jadło mu nie smakuje.</p>
+
+<p>Mój Boże! robi co można przecież. Ona
+i sługa jadają „plecówkę”, dla koteczka
+bierze się na rosół pierwsza krzyżowa,
+masło także kupuje dla niego osobno...</p>
+
+<p>Mimo to, on je tak mało!<span class="pagenum"><a name="Strona_34" id="Strona_34">[Str. 34]</a></span></p>
+
+<p>Byleby nie zachorował z&nbsp;tego braku
+apetytu... jutro trzeba upiec parę kurczątek
+i zrobić trochę sałaty...</p>
+
+<p>Ostatni rubel wprawdzie wyszedł, ale Józia
+ma jeszcze dwa pierścioneczki z&nbsp;pozostałych
+po rodzicach drobiazgów.</p>
+
+<p>Zastawi je u&nbsp;znajomej fanciarki i&nbsp;dociągnie
+w ten sposób do końca miesiąca.</p>
+
+<p>Mój Boże!... ile tam już rzeczy Józi
+spoczywa u&nbsp;tej fanciarki!... i&nbsp;srebrne łyżeczki,
+i bransoletki po matce, i&nbsp;medalion
+<a class="ins" href="#tnote_9" name="tAnchor_9" title="z perełką, ba nawet medal od chrztu">z perełką, ba, nawet medal od chrztu</a>
+i srebrna maluchna portmonetka, złoty zegarek!
+łańcuszek! wszystko! Wszystko
+wyniosła tak wieczorami, gdyż mąż wyszedł
+z domu „przejść się trochę”&nbsp;&mdash;&nbsp;jak
+<a class="ins" href="#tnote_10" name="tAnchor_10" title="mówił a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc">mówił, a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</a>
+i śpiewając jakieś nieznane Józi piosenki.</p>
+
+<p>Z początku przykro jej było rozstawać
+się z&nbsp;temi drobiazgami, później oswoiła
+się z&nbsp;tą myślą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszak to dla... koteczka.</p>
+
+<p>Kochała go bardzo, bardzo, miłością
+schorowanej i&nbsp;zamkniętej w&nbsp;domu kobiety.
+Gdy słyszała jego kroki na schodach,<span class="pagenum"><a name="Strona_35" id="Strona_35">[Str. 35]</a></span>
+serce jej biło bardzo silnie&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;nocy, nie
+kładła się nigdy, dopóki nie wrócił. Rozbierała
+się wprawdzie, ale bosa i&nbsp;w koszuli
+siedziała na oknie, patrząc w&nbsp;ciemną
+jamę bramy, czy nie dojrzy wysuwającej
+się z&nbsp;ciemności eleganckiej postaci męża.
+Gdy nie powracał długo, z&nbsp;najwyższym
+niepokojem śledziła godziny i&nbsp;przyciskając
+ręce do piersi, szeptała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Boże mój! niech on już wróci!...</p>
+
+<p>Zdawaćby się mogło, że to namiętna
+kochanka oczekuje swego wybranego na
+pierwszą schadzkę miłosną&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;jednak!...
+jakże dalekie od namiętności było uczucie
+kładące w&nbsp;spieczone od gorączki wargi tej
+kobiety modlitwę szczerą, prawie dziecięcą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech... koteczek wróci!...</p>
+
+<p>A przecież ten powrót koteczka nie dawał
+jej żadnej pieszczoty miłosnej, żadnej
+chwili tej rozpaczliwej rozkoszy, która jęk
+prawie z&nbsp;piersi kobiety wydziera.</p>
+
+<p>Koteczek wchodził wolno, systematycznie,
+nakręcał zegarek, zapalał papierosa,
+zmieniał obuwie, wystawiając je za drzwi<span class="pagenum"><a name="Strona_36" id="Strona_36">[Str. 36]</a></span>
+pokoiku, wyciągał z&nbsp;krawata elegancką
+szpilkę i&nbsp;chował ją w&nbsp;&eacute;tui.</p>
+
+<p>Wszystko to robił z&nbsp;właściwą sobie gracyą,
+nie spojrzawszy nawet na żonę, która
+z po za przymkniętych powiek śledziła jego
+czynności, cała w&nbsp;ciągłem wyczekiwaniu
+jakiegoś dobrego słowa, przyjaznego
+spojrzenia ze strony męża. Nic&nbsp;&mdash;&nbsp;nic!</p>
+
+<p>Koteczek zasypiał, uśmiechając się do
+wrażeń w&nbsp;ciągu wieczora otrzymanych, do
+jakichś wspomnień... na myśl których&nbsp;&mdash;&nbsp;przeciągał
+się rozkosznie.</p>
+
+<p>Ona śledziła go ciągle, śledziła uważnie.</p>
+
+<p>Słabe światełko lampki płonącej przed
+Matką Boską oświecało w&nbsp;zupełności
+różową twarz mężczyzny, lubieżny wyraz
+ust, tęgą szyję wychylającą się z&nbsp;pod
+ukraińskich haftów nocnej koszuli.</p>
+
+<p>Instynkt samicy ostrzegał ją, że nie
+o niej, nie o&nbsp;jej uległości i&nbsp;zżółkłej twarzy
+myśli w&nbsp;tej chwili ten człowiek.</p>
+
+<p>Lecz tak wierzyła mu, tak bardzo ufała
+w jego „małżeńską uczciwość”, że myśl
+zdrady nie postała nigdy w&nbsp;jej głowie.<span class="pagenum"><a name="Strona_37" id="Strona_37">[Str. 37]</a></span></p>
+
+<p>Myśli pewnie o&nbsp;gratyfikacyi a&nbsp;może...
+może o&nbsp;niej!</p>
+
+<p>Wszak wczoraj jeszcze, wychodząc, powiedział:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla kogóż się zapracowuję, jeśli nie
+dla ciebie?&nbsp;&mdash;&nbsp;Biedny! drogi koteczek!...</p>
+
+<p>Ach! ona by życie swoje dla niego oddała!</p>
+
+<p>I leżała tak cicho, nieśmiejąc się poruszyć,
+drętwiejąc w&nbsp;jednej pozycyi, aby nie
+zbudzić koteczka, który w&nbsp;tej chwili uśmiechał
+się tak, jak tylko nasyceni mężczyźni
+uśmiechać się umieją.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kareta ruszyła wreszcie z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>Lecz pani Lena była dnia tego w&nbsp;złym
+humorze.</p>
+
+<p>Napróżno siedzący obok niej mężczyzna
+uśmiechał się i&nbsp;usiłował umieścić dogodnie
+jej kapelusz, cały z&nbsp;pąsowego tiulu,
+istne pieścidełko wydmuchane z&nbsp;purpurowego
+obłoczka. Napróżno, zdjąwszy jej
+rękawiczki, zwijał je starannie i&nbsp;wsuwał
+pomiędzy poduszki powozu, napróżno<span class="pagenum"><a name="Strona_38" id="Strona_38">[Str. 38]</a></span>
+chwalił jej nowy dolman, na który wyszło
+z pięćset łokci koronki, ona siedziała
+ciągle chmurna, z&nbsp;brwiami ściągniętemi,
+z twarzą gniewnie wykrzywioną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego tak późno przyjechałeś?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+wreszcie, zwracając się twarzą do
+swego towarzysza.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogłem! wierz mi!&nbsp;&mdash;&nbsp;tłomaczył
+się mężczyzna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo!... bo!... mieliśmy gości!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł,
+udając nonszalancyę i&nbsp;oglądając
+sobie paznogcie.</p>
+
+<p>Znać było że blaguje, lecz ona nie poznała
+się na tem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto był?&nbsp;&mdash;&nbsp;nalegała już trochę udobruchana&nbsp;&mdash;&nbsp;kobiety?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O, zaledwie kilka! kuzynka Eszerghazy
+z córką&nbsp;&mdash;&nbsp;wiesz... ta hrabina!</p>
+
+<p>Ona potwierdziła śpiesznie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak! mówiłeś mi już o&nbsp;niej,
+a z&nbsp;mężczyzn?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zwykli goście czwartkowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc to jour fixe?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... five o&nbsp;clook thea.<span class="pagenum"><a name="Strona_39" id="Strona_39">[Str. 39]</a></span></p>
+
+<p>Rzucił wyraz angielski, posłyszany kiedyś
+ze sceny, w&nbsp;teatrze&nbsp;&mdash;&nbsp;który zapamiętał
+i używał w&nbsp;razie potrzeby, co nigdy
+nie chybiało efektu. I&nbsp;teraz dosięgnął celu.</p>
+
+<p>Kobieta siedząca obok niego zdawała
+się na chwilę przybita posłyszanem słowem.</p>
+
+<p>Lecz prędko odzyskała równowagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem czy to wygodne&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła&nbsp;&mdash;&nbsp;wolę
+już urządzać „receptions
+matinales”...</p>
+
+<p>Spojrzała na niego tryumfująco.</p>
+
+<p>On wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zapewne, lecz już cały dzień jest
+zderanżowany...</p>
+
+<p>Pochylił się teraz po nad podbitą już
+kobietą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, cóż?... darujesz mi to opóźnienie?&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptał
+miękim głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;wierz
+mi, tylko obowiązki światowe mogły powstrzymać
+twego koteczka, wierzysz mi?
+no... Leno!...</p>
+
+<p>I objął ją ostrożnie, cofając się w&nbsp;tył,
+gdyż kareta skręcała w&nbsp;ciaśniejszą ulicę
+a na chodnikach kręciło się sporo przechodniów.<span class="pagenum"><a name="Strona_40" id="Strona_40">[Str. 40]</a></span></p>
+
+<p>Lena potrząsnęła wspaniałomyślnie głową.
+Dobrze!&nbsp;&mdash;&nbsp;przebacza mu, ale pod warunkiem,
+że to będzie raz ostatni... zapewne
+nie wie, że i&nbsp;ona ma obowiązki światowe,
+które trzymają ją poniekąd na
+uwięzi; jeśli on ma żonę prowadzącą dom
+otwarty, ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nawzajem ma męża, który
+od niej pewnych ustępstw światowych wymaga,
+a przecież...</p>
+
+<p>On przyznaje jej racyę, cały rozpłomieniony
+tak blizką obecnością tej kobiety,
+której pełny gors i&nbsp;błyszczące oczy działają
+na niego, jak rozpalający trunek&nbsp;&mdash;&nbsp;ostrożnie,
+delikatnie, szuka jej ręki w&nbsp;całych
+falach koronek i&nbsp;rękę tę znalazłszy
+całuje długo, wysysając paluszki o&nbsp;krogulczo
+zagiętych paznogciach...</p>
+
+<p>Ona poddaje się tej pieszczocie, jak kobieta
+przyzwyczajona do podobnego rodzaju
+objawów powstrzymywanej namiętności&nbsp;&mdash;&nbsp;drugą
+ręką zasłania tylko twarz,
+gdy kareta nadto się zbliży do chodników.</p>
+
+<p>Czyni to z&nbsp;wprawą wielką, w&nbsp;ogóle czuje
+się zupełnie swobodnie w&nbsp;tej ciasnej atmosferze
+powozu, w&nbsp;której cudzołożne<span class="pagenum"><a name="Strona_41" id="Strona_41">[Str. 41]</a></span>
+szepty, śmiechy, pocałunki zdają się drzemać
+wśród zagięć zniszczonego sukna
+okrywającego poduszki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie dziś pojedziemy?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta koteczek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie chcesz...&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada Lena&nbsp;&mdash;&nbsp;byle
+nie do Marcelina...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz racyę, kuchnia tam wcale nieszczególna...</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_11" name="tAnchor_11" title="O, tak! bordeaux niepodobne do picia...">&nbsp;&mdash;&nbsp;O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</a></p>
+
+<p>I znów zaczyna grać ze sobą komedyę,
+tych dwoje ludzi, którzy się poznali pod
+cieniem drzew Saskiego ogrodu i&nbsp;nic prawie
+nie wiedzieli o&nbsp;sobie ani o&nbsp;swej pozycyi
+socyalnej.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;miała w&nbsp;sobie przewrotnie popsutą
+krew semitki, wiecznie niezadowolonej
+ze swego otoczenia, obnoszącej w&nbsp;czarnych
+oczach i&nbsp;pełnych kształtach trzydziestoletniej
+kobiety&nbsp;&mdash;&nbsp;chęć nieprawych rozkoszy
+i zakazanych wycieczek. Pozowała
+jednak przed nim na „damę”&nbsp;&mdash;&nbsp;wykwintną
+i wytworną&nbsp;&mdash;&nbsp;pragnęła mu imponować
+koronkami wziętemi na kredyt i&nbsp;francuzczyzną<span class="pagenum"><a name="Strona_42" id="Strona_42">[Str. 42]</a></span>
+zapożyczoną z&nbsp;„Rozmówek” pani
+Bocquel.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;dokładał wszelkich usiłowań, aby
+ujść w&nbsp;oczach tej wykwintnej damy za
+człowieka bogatego, prowadzącego dom
+na wielką skalę. Olśniewał ją szpilkami
+u krawatów, opoponaxem, jasnemi garniturami
+i znajomością gabinetów restauracyjnych,
+po których włóczyli się często,
+siedząc do późnej nocy i&nbsp;rozstając się pełni
+niesmaku i&nbsp;chęci ponownego zejścia się,
+aby nawzajem udawać przed sobą wytworne
+maniery i... namiętne porywy.</p>
+
+<p>Kareta wjechała teraz w&nbsp;ulicę Mokotowską
+i powoli skręcała na lewo.</p>
+
+<p>Wozy z&nbsp;beczkami zastąpiły jej drogę,
+woźnica wstrzymał konie na chwilę.</p>
+
+<p>Koteczek wychylił głowę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż tam? dlaczego stajesz?</p>
+
+<p>Nagle cofnął się w&nbsp;głąb powozu.</p>
+
+<p>Towarzyszka mimowoli spojrzała w&nbsp;otwarte
+okienko.</p>
+
+<p>Na chodniku pomiędzy gromadką bosych
+dzieci czekających na opróżnienie ulicy,
+stała ciemno, ubogo ubrana kobieta w&nbsp;<span class="pagenum"><a name="Strona_43" id="Strona_43">[Str. 43]</a></span>zniszczonym kapelusiku na pochylonej
+głowie.</p>
+
+<p>W tej chwili kobieta ta z&nbsp;wyrazem
+zdumienia na pożółkłej twarzy wpatrywała
+się w&nbsp;okienko karety, a&nbsp;z nawpół
+otwartych ust zdawał się ulatywać jakiś
+głos stłumiony.</p>
+
+<p>Pani Lena odwróciła się i&nbsp;spytała
+szybko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz!... ta kobieta dziwnie tu spogląda,
+czy może znasz ją?</p>
+
+<p>Lecz mężczyzna nie ruszył się nawet,
+przytulony do kąta karety, nikczemny,
+nędzny w&nbsp;tej trwodze, jaka zwykle ogarnia
+każdego z&nbsp;nich na widok zdradzanej
+kobiety.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Siedź spokojnie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł&nbsp;&mdash;&nbsp;to... szwaczka
+mojej żony!...</p>
+
+<p>Kareta ruszyła wreszcie z&nbsp;miejsca, obryzgując
+błotem stojącą wciąż na chodniku
+kobietę.</p>
+
+<p>Ona patrzyła jeszcze długą chwilę, zdumiona,
+przerażona&nbsp;&mdash;&nbsp;powtarzając cichutko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Koteczek? koteczek?</p>
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_44" id="Strona_44">[Str. 44]</a></span></p>
+
+<p>Lampka przed Matką Boską dopalała
+się prawie, a&nbsp;nikt nie myślał o&nbsp;dolaniu
+oliwy.</p>
+
+<p>Cicho było bardzo w&nbsp;sypialnym pokoiku.
+Obadwa łóżka małżeńskie były próżne,
+choć już druga wybiła na kuchennym
+zegarze.</p>
+
+<p>Józia, bosa i&nbsp;w koszuli, siedziała skulona
+na oknie, czekając na powrót męża.</p>
+
+<p>Była bardzo wzburzona, niespokojna,
+smutna. Wszakże to wracając od fanciarki
+dostrzegła w&nbsp;karecie obok jakiejś ładnej
+kobiety mężczyznę&nbsp;&mdash;&nbsp;tak bardzo podobnego
+do koteczka!</p>
+
+<p>Lecz cóżby jej koteczek robił w&nbsp;karecie,
+o tej porze, i&nbsp;to jeszcze z&nbsp;jakąś damą?...
+A może to dyrektorowa biura spotkała go
+i wzięła na przechadzkę...</p>
+
+<p>Szukała teraz w&nbsp;swej biednej głowie
+rozmaitych kombinacyj, potykając się co
+chwila o&nbsp;jakąś myśl zbyt trudną...</p>
+
+<p>Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;stanowczo, zrozumieć tego nie
+mogła.</p>
+
+<p>By mąż ją zdradzał&nbsp;&mdash;&nbsp;nie przyszło jej
+nawet przez głowę, jej koteczek, zkądże
+znowu?<span class="pagenum"><a name="Strona_45" id="Strona_45">[Str. 45]</a></span></p>
+
+<p>Zanadto czystą, niewinną była w&nbsp;swym
+zastoju moralnym; zdradzać?&nbsp;&mdash;&nbsp;tak!...
+tak! to istnieje w&nbsp;książkach, na scenie&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+w życiu!...</p>
+
+<p>Gdy wróciła od fanciarki, policzyła bieliznę,
+pocerowała skarpetki, zrobiła rachunek
+ze służącą, zadysponowała obiad,
+a teraz, posławszy łóżka, usiadła w&nbsp;oknie,
+czekając na męża.</p>
+
+<p>Noc zapadła, noc ciemna, wietrzna,
+chłodna. Z&nbsp;zacienionego dziedzińca, po
+zamknięciu bramy, wzbił się w&nbsp;górę silny
+zaduch wylewanych przez dzień cały nieczystości.</p>
+
+<p>Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;otworzyła lufcik i&nbsp;przechyliła
+swą biedną, znękaną głowę. Smrodliwe
+powietrze owiało ją. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nie czuła tego
+zaduchu, przyzwyczajona do tej atmosfery,
+którą wciągała w&nbsp;siebie nocami całemi.
+Przechyliła głowę i&nbsp;patrzyła wciąż
+w czarną przepaść podwórka.</p>
+
+<p>Czekała.</p>
+
+<p>Lecz on nie powracał, rozkoszując się
+w tej chwili wonią rozkwitłego bzu w&nbsp;podmiejskim
+ogrodzie i&nbsp;ciepłemi wargami kochanki, <span class="pagenum"><a name="Strona_46" id="Strona_46">[Str. 46]</a></span>
+z których zbierał krople wina
+i słodycz kompotowego syropu.</p>
+
+<p>Siedzącej w&nbsp;lufciku kobiecie wiatr rozwiewał
+rzadkie włosy i&nbsp;ziębił plecy. Ona&nbsp;&mdash;&nbsp;skurczyła
+się jeszcze bardziej, podsuwając
+pod siebie chude, zżółkłe nogi.</p>
+
+<p>Jeść się jej chciało, obejrzała się na
+kredensową szafkę majaczącą w&nbsp;półcieniu.
+Była tam wprawdzie pieczeń pozostała
+z obiadu, ale koteczek dysponował barszczyk
+na jutrzejszy obiad, z&nbsp;pieczeni będą
+uszka... nie można więc poruszyć, nie
+można!...</p>
+
+<p>Józia zwinęła się teraz prawie w&nbsp;kłębek
+i głowę smutnie zwiesiła.</p>
+
+<p>Jakoś jej tak smutno! tak bardzo, bardzo
+smutno, jak nigdy nie było!</p>
+
+<p>Dlaczego?</p>
+
+<p>Wszak on wraca tak codziennie, wraca
+późno a&nbsp;ona czeka nań i&nbsp;zimą i&nbsp;latem
+skurczona przy szybie, pełna niewytłomaczonej
+chęci ujrzenia go powracającego.</p>
+
+<p>Zegary miejskie biją w&nbsp;pół do trzeciej.<span class="pagenum"><a name="Strona_47" id="Strona_47">[Str. 47]</a></span></p>
+
+<p>Na twarzy Józi płyną dwie wielkie, gorące
+łzy&nbsp;&mdash;&nbsp;zamiast serca, czuje że jej się
+otwiera rana... rana ta piecze, boli, pali
+jakby zarzewie... A&nbsp;wynędzniałe usta
+szepczą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Boże!... niech koteczek wróci!...</p>
+
+<p>Jej koteczek.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_48" id="Strona_48">[Str. 48]</a></span></p>
+<h2><a name="III" id="III"></a>III.</h2>
+
+<h2>Kozioł ofiarny.</h2>
+
+
+<p>Pan Wentzel zmarszczył brwi i&nbsp;położył
+kanciastą linię obok siebie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł ochrypłym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oko brandeburskie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział
+natychmiast Julusiek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;perską źrenicą!&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił Maryan,
+pakując ręce w&nbsp;kieszenie od spodni.</p>
+
+<p>Pan Wentzel podniósł swą spiczastą
+głowę, pokrytą najeżonym włosem i&nbsp;spojrzał
+na porozkładane na krzesłach dzieci.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył a&nbsp;wargi
+wybladłych ust drżały mu jak w&nbsp;febrze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrzcie!... panu „Wentzlemu” spuchła
+z lewej strony twarz&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołał Julusiek,
+mrużąc powieki.<span class="pagenum"><a name="Strona_49" id="Strona_49">[Str. 49]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To od tych papierosów, które pokryjemu
+pali a&nbsp;nam nawet zaciągnąć się
+nie da&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł flegmatycznie Maryan,
+obserwując z&nbsp;ironią wychudłe policzki nauczyciela.</p>
+
+<p>Panu Wentzlowi krew uderzyła do
+głowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie palę papierosów&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł energicznie&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+wmawiajcie we mnie złych
+czynów, które sami spełniacie.</p>
+
+<p>Julusiek wzruszył ramionami. Maryan
+wpakował ręce jeszcze głębiej w&nbsp;kieszenie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie palisz pan?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał, wydymając
+czerwone i&nbsp;pełne policzki&nbsp;&mdash;&nbsp;phi!...
+to taka prawda, jak to, że pan atramentem
+dziur w&nbsp;butach sobie nie czernisz...
+Zaprzecz pan temu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaprzecz pan temu!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaskrzeczał
+jak mały psiak Julusiek i&nbsp;w ekstazie
+tryumfu usiadł na stole, gdy tymczasem
+Maryan wciąż kołysał się na krześle, patrząc
+z pod oka na nauczyciela.</p>
+
+<p>Pan Wentzel był przybity.</p>
+
+<p>Rzeczywiście, nie dalej jak wczoraj,
+smarował rano bielące się wśród czarnej<span class="pagenum"><a name="Strona_50" id="Strona_50">[Str. 50]</a></span>
+skóry butów skarpetki... smarował atramentem,
+aby nie przeświecały zanadto,
+gdy wejdzie do sali jadalnej lub salonu.</p>
+
+<p>Milcząc, ujął w&nbsp;rękę jedną z&nbsp;ciemno
+oprawnych książek, których stosy leżały
+na stole.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zacznijmy wykłady od „Historyi
+świętej”&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł cichym głosem.</p>
+
+<p>Lecz Julusiek pragnął nasycić się swym
+tryumfem i&nbsp;cały wlazł na stół, strącając
+zabłoconemi nogami książki i&nbsp;zeszyty na
+ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wziąłeś pan patyk... o! taki... umaczałeś
+pan w&nbsp;atramencie i&nbsp;smarowałeś pan
+buty...</p>
+
+<p>Pan Wentzel pobladł jeszcze bardziej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę zleźć ze stołu i&nbsp;usiąść przyzwoicie,
+inaczej przerwę lekcyę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wielka będzie szkoda...&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+Maryan.</p>
+
+<p>Julusiek odsunął się trochę i&nbsp;podwinął
+nogi pod siebie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jedź pan&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł&nbsp;&mdash;&nbsp;mnie to nie
+przeszkadza, ja i&nbsp;tak mogę pańskiego bajdurzenia
+słuchać.<span class="pagenum"><a name="Strona_51" id="Strona_51">[Str. 51]</a></span></p>
+
+<p>Pan Wentzel otworzył książkę i&nbsp;powoli
+zaczął przewracać kartki ozdobione rycinami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Skończyliśmy na Samsonie i&nbsp;ucięciu
+włosów&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczął połykając ślinę&nbsp;&mdash;&nbsp;wiecie,
+że uczyniła to Dalila i...</p>
+
+<p>Na twarzach chłopców pojawił się dziwny
+wyraz.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musiała to być szykowna kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+Julusiek, uśmiechając się rozkosznie.&nbsp;&mdash;&nbsp;Prawda,
+Maryan?</p>
+
+<p>Lecz Maryan zwrócił się teraz ku panu
+Wentzlowi i&nbsp;patrząc wprost na twarz <a class="ins" href="#tnote_12" name="tAnchor_12" title="nauciela">nauczyciela</a>
+zapytał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak pan sądzi? brunetka była? co?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wiem!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł nauczyciel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj pokój, Maryanie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wrzasnął
+Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;albo on się zna na tem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekł Maryan&nbsp;&mdash;&nbsp;jest
+przecież mężczyzną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E! taki tam!&nbsp;&mdash;&nbsp;Boże się zmiłuj!....</p>
+
+<p>Pan Wentzel zerwał się z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!&nbsp;&mdash;&nbsp;krzyknął, uderzając książką
+o stół&nbsp;&mdash;&nbsp;cicho!... bo....</p>
+
+<p>Głos mu uwiązł w&nbsp;gardle.<span class="pagenum"><a name="Strona_52" id="Strona_52">[Str. 52]</a></span></p>
+
+<p>Maryan i&nbsp;Julusiek, mrużąc oczy, przypatrywali
+mu się impertynencko.</p>
+
+<p>Tyle ironii mieściło się w&nbsp;wyrazie twarzy
+tych przedwcześnie rozwiniętych dzieci
+że nauczyciel najczęściej czuł swą
+sztuczną energię jakby zmrożoną i&nbsp;w głębi
+serca doznawał dziwnego ściśnienia,
+które mu dotkliwy ból sprawiało. Czuł
+swą bezsilność i&nbsp;milknął, połykając łzy
+i upokorzenie.</p>
+
+<p>Tych dwóch malców w&nbsp;kraciastych kurtkach,
+nie dorastających mu do pasa, tyranizowało
+go i&nbsp;kark mu do ziemi chyliło.</p>
+
+<p>Cóż począć miał?</p>
+
+<p>Podszedł do okna i&nbsp;machinalnie otworzył
+lufcik. Świeże, wiosenne powietrze
+wpłynęło nagle do pokoju...</p>
+
+<p>Wentzel cofnął się od okna, jakby nagle
+upojony.</p>
+
+<p>Przymknął oczy i&nbsp;stał tak blady, nędzny
+w smudze świetlanej, która kładła żółte
+i białe tony na twarz jego znędzniałą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Moźebyś pan kończył lekcyę!...&nbsp;&mdash;&nbsp;odezwał
+się nagle Maryan, znudzony milczeniem
+nauczyciela.<span class="pagenum"><a name="Strona_53" id="Strona_53">[Str. 53]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To się wie&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;pan
+zbijasz bąki jak jaki radca. Nic pan
+w lufciku nie wystoisz! Jeszcze panu oko
+spuchnie!</p>
+
+<p>Pan Wentzel powoli odwrócił się i&nbsp;zbliżył
+do stołu. Na twarzy jego malowała się
+smutna rezygnacya. Usiadł na krześle
+i unikając spojrzenia w&nbsp;twarze chłopców,
+rozpoczął wykład:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiecie, że Samson był bardzo silny,
+wiecie, że gdy oparł się o&nbsp;kolumny świątyni,
+ramionami wstrząsnął, kolumny
+w gruzy się rozsypały i&nbsp;dach cały runął....</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo to prawda&nbsp;&mdash;&nbsp;przerwał Julusiek,
+uśmiechając się sceptycznie.</p>
+
+<p>Maryan poprzestał na ironicznem wzruszeniu
+ramionami.</p>
+
+<p>Pan Wentzel ciągnął dalej:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dach cały runął, przygniatając zgromadzone
+tłumy. W&nbsp;ten sposób więc nieprzyjaciele
+Samsona...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E! to taka prawda jak to, że Ewa
+jabłko zjadła...&nbsp;&mdash;&nbsp;przerwał znów Julusiek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pokonani zostali...&nbsp;&mdash;&nbsp;brzmiał głos
+nauczyciela.<span class="pagenum"><a name="Strona_54" id="Strona_54">[Str. 54]</a></span></p>
+
+<p>Teraz Maryan poruszył się na krześle.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;Adam ogryzkiem się udławił....&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+śpiewającym głosem.</p>
+
+<p>I gdyby nie Dalila, która...</p>
+
+<p>Lecz już słowa pana Wentzla brzmiały
+jedynie chyba dla niego samego. Dzieci
+podbudzone w&nbsp;swej przekornej wesołości,
+jak piłkę odrzucały sobie wzajemnie, legendy
+podawane im przez nauczycieli za
+fakta. Dla nich, dla tych rozbudzonych
+przedwcześnie umysłów nie istniał już żaden
+urok naiwnej wiary&nbsp;&mdash;&nbsp;ze śmiechem
+i drwinami szarpali treść Pisma, nie mogąc
+jeszcze zrozumieć przenośni.</p>
+
+<p>Pod gradem tych słów wyziewanych
+przez drobne dziecięce usta, które zda się
+stworzone były do szeptania modlitwy&nbsp;&mdash;&nbsp;pan
+Wentzel siedział przybity, bezsilny&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;
+głową na piersi zwieszoną. Codziennie
+powtarzało się to samo.</p>
+
+<p>Codziennie nauczyciel i&nbsp;jego słowa były
+przedmiotem szyderstw, żartów i&nbsp;śmiechu.</p>
+
+<p>Julusiek leżał teraz już na stole, wywijając
+z radości nogami, Maryan napawał
+się spokojnym tryumfem i&nbsp;pełen nieopisanej<span class="pagenum"><a name="Strona_55" id="Strona_55">[Str. 55]</a></span>
+błogości wydymał usta do niebywałych
+rozmiarów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak tam było z&nbsp;tym Noem? Opowiedz
+pan, panie Wentzel!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo z&nbsp;tym Dawidem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;Zuzanna? co?...</p>
+
+<p>Płomienie przebiegły zmysłową twarz
+Maryana.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!... Zuzanna!... to pyszny
+kawał!...</p>
+
+<p>I nagle, ni ztąd ni zowąd, rozlega się
+z piersi dzieci wrzaskliwy śpiew:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Hopsztynder!.. Madaliński<br /></span>
+<span class="i2">Fiuta!... Z&nbsp;kopyta!...<br /></span>
+<span class="i0">Szara ciuch, ciuch! tańczy sobie<br /></span>
+<span class="i2">Z Barabaszem mazura!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę o&nbsp;spokój!...&nbsp;&mdash;&nbsp;jęczy błagalnie
+pan Wentzel.</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i2">„Hej kolęda!... kolęda!...<br /></span>
+<span class="i0">Podobał się Jewie! jeździ na cholewie<br /></span>
+<span class="i0">A boso go znać!... znać!... znać!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Pan Wentzel głowę ukrył w&nbsp;dłonie.</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„A boso go znać!...”<br /></span>
+<span class="pagenum"><a name="Strona_56" id="Strona_56">[Str. 56]</a></span></div></div>
+
+<p>Lecz nagle drzwi się otwierają, i&nbsp;dwie
+postacie kobiece ukazują się w&nbsp;progu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co się to dzieje?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta pani domu,
+chuda, płaska blondynka&nbsp;&mdash;&nbsp;nosząca na
+schylonych ramionach fałdziste szaty
+wdowie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est atroce!&nbsp;&mdash;&nbsp;odzywa się druga,
+odpinająca żwawo guziki zniszczonego
+płaszczyka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Wentzel, jak pan możesz pozwolić
+na coś podobnego?!</p>
+
+<p>Pan Wentzel powstał już z&nbsp;krzesła
+i w&nbsp;milczeniu układa książki i&nbsp;zeszyty.
+Czuje, że wszystko, co powie na swoje
+usprawiedliwienie, na nic się nie przyda.</p>
+
+<p>W przekonaniu matki&nbsp;&mdash;&nbsp;„dzieci” są
+trochę rozpuszczone... ale ostatecznie można
+na nich lekarstwo znaleźć i&nbsp;do posłuszeństwa
+doprowadzić.</p>
+
+<p>Wprawdzie ona sama nigdy dokazać tej
+sztuki nie mogła, ale... przecież... pan
+Wentzel jest mężczyzną! Powinien umieć
+nakazać szacunek dla swoich słów i&nbsp;osoby.<span class="pagenum"><a name="Strona_57" id="Strona_57">[Str. 57]</a></span></p>
+
+<p>Więc&nbsp;&mdash;&nbsp;słodko-kwaśnym głosem mówi
+to wszystko a&nbsp;słowa jej jak uderzenia bicza
+smagają zbolałą głowę nauczyciela.</p>
+
+<p>Tak! tak!... pani ma zapewne racyę&nbsp;&mdash;&nbsp;każdy
+inny na jego miejscu poradziłby sobie
+z pewnością, tylko on! on! nie wie,
+nie umie poskromić swych uczniów, nakazać
+ciszę i&nbsp;potrzebny spokój.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uważasz pan...&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnie dalej pani
+Szymczyńska a&nbsp;głos jej płynie łagodnie,
+jak szmer strumyka&nbsp;&mdash;&nbsp;Julusiek i&nbsp;Maryan
+są dzieci wyjątkowe, należy więc z&nbsp;niemi
+postępować w&nbsp;wyjątkowy sposób. Tymczasem
+pan!</p>
+
+<p>Wyjątkowe dzieci z&nbsp;niezrównaną ironią
+spoglądają na pana Wentzla, który zmieszany,
+drżący, spłoniony&nbsp;&mdash;&nbsp;szorując nogami
+po podłodze, ustępuje przy stole
+miejsca guwernantce, która, wytarty płaszczyk
+ostrożnie na łóżku Julusia złożywszy,
+przystępuje do krzesła z&nbsp;bardzo wojowniczą
+miną.</p>
+
+<p>Matka tymczasem zachwyconym wzrokiem
+ogarnia pełne policzki Maryana i&nbsp;żółtą
+głowę Juluśka, który zdecydował się<span class="pagenum"><a name="Strona_58" id="Strona_58">[Str. 58]</a></span>
+wreszcie zsunąć ze stołu i&nbsp;usiąść na poręczy
+krzesła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak! wyjątkowe dzieci!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtarza
+machinalnie a&nbsp;po bladych jej ustach
+przebiega uśmiech zadowolonej macierzyńskiej
+próżności.</p>
+
+<p>Pan Wentzel pochyla pokornie głowę
+i odwróciwszy się, drżącemi rękami szuka
+w pudełku zastępującem mu szafę, czystej
+chustki i&nbsp;swej wytartej portmonetki. Pudełko
+to stoi pod jego łóżkiem, biednem,
+smutnem posłaniem opuszczonego wyrobnika,
+narzuconem dla decorum szafirową
+kapą, stanowiącą własność pani domu,
+którą skromny kocyk biednego chłopca
+raził i&nbsp;harmonię przyzwoitego umeblowania
+dziecinnego pokoju psuł zupełnie.</p>
+
+<p>W pudełku, pan Wentzel&nbsp;&mdash;&nbsp;nie znajduje
+chustki, ale za to wydostaje zdechłą mysz,
+uczepioną przy zameczku portmonetki,
+w której kilka miedziaków się kołacze.
+Jest to sprawka „wyjątkowych” dzieci,
+które duszą się ze śmiechu na widok bladości,
+pokrywającej nagle twarz pana
+Wentzla.<span class="pagenum"><a name="Strona_59" id="Strona_59">[Str. 59]</a></span></p>
+
+<p>Wiedzą o&nbsp;tem, że p. Wentzel boi się
+konwulsyjnie myszy i&nbsp;udanie się rozkosznego
+figla&nbsp;&mdash;&nbsp;uczuciem błogości napełnia
+ich serduszka.</p>
+
+<p>Lecz siedząca przy stole francuzka
+marszczy brwi i&nbsp;groźnie podniósłszy rękę
+do góry, woła ochrypłym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Attention, sales gamins! ou je vais
+vous ficher des claques!</p>
+
+<p>Chłopcy milkną i&nbsp;kołyszą się na krzesłach
+z mniejszym niż zwykle zapałem.
+Matka zaś przesyła dyskretny półuśmiech
+w stronę francuzki, która prześlicznym
+żargonem z&nbsp;Montmartre&nbsp;&mdash;&nbsp;rozpoczyna wykład
+greckiej mitologii.</p>
+
+<p>I powoli fałdzista suknia matki&nbsp;&mdash;&nbsp;wdowy
+znika we drzwiach, z&nbsp;po za których dolatuje
+wystukiwane na fortepianie jakieś
+„R&eacute;verie” Aschera.</p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem szamocze się
+ze zdechłą myszą, starając się odczepić
+ją od portmonetki. Pot pokrywa mu skronie,
+wyraz wstrętu maluje się w&nbsp;jego smutnych,
+wielkich oczach.<span class="pagenum"><a name="Strona_60" id="Strona_60">[Str. 60]</a></span></p>
+
+<p>Trwa to długą chwilę&nbsp;&mdash;&nbsp;dzieci ciągle
+z pod oka obserwują nauczyciela, tryumfując
+wewnętrznie.</p>
+
+<p>Wreszcie Julusiek dłużej wytrzymać nie
+jest w&nbsp;stanie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci pan Wentzel zdeseniał!...&nbsp;&mdash;&nbsp;woła,
+podrywając się na krześle.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak karaluch w&nbsp;tataraku!...&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzuca
+śpiewająco Maryan.</p>
+
+<p>Lecz francuzka uderzeniem pięści w&nbsp;stół,
+przerywa wybuchy radości miłych chłopczyków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taisez vous tas des salauds!&nbsp;&mdash;&nbsp;I&nbsp;nagle,
+sięgając do bocznej kieszeni sukni,
+wydobywa dość duży rewolwer, którego
+otwory pozaklejane są umiejętnie kulkami
+z chleba.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, kładąc rewolwer na
+stole&nbsp;&mdash;&nbsp;j'esp&egrave;re, que vous allez vous tenir
+tranquilles... autrement&nbsp;&mdash;&nbsp;je tire!...</p>
+
+<p>I dalej ciągnęła wykład przy wzorowej
+ciszy ze strony obu chłopców, po których
+twarzach przemknął nawet cień szacunku.</p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem uporał się
+z myszą i&nbsp;wziąwszy ze stolika wytarty<span class="pagenum"><a name="Strona_61" id="Strona_61">[Str. 61]</a></span>
+i zrudziały kapelusz, gotował się do wyjścia.
+Z rodzajem zazdrości spojrzał na
+zniszczoną twarz francuzki i&nbsp;na leżący na
+stole rewolwer.</p>
+
+<p>Tak! widocznie inni ludzie posiadali dar
+wpływania dodatnio na te... wyjątkowe
+dzieci&nbsp;&mdash;&nbsp;on, jeden tylko nie, on jeden!...</p>
+
+<p>Stłumiwszy westchnienie, ujął cicho za
+klamkę i&nbsp;wysunął się z&nbsp;pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Junon d&eacute;vor&eacute;e par la jalousie, &eacute;piait
+Jupiter...&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła francuzka, wykrzywiając
+przytem swą twarz nakształt maski
+klowna&nbsp;&mdash;&nbsp;et Jupiter aimait Jo...&nbsp;&mdash;&nbsp;ochrypłym
+głosem.</p>
+
+<p>Zagłębiła się teraz w&nbsp;miłostki Jowisza
+z całą lubością bulwarówki; po jej ustach
+igrał od czasu do czasu uśmiech a&nbsp;ręka
+machinalnie poprawiała rzadką na czole
+grzywkę.</p>
+
+<p>Julusiek, trochę znudzony, gonił czasami
+migające po suficie słoneczne plamy
+i usiłował zwinąć język w&nbsp;łuk, zwany
+„klops”. Tylko Maryan, zasłuchany w&nbsp;słowa
+francuzki, ślizgał się wzrokiem po jej<span class="pagenum"><a name="Strona_62" id="Strona_62">[Str. 62]</a></span>
+piersi rysującej się dość wyraźnie pod
+opiętym stanikiem.</p>
+
+<p>Patrzył, oczy mrużył i&nbsp;usta wydymał...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chwilkę, panie Wentzel, proszę tylko
+o krótką chwilkę!...</p>
+
+<p>I Ewelinka, powstawszy od fortepianu,
+potrząsnęła głową ubraną w&nbsp;całe pęki
+loków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie pan uciekasz? Nigdy niemasz
+czasu... a&nbsp;ja tu sama tak siedzę!...</p>
+
+<p>Ostatnie słowa podkreśliła znacząco
+powłóczystem spojrzeniem.</p>
+
+<p>Pod wpływem tego spojrzenia pan Wentzel
+pobladł jeszcze bardziej, niż na widok
+myszy.</p>
+
+<p>O! gdyby wiedział, że Ewelinka obecnie
+„marzy” w&nbsp;salonie i&nbsp;fortepian... „gniecie”,
+jak mówił Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;byłby z&nbsp;pewnością
+umknął przez kuchnię, choć i&nbsp;tam kucharka
+witała go niedwuznacznem mruczeniem
+i dowodzeniem, że „rosół się jej
+utrzęsie w&nbsp;garnku, skoro choroba pana
+Wentzla <i>bez</i> kuchnię niesie”...<span class="pagenum"><a name="Strona_63" id="Strona_63">[Str. 63]</a></span></p>
+
+<p>Lecz pan Wentzel stokroć wolałby już
+narazić się na gniew kucharki, niż poddać
+się magnetycznym spojrzeniom Ewelinki,
+dopełniającej w&nbsp;ten sposób pensyjnej edukacyi
+i probującej siły swych wdzięków
+na nieszczęsnym nauczycielu swych braci.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagram panu Aschera...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+sznurując dość duże usta&nbsp;&mdash;&nbsp;przewracaj
+mi pan kartki...</p>
+
+<p>Pan Wentzel rozpaczliwie zaczął przestępować
+z nogi na nogę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcę iść... na pocztę&nbsp;&mdash;&nbsp;wyjąkał cichym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poczta nie ucieknie&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptała panna,
+przechylając się w&nbsp;łuk, dla uwydatnienia
+wypukłości bioder&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;wreszcie, ja
+proszę!...</p>
+
+<p>Ostatniemu słowu towarzyszyło znów
+wymowne spojrzenie.</p>
+
+<p>W chorej piersi pana Wentzla serce zabiło
+gwałtownie, krew uderzyła mu do
+głowy i&nbsp;czerwonym płomieniem oczy zasłoniła.</p>
+
+<p>Ewelinka uśmiechała się zadowolona.
+Chciała doświadczyć czy „powłóczyste”<span class="pagenum"><a name="Strona_64" id="Strona_64">[Str. 64]</a></span>
+spojrzenie „działa” i&nbsp;przekonała się, że
+istotnie jest to dobry lep i&nbsp;niekosztujący
+zbyt wiele zachodu.</p>
+
+<p>Lecz podbudzona w&nbsp;swych doświadczeniach
+kokieteryjnych, pragnie dalej prowadzić
+rozpoczęte dzieło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan mnie unika, panie Wentzel&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczyna
+znowu, grając dość fałszywie
+„nokturno”&nbsp;&mdash;&nbsp;pan mnie unika, o! ja to
+czuję!...</p>
+
+<p>Pan Wentzel nie śmie zaprzeczyć. Stoi
+jak słup soli, zaciskając konwulsyjnie pięści.
+W gardle czuje dławienie, usta mu
+drżą nerwowo.</p>
+
+<p>Tymczasem dziewczyna przechyla głowę
+i mrużąc lekko oczy, wpatruje się w&nbsp;swą
+ofiarę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan odemnie ucieka, a&nbsp;ja cierpię!...</p>
+
+<p>„Nokturn” rozpływa się w&nbsp;przyciszonym
+akordzie. Ewelinka z&nbsp;wdziękiem opiera
+głowę o&nbsp;pulpit i&nbsp;pozostaje w&nbsp;tej pozie
+chwil kilka, żałując, że nie może widzieć
+samej siebie i&nbsp;ocenić w&nbsp;całej malowniczości
+sytuacyę, w&nbsp;której się znajduje.<span class="pagenum"><a name="Strona_65" id="Strona_65">[Str. 65]</a></span></p>
+
+<p>Pan Wentzel tymczasem mieni się na
+twarzy wszystkiemi kolorami tęczy.</p>
+
+<p>Boże mój! ona... przez niego cierpi,
+a on stoi jak wkuty w&nbsp;dywan, nie mając
+siły, aby powiedzieć słowo na swoje usprawiedliwienie!...</p>
+
+<p>Ewelinka obserwuje go z&nbsp;pod oka.</p>
+
+<p>Cieszy się serdecznie rozpaczą wyrytą
+na chudej twarzy chłopaka.</p>
+
+<p>Cierpi! mężczyzna cierpi z&nbsp;jej powodu!</p>
+
+<p>O radości!</p>
+
+<p>Nie wie jednak jak wybrnąć z&nbsp;tej sytuacyi.
+Czy, podawszy rękę, zmusić go do
+uklęknięcia, czy oddalić się, jak „senne
+zjawisko”, pozostawiając po sobie „szmer
+jedwabnej szaty”...</p>
+
+<p>Wybiera to drugie, odkładając tryumf
+zupełny na później i&nbsp;zerwawszy się z&nbsp;wdziękiem
+z taburetu, przebiega salon z&nbsp;szelestem
+świeżych spódniczek a&nbsp;odwróciwszy
+się na progu rzuca osłupiałemu Wentzlowi
+dwa słowa:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do wieczora!...</p>
+
+<p>Lecz scena ta ma świadka w&nbsp;osobie
+matki-wdowy, która suwa się jak cień po<span class="pagenum"><a name="Strona_66" id="Strona_66">[Str. 66]</a></span>
+całem mieszkaniu, udając gorliwe wypełnianie
+swych obowiązków.</p>
+
+<p>Przed wrytym w&nbsp;ziemię Wentzlem zjawia
+się teraz nagle surowa, sztywna, pełna
+godności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan tu robisz, panie Wentzel?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta
+majestatycznie&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę się nie zapominać!
+nie za-po-mi-nać!....</p>
+
+<p>I odwraca się, jakby z&nbsp;jednej sztuki wykuta,
+owijając nogi nieszczęsnego nauczyciela
+w fałdy swej długiej szaty.</p>
+
+<p>Pan Wentzel skłania się nizko i&nbsp;cofa się
+tyłem w&nbsp;stronę przedpokoju. Otwierając
+drzwi, słyszy brzęk szkła i&nbsp;odwróciwszy
+się, dostrzega Justysię, pokojówkę, strącającą
+szczotką pogruchotane kinkiety.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko przez pana&nbsp;&mdash;&nbsp;mruczy pokojówka&nbsp;&mdash;&nbsp;szarpnąłeś
+pan drzwiami, że
+się we mnie wszystko zatrzęsło...</p>
+
+<p>Pan Wentzel na palcach sunie przez
+przedpokój.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czysto jak zmora, albo hałasuje, albo
+milczkiem lezie...</p>
+
+<p>Pan Wentzel przy drzwiach prowadzących
+na schody podnosi zasuwkę i&nbsp;ujmuje
+klamkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_67" id="Strona_67">[Str. 67]</a></span></p>
+
+<p>Justysia oparta na szczotce, patrzy
+z pogardą na jego wytarty surducik i&nbsp;wązkie
+ramiona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci mężczyzna!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepcze, <a class="ins" href="#tnote_13" name="tAnchor_13" title="podciągając">pociągając</a>
+nosem.&nbsp;&mdash;&nbsp;Ni do Boga ni do
+ludzi...</p>
+
+<p>Pan Wentzel gorączkowo zaczyna zbiegać
+po schodach.</p>
+
+<p>Tymczasem w&nbsp;pokoju Ewelinki cicho
+odbywa się scena. Pani Szymczyńska
+uznaje za stosowne przestrzedz córkę
+przed niebezpieczeństwem, na jakie się
+naraża, pozostając sam na sam z&nbsp;mężczyzną.</p>
+
+<p>Lecz Ewelinka smaruje sobie nos
+kremem Simona i&nbsp;pogardliwie wzrusza
+ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;jakim mężczyzną mnie widziałaś?&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta,
+odymając usta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;panem Wentzlem!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No... zaprzeczysz temu, że nie byłaś
+z nim przed chwilą... w&nbsp;salonie&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi,
+jąkając się matka, której zimna
+krew Ewelinki i&nbsp;jej wzgardliwe miny prawie<span class="pagenum"><a name="Strona_68" id="Strona_68">[Str. 68]</a></span>
+od chwili urodzenia córki imponują
+i pewność siebie odbierają.</p>
+
+<p>Ewelinka teraz pudrem Simona bieli
+się na potęgę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłam...&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiada wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;byłam,
+ale taki p. Wentzel przecież się
+nie liczy...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież jest mężczyzną...</p>
+
+<p>Ewelinka spojrzała na matkę z&nbsp;litością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mężczyzną?... to nędzna imitacya&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+żaden mężczyzna!...</p>
+
+<p>I poszła odwijać z&nbsp;cienkich obsłonek
+mydło Simona, mające własność „udelikatnienia
+naskórka”.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>„I ftobie jednym czała nasza nadzieja,
+synu najmilszy, com cię własnemi piersiami
+wy karmiła i&nbsp;sboleniem sercowem
+wyhodowała”...</p>
+
+<p>Pan Wentzel rękę przesunął po oczach,
+bo jakaś mgła wilgotna źrenice mu przysłaniać
+poczęła. Ten kawałek grubego,
+ordynarnego papieru, zakreślony krzywem<span class="pagenum"><a name="Strona_69" id="Strona_69">[Str. 69]</a></span>
+i niewprawnem pismem, szarpie mu duszę
+na kawałki.</p>
+
+<p>Odebrał przed chwilą z&nbsp;poczty ten list
+od matki, ubogiej sklepikarki w&nbsp;małej
+podgórskiej mieścinie, gdzie i&nbsp;on spędził
+swe dziecinne lata. Gdy listy przychodziły
+dawniej do domu pani Szymczyńskiej&nbsp;&mdash;&nbsp;„wyjątkowe”
+dzieci na dobrze
+bawiły się „koszlonami”, z&nbsp;jakich złożony
+był adres.</p>
+
+<p>Od pewnego więc czasu pan Wentzel
+odbiera listy matki z&nbsp;biura pocztowego
+i siada w&nbsp;małym ogródku, otaczającym
+gmach pocztowy, dla odczytania i&nbsp;odcyfrowania
+hieroglifów, z&nbsp;jakich się zwykle
+listy te składają.</p>
+
+<p>I teraz siedzi na wilgotnej ławce, tuż
+pod krzakiem bzu, który dopiero pączki
+wypuszczać zaczyna. Dokoła, kilka chudych
+drzewek wznosi swe bezlistne gałęzie,
+pies jakiś błąka się po trawnikach,
+grzebiąc łapami w&nbsp;czarnej ziemi, poprzecinanej
+wązkiemi paskami zieloności.</p>
+
+<p>W powietrzu unosi się ciepła wilgoć,
+która piersi smutkiem tłoczy i&nbsp;moc<span class="pagenum"><a name="Strona_70" id="Strona_70">[Str. 70]</a></span>
+wspomnień nasuwa. Pan Wentzel raz
+jeszcze powoli list przeczytał, poczem
+pochyliwszy na piersi głowę myśleć począł.</p>
+
+<p>W nim jednym cała nadzieja!</p>
+
+<p>Cała nadzieja tych dwojga starców
+zgiętych od pracy, nędzy i&nbsp;smutku! Jak
+w tęczę, tak patrzą w&nbsp;niego ci rodzice,
+którzy, odmawiając sobie kawałka mięsa,
+chwili spoczynku&nbsp;&mdash;&nbsp;do szkół go wysłali
+i teraz czekają plonów z&nbsp;tej mozolnej,
+ciężkiej pracy.</p>
+
+<p>On wie, on to czuje, że jemu ustawać
+w pracy niewolno, że wszystko, co znosi
+w domu pani Szymczyńskiej nadal
+znosić <a class="ins" href="#tnote_14" name="tAnchor_14" title="powien">powinien</a>, bo kąt, w&nbsp;którym stoi
+łóżko jego, ma dach nad głową, bo łyżka
+strawy, która mu nieraz przez ściśnięte
+gardło przejść nie może&nbsp;&mdash;&nbsp;trzyma go
+przy życiu&nbsp;&mdash;&nbsp;jego i&nbsp;tamtych dwoje!...</p>
+
+<p>I widzi ich w&nbsp;czarnej jamie sklepika
+pomiędzy workami kartofli, beczką nafty,
+pękami drzazg, widzi ich schylone postacie,
+słyszy kaszel ojca, stękanie matki;<span class="pagenum"><a name="Strona_71" id="Strona_71">[Str. 71]</a></span>
+woń stęchlizny i&nbsp;wilgoci owiewa do
+koła...</p>
+
+<p>Biedni! biedni starzy!...</p>
+
+<p>Lecz on? On sam, czyż nie cierpi, czyż
+te upokorzenia, te tortury, które codziennie
+z Julusiem i&nbsp;Maryanem przebywa,
+te noce spędzane bezsennie nad książką,
+te ranki, wśród których znużone ciało
+domaga się chwilki snu, te zaparcia się
+wszelkich uciech młodości, uśmiechów,
+swobodniejszej myśli!... czyż to się zliczyć
+daje?</p>
+
+<p>Zresztą, dość spojrzeć na niego, gdy
+tak siedzi nędzny i&nbsp;blady, w&nbsp;jasnych promieniach
+wiosennego słońca. Twarz ma
+żółtawą z&nbsp;zielonawym, prawie trupim na
+skroniach odcieniem, piersi wklęsłe, plecy
+wypukłe, nogi wychudłe.</p>
+
+<p>Jest brzydki, nędzny, śmieszny&nbsp;&mdash;&nbsp;wie
+o tem, czuje to i&nbsp;jest bardzo nieszczęśliwym.</p>
+
+<p>A jeszcze w&nbsp;dodatku serce mu bije
+gwałtownie i&nbsp;coś się przed nim majaczy,
+jakiś uśmiech dziewczyny, jakiś akord
+„nokturna” zasłyszanego przed chwilą...<span class="pagenum"><a name="Strona_72" id="Strona_72">[Str. 72]</a></span></p>
+
+<p>Wszystko to gnębi go i&nbsp;dręczy nad
+wyraz.</p>
+
+<p>Ciasna klatka piersiowa niemoże pomieścić
+tylu wrażeń, które razem z&nbsp;ciepłą
+wonią wiosenną do jego piersi się
+cisną.</p>
+
+<p>Coś go dławi w&nbsp;gardle, oddech mu
+tamuje. O! ta wiosna!... czyż ona istnieć
+powinna dla takich, jak pan Wentzel, nędzarzy?!...</p>
+
+<p>Pies, plączący się po trawniku, zbliżył
+się teraz do ławki i&nbsp;przed nogami Wentzla
+przesuwać się począł.</p>
+
+<p>Był tak jak i&nbsp;Wentzel nędzny, wychudły
+i oddychał ciężko.</p>
+
+<p>Chłopiec nachylił się nad zwierzęciem
+i brudne jego kudły delikatnie gładzić
+począł.</p>
+
+<p>Bezdomne zwierzę oparło łeb o&nbsp;kolana
+człowieka, wpatrzyło się w&nbsp;bladą twarz,
+pochyloną nad niem i&nbsp;nagle, przeciągle
+zawyło.</p>
+
+<p>Wówczas z&nbsp;ciemnych, smutnych oczów
+pana Wentzla stoczyły się dwie, wielkie
+łzy...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_73" id="Strona_73">[Str. 73]</a></span></p>
+
+<p>Gdy „wyjątkowe” dzieci weszły do salonu
+wraz ze swoim nauczycielem, kilkanaście
+osób na wzór manekinów zapełniało
+fotele i&nbsp;kozetki. Był to jour fixe
+i pani Szymczyńska uważałaby sobie za
+straszne uchybienie, gdyby <a class="ins" href="#tnote_15" name="tAnchor_15" title="przynajmiej">przynajmniej</a>
+ze sześć brzydkich, jak noc, panien, takaż
+ilość wychudłych mężczyzn i&nbsp;odpowiednia
+liczba mam, nie wynudziła się wśród ścian
+jej salonu.</p>
+
+<p>Pan Wentzel wprowadzał zwykle swych
+uczniów, drżąc na myśl wystawienia na
+światło licznych kandelabrów, wyplamionego
+tużurka i&nbsp;gumowych kołnierzyków.</p>
+
+<p>Była to dla niego najcięższa chwila
+w całym tygodniu.</p>
+
+<p>Zwykle Maryan i&nbsp;Julusiek, ukłoniwszy
+się gościom, zwracali się z&nbsp;dowcipnemi
+uwagami w&nbsp;stronę swego kozła ofiarnego.</p>
+
+<p>Lecz dziś pan Wentzel był stokroć więcej
+zmieszany niż zwykle. List matki,
+poranne przejście z&nbsp;panią domu a&nbsp;wreszcie<span class="pagenum"><a name="Strona_74" id="Strona_74">[Str. 74]</a></span>
+scena z&nbsp;Ewelinką&nbsp;&mdash;&nbsp;odbierały mu resztę
+przytomności.</p>
+
+<p>Ewelinka w&nbsp;gronie panien rozpoczęła
+właśnie zajmującą rozmowę o&nbsp;emancypacyi
+kobiet, pragnąc ją oprzeć na całkiem
+nowym gruncie, bo na darwinowskiej
+przemianie gatunków. Ewelinka lubiła
+popisywać się ze swą „głęboką wiedzą”,
+nie zaniedbując przytem powłóczystych
+spojrzeń.</p>
+
+<p>Wypróbowała je rano na panu Wentzlu,
+była więc pewną swego i&nbsp;gradem ognistych
+spojrzeń obsypywała młodziuchnego
+blondynka, który jak wiśnia rumienił się
+i obrywał guziki u&nbsp;rękawiczek. Pan Wentzel,
+wciśnięty w&nbsp;kąt, stał, opierając się
+plecami o&nbsp;ścianę.</p>
+
+<p>Po nad nim, płonęły świece kinkietu
+i oblewały go złotawym blaskiem i&nbsp;kroplami
+stearyny. Maryan zajął jedno z&nbsp;lepszych
+miejsc, tuż obok dobrze wydekoltowanej
+mężatki i&nbsp;włożywszy ręce w&nbsp;kieszenie,
+patrzył i&nbsp;usta wydymał.</p>
+
+<p>Julusiek zatrzymał się chwilę przed panem
+Wentzlem.<span class="pagenum"><a name="Strona_75" id="Strona_75">[Str. 75]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż pan tak tkwi koło ściany?&nbsp;&mdash;&nbsp;Niemoże
+pan usiąść?...</p>
+
+<p>Pan Wentzel obejrzał się za fotelem,
+czując, że parę osób zwraca na niego
+uwagę.</p>
+
+<p>W pobliżu właśnie stał wspaniały fotel
+obrzucony makatą.</p>
+
+<p>Pan Wentzel osunął się na niego machinalnie.</p>
+
+<p>Julusiek wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na fotelu?&nbsp;&mdash;&nbsp;zaskrzeczał, podskakując
+na jednej nodze&nbsp;&mdash;&nbsp;jak jaki obywatel?...
+niemożesz pan na krześle?...</p>
+
+<p>Osoby siedzące bliżej zaczęły się
+uśmiechać.</p>
+
+<p>Julusiek uczuł, że odnosi sukces i&nbsp;podniósł
+głowę z&nbsp;prawdziwym tryumfem.</p>
+
+<p>Pan Wentzel zacisnął usta i&nbsp;nie śmiał
+oczów oderwać od ziemi.</p>
+
+<p>Wniesiono herbatę.</p>
+
+<p>Julusiek porwał z&nbsp;tacy filiżankę i&nbsp;zbliżył
+się z&nbsp;nią do nauczyciela.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Napij się pan herbaty!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił,
+pakując się na kolana Wentzlowi&nbsp;&mdash;&nbsp;wyglądasz<span class="pagenum"><a name="Strona_76" id="Strona_76">[Str. 76]</a></span>
+pan jak śmierć angielska... pij
+pan...</p>
+
+<p>I potrącił filiżankę, wylewając gorący
+płyn na ręce i&nbsp;tużurek Wentzla.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Potem powiedzą, żeś się pan u&nbsp;nas
+zagłodził...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał, wykrzywiając się jak
+stary pajac.</p>
+
+<p>Pan Wentzel ujął filiżankę i&nbsp;oglądał się
+za łyżeczką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego pan szuka?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Łyżeczki!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;to po co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zamieszać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;niemożesz pan palcem?...</p>
+
+<p>I zlazłszy z&nbsp;kolan nauczyciela, „wyjątkowe”
+dziecię zmieszało się z&nbsp;tłumem
+gości, depcząc po jedwabnych trenach
+dam i&nbsp;lakierkach mężczyzn.</p>
+
+<p>Pan Wentzel pozostał w&nbsp;swoim kąciku
+z filiżanką herbaty w&nbsp;ręku.</p>
+
+<p>Przed nim jakaś tęga brunetka prezentowała
+swą pełną szyję w&nbsp;oświetleniu
+płynącem z&nbsp;góry. Jej obnażone ramiona,
+fałda ciała na karku, fałda pełna tajemniczego<span class="pagenum"><a name="Strona_77" id="Strona_77">[Str. 77]</a></span>
+cienia, mieszała pana Wentzla
+i napełniała jakąś bojaźnią. Sam nędzny
+i chudy lękał się dobrze rozwiniętego kobiecego
+ciała.</p>
+
+<p>Zapach, wydzielający się z&nbsp;sukien brunetki,
+odurzał go do reszty.</p>
+
+<p>Przytem głos Ewelinki, donośny, trochę
+nosowy, jej śmiech nerwowy, nadto
+dobrze „ułożonej” panny, wstrząsał mu
+serce.</p>
+
+<p>Uczuł się blizkim zemdlenia.</p>
+
+<p>Nagle, z&nbsp;tego pół snu zbudził go skrzeczący
+głos Juluśka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyś się pan kiedy kochał?</p>
+
+<p>To wyjątkowe chłopię w&nbsp;ten sposób
+interpelowało rumianego blondynka, siedzącego
+obok Ewelinki. Mimowoli, rozmowy
+ucichły. Julusiek miał własność
+śmieszenia całego towarzystwa, oczekiwano
+więc na coś bardzo dowcipnego.</p>
+
+<p>Malec uczuł się panem sytuacyi.</p>
+
+<p>Potrząsnął żółtą czupryną i&nbsp;rozstawił
+szeroko nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No! powiedz pan, czyś już się kochał?...<span class="pagenum"><a name="Strona_78" id="Strona_78">[Str. 78]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie...&nbsp;&mdash;&nbsp;wybąknął blondynek&nbsp;&mdash;&nbsp;jestem
+jeszcze zamłody...</p>
+
+<p>Julusiek szeroko otworzył oczy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Phi!...&nbsp;&mdash;&nbsp;skrzeknął&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;pan Wentzel
+młodszy od pana a&nbsp;już się kocha...</p>
+
+<p>Wszystkie oczy zwróciły się teraz ku
+nauczycielowi, który otworzył usta, jakby
+chcąc coś powiedzieć, lecz głosu mu
+zabrakło.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jabym panu powiedział w&nbsp;kim&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął
+dalej Julusiek&nbsp;&mdash;&nbsp;ale uprzedzam
+pana, że oni mnie zaraz za drzwi wyrzucą,
+bo ja prawdę powiem! O! Jewelinka
+i pan Wentzel, to się mają ku sobie...</p>
+
+<p>Purpurą oblała się twarz Ewelinki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Wentzel!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała, drżąc
+cała ze złości&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę Julka wyprowadzić
+i zamknąć się z&nbsp;nim w&nbsp;dziecinnym
+pokoju...</p>
+
+<p>Pan Wentzel podniósł się, czepiając
+poręczy fotela.</p>
+
+<p>Żyły mu na skroniach nabiegły, wyglądał
+jak pijany.<span class="pagenum"><a name="Strona_79" id="Strona_79">[Str. 79]</a></span></p>
+
+<p>Chciał podejść do Juluśka, lecz malec
+szedł już ku drzwiom, <a class="ins" href="#tnote_16" name="tAnchor_16" title="dumy">dumny</a>, zadowolony
+z uczynionego wrażenia, mrucząc
+ciągle:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;co? Niemówiłem, że gdy powiem
+prawdę, to mnie za drzwi wyrzucą?!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W dziecinnym pokoju pali się niewielka
+lampa, przysłonięta zielonym abażurem.
+Julusiek i&nbsp;Maryan zdaje się śpią
+spokojnie w&nbsp;swych łóżkach, ponakrywani
+stosem kołder i&nbsp;kołderek.</p>
+
+<p>Koło stołu siedzi pan Wentzel, kurcząc
+pod krzesło nogi w&nbsp;zaplamionych atramentem
+skarpetkach. Przed nim leżą
+nożyczki, gruba igła, motek nici i&nbsp;kilka
+guzików. Pan Wentzel zabrał się do łatania
+swej codziennej kurtki i&nbsp;jakoś mu
+idzie niesporo. Kłuje się w&nbsp;palce, ściegi
+daje monstrualnych rozmiarów. Miał zamiar
+sprawić sobie nową kurtkę na wiosnę,
+ale namyślił się&nbsp;&mdash;&nbsp;zrobi inaczej.<span class="pagenum"><a name="Strona_80" id="Strona_80">[Str. 80]</a></span>
+Pieniądze te pośle rodzicom, właśnie matka
+pisała, że sklepik nic nie przynosi, ojciec
+coraz słabszy...</p>
+
+<p>Pan Wentzel matce odpisał, guldeny
+w list włożył i&nbsp;teraz, szyjąc, spogląda
+z rozrzewnieniem na kopertę, która za
+dni parę w&nbsp;zczerniałych od pracy rękach
+matki będzie.</p>
+
+<p>I wśród tej ciszy nocnej, w&nbsp;wyobraźni
+swej widzi pomarszczoną twarz ojca, wybladłe
+lica matki, którzy z&nbsp;radością nad
+listem się pochylą i&nbsp;sylabizować literę
+po literze będą.</p>
+
+<p>Biedni! biedni starzy!...</p>
+
+<p>Pan Wentzel prawie uśmiechać się zaczyna.
+Na chwilę zapomina o&nbsp;swej nędzy,
+ciesząc się, że radość innym sprawia.</p>
+
+<p>Nagle, jakby na komendę, z&nbsp;dziecinnych
+łóżek podnoszą się dwie rozczochrane
+głowy i&nbsp;rozlega się wrzask, od
+którego pan Wentzel drżeć i&nbsp;blednąć poczyna.<span class="pagenum"><a name="Strona_81" id="Strona_81">[Str. 81]</a></span></p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Hopsatynder Madaliński<br /></span>
+<span class="i0">Fiuta! z&nbsp;kopyta.<br /></span>
+<span class="i0">Szara ciach, ciach!.. tańczy sobie<br /></span>
+<span class="i0">Z Barabaszem mazura!<br /></span>
+<span class="i0">Ej kolęda!... kolęda!...”<br /></span>
+</div></div>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_82" id="Strona_82">[Str. 82]</a></span></p>
+<h2><a name="IV" id="IV"></a>IV.</h2>
+
+<h2>Kundel.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż u&nbsp;dyabła starego? Dlaczegóż nie
+mam i&nbsp;ja zrobić karyery?&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała
+Resia, ciskając obszarpaną książkę na
+ziemię.</p>
+
+<p>Zerwała się z&nbsp;obdartej sofy a&nbsp;pociągnąwszy
+falbaną szlafroka kawał sprężyny
+i pęk siana, poskoczyła ku oknu.</p>
+
+<p>Ładnie tam było na dworze, choć trochę
+jeszcze chłodno. Resia nieuczesaną
+głowę wytknęła przez okno a&nbsp;wiatr wiosenny
+rozwiewał jej kręte, czarne włosy.
+Ona od czasu do czasu dmucha silnie,
+chcąc odpędzić natrętne kosmyki, które
+kręciły się koło jej wybladłych warg lub
+czepiały się długich rzęs i&nbsp;wzrok zasłaniały.<span class="pagenum"><a name="Strona_83" id="Strona_83">[Str. 83]</a></span></p>
+
+<p>Była to jeszcze młoda dziewczyna, pysznie
+zbudowana, brudna i&nbsp;pokryta piegami.
+Stanowiła najwytworniejszy okaz wesołych
+cór miasta&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;odznaczała się
+szczytną głupotą, dobrem sercem i&nbsp;zamiłowaniem
+do pieczonej gęsi.</p>
+
+<p>Lubiła przytem pieniądze (była żydówką),
+nowe buciki, karmelki i&nbsp;zwykle w&nbsp;zimie,
+o szarej godzinie, piekła sobie na
+trzech patyczkach jabłka, kiwając się
+i mrucząc jakąś monotonną piosenkę.
+Umiała czytać, lecz za to nie umiała pisać,
+jadła chleb ze szmalcem na obiad
+a potem, nie umywszy rąk, nacierała się
+„chyprem”.</p>
+
+<p>Paliła papierosy i&nbsp;czesała się raz na tydzień,
+była antisemitką w&nbsp;całem słowa
+znaczeniu a&nbsp;na kwestyę emancypacyi kobiet
+nie zapatrywała się wcale.</p>
+
+<p>Dnie całe leżała na swej sofie, paląc
+papierosy, dopiero z&nbsp;nadejściem zmroku
+budziła się ze swej bezczynności.</p>
+
+<p>Wstawała wtedy, mrucząc i&nbsp;plując po
+kątach i&nbsp;szczoteczką od zębów czyściła<span class="pagenum"><a name="Strona_84" id="Strona_84">[Str. 84]</a></span>
+buciki a&nbsp;bieliła twarz kredą w&nbsp;braku pudru.
+Potem&nbsp;&mdash;&nbsp;usiadłszy przy oknie, czekała
+na... Kundla.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kundel ten był obecnie jej wielką miłością.
+Był to mały, potwornej brzydoty
+chłopak, syn jednego ze znaczniejszych
+urzędników miasta. Przysłowiowo brzydki,
+był dziwnym okazem jakiejś brutalnej
+zuchwałości i&nbsp;bezczelnej arogancyi, któremi
+w domowem zaciszu uzyskał słodkie
+miano... Kundla. Wielka jego głowa, pokryta
+rozwichrzoną, olbrzymią czupryną,
+miała kształt prawie czworograniasty; wyraz
+małych oczek i&nbsp;ust wydętych, obrosłych
+sterczącym, rudawym włosem, znamionował
+upór, przewrotny spryt i&nbsp;jakieś
+niczem nieukrócone zuchwalstwo. Trzymał
+zwykle ręce w&nbsp;kieszeniach od spodni
+i nosił małoruskie koszule, najczęściej rozpięte
+na piersiach. Mówił powoli, zacinając
+się na syczących spółgłoskach i&nbsp;miał
+zupełnie odrębny sposób wyrażania się,
+który trwogą przejmował słuchaczów.<span class="pagenum"><a name="Strona_85" id="Strona_85">[Str. 85]</a></span></p>
+
+<p>W domu był postrachem matki i&nbsp;sióstr,
+dwóch młodych dziewczynek słodkich i&nbsp;nieśmiałych,
+tulących się do kątów, gdy
+Kundel&nbsp;&mdash;&nbsp;podczas nieobecności ojca&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawiał
+się w&nbsp;salonie lub jadalni. Matka
+sama podnosiła ku niemu błagalnie oczy,
+w których nierzadko przewijała się łza..</p>
+
+<p>Lecz Kundel urągał wszystkiemu. Mówił
+że jest „wyższy nad świat cały” i&nbsp;rozwalając
+się na kanapie przetrawiał, ziewając,
+resztę nocnych pochulanek i&nbsp;pochłoniętego
+piwa. Zrodzony z&nbsp;rodziców szczytnie
+„b&uuml;rgerskich”&nbsp;&mdash;&nbsp;według jego słów
+własnych, niewiadomo zkąd rozwinął w&nbsp;sobie
+naturę nocnego włóczęgi i&nbsp;junakieryę
+bursza. Całe dnie włóczył się w&nbsp;przydeptanych
+pantoflach po czyściuchnych pokojach,
+wytrząsając popiół z&nbsp;fajki na dywany
+lub fotele. Gdy mu ktokolwiek zrobił jaką
+uwagę, odpowiadał chrapliwym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odsuń się, bo cię psom oddam na
+pożarcie a&nbsp;krwią twoją drzwi mego przedpokoju
+pomalować każę!</p>
+
+<p>Miał lat dwadzieścia i&nbsp;skończył dwie
+klasy. Nie było siły ludzkiej, któraby go<span class="pagenum"><a name="Strona_86" id="Strona_86">[Str. 86]</a></span>
+skłoniła do powrotu do szkół. Uczył się
+„prywatnie”&nbsp;&mdash;&nbsp;doprowadzając zwykle nauczycieli
+do rozpaczy, lub do dzielenia
+z nim nocnej rozpusty.</p>
+
+<p>Życie nie miało dlań już żadnych tajemnic,
+zakosztował wszystkiego i&nbsp;od lat pięciu
+czepiał się spódnic kobiecych, pełen
+przewrotnej żądzy, z&nbsp;której sobie doskonałą
+zdawał sprawę.</p>
+
+<p>Doszedłszy do lat piętnastu, był przeżytym
+i znudzonym starcem, gdy wracał
+do domu nad ranem, twarz jego miała
+odcień ziemisty a&nbsp;oczy czerwone i&nbsp;spuchłe.</p>
+
+<p>Ręce mu drżały, kąciki ust miał wiecznie
+zaślinione. Gdy siadał do obiadu, nieumyty,
+nieuczesany i&nbsp;wyciągał trzęsące się
+palce po wino lub cytrynę, cieszył się widocznie
+z nerwowego drżenia, które mu
+ramię targało.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_17" name="tAnchor_17" title="&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,">&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</a>
+spoglądając tryumfalnie po obecnych, którzy,
+wzruszając ramionami, zdawali się
+zapominać o&nbsp;jego obecności.</p>
+
+<p>Przyzwyczajono się bowiem w&nbsp;domu
+do tego Kundla&nbsp;&mdash;&nbsp;na wpół pijanego,<span class="pagenum"><a name="Strona_87" id="Strona_87">[Str. 87]</a></span>
+uważającego jadalnię rodziców za przedłużenie
+lokalu knajpowego. Jeden tylko
+ojciec umiał poskromić tę ohydną zuchwałość.
+Przy nim Kundel zapinał na piersiach
+koszulę, schodził do obiadu o&nbsp;właściwej
+porze i&nbsp;zamieniał tradycyonalne
+pantofle na głębokie kalosze. Gdy spodziewano
+się gości, Kundel obcinał paznogcie
+u lewej ręki i&nbsp;usiłował zaprowadzić
+porządek we włosach. Był to rozkaz ojca,
+rozkaz wypowiedziany dobitnie, urywanym
+suchym głosem.</p>
+
+<p>Głos ten oddziaływał na chłopca przynajmniej
+drobiazgowo i&nbsp;pozornie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stary ma fajgle, trzeba go nabrać!</p>
+
+<p>A „nabierania” tego, więcej aniżeli
+zwykłej zuchwałości bała się szczególniej
+matka.</p>
+
+<p>Kundel bowiem, znając słabą stronę
+ojca, gdy zbyt wiele narobił długów i&nbsp;za
+często był proszony do cyrkułu&nbsp;&mdash;&nbsp;stawał
+się nagle melancholijny i&nbsp;uczuwał potrzebę
+poprawy. Pragnął wtedy czystej bielizny,
+mydła, książek naukowych i&nbsp;trochę
+szacunku ludzkiego.<span class="pagenum"><a name="Strona_88" id="Strona_88">[Str. 88]</a></span></p>
+
+<p>Wchodził do pokoju ojca na palcach,
+ucierał nos chustką, sługom pozwalał
+przejść spokojnie a&nbsp;siostry głaskał po głowach,
+nazywając je pieszczotliwie „małpiszonami”.</p>
+
+<p>Dozwalał sprzątać w&nbsp;swoim pokoju
+i przewracać materace na drugą stronę,
+fajkę ostentacyjnie zawieszał na gwoździku
+i palił damskie papierosy, mówił cieniuchnym
+głosem, dobierając słów a&nbsp;oglądając
+lampę, deklarował, że „już się
+wszystko skończyło i&nbsp;on, Dyńdzio, zabiera
+się do pracy...”</p>
+
+<p>Ojciec zwykle, z&nbsp;początku, sceptycznym
+wzrokiem śledził zmianę w&nbsp;postępowaniu
+syna. Powoli jednak dawał się łudzić nadziei.
+Kto wie&nbsp;&mdash;&nbsp;może wreszcie coś się
+zbudziło w&nbsp;tej głowie mózgu pozbawionej,
+w tem sercu zda się zatopionem w&nbsp;kale
+rozpustnych uciech.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz, duszko&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił do żony, która
+z robótką w&nbsp;ręku dozorowała zabawy
+dwóch dziewczynek,&nbsp;&mdash;&nbsp;ot zdaje się, że
+tam na górze jakiś porządek panować zaczyna...<span class="pagenum"><a name="Strona_89" id="Strona_89">[Str. 89]</a></span></p>
+
+<p>Dyńdzio zajmował dwie facyatki położone
+na drugiem piętrze, i&nbsp;domowi, chcąc
+unikać wymówienia imienia najstarszego
+z rodu, nazywali locum Kundla „górą”.</p>
+
+<p>Matka jednak wzruszała ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie coś nabroił lub chce coś
+uzyskać&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła smutnym głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No!... kto wie! kto wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;protestował
+ojciec,&nbsp;&mdash;&nbsp;może się wreszcie upamięta
+i przestanie zatruwać nam życie.</p>
+
+<p>Matce łzy stawały w&nbsp;oczach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj Boże!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadała wzdychając.</p>
+
+<p>Lecz nie łudziła się wcale.</p>
+
+<p>Wiedziała co znaczy to „upamiętanie”.
+Wszakże i&nbsp;ona niejednokrotnie została
+w ten sposób przez syna zwiedziona. Nawskróś
+religijna, mająca w&nbsp;sobie ślepą
+wiarę i&nbsp;poszanowanie praktyk religijnych,
+konfesyonałem, kazaniem chciała wpłynąć
+na rozhukanego chłopca. Kundel odrazu
+zrozumiał, że z&nbsp;tej naiwnej i&nbsp;pełnej
+adoracyi duszy&nbsp;&mdash;&nbsp;może wyciągnąć dla
+siebie korzyści.<span class="pagenum"><a name="Strona_90" id="Strona_90">[Str. 90]</a></span></p>
+
+<p>I powoli wprowadził system dziwny
+a przyjęty przez matkę, która w&nbsp;żarliwości
+swojej stała się źródłem wyzysku.</p>
+
+<p>Każdą wysłuchaną mszę, każdą spowiedź,
+otrzymane rozgrzeszenie, odprawioną
+pokutę, każdą bytność na kazaniu&nbsp;&mdash;&nbsp;opłacała
+pewną umówioną kwotą pieniędzy.</p>
+
+<p>Gdy Kundel zanurzył swój rozczochrany
+łeb w&nbsp;cienie konfesyonału, biedna
+kobieta padała na kolana, modląc się żarliwie
+o „oświecenie nieszczęśliwego”.</p>
+
+<p>Lecz ten „nieszczęśliwy”, plotąc księdzu
+niestworzone brednie, wyjawiając wątpliwości,
+od których włosy spowiednikowi
+stawały po prostu na głowie, obliczał
+w myśli, ile to nocy bezsennych za otrzymane
+od matki pieniądze w&nbsp;murach knajpy
+przepędzi.</p>
+
+<p>I długo włóczył się tak po kościołach,
+będąc postrachem księży, którzy zobaczywszy
+przystępującego do kratek Kundla,
+czuli krew bijącą im do głowy. Na
+mszach porannych widzieć go można było
+drzemiącego obok rozmodlonej matki z<span class="pagenum"><a name="Strona_91" id="Strona_91">[Str. 91]</a></span>
+oczyma zaczerwienionemi jak u&nbsp;królika,
+z rękami brudnemi i&nbsp;koszulą pomiętą.</p>
+
+<p>Czasem, wpadłszy w&nbsp;dobry humor, „fiksował”
+jaką „zamodloną” dewotkę, lub gasił
+świece defilującemu bractwu.</p>
+
+<p>Wreszcie matka zrozumiała, że każda
+spowiedź Kundla, każda msza jest tylko
+dla chłopca źródłem wyzysku a&nbsp;pieniądze
+otrzymywane dają mu możność do pogrążania
+się w&nbsp;coraz większej rozpuście. Zamknęła
+kieszeń i&nbsp;od tej chwili, gdy Kundel
+zapowiadał poprawę, wiedziała czego
+się trzymać w&nbsp;takich razach.</p>
+
+<p>Ojciec łudził się jeszcze. Gdy Dyńdzio
+z wielką pompą wchodził do jego kancelaryi
+i zabierał librę papieru, kilka piór
+i pakę bibuły, ojciec pytał go, w&nbsp;jakim
+celu bierze te foliały.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idę pracować&nbsp;&mdash;&nbsp;będę robić notatki
+z „Naukowych podstaw krytyki literackiej”
+Hennequina, lub ocenię którą z&nbsp;tragedyj
+Sofoklesa&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał Kundel, stawiając
+ostrożnie nogi obute w&nbsp;stare kalosze,
+które jak dwie plamy rozlewały się na jasnem
+tle dywanu.<span class="pagenum"><a name="Strona_92" id="Strona_92">[Str. 92]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sofoklesa?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał ojciec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hm!... tak, jeśli będą tego warte.
+Nie wiem jeszcze. Być może, iż sam coś
+napiszę, bo coś mi się w&nbsp;głowie... kiełbasi!
+Zresztą, pracować będę do rana. Dobranoc
+ojcu!</p>
+
+<p>I wychodził powłócząc nogami, a&nbsp;zamknąwszy
+drzwi za sobą, uśmiechał się złośliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stary jest wzięty... pojutrze można
+się lansować&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;beknie i&nbsp;to dobrze!</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Lecz Kundel miał także w&nbsp;głębi duszy
+swojej kącik poetyczny, w&nbsp;którym rosła
+błękitna niezabudka sentymentalizmu.
+Kundel był kochliwy i&nbsp;jak wszyscy
+„przeżyci”&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;miłościach swoich dążył
+do ideału. Ideał to był zupełnie odrębny
+od ideału Danta i&nbsp;Petrarki, lecz mimo to
+nie przestał być ideałem, w&nbsp;którym Dyńdzio
+czerpał natchnienie i&nbsp;siłę do życia.
+Dyńdzio cieszył się takim wstrętem mieszkanek
+miasteczka, że dość było dla kobiety<span class="pagenum"><a name="Strona_93" id="Strona_93">[Str. 93]</a></span>
+ujrzeć na ulicy Kundla, aby mieć
+humor popsuty na dzień cały.</p>
+
+<p>Kundel nie martwił się tem wcale.
+Nienawidził kobiet dobrze ubranych i&nbsp;jako
+tako wychowanych. W&nbsp;knajpie, po opiciu
+się odpowiednią ilością piwa&nbsp;&mdash;&nbsp;brutalnie
+zdzierał z&nbsp;każdej „damy” kryjące obsłony
+i z&nbsp;cynizmem najwyższym obrzucał ją wyrazami
+pogardy i&nbsp;szyderstwa. Dla niego
+istniała tylko „natura” w&nbsp;postaci rozczochranych
+dziewczyn, którym jego małoruska
+haftowana koszula imponowała
+a plugawy żargon przypominał ciemne
+zaułki, wśród jakich młodość spędziły.</p>
+
+<p>Do takich więc „ideałów” Dyńdzio pisywał
+ody, maczając palec w&nbsp;piwie i&nbsp;kreśląc
+słowa na marmurze stołu. Gdy blady
+świt kładł im wszystkim na czoła zielonawe,
+trupie tony&nbsp;&mdash;&nbsp;Kundel deklamował:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">Niekiedy blada Wenus z&nbsp;mdławym blaskiem w&nbsp;oku<br /></span>
+<span class="i0">Schodzi tu na ziemię w&nbsp;latarnianym zmroku.<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Dziewczyny zanosiły się od śmiechu.</p>
+
+<p>Ten Kundel! a&nbsp;niechże go! a&nbsp;to je
+wyzywał. Lecz on przygasłemi oczami<span class="pagenum"><a name="Strona_94" id="Strona_94">[Str. 94]</a></span>
+spoglądał na nie, jakby ze smutkiem i&nbsp;sącząc
+z kufla resztki piwa, bełkotał:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">I uniesioną suknię wpół rozmyślnie szasta,<br /></span>
+<span class="i0">Ukazując światu brudnych pończoch parę...<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Zwykle Dyńdzio kochał którąkolwiek
+z tych dziewczyn, kochał po swojemu, tyranizując
+i maltretując bez litości. Gdy
+przyszła kolej na Resię, Kundel odmienił
+swój system postępowania. Resia przypadła
+mu do gustu i&nbsp;cygańska natura kobiety
+zlała się wybornie z&nbsp;brutalnem usposobieniem
+chłopca. Podbita jego trywialną
+a chwilami znów sentymentalną namiętnością,
+Resia zachwycała się Dyńdziem i&nbsp;dozwalała
+mu na wszelkie wybryki.</p>
+
+<p>Były chwile, w&nbsp;których Kundel nazywał
+Resię „nikczemną żydówką”&nbsp;&mdash;&nbsp;po to,
+aby po kwadransie nadawać jej miano
+Fryny i&nbsp;wycinać z&nbsp;jej wykoszlawionych
+bucików greckie sandały. Poczem mówił
+jej wiele o&nbsp;potrzebie kształcenia umysłu
+i obiecywał dać jej nauczyciela angielskiego,
+gimnastyki i&nbsp;gry na cytrze. Najczęściej
+następowała później mała nauczka<span class="pagenum"><a name="Strona_95" id="Strona_95">[Str. 95]</a></span>
+moralna, w&nbsp;której „Kundel” wykładał
+zdziwionej i&nbsp;drapiącej się w&nbsp;łydkę Resi,
+że są pewne warunki, z&nbsp;któremi szanująca
+swą godność kobieta liczyć się powinna
+a właśnie ona zdaje się urągać społeczeństwu
+i w&nbsp;skutek tego może doznać
+w przyszłości zmartwień i&nbsp;upokorzeń. On,
+Dyńdzio&nbsp;&mdash;&nbsp;jest wprawdzie wolny od przesądów
+i bez kwestyi „szanuje” w&nbsp;niej kobietę,
+ale właśnie dla tego pragnie, aby
+cały świat ją szanował. Gdy Resia opornie
+przyjmowała podobne słowa i&nbsp;w trakcie
+podobnej perory oddawała się sportowi
+dłubania szpilką w&nbsp;uchu, Kundel dla
+poparcia swych argumentów uderzał ją
+pięścią w&nbsp;głowę, co wywoływało oczekiwany
+skutek.</p>
+
+<p>Kundel obdarzał Resię prezentami i&nbsp;od
+czasu do czasu znosił do mieszkania
+swej ulubionej najdziwaczniejsze przedmioty
+pochwytane na kredyt po sklepach,
+w których przez wzgląd na rodziców kupcy
+nie śmieli Dyńdziowi czegokolwiek odmówić.
+W ten sposób Resia posiadała siedem
+par szelek, cztery pary kaloszy, trzy<span class="pagenum"><a name="Strona_96" id="Strona_96">[Str. 96]</a></span>
+spluwaczki, cztery brzytwy, jedenaście
+pędzli do rozrabiania mydła i&nbsp;olbrzymi
+teleskop. Żywiła się przeważnie sardynkami,
+rodzynkami, paloną kawą, pieprzem
+tureckim i&nbsp;musztardą. Nauczyła się palić
+papierosy a&nbsp;nawet żuła tytoń jak stary
+turkos.</p>
+
+<p>Tego rodzaju wspaniałe „utrzymanie”
+zaczęło jednak powoli niewystarczać Resi.
+Kundel imponował jej ciągle&nbsp;&mdash;&nbsp;zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+nawet teraz kiedy wymyślał światłocienie
+i opowiadał, że użyje ją do „plein-air'u”,
+od którego świat „zdesenieje”,
+Resia zapominała o&nbsp;pieczeniu jabłek i&nbsp;cała
+zasłuchana kucała u&nbsp;kolan Dyńdzia wyciągniętego
+niedbale na koszlawem krzesełku.
+Ale... Dyńdzio od pewnego czasu
+przynosił już same słoiki musztardy,
+a w&nbsp;dzień urodzin Resi obdarzył ją męzkiem
+siodłem, więc dziewczyna powoli zaczynała
+się niecierpliwić. W&nbsp;dodatku Dyńdzio,
+w celu rozświetlenia umysłu swej
+Fryne i&nbsp;uczynienia z&nbsp;niej Lais miasta&nbsp;&mdash;&nbsp;przynosił
+znudzonej dziewczynie tłomaczenia
+rozmaitych francuzkich romansów,<span class="pagenum"><a name="Strona_97" id="Strona_97">[Str. 97]</a></span>
+w których imaginacya autorów wraz z&nbsp;potwornością
+fabuły walczyła o&nbsp;lepsze. Resia
+czytała te opisy wonnych buduarów
+wypikowanych atłasem, tonących w&nbsp;półcieniu
+sypialni, nocnych lamp kryształowych
+migocących w&nbsp;przestrzeni.</p>
+
+<p>Dyńdzio dopełniał reszty. Wieczorem
+puszczał wodze swej sentymentalności
+i tak we dwoje wśród brudu, porozlewanej
+wody, połamanych grzebieni i&nbsp;dziurawych
+krzeseł, galopowali myślą w&nbsp;sferę woni,
+połysku jedwabiu i&nbsp;bladych barw abażurów.</p>
+
+<p>Wreszcie doszło do takiego naprężenia
+sytuacyi, iż Resia, zjadłszy dwa słoiki musztardy
+i trzy stare bułki, włożywszy spódnicę
+praną przed pięcioma miesiącami&nbsp;&mdash;&nbsp;zeskoczyła
+z sofy i&nbsp;stanąwszy w&nbsp;lufciku
+powiedziała z&nbsp;mocą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Muszę zrobić karyerę!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Kiedy te słowa posłyszał wieczorem,
+Kundel roztworzył szeroko oczy i&nbsp;wydął
+wargi.<span class="pagenum"><a name="Strona_98" id="Strona_98">[Str. 98]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tego ci się zachciewa?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Lecz Resia dnia tego nie była usposobioną
+do żartów.</p>
+
+<p>Zmarszczyła brwi, zatopiła popękane
+z odmrożenia ręce w&nbsp;rozczochrane włosy
+i nie odpowiedziała ani słowa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóżeś się tak nadęła jak pluskwa
+w maśle?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał Dyńdzio.</p>
+
+<p>Milczenie.</p>
+
+<p>Dyńdzio począł się niecierpliwić.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chcesz zrobić karyerę, a&nbsp;cóż to...
+mała karyera, jaką masz teraz?</p>
+
+<p>Resia wykrzywiła usta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;jej!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła wreszcie,&nbsp;&mdash;&nbsp;co
+mi z&nbsp;tego. Mieszkam jak śledziarka...
+a czem żyję, to już wstyd powiedzieć...</p>
+
+<p>Dyńdzio machnął ręką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To wszystko marność, widzisz serce
+to grunt...</p>
+
+<p>Resia zamilkła i&nbsp;znów kiwała się długą
+chwilę, wpatrzona w&nbsp;odrapane ściany
+swego pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chciałabym&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczęła znów powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;chciałabym
+mieć dywan na podłodze<span class="pagenum"><a name="Strona_99" id="Strona_99">[Str. 99]</a></span>
+i atłasową kołdrę, i&nbsp;samowar na
+szafie, i&nbsp;komodę, i&nbsp;firanki, i&nbsp;taką lampę
+u sufitu z&nbsp;kolorowem szkiełkiem. Aj, aj!
+o!... tobym chciała mieć!...</p>
+
+<p>Cmoknęła ustami i&nbsp;znów zakołysała
+się, obejmując nagiemi ramiony swe
+kolana ledwo okryte cienką spódnicą.</p>
+
+<p>Słaby blask płonącej na stoliku świeczki
+żółtawą linią oznaczał jej kontury.
+Miała w&nbsp;tej niedbałej pozie, w&nbsp;tym skurczu
+całej postaci, coś z&nbsp;owych żydówek
+tkwiących w&nbsp;piasku pustynnym.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Och ty puchu marny!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+wreszcie z&nbsp;pogardą.</p>
+
+<p>Resia wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żebym ja puchem była&nbsp;&mdash;&nbsp;to dawnobym
+z siebie pierzynę zrobiła&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła
+sentymentalnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc bogactw ci się zachciewa, ty
+kruku żydowski?&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął Dyńdzio,&nbsp;&mdash;&nbsp;bogactw?
+Wschodniego zbytku? Nie wystarcza
+ci skromny dobrobyt, jakim cię
+otoczyłem? Dobrze&nbsp;&mdash;&nbsp;poznasz więc udrękę
+bogactwa! Pęknę w&nbsp;czternaście kawałków,
+jeśli od dziś za miesiąc, ty cholero<span class="pagenum"><a name="Strona_100" id="Strona_100">[Str. 100]</a></span>
+azjatycka, nie będziesz mieć tu dywanów...
+dzieł sztuki i&nbsp;twego samowara
+bydlęcego na szafie!...</p>
+
+<p>Resia spojrzała na Dyńdzia z&nbsp;niedowierzaniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dyabeł wie czy to będzie, a&nbsp;tymczasem
+możebyś jutro mi coś przysłał do
+zjedzenia, bo ta musztarda już mi łokciem
+wyłazi!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho, córo Izraela! jutro ci przyślę
+trzy funty mydła, bo ojciec mi kredę
+na mydło otwiera. Pojutrze u&nbsp;nas
+goście, więc powiadają, że się umyć
+trzeba...</p>
+
+<p>Resia przysunęła się do krzesła Dyńdzia,
+nie wstając z&nbsp;klęczek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty i&nbsp;tak ładny, Kundlu!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+mrużąc oczy i&nbsp;przeginając się jak
+kotka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To się wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł Kundel, wyciągając
+swe brudne ręce i&nbsp;kładąc je na
+wspaniałych ramionach klęczącej u&nbsp;stóp
+jego żydówki.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_101" id="Strona_101">[Str. 101]</a></span></p>
+
+<p>W miesiąc później rodzice Kundla
+wyjeżdżali na letnie mieszkanie.</p>
+
+<p>W domu pozostawał Dyńdzio i&nbsp;stary
+stróż.</p>
+
+<p>Ojciec po dwutygodniowym na wsi odpoczynku
+miał powrócić do miasta i&nbsp;objąć
+nadal swe zajęcia biurowe.</p>
+
+<p>Rano odjechali wszyscy, odprowadzeni
+nawet na pociąg przez Dyńdzia, który od
+tygodnia zachowywał się przyzwoicie,
+prawie bez zarzutu.</p>
+
+<p>Nawet matka zaczęła się łudzić możliwością
+poprawy. Chciała mu na samem
+wyjezdnem zaproponować spowiedź,
+ale cofnęła się i&nbsp;postanowiła
+czekać.</p>
+
+<p>Kto wie, co się w&nbsp;tej mózgownicy
+gnieździło.</p>
+
+<p>Za to ojciec dał się unieść złudzeniu.
+Przestał nazywać syna „Kundlem” a&nbsp;
+natomiast mówił mu dobitnie „Dyonizy”!&nbsp;&mdash;&nbsp;lub
+„Synu”! Dał mu trochę pieniędzy,
+otworzył kredyt u&nbsp;krawca na
+dwa garnitury letnie i&nbsp;na wyraźne żądanie
+Dyńdzia sprawił mu pół tuzina koszul<span class="pagenum"><a name="Strona_102" id="Strona_102">[Str. 102]</a></span>
+z poczwórnemi gorsami. Lecz zdziwienie
+całego domu dobiegło szczytu,
+gdy Dyńdzio zażądał fularowych chustek
+do nosa, szkockich skarpetek, „Encyklopedyi”
+Orgelbranda i&nbsp;pasty do
+zębów. Czemprędzej udzielono mu żądanych
+przedmiotów i&nbsp;Kundel ostentacyjnie
+wycierał teraz nos w&nbsp;olbrzymie
+kolorowe fulary, które zawsze wyglądały
+mu ze wszystkich kieszeni
+ubrania.</p>
+
+<p>Skarpetki nosił także&nbsp;&mdash;&nbsp;wprawdzie
+w kieszeni, ale był to już stanowczy
+zwrot ku lepszemu, i&nbsp;gdy pociąg ruszył,
+ojciec wychylił się raz jeszcze, aby spojrzeć
+na Kundla stojącego przykładnie
+na peronie pomiędzy posługaczami i&nbsp;urzędnikami
+kolejowymi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stoi a&nbsp;nawet zdjął kapelusz i&nbsp;ku
+nam powiewał... O!... teraz, wyciągnął
+chustkę i&nbsp;ciągle macha!...&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił biedny
+ojciec do cisnącej się gromadki,&nbsp;&mdash;&nbsp;doprawdy,
+wygląda jak porządny
+człowiek.<span class="pagenum"><a name="Strona_103" id="Strona_103">[Str. 103]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto wie!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła matka,&nbsp;&mdash;&nbsp;może
+Bóg go wreszcie raczy...&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;ręką
+opiętą w&nbsp;ciemną rękawiczkę, kreśliła
+w powietrzu znak krzyża... ot... matka!</p>
+
+<p>Tymczasem Dyńdzio, postawszy jeszcze
+chwilę na dworcu, schował płachtę
+do kieszeni i&nbsp;szybko skierował się ku domowi.</p>
+
+<p>Wszedłszy do mieszkania, zamknął
+drzwi na klucz i&nbsp;zaczął systematycznie
+zdejmować ze ścian obrazy. Zdjęte
+składał na ziemi jedne na drugich, nie
+zważając, że ramy wpijają się kantami
+swemi w&nbsp;płótna i&nbsp;kaleczą, cenne oryginały
+i dobre kopie skrzętnie przez ojca
+zbierane.</p>
+
+<p>Potem przyszła kolej na dywany.</p>
+
+<p>W gabinecie ojca było kilka wschodnich
+makat, miękich, o&nbsp;wytwornych gustownych
+odcieniach. Makaty te Dyńdzio
+zerwał ze ścian i&nbsp;nie składając zwalił
+na obrazy. Poczem rzucił się ku portyerom.
+Oberwał je wraz ze strzałami, na
+których były zawieszone. Jedna ze
+strzał, spadając, uderzyła go boleśnie<span class="pagenum"><a name="Strona_104" id="Strona_104">[Str. 104]</a></span>
+w głowę, lecz on potarł tylko czuprynę
+i rzucił się do łóżek zdzierać kołdry i&nbsp;poduszki.</p>
+
+<p>Z tualetki matki porwał dwa kryształowe
+flakony, weneckie lustro, z&nbsp;małego
+saloniku japońskie maski, sztylety
+i dwa wypchane ibisy. Z&nbsp;kuchni zwlókł
+durszlak, patelnię, wałek do ciasta, samowar
+olbrzymi, mogący pomieścić do
+czterdziestu filiżanek, worek do piasku,
+kawał wosku od podłóg i&nbsp;dwie żelazne
+dusze. Pomieszał to wszystko z&nbsp;fajkami
+ojca, poduszką haftowaną, dziełem
+rąk sióstr, z&nbsp;koszykiem do robót matki,
+gustowną szyfonierką, zerwaną ze
+ściany i&nbsp;malowaną paterą na bilety wizytowe.</p>
+
+<p>Dopełniwszy tego dzieła, zwaliwszy
+jeszcze na całą kupę tych przedmiotów
+cztery wyzłacane krzesełka, wschodnie
+lustro, dwa pufy fortepianowe, prześliczną
+lampę, biuścik śmiejącego się dziecka,
+świecznik mosiężny żydowski i&nbsp;kilkanaście
+sztuk srebra stołowego, usiadł<span class="pagenum"><a name="Strona_105" id="Strona_105">[Str. 105]</a></span>
+Dyńdzio na tem wszystkiem i&nbsp;pogwizdując
+oczekiwał zmroku.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Gdy zmrok nadszedł, dwóch wynajętych
+posłańców przeniosło na tragach
+wszystkie te przedmioty do mieszkania
+Resi. Tragi eskortował Kundel, kroczący
+z dumą i&nbsp;spoglądający z&nbsp;góry na
+przechodzących. Wszyscy usuwali mu się
+z drogi, tylko stary stróż mruczał, otwierając
+bramę, lecz przed podniesioną laską
+panicza schował się czemprędzej do swej
+izdebki.</p>
+
+<p>Posłańcy śmieli się, dochodząc do
+mieszkania żydówki. Znali oni dobrze
+Kundla i&nbsp;wiedzieli, że „panicz znów coś
+ukuł”.</p>
+
+<p>Zapłaceni z&nbsp;góry, wrzucili wszystkie
+sprzęty do pokoju i&nbsp;życząc „dobrej
+nocy”&nbsp;&mdash;&nbsp;odeszli, śmiejąc się <a class="ins" href="#tnote_18" name="tAnchor_18" title="bezutannie">bezustannie</a>.</p>
+
+<p>Kundel zabrał się teraz do urządzenia
+pokoju Resi, która otworzywszy szeroko<span class="pagenum"><a name="Strona_106" id="Strona_106">[Str. 106]</a></span>
+oczy, przykucnęła na ziemi, oszołomiona
+widokiem tylu nieznanych dla niej
+przedmiotów.</p>
+
+<p>Wreszcie, ośmielając się powoli, wyciągnęła
+z pomiędzy portyer poduszki
+i oszalała z&nbsp;radości, poczęła je ciskać po
+pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;puchu! aj, aj!... z&nbsp;puchu!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała,
+gniotąc je w&nbsp;ręku i&nbsp;zanurzając
+twarz w&nbsp;szeleszczącą jedwabiem pościel.</p>
+
+<p>Na widok samowaru chwilę zamilkła,
+poczem podszedłszy ku niemu, z&nbsp;szacunkiem
+przyklękła i&nbsp;twarz swą rozpaloną
+do chłodnej blachy przykładać poczęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Same księżne takiego nie mają!&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptała
+drżącym ze wzruszenia głosem.</p>
+
+<p>Tymczasem Dyńdzio na brudnych odrapanych
+ścianach rozwieszał obrazy, wbijając
+z energią przyniesione w&nbsp;kieszeni
+haki. W&nbsp;braku młotka posługiwał
+się marmurowym przyciskiem przedstawiającym
+uśpioną Dyanę. W&nbsp;mdłym<span class="pagenum"><a name="Strona_107" id="Strona_107">[Str. 107]</a></span>
+blasku świecy zamajaczyła „Elegia” Siemiradzkiego,
+energiczna „Głowa starca”
+Kotsisa i&nbsp;zabieliło się ciało „Najady”
+Hennera.</p>
+
+<p>Ostatni obraz zwrócił uwagę Resi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Goła!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała, chichocząc się
+cicho.</p>
+
+<p>Lecz Dyńdzio pracował ciągle.</p>
+
+<p>Portyery wisiały krzywo, zakrywając
+drzwi wejściowe. Połowa tkaniny leżała
+na ziemi, maczając się w&nbsp;strudze wody,
+płynącej z&nbsp;rozbitego dzbanka.</p>
+
+<p>Na podłodze Kundel porozrzucał makaty,
+a rozsypane pod niemi węgle
+trzeszczały za każdym krokiem. Stara
+sofa została nakryta gobelinem, przedstawiającym
+Pallas Atenę, a&nbsp;złocone krzesełka
+stanęły dokoła stołu pokrytego batystową
+kapą ściągniętą z&nbsp;łóżka jednej
+z siostrzyczek.</p>
+
+<p>Durszlak, patelnię, wałek do ciasta&nbsp;&mdash;&nbsp;Resia
+poustawiała na komodzie wraz
+z flakonami kryształowemi i&nbsp;weneckiem
+lustrem.<span class="pagenum"><a name="Strona_108" id="Strona_108">[Str. 108]</a></span></p>
+
+<p>Zbytkowne wydanie „Pana Tadeusza”
+poszło dla braku miejsca pod szafę.
+Ten sam los spotkał wyborną kopię
+z Ary Scheffera i&nbsp;śliczną broń gallo-romańską.</p>
+
+<p>Wreszcie na łóżko Resi, rzucono poduszki
+oszyte cienką, nicianą koronką
+i na ciemnem z&nbsp;brudu prześcieradle rozłożono
+atlasową pąsową kołdrę&nbsp;&mdash;&nbsp;jeszcze
+wyprawną matczyną.</p>
+
+<p>Wreszcie Kundel zatarł ręce i&nbsp;czując
+się znużony, zasiadł z&nbsp;nogami na
+sofce, znacząc ślady błota na twarzy Pallady.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz... coś chciała&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł dobywając
+z kieszeni fajkę i&nbsp;zapalając ją ze
+smakiem.</p>
+
+<p>A Resia, leżąc na ziemi, z&nbsp;włosami
+rozczochranemi, z&nbsp;policzkami rozpalonemi
+tarzała się wśród makat, dotykając
+co chwila ręką samowaru i&nbsp;żydowskiego
+świecznika, który o&nbsp;mało ją nie wprawił
+w szaleństwo.<span class="pagenum"><a name="Strona_109" id="Strona_109">[Str. 109]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj!... takie bogactwa!...&nbsp;&mdash;&nbsp;mruczała
+cmokając.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W trzy tygodnie później, inna odbywała
+się scena.</p>
+
+<p>Ojciec Dyńdzia, powróciwszy do miasta,
+z najwyższem przerażeniem dostrzegł
+spustoszenia poczynione w&nbsp;mieszkaniu.
+Co więcej&nbsp;&mdash;&nbsp;Kundel od chwili powrotu
+ojca wcale się w&nbsp;domu nie pokazał.
+Zawezwana telegraficznie matka
+przyjechała i&nbsp;z pomocą stróża i&nbsp;owych
+posłańców odkryła miejsce, w&nbsp;którem
+mieściły się wyniesione z&nbsp;mieszkania
+przedmioty. Również domyślono się, że
+tam a&nbsp;nie gdzieindziej kryje się zapewne
+Kundel, obawiając się skutków swego
+zuchwalstwa.</p>
+
+<p>Rozpoczęło się parlamentowanie.</p>
+
+<p>Kundel, zaatakowany listem ojca,
+zagroził w&nbsp;razie użycia środków represyjnych,
+strzeleniem sobie w&nbsp;łeb.<span class="pagenum"><a name="Strona_110" id="Strona_110">[Str. 110]</a></span></p>
+
+<p>Serce rodziców zadygotało, postanowiono
+obniżyć kamerton i&nbsp;matka zaproponowała
+listownie ugodę pokojową.</p>
+
+<p>Kundel odpowiedział zimno i&nbsp;spokojnie,
+że po głębokim namyśle przychodzi
+do przekonania, iż rodzice nigdy
+nie zechcą go uważać za dojrzałego
+mężczyznę, który wie co robi i&nbsp;za każdy
+swój krok przed Bogiem i&nbsp;honorem odpowie.
+Że znudzony bezczynnością, powróciłby
+może na łono rodziny, ale tylko
+w tym razie, jeśli zapewniona mu zostanie
+stała miesięczna renta i&nbsp;za zwrócenie
+zabranych przedmiotów pewna suma pieniężna.</p>
+
+<p>Kilku dni ciągnęły się te pertraktacye
+pokojowe, a&nbsp;w miarę czasu rosły pretensye
+i zuchwalstwa Kundla. Matka płakała
+po kątach a&nbsp;ojciec targał wąsy, patrząc
+na opustoszałe ściany, w&nbsp;których
+tkwiły gdzieniegdzie haki lub zwieszały
+się porwane liny.</p>
+
+<p>Wreszcie dnia jednego zajechała z&nbsp;hukiem
+przed dom dorożka i&nbsp;wysiadł z&nbsp;niej
+Kundel, rozczochrany, obdarty, wychudły. <span class="pagenum"><a name="Strona_111" id="Strona_111">[Str. 111]</a></span>
+Na samym wstępie uderzył
+w głowę stróża, który go zdradził i&nbsp;wyjąwszy
+z dorożki „Elegię”, niebieską,
+szklaną miednicę i&nbsp;potrząsając włosami,
+które w&nbsp;przeciągu tych tygodni paru
+doszły do potwornych rozmiarów, wyrzekł:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jestem! zrobiłem co mi nakazano.
+Ponieważ jednak na tem wszystkiem
+ucierpiała najwięcej szacunku godna
+kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;muszę wynagrodzić jej
+krzywdę i&nbsp;prawdopodobnie się z&nbsp;nią...
+ożenię!</p>
+
+<p>A spojrzawszy tryumfalnie na zgnębionych
+temi słowy rodziców, wyszedł,
+powłócząc nogami i&nbsp;pakując ręce w&nbsp;kieszenie.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_112" id="Strona_112">[Str. 112]</a></span></p>
+<h2><a name="V" id="V"></a>V.</h2>
+
+<h2>Oślica.</h2>
+
+
+<p>Gorączkowo Honorka zaczęła spowijać
+kwilące cichutko dziecko.</p>
+
+<p>A wyciągając długi&nbsp;&mdash;&nbsp;na trzy łokcie
+powijak, mówiła ochrypłym głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodzi! chodzi! synulku!... pójdziemy
+na wesele twojego ojcaszka! Chodzi
+synulku, pójdziemy mu drużbować,
+ale nie ołtarz mu sprawimy, ni jakie weselenie,
+jeno łaźnię gorącą, że aż mu
+w piętach postygnie!</p>
+
+<p>Stojąca obok barłogu, na którym leżało
+dziecko&nbsp;&mdash;&nbsp;kuma Kazimierzowa zaczęła
+nagle szlochać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;bezbożnik! wydziwiacz, rozbijaka!
+taką ci uczciwą dziewczynę z&nbsp;dobrej drogi <span class="pagenum"><a name="Strona_113" id="Strona_113">[Str. 113]</a></span>
+sprowadził i&nbsp;teraz nijakiej pamięci
+o niej niema!...</p>
+
+<p>Honorka szarpnęła silnie powijak.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;On ci pamięci o&nbsp;mnie niema, ale ja
+go za to w&nbsp;pamięci mam i&nbsp;niech mi Pan
+Jezus i&nbsp;Matka Najświętsza ręce i&nbsp;nogi
+poułamuje, jeśli ja go do ołtarza dopuszczę!...
+Bezemnie i&nbsp;bez tę dziecinę
+przejść musi!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawdę masz!&nbsp;&mdash;&nbsp;przytakiwała kuma,
+obcierając łzy płynące gradem po
+tłustej i&nbsp;czerwonej twarzy&nbsp;&mdash;&nbsp;już ci takiej
+krzywdeczki to i&nbsp;Trójca Święta nie
+daruje. Ty się o&nbsp;swoje upomnij, Honorka,
+w twarz mu napluj&nbsp;&mdash;&nbsp;od młodej odciągnij
+a swego nie daruj!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;nie daruję!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła, zacinając
+zęby dziewczyna.</p>
+
+<p>Wzięła duży szmat barchanowy, który
+się suszył koło pieca i&nbsp;przytrzymawszy
+jeden koniec w&nbsp;zębach, dziecko nim owijać
+poczęła.</p>
+
+<p>Obracane jak piłka chłopię, żałośnie
+płakać poczęło.<span class="pagenum"><a name="Strona_114" id="Strona_114">[Str. 114]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho, psiakrew, chorobo jedna!
+a bodajżeś się zadławił własnym ozorem,
+ty kundlu zatracony! A&nbsp;bodaj cię
+mór wydusił!&nbsp;&mdash;&nbsp;wybuchnęła Honorka,
+drżąc prawie cała od wewnątrz tłumionej
+rozpaczy. I&nbsp;wstrząsnęła dzieckiem tak
+silnio, że aż jęknęło, jak dławione
+szczenię.</p>
+
+<p>Wówczas kobieta przypadła twarzą do
+barłogu i&nbsp;gryząc koc w&nbsp;nadmiarze rozpaczy
+wołała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;nie jęcz ty nad moją biedną
+głową&nbsp;&mdash;&nbsp;sieroto nieszczęśliwa... bo jeszcze
+mnie w&nbsp;zbrodnię jaką zepchniesz.</p>
+
+<p>Kuma Kazimierzowa pochyliła się nad
+klęczącą kobietą.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_19" name="tAnchor_19" title="&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko dziecku">&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko, dziecku</a>
+i nie wydziwiaj się nad tym robakiem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bez niego to wszystko, bez niego!</p>
+
+<p>Kazimierzowa wzruszyła ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oj ty oślico!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła z&nbsp;powagą&nbsp;&mdash;&nbsp;jakto:
+bez niego te rzeczy się dzieją?
+Czy to on ci się kazał z&nbsp;tym pędziwiatrem
+wdawać? A&nbsp;toć jego robaka <span class="pagenum"><a name="Strona_115" id="Strona_115">[Str. 115]</a></span>
+na świecie wtedy nie było, jakeście
+się złazili to w&nbsp;piwnicy, to w&nbsp;komórkach!</p>
+
+<p>I odebrawszy dziecko z&nbsp;rąk Honorki,
+sama je spowijać i&nbsp;ubierać zaczęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie w&nbsp;tem rzecz, aby nad niewiniątkiem
+pomstować&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnęła nosowym,
+monotonnym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;ale w&nbsp;tem,
+rzecz, ażeby na czas do kościoła trafić
+i panu młodemu drogę mądrze zajść.&nbsp;&mdash;&nbsp;Słyszysz?</p>
+
+<p>Honorka klęczała wciąż koło tapczana,
+mnąc w&nbsp;wychudłych rękach potargany
+i zniszczony kocyk. Z&nbsp;małego okienka
+umieszczonego wysoko w&nbsp;ścianie, tuż po
+nad posłaniem, płynęła jasna struga światła
+i biła wprost na twarz dziewczyny
+zniszczonej słabością i&nbsp;zgryzotą, która jej
+duszę szarpała.</p>
+
+<p>Nie odpowiedziała wprost na zapytanie
+kumy lecz ściągając brwi, przez ściśnięte
+zęby wyszeptała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję! nie daruję!...<span class="pagenum"><a name="Strona_116" id="Strona_116">[Str. 116]</a></span></p>
+
+<p>Kazimierzowa skończyła ubieranie
+dziecka i&nbsp;zdjąwszy z&nbsp;kołka ciemną chustkę
+na plecy Honorki narzuciła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodzi!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła&nbsp;&mdash;&nbsp;chodzi, już
+czas!</p>
+
+<p>Po twarzy dziewczyny przemknął, jakby
+cień przestrachu. Przymknęła oczy
+i pozostała chwilę nieruchoma, jakby do
+tapczanu przykuta. Kuma już stała owinięta
+w chustkę, gotowa do drogi, huśtając
+lekko kwilące dziecko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Honorko! cóżeś tak przykucła? Jak
+chcesz szkandał zrobić&nbsp;&mdash;&nbsp;to duchem nam
+iść trza. Już czas!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chwilę jeszcze, kumo!&nbsp;&mdash;&nbsp;prosiła
+Honorka&nbsp;&mdash;&nbsp;czegosić mnie teraz lęk
+ogarnia!</p>
+
+<p>Kazimierzowa żachnęła się z&nbsp;gniewu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty oślico cholerna!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała,
+kładąc dziecko na tapczan&nbsp;&mdash;&nbsp;ty nad tym
+robaczątkiem nijakiego „litosierdzia”
+niemasz! Toć na całe już życie przepadła
+ci wszystko, boć „hunor” i&nbsp;cnotę
+w oczach ludzkich ten zgniłek ci odebrał
+a dzieciaka na rękę ci rzucił i&nbsp;troskać <span class="pagenum"><a name="Strona_117" id="Strona_117">[Str. 117]</a></span>
+się o&nbsp;niego kazał. Jak się „obżeni”
+tyle już prawa do niego nie masz! Już ci ni
+Bóg, ni ksiądz żadnej sprawiedliwości nie
+da. Jak żeniaty, to od wszystkiego
+ochronny! Ale ty od pędraka byłaś oślicą
+i słusznie cię nieboszczka matka tak
+przezwała! No! czy to nie oślica?&nbsp;&mdash;&nbsp;kiedy
+jeszcze może co na swą stronę wyciągnąć...
+to kuca i&nbsp;mówi, że boja ma! Oj
+oślica ty! oślica!..</p>
+
+<p>Honorka podniosła się z&nbsp;ziemi i, schwyciwszy
+dziecko na rękę, ku drzwiom szybko
+posunęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła krótko, drzwi
+od stancyi kopnięciem nogi otwierając.</p>
+
+<p>Oczy jej się świeciły, usta miała znów
+zaciśnięte i&nbsp;zębami przygryzione.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nareszcie!&nbsp;&mdash;&nbsp;zamruczała kuma, zamykając
+drzwi na kłódkę&nbsp;&mdash;&nbsp;aby go tylko
+dobrze po mordzie sprała i&nbsp;publikę
+zrobiła!...</p>
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_118" id="Strona_118">[Str. 118]</a></span></p>
+<hr class="in" />
+
+<p>Nieszpory się skończyły, lecz świece
+przy wielkim ołtarzu gorzały wciąż, oblewając
+żółtym, migocącym blaskiem zczerniałe
+płótno, z&nbsp;którego bieliło się ciało
+Jezusa zawieszonego na krzyżu.</p>
+
+<p>Pomiędzy „wiernymi”, przepełniającymi
+lakierowane ławki, zapanował ruch
+i ożywienie wielkie.</p>
+
+<p>Jedna „siostra”&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytywała drugą&nbsp;&mdash;&nbsp;dlaczego
+nie gaszą świec, skoro już
+wszystkie piękne pieśni zostały wyśpiewane.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zdaje się ślub jeszcze będzie&nbsp;&mdash;&nbsp;doszedł
+szept z&nbsp;ławek zajmowanych przez
+mężczyzn.</p>
+
+<p>Kobiety wdzięcznie pochyliły głowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękujemy! dziękujemy!&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;czyj!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Subiekta z&nbsp;cukierni i&nbsp;córki kolejnika!</p>
+
+<p>Wszyscy zaszemrali zadowoleni.</p>
+
+<p>Warto zostać, taki ślub, to już parada.
+Kolejarze wiadomo, lubią wszystko
+z pompą&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;taki subiekt z&nbsp;cukierni to
+„osoba”.<span class="pagenum"><a name="Strona_119" id="Strona_119">[Str. 119]</a></span></p>
+
+<p>Tymczasem kościelny wyniósł dwie poduszki
+i przykląkłszy, układać je począł
+na stopniach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poduszki!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaszemrano na ławkach.</p>
+
+<p>Lecz znów mężczyźni udzielają informacyj
+bliższych co do osoby pana młodego.</p>
+
+<p>Kobiety składają z&nbsp;westchnieniem
+książki i&nbsp;owijając na rękach długie
+różańce, wyciągają szyje&nbsp;&mdash;&nbsp;ciekawe,
+żądne wiadomości o&nbsp;tych ludziach, którzy
+za chwil kilka, jak papugi, powtarzać
+będą słowa sakramentalnej przysięgi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Więc cóż? cóż&nbsp;&mdash;&nbsp;pyta jedna przez
+drugą.</p>
+
+<p>Pan młody&nbsp;&mdash;&nbsp;tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;zapewne, człowiek
+bardzo uczciwy, porządny, uczony
+nawet&nbsp;&mdash;&nbsp;zdolny, ma jakieś oszczędności.
+Kto wie! może niedługo założy
+i cukiernię. Z&nbsp;takiemi jak on „głowaczami”
+to wszystkiego spodziewać się
+można.<span class="pagenum"><a name="Strona_120" id="Strona_120">[Str. 120]</a></span></p>
+
+<p>Kobiety kiwają głowami, nagle spoważniałe,
+jakby ta dobra opinia, którą
+się cieszy ów subiekt, przejęła je szacunkiem
+i powagą. Kościelny wnosi kropidło
+i naczynie z&nbsp;wodą święconą.</p>
+
+<p>W ławkach powstaje znów szmer.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kropidło!... patrzcie kropidło!..</p>
+
+<p>Ale już dwa ścieśnione szeregi ustawiają
+się wzdłuż ławek, tworząc rodzaj
+alei bramowanej ludźmi. Aleja ta, od
+balustrady przeciąga się aż ku drzwiom
+głównym, które zakrystyan w&nbsp;tej chwili
+na oścież otwiera. Turkot powozów,
+hałas uliczny, cały szum letniego, niedzielnego
+popołudnia wpada nagle w&nbsp;wilgotną
+ciszę kościoła.</p>
+
+<p>Przez kolorowe szyby wpadające promienie
+słońca kładą kolorowe plamy na
+głowach i&nbsp;grzbietach ludzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjechali! przyjechali!&nbsp;&mdash;&nbsp;dochodzi
+wołanie z&nbsp;tłumów zalegających stopnie
+perystylu.</p>
+
+<p>Jest to jednak fałszywy alarm.<span class="pagenum"><a name="Strona_121" id="Strona_121">[Str. 121]</a></span></p>
+
+<p>W progu kościelnym ukazuje się drużba
+w świecącym cylindrze i&nbsp;jasnem palcie
+narzuconem na ramiona. Dumny
+jest i&nbsp;wąsy ma podfryzowane żelazkiem
+fryzyerskiem. Stojąc w&nbsp;progu kościoła
+ogarnia jednym rzutem oka całą przestrzeń.
+Mrużąc oczy, zda się chce policzyć
+świece płonące na ołtarzu, poczem
+szybko, zaaferowanym krokiem przebiega
+wązkie przejścia pozostawione wśród
+tłumu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Drużba! drużba!&nbsp;&mdash;&nbsp;szemrze tłum,
+popychając się i&nbsp;wyciągając szyje za
+znikającym we drzwiach zakrystyi mężczyzną.</p>
+
+<p>Znów nowy napływ ciekawych tłoczy
+się pomiędzy bocznemi filarami kościelnej
+nawy. Pełno już jest i&nbsp;gwarno, kobiety
+półgłosem powtarzają sobie plotki
+o rodzinie panny młodej. Plotki te wyrastają
+z pod ziemi; służą do zabicia czasu
+i skracają nudy oczekiwania.</p>
+
+<p>Koło drzwi wchodowych słychać przyciszone
+uśmiechy. Jakiś żartowniś opowiada
+dziwy o&nbsp;samej pannie młodej.<span class="pagenum"><a name="Strona_122" id="Strona_122">[Str. 122]</a></span>
+Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;podobno jakiś hrabia dołożył
+do posagu kilka tysięcy&nbsp;&mdash;&nbsp;ot! z&nbsp;przyjaźni
+dla ojca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Hrabia dla konduktora?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co pan chcesz, dziś takie czasy...</p>
+
+<p>I śmiechy zaczynają się w&nbsp;najlepsze,
+starsze kobiety sznurują usta i&nbsp;spuszczają
+oczy.</p>
+
+<p>Takie nieskromności w&nbsp;świętem miejscu,
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;ci mężczyźni już żadnej
+wiary w&nbsp;sercach nie mają!</p>
+
+<p>Lecz śmiechy milkną, bo w&nbsp;progu pojawia
+się nagle Honorka z&nbsp;dzieckiem na
+ręku, w&nbsp;asystencyi Kazimierzowej.</p>
+
+<p>Pojawienie się dwóch kobiet nie byłoby
+rzeczą niezwykłą, lecz Honorka, z&nbsp;której
+głowy spadła chustka, z&nbsp;twarzą pokrytą
+purpurowemi plamami z&nbsp;pasmami
+włosów potarganych nad czołem, i&nbsp;z konwulsyjnie
+zaciśniętemi wargami, wnosi
+z sobą jakąś ponurą grozę, która wydzielając
+się z&nbsp;jej całej postaci, każe zwrócić
+na dziewczynę oczy tłumu.<span class="pagenum"><a name="Strona_123" id="Strona_123">[Str. 123]</a></span></p>
+
+<p>Kazimierzowa oddała jej przed kościołem
+dziecko&nbsp;&mdash;&nbsp;uznając za stosowne, aby
+matka z&nbsp;dzieckiem pojawiła się przed
+wszystkimi, i&nbsp;tak stoi teraz Honorka, cisnąc
+gorączkowo milczące dziecko do piersi,
+stoi jak przykuta w&nbsp;progu, podniecając
+się w&nbsp;energii i&nbsp;rozpaczy, która jej biedną
+duszę szarpie.</p>
+
+<p>Oczy ma suche, bez łez, podsiniałe
+i z&nbsp;osłabienia prawie zezem patrzące.</p>
+
+<p>Stoi i&nbsp;zda się niedostrzegać tłumu,
+który zbitą masą dokoła niej szemrze,
+z zwierzęcą ciekawością rzucając się
+na nową zdobycz. Lecz Kazimierzowa
+nie zasypia sprawy. Na widok oświeconego
+ołtarza oczy kumy nabiegają łzami.
+Poprawia chustkę i&nbsp;kiwa głową żałośnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczyna z&nbsp;początku
+stłumionym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;przyszliśmy do Pana
+Jezusa po sprawiedliwość i&nbsp;sąd Jego
+najświętszy! A&nbsp;niechże On naszą sprawę
+rozsądzi i&nbsp;nad sierotami zmiłowanie
+okaże!</p>
+
+<p>Tłum węchem przeczuwa skandal.<span class="pagenum"><a name="Strona_124" id="Strona_124">[Str. 124]</a></span></p>
+
+<p>Ten i&nbsp;ów przysuwa się do Honorki,
+stojącej ciągle w&nbsp;progu z&nbsp;dzieckiem na
+ręku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;cóż to się wam krzywda jaka
+stała?</p>
+
+<p>Kazimierzowa znów głos zabiera:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stała nam się krzywda ciężka, bo
+oto tę sierotę, co tu stoi, ten dzisiejszy
+pan młody sposponował, cnotę jej wydarł,
+żenić się przyrzekał i&nbsp;oto teraz
+z pędrakiem porzucił jak psa na rozstaju!...</p>
+
+<p>W tłumie zaszemrano i&nbsp;uciszono się
+nagle. Jakieś zimno smutku i&nbsp;kobiecej
+niedoli powiało nagle nad głowami obecnych.</p>
+
+<p>Mężczyźni instynktownie kurczyli się
+i pochylali głowy, kobiety otwierały szeroko
+oczy, wpatrując się w&nbsp;dziewczynę
+i w&nbsp;dziecko, które zdawało się być umarłem,
+tak leżało cicho wśród szmat i&nbsp;fałd
+chustki matczynej.</p>
+
+<p>Lecz kuma nabierała coraz większej
+śmiałości i&nbsp;pewności siebie.<span class="pagenum"><a name="Strona_125" id="Strona_125">[Str. 125]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ino... nie po co my innego przyszły,
+ino po to, aby pannie młodej się
+sprezentować, publikę zrobić i&nbsp;nie dopuścić,
+aby ten wyrwipięta obżenił się na
+uczciwą wiarę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze robicie!&nbsp;&mdash;&nbsp;podparła jakaś
+podeszła jejmość&nbsp;&mdash;&nbsp;dobrze robicie, takiemu
+się przepuścić nie godzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!&nbsp;&mdash;&nbsp;dorzucił siwy mieszczanin&nbsp;&mdash;&nbsp;zasługuje
+lekkomyślny człowiek
+na karę. Powinna go spotkać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;spotka&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała kumcia, składając
+palce&nbsp;&mdash;&nbsp;jako ta dziewczyna przysięgała
+sobie, że go spierze i&nbsp;do ołtarza
+mu dostępu nie da. Co, Honorka? nie
+darujesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła zdławionym
+głosem dziewczyna.</p>
+
+<p>Lecz tu i&nbsp;owdzie przyciszone śmiechy
+odzywać się zaczęły. Już i&nbsp;u ołtarza wiedziano,
+że będzie „publika” i&nbsp;jakaś dziewczyna
+z dzieckiem ślub „aresztować”
+będzie.</p>
+
+<p>Uciecha więc wśród tłumu wzrosła
+i objawiła się dość głośno. Jakiś zmysłowy <span class="pagenum"><a name="Strona_126" id="Strona_126">[Str. 126]</a></span>
+prąd przebiegł nagle zgromadzonych
+ludzi i&nbsp;usta im do uśmiechu rozchylał.
+Kobiety patrzyły z&nbsp;pod oka,
+sznurując usta, lecz na odsłoniętych karkach
+czuły wzrastającą w&nbsp;mężczyznach
+gorączkę zmysłową. Rzec można, że od
+stojącej na progu dziewczyny z&nbsp;owocem
+swych nieuświęconych miłostek na ręku,
+biegły prądy ciepła i&nbsp;przenikały
+ciała cisnącego się tłumu. W&nbsp;ciszę
+i powagę kościelnych murów, jak tony
+miłosnej pieśni, wpadła ta cała gama
+cielesnych pożądań i&nbsp;zdała się burzyć
+spokój świątyni. Siedzące w&nbsp;kruchcie
+baby pozwijały różańce w&nbsp;drżących dłoniach.
+Święty Panie! taki „szkandał”
+w kościele! Tu i&nbsp;owdzie dowcipnisie żartować
+zaczynają.</p>
+
+<p>Tak! tak! orszak weselny już przybył.
+Nawet ten rak się troszkę pośpieszył...
+niewiadomo czy go prosili&nbsp;&mdash;&nbsp;ot!
+gość nieoczekiwany dla pana młodego!</p>
+
+<p>Kto wie! może młodzi będą kontenci,
+że przyszli ot tak&nbsp;&mdash;&nbsp;do gotowego, a&nbsp;może... <span class="pagenum"><a name="Strona_127" id="Strona_127">[Str. 127]</a></span>
+i panna młoda ze swej strony chowa
+jaką niespodziankę...</p>
+
+<p>Ten i&nbsp;ów ciśnie się przyjrzeć bliżej
+Honorce. Hm!... wychudła, źle zbudowana,
+głowa roztargana...</p>
+
+<p>Kobiety szepczą między sobą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mogła się choć uczesać uczciwie,
+kiedy szła na publikę między ludzi.</p>
+
+<p>Jakiś pan podszedł do niej i&nbsp;zajrzawszy
+jej w&nbsp;oczy, wyjmuje z&nbsp;kieszeni małą
+notatkę. Półgłosem zadaje dziewczynie
+zapytania, na które ona nie odpowiada
+wcale, patrząc ciągle w&nbsp;przestrzeń z&nbsp;pod
+brwi ostro ściągniętych. Pan ów, niezrażony
+milczeniem, nieodstępuje wszakże,
+tylko z&nbsp;kieszonki dobywszy ołówek,
+ślini go i&nbsp;coś w&nbsp;książeczce zapisuje.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gazetnik!... gazetnik!&nbsp;&mdash;&nbsp;szemrze
+tłum dokoła.</p>
+
+<p>Kazimierzowa uznaje za stosowne przemówić:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie w&nbsp;gazecie, ale tu na tablicy
+winna być wyryta opowieść o&nbsp;takim włóczydrągu,
+co uczciwe dziewczyny z&nbsp;dobrej
+drogi zmania!<span class="pagenum"><a name="Strona_128" id="Strona_128">[Str. 128]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nikt ją ta znów za łeb nie trzymał&nbsp;&mdash;&nbsp;wtrąca
+jakiś młody chłopak.</p>
+
+<p>Kazimierzowa obraca się jak na sprężynach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za łeb! za łeb!... takie niewolenie
+słodką mową i&nbsp;przysięganiem to gorsza,
+niż za łeb trzymanie!...</p>
+
+<p>Chłopak mlasnął językiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie trza było wierzyć!</p>
+
+<p>W tłumie powstał szmer.</p>
+
+<p>Nie wierzyć przysięganiu? A&nbsp;to coś nowego!
+Odkąd świat światem&nbsp;&mdash;&nbsp;Bóg przysięgania
+postanowił, a&nbsp;tych co krzywoprzysięgają
+ciężko karze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jeszcze przysięganie sierocie?&nbsp;&mdash;&nbsp;woła
+tryumfująco Kazimierzowa&nbsp;&mdash;&nbsp;sierotę
+ukrzywdzić, to jak obrus z&nbsp;ołtarza
+ściągnąć!</p>
+
+<p>Wymowa jej i&nbsp;łzy kapiące po twarzy
+podbijają powoli wszystkich. Teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;miejsce
+przed wielkim ołtarzem opustoszało
+zupełnie, wszyscy cisną się do
+drzwi wchodowych, zgorączkowani, podnieceni
+tą sceną, jaka wybuchnie za przybyciem
+państwa młodych. Tu i&nbsp;owdzie<span class="pagenum"><a name="Strona_129" id="Strona_129">[Str. 129]</a></span>
+stają na ławkach, zwłóczą z&nbsp;kątów krzesła,
+czepiają się chorągwi. Jasna, rozczochrana
+głowa Honorki stanowi teraz
+punkt świetlany, ściągający oczy całego
+tłumu żądnego widowiska, łaknącego
+skandalu, choćby zań kobieta łzami zapłacić
+miała!</p>
+
+<p>Honorka tymczasem stoi ciągle milcząca,
+niezdając się zwracać uwagi na
+zaciekawienie i&nbsp;wzruszenie, którego jest
+przyczyną. Wpatruje się w&nbsp;świece migoczące
+na ołtarzu i&nbsp;jak błyskawica tak
+przed nią przesuwa się rok ubiegły, w&nbsp;którym
+tyle bólu i&nbsp;smutku zaznała.</p>
+
+<p>Widzi pana Teodora, jak z&nbsp;za kontuaru
+rzuca na nią spojrzenia które niby
+ukrop w&nbsp;jej żyły wlewają. Gdy ją państwo,
+u których za młodszą służyła, posyłali
+po sucharki do herbaty, biegła
+z radością a&nbsp;przed drzwiami cukierni
+<a class="ins" href="#tnote_20" name="tAnchor_20" title="słała">stała</a> długo, nie mogąc ośmielić się wejść
+i przemówić do pana Teodora, który jak
+święty z&nbsp;obrazka wydawał jej się na tle
+błyszczących luster zdobiących półki bufetów.
+Imponował jej niezmiernie, pomimo <span class="pagenum"><a name="Strona_130" id="Strona_130">[Str. 130]</a></span>
+że Honorka do nieśmiałych dziewczyn
+nie należała wcale i&nbsp;niejednego
+„chłopa odstawiła” wcale tęgo, gdy na
+udry pomiędzy nimi poszło. Lecz wobec
+Teodora zapominała języka w&nbsp;gębie
+i stała tak przed kontuarem, cała w&nbsp;płomieniach,
+bełkocząc i&nbsp;siejąc po ziemi
+miedziaki trzymane w&nbsp;garści. On mrużył
+oczy, uśmiechał się, żartował&nbsp;&mdash;&nbsp;przyzwyczajony
+do dominowania nad kobietami,
+z niedbałością pięknego samca.
+I nawet później, gdy już posiadał ją
+o szarej godzinie wśród stęchlizny piwnicy
+lub duszącej atmosfery strychu,&nbsp;&mdash;&nbsp;Honorka&nbsp;&mdash;&nbsp;zawsze
+pozostawała nieśmiałą,
+przerażoną jego pięknością, zdławioną&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;
+oczyma łez pełnemi, nie śmiejąc
+poruszyć się, uczynić jednego giestu,
+odetchnąć głośniej. A&nbsp;gdy wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;porzucona,
+zapomniana przez swego uwodziciela,
+któremu oddała z&nbsp;jakąś pokorą
+klejnot swego dziewictwa, uczuła się
+matką&nbsp;&mdash;&nbsp;doznawała głuchej nienawiści,
+gniewu na samą myśl o&nbsp;tym człowieku.
+Nie napastowała go, nie chodziła za nim,<span class="pagenum"><a name="Strona_131" id="Strona_131">[Str. 131]</a></span>
+urodziła dziecko, zacisnąwszy zęby&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+w duszy swej zaczęła gromadzić całe
+morze jadu, które groziło lada chwila
+wylaniem.</p>
+
+<p>Kuma zawiadomiła go przecież o&nbsp;urodzeniu
+dziecka, lecz piękny subjekt
+mruknął coś tylko i&nbsp;wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>Gdy Kazimierzowa scenę tę przed
+barłogiem położnicy odtwarzała, Honorka
+wlepiła w&nbsp;nią oczy od gorączki błyszczące.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Łajdak!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła przez zaciśnięte
+zęby.</p>
+
+<p>Pierwszy to raz głośno wymówiła na
+niego obelgę.</p>
+
+<p>Umilkła, przerażona.</p>
+
+<p>Lecz powoli, podniecana przez Kazimierzową,
+dawała folgę swemu żalowi.
+Zapominała jak wyglądał sprawca jej
+nieszczęścia, niewidząc go tak dawno,
+nieodczuwała już przygniatającego wpływu,
+jaki wyższością swą, elegancyą
+i całem obejściem na nią wywierał.
+Rozpacz przepełniała jej serce i&nbsp;wstrząsała
+nią całą. Widok dziecka podniecał<span class="pagenum"><a name="Strona_132" id="Strona_132">[Str. 132]</a></span>
+ją. Chwilami zdawało jej się, że jest
+zdolna zamordować mężczyznę, który
+rzucał ją brutalnie o&nbsp;ziemię, aby później
+na wiadomość o&nbsp;jej nędzy i&nbsp;cierpieniu
+wzruszać ramionami z&nbsp;pogardą.
+„Ścierwo sobacze!”&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła, szarpiąc pazurami
+aż do krwi pierś swoją od pokarmu
+wzdętą&nbsp;&mdash;&nbsp;„zgiń! przepadnij! oślepnij!
+zgnij do kości!” Zdawało się jej, że
+miłość, jaką miała dla Teodora, wymarła
+w niej oddawna, że nic, prócz żalu, gniewu
+i nienawiści, nic już w&nbsp;głębi swej duszy
+nie chowa.</p>
+
+<p>Na wiadomość o&nbsp;ślubie subiekta, wybuchnęła
+wreszcie całą wściekłością, na
+jaką tylko cierpliwe i&nbsp;nieśmiałe istoty
+zdobyć się umieją.</p>
+
+<p>Kazimierzowa podsunęła jej myśl wstrzymania
+ślubu i&nbsp;zrobienia publicznego skandalu.
+Uczepiła się tego projektu natychmiast,
+gorączkując się, podniecając&nbsp;&mdash;&nbsp;przeklinając
+bezustannie. Ani jednej
+łzy nie miały jej oczy, chwilami
+zdawała się być obłąkaną.<span class="pagenum"><a name="Strona_133" id="Strona_133">[Str. 133]</a></span></p>
+
+<p>Teodor, którego kontury w&nbsp;jej wyobraźni
+zatarły się zupełnie, przedstawiał
+jej się jako zwierzę znienawidzone,
+wstrętne, plugawe, któremu chciała skoczyć
+do oczów i&nbsp;zdeptać za krzywdę jej
+uczynioną. Niewidząc go&nbsp;&mdash;&nbsp;czuła się silną,
+mocną, jakkolwiek coś w&nbsp;jej wnętrzu
+szarpnęło się trwożliwie, gdy kuma zawołała
+jeszcze w&nbsp;stancyi „już czas!...”</p>
+
+<p>Lecz tu&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;kościele, przed ołtarzem
+oświetlonym jarząco, w&nbsp;chłodnej atmosferze
+świątyni&nbsp;&mdash;&nbsp;jakaś moc wstępuje
+w nią powoli, lecz moc to jakaś dziwna,
+jakby boleść jej umniejszająca. Nie modli
+się a&nbsp;przecież zda jej się, że ktoś dokoła
+niej szepcze modlitwy, pacierze...</p>
+
+<p>Nie modlitwy to jednak szepczą dokoła,
+tylko żarty, uwagi, słowa ciekawości.</p>
+
+<p>Tłum cały aż drży z&nbsp;pragnienia takiego
+„grubego skandalu”.</p>
+
+<p>Taka rzecz nieczęsto się trafia.</p>
+
+<p>Nareszcie turkot zajeżdżających kół
+oznajmia przybycie gości weselnych.<span class="pagenum"><a name="Strona_134" id="Strona_134">[Str. 134]</a></span></p>
+
+<p>Nie dorożki to&nbsp;&mdash;&nbsp;ale karety przywożą
+państwa młodych i&nbsp;liczną drużynę, karety
+z białemi lejcami, umyte i&nbsp;lśniące w&nbsp;promieniach
+słońca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjechali! przyjechali!</p>
+
+<p>W tłumie powstaje nie szmer, lecz jakiś
+krzyk ciekawości ludzkiej.</p>
+
+<p>Krzykiem tym publiczność zda się chce
+podniecić Honorkę do zrobienia skandalu.
+Jak zwierzę wygłodniałe rzuca się na padlinę,
+tak tłum ten chciwy wrażeń drży
+z radości i&nbsp;nieszczęśliwą do ukazania swej
+zranionej duszy popycha.</p>
+
+<p>Wolno&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;szumem jedwabiu wchodzi
+orszak weselny do kruchty.</p>
+
+<p>Przodem idzie panna młoda, wysoka
+blondynka o&nbsp;płaskiej twarzy i&nbsp;kręconych
+włosach. Z&nbsp;bezczelnością niemal dźwiga
+koronę dziewiczą tonącą w&nbsp;obłokach białej
+iluzyi. Idzie, pewna siebie, uśmiechnięta,
+wysuwając naprzód watowany biust
+jedwabnego stanika. Prowadzą ją drużbowie
+we frakach i&nbsp;glansowanych rękawiczkach.
+Przed tem białem zjawiskiem, tłum<span class="pagenum"><a name="Strona_135" id="Strona_135">[Str. 135]</a></span>
+usuwa się instynktownie, <a class="ins" href="#tnote_21" name="tAnchor_21" title="pozostawiają">pozostawiając</a>
+opartą plecami o&nbsp;filar Honorkę. Panna
+młoda przechodzi próg i&nbsp;wolno, poprzedzana
+przez dziadka kościelnego, sunie do
+ołtarza a&nbsp;tren jej sukni wlokący się po
+ziemi pozostawia za sobą jakby smugę
+świetlaną...</p>
+
+<p>Lecz Honorka zda się niespostrzegać
+nawet przejścia panny młodej. Teraz drży
+cała i&nbsp;blada jest jak opłatek. Gdy karety
+zajechały przed kościół, doznała nagle
+jakby silnego uderzenia z&nbsp;tyłu głowy.
+Tchu jej zabrakło, serce jej młotem wali...</p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;wśród jasności słonecznej ukazuje
+się sam pan młody.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_22" name="tAnchor_22" title="Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek">Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.</a></p>
+
+<p>Frak nowy leży na nim jak ulany, włosy
+zafryzowane, twarz starannie <a class="ins" href="#tnote_23" name="tAnchor_23" title="wygololona">wygolona</a>,
+spinki u&nbsp;koszuli złote i&nbsp;wielkie jak
+złotówki.</p>
+
+<p>Z tryumfem spogląda w&nbsp;głąb kościoła
+na ołtarz jasno oświetlony i&nbsp;bawi się brelokami
+u zegarka.<span class="pagenum"><a name="Strona_136" id="Strona_136">[Str. 136]</a></span></p>
+
+<p>Dwie drużki, w&nbsp;lekkich sukniach, z&nbsp;wachlarzami
+i włóczkowemi pelerynkami,
+prowadzą go, śmiejąc się ochotnie.</p>
+
+<p>Oczy wszystkich zwracają się teraz
+w stronę Honorki...</p>
+
+<p>Co to będzie! co to będzie!... czy da
+mu w&nbsp;papę? Czy po prostu nawymyśla
+i w&nbsp;oczy napluje!</p>
+
+<p>Lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;dziwo... dziewczyna na sam
+widok Teodora blednie jeszcze więcej
+i oczy przymyka. On&nbsp;&mdash;&nbsp;nie widzi jej wcale,
+zajęty teraz jedną z&nbsp;drużek, która upuściła
+na ziemię koronkową chusteczkę.</p>
+
+<p>I nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;Honorka, kurcząc się i&nbsp;starając
+zniknąć z&nbsp;przed oczu wszystkich,
+zasuwa się powoli za filar&nbsp;&mdash;&nbsp;wybuchając
+cichym, zdławionym płaczem.</p>
+
+<p>Napróżno kuma stara się ją popchnąć
+naprzód, napróżno osoby otaczające ją
+dokoła pochylają się ku niej i&nbsp;szepczą
+słowa zachęty. Ona jedną ręką ciśnie do
+piersi dziecko, drugą czepia się filaru,
+a z&nbsp;oczów jej płyną dwa strumienie łez
+gorących.<span class="pagenum"><a name="Strona_137" id="Strona_137">[Str. 137]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niemogę! niemogę!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepcze, łkając
+cicho.</p>
+
+<p>Organy tymczasem huczą przeraźliwie,
+pan młody przechodzi kruchtę i&nbsp;idzie pewnym,
+śmiałym krokiem, kłaniając się
+lekko znajomym, wśród tłumu.</p>
+
+<p>Kuma próbuje raz jeszcze podburzyć
+Honorkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bój się Boga! nie bądź oślicą! despekt
+sobie robisz nadaremny!... wstań,
+leć! jeszcze czas! tyle ludzi czeka!... Honorka,
+nie bądźże oślicą!...</p>
+
+<p>Lecz Honorka nie rusza się z&nbsp;miejsca.
+Na widok Teodora dawny lęk ją ogarnął.</p>
+
+<p>Gdy stanął tak teraz przed nią piękny,
+uśmiechnięty, zdrów, wystrojony&nbsp;&mdash;&nbsp;gdy
+go poczuła znów od siebie o&nbsp;kilka kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;ona
+nie mogła rzucić się na
+niego, krzycząc tak, jak to sobie ułożyła
+i pluć mu w&nbsp;twarz i&nbsp;dziecko pokazać.
+Nie! nie! raczej woli umrzeć, niż taką
+rzecz zrobić.</p>
+
+<p>Tłum, zawiedziony w&nbsp;swych nadziejach,
+szybko zwrócił się do ołtarza, gdzie już
+ceremonia ślubu się zaczynała. Złocista<span class="pagenum"><a name="Strona_138" id="Strona_138">[Str. 138]</a></span>
+kapa księdza migała po nad głowami ludzi.
+Głuchy szmer niechęci i&nbsp;gniewu przebiegał
+szeregi. Jakto? nie będzie skandalu?
+cóż sobie myśli ta głupia dziewczyna,
+zwodząc ludzi w&nbsp;ten sposób?... e!&nbsp;&mdash;&nbsp;kto
+wie&nbsp;&mdash;&nbsp;to pewnie jakaś ulicznica, to dziecko,
+kto wie, czy to pana młodego, skoro
+ona nie śmie do oczów mu stanąć...</p>
+
+<p>Tak! tak!... taki porządny mężczyzna
+wie, co robi, jeśli porzuca. Już musiał
+mieć wtem swoją racyę...</p>
+
+<p>Niektórzy wszakże usiłują bronić Honorkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Stchórzyła!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozbeczała się!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;to głupia!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idyotka!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oślica!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko jedno, dość, że stanąć do
+oczów nie śmiała. Chodźmy lepiej do
+ołtarza.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ślub szykantny!</p>
+
+<p>Teraz wszyscy cisną się do ołtarza,
+przed którym ksiądz zamienia młodej parze
+obrączki. Wśród ciszy kościelnej słychać <span class="pagenum"><a name="Strona_139" id="Strona_139">[Str. 139]</a></span>
+skrzeczący głos panny młodej i&nbsp;basowy
+głos księdza, mówiących na przemiany
+przysięgę małżeńską:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja&nbsp;&mdash;&nbsp;ja, Stanisława, Stanisława,
+biorę&nbsp;&mdash;&nbsp;sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;sobie...</p>
+
+<p>Koło filara, po za który ukryła się Honorka,
+zrobiła się pustka. Dziewczyna klęczała
+sama, szlochając cicho. Kuma Kazimierzowa,
+czując się obrażoną, wyszła
+z kościoła, czerwona z&nbsp;doznanego wstydu.</p>
+
+<p>Schodząc ze wschodów, poprzysięgła
+sobie szmaty Honorki wyrzucić na cztery
+wiatry.</p>
+
+<p>O! nie&nbsp;&mdash;&nbsp;mogła mieć litość nad nędzą
+tej idyotki, ale tolerować jej głupotę i&nbsp;brak
+odwagi w&nbsp;dopominaniu się o&nbsp;swoje prawa,
+a wreszcie na narażenie Kazimierzowej
+na pośmiewisko i&nbsp;podejrzenia ludzkie, że
+broniła nieczystej sprawy&nbsp;&mdash;&nbsp;na to Kazimierzowa
+przystać nie chce i&nbsp;nie może.</p>
+
+<p>Tymczasem ceremonia ślubna szła dalej
+nieprzerwanie. Pan młody przysięgał
+czystym, dźwięcznym głosem i&nbsp;z podniesionem
+czołem odpowiadał wyraźnie na
+zapytanie księdza:<span class="pagenum"><a name="Strona_140" id="Strona_140">[Str. 140]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ślubowałeś komu innemu wiary
+małżeńskiej?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.</p>
+
+<p>Powoli zaczął podbijać i&nbsp;ujmować tłum
+cały i&nbsp;przeciągać na swoją stronę. Jego
+jasne spojrzenie, kark dobrze wymyty,
+frak wpadający do stanu&nbsp;&mdash;&nbsp;imponowały
+ciżbie. W&nbsp;ogóle ślub cały, orszak weselny
+szeleszczący jedwabiem, srebrna tkanina
+sukni panny młodej i&nbsp;jej biust obciągnięty
+materyą&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko to podbijało zgromadzenie
+i sprawiało jak najlepsze wrażenie.</p>
+
+<p>Honorka ze swą rozczochraną głową,
+obtarganą chustką i&nbsp;dzieciakiem spowitym
+w szmaty, traciła sympatyę, i&nbsp;ci, którzy
+usiłowali przez chwilę trzymać jej stronę,
+umilkli&nbsp;&mdash;&nbsp;zwyciężeni.</p>
+
+<p>Tymczasem ona klęczała ciągle kolo
+filara, płacząc i&nbsp;płacząc bez końca. Zdawało
+się, że jakiś strumień nieprzebrany
+z oczów jej spływa. Cała jej rozpacz,
+gniew, uraza, boleść w&nbsp;łzach tych topniała
+i jeno dziecko tuliła do twarzy, mocząc
+szmaty, któremi owinięte było. Organy<span class="pagenum"><a name="Strona_141" id="Strona_141">[Str. 141]</a></span>
+jęczały, wstrząsając jej duszą do głębi.
+Jak robak zdeptany, wiła się na zimnych
+flizach świątyni, cała drżąca od bólu, którego
+określić nie była w&nbsp;stanie. Czuła dobrze
+swą krzywdę, ale kryła się z&nbsp;nią
+w cieniu, i&nbsp;choć on tam był, o&nbsp;kilka kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+chciała mu się już narzucać
+z nędzą swoją.</p>
+
+<p>Gdy go zobaczyła, gdy ta mara jej nocy
+bezsennych znów stała się ciałem, stanęła
+przed jej oczami w&nbsp;pełni życia i&nbsp;majestatu
+wszechpotęgi męzkiej&nbsp;&mdash;&nbsp;ona upadła na
+kolana, zwyciężona, bezsilna, drżąc z&nbsp;bólu
+i w&nbsp;poczuciu swej nędzy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;was wszystkich tu obecnych biorę
+za świadków, jako to małżeństwo zostało
+prawnie i&nbsp;przykładnie zawarte.</p>
+
+<p>Poczem ksiądz zaczął żegnać i&nbsp;kropić
+obecnych, którzy czynili znaki krzyża
+i obcierali z&nbsp;nosów i&nbsp;policzków krople
+święconej wody.</p>
+
+<p>Organy zabrzmiały wesołym marszem.</p>
+
+<p>Koło ołtarza ruch się zrobił niemały,
+poczęto znów się tłoczyć, zaglądać w&nbsp;oczy
+pannie młodej i&nbsp;drużkom. Wreszcie cały<span class="pagenum"><a name="Strona_142" id="Strona_142">[Str. 142]</a></span>
+orszak z&nbsp;szumem, szelestem i&nbsp;śmiechem
+posunął ku wyjściu.</p>
+
+<p>Karety jedna po drugiej podjeżdżać
+zaczęły. Przechodnie zatrzymywali się na
+chodnikach, grupy dzieci cisnęły się do
+drzwiczek powozów.</p>
+
+<p>Tren panny młodej pokrył się cały kurzem
+i szare smugi ciemniały na fałdach
+jedwabiu. Pani Teodorowa pociemniała ze
+złości pod obłokami dziewiczego welonu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Psiakrew cholera!&nbsp;&mdash;&nbsp;wymówiła wsiadając
+z furyą do karety.</p>
+
+<p>Za nią wskoczył Teodor, naciągając na
+plecy zielonkawe, króciutkie palto, podbite
+żółtawym jedwabiem.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kościele Honorka pozostała sama.
+Kościelny sprzątał poduszki, zaginał rogi
+dywanu.</p>
+
+<p>Honorka płakała ciągle, czując jakby
+ogień pod czaszką. Piersi i&nbsp;plecy bolały ją
+jakby od silnych uderzeń pięścią. Czuła
+dobrze, iż wszystko się dla niej skończyło,
+że teraz już nawet żyć nie może nadzieją<span class="pagenum"><a name="Strona_143" id="Strona_143">[Str. 143]</a></span>
+jakąkolwiek. Zrozumiała, że nigdy nie będzie
+miała dość odwagi, aby stanąć przed
+człowiekiem, któremu wszakże oddawała się
+z uległością suki i&nbsp;powiedzieć mu w&nbsp;oczy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Uczyń cokolwiek dla mnie, którą
+zaprzepaściłeś i&nbsp;dla dziecka, które spłodziłeś!...</p>
+
+<p>Kościelny przeszedł kilkakrotnie koło
+niej, dzwoniąc kluczami.</p>
+
+<p>Wiedział, co ją sprowadziło do kościoła,
+dostrzegł ją wśród tłumu jeszcze przed
+ślubem, gdy stała groźna u&nbsp;progu i&nbsp;mówiła
+przez zaciśnięte zęby:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie daruję!</p>
+
+<p>Widząc, że płacze ciągle, nie poruszając
+się z&nbsp;miejsca, podszedł do niej i&nbsp;potrącił
+ją lekko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wstawać i&nbsp;iść do domu... nic tu już
+nie wyklęczycie.</p>
+
+<p>Ona podniosła głowę i&nbsp;przez łzy zalewające
+jej oczy, spojrzała w&nbsp;ciemną przestrzeń
+kościoła. Spojrzała i&nbsp;naraz cała
+przyszłość stanęła jej przed oczami.</p>
+
+<p>Dziecko drzemiące u&nbsp;jej piersi zaciężyło
+jej bez miary.<span class="pagenum"><a name="Strona_144" id="Strona_144">[Str. 144]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;Jezu!&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła, przymykając
+oczy.</p>
+
+<p>Lecz kościelny niecierpliwił się naprawdę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Idźcie sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;cóż to, myślicie tu
+nocować?</p>
+
+<p>Powoli, z&nbsp;wysiłkiem, dziewczyna podniosła
+się z&nbsp;klęczek i&nbsp;ku drzwiom kierować
+się poczęła. Łzy dwiema strugami
+płynęły jej znowu z&nbsp;oczu zbolałych.</p>
+
+<p>Potknęła się o&nbsp;krzesło, wreszcie odnalazła
+drzwi i&nbsp;wysunęła się na ulicę.</p>
+
+<p>Gdy drzwi się za nią zawarły, kościelny
+chwilkę się zamyślił, cień smutku przemknął
+po jego starej, zawiędłej twarzy.</p>
+
+<p>Nagle ramionami wzruszył i&nbsp;podnosząc
+przewrócone krzesło, wyrzekł krótko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oślica!</p>
+
+<p>Tymczasem Honorka zagłębiała się wolno
+w ulicę, po której sunęły świątecznie
+przystrojone tłumy, szła, kołysząc lekko
+kwilące cicho dziecko i&nbsp;idąc ocierała łzy
+płynące z&nbsp;oczu strumieniem.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_145" id="Strona_145">[Str. 145]</a></span></p>
+<h2><a name="VI" id="VI"></a>VI.</h2>
+
+<h2>Kukułka.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tiens! tiens! c'est du propre!&nbsp;&mdash;&nbsp;mruknął
+przez zęby pan Seweryn, gdy
+rządca wyszedł już z&nbsp;pokoju.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyprowadzać się? tak! tout d'un
+coup... ni ztąd ni zowąd, wyprowadzać się
+z tego mieszkanka, urządzonego z&nbsp;takiem
+staraniem, opuścić te kąty, w&nbsp;których meble
+stoją jakby przyrośnięte do lśniącej posadzki!
+Wyprowadzić się i&nbsp;to dla tej błahej
+przyczyny, że gospodarz żeni się
+i pragnie połączyć dwa sąsiadujące z&nbsp;sobą
+lokale i&nbsp;sprowadzić się do nich z&nbsp;żoną!</p>
+
+<p>Seweryn wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>Żenić się!</p>
+
+<p>Także mądra instytucya! Żenić się? po
+co? na co?&nbsp;&mdash;&nbsp;wszakże o&nbsp;wiele wygodniej<span class="pagenum"><a name="Strona_146" id="Strona_146">[Str. 146]</a></span>
+można urządzić życie en gar&ccedil;on wygodniej
+i weselej...</p>
+
+<p>Żenić się!</p>
+
+<p>Dzika myśl; Sewerynowi nie powstała
+nigdy w&nbsp;głowie, choć trzydzieści pięć
+lat skończył przed miesiącem. I&nbsp;dobrze
+mu w&nbsp;tym brankonierskim stanie, w&nbsp;tej
+włóczędze po cudzych zagonach, które
+zwiedza z&nbsp;ciekawością dobrze rozwiniętego
+samca, poszukującego zaspokojenia
+swych chęci. Wstaje rano bez troski o&nbsp;życie
+całej rodziny, bez pisku dzieci, swarów
+mamki z&nbsp;kucharką i&nbsp;braku guziczka
+z tyłu koszuli. Wszystko jest w&nbsp;porządku,
+buty wyczyszczone, woda przegotowana,
+zmieszana z&nbsp;tinkturą benzoesową do umycia
+twarzy, mydło Houbigana odwinięte
+z obsłonek, krem migdałowy tuż obok
+flakonu gliceryny a&nbsp;ocet Bully'ego świeżo
+przyniesiony ma już markę oderwaną i&nbsp;koreczek
+lekko uchylony.</p>
+
+<p>Koło łóżka, na małym stoliczku przygotowana
+filiżanka ziółek Jambard; obok&nbsp;&mdash;&nbsp;leży
+ręczne lusterko znacznie powiększające
+i fiszbin do języka. Zmaczana w&nbsp;letniej <span class="pagenum"><a name="Strona_147" id="Strona_147">[Str. 147]</a></span>
+wodzie i&nbsp;napojona esencją werweny
+serweta wisi na poręczy łóżka, tuż obok
+pary jedwabnych przewróconych na lewą
+stronę i&nbsp;opylonych lekko proszkiem Viguiera
+skarpetek. W&nbsp;całym pokoju cisza
+i półcień dyskretny. Portyery ciemne brązowe,
+łóżko szerokie francuzkie na podwyższeniu
+pokrytem ciemnym dywanem.</p>
+
+<p>W kącie tualetka, cała gra szczotek
+z kości słoniowej, wielkie flaszki z&nbsp;ekstraktem
+cordalisu i&nbsp;bzu białego. Tychże zapachów
+woda do włosów i&nbsp;niezliczona moc
+małych pudełeczek brylantowego proszku
+do paznogci. Pomiędzy niemi&nbsp;&mdash;&nbsp;pilniczki,
+siodełka, nożyczki spiczaste i&nbsp;zagięte.
+W kącie&nbsp;&mdash;&nbsp;tuż przy poduszeczce pełnej
+szpilek, pudełko z&nbsp;velontiną ambrę, puszek
+łabędzi i&nbsp;jakby ze wstydem wciśnięte
+kilka wideł szyldkretowych kobiecych, do
+spinania greckich fryzur. Oprócz tych „wideł”&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko
+zresztą w&nbsp;najwyższym
+porządku poukładane, świecące, błyszczące
+jak samowary żydówki. Wielka lampa
+w stylu bizantyjskim, wysadzana kamieniami
+zwiesza się od sufitu, nadając tej<span class="pagenum"><a name="Strona_148" id="Strona_148">[Str. 148]</a></span>
+sypialni fałszywy ton kaplicy. W&nbsp;lustrzanej
+szybie szafy odbija się stojący pod ścianą
+nizki szezląg Marie Antoinette&nbsp;&mdash;&nbsp;pokryty
+aksamitną draperyą. Na aksamicie, jak
+wąż mikroskopijny, leży w&nbsp;łuk skręcony
+kawałek błękitnego, jedwabnego sznurowadła,
+zerwanego silną a&nbsp;nerwową ręką...</p>
+
+<p>Opodal&nbsp;&mdash;&nbsp;na dywanie, niedojedzone maluchne
+ciasteczko z&nbsp;wygryzioną konfiturą
+i zlizanym lukrem...</p>
+
+<p>Seweryn podniósł się na łóżku i&nbsp;sięgnąwszy
+ręką po filiżankę ziółek,
+<a class="ins" href="#tnote_24" name="tAnchor_24" title="zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”. którą nadawał">zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą nadawał</a>
+alabastrowy ton rękom.</p>
+
+<p>Był zdenerwowany i&nbsp;silnie podrażniony
+przez tę niespodziewaną wizytę rządcy,
+wypowiadającego mu mieszkanie.</p>
+
+<p>Trzeba szukać nowego lokalu.</p>
+
+<p>Hm! ale czy to tak łatwo....</p>
+
+<p>Wreszcie tu&nbsp;&mdash;&nbsp;kamienica dyskretna,
+lokatorowie nie zajmują się plotkami,
+zdają się nieżywi po za uroczyście zamkniętemi
+drzwiami głównego wejścia. Kto
+wie&nbsp;&mdash;&nbsp;na co trafi Seweryn i&nbsp;czy nie wyniknie <span class="pagenum"><a name="Strona_149" id="Strona_149">[Str. 149]</a></span>
+z tego cały szereg przykrych zajść
+i kolizyj.</p>
+
+<p>Sięgnął ręką po skarpetki i&nbsp;wolno wstawać
+zaczął.</p>
+
+<p>Spojrzał w&nbsp;okno.</p>
+
+<p>Dzień był jesienny, ciepły jeszcze, ale
+trochę pochmurny. Jakieś szare, smutne
+światło płynęło przez szyby przysłonięte
+japońską siatką, po której latały z&nbsp;podniesionemi
+skrzydłami dziwaczne ptaki.</p>
+
+<p>Seweryn skrzywił się i&nbsp;trochę przygasłemi
+oczami powlókł dokoła. Jakkolwiek
+szarawe cienie włóczyły się po kątach,
+mieszkanie to wydało mu się po prosta
+rajem. Taka cisza, taki spokój panujący
+nawet po za oknami! Nieledwie słychać
+było kroki rzadkiego przechodnia idącego
+wzdłuż domów.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu zaskrzeczała papuga
+siedząca na balkonie przeciwległego domu.</p>
+
+<p>To było wszystko.</p>
+
+<p>Seweryn kładł teraz na siebie komplet
+z białej flaneli w&nbsp;niebieskie paski. Stanął
+przed lustrem i&nbsp;włożywszy ręce w&nbsp;kieszenie
+od kurtki, przyglądać się sobie począł.<span class="pagenum"><a name="Strona_150" id="Strona_150">[Str. 150]</a></span></p>
+
+<p>Pomimo lekkiego znużenia w&nbsp;oczach,
+miał cerę zdrową i&nbsp;świeżą. Wyciągnął język,
+potem przyjrzał się uważnie gałkom
+ocznym, wreszcie, wyciągnąwszy muskularne
+ramiona, stał tak chwilę, patrząc
+zmrużonemi oczami w&nbsp;lustro. W&nbsp;tej białej,
+puszystej flaneli wydawał się o&nbsp;wiele
+tęższym i&nbsp;bardziej rozrośniętym niż był
+w rzeczywistości. Uderzył się po piersiach
+rękami i&nbsp;klatkę naprzód wysunął w&nbsp;niezwykły
+sposób.. Poczem kurtkę na sznury
+zapiął i&nbsp;obróciwszy się profilem, wygiął
+się jak panna na wydaniu. Przyglądał się
+rysunkowi łydek, które pod mięką tkaniną
+flaneli wyraźnie się zaznaczały. Pomacał
+się po udach, syknął lekko i&nbsp;poruszając
+torsem począł próbować solidności
+bioder...</p>
+
+<p>Tak! tak&nbsp;&mdash;&nbsp;był w&nbsp;całym rozwoju siły
+i zdrowia. Herbata Jambart utrzymywała
+mu żołądek wybornie, a&nbsp;brak wszelkich
+ekscesów nie wyczerpywał go ani na jotę.
+Odłożył sobie właśnie tyle, ile mógł zużyć
+bez naruszenia zdrowia... Używał bez
+wstrząśnień i&nbsp;wzruszeń niepotrzebnych,<span class="pagenum"><a name="Strona_151" id="Strona_151">[Str. 151]</a></span>
+a czytając Catul Mendeza, wzruszał ramionami
+przy opisie wyczerpujących walk
+miłosnych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est idiot!&nbsp;&mdash;&nbsp;decydował, zamykając
+książkę. On systematycznie wypijał
+rozkosz pocałunku, tak jak swą przeczyszczającą
+herbatę. Gdy nadchodziła chwila
+miłosnej schadzki, wyjmował z&nbsp;szafy koszyczek
+z drobnemi ciasteczkami i&nbsp;butelkę,
+przygotowywał ocet Bully'ego, szpilki,
+puder i&nbsp;najspokojniej usiadłszy w&nbsp;saloniku,
+oczekiwał zjawienia się kobiety. Gdy
+spóźniła się cokolwiek i&nbsp;wpadała zdyszana,
+zmęczona, szepcząc słowa usprawiedliwienia,
+on spokojny, uśmiechnięty,
+zdejmował z&nbsp;jej twarzy woalkę, którą się
+szczelnie osłaniała i&nbsp;mówił trochę ironicznym
+głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż wielkiego! spóźniłaś się&nbsp;&mdash;&nbsp;to
+rzecz bardzo naturalna.</p>
+
+<p>Poczem szedł ku drzwiom i&nbsp;uchyliwszy
+je, rzucał do przedpokoju zawsze jedno
+i to samo zdanie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Karol! niema mnie w&nbsp;domu!<span class="pagenum"><a name="Strona_152" id="Strona_152">[Str. 152]</a></span></p>
+
+<p>Z przedpokoju wydobywał się bezdźwięczny
+głos:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, jaśnie panie!&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;zasówka
+drzwi wchodowych opadała z&nbsp;suchym łoskotem.</p>
+
+<p>W ten spokojny sposób rozpoczynała
+się każda schadzka, w&nbsp;równie spokojny
+kończyła się cała miłostka.</p>
+
+<p>Seweryn bowiem zawiązywał stosunki
+jedynie z... mężatkami, mając w&nbsp;tem stały
+system, od którego nigdy nie odstępował.
+Były to najczęściej żony przyjaciół,
+dobrych znajomych, którzy, rozmarzeni
+chartreuse'ą lub koniakiem w&nbsp;czarnej kawie,
+z łokciami opartemi na stole, roztaczali
+tajemnice alkowy małżeńskiej na
+wzór króla Candaula, i&nbsp;w zamian za swą
+wiarę otrzymywali, wprawdzie nie pchnięcie
+śmiertelne, lecz szczerbę w&nbsp;honorze
+i miłości żony. Seweryn bowiem skwapliwie
+chwytał za włosy każdą okazyę i&nbsp;umiejętnie
+czynił legion kochanek z&nbsp;tych mężatek
+spragnionych nowości, ciekawych
+występku a&nbsp;kryjących dyskretnie łzy i&nbsp;rozpacz
+w chwili zerwania. Wybór jego padał <span class="pagenum"><a name="Strona_153" id="Strona_153">[Str. 153]</a></span>
+zwykle na kobiety dbające o&nbsp;pozycyę
+zajmowaną w&nbsp;świecie i&nbsp;miejsce w&nbsp;domu
+męża; wiedział, że tego rodzaju kochanka
+nie odważy się na sceny, na ucieczki,
+na opowiedzenie w&nbsp;chwili podrażnienia
+wszystkiego mężowi... Wiedział, że gdy
+chwila stanowcza nadejdzie, chwila nieuniknionego
+zerwania, po chwilowej burzy
+przywitają się znów z&nbsp;uśmiechem
+i spokojem, wobec zwróconych na nich
+czujnych oczów towarzystwa. Wspaniałomyślnie&nbsp;&mdash;&nbsp;podczas
+trwania miłostki&nbsp;&mdash;&nbsp;pozostawiał
+wolność kobiecie, nie kontrolując
+jej stosunków z&nbsp;mężem&nbsp;&mdash;&nbsp;owszem,
+popychając ją nieledwie w&nbsp;objęcia smutnego
+rywala.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba mieć furtkę w&nbsp;razie wypadku...</p>
+
+<p>Kilkakrotnie „furtka” ta okazała się
+deską ocalenia. Kobiety z&nbsp;uśmiechem
+wdzięczności przyznawały Sewerynowi słuszność,
+dziecko miało nazwisko i&nbsp;prawo
+do majątku, matka nie traciła względów
+i szacunku świata a&nbsp;prawdziwy ojciec usuwał
+się w&nbsp;cień, zacierając ręce!...<span class="pagenum"><a name="Strona_154" id="Strona_154">[Str. 154]</a></span></p>
+
+<p>Jedna tylko żona urzędnika kolejowego
+stawiła mu się opornie i&nbsp;wprawiła go
+przez pewien czas w&nbsp;kłopot niemały swem
+głupiem sentymentalnem postępowaniem.
+Ale była też to kobieta nie z&nbsp;towarzystwa,
+spotkana przez Seweryna w&nbsp;Alejach,
+w chwili nerwowego rozdrażnienia.
+Podbiła go od razu dziwnem spojrzeniem
+bladych błękitnych oczów i&nbsp;twarzyczką
+Madonny. Gdy, wbrew swemu zwyczajowi,
+poszedł za nią, i&nbsp;przemówił przyciszonym
+głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;stanęła, spojrzała mu
+w oczy i&nbsp;wyciągnęła doń rękę obnażoną,
+na której błyszczała obrączka.</p>
+
+<p>Seweryn rękę podaną ujął, nie mogąc
+zrozumieć, co go ciągnęło w&nbsp;ten wieczór
+wiosenny do tej źle ubranej i&nbsp;trochę pochylonej
+kobiety, narzucającej mu się nieledwie
+pod cieniem szumiących drzew.</p>
+
+<p>Stosunek ich trwał parę miesięcy. Seweryn
+nie był nigdy w&nbsp;domu Anny, znał
+tylko jej życie z&nbsp;opowiadań kochanki.
+Wprędce znudziła go brakiem elegancyi
+i cienkiej bielizny a&nbsp;zraziła zbytkiem uczucia,
+w którem dopatrywał się przesady.<span class="pagenum"><a name="Strona_155" id="Strona_155">[Str. 155]</a></span></p>
+
+<p>Ona, zakochana do szaleństwa w&nbsp;tym
+wspaniałym mężczyźnie, którego każde
+zbliżenie mieszało ją i&nbsp;słodką rozkoszą
+przejmowało, była niezręczną jak każda
+zakochana kobieta. Przynosiła mu za gorsetem
+z grubej szarej dymy pęki fiołków,
+lub skrapiała włosy olejkiem peruwiańskim.
+Nosiła nizkie buciki z&nbsp;powyciąganą
+gumą i&nbsp;podwiązki pod kolanami.</p>
+
+<p>W dodatku uparła się być mu wierną,
+wierną do głupoty i&nbsp;mówiła mu o&nbsp;tem
+bezustannie, kładąc głowę na piersi.</p>
+
+<p>On, zdenerwowany, powtarzał słowo
+„furtka” po raz setny i&nbsp;przemyślał o&nbsp;sposobie
+zerwania z&nbsp;tą niewygodną kochanką,
+cichą i&nbsp;uległą, przysięgając sobie nigdy
+nie wykraczać z&nbsp;przepisanych granic
+postępowania. Pewnego letniego wieczora,
+Anna, rumieniąc się i&nbsp;jąkając, wyszeptała
+Sewerynowi do ucha tajemnicę, która ją
+radością przejmowała.</p>
+
+<p>On drgnął cały i&nbsp;porwał się z&nbsp;miejsca.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co teraz zrobisz?</p>
+
+<p>Ona spojrzała na niego słodko i&nbsp;uśmiechnęła
+się spokojnie.<span class="pagenum"><a name="Strona_156" id="Strona_156">[Str. 156]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Będę twoją do śmierci. Jutro dom
+męża opuszczę!</p>
+
+<p>Na czoło Seweryna wystąpiły krople
+potu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla czego?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież teraz, jako matka twego
+dziecka, mieszkać z&nbsp;nim nie mogę...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dla czego?</p>
+
+<p>Nastąpiła chwila milczenia.</p>
+
+<p>Głos nagle zamarł w&nbsp;piersiach kobiety,
+klęczała ciągle obok szezlągu, na którym
+leżały porozrzucane szpilki wypadłe z&nbsp;jej
+włosów, kapelusz i&nbsp;rękawiczki; twarz
+nagle pobladłą zwróciła ku Sewerynowi,
+który przebiegał pokój wzdłuż i&nbsp;wszerz,
+potrącając meble.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;mówiłem o&nbsp;furtce, mówiłem tyle
+razy&nbsp;&mdash;&nbsp;ale cóż, pani chciałaś się bawić
+w sentymentalizm, w&nbsp;wierność! Tiens...
+c'est du propre! c'est mignon!...</p>
+
+<p>Z okrucieństwem mężczyzny, który widzi
+nagle porządek swego życia zakłócony
+niepotrzebnem zdarzeniem, wyrzucał
+z siebie Seweryn cały potok słów, które
+jak chłosta spadały na pochyloną głowę
+kobiety.<span class="pagenum"><a name="Strona_157" id="Strona_157">[Str. 157]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czyż to nie czyste szaleństwo było
+z mej strony&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił dalej tonem, na
+jaki tylko niekochający mężczyzna zdobyć
+się może&nbsp;&mdash;&nbsp;czyż to nie była demencya
+brnąć dalej i&nbsp;nie przewidzieć do czego
+mnie pani doprowadzić możesz! Teraz
+jesteśmy w&nbsp;ładnej sytuacyi! Ale ja umywam
+od wszystkiego ręce... to nie moja
+wina!... Tirez vous de cette affaire vous
+m&eacute;me!... Voila!...</p>
+
+<p>Stał tuż przed nią, pochylając nad
+nią swą maskę rozłoszczonego „viveura”,
+mając wielką ochotę kopnięcia
+tej kobiety, która, dawszy mu
+tak słabą i&nbsp;niewyraźną rozkosz, miała
+śmiałość wkraczania w&nbsp;wygodnie urządzone
+życie, z&nbsp;dzieckiem w&nbsp;dodatku!</p>
+
+<p>Nie, tego było za wiele!&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystkie
+inne, te, które miał poprzednio, oznajmiały
+mu podobny wypadek z&nbsp;dyskretnym
+uśmieszkiem, a&nbsp;on&nbsp;&mdash;&nbsp;przybierał minę
+rozczulonego papy, wiedząc że nic nie
+ryzykuje, i&nbsp;szeroko otwartą furtką może
+wyjechać, nietylko wyjść najspokojniej;<span class="pagenum"><a name="Strona_158" id="Strona_158">[Str. 158]</a></span>
+ta jedna!&nbsp;&mdash;&nbsp;ta&nbsp;&mdash;&nbsp;głupia mieszczka uparła
+się przy swej wierności, jakby on tego
+wymagał!...</p>
+
+<p>Bizantyjska lampa zawieszona u&nbsp;sufitu
+rzucała różnokolorowe, pokrajane światła.
+Przez zielone kamienie trupie prawie
+padały blaski.</p>
+
+<p>W blaskach tych podniosła się nagle
+Anna, blada, z&nbsp;szeroko rozwartemi oczyma.
+I z&nbsp;włosami rozwianemi, z&nbsp;rękami
+naprzód wyciągniętemu, ku drzwiom kierować
+się poczęła.</p>
+
+<p>Seweryn postąpił za nią kilka kroków.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tirez vous de l'affaire!...&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył,
+lecz ona, nie odwracając nawet głowy,
+otworzyła drzwi i&nbsp;zniknęła w&nbsp;ciemnej
+głębi salonu.</p>
+
+<p>Po chwili trzask zamykającej się
+bramy doleciał przez wpół uchylone
+okno.</p>
+
+<p>Seweryn chciał biedz za tą kobietą,
+której bladość i&nbsp;milczenie dziwnie nań
+podziałały, lecz... egoizm przemógł.<span class="pagenum"><a name="Strona_159" id="Strona_159">[Str. 159]</a></span></p>
+
+<p>Z uczuciem niewysłowionej błogości
+usiadł na fotelu, oddychając ciężko.</p>
+
+<p>Ach!... uniknął nielada niebezpieczeństwa,
+kobieta wykręci się z&nbsp;tej matni,
+a on, poprzysięga sobie nigdy nie bawić
+się w&nbsp;sentymenty, lecz czerpać dalej rozkosze
+w cudzych a&nbsp;dobrze znajomych mu
+gniazdach...</p>
+
+<p>Czekał jeszcze dni kilka, sądząc że Anna
+powróci, lub parę słów napisze.</p>
+
+<p>Nic&nbsp;&mdash;&nbsp;milczenie zupełne.</p>
+
+<p>Teraz Seweryn odetchnął pełną piersią.
+Uczuł się ocalonym rzeczywiście i&nbsp;na
+dobre.</p>
+
+<p>Od tego zdarzenia upłynęło lat siedem.
+Przez te lata Seweryn miał znów kilka
+intryg, a&nbsp;przechodząc przez ogród Saski,
+uśmiechał się na widok małej dziewczynki
+bawiącej się kamyczkami i&nbsp;kasztanami
+zbieranemi wśród żwiru.</p>
+
+<p>Dziewczynka miała ciemne oczy i&nbsp;kręcone
+włosy Seweryna a&nbsp;linia jej łydek,
+ubranych w&nbsp;jedwabne pończoszki, wyginała
+się w&nbsp;charakterystyczny sposób.<span class="pagenum"><a name="Strona_160" id="Strona_160">[Str. 160]</a></span></p>
+
+<p>Niańka, zapytywana o&nbsp;nazwisko rodziców
+malutkiej, odpowiadała uprzejmie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Państwo Wanderkraft&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;dziewczynka
+uśmiechała się do przechodniów
+uśmiechem, który przypominał chwile
+najwyższej kokieteryi podbójczej Seweryna.</p>
+
+<p>Czasem sama pani Wanderkraft siadała
+obok niańki i&nbsp;prezentując swe
+silnie rozwinięte biodra w&nbsp;obcisłej fularowej
+sukni, dozorowała zabawy dziewczynki.</p>
+
+<p>Gdy Seweryn zbliżał się do ławki, kobieta
+uśmiechała się przyjaźnie, pod purpurową
+osłoną rozpiętej parasolki, i&nbsp;głośno
+przywoływała córeczkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sewerciu! przywitaj się z... panem!</p>
+
+<p>Dziecko dygało, wyciągając tłustą łapkę
+a kobieta spoglądała pogodnie
+w twarz mężczyzny, który odpowiadał
+jej również tym spokojnym, prawdziwie
+męzkim uśmiechem. Cudzołożna żona i&nbsp;jej
+wspólnik, jak dobrze wychowani ludzie,
+załatwili całą sprawę!<span class="pagenum"><a name="Strona_161" id="Strona_161">[Str. 161]</a></span></p>
+
+<p>Furtka była otwarta.</p>
+
+<p>Furtką tą wsuwało się kukułcze pisklę
+do obcego gniazda.</p>
+
+<p>Ainsi va le monde!</p>
+
+<p>Pani Wanderkraft postąpiła w&nbsp;tym wypadku
+jak każda światowa i&nbsp;dobrze wychowana
+kobieta postąpić powinna. Dała
+dowód taktu i&nbsp;uszanowania własnej godności.</p>
+
+<p>Dla tego Seweryn przeciągał ten stosunek
+i czuł się zupełnie zadowolnionym.</p>
+
+<p>I dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;dziś&nbsp;&mdash;&nbsp;właśnie, kiedy wczorajsza
+schadzka powiodła mu się znakomicie,
+żołądek funkcyonuje wybornie,
+a żółte plamki pod lewem okiem znikają
+pod działaniem „Anti-Bolbosu”&nbsp;&mdash;&nbsp;dziś
+właśnie, wymówiono mu mieszkanie...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;c'est du guignon! rien de
+plus.</p>
+
+<p>I nachmurzony odrywa się Seweryn od
+kontemplacyi własnej osoby a&nbsp;przegiąwszy
+się w&nbsp;tył woła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!<span class="pagenum"><a name="Strona_162" id="Strona_162">[Str. 162]</a></span></p>
+
+<p>Z po za przymkniętych drzwi salonu,
+odzywa się ochrypły głos:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie!</p>
+
+<p>I oto na progu, w&nbsp;szarawem oświetleniu,
+ukazuje się Paweł&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;pantoflach
+i białym fartuchu sięgającym mu aż pod
+brodę.</p>
+
+<p>Jest to mężczyzna lat trzydziestu,
+wybladły i&nbsp;wychudły, obnoszący swą,
+twarz zniszczonego rozpustą ulicznika
+w obramowaniu rudych rzadkich faworytów.</p>
+
+<p>Seweryn w&nbsp;tej chwili przegląda się
+w lustrze, wyszczerzając zęby.</p>
+
+<p>Paweł czeka na progu, zimny, spokojny,
+utkwiwszy wzrok przygasły w&nbsp;przeciwległą
+ścianę.</p>
+
+<p>Wreszcie Seweryn zmienia pozycyę
+i usiłuje dojrzeć maluchną plamkę czerwieniącą
+się pod lewem uchem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic innego, tylko to Klara... a&nbsp;prosiłem...
+prosiłem.&nbsp;&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zobacz! co ja mam pod lewem
+uchem?<span class="pagenum"><a name="Strona_163" id="Strona_163">[Str. 163]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Plamkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie mnie... coś ukąsiło!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pewnie jaśnie pana coś ukąsiło?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj kremu ogórkowego, może zniknie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może zniknie, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Nastąpiła chwila milczenia.</p>
+
+<p>Seweryn wycierał szyję białą, tłustą
+masą, odchyliwszy dobrze kołnierz
+kartki i&nbsp;flanelowej bleu de France koszuli.</p>
+
+<p>Blady promień słońca przebił się w&nbsp;tej
+chwili przez chmury i&nbsp;przyciemniony
+gazą rozpiętą w&nbsp;oknach, oblał żółtawym
+blaskiem tęgi i&nbsp;potężny kark Seweryna,
+kark niezwalczony, prawdziwy
+kark zwycięzcy, tryumfatora w&nbsp;zapasach
+miłosnych.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musimy się wynosić!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Musimy, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba szukać mieszkania!<span class="pagenum"><a name="Strona_164" id="Strona_164">[Str. 164]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Seweryn ujął powiększające lusterko
+i, postąpiwszy do okna, bacznie się szyi
+przyglądał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znika?&nbsp;&mdash;&nbsp;co?</p>
+
+<p>Paweł zbliżył się także.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Znika, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przygotuj wodę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dobrze, jaśnie panie.</p>
+
+<p>Seweryn położył lusterko i&nbsp;rozpinać
+począł kurtkę.</p>
+
+<p>Paweł rozesłał na podłodze ceratę, poczem
+rozwinął i&nbsp;ustawił gumową balię
+a przy niej rodzaj polewaczki z&nbsp;kauczukowym
+wężem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Peniuar wygrzany?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wygrzany, jaśnie panie!</p>
+
+<p>Seweryn powoli zdjął kurtkę i&nbsp;za
+chwilę tors jego muskularny, wspaniały,
+lśniący zabłysnął w&nbsp;półcieniu pokoju.</p>
+
+<p>Promień słońca ślizgał się po tem różowem
+ciele o&nbsp;ciemnawych, sinawych tonach.<span class="pagenum"><a name="Strona_165" id="Strona_165">[Str. 165]</a></span></p>
+
+<p>Wąska ścieżka kręconych włosów
+przecinała tors na równe dwie połowy.</p>
+
+<p>Wtedy oczy Seweryna padły na leżące
+na ziemi i&nbsp;na wpół rozgniecione ciastko.
+Zmarszczył brwi, jakby dojrzał coś nieprzyjemnego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Paul!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słucham, jaśnie panie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz!</p>
+
+<p>Nagiem ramieniem wskazywał dywan
+klęczącemu na ceracie sługusowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sprzątnij!</p>
+
+<p>Paweł na klęczkach posunął się po dywanie
+i podniósłszy ciastko, drugą ręką
+sięgnął po zostawione na sofie błękitne
+sznurowadło.</p>
+
+<p>Poczem wstał i&nbsp;ciągle spokojny i&nbsp;niewzruszony,
+plecionkę dyskretnie położył
+obok szyldkretowych szpilek w&nbsp;kącie tualety,
+a ciastko cisnął zręcznie skrzeczącej
+na balkonie papudze.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Od dwóch tygodni poszukiwał Seweryn
+mieszkania.<span class="pagenum"><a name="Strona_166" id="Strona_166">[Str. 166]</a></span></p>
+
+<p>Zrobił pięćset osiemnaście pięter i&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+mógł zdecydować się na wybór.</p>
+
+<p>Wszędzie bramy były zanadto widne,
+za wiele drzwi wychodziło na klatkę
+wschodową, lokatorowie zdawali się zanadto
+ruchliwi.</p>
+
+<p>W dwuznacznej pozycyi, jaką Seweryn
+sobie w&nbsp;życiu obrał&nbsp;&mdash;&nbsp;były to rzeczy
+nadzwyczaj ważne. Do tej chwili lawirował
+szczęśliwie w&nbsp;pośród znieważanych
+mężów, którym ściskał uprzejmie ręce
+i oddawał drobne przysługi.</p>
+
+<p>Nie miał ochoty poznać tragicznej strony
+medalu.</p>
+
+<p>Wesoła wystarczała mu zupełnie.</p>
+
+<p>To też szukał i&nbsp;szukał odpowiedniej
+bramy, w&nbsp;której cieniu mogłaby jak
+w przepaści zginąć biegnąca do niego kochanka.</p>
+
+<p>Paul ze swej strony dokładał starań
+niemało. Obadwaj wieczorem schodzili
+się w&nbsp;sypialni, zniechęceni, pożółkli,
+ze skórą dziwnie na twarzy wyciągniętą.</p>
+
+<p>Snać podobne forsowne przechadzki
+obu tym viveurom nie dodawały zdrowia.<span class="pagenum"><a name="Strona_167" id="Strona_167">[Str. 167]</a></span></p>
+
+<p>I gdy Seweryn, kładąc się, owiązywał
+głowę fularem, twarz nacierał magnoliną
+a ręce pastą kardynalską, spoglądał
+żałośnie na Paula skraplającego mieszaniną
+octu tualetowego i&nbsp;wody kolońskiej
+firanki otaczające łóżko.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic nie znalazłem&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił jęczącym
+głosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;ja także, jaśnie panie.&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał
+lokaj.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozpacz!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Rozpacz, jaśnie panie.</p>
+
+<p>I Seweryn, jęcząc, zakładał na twarz
+rodzaj maski irszanej, napojonej coldcreamem,
+a faworyty podwiązywał długim
+kawałkiem fularu, skropionym wodą portugalską.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może... jutro&nbsp;&mdash;&nbsp;bełkotał przez wązki
+otwór, wykrajany w&nbsp;szmacie irchowej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może... jutro, jaśnie panie.&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał
+lokaj.</p>
+
+<p>Tymczasem przechodziło jutro bez
+żadnego rezultatu i&nbsp;tak samo dni następne.<span class="pagenum"><a name="Strona_168" id="Strona_168">[Str. 168]</a></span></p>
+
+<p>Pewnego jesiennego popołudnia, Seweryn,
+zdenerwowany, wlókł się wzdłuż kamienic,
+zatrzymując się przed każdą wywieszoną
+kartą.</p>
+
+<p>Wstąpił już do dwóch domów, pomimo
+że ulica nie przypadała mu do
+gustu.</p>
+
+<p>Ruchliwa była, co chwila przeleciała
+przez nią dorożka, to znów o&nbsp;kilka
+kroków grała katarynka wyjątki z&nbsp;„Carmen”.</p>
+
+<p>Jakiś mały piesek usiadł na trotuarze
+i wył, podnosząc do góry spiczastą
+mordkę.</p>
+
+<p>Seweryn dnia tego czuł się w&nbsp;dziwnem
+usposobieniu.</p>
+
+<p>Obudził się z&nbsp;niesmakiem w&nbsp;ustach
+i w&nbsp;duszy.</p>
+
+<p>Cała skóra go bolała na ciele i&nbsp;czuł
+nieledwie każdy włosek swych faworytów,
+które dziś sterczały suche i&nbsp;bez żadnego
+połysku.</p>
+
+<p>Usposobienie jego wewnętrzne było
+<a class="ins" href="#tnote_25" name="tAnchor_25" title="szare i&nbsp;znużone: Czuł mimowoli jakiś">szare i&nbsp;znużone. Czuł mimowoli jakiś</a>
+przesyt i&nbsp;wspomnienie ciała Klary, które<span class="pagenum"><a name="Strona_169" id="Strona_169">[Str. 169]</a></span>
+go prześladowało, było mu wstrętne nad
+wyraz wszelki.</p>
+
+<p>Spotkał ją w&nbsp;Saskim ogrodzie przechodzącą
+z córeczką. Nie rozumiał dla czego
+coś go popchnęło ku dziecku, które
+było krwią jego krwi, jego własnym
+płodem.</p>
+
+<p>Lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;mała&nbsp;&mdash;&nbsp;rozkapryszona, zdenerwowana,
+odwróciła się, nie chcąc się
+przywitać z&nbsp;„panem”. Chciał nalegać,
+schylił się, aby ją ująć za rączkę, pragnąc
+dotknięciem się tego świeżego, dziecięcego
+ramienia&nbsp;&mdash;&nbsp;obronić przeciw jakiejś
+tęsknocie, która go trawiła.</p>
+
+<p>Lecz niańka ujęła dziecko, wołając:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Sewerciu! patrz... Tata idzie!...</p>
+
+<p>Dziecko odwróciło główkę i&nbsp;wyciągnęło
+ręce w&nbsp;stronę nadchodzącego mężczyzny.</p>
+
+<p>Seweryn cofnął się i&nbsp;przeszedł szybko,
+zamieniając lekki ukłon z&nbsp;przyjacielem.</p>
+
+<p>Zaczął znów szukać mieszkania.</p>
+
+<p>Szedł, prostując się z&nbsp;całej siły woli
+i przybierając obojętną minę.<span class="pagenum"><a name="Strona_170" id="Strona_170">[Str. 170]</a></span></p>
+
+<p>Lecz piosenka „Carmeny” i&nbsp;wycie psa&nbsp;&mdash;&nbsp;wstrząsnęły
+nim do głębi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ach, te nerwy!&nbsp;&mdash;&nbsp;pomyślał.</p>
+
+<p>Szybko wszedł do bramy, przy której
+widniała karta.</p>
+
+<p>Za chwilę dzwonił do drzwi parterowych,
+przed któremi leżała zużyta słomianka.</p>
+
+<p>Drzwi otworzył mały chłopiec, najwyżej
+lat sześciu, dobrze rozwinięty, szeroki
+w ramionach, z&nbsp;karkiem doskonale osadzonym.</p>
+
+<p>Otworzywszy drzwi, przechylił główkę,
+jakby oczekując wytłomaczenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O&nbsp;mieszkanie...&nbsp;&mdash;&nbsp;wycedził Seweryn.</p>
+
+<p>Chłopiec, stukając gwałtownie obcasami,
+zniknął w&nbsp;ciemni przedpokoju.</p>
+
+<p>Za chwilę słychać było donośny głos
+dziecięcy:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Mamo!... jakiś o&nbsp;mieszkanie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To pokaż!&nbsp;&mdash;&nbsp;odezwał się głos kobiecy
+z głębi mieszkania wychodzący.</p>
+
+<p>Seweryn wszedł do przedpokoju i&nbsp;zamknął
+za sobą drzwi wchodowe.<span class="pagenum"><a name="Strona_171" id="Strona_171">[Str. 171]</a></span></p>
+
+<p>Zapach gotującej się brukwi i&nbsp;topionego
+masła uderzył go na wstępie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kuchnia musi być blisko&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptał
+z niezadowoleniem.</p>
+
+<p>Lecz nie miał już czasu oddawać się
+dłuższym uwagom nad rozkładem mieszkania,
+bo drzwi prowadzące do saloniku
+otworzyły się z&nbsp;impetem&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;w jednej
+smudze światła ukazał się chłopiec
+a potrząsając energicznie głową, zawołał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę pana za mną. Mamcia nieubrana
+a tatki niema. Dzieci mają lekcyę
+i nie ma nikogo starszego tylko ja
+jeden.</p>
+
+<p>Mówiąc to, wydymał w&nbsp;dziwny sposób
+klatkę piersiową i&nbsp;uderzał się po niej
+z zadowoleniem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Salon! o!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł, wyciągając
+szyję&nbsp;&mdash;&nbsp;niech pan wejdzie, choć pan zabłoci,
+nic nie szkodzi, jutro będą froterować!</p>
+
+<p>Seweryn spojrzał dokoła.</p>
+
+<p>Dziwnym mu się wydawał ten „salon”,
+pełen szydełkowych kap i&nbsp;serwetek.<span class="pagenum"><a name="Strona_172" id="Strona_172">[Str. 172]</a></span>
+Wszędzie czepiały się, jak rój nocnych
+czepków mieszczanki, opadłych na ciemną
+wełnę mebli; na jesionowe stoliczki, na
+trzcinę etażerek, na pudło nędznego fortepianu.
+Przed kanapą, na płaszczyźnie
+stołu pokrytego siatkową szarą serwetą,
+sterczała lampa, której podstawa tonęła
+w patarafce ze strzyżonej włóczki i&nbsp;szklanych
+owoców.</p>
+
+<p>Mała czworograniasta czapeczka okrywała
+szkiełko.</p>
+
+<p>Chłopiec stał teraz na środku pokoju,
+rozstawiając nogi. Małe, szare oczy
+o stalowych błyskach utkwił w&nbsp;twarzy
+Seweryna, który z&nbsp;pustych ścian saloniku
+wzrok swój mimowoli przeniósł na
+źrenice dziecka. I&nbsp;przez krótką chwilę te
+dwie pary oczu o&nbsp;jednakowym, ciemnym
+a przejmującym połysku tonęły w&nbsp;sobie,
+jakby zlewając swe stalowe promienie,
+w jedną chłodną, szarawą
+smugę.</p>
+
+<p>Wreszcie Seweryn ocknął się pierwszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy jest jeszcze co więcej?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.<span class="pagenum"><a name="Strona_173" id="Strona_173">[Str. 173]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jest proszę pana, pokój mamy i&nbsp;taty,
+dziecinny, jadalny, kuchnia, pasaż
+i schowanko&nbsp;&mdash;&nbsp;recytował mały.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi prowadzące do
+dalszych pokojów, wyjrzała mała dziewczynka.</p>
+
+<p>Chłopiec przybrał poważną minę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Maryś idzie do kuchni, do
+Magdaleny&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł mrużąc oczy, a&nbsp;odwróciwszy
+się w&nbsp;stronę Seweryna, dodał
+ze śmiechem:&nbsp;&mdash;&nbsp;moja siostrzyczka!</p>
+
+<p>Malutka schowała się czemprędzej, nie
+omieszkawszy pokazać nieznajomemu końca
+różowego języka.</p>
+
+<p>Chłopiec wzruszył ramionami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan daruje, ale to jeszcze małe!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł,
+otwierając drzwi na rozcierz&nbsp;&mdash;&nbsp;proszę
+pana, jadalnia!...</p>
+
+<p>Seweryn przestąpił próg i&nbsp;stanął koło
+ściany, opierając się o&nbsp;nią plecami.</p>
+
+<p>Przed nim, na sosnowym dość dużym
+stole, okrytym ceratą, stały talerze z&nbsp;grubego
+fajansu o&nbsp;żółtawych, gliniastych cieniach,
+grube szklanki zieleniły się w&nbsp;odstępach,
+serwetki starannie wyprostowane<span class="pagenum"><a name="Strona_174" id="Strona_174">[Str. 174]</a></span>
+i pozwijane, wsunięte były w&nbsp;czarne, blaszane
+kółka.</p>
+
+<p>Pod ścianą kredens, na wpół otwarty,
+z wysuniętym blatem, ukazywał ubogie
+wnętrze zapełnione blaszanemi puszkami
+cukru, kawy i&nbsp;herbaty. Wielki bochenek
+chleba świeżo napoczęty, rozkładał
+wśród masy okruchów swe ciemnawe
+wnętrze, okolone brunatną spieczoną
+skórą.</p>
+
+<p>Pod oknem maszyna do szycia, na wpół
+przykryta sztywną merlą zszywanej spódnicy,
+i krzesełko wyplatane odsunięte na
+środek pokoju.</p>
+
+<p>Dokoła stołu kilka krzeseł wyplatanych
+i dwa wysokie foteliki dziecinni:
+z zasuwanemi linijkami. Na jednym poduszeczka
+czerwona perkalowa i&nbsp;przewieszony
+przez poręcz śliniaczek szydełkowy,
+nawleczony czerwoną tasiemką.
+Wszystko to jednym rzutem oka objął
+Seweryn. Jakieś dziwne przygnębienie
+ogarniało go wśród tych ścian pustych,
+przed tym ubogim stołem, pośród
+tej duszącej woni kuchennej i&nbsp;stukotu tasaka <span class="pagenum"><a name="Strona_175" id="Strona_175">[Str. 175]</a></span>
+o stolnicę, dolatującego z&nbsp;po za
+drzwi źle przymkniętych.</p>
+
+<p>Cała nędza rodzinnego życia, smutnego,
+pełnego poświęceń, prywacyj
+i obowiązków&nbsp;&mdash;&nbsp;zdawała się spływać tu
+z trywialnością trosk codziennych. Tylko
+różowa i&nbsp;uśmiechnięta twarzyczka
+chłopca miała w&nbsp;sobie świeżość małego
+egoisty, zabierającego w&nbsp;swe płuca najzdrowsze
+cząstki powietrza, a&nbsp;w usta
+najlepszy kęs mięsa i&nbsp;największy kawał
+chleba.</p>
+
+<p>I znów oczy Seweryna spoczywały na
+drobnej a&nbsp;dobrze rozwiniętej postaci
+dziecka, które, pogwizdując lekko, wyszarpywało
+z bochenka chleba kawałek
+ośrodka i, maczając go w&nbsp;solniczce, zajadało
+ze smakiem.</p>
+
+<p>Seweryn przypomniał sobie, że, dzieckiem
+będąc, lubił namiętnie chleb z&nbsp;solą
+i zakradał się przed obiadem do sali jadalnej,
+aby wyprosić u&nbsp;lokaja kawałek
+ośrodka.</p>
+
+<p>Wspomnienie to sprawiło mu pewien
+rodzaj przyjemności.<span class="pagenum"><a name="Strona_176" id="Strona_176">[Str. 176]</a></span></p>
+
+<p>Mimowoli uśmiechnął się do chłopca
+uśmiechem koleżeńskim, przyjemnym, porozumiawczym.</p>
+
+<p>Malec nie został mu dłużnym.</p>
+
+<p>Jakby w&nbsp;zwierciadle odbił się na
+różanych ustach dziecka uśmiech mężczyzny.</p>
+
+<p>Te same zadrganie nerwowe kącików,
+te same zmarszczenie brody.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To dobre przed obiadem&nbsp;&mdash;&nbsp;bełkotał
+chłopiec i&nbsp;uderzył się znów po klatce
+piersiowej, smarując przód flanelowej
+białej bluzki tłustemi rękami.</p>
+
+<p>Seweryn stał ciągle przy ścianie, obserwując
+dziecko. Poddał się bezwiednie
+pociągowi ku tej małej, kędzierzawej
+główce, kręcącej się przed nim
+w mgławem świetle dnia jesiennego.
+Chłopiec ten zaciekawiał go i&nbsp;śledzić
+wzrokiem za sobą kazał. Szare źrenice
+z pod długich rzęs błyskały mu pożądliwie,
+gdy skubał ośrodek chleba...
+tęgi kark odsłaniał się z&nbsp;szeroko rozwartego
+kołnierza bluzy, kark o&nbsp;zarysach
+wspaniałego w&nbsp;przyszłości samca,<span class="pagenum"><a name="Strona_177" id="Strona_177">[Str. 177]</a></span>
+podbijającego kobiety siłą sprawianej
+rozkoszy.</p>
+
+<p>Na karku tym zatrzymał się dłużej
+wzrok Seweryna, zdawało mu się, ze
+gdzieś już widział podobny szmat ciała,
+tylko większy, grubszy, porosły krótkiemi
+włosami, majaczący we mgle zestawionych
+umiejętnie luster... i&nbsp;osłonięty draperyą
+białej flaneli.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz pokażę panu dziecinny pokój,
+później mamci i&nbsp;kuchnię!</p>
+
+<p>Z łoskotem malec szarpnął drzwiami
+i przed oczyma Seweryna ukazał się pokój
+podłużny, zastawiony pod ścianami
+małemi łóżeczkami, okrytemi kołderkami
+z pąsowego, wytartego kaszmiru. Duży
+stół zarzucony książkami i&nbsp;zabawkami
+czernił się na środku.</p>
+
+<p>Koło pieca suszyło się prześcieradełko,
+na ziemi leżała naga lalka, z&nbsp;której sypały
+się trociny.</p>
+
+<p>Jakieś gorąco wilgotne panowało tu,
+wyziew mokrej bielizny i&nbsp;rozlanych na
+podłodze mydlin.<span class="pagenum"><a name="Strona_178" id="Strona_178">[Str. 178]</a></span></p>
+
+<p>Pod stołem siedziała malutka dziewczynka,
+wydzierająca kartki z&nbsp;wielkiej
+książki.</p>
+
+<p>Pod oknem, na obdartym skórzanym
+koniu huśtał się czteroletni chłopczyk,
+chudy, anemiczny, wybladły.</p>
+
+<p>Chłopiec oprowadzający Seweryna, jak
+szalony rzucił się ku dziecku kołyszącemu
+się na koniu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Złaź! to mój koń! złaź natychmiast!</p>
+
+<p>I silny, z&nbsp;pasyą wyrytą na drobnej
+twarzyczce, strącał młodszego brata, który
+z pokorą dziwną złaził z&nbsp;siodła, zaczepiając
+się o&nbsp;powiązane sznurkami
+strzemiona.</p>
+
+<p>Chłopiec, cały purpurowy, z&nbsp;krwią nabiegłą
+do oczów, rzucił się teraz pod stół
+i wyrwał dziewczynce książkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty, oddaj, to moje!</p>
+
+<p>Książkę rzucił na łóżko, poczem porwawszy
+za łeb konia, wsunął go w&nbsp;kąt
+tuż przy łóżku, które zapewne było jego
+miejscem spoczynku.<span class="pagenum"><a name="Strona_179" id="Strona_179">[Str. 179]</a></span></p>
+
+<p>Dzieci&nbsp;&mdash;&nbsp;milczące, przytuliły się do
+siebie, nędzne, drobne, małe&nbsp;&mdash;&nbsp;poddając
+się brutalnej przemocy, jaką wywierał
+nad niemi ten chłopak, zdający się
+rządzić tu bezpodzielnie, brać pod swe
+panowanie wszystko, co było jeszcze do
+wzięcia w&nbsp;tej nędzy urzędniczej, w&nbsp;tych
+ubogich sprzętach powleczonych kurzem
+trywialności.</p>
+
+<p>Seweryn znów oparł się o&nbsp;ścianę
+i śledził wzrokiem drobną postać chłopca,
+który z&nbsp;wysiłkiem pakował konia na
+łóżko.</p>
+
+<p>I zdawało mu się, że dziecko to jest
+mu doskonale znajome, że widywał je
+codziennie dawniej i&nbsp;teraz odnalazł nagle
+wraz ze wszystkiemi ruchami, tonacyą
+głosu, karnacyą skóry...</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;rzecz dziwna, Seweryn
+odczuwał jakby z&nbsp;jego wnętrza coś się
+oderwało i&nbsp;poruszało się teraz w&nbsp;małych
+a silnych członkach tej istoty,
+nurtowało tę kędzierzawą głowę, objawiało
+się w&nbsp;suchych, urywanych zdaniach,
+wyrzuconych z&nbsp;tej klatki dziwnie<span class="pagenum"><a name="Strona_180" id="Strona_180">[Str. 180]</a></span>
+wydętej pod cienką tkaniną białej flaneli.</p>
+
+<p>Nagle&nbsp;&mdash;&nbsp;drzwi w&nbsp;przeciwległej ścianie
+otworzyły się na rozcierz i&nbsp;stanęła w&nbsp;nich
+kobieta okryta ciemnym, flanelowym
+szlafrokiem, wiszącym luźno na wychudłem
+jej ciele.</p>
+
+<p>Stanąwszy w&nbsp;ramie drzwi, które po
+za nią rozwarły się szeroko, ukazując
+profil łóżek okrytych brązowemi kapami
+i przedzielonych małą ciemną szafką,
+wyciągnęła rękę ku hałasującemu
+dziecku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Maniek!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła suchym, bezdźwięcznym
+głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;nie hałasuj, wiesz
+że mnie głowa bo...</p>
+
+<p>Reszta słów uwięzła jej w&nbsp;gardle.</p>
+
+<p>Dostrzegła Seweryna i&nbsp;obiema rękami
+schwyciła się za piersi.</p>
+
+<p>Pobladła jak ściana i&nbsp;na chwilę
+oczy przymknąwszy, oparcia ciałem szukała.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;poznał ją także, poznał odrazu,
+jakkolwiek straszną zmianą te lat siedem
+naznaczyły się na jej twarzy.<span class="pagenum"><a name="Strona_181" id="Strona_181">[Str. 181]</a></span></p>
+
+<p>Był to szkielet Anny&nbsp;&mdash;&nbsp;tej Anny,
+która podniosła się wśród blasków bizantyjskiej
+lampy, milcząca i&nbsp;blada&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+odeszła z&nbsp;płodem cudzołożnym w&nbsp;łonie,
+nie <a class="ins" href="#tnote_26" name="tAnchor_26" title="wymówiszy">wymówiwszy</a> ani słowa do swego wspólnika.</p>
+
+<p>Teraz stali przed sobą, oboje bledzi&nbsp;&mdash;&nbsp;mając
+pomiędzy swemi ciałami
+całą przeszłość pieszczot, zmysłowych
+porywów i&nbsp;chwilę rozstania gorzką
+i gwałtowną, z&nbsp;początkiem brzemienności
+kobiety.</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ona odzyskała przytomność
+i podniosła głowę.</p>
+
+<p>W wyblakłych jej oczach, otoczonych
+sinawemi cieniami, zadrgała cała gama
+nienawiści głuchej, tajonej wśród nocy
+bezsennych, na szafocie małżeńskiego łoża,
+wśród których do krwi gryząc wargi,
+taiła wyznanie prawdy, rwące się na usta
+w porywie bezdennej rozpaczy i&nbsp;cielesnego
+obrzydzenia.</p>
+
+<p>Wszystko to mignęło w&nbsp;jej oczach i&nbsp;padło
+na twarz Seweryna, jak uderzenie biczem <span class="pagenum"><a name="Strona_182" id="Strona_182">[Str. 182]</a></span>
+cienkim a&nbsp;wiązanym w&nbsp;silnie zadzierzgnięte
+węzły.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała.</p>
+
+<p>Mężczyzna milczał, nie mogąc zdobyć
+się na odpowiedź.</p>
+
+<p>Ta kobieta wydała mu się w&nbsp;tej chwili
+straszną, tragiczną, wielką w&nbsp;swym
+gniewie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego?&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła.</p>
+
+<p>Czuł, że odezwać się musi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O... mieszkanie&nbsp;&mdash;&nbsp;wyjąkał, pocierając
+jedną łydkę o&nbsp;drugą.</p>
+
+<p>Kobieta uśmiechnęła się ironicznie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To mieszkanie <a class="ins" href="#tnote_27" name="tAnchor_27" title="nieodpowienie">nieodpowiednie</a> dla
+pana, wyjść proszę!...</p>
+
+<p>Wyciągnęła drżącą rękę w&nbsp;kierunku
+drzwi.</p>
+
+<p>Seweryn stał jednak ciągle, zmieszany,
+z oczyma spuszczonemi w&nbsp;ziemię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyjść proszę!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła kobieta.</p>
+
+<p>Lecz on, powoli, nieśmiało wzrok swój
+od ziemi oderwał i&nbsp;na chłopca stojącego
+koło łóżeczka przeniósł.<span class="pagenum"><a name="Strona_183" id="Strona_183">[Str. 183]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To... on?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał cichym, ledwie
+dosłyszalnym głosem.</p>
+
+<p>Na twarz kobiety wystąpił rumieniec.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wyjść... proszę!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła przyciszonym
+głosem.</p>
+
+<p>Seweryn patrzał wprost już w&nbsp;twarz
+chłopca, który, odstąpiwszy od łóżka,
+znalazł się pomiędzy nim i&nbsp;matką, a&nbsp;wsadziwszy
+ręce w&nbsp;kieszenie od kurtki, łydki
+wygiąć pierś naprzód podał i&nbsp;z uśmiechem
+na Seweryna spoglądał.</p>
+
+<p>I był to on! on sam w&nbsp;zmniejszonym
+formacie, on&nbsp;&mdash;&nbsp;egoista, on&nbsp;&mdash;&nbsp;samolub,
+on&nbsp;&mdash;&nbsp;brutalny samiec tyranizujący wszystko!
+Kukułcze pisklę zagarnęło gniazdo
+dla siebie, rozpierając się w&nbsp;niem z&nbsp;zuchwałością
+bękarta...</p>
+
+<p>W oczach kobiety szkliły się łzy, głowę
+oparła o&nbsp;ramę drzwi i&nbsp;ponuro patrzyła
+przed siebie.</p>
+
+<p>Seweryn machinalnie rękę ku dziecku
+wyciągnął.</p>
+
+<p>Sięgnął jak po swoją własność, zapominając,
+że w&nbsp;nikczemnym egoizmie swoim
+stracił prawo do istoty spłodzonej<span class="pagenum"><a name="Strona_184" id="Strona_184">[Str. 184]</a></span>
+przez siebie i&nbsp;podrzuconej nieznanemu
+człowiekowi.</p>
+
+<p>Lecz Anna nagle, jak hyena, porwała
+się ode drzwi i&nbsp;schwyciwszy dziecko jedną
+ręką, drugą chudą i&nbsp;drżącą wyciągnęła
+z wspaniałym gestem silnej w&nbsp;swem prawie
+kobiety.</p>
+
+<p>Z po zaciśniętych zębów wybiegło jedno
+jedyne słowo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Precz!...</p>
+
+<p>I słowo to było tak silne, tak tętniące
+obietnicą niecofnięcia się przed niczem,
+iż Seweryn po raz pierwszy w&nbsp;życiu ustąpił
+nędznie przed wzrokiem kobiety, kurcząc
+się i&nbsp;cofając ku wyjściu, jak znikczemniałe
+wypędzone z&nbsp;cudzego legowiska
+zwierzę...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_185" id="Strona_185">[Str. 185]</a></span></p>
+<h2><a name="VII" id="VII"></a>VII.</h2>
+
+<h2>Lewek.</h2>
+
+
+<p>Małe to było, brzydkie, krępe, na krzywych
+nogach osadzone, z&nbsp;głową kudłatą
+i z&nbsp;bezczelnem spojrzeniem w&nbsp;zielonawych,
+świdrowatych oczach, których usiłowaniem
+najgorętszem było rzucać piekielne
+podbójcze błyski.</p>
+
+<p>„Demoniczny jestem”, mawiał, pukając
+się w&nbsp;wypukłe piersi, okryte wykrochmaloną
+koszulą, „demoniczny bestya, jak
+chyba nikt na świecie”. I&nbsp;pakował gałkę
+od laski w&nbsp;szerokie usta, które oblizywał
+ciągle, grubym, sinawym językiem. Nogi
+obute w&nbsp;płytkie lakierowane pantofle
+wyciągał przed siebie, ohydny, trywialny,
+śmieszny pod jasnym blaskiem porannego
+słońca filtrującego złotawe światło <span class="pagenum"><a name="Strona_186" id="Strona_186">[Str. 186]</a></span>
+przez liście kasztanów nad ławkami
+się zwieszających.</p>
+
+<p>Spoglądał na przechodzące kobiety z&nbsp;lekceważeniem
+pozornem a&nbsp;z utajoną lubieżnością.
+Kiwaniem nogi, wydęciem ust,
+zdawał się mówić jak sułtan rozparty na
+sofie w&nbsp;haremie.</p>
+
+<p>„No! któraż tam!... Pan czeka!...”</p>
+
+<p>Lecz w&nbsp;myśli powtarzał sobie:</p>
+
+<p>„Ach!... żeby też która!...”</p>
+
+<p>Lecz kobiety mijały go szybko, nie
+zwracając nań najmniejszej uwagi. Czasem
+zasłaniały się parasolkami, aby uniknąć
+jego natrętnego i&nbsp;bezczelnego spojrzenia,
+które on uważał za szczyt demoniczności.
+Często&nbsp;&mdash;&nbsp;gdy zniecierpliwiony, rozdrażniony,
+wstawał z&nbsp;ławki i&nbsp;z arogancyą
+zaglądał pod ronda kapeluszy mężatek
+pilnujących dzieci, lub następował na pięty
+dziewcząt uśmiechających się w&nbsp;promieniach
+słonecznych&nbsp;&mdash;&nbsp;ta i&nbsp;owa mruknęła
+przez zaciśnięte zęby:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Błazen!</p>
+
+<p>On wtedy zaciskał zęby z&nbsp;wściekłością,
+przybierając pozornie rozpromieniony <span class="pagenum"><a name="Strona_187" id="Strona_187">[Str. 187]</a></span>
+wyraz twarzy. Siedzący bowiem na ławie
+przyjaciele śledzili go z&nbsp;uwielbieniem,
+patrząc, jak „zachodzi”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;jak kobiety
+rzucają mu w&nbsp;przelocie jakieś słowa, które
+on, szczęśliwiec! z&nbsp;uśmiechem niedbałym
+przyjmuje. Gdy powracał do ławki,
+kołysząc się na swych krótkich, kaczych
+nogach, gołowąsy młodzieniaszek w&nbsp;świat
+podbojów wchodzący, zapytywał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;cóż? i&nbsp;cóż? co one powiedziały?...</p>
+
+<p>Ireneusz wydymał dolną wargę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha! lecą na mnie!</p>
+
+<p>Po ławce rozchodził się szmer uwielbienia.</p>
+
+<p>Wiadomo bowiem, że Ireneusz należy
+do tych wybrańców, którzy mają szczęście
+do kobiet! Już w&nbsp;czwartej klasie miał
+taką reputacyę, gdy za brązowemi spódniczkami
+pensyonarek gonił, spocony,
+czerwony, kroplami potu na krótkiej, niekształtnej
+szyi okryty.</p>
+
+<p>Pensyonarki pluły, złościły się, obrzucały
+go rozmaitemi epitetami, on to
+wszystko ze stoicyzmem znosił&nbsp;&mdash;&nbsp;wiedząc,
+że w&nbsp;oczach kolegów rośnie na zjadacza<span class="pagenum"><a name="Strona_188" id="Strona_188">[Str. 188]</a></span>
+serc panieńskich, na don Żuana, na kobieciarza!
+Podtrzymując reputacyę swoją,
+pracował i&nbsp;nadal w&nbsp;tym kierunku, zamieniwszy
+tylko teren swych manewrów,
+wiecznie w&nbsp;pogoni za kobietą, zawsze
+głodny a&nbsp;udający przesyconego, drżący na
+szelest krochmalnej spódnicy pokojówki
+a ziewający na widok koronek wyłaniających
+się z&nbsp;pod sukni szykownej strojnisi.</p>
+
+<p>Szlachectwo zobowiązuje!</p>
+
+<p>Reputacya Irka była ustalona.</p>
+
+<p>Demoniczny i&nbsp;szczęśliwy do kobiet!...</p>
+
+<p>Tylko tyle.</p>
+
+<p>Godność tę trzeba było dźwigać na
+swej kwadratowej głowie pod grozą śmieszności
+i odstąpienia podbójczego berła
+komu innemu.</p>
+
+<p>Tego Irek byłby nie przeżył.</p>
+
+<p>Chował więc „błazna”&nbsp;&mdash;&nbsp;do kieszeni
+i mówił zapalając papierosa:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lecą na mnie!</p>
+
+<p>Lecą! och!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_189" id="Strona_189">[Str. 189]</a></span></p>
+
+<p>Akuszerka odbierająca Irka zaopiniowała
+w dwie minuty po urodzeniu się tego
+rozkosznego dziwotworu w&nbsp;następujących
+wyrazach:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chłoptaś szelma śliczny jak lalka,
+do mamy podobny jak dwie krople wody.
+Będzie miał szczęście do kobiet!</p>
+
+<p>Ojciec&nbsp;&mdash;&nbsp;suchy, biedny, zawiędły urzędnik&nbsp;&mdash;&nbsp;stojący
+pod piecem z&nbsp;pieluszkami
+<a class="ins" href="#tnote_28" name="tAnchor_28" title="w ręku, uśmiechnął się blado:">w ręku, uśmiechnął się blado.</a></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak Boga szczerze kocham&nbsp;&mdash;&nbsp;przyświadczała
+akuszerka, wodę na kąpiel
+szykując&nbsp;&mdash;&nbsp;będą za nim hrabiny latały,
+już ja się znam na tem!</p>
+
+<p>Słowa pani Malinkiewicz, powtarzane
+często w&nbsp;obecności już podrastającego Irka,
+głębokie nań wywarły wrażenie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Powiedziała&nbsp;&mdash;&nbsp;o! powiedziała!... musiała
+coś przecież wiedzieć, z&nbsp;palca sobie
+tego nie wyssała.</p>
+
+<p>Uczył się, ale za to był bezustannie
+w fałdach kobiecych spódnic, wcześnie
+roznamiętniony i&nbsp;ofiarowujący się z&nbsp;miną
+znudzonej przymusowem dziewictwem kobiety.
+Odpychano go jednak, tak był<span class="pagenum"><a name="Strona_190" id="Strona_190">[Str. 190]</a></span>
+wstrętny, z&nbsp;oczyma zielonawemi, powleczonemi
+mgłą namiętności, z&nbsp;ustami wpół
+otwartemi o&nbsp;zaślimaczonych kącikach.
+Przez grzeczność, w&nbsp;obecności rodziców
+dziewczęta znosiły go pomiędzy sobą, unikając
+dotknięcia jego rąk zimnych i&nbsp;wiecznie
+spoconych. On&nbsp;&mdash;&nbsp;połykał upokorzenia,
+znosił przycinki, znajdując dziwną rozkosz
+w słowach obcych, widzących go w&nbsp;gronie
+dziewczyn.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek ma szczęście do kobiet! patrzcie!...
+zawsze jest pomiędzy niemi!...</p>
+
+<p>Gdy podrósł, zaczął się zastanawiać,
+czem właściwie można podbijać kobiety.</p>
+
+<p>Czytał wiele, zatrzymując się zawsze
+nad opisami bohaterów, którzy, szczególnie
+obdarzeni od natury, uwodzili po sześć
+kobiet dziennie, porzucając je później na
+pastwę tęsknoty i&nbsp;rozpaczy...</p>
+
+<p>Bohaterowie ci mieli przeważnie&nbsp;&mdash;&nbsp;„czoło
+wyniosłe, otoczone kruczemi kędziorami,
+twarze pociągłe, blade&nbsp;&mdash;&nbsp;nozdrza namiętne,
+rozdęte”. Jeden z&nbsp;bohaterów Balzaka,
+uwodziciel urzędowy, miał wargę<span class="pagenum"><a name="Strona_191" id="Strona_191">[Str. 191]</a></span>
+dolną lekko obwisłą „świadczącą o&nbsp;zmysłowości”...</p>
+
+<p>Zaczęły się więc tortury ciała Irkowego.</p>
+
+<p>Włosy smażyły się i&nbsp;piekły na żelazku
+od rurkowania spódnic, nieruchome i&nbsp;mięsiste
+nozdrza rozciągane palcami, nabrały
+pewnych ruchów przy wciąganiu powietrza,
+warga zaś dolna&nbsp;&mdash;&nbsp;ta nieszczęsna
+warga, miała rzeczywiście pozory zmysłowości
+„szalonej”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek, co robisz z&nbsp;ustami?&nbsp;&mdash;&nbsp;wołała
+matka, cicha, potulna kobiecina, niemogąca
+pojąć jak zaszczytne stanowisko zająć
+ma jej syn w&nbsp;społeczeństwie.</p>
+
+<p>Projekt na „lwa”&nbsp;&mdash;&nbsp;tymczasem wargę
+ciągnął i&nbsp;nozdrzami ruszał, tworząc sobie
+w ten sposób maskę podbójczą, niezwalczoną...</p>
+
+<p>Wzrósłszy w&nbsp;lata i&nbsp;ciało, krępy i&nbsp;nabity,
+rozsadzający pełnością kształtów jasne
+garnitury, aplikował u&nbsp;jednego z&nbsp;adwokatów,
+zapełniając ciasną kancelaryę
+trywialną, ostrą wonią chypru. Lokował
+się przy drzwiach salonu, aby za każdem<span class="pagenum"><a name="Strona_192" id="Strona_192">[Str. 192]</a></span>
+ich otwarciem, rzucić w&nbsp;głębię przenikliwe
+spojrzenie, samą adwokatowę mające
+na względzie.</p>
+
+<p>Pani ta jednak&nbsp;&mdash;&nbsp;jakkolwiek w&nbsp;niebezpieczną
+trzydziestkę wkroczyła i&nbsp;miała
+lekki puszek na wierzchniej wardze posiadała
+tylko jedną namiętność, to jest... rurki
+czekoladowe napełnione kremem. Pochłaniała
+ich ilość obfitą, zmysłowe rozkosze
+na bok odkładając, namiętne przeto drżenie
+nozdrzy Irka zostawiało ją zimną, nawet
+nieździwioną w&nbsp;jej łakomem, kremowem
+rozleniwieniu.</p>
+
+<p>Demoniczny natomiast młodzian, obserwowany,
+popychany przez kolegów, widząc,
+iż nic nie zyska, przybrał... minę
+zwycięzcy i&nbsp;często w&nbsp;pustą głębię salonu
+rzucał porozumiewawcze spojrzenia
+i uśmiechy, ku wielkiej radości całej dependenckiej
+rzeszy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wzięła się! wzięła!&nbsp;&mdash;&nbsp;szeptali do
+siebie, głowy z&nbsp;plik papierów wyściubiając.</p>
+
+<p>Irek brwi marszczył i&nbsp;rękę patetycznie
+wyciągał.<span class="pagenum"><a name="Strona_193" id="Strona_193">[Str. 193]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę was&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił&nbsp;&mdash;&nbsp;zaprzestańcie
+tych żartów. Podobnemi podejrzeniami
+obrażacie mnie i&nbsp;kobietę, która obdarza
+mnie sercem zaufanem!</p>
+
+<p>Milknął na chwilę, poczem dodawał
+z wysiłkiem:</p>
+
+<p>&mdash;...I której honor jest mi drogim!</p>
+
+<p>Było w&nbsp;tym głosie to „coś”, które
+drga zawsze w&nbsp;głosie mężczyzny, ile razy
+zapiera się miłostek z&nbsp;jakąś kobietą. Mówi
+„nie!”&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;słyszy się najwyraźniej
+„tak!”</p>
+
+<p>Wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;następował teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;bukiet,
+wieńczący zwykłe podobnego rodzaju rozmowy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daję wam na to... słowo honoru!</p>
+
+<p>Wszystko tam było&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;honor (och
+ten nieszczęsny!), i&nbsp;ręka na kamizelce położona,
+i przymrużanie oczów, słowem&nbsp;&mdash;&nbsp;cała
+lira.</p>
+
+<p>Mimo to, a&nbsp;właściwie mówiąc, dlatego&nbsp;&mdash;&nbsp;dependenci
+mówili w&nbsp;kilka dni później
+w gronie swych zaufanych przyjaciół:<span class="pagenum"><a name="Strona_194" id="Strona_194">[Str. 194]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek poleciał teraz na grandę, mężatka,
+szyk kobieta! Nie&nbsp;&mdash;&nbsp;on ma dziwne
+szczęście do kobiet!...</p>
+
+<p>A zapytywani przez rodzinę o&nbsp;panią
+adwokatowę, odpowiadali:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Phi!... kobieta nieszczególnego prowadzenia
+się! Podobno Irek... i&nbsp;to nie
+sam!... nie on jeden!</p>
+
+<p>Adwokatowa tymczasem kremem cała
+ubielona, ani przypuszczała jak czernieje
+jej dobre imię, jaka smutna przyszłość
+gotuje się dla jej córek&nbsp;&mdash;&nbsp;których matka,
+niedługo w&nbsp;opinii całego miasta zostanie
+„taką, co przez całą kancelaryę męża
+przeszła!”</p>
+
+<p>Powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;Irek rozzuchwalał się coraz
+więcej.</p>
+
+<p>Tu i&nbsp;owdzie, jakaś pokojówka rozuzdana,
+sklepikarka lub dystrybutorka spragniona
+miłosnych wrażeń&nbsp;&mdash;&nbsp;zsuwała mu się
+w objęcia. On&nbsp;&mdash;&nbsp;wygłodzony, miłostki te
+skwapliwie przyjmował, dekorując je później
+w wytworne barwy, w&nbsp;opowiadaniach
+swych, wśród kilku przyjaciół. Franusia
+z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami, <span class="pagenum"><a name="Strona_195" id="Strona_195">[Str. 195]</a></span>
+była w&nbsp;tych opowieściach&nbsp;&mdash;&nbsp;panną
+„z bardzo przyzwoitej rodziny”&nbsp;&mdash;&nbsp;odwiedzającą
+go o&nbsp;szarej godzinie z&nbsp;panną służącą.
+Biedactwo! przybywało zawsze spłonione
+i drżące. Narzuciło mu się prawie
+samo a&nbsp;teraz on&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;litości nad biedną,
+stosunek ten przeciągał, który, nawiasem
+mówiąc, nużył go niewypowiedzianie. Czuł
+bowiem do czego to zmierza, panna chce
+koniecznie doprowadzić go do ołtarza&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+on, Ircio&nbsp;&mdash;&nbsp;bynajmniej tego nie
+pragnie!</p>
+
+<p>Tembardziej&nbsp;&mdash;&nbsp;że... niedawno zaplątał
+się jeszcze w&nbsp;znajomość z&nbsp;pewną wdową,
+majętną, posiadającą handel na jednej
+z pryncypalnych ulic, o!... wiecie!&nbsp;&mdash;&nbsp;sklep
+wspaniały&nbsp;&mdash;&nbsp;jubilerski, pełen brylantów,
+turkusów, rubinów...</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;uległ także temu kaprysowi, pociągnięty
+wielką pięknością wdowy, lecz
+teraz radby się wywinąć uczciwie, jak na
+przyzwoitego człowieka przystoi.</p>
+
+<p>Wdową tą tymczasem&nbsp;&mdash;&nbsp;była dystrybutorka,
+rozlana w&nbsp;czterdziestce, którą
+przekroczyła, żółta i&nbsp;nędzna za skromnym<span class="pagenum"><a name="Strona_196" id="Strona_196">[Str. 196]</a></span>
+kontuarem ubogiego sklepiku, na jednej
+z najbardziej oddalonych ulic miasta.</p>
+
+<p>Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do
+niego, pełni tej dziwnej łatwowierności,
+jaką mają mężczyźni, wobec miłosnych
+blag patentowanego przez nich samych
+bezczelnika.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Irek!... Irek!... powiedz&nbsp;&mdash;&nbsp;jak się
+nazywa?</p>
+
+<p>Irek łyżeczką kawę mieszał z&nbsp;tajemniczą
+miną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wymagajcie! honor kobiety!...</p>
+
+<p>Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej
+ciekawości starych plotkarek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czy znamy ją? powiedz?</p>
+
+<p>Irek ramionami ruszał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może...&nbsp;&mdash;&nbsp;rzucał z&nbsp;niechcenią.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani Strzelecka?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A... cóż znowu!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pani Jacksohn?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ...</p>
+
+<p>Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie
+błyskając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;ona&nbsp;&mdash;&nbsp;ona&nbsp;&mdash;&nbsp;nikt inny!...<span class="pagenum"><a name="Strona_197" id="Strona_197">[Str. 197]</a></span></p>
+
+<p>Lecz on porywał się nagle, godności
+pełen:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Proszę, zaprzestańcie tych domysłów.
+Gdyby nawet tak było... honor milczeć
+mi nakazuje!</p>
+
+<p>I nagle wdowa po jubilerze zostawała
+kobietą „kompromitującą się z&nbsp;jakimś dependentem”,
+istotą zgubioną, nieumiejącą
+nawet uszanować pozorów... Ta i&nbsp;owa,
+w chwili oburzenia, wróciwszy z&nbsp;„pod
+Raka”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra,
+a gabinety zbudowane są z&nbsp;dziurawych
+desek&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wszystko przecież można... ale zachować
+trzeba pozory!...</p>
+
+<p>Koło kobiety robiła się pustka, której
+ona wytłomaczyć sobie nie umiała i&nbsp;nie
+mogła&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;lewek Irek powtarzał tymczasem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdyby nawet tak było&nbsp;&mdash;&nbsp;honor mi
+milczeć nakazuje!</p>
+
+<p>Och!... ten honor mężczyzn, lwów broniących
+czci kobiety, którą sami zszargali,
+ten honor dzwoniący, jak fałszywa moneta <span class="pagenum"><a name="Strona_198" id="Strona_198">[Str. 198]</a></span>
+&mdash;&nbsp;„qu'allait-il faire donc, dans cette
+gal&egrave;re?”</p>
+
+<p>Powoli, Irek rozzuchwalał się jeszcze
+więcej.</p>
+
+<p>Trzeba było słyszeć tę potworę mówiącą
+o kobietach w&nbsp;ogóle, zwłaszcza
+gdy wypił filiżankę czarnej kawy z&nbsp;figową
+cykoryą, pod werendą dystyngowanej
+cukierni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kobiety!... hm&nbsp;&mdash;&nbsp;wiedział on dobrze
+co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści
+siedem razy grał komedyę miłości... tak!...
+tak!... trzysta czterdzieści siedem! ani
+mniej ani więcej! Zna więc do gruntu te
+istoty, które bez wielkich wysiłków
+przykuć do siebie na zawsze można. Gorący
+pocałunek, w&nbsp;ucho naprzykład, zupełnie
+wystarcza! On to próbował nieraz
+i żadna mu się nie oparła! a&nbsp;ileż ich
+przez ręce mu się przewinęło! Blondynki,
+brunetki, rude, ba!... nawet jedna siwa,
+lecz młoda i&nbsp;piękna! Wybierał zawsze
+bowiem piękne i&nbsp;dobrze zbudowane...
+wszak tyle jest tego na świecie!... mój
+Boże&nbsp;&mdash;&nbsp;ręką tylko siegnąć... już jest i&nbsp;to<span class="pagenum"><a name="Strona_199" id="Strona_199">[Str. 199]</a></span>
+nie byle co, szyk, elegancya, inteligencya!
+wszystko!</p>
+
+<p>Cóż?&nbsp;&mdash;&nbsp;kobieta?&nbsp;&mdash;&nbsp;istotnie słaba, bez
+woli&nbsp;&mdash;&nbsp;lgnąca do trochę przystojniejszego
+mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych”&nbsp;&mdash;&nbsp;phii!...
+to okazy do wypchania,
+niema ich poprostu. Irek takich nie znał,
+wreszcie... on za nikogo, za żadnąby nie
+ręczył!...</p>
+
+<p>Podkreślał te słowa, przybijając tem
+słuchaczy. A&nbsp;wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;gdyby oni byli
+na jego miejscu i&nbsp;przeszli to, co on
+przeszedł&nbsp;&mdash;&nbsp;widzieli kobiety napozór
+zacne, święte, nieskalane... szalejące
+w chwili ekstazy miłosnej w&nbsp;jego objęciach
+jak kurtyzany!&nbsp;&mdash;&nbsp;a!... tak! tak,
+jak proste kurtyzany!</p>
+
+<p>Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz
+„kurtyzana”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;szastał nim na prawo
+i lewo, wsłuchując się w&nbsp;dźwięk tego
+teatralnego słowa.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zresztą&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnął dalej, paznogcie
+sobie oglądając&nbsp;&mdash;&nbsp;życie trzeba brać jak
+jest! Kobieta jest przyjemnem narzędziem
+rozkoszy i&nbsp;miłą rozrywką. Tylko...</p>
+
+<p>Tu składał ręce jak do modlitwy.<span class="pagenum"><a name="Strona_200" id="Strona_200">[Str. 200]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego!
+nie chciejcie widzieć w&nbsp;kobiecie
+istoty na wieki do was przykutej,
+bo w&nbsp;ten sposób&nbsp;&mdash;&nbsp;życie będzie dla was
+męczarnią. W&nbsp;młodości mej... wiedziałem
+coś o&nbsp;tem!</p>
+
+<p>Pozował się melancholijnie, głowę na
+dłoni wspierając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... tak!...&nbsp;&mdash;&nbsp;kończył cichym,
+przytłumionym głosem&nbsp;&mdash;&nbsp;początkowo
+brałem komedyę miłości na seryo. To
+mnie zabijało! Dziś, nie kocham! pozwalam
+się kochać... i&nbsp;czuję się o&nbsp;wiele szczęśliwszym.</p>
+
+<p>Uśmiechał się, usta oblizując&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;kącikach
+mu kawa pomieszana ze śliną
+czerniała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Teraz, już trzysta czterdzieste ósme
+przedstawienie nie kosztuje mnie nic i&nbsp;bez
+najmniejszego wzruszenia o&nbsp;schadzce wieczornej
+myślę. Ot&nbsp;&mdash;&nbsp;spędzić wieczór z&nbsp;kobietą,
+jest dla mnie to samo, co... filiżankę
+kawy wypić!</p>
+
+<p>Pełen dezinwoltury, wspaniały, nadzwyczajny,
+sączył resztę fusów osiadłych<span class="pagenum"><a name="Strona_201" id="Strona_201">[Str. 201]</a></span>
+na dnie filiżanki. Słuchano go z&nbsp;religijnem
+skupieniem.</p>
+
+<p>Swadę miał i&nbsp;widoczną gruntowną znajomość
+przedmiotu.</p>
+
+<p>Czasem miał odpowiedzi, które po
+prostu historycznemi się stały, rywalizując
+ze słowem Cambronne'owi przypisywanem.</p>
+
+<p>Przykład:</p>
+
+<p>Jeden z&nbsp;młodzieży&nbsp;&mdash;&nbsp;wkraczający dopiero
+w dziedzinę galanteryi, zauważył
+nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami”
+wiele się znajduje dowodów szczerego
+przywiązania i&nbsp;miłości.</p>
+
+<p>Dyskutowano trochę, ten i&nbsp;ów opozycyę
+zakładał, wreszcie zwrócono się do
+Irka, który ostentacyjnie jakiś list na różowym
+papierze nabazgrany czytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak pan sądzisz?... szwaczki? co?</p>
+
+<p>Irek oczy zmrużył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szwaczki?&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział po
+chwili z&nbsp;niezrównanem roztargnieniem&nbsp;&mdash;&nbsp;szwaczki?...
+je n'en sais rien?... nie
+znam!...<span class="pagenum"><a name="Strona_202" id="Strona_202">[Str. 202]</a></span></p>
+
+<p>Od pewnego czasu używał francuzczyzny,
+ucząc się zdań pojedynczych i&nbsp;rozmówek
+pani Bocquel.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nieznasz pan szwaczek?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytano
+ze zdziwieniem. On, demoniczny wzrok
+wokoło ciskał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A, od czegóż... damy?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Razem z&nbsp;latami, wzrosła w&nbsp;tym mężczyźnie
+dziwna zaciekłość udawania kochanka
+każdej choć trochę wybitniejszej
+lub bardziej znanej kobiety.</p>
+
+<p>Zwrócił się przedewszystkiem do&nbsp;&mdash;&nbsp;teatru.</p>
+
+<p>Poznał jakąś nędzarkę, chórzystkę&nbsp;&mdash;&nbsp;obarczoną
+kilkorgiem dzieci, zaglądał
+często do jej biednego mieszkania, i&nbsp;teraz,
+nagle zaczął pastwić się nad aktorkami.</p>
+
+<p>Od owej chórzystki&nbsp;&mdash;&nbsp;wyciągał niektóre
+szczegóły co do artystek stojących
+na stanowisku i&nbsp;szargał je w&nbsp;błocie rozpusty,
+obmawiając w&nbsp;najcyniczniejszy
+sposób.<span class="pagenum"><a name="Strona_203" id="Strona_203">[Str. 203]</a></span></p>
+
+<p>Pisywały do niego! o! tak&nbsp;&mdash;&nbsp;nawet
+bardzo często, cierpiąc po prostu na manię
+listów! Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;jakkolwiek chwilami
+znajdował pewne upodobanie w&nbsp;towarzystwie
+„tych pań”&nbsp;&mdash;&nbsp;umiał postawić
+się na odpowiedniej stopie. Mój Boże!...
+wiadomo bowiem jak przewrotną
+jest kobieta&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;cóż dopiero aktorka!
+Tej ostatniej głównie chodzi o&nbsp;świecidełka,
+błyskotki. Rzuca się więc jej
+ten okup i&nbsp;flirtuje wesoło w&nbsp;jej buduarze.
+Co jeszcze mają najlepszego w&nbsp;sobie
+aktorki&nbsp;&mdash;&nbsp;to umiejętność urządzania
+buduarów.</p>
+
+<p>I dyskretnie dawał rozmaite szczegóły.</p>
+
+<p>U tej naprzykład buduar cały różowy
+ma na szezlongu rzuconą białą niedźwiedzią
+skórę, u&nbsp;tamtej buduar w&nbsp;kształcie
+oryentalnego namiotu, u&nbsp;innej znowu
+lustra, lustra i&nbsp;lustra.</p>
+
+<p>Jeszcze inna nie miała buduaru, przyjmowała
+zwykle w&nbsp;saloniku, w&nbsp;którym
+była zaciszna alkowa, wybita liliową
+draperyą. Aktorka miała jasne złociste
+włosy, <a class="ins" href="#tnote_29" name="tAnchor_29" title="zwykłe">zwykle</a> rozpuszczone i&nbsp;wielkie<span class="pagenum"><a name="Strona_204" id="Strona_204">[Str. 204]</a></span>
+koronkowe rękawy, któremi zamiatała
+ziemię.</p>
+
+<p>Nawet na nim, na Irku robiło to
+pewien efekt, dlatego przesiadywał tam
+często, powtarzając z&nbsp;„tą panią”&nbsp;&mdash;&nbsp;jej
+role.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_30" name="tAnchor_30" title="Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role. a&nbsp;wreszcie...">Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role, a&nbsp;wreszcie...</a></p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;był już dyskretnym.</p>
+
+<p>Dobra wiara, którą zaszczycano go od
+lat kilku, wyrobiła w&nbsp;nim bezczelność,
+posuniętą do niemożliwych granic.</p>
+
+<p>Opinia aktorek, szarpana zwykle przez
+wszystkich, dla tego lwa była prawdziwym
+kęskiem królewskim, na który rzucał się
+s całą zajadłością.</p>
+
+<p>Aktorki!... fiu!.. wszystko&nbsp;&mdash;&nbsp;kurtyzany!...</p>
+
+<p>Rzecz ceny&nbsp;&mdash;&nbsp;nic więcej!</p>
+
+<p>Ramionami wzruszał, usta wydymał&nbsp;&mdash;&nbsp;pełen
+szlachetnej pogardy dla tych istot
+ujrzanych zaledwie zdaleka, wśród blasku
+gazu, w&nbsp;szeleście jedwabnych spódnic i&nbsp;całej
+fali koronek.</p>
+
+<p>Serce mu biło gwałtownie, gdy ujrzał
+którą przechodzącą ulicą.<span class="pagenum"><a name="Strona_205" id="Strona_205">[Str. 205]</a></span></p>
+
+<p>Jeśli nie był sam&nbsp;&mdash;&nbsp;pociągał gwałtownie
+swego towarzysza i&nbsp;przechodził na
+drugą stronę ulicy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dlaczego to robisz?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał towarzysz&nbsp;&mdash;&nbsp;patrz,
+idzie Morelka, przywitasz
+się z&nbsp;nią... może mnie przedstawisz?</p>
+
+<p>Irek brwi marszczył, głowę odwracając.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziwny jesteś&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadał&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+wiesz, że oddawna nie znam tej pani?</p>
+
+<p>Lub zapuszczał się dalej w&nbsp;efronteryę,
+mówiąc junacko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Witać się z&nbsp;nią? cóż znowu, przecież
+ja nie mogę się tak kompromitować!</p>
+
+<p>Przechodził szybko, głowę do góry
+niosąc, z&nbsp;ustami wydętemi pogardliwie,
+ironicznie&nbsp;&mdash;&nbsp;pogwizdując jakąś urywaną
+melodyę.</p>
+
+<p>Aktorka tymczasem szła powoli, nie
+przypuszczając, że po drugiej stronie
+chodnika szedł człowiek&nbsp;&mdash;&nbsp;rzucający na<span class="pagenum"><a name="Strona_206" id="Strona_206">[Str. 206]</a></span>
+nią błotem, dający jej miano „kurtyzany”
+i mówiący z&nbsp;pogardą:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta pani, to rzecz... ceny.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Niezrównaną miał fantazyę, ten kreowany
+przez akuszerkę pożeracz serc kobiecych.
+Wyjeżdżał raz do Wiednia
+i zawadził o&nbsp;Wenecyę. Było to już po
+śmierci matki i&nbsp;trochę klejnotów przez
+nią pozostawionych przeszło w&nbsp;ręce żydów,
+dla opłacenia kosztownej dla Irka
+w świat wycieczki.</p>
+
+<p>Lecz za to z&nbsp;powrotem, ileż legend
+opromieniło demoniczną postać lewka!...</p>
+
+<p>Wiedenki&nbsp;&mdash;&nbsp;hm... cóż! Wiedenki&nbsp;&mdash;&nbsp;namiętne,
+rozmarzone, wysiadające na
+ławkach Stadtparku podczas księżycowych
+nocy.</p>
+
+<p>Sentymentalizm straszny... samobójstwo
+w perspektywie! zapewne&nbsp;&mdash;&nbsp;sensacye
+<a class="ins" href="#tnote_31" name="tAnchor_31" title="nowe i&nbsp;dość miłe lecz dla człowieka,">nowe i&nbsp;dość miłe, lecz dla człowieka,</a>
+który trzysta czterdzieści siedem razy
+grał komedyę miłości&nbsp;&mdash;&nbsp;zanadto
+wstrząsające.<span class="pagenum"><a name="Strona_207" id="Strona_207">[Str. 207]</a></span></p>
+
+<p>Wspanialsze o&nbsp;wiele włoszki, wenecyanki,
+tajemnicze, pełne ognia i&nbsp;nieopisanej
+zmysłowości... A&nbsp;gondole!
+ach!...</p>
+
+<p>Irek głową w&nbsp;takt wioseł kiwał i&nbsp;oczy
+przymykał uśmiechnięty, pełen rozkosznych
+wspomnień. Czasem... barkarollę
+Troschla nucił fałszywie i&nbsp;powtarzał jak
+papuga:</p>
+
+<p>„T'amo!”</p>
+
+<p>Raz&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;chwili zwierzeń wyznał, iż
+przechodzącego placem Św. Marka, dojrzała
+go pewna księżna karmiąca gołębie
+i wieczorem&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;gondoli swej
+uwiozła.</p>
+
+<p>Na Canale grande nauczyła go słowa&nbsp;&mdash;&nbsp;„t'amo!”</p>
+
+<p>W rzeczywistości Irek mieszkał w&nbsp;Wiedniu
+na Leopoldstadt, został w&nbsp;Stadtparku
+zwymyślany przez jakąś m&auml;derl&nbsp;&mdash;&nbsp;wracającą
+z „Waschanstallt”&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;w Wenecyi,
+wynudziwszy się nad cuchnącym
+kanałem, napróżno usiłował pozyskać
+względy dziewczyny posługującej w&nbsp;hotelu, <span class="pagenum"><a name="Strona_208" id="Strona_208">[Str. 208]</a></span>
+grubej trywialnej włoszki, czeszącej
+się raz na trzy tygodnie...</p>
+
+<p>W kilka miesięcy później, Irek kupił
+sobie wąskie porte-bonheur i&nbsp;kazał je zakuć
+na ręku.</p>
+
+<p>Było to szczytem elegancyi i&nbsp;szyku.</p>
+
+<p>Wysuwał teraz rękę z&nbsp;pod mankietu
+i błyskał złotem bransoletki, drażniąc
+ciekawych niezwykłem tem zjawiskiem.</p>
+
+<p>Gdy go pytano&nbsp;&mdash;&nbsp;wymijał zręcznie
+odpowiedzi, honorem się znów zastawiając...</p>
+
+<p>Szczególniej w&nbsp;teatrze imponował bezustannie,
+bransoletkę na rękę naciągał
+i pod oczy nią siedzącym w&nbsp;krzesłach kobietom
+świecił.</p>
+
+<p>Niektóre mówiły:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Patrz! to monstrum ma bransoletkę!</p>
+
+<p>Inne, zaciekawione istotnie, rzucały badawcze
+spojrzenia.</p>
+
+<p>Irek, uszczęśliwiony, nadymał się jak
+żaba, porte bonheurem o&nbsp;szpinki dzwonił
+i przeginał się z&nbsp;nonszalancyą przez
+baryerę krzeseł.<span class="pagenum"><a name="Strona_209" id="Strona_209">[Str. 209]</a></span></p>
+
+<p>W tym czasie przeczytał „Siostry
+Rondoli” i&nbsp;„Safo”. Mówił przeto wiele
+o francuzkiej literaturze i&nbsp;o głębokości
+studyów nad kobietą, dokonanych przez
+Maupassanta i&nbsp;Daudeta.</p>
+
+<p>Rozmarzywszy się raz fałszowaną
+chartreuse'ą, ułożył nagle cały romans
+o jakiejś tajemniczej, czarnoubranej kobiecie,
+która od dni kilku przychodziła do
+niego o&nbsp;zmroku wieczornym.</p>
+
+<p>Miało to być „coś z&nbsp;arystokracji”&nbsp;&mdash;&nbsp;spowitego
+w batyst i&nbsp;blondyny(!) i&nbsp;pragnącego
+u stóp Irka pozostać do śmierci.</p>
+
+<p>Słuchacze zainteresowali się tą opowieścią
+i przez kilka tygodni, tajemnicza
+dama unosiła się, jak mistyczne zjawisko
+po nad głowami mężczyzn. Powoli&nbsp;&mdash;&nbsp;zapomniano
+o niej. Irek&nbsp;&mdash;&nbsp;przestał
+mówić, znużony własnem kłamstwem.</p>
+
+<p>Minęło kilka miesięcy.</p>
+
+<p>Nagle przypomniano sobie tajemniczą
+damę i&nbsp;rzecz naturalna, zapytano o&nbsp;nią
+Lewka. On przez chwilę stał osłupiały,<span class="pagenum"><a name="Strona_210" id="Strona_210">[Str. 210]</a></span>
+niemogąc przypomnieć sobie&nbsp;&mdash;&nbsp;o&nbsp;co tu
+właściwie chodzi.</p>
+
+<p>Wreszcie pamięć mu wróciła.</p>
+
+<p>Do dyabła! cóż teraz zrobić z&nbsp;tą całą
+historyą! Plątać ją dalej&nbsp;&mdash;&nbsp;jak?&nbsp;&mdash;&nbsp;konceptu
+mu zabrakło.</p>
+
+<p>Nagle wspaniała myśl zaświtała mu jak
+gwiazda zbawienia.</p>
+
+<p>Uśmierci ją!</p>
+
+<p>Tajemnicza dama umrze...</p>
+
+<p>I z&nbsp;ponurą twarzą, grubym głosem,
+opowiedział pochylony nad swoją kawą&nbsp;&mdash;&nbsp;że&nbsp;&mdash;&nbsp;czarna
+dama umarła w&nbsp;Nicei... na
+suchoty, miesiąc temu, a&nbsp;ostatnie jej słowo
+było „Ireneusz”...</p>
+
+<p>Powiedziawszy to&nbsp;&mdash;&nbsp;zamyślił się głęboko,
+smutny i&nbsp;znękany.</p>
+
+<p>Słuchacze uszanowali jego boleść&nbsp;&mdash;&nbsp;ogólnem
+milczeniem. Od tej chwili, aureola
+cierpienia otoczyła czoło Irka; zaczął
+chodzić zgarbiony, jakby smutkiem
+do ziemi przyciśnięty.</p>
+
+<p>Pluł wzgardą na wszystkie kobiety
+tęskniąc do tej jednej, szacunku i&nbsp;miłości <span class="pagenum"><a name="Strona_211" id="Strona_211">[Str. 211]</a></span>
+godnej&nbsp;&mdash;&nbsp;która „odeszła w&nbsp;dal ciemną&nbsp;&mdash;&nbsp;pod
+błękitnem niebem Italii”.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż znowu!&nbsp;&mdash;&nbsp;pocieszali go przyjaciele&nbsp;&mdash;&nbsp;trudno
+ginąć z&nbsp;tęsknoty dla
+trupa. Miej siłę! oprzytomniej, Irku!</p>
+
+<p>Lecz Irek pozował teraz coraz więcej,
+drapując się w&nbsp;szatę tragiczną. Fikcyjna
+kochanka zaczęła dlań przybierać
+kształty. Po upływie pewnego czasu nabrał
+przekonania, że&nbsp;&mdash;&nbsp;&mdash;&nbsp;czarna dama,
+rzeczywiście istniała.</p>
+
+<p>Teraz w&nbsp;węzeł krawatu wpinał szpilki
+w formie trupich główek, ubierał się <a class="ins" href="#tnote_32" name="tAnchor_32" title="ciemmno">ciemno</a>,
+cały żałobny jak karawaniarz.</p>
+
+<p>Chwilami miał chęć sprawienia sobie
+krepy przy kapeluszu.</p>
+
+<p>Słowem, był to wdowiec, wdowiec
+opłakujący istotę, która, nie istniejąc,
+śmiercią swą pogrążyła go w&nbsp;bezmiarze
+boleści.</p>
+
+<p>I często z&nbsp;zamglonemi oczyma siadał
+w gronie swych przyjaciół, aby wywnętrzyć
+ból swój drżącym od wzruszenia
+głosem.<span class="pagenum"><a name="Strona_212" id="Strona_212">[Str. 212]</a></span></p>
+
+<p>Jeśli go kto w&nbsp;życiu kochał, o! to pewno
+ta jedna!... Była mu cała oddana,
+pomimo odpychającego chłodu, z&nbsp;jakim
+miłość jej przyjmował!</p>
+
+<p>Uderzał się w&nbsp;czoło z&nbsp;rozpaczą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Byłem względem niej niegodziwy&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+czyż to była moja wina!
+Popsuły mnie te wszystkie inne, popsuły,
+bo trzysta czterdzieści siedem
+razy musiałem grać z&nbsp;niemi komedyę
+miłości. A&nbsp;czy która z&nbsp;nich była warta
+tego?...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież adwokatowa...&nbsp;&mdash;&nbsp;przerywano
+mu półgłosem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Och!... ona!...&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;tu Irek mścił
+się za lekceważenie okazywane mu przez
+amatorkę kremu. Och, ona szczególniej!...
+głupia, zła, gadatliwa, narzucająca się,
+nudna i&nbsp;chuda!... o&nbsp;tak, chuda w&nbsp;przerażający
+sposób. Stanikiem dobrze zrobionym
+okłamywała ludzi... lecz, on&nbsp;&mdash;&nbsp;Irek,
+wiedział czego się ma trzymać...</p>
+
+<p>Nie krępował się już teraz w&nbsp;słowach,
+rozbierając brutalnie kobiety, o&nbsp;których
+istnieniu wiedział zaledwie. Podniecony,<span class="pagenum"><a name="Strona_213" id="Strona_213">[Str. 213]</a></span>
+wściekły&nbsp;&mdash;&nbsp;mścił się za każdą obelgę,
+każde odepchnięcie, wyrzuceniem z&nbsp;siebie
+całej masy kłamliwych szczegółów
+piętnujących kobietę jak rozpalonem żelazem,
+na dowód przytaczając tajemnice
+alkowy, sekreta ciała, ukryte wady lub
+wdzięki.</p>
+
+<p>I tylko dla nadania sobie pozy i&nbsp;uroku
+powracał ciągle do zmarłej, wysławiając
+ją jako ideał piękności i&nbsp;wdzięku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Włosy miała czarne jak kruk i&nbsp;do
+pięt sięgające&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił, potrząsając głową&nbsp;&mdash;&nbsp;oczy
+szafirowe, twarz bladą...
+nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;opisać jej niepodobna, a&nbsp;wreszcie,
+chcecie?&nbsp;&mdash;&nbsp;pokażę wam jej fotografię?</p>
+
+<p>Radość w&nbsp;tłumie powstała ogólna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale, przysięgnijcie mi na honor, iż
+nigdy żaden nie da poznać po sobie, że
+widział ten portret w&nbsp;rękach moich!</p>
+
+<p>Słuchacze, powstawszy, na honor przysięgli.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_214" id="Strona_214">[Str. 214]</a></span></p>
+
+<p>Gdy Irek do domu powrócił, uczuł kłopot
+niemały.</p>
+
+<p>Przyrzekł pokazać fotografię zmarłej&nbsp;&mdash;&nbsp;hm!...
+dobrze, ale zkąd fotografię tę dostać?</p>
+
+<p>Niewypada nic innego tylko kupić jakiś
+„gabinet”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;przyjaciołom przed
+oczyma błysnąć. Nazajutrz, wczesnym
+rankiem, pobiegł Irek do ateliers fotograficznych.</p>
+
+<p>Podał się za heliominiaturzystę amatora,
+chcącego nabyć kilka fotografij, celem
+robienia studyów.</p>
+
+<p>Podano mu całe stosy wybiórków, portretów
+osób, które nie zastrzegły sobie
+sprzedaży publicznej.</p>
+
+<p>Irek szukał długo, wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;wybór
+jego padł na silną brunetkę, o&nbsp;wielkich
+ciemnych oczach, owiniętą masą białej
+gazy.</p>
+
+<p>Wydała mu się nadziemską w&nbsp;tym jasnym
+obłoku. A&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawisko, widmo zmarłej
+a nieznanej kochanki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kto jest ta dama?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Fotograf pokręcił głową.<span class="pagenum"><a name="Strona_215" id="Strona_215">[Str. 215]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie pamiętam prawdziwie&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł&nbsp;&mdash;&nbsp;fotografia
+ta zdejmowana już lat
+kilka temu. Zdaje mi się jednak, że ktoś
+z prowincyi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nietutejsza?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O! za to ręczyć mogę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tem lepiej!</p>
+
+<p>Zapłacił, fotografię zabrał i&nbsp;cały przejęty
+ważnością chwili, dzień spędził w&nbsp;gorączce
+i oczekiwaniu.</p>
+
+<p>Co chwila fotografię wyjmował i&nbsp;przyglądał
+się rysom brunetki. Była przystojną,
+choć cokolwiek mało miała dystynkcyi.
+Jakiś uśmieszek w&nbsp;kącikach ust się
+błąkał, za wiele widać było piersi.</p>
+
+<p>Gaza ratowała jednak wszystko.</p>
+
+<p>Z nadejściem wieczoru, Irek do cukierni
+pędził&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;pomiędzy zebranych już
+mężczyzn wpadł.</p>
+
+<p>Porwali się wszyscy, zaciekawieni jak
+stare baby, wyciągając ręce.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fotografia? o! pokaż! pokaż!</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;stał teraz boleśnie wykrzywiony
+i powoli kopertę odchylał.</p>
+
+<p>Portret wyjąwszy, spojrzał i&nbsp;westchnął.<span class="pagenum"><a name="Strona_216" id="Strona_216">[Str. 216]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak!... to ona!... moja święta&nbsp;&mdash;&nbsp;jakby
+przemówić miała!</p>
+
+<p>I fotografię najbliżej stojącemu podał
+a sam, jakby boleścią przybity, na krzesło
+się usunął.</p>
+
+<p>Lecz nagle, serdeczny, wesoły śmiech
+rozległ się w&nbsp;powietrzu.</p>
+
+<p>Jeden z&nbsp;grona mężczyzn, świeżo z&nbsp;Łodzi
+przybyły, machał w&nbsp;ręku trzymaną
+fotografią „świętej&nbsp;&mdash;&nbsp;zmarłej”, zanosząc
+się ze śmiechu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ależ to Wikcia!&nbsp;&mdash;&nbsp;wołał&nbsp;&mdash;&nbsp;Wikcia
+z Grand hotelu w&nbsp;Łodzi&nbsp;&mdash;&nbsp;ta... co się tu
+w Warszawie teraz puszcza!</p>
+
+<p>Lewek głowę podniósł i&nbsp;ogłupiałym
+wzrokiem na śmiejącego się patrzał.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_217" id="Strona_217">[Str. 217]</a></span></p>
+<h2><a name="VIII" id="VIII"></a>VIII.</h2>
+
+<h2>Małpa.</h2>
+
+
+<p>Że Olka była małpą w&nbsp;całem słowa tego
+znaczeniu, o&nbsp;tem wiedziało nietylko całe
+Żółkiewskie, ale nawet i&nbsp;het daleko aż po
+za rogatkami znano jej rudy, wiecznie
+rozczochrany warkocz i&nbsp;kaftanik w&nbsp;kratki,
+wydarty na łokciach a&nbsp;aksamitem
+u szyi ubrany.</p>
+
+<p>Szczególniej wieczorami, o&nbsp;zmroku&nbsp;&mdash;&nbsp;pełno
+jej było po wązkich uliczkach przedmieścia.</p>
+
+<p>Wiadomo było po co się po cieniu słania,
+od czasu do czasu tylko pod latarnię
+podchodząc; dzieci małe znały ją nawet
+i palcem wskazywały, mówiąc z&nbsp;przedwcześnie
+rozwiniętą złośliwością:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Małpa! idzie małpa!...<span class="pagenum"><a name="Strona_218" id="Strona_218">[Str. 218]</a></span></p>
+
+<p>Ona wygrażała im tłustą czerwoną pięścią
+i rzucała gradem łupin od orzechów,
+których miała zawsze pełne kieszenie.</p>
+
+<p>Urodzona na przedmieściu, wychowana
+w cieniu kamienic, córka stróża, gnieżdżącego
+się w&nbsp;zatęchłej suterynie, podlotkiem
+zaledwie uciekła, pozostawiając po za sobą
+ojca, młodszego brata, wiecznie zamorusanego
+Wicka i&nbsp;kij, którym ojciec
+zwykł był dzieciom na dobranoc kości łamać.
+Nie był to jednak zły człowiek, pracowity,
+przeważnie trzeźwy i&nbsp;zupełnie
+uczciwy. Ucieczkę córki odcierpiał ciężko
+i do samego zgonu widząc ćmy nocne,
+czerniące się w&nbsp;głębi wązkich uliczek, dławił
+się z&nbsp;wściekłości na samą myśl o&nbsp;losie
+Olki.</p>
+
+<p>Ona przeniosła się w&nbsp;inne strony miasta
+i tam, wiążąc zatłuszczone wstążki
+na głowę, z&nbsp;szelestem świeżo wykrochmalonych
+spódnic, spadała na ulicę o&nbsp;szarym
+zmroku, razem z&nbsp;całem stadem szarańczy
+po kątach ciemnych czatującej.</p>
+
+<p>Znały ją stawy Pełczyńskie i&nbsp;szumiące
+dokoła nich brzozy, znał ją Węgliński lasek, <span class="pagenum"><a name="Strona_219" id="Strona_219">[Str. 219]</a></span>
+cały w&nbsp;zieleń aksamitu spowity;&nbsp;&mdash;&nbsp;powoli
+całe terytoryum miasta na wschód
+się pchającego Olka zajęła w&nbsp;swe posiadanie,
+prezentując wszędzie swą twarz płaską,
+ospą znaczoną i&nbsp;z nosem zadartym,
+z wargami mięsistemi, w&nbsp;obramowaniu
+ostro najeżonych włosów o&nbsp;rudawym, niepewnym
+połysku.</p>
+
+<p>Lecz dziewczyna ta wiecznie tęskniła za
+swą kolebką, za tem Żółkiewskiem, które
+bieleje jasną szeroką strugą głównej ulicy
+i rozlewa się potem w&nbsp;drobne, małe, ciemne
+zaułki, pomiędzy domami zapchanemi
+żydostwem, płynące.</p>
+
+<p>Olka miała nostalgię tych wielkich kamienic,
+rozweselonych purpurową barwą
+pierzyn z&nbsp;ganków i&nbsp;z okien zwieszonych,
+tych dziedzińców nagle, brutalnie roztwierających
+się na zielony plac mustry, lub
+cały szereg fortyfikacyj w&nbsp;mgłę błękitną
+spowitych. Tęskniła za gwizdem pociągów,
+przelatujących wesoło po nasypie
+żółcącym się w&nbsp;oddali, pragnęła odetchnąć
+wonią kasztanów, płynącą z&nbsp;bukietu drzew
+ogrodu Inwalidów, z&nbsp;pośród których wystrzelał <span class="pagenum"><a name="Strona_220" id="Strona_220">[Str. 220]</a></span>
+w górę biały, czysty gmach o&nbsp;harmonijnie
+pięknych liniach.</p>
+
+<p>Pod drzewami temi Olka przesypiała
+nieraz całe popołudnia, gdy zamiast iść do
+szkoły, wolała podchodzić pod łokcie przechodniom
+i, skomląc, wyżebrać parę centów.
+Najadłszy się owoców lub pierników,
+cała zamorusana, rzucała się w&nbsp;trawę, tuż
+około fontanny, z&nbsp;której płynął wązki
+srebrny bicz wody.</p>
+
+<p>Dziewczyna zasypiała, zaciskając mocno
+powieki, cała czerwona, zdenerwowana,
+podniecona bezczynnością i&nbsp;dniem
+upalnym.</p>
+
+<p>Usta jej szemrały słowa bez związku,
+ręce otwierały się kurczowo.</p>
+
+<p>A tymczasem kasztany szumiały, ciało
+jej przeświecające przez łachmany spódnic
+wachlując swemi szerokiemi liśćmi,
+przez które spływało słoneczne światło,
+wielkiemi zielonymi plamami się znacząc.</p>
+
+<p>Olka chwile te pamiętała dokładnie.</p>
+
+<p>Gdy po nocy, spędzonej w&nbsp;knajpie,
+z głową ciężką i&nbsp;ustami spieczonemi, wracała
+do swej nory&nbsp;&mdash;&nbsp;cieplejszy powiew
+wiatru budził w&nbsp;niej myśl jedną.<span class="pagenum"><a name="Strona_221" id="Strona_221">[Str. 221]</a></span></p>
+
+<p>A gdyby tak wrócić na Żółkiewskie!</p>
+
+<p>Ba&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz ojciec!</p>
+
+<p>Ojca bała się jak ognia.</p>
+
+<p>Wiedziała, iż szukać jej nie będzie,
+lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;gdyby mu pod oczy podlazła!...</p>
+
+<p>Snuła się więc znów po „Rurach”&nbsp;&mdash;&nbsp;omijając
+starannie czerniącą się sylwetkę
+policyanta.</p>
+
+<p>Czasem przemknął się koło niej terminator
+bosy, obdarty, zasmolony.</p>
+
+<p>Podskoczył, gwizdnął i&nbsp;zajrzał w&nbsp;oczy
+rozczochranej dziewczynie, mknącej wzdłuż
+kamienic.</p>
+
+<p>Czasem, gdy już był po śniadaniu, zaskrzeczał
+przeraźliwym głosem:</p>
+
+<div class="poem"><div class="stanza">
+<span class="i0">„Spadła małpa z&nbsp;pudła<br /></span>
+<span class="i0">Stłukła sobie łeb”.<br /></span>
+</div></div>
+
+<p>Ona szła dalej, z&nbsp;głową opuszczoną na
+piersi, plując śliny, które jej napływały
+wciąż do ust&nbsp;&mdash;&nbsp;prześladowana jedną i&nbsp;tą
+samą myślą:</p>
+
+<p>A gdyby wrócić na Żółkiewskie!</p>
+
+<hr class="dots" />
+<p class="nopad"><span class="pagenum"><a name="Strona_222" id="Strona_222">[Str. 222]</a></span></p>
+
+<p>I wróciła!</p>
+
+<p>Wróciła po śmierci ojca, ukradkiem,
+po ciemku dziedziniec i&nbsp;znajome bramy
+obchodząc...</p>
+
+<p>Tak! tak! nic się nie zmieniło!</p>
+
+<p>Te same rynny, pod któremi w&nbsp;deszcz
+roztargany swój łeb moczyła, włosami poplątanemi
+kamienie zamiatając.</p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;koło tego mostku, cała gromada
+jej przyjaciół robiła groble z&nbsp;piasku i&nbsp;kamieni,
+tamując odpływ kolorowej wody,
+którą farbiarz całemi cebrami nieraz wylewał.</p>
+
+<p>Tu&nbsp;&mdash;&nbsp;Wicek, pierwszy raz przez nią
+namówiony, ukradł makagigę starej, może
+stuletniej żydówce, która drzemała nad
+deską, pełną łakoci, w&nbsp;cieniu oddrzwi
+bramy.</p>
+
+<p>A tu&nbsp;&mdash;&nbsp;tatlo nieboszczyk kazał jej polewaczki
+wody z&nbsp;dziedzińca sobie znosić
+i podawać. Nie było to rozkoszne, owe
+dźwiganie ciężkich konewek w&nbsp;skwarne
+popołudnie, tembardziej, iż tatlo ręki nie
+żałował, gdy się nie pośpieszyła.<span class="pagenum"><a name="Strona_223" id="Strona_223">[Str. 223]</a></span></p>
+
+<p>Dźwigała też, dźwigała, przechylona na
+lewy bok z&nbsp;ręką wygiętą&nbsp;&mdash;&nbsp;mocząc spódnicę
+plączącą się jej wzdłuż nóg chudych
+i nierozwiniętych; tatlo tymczasem wodą
+ulicę polewał, rysując esy floresy na szarych,
+półokrągłych grzbietach kamieni.
+Życie było ciężkie&nbsp;&mdash;&nbsp;prawda!... choć
+i teraz!... pożal się Boże!... ot!...</p>
+
+<p>Olka stała teraz przed kamienicą, w&nbsp;której
+wraz z&nbsp;tatlem i&nbsp;Wickiem tyle lat spędziła
+i pochyliwszy się do okienka suteryny
+zaglądać zaczęła. Inni ludzie tam mieszkali,
+inna pościel, inne łóżko stało już
+w kącie, którego ściany nawpół pleśnią
+były zasnute.</p>
+
+<p>Świeczka „centówka”, oprawna w&nbsp;blaszany
+lichtarz, słabo ćmiła się na stole,
+do połowy garnkami zastawionym.</p>
+
+<p>Koło komina kręciła się mała dziewczyna,
+bosa, podkasana, z&nbsp;długim a&nbsp;cienkim
+warkoczem spadającym na wypukłe plecy.</p>
+
+<p>W kolebce, koło łóżka&nbsp;&mdash;&nbsp;dzieciak z&nbsp;brudnych
+łachmanów kostropatą głowę wytykał
+i wyciągał rękę, w&nbsp;której tkwiła drewniana <span class="pagenum"><a name="Strona_224" id="Strona_224">[Str. 224]</a></span>
+łyżka, obmazana resztką przyschniętych
+kartofli.</p>
+
+<p>Olka teraz już zupełnie do ziemi przysiadła,
+a obie ręce o&nbsp;bruk wsparłszy, ciągle
+w okno suteryny patrzyła.</p>
+
+<p>Taki tak!... ta dziewczyna rozczochrana
+włócząca swe bose nogi po ubitej ziemi
+izby&nbsp;&mdash;&nbsp;to ona, ona sama, lat temu piętnaście!</p>
+
+<p>A ten chłopak z&nbsp;kołyski łeb wytykający&nbsp;&mdash;&nbsp;toć
+to czysty Wicek, który krzykiem
+swym zdawało się nieraz, iż mury rozsadzi.</p>
+
+<p>Biła go za to po łbie, po pysku&nbsp;&mdash;&nbsp;ile się
+zmieściło, a&nbsp;czasem znów porywała go
+i do piersi cisnąć zaczynała, z&nbsp;rozrzewnieniem
+nagłem.</p>
+
+<p>Sieroty bo oboje byli... sieroty, bez matki,
+która zmarła w&nbsp;szpitalu bez uczciwego
+nawet pochówku na zaraźliwe choróbsko,
+co się w&nbsp;suterynach na Żółkiewskiem
+rozpanoszyło.</p>
+
+<p>Olka&nbsp;&mdash;&nbsp;w&nbsp;dziecko ruszające się wśród
+łachmanów wpatrywała się upornie, jakby
+przykuta widokiem tej małej głowy, pokrytej <span class="pagenum"><a name="Strona_225" id="Strona_225">[Str. 225]</a></span>
+sierścią jasnych włosów. Dzieciak
+w kołysce się gmerał i&nbsp;łyżką o&nbsp;brzeg kołyski
+uderzał.</p>
+
+<p>Olka dzieciństwo swe całe, z&nbsp;nędzą i&nbsp;troską,
+przed oczami miała teraz, objęte
+w ciasną ramę zaledwie przymkniętego
+okienka.</p>
+
+<p>Z wnętrza suteryn płynął ku niej chłód
+piwniczny z&nbsp;wyziewami ciała ludzkiego
+i gnijących odpadków połączony.</p>
+
+<p>Ona chłonęła w&nbsp;siebie to powietrze,
+w którem wzrosła, cała prawie pijana wonią
+nędzy brutalnie z&nbsp;wnętrza ziemi się
+wydzierającej.</p>
+
+<p>Razem z&nbsp;tą wonią budziło się w&nbsp;niej
+wspomnienie tatli, Wicka...</p>
+
+<p>Ulicznica kurczyła się przy ziemi, chcąc
+zniknąć prawie, wkopać się pod suterynę
+i znaleźć się nagle na środku tej izby,
+z której uciekała cichaczem, w&nbsp;nocy, na
+rozpustę pomiędzy „kanonierów” się przebierając.</p>
+
+<p>W naprężeniu nerwowem, w&nbsp;jakiem była,
+zaczęła nagle majaczyć; zdawało się<span class="pagenum"><a name="Strona_226" id="Strona_226">[Str. 226]</a></span>
+jej teraz, że Wicek chce wyleźć z&nbsp;kołyski
+a ona uspakaja go i&nbsp;leżeć mu każe.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Leż, hyclu, robaku, sieroto! bo cię
+uśmiercę!...</p>
+
+<p>Nagle poczuła się kopnięta silną, męzką
+nogą w&nbsp;gruby but zbrojną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ha frajla! wie gehts?&nbsp;&mdash;&nbsp;zaśmiał się
+rozbawiony żołnierz, błyskający w&nbsp;świetle
+latarni rzędem złotych guzików&nbsp;&mdash;&nbsp;chodź
+panna z&nbsp;nami, wypijemy paar śnaps zum
+andenken!</p>
+
+<p>Olka ocknęła się z&nbsp;zadumy i&nbsp;porwała
+się z&nbsp;ziemi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gut, Herr Leitnant!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekła,
+rzędem białych zębów błyskając&nbsp;&mdash;&nbsp;ja na
+to jak na lato!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Fesches M&auml;derl...</p>
+
+<p>Poklepał ją po ramieniu i&nbsp;oboje powlekli
+się w&nbsp;stronę szynku, z&nbsp;którego dobywały
+się ostre, zawrotne tony katarynki.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Spotkała się pierwszy raz z&nbsp;Wickiem,
+nagle na zakręcie Piaskowej uliczki.</p>
+
+<p>Poznała go odrazu, choć urósł i&nbsp;zmienił
+się dla obcych ludzi.<span class="pagenum"><a name="Strona_227" id="Strona_227">[Str. 227]</a></span></p>
+
+<p>Ona jednak&nbsp;&mdash;&nbsp;siostra, poznała w&nbsp;nim
+brata, którego biła i&nbsp;kołysała, targała za
+włosy, lub tuliła, mrucząc uliczne piosenki.</p>
+
+<p>Szedł ubrany przyzwoicie, w&nbsp;wysokiej
+czapce z&nbsp;daszkiem, w&nbsp;długim surducie
+i w&nbsp;butach dobrze wyszuwaksowanych.</p>
+
+<p>W ręku pod chusteczką, niósł kilka
+świeżo zerwanych róż, a&nbsp;pod pachą dużą
+harmonię; niebieski krawat związany w&nbsp;kokardę
+podnosił świeżość jego cery.</p>
+
+<p>Chłopiec to był dobrze odżywiony, silny,
+jeszcze pracą ani rozpustą niezniszczony.</p>
+
+<p>Stolarzem bo był&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;to już czeladnikiem,
+a wiadomo, stolarka to praca na
+Bożem powietrzu i&nbsp;najczęściej pod gołem
+niebem, więc soków z&nbsp;krwi nie wyciąga
+i płucom rozróść się pozwala...</p>
+
+<p>Dziś Wicek szedł w&nbsp;zaloty do córki
+Jana Burby, także stolarza, który za panną
+Kazią daje trzysta papierków a&nbsp;po
+śmierci warsztat cały na zięcia przeleje.</p>
+
+<p>Wicek ma wszelkie szanse dostania stolarzówny,
+bo ojciec przyjmuje i&nbsp;jego, i&nbsp;harmonię
+łaskawie w&nbsp;niedzielne popołudnie,<span class="pagenum"><a name="Strona_228" id="Strona_228">[Str. 228]</a></span>
+a Kazia czerwieni się jak burak i&nbsp;firanki
+siatkowe u&nbsp;okien „szalonu” niemiłosiernie
+skręca.</p>
+
+<p>Wicek idzie więc&nbsp;&mdash;&nbsp;przez Piaskowy zaułek,
+pogwizdując lekko. Szary bo już zapada
+zmrok z&nbsp;pogodnego nieba, nieszpór
+skończony. Pani majstrowa kawę z&nbsp;babką
+na czerwonej serwecie zastawia. Śpieszyć
+się trzeba, bo panna Kazia pewnie już
+przy oknie stoi i&nbsp;przez siatkę firanki patrzy
+a czeka...</p>
+
+<p>Z małych okienek zaułka, tu i&nbsp;owdzie
+błyskają światełka, na progach domów
+bawią się dzieci, na środku ulicy mały
+piesek w&nbsp;piasku się kręci.</p>
+
+<p>Nagle Wicek czuje się pociągnięty nieśmiało
+za rękaw.</p>
+
+<p>Ogląda się.</p>
+
+<p>Obok niego, kryjąc twarz dłonią, stoi
+tęga, wysoka dziewczyna w&nbsp;kratkowanym
+kaftaniku i&nbsp;w spódnicy z&nbsp;falbanami.</p>
+
+<p>Wicek odpycha ją łokciem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poszła, małpo!...</p>
+
+<p>Lecz ona nie ustępuje.</p>
+
+<p>Trzyma go mocno za rękaw surduta.<span class="pagenum"><a name="Strona_229" id="Strona_229">[Str. 229]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek... taże spojrzyj! to ja!...</p>
+
+<p>Chłopak szeroko oczy otwiera.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Olka!</p>
+
+<p>I purpura oblewa twarz młodą, wesołego
+i zdrowego chłopca.</p>
+
+<p>Słyszał często o&nbsp;siostrze, lecz powoli
+zaczęła być dlań po prostu mityczną postacią.
+Wiedział, że się „puściła”&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+co robi, jak wygląda, czy jeszcze istnieje&nbsp;&mdash;&nbsp;nie
+przeszło mu to nawet po głowie.</p>
+
+<p>Nagle zjawia się żywa, zdrowa, hańbą
+okryta, niosąca na swem czole widmo
+jawnej rozpusty, tolerowanej swawoli.</p>
+
+<p>Pragnie się od niej odczepić za jakąkolwiek
+cenę, drżąc, aby go z&nbsp;dworku
+Burbów nie zobaczyli z&nbsp;„ładacznicą”, rozmawiającego
+pośrodku ulicy.</p>
+
+<p>Wyrywa jej rękaw i&nbsp;uciekać szybko
+zaczyna, nieoglądając się nawet po za
+siebie.</p>
+
+<p>Olka stoi jak przykuta na środku ulicy,
+nie śmiejąc gonić niknącego w&nbsp;cieniu
+brata. U&nbsp;stóp jej, mały piesek szczeka
+teraz groźnie, poszczuty przez dzieci<span class="pagenum"><a name="Strona_230" id="Strona_230">[Str. 230]</a></span>
+które z&nbsp;przekorną ciekawością przypatrują
+się ulicznej włóczędze, w&nbsp;zmroku się
+słaniającej.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Czatowała na niego teraz po nocy,
+pod parkanami, gdy wracał z&nbsp;roboty lub
+od Burbów, z&nbsp;czapką przechyloną na bakier
+i miną junacką rozwiniętego prawidłowo
+mężczyzny.</p>
+
+<p>Nieraz przechodził mimo niej, nie widząc
+wśród stosu desek przyczajonej postaci,
+która śledziła go smutnym, przygasłym
+wzrokiem.</p>
+
+<p>Nie spotykając siostry na drodze,
+uspokoił się powoli.</p>
+
+<p>Wiedział, że jest na przedmieściu
+i krąży po szynkach, lecz do niego nie
+zbliża się już więcej, pewnie dumą
+zdjęta.</p>
+
+<p>I myśląc o&nbsp;niej, czuł jakąś litość nad
+jej osamotnieniem, litość, do której przyznać
+się sam przed sobą wstydził, cały
+przejęty pogardą dla rozpusty ulicznej,
+dla sprzedaży ciała i&nbsp;targu o&nbsp;miłosną
+pieszczotę.<span class="pagenum"><a name="Strona_231" id="Strona_231">[Str. 231]</a></span></p>
+
+<p>Ona tymczasem, gryzła się i&nbsp;truła tą
+pogardą brata i&nbsp;jego ucieczką w&nbsp;chwili
+gdy w&nbsp;niej serce kołatało jak dzwon
+i piersi mało nie rozsadziło...</p>
+
+<p>Wiedziała, że była bardzo nędzną istotą,
+lecz on, brat jej&nbsp;&mdash;&nbsp;powinien mieć dla
+niej więcej pobłażania, aniżeli inni.</p>
+
+<p>Nieraz w&nbsp;szynku biła pięściami w&nbsp;stół
+krzycząc, iż dożyje chwili, w&nbsp;której ci, co
+jej znać nie chcą, do nóg upadną!...
+lub kułakiem groziła w&nbsp;stronę miasta
+spowitego w&nbsp;ciszę, jakby zaprzysięgając
+zemstę tym, którzy ją pierwsi w&nbsp;kał ten
+wepchnęli.</p>
+
+<p>Powoli jednak myśli jej zaczęły przybierać
+jakieś wyraźniejsze kształty.</p>
+
+<p>Wicek się od niej odwraca, bo jest biedna
+i obszarpana.</p>
+
+<p>Gdyby miała dobrze nabity worek, kto
+wie, coby było!...</p>
+
+<p>I od tej chwili zrobiła się chciwą, wyrachowaną,
+ceniąc każdą chwilę, słaniając
+się ze znużenia, lecz licząc oszczędzane
+pieniądze.<span class="pagenum"><a name="Strona_232" id="Strona_232">[Str. 232]</a></span></p>
+
+<p>Wicek tymczasem dzień ślubu przyśpieszył
+i w&nbsp;kościele Panny Maryi Śnieżnej,
+wypomadowany, wyświeżony wieczną
+„uczciwość małżeńską”&nbsp;&mdash;&nbsp;spoconej
+i ściśniętej gorsetem Kazi zaprzysiągł.</p>
+
+<p>W wilię jednak ślubu, gdy po raz ostatni
+do swego kawalerskiego mieszkanka
+wracał, rozmarzony libacyami swych
+przyjaciół i&nbsp;towarzyszy, potknął się o&nbsp;jakąś
+masę do desek przytuloną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ki dyabeł?</p>
+
+<p>Olka głos brata poznała, lecz, drżąc
+cała, nie odpowiadała nic.</p>
+
+<p>On pochylił się nad nią, sądząc, że to
+ktoś zemdlony.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Któż to?</p>
+
+<p>Dziewczyna zebrała się na odwagę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja... Olka!...</p>
+
+<p>Krew uderzyła do głowy Wiekowi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego ty się tu przywłóczysz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zasyczał
+wściekły i&nbsp;groźny&nbsp;&mdash;&nbsp;czego?</p>
+
+<p>Ona dźwignęła się na klęczki i&nbsp;za rękę
+go pochwycić pragnęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek!... ta my rodzeni!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nijaki ja tobie rodzony, małpo
+jedna!<span class="pagenum"><a name="Strona_233" id="Strona_233">[Str. 233]</a></span></p>
+
+<p>Popchnął ją silnie, aż głową o&nbsp;parkan
+uderzyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta za co ty mnie walisz? Wicek,
+za co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Za twoje łajdactwo!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta cóż robić?... kiedy już tak jest!
+teraz już nikt tego nie odmieni!</p>
+
+<p>Milczeli chwilę oboje.</p>
+
+<p>Wiatr drzewami za parkanem kołysał.</p>
+
+<p>Latarnia naftowa, na słupach za pomocą
+sznura zawieszona, pośrodku uliczki
+się chwiała, cała żółta, smutna, jakby mgłą
+przysłonięta.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty się jutro żenisz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+wreszcie dziewczyna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Żenię, abo co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nic!... daj ci Boże jak najlepiej!</p>
+
+<p>Przekleństwo uwięzło w&nbsp;gardle Wicka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;w którym ty kościele ślub będziesz
+brał?</p>
+
+<p>Wicek ramionami wzruszył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;U&nbsp;Śnieżnej... ale, co ci do tego, ty
+mi czasem do kościoła nie przychodź!
+Słyszysz?</p>
+
+<p>Dziewczyna głowę podniosła.<span class="pagenum"><a name="Strona_234" id="Strona_234">[Str. 234]</a></span></p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_33" name="tAnchor_33" title="&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek ja">&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek, ja</a>
+pieniędzy trochę złożyłam&nbsp;&mdash;&nbsp;zaczęła
+prędko&nbsp;&mdash;&nbsp;mogłabym porządną jaką kieckę
+przywdziać i&nbsp;wstydu byś ty nie
+miał!...</p>
+
+<p>Wicek cały się wstrząsnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie o&nbsp;kieckę tu chodzi&nbsp;&mdash;&nbsp;krzyknął&nbsp;&mdash;&nbsp;ale
+o ciebie samą, słyszysz!</p>
+
+<p>Głowa ulicznicy pochyliła się jeszcze
+niżej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszę, Wicku, słyszę!...</p>
+
+<p>Pokora drgała wielka w&nbsp;jej głosie.</p>
+
+<p>Małą i&nbsp;nędzną zdawała się, klęcząc tak
+u stóp brata, do desek parkanu przytulona.</p>
+
+<p>Wicek chwilę stał niezdecydowany,
+czując znów litość budzącą się w&nbsp;sercu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bądź zdrowa!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł nieco łagodniejszym
+głosem i&nbsp;odwróciwszy się
+szybko iść zaczął.</p>
+
+<p>Lecz ona wyciągnęła ręce i&nbsp;powlekła
+się za nim na środek ulicy, w&nbsp;żółtą strugę
+światła z&nbsp;latarni płynącego.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicku!</p>
+
+<p>Chłopiec stanął.<span class="pagenum"><a name="Strona_235" id="Strona_235">[Str. 235]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kiedy ty niechcesz mnie na ślubie
+mieć...&nbsp;&mdash;&nbsp;podjęła gorączkowo&nbsp;&mdash;&nbsp;to choć
+ty mi jedną łaskę zrób! Niewiele ja pieniędzy
+mam, ale to co jest!... weź!.. zda
+ci się na jutro!... weź!...</p>
+
+<p>Ręce wyciągnięte trzymała wciąż, błagalną
+linią wśród światła się znacząc.</p>
+
+<p>Wicek uczuł w&nbsp;piersiach dziwne ściśnienie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział&nbsp;&mdash;&nbsp;nie... pieniędzy
+twoich nie chcę!</p>
+
+<p>Ona targnęła się, jakby uderzona biczem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A!... tak!... masz recht!... łajdackie
+pieniądze...</p>
+
+<p>Lecz w&nbsp;nim, w&nbsp;tym brutalnym chłopie,
+zbudził się cień delikatności.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie, nie dlatego!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł szybko&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz
+ja mam dosyć, schowaj je dla
+siebie!</p>
+
+<p>Ona uśmiechnęła się teraz radośnie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schowam je dla... ciebie, Wicek!<span class="pagenum"><a name="Strona_236" id="Strona_236">[Str. 236]</a></span></p>
+
+<p>On, oddalając się i&nbsp;malejąc coraz więcej
+w przestrzeni, powtórzył prawie bezwiednie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schowaj, Olka!</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Trzy lata upłynęło, a&nbsp;Olka ciągle włóczyła
+się po przedmieściu zdobywszy
+sobie powoli nawet sympatyę ogółu.</p>
+
+<p>Nazywano ją ogólnem mianem „małpy”&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz,
+że zachowywała się względnie
+przyzwoiciej, „grajzlerówki” mówiły
+o niej:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Choć małpa, ale porządna dziewczyna!</p>
+
+<p>Zaokrągliła się, wypełniała i&nbsp;tylko twarz
+miała niezdrową bladość strawionej bezsennością
+i trunkami kobiety.</p>
+
+<p>Ręce jej drżały, a&nbsp;oczy często mgła zasłaniała.</p>
+
+<p>Zrobiła się dumną i&nbsp;nieraz w&nbsp;szynku
+chwaliła się „uczciwą” rodziną, z&nbsp;której
+pochodziła.</p>
+
+<p>Pieniądze Wicka chowała święcie i&nbsp;od
+czasu do czasu drogę bratu zabiegała, zapytując, <span class="pagenum"><a name="Strona_237" id="Strona_237">[Str. 237]</a></span>
+czy oddać ma złożone w&nbsp;kącie
+swej izby papierki?</p>
+
+<p>On, według usposobienia, usuwał ją
+przekleństwem lub dobrem słowem, cały
+teraz przejęty ważnością swego stanowiska&nbsp;&mdash;&nbsp;ważnością
+zięcia Burby, który,
+choć w&nbsp;grosze nie tak bardzo zasobny,
+cieszył się poważaniem całego cechu stolarzy.</p>
+
+<p>Olka nie podchodziła nigdy w&nbsp;stronę
+ulicy Piaskowej, gdzie teraz mieszkał Wicek
+wraz z&nbsp;żoną i&nbsp;teściem.</p>
+
+<p>Znów spotykała go ukradkiem, czyhając
+nieraz miesiącami całemi, zanim
+go w&nbsp;bramie lub w&nbsp;jakiem przejściu spotkała.</p>
+
+<p>Powoli dowiedziała się z&nbsp;boku, że trzysta
+papierków posagu Wickowej były
+bajką i&nbsp;tylko przynętą na lep dla złapania
+męża.</p>
+
+<p>Wicek więc pracował teraz na troje, bo
+stary Burba, odpoczywając na respekcie
+ludzkim, hebla się więcej nie imał, na zięcia
+się oglądając.<span class="pagenum"><a name="Strona_238" id="Strona_238">[Str. 238]</a></span></p>
+
+<p>Nareszcie Wickowa, chodząca w&nbsp;ciąży&nbsp;&mdash;&nbsp;porodziła
+córkę, lecz ciężko zaniemogła
+i akuszerka doktorów wezwać kazała.</p>
+
+<p>Zaczęły się ciężkie dni we dworku na
+Piaskowej ulicy.</p>
+
+<p>Olka wszelkiemi siłami teraz brata
+spotkać chciała.</p>
+
+<p>Wychodził często, biegał bez pamięci,
+do aptek, do doktorów, ale po ludnych
+ulicach i&nbsp;w dzień, kiedy ona po świetle
+doń przystępu mieć nie mogła.</p>
+
+<p>Nareszcie Kazia podniosła się z&nbsp;łóżka
+i do sił wracać poczęła, dziecko chowało
+się zdrowo, Wicek odetchnął i&nbsp;roboty się
+chwycił.</p>
+
+<p>Czas bo był niemały.</p>
+
+<p>Wszystkie zasoby wyczerpały się i&nbsp;poszły
+na lekarstwa i&nbsp;doktorów.</p>
+
+<p>Dziecko chrztu się domagało.</p>
+
+<p>Znajomi o&nbsp;sute chrzciny się domawiali,
+stary Burba pragnął ludzi fetą zadziwić
+i zły stan swoich interesów w&nbsp;ten sposób
+ozłocić.</p>
+
+<p>Pieniędzy ani centa nie było.<span class="pagenum"><a name="Strona_239" id="Strona_239">[Str. 239]</a></span></p>
+
+<p>Wicek nie sypiał nocami, drażniony
+przez teścia, przez żonę, która także
+chciała sąsiadkom proch w&nbsp;oczy rzucić
+i dać im powód do zazdrości najmniej na
+tydzień.</p>
+
+<p>Nareszcie w&nbsp;bramie domu, gdzie Wicek
+blejtramy zamówione odnosił, spotkała
+go Olka, zmęczona dnia tego czatowaniem
+na brata od samego świtu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek&nbsp;&mdash;&nbsp;szepnęła, w&nbsp;kąt bramy
+go pociągając&nbsp;&mdash;&nbsp;powiedzże, co się tam
+u was dzieje?</p>
+
+<p>On oparł się o&nbsp;ścianę, znękany, przybity
+walką o&nbsp;byt.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;cóż ma być. Córkę mam!</p>
+
+<p>Olka ręce na piersiach złożyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Córkę?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jakże!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ładna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;E!... czerwona jak rak... Gadają, że
+ładna!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do ciebie podobna?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Albo ja wiem?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale przecieć!...<span class="pagenum"><a name="Strona_240" id="Strona_240">[Str. 240]</a></span></p>
+
+<p>Badała go gorączkowo, cała podniecona
+tą myślą o&nbsp;noworodku, o&nbsp;dziecku śpiącem
+w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Najgorsze... że chrzciny wyprawić
+trza&nbsp;&mdash;&nbsp;podjął Wicek&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;ja...</p>
+
+<p>Urwał nagle, przypomniawszy sobie do
+kogo mówi.</p>
+
+<p>Lecz Olka podchwyciła jego słowa
+i <a class="ins" href="#tnote_34" name="tAnchor_34" title="porwawszzy">porwawszy</a> go za ręce, gorąco prosić
+zaczęła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taże ja właśnie o&nbsp;to za tobą łażę...
+weźże ty odemnie te <i>swoje</i> pieniądze, bo
+jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.</p>
+
+<p>On bronił się mięko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie mogę, Olka, nie mogę!...</p>
+
+<p>Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Taże to są twoje pieniądze! Twoje
+rodzone, schować mi je kazałeś...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bogać tam!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale tak! tak! sprawiedliwie... niepamiętasz
+jeno!</p>
+
+<p>Z za pazuchy wyjęła szmatę, w&nbsp;której
+szeleściło kilkadziesiąt papierków.<span class="pagenum"><a name="Strona_241" id="Strona_241">[Str. 241]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja je mam przy sobie już od tygodnia,
+lecz nigdzie cię dopaść nie mogłam!
+Masz, na chrzciny ci starczy!...</p>
+
+<p>On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany
+myślą dotknięcia się w&nbsp;ten sposób zarobionych
+pieniędzy.</p>
+
+<p>Lecz kobieta instynktem odczuła myśl
+brata.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Weź, Wicek, weź!... to pieniądze
+z uczciwego zarobku! Jak Boga kocham!
+Koszule po nocach szyłam!... weź... to nie
+z „tego”!...</p>
+
+<p>Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku
+nerwowego.</p>
+
+<p>Wreszcie, udało się jej pieniądze w&nbsp;rękę
+brata wcisnąć.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A! Nareszcie!</p>
+
+<p>Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru
+zbyła.</p>
+
+<p>Lecz on stał przybity i&nbsp;upokorzony,
+ściskając w&nbsp;ręku szmatę z&nbsp;pieniędzmi.</p>
+
+<p>Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni
+krok pojednawczy i&nbsp;że powinien siostrę
+przychodzącą mu z&nbsp;pomocą na owe chrzciny
+zaprosić.<span class="pagenum"><a name="Strona_242" id="Strona_242">[Str. 242]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Olka!... możeby ty...&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusił
+wreszcie przez nerwowo ściśnięte gardło&nbsp;&mdash;&nbsp;możeby...
+ty... przyszła....</p>
+
+<p>Lecz ona otworzyła szeroko oczy.</p>
+
+<p>To, co zdawało się jej naturalnem lat
+temu kilka, teraz wydało się jej po prostu...
+potwornem. Przygryzła drżące usta i&nbsp;ręce
+kurczowo dokoła szyi zacisnęła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Dziękuję ci, Wicek!... nie przyjdę!...
+a widząc niepokój drgający na twarzy
+brata, dodała stanowczo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjść nie mogę... nie mam uczciwej
+kiecki!</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Chrzciny wnuczki Burby sute były
+i wspaniałe.</p>
+
+<p>W wieczór majowy, przy nawpół otwartych
+okienkach weselili się dobrani goście
+naokoło dobrze zastawionych stołów.</p>
+
+<p>Była więc cielęcina z&nbsp;czerwoną kapustą,
+kotlety z&nbsp;sosem pikantnym, kawa, babka
+i tort z&nbsp;cyfrą nowonarodzonej.</p>
+
+<p>Kazia, blada, lecz zdrowa, kręciła się
+pomiędzy gośćmi, wesoła, uśmiechnięta,
+pełna macierzyńskiego wdzięku.<span class="pagenum"><a name="Strona_243" id="Strona_243">[Str. 243]</a></span></p>
+
+<p>Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom
+wina, rozsypywał po kolanach kobiet bakalie
+z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby
+chcąc cały ten częstunek jaknajprędzej
+załatwić.</p>
+
+<p>Pod okna oświetlone ściągali ci i&nbsp;owi,
+aby się owemu traktamentowi przyjrzeć,
+lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie
+wracali do swych legowisk i&nbsp;do snu
+się kładli.</p>
+
+<p>W cieniu spowite jaśminy ogródka całe
+kłęby woni w&nbsp;wilgotną noc wyrzucały,
+szumiąc zlekka.</p>
+
+<p>Zdaleka majaczyły naftowe latarnie
+ubogie i&nbsp;smutne wśród dzikiego bzu zawieszone.
+Pod parkanami mknął biały kot,
+czając się i&nbsp;odskakując co chwila.</p>
+
+<p>Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki,
+grał na niej Wicek, siedzący teraz
+na stole, z&nbsp;którego nawpół ściągnięty
+obrus opadał na ziemię. Dokoła niego
+kręciło się kilka par w&nbsp;takt polki a&nbsp;stary
+Burba z&nbsp;dzbanka szklanego piwo do szklanek
+dolewał.<span class="pagenum"><a name="Strona_244" id="Strona_244">[Str. 244]</a></span></p>
+
+<p>Na oknach ledwo przymkniętych powiewały
+muślinowe firanki.</p>
+
+<p>Pod jednem z&nbsp;nich, wychodzącem na
+ogród siedziała Kazia, trzymająca w&nbsp;poduszce
+kokardami upstrzone dziecko.</p>
+
+<p>Matka patrzyła na tańczących machinalnie,
+poruszając poduszką, z&nbsp;której długa,
+lekka spadała sukienka.</p>
+
+<p>Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem
+westchnął. Nieporuszyła się nawet, pogrążona
+w słodkiej ekstazie na widok tak
+dobrze bawiących się gości.</p>
+
+<p>Tymczasem za oknem uczepiona prawie
+o ramę stała Olka, z&nbsp;oczyma szeroko rozwartemi,
+z których dwie strugi płynęły.</p>
+
+<p>Wiatr, wiewając muślinową zasłoną,
+ukazywał jej wnętrze wesołej, widnej izby,
+napełnionej rozbawionymi ludźmi.</p>
+
+<p>Dźwięki harmonijki serce jej szarpały
+na strzępy&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;piersi wydzierało się westchnienie,
+w jęk prawie psi przechodzące.</p>
+
+<p>Widok brata, żyjącego pomiędzy inną
+sferą ludzi, inną niż ona&nbsp;&mdash;&nbsp;wyklęta i&nbsp;wydziedziczona,
+napełniał ją dojmującym bólem,
+a drobna główka dziecka w&nbsp;tiule<span class="pagenum"><a name="Strona_245" id="Strona_245">[Str. 245]</a></span>
+i muśliny spowitego, zbudziła w&nbsp;niej samicę.</p>
+
+<p>Wyciągnęła rękę z&nbsp;jękiem ku tej drobnej
+istocie, której stóp nawet ucałować nie
+miała prawa.</p>
+
+<p>Westchnęła!...</p>
+
+<p>Od okna porwała się Kazia i&nbsp;szybko
+podjęła firankę.</p>
+
+<p>Olka nie zdążyła się cofnąć, bratowa
+przeszyła ją oczami.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wicek!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołała&nbsp;&mdash;&nbsp;Wicek a&nbsp;pójdzi
+tu ino!</p>
+
+<p>Mąż zlazł ze stołu i, nie przestając grać,
+do okna poszedł.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co chcesz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odpędź-no jakąś małpę, co się pod
+oknami słania!</p>
+
+<p>Przytrzymując dziecko prawą ręką, lewą
+odkręciła rygiel i&nbsp;otworzywszy na oścież
+okno, miejsca mężowi ustąpiła.</p>
+
+<p>On, grając ciągle, bokiem przez parapet
+się przechylił i&nbsp;wśród smugi światła
+dojrzał w&nbsp;oddaleniu bladą i&nbsp;spłakaną twarz
+siostry.<span class="pagenum"><a name="Strona_246" id="Strona_246">[Str. 246]</a></span></p>
+
+<p>Przez chwilę milczał, grając machinalnie
+polkę, nie mogąc słów znaleźć dla oddalenia
+tej, za której pieniądze zdołał
+ochrzcić swe dziecko i&nbsp;uraczyć gości.</p>
+
+<p>Żona tymczasem ciągnęła go za surdut.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zamknij okno, dziecko się zaziębi!</p>
+
+<p>Teraz on przechylił się jeszcze silniej
+i nizkim, wzruszonym głosem rzucił:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Odejdź... siostro!...</p>
+
+<p>Ona wyciągnęła ku niemu ręce drżące,
+jakby rzucając pocałunek i&nbsp;odwróciwszy
+się wolno, odeszła w&nbsp;głąb ciemnej ulicy,
+po której kłęby woni jaśminów płynęły.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_247" id="Strona_247">[Str. 247]</a></span></p>
+<h2><a name="IX" id="IX"></a>IX.</h2>
+
+<h2>Szakale.</h2>
+
+
+<p>Przez dziedziniec zajazdu jak strzała
+przemknął numerowy, siejąc po drodze
+świeże deszczułki, które przywiązywał do
+kluczy.</p>
+
+<p>Wpadł do mieszkania właścicielki,
+i prawie bez tchu zatrzymał się w&nbsp;progu
+saloniku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;pod siedemnastego „sie” powiesiła!&nbsp;&mdash;&nbsp;zawołał,
+łapiąc z&nbsp;wysiłkiem powietrze.</p>
+
+<p>Właścicielka, tłusta, żółta, cała rozlana
+w swej włóczkowej halce, która wydymała
+się jej na brzuchu i&nbsp;biodrach
+a zapadała pod kolanami, otworzyła szeroko
+oczy.<span class="pagenum"><a name="Strona_248" id="Strona_248">[Str. 248]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co to za paskudne gadanie! Po co
+się miała powiesić, kiedy jeszcze rachunku
+nie zapłaciła!</p>
+
+<p>Lecz kelner powtarzał uparcie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;„Sie” powiesiła!</p>
+
+<p>Żydówka cmoknęła niecierpliwie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zkąd Marciński wie?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widać ją „bez” okno. Ma nogi
+o deskę oparte!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może sobie tylko tak w&nbsp;oknie
+stoi?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ale!... wisi, wisi jak mi Bóg miły,
+ot nogi się jej zgięły w&nbsp;kolanach a&nbsp;ręce
+dyndają po bokach. Wedle głowy już
+dojrzeć nie mogłem, bo bez okiennice
+wszeteczne ciemności w&nbsp;numerze.</p>
+
+<p>Żydówka pod boki się ujęła i&nbsp;stała
+chwilkę zamyślona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Trzeba drzwi otworzyć, podjął znów
+kelner&nbsp;&mdash;&nbsp;może jeszcze dycha.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj! niech pan Marciński tak sobie
+nie śpieszy. Po co to głosić takie
+rzeczy? To interes psuje... Goście się
+odstraszą.<span class="pagenum"><a name="Strona_249" id="Strona_249">[Str. 249]</a></span></p>
+
+<p>Żydówka podreptała do sypialni.</p>
+
+<p>Za chwilę wyszła w&nbsp;perkalowym szlafroku,
+który się jej roztwierał na brzuchu
+i piersiach. Na perukę zarzuciła wełnianę
+chustkę.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi weszła kilkunastoletnia
+dziewczyna, chuda i&nbsp;czarna,
+w opiętej bardzo sukience. Włosy miała
+ściągnięte po chińsku i&nbsp;przepasane żółtą
+tasiemką.</p>
+
+<p>Podeszła do matki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Gdzie mama idziesz?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Do numerów. Kanapa się zawaliła
+w piętnastym! aj, co ja z&nbsp;tem mam!...
+Ty sobie Salcia pograj trochę gamy.</p>
+
+<p>Roztwierała fortepian, ścierając pył
+połą szlafroka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie chcę gamy!&nbsp;&mdash;&nbsp;grymasiła Salcia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj Salcia! co z&nbsp;tobą!... ty gorzej
+„kaprysujesz”, niż te całe numera i&nbsp;wszystkie
+goście! Graj sobie gamy, albo jakie
+kawałki. Graj głośno a&nbsp;okna otwórz,
+niech goście słuchają!<span class="pagenum"><a name="Strona_250" id="Strona_250">[Str. 250]</a></span></p>
+
+<p>Znów do okien dreptała, lecz kelner
+jej drogę zastąpił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy pod siedemnasty!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Chodźmy!</p>
+
+<p>Na dziedziniec wyszli i&nbsp;okrążali furę
+z sianem, która na środku drogę barykadowała.
+Kilka kur kręciło się pod
+wozem, dziobiąc w&nbsp;żółtawej, lepkiej cieczy,
+co cuchnącym wężem pod kołami
+się kręciła. Przez otwartą wjazdową
+bramę widać było szary bruk uliczny
+i nagłe podniesienie się ścian kamienic
+przeciętych ciemnemi jamami otwartych
+okien. Z&nbsp;góry płynęło szarawe światło
+chmurnego dnia letniego, deszcz mżył od
+świtu, tnąc powietrze cieniuchnemi podłużnemi
+nitki. Pomiędzy kamieniami
+tworzyły się czarniawe strumyki, które
+zdawały się zastygać jak ciemne pokręcone
+robaki.</p>
+
+<p>W środkowym korpusie hotelu, cofniętym
+w tył, pomalowanym na jasnoróżowy
+kolor, prawie wszystkie okna były
+otwarte. Tylko na dole jedno okno miało
+przymknięte szaro brudne okiennice,<span class="pagenum"><a name="Strona_251" id="Strona_251">[Str. 251]</a></span>
+krzywe i&nbsp;popaczone. Okiennice te były od
+wewnątrz śrubą ujęte.</p>
+
+<p>Kelner palcem na okno wskazał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O!</p>
+
+<p>Lecz żydówka wykrzywiła się ze złością.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty, panie Marciński, palcem nie pokazuj!
+Ty mi policyę jeszcze naprowadzisz
+tym palcem!</p>
+
+<p>Do sionki wchodowej zwróciła się, lecz
+stanęła nagle jak wryta, na widok myszurysa
+drzemiącego na klocku wśród porozrzucanych
+wiórów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jojne! Jojne!</p>
+
+<p>Jojne, rudy, mały, pokręcony, z&nbsp;sześcioma
+palcami u&nbsp;lewej ręki, prawdziwy
+„rarytas” hotelowy, porwał się na równe
+nogi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Schlufst du?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Naaa! schlaf i&nbsp;nit!...</p>
+
+<p>Lecz właścicielka napadła nań, sypiąc
+gradem obelżywych wyrazów. Leniwiec,
+próżniak, drogę gościom zawala
+i nie wie nigdy co się w&nbsp;numerach
+dzieje.<span class="pagenum"><a name="Strona_252" id="Strona_252">[Str. 252]</a></span></p>
+
+<p>Kelner zniecierpliwiony wszedł do
+sieni.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pani idzie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zaraz! zaraz!</p>
+
+<p>Jojne uciekł, teraz właścicielka przypatrywała
+się zsypanym w&nbsp;kąt dachówkom,
+któremi miano kryć oficynę. Nagle
+z lewego skrzydła zajazdu wypłynęła tryumfalnie
+„Ostatnia myśl” Webera, kaleczona
+przez Salcię.</p>
+
+<p>Żydówka chwilkę jeszcze słuchała,
+uśmiechając się radośnie:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;O!</p>
+
+<p>Poczem dopiero z&nbsp;trudnością na trzy
+wschodki wlazłszy, w&nbsp;ciemną szyję sionki
+zagłębiła się.</p>
+
+<p>Cały zaduch źle utrzymywanych numerów
+zacieśniał się tu, w&nbsp;tej ciemnej
+przestrzeni. Podłoga, ściany, zdawały
+się być przesiąkłe wonią potu, brudnej
+bielizny i&nbsp;piwniczej wilgoci. W&nbsp;kącie
+bielały skorupy rozbitej miski, przed
+drzwiami numerów porzucono buty,
+z których jeden w&nbsp;niepewnem świetle
+płynącem z&nbsp;wysoko umieszczonego okienka, <span class="pagenum"><a name="Strona_253" id="Strona_253">[Str. 253]</a></span>
+miał świeżą zelówkę jasno na czarnem
+tle podłogi się znaczącą. Cały ten
+zakąt, w&nbsp;którym nędza, występek, rozpusta,
+często wykwintne nawet cudzołóztwo,
+odwiedzało w&nbsp;przelocie, całe to
+schronienie dla smutnych, wydziedziczonych,
+bezimiennych, czasem jeszcze wilgoć
+więzienia w&nbsp;swem ubraniu ze sobą
+wnoszących, koncentrował się głównie
+w tym pawilonie, w&nbsp;dolnych numerach,
+gdzie stawali najczęściej ludzie wybladli,
+wychudli, mówiący cicho, nie domagający
+się nigdy świeżych prześcieradeł, szuwaksu
+na buty, lub wody do karafki.
+Jakaś tajemniczość włóczyła się wzdłuż
+tych ścian rzędem drzwiczek przeciętych,
+jakiś podejrzany handel, przywodzący na
+myśl połączenia potworne, kurcze głodu
+przed światem tajone, łzy dziewczyny
+schańbionej i&nbsp;oczy starca powleczone
+mgłą rozpusty.</p>
+
+<p>Lecz już kelner stał koło drzwi siedemnastego
+numeru, dzwoniąc kluczami.</p>
+
+<p>Żydówka doń dopadła.<span class="pagenum"><a name="Strona_254" id="Strona_254">[Str. 254]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho! cicho! niechaj nie słyszą!</p>
+
+<p>Spojrzała przez dziurkę od klucza, ciemno
+było zupełnie, wyjęła z&nbsp;peruki szpilkę
+podwójną i&nbsp;zanurzyła w&nbsp;głębię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ma klucza!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyszeptała.</p>
+
+<p>Numerowy od pasa kółko odpiął, na
+którem brzęczały klucze.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Poszukam!</p>
+
+<p>Z wielką wprawą klucz znalazł, w&nbsp;zamek
+go włożył i&nbsp;dwa razy przekręcił.</p>
+
+<p>Drzwi otwarły się, skrzypiąc.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Łóżko stało zasłane, nietknięte, wyciągające
+swe brudno czerwone fałdy kołdry
+i biały kwadrat poduszki w&nbsp;półcieniu,
+jaki panował dokoła.</p>
+
+<p>Od okna płynęły jaśniejsze smugi
+a przez wycięty otwór w&nbsp;okiennicach
+padał snop światła przecinający brutalnie
+ciasną przestrzeń numeru. Snop ten,
+biegnąc ukośnie, padał na stół pokryty
+różową bawełnianą serwetą, na której
+stała szklanka do połowy wypitej wody, <span class="pagenum"><a name="Strona_255" id="Strona_255">[Str. 255]</a></span>
+karafka, kawałek sznura ciemno
+czerwonego, odpalonego na jednym końcu
+i trochę kwiatów sztucznych, pogniecionych
+i zwiniętych w&nbsp;kłębek.
+Bliżej okna leżało przewrócone krzesełko,
+z którego materac wypadł na środek
+pokoju.</p>
+
+<p>Reszta przedmiotów tonęła po kątach
+w cieniu.</p>
+
+<p>I tylko jeszcze piec występował masą
+ciężką, białą, jak zwierz uśpiony w&nbsp;kącie
+ciasnej klatki z&nbsp;paszczą szeroko otwartą,
+z której jak język czarny wisiały na
+jednej złamanej zawiasie zardzewiałe
+drzwiczki.</p>
+
+<p>Lecz u&nbsp;okna jakaś czarna, nieruchoma
+zwieszała się postać, smutna i&nbsp;nędzna. Źle
+dopasowane okiennice właśnie tam filtrowały
+szeroką szparą światło. W&nbsp;szparze
+tej najdokładniej dostrzedz można
+było ciemną głowę kobiety, obramowaną
+jaśniejszym paskiem światła i&nbsp;dalej
+korpus zwieszający się ciężko z&nbsp;rękami
+opuszczonemi i&nbsp;wykręconemi konwulsyjnie <span class="pagenum"><a name="Strona_256" id="Strona_256">[Str. 256]</a></span>
+ku ciału, z&nbsp;nogami podkurczonemi
+na desce okna.</p>
+
+<p>Marciński rękę wyciągnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wisi! o&nbsp;tam w&nbsp;oknie!</p>
+
+<p>Żydówka oczy zmrużyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niechno Marciński poczeka! Może
+to takie udawanie, bo to z... takiemi to
+różnie się trafia. Panno! panno! zleź panna
+z okna!... zleź zaraz!...</p>
+
+<p>Lecz postać czarna nie drgnęła nawet,
+wciąż nieruchoma w&nbsp;swej strudze jasnej
+w ramę ją obejmującej.</p>
+
+<p>Żydówka podsunęła się bliżej.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Marciński okiennicę jedną
+uchyli, a&nbsp;ostrożnie coby z&nbsp;„dworza” widać
+jej nie było.</p>
+
+<p>Marciński szybko podstąpił, na okno
+się wspiął i&nbsp;rękę po za trupa wyciągnął.
+Okiennice powoli się uchyliły. Szeroka
+szczerba światła doskonale teraz oblała
+straszną, zsiniałą twarz samobójczyni.</p>
+
+<p>Numerowy w&nbsp;pierwszej chwili oczy
+przymknął, znalazłszy się tak blizko z&nbsp;trupem
+w ciasnej niszy okna. Powoli jednak<span class="pagenum"><a name="Strona_257" id="Strona_257">[Str. 257]</a></span>
+powieki podniósł i&nbsp;ręką policzka zmarłej
+dotknął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jak lód&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł.</p>
+
+<p>Z okna zeskoczył i&nbsp;stał teraz bezczynnie
+z opuszczonemi rękami, patrząc ciągle
+w wiszącą.</p>
+
+<p>Nagle żydówka wybuchnęła:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;niech ją dyabeł porwie! Pięć
+dni numer trzymała i&nbsp;teraz jeszcze go
+zapaskudziła! aj! aj!... kto to teraz tu
+stanie! A&nbsp;policya! a&nbsp;gwałty!... a&nbsp;stancya
+niezapłacona!</p>
+
+<p>Kelner milczał, jakby zahypnotyzowany
+widokiem martwej dziewczyny.
+Była przecież ohydna; cała sina, z&nbsp;oczyma
+szeroko rozwartemi, prawie czerwonemi
+od krwi nabiegu, z&nbsp;masą bezkształtną
+języka wysuwającego się z&nbsp;jej ust
+granatowych i&nbsp;spuchniętych. Tylko od
+tyłu głowy zwieszały się przepyszne wspaniałe
+warkocze, czarne i&nbsp;lśniące, na wpół
+splecione. Jeden z&nbsp;tych warkoczy zsunął
+się naprzód i&nbsp;wisiał w&nbsp;przestrzeni a&nbsp;lekko
+przez wejście na okno numerowego<span class="pagenum"><a name="Strona_258" id="Strona_258">[Str. 258]</a></span>
+poruszony, chwiał się jak warkocz płaczącej
+brzozy, z&nbsp;czarnej kolumny spadający.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To ci włosy&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł nareszcie.</p>
+
+<p>Lecz żydówka lamentowała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ny, kto mi teraz zapłaci? Kto?
+Co ja mam za moje dobre serce, żeby taką
+włóczęgę z&nbsp;końca świata do numeru
+brać! A&nbsp;młoda jeszcze była, zdrowa, po
+co jej było taki koniec ze sobą robić?
+aj! aj!...</p>
+
+<p>Do stołu się zbliżyła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lichtarz mi popsuła, o!... świeca się
+wtopiła, niech ją choroba ciśnie!...</p>
+
+<p>Na stole stał lichtarz mosiężny, cały
+zielony, ze stearyną świecy szeroką po
+brzegach rozlaną. Widocznie samobójczyni
+pozostawiła na stole płonącą
+świecę. Przepalony sznur, którego druga
+połowa posłużyła za śmiertelny stryczek,
+należał kiedyś do szlafroka lub
+bluzki. Na blasze przed piecem walały
+się popalone kawałki listów i&nbsp;papierów.<span class="pagenum"><a name="Strona_259" id="Strona_259">[Str. 259]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Marciński! co ona jadła?&nbsp;&mdash;&nbsp;spytała
+nagle żydówka.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Kawę; codzień dwie szklanki jej nosiłem!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;bułki?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;jakże!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ny co ja tera pocznę, kto mi za tę
+kawę zapłaci?</p>
+
+<p>W kącie ciemnym dostrzegła małą
+skrzynkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może tam co jest. Niech Marciński
+posunie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wolno ruszać!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Głupi Marciński jest! Mnie wszystko
+wolno, bo mnie się należy i&nbsp;ja pierwsza
+do długu jestem!</p>
+
+<p>Marciński kuferek pod światło przysunął.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>A w&nbsp;kuferku tym był cały dramat
+ciężki i&nbsp;bolesny, cały dramat życia kobiety
+wykolejonej, rzuconej jednem przyśpieszonem
+tętnem krwi w&nbsp;falę życia
+straszną i&nbsp;nielitościwą.<span class="pagenum"><a name="Strona_260" id="Strona_260">[Str. 260]</a></span></p>
+
+<p>Dziewczyna ta musiała być statystką
+w jakimś teatrzyku, bo jeszcze „krakowianka”
+brudna i&nbsp;kawałkami glasy naszyta,
+mieniła się wśród reszty szmat
+i szmatek. Atłasowe pantofle baletowa
+jak dwa opadłe i&nbsp;martwe motyle, różowiły
+się wśród fałd połatanych koszul. Trochę
+paciorków brzęczało na dnie kufra,
+a pomiędzy niemi rozkładał się nagle
+krawat męzki atłasowy, jasny-lila z&nbsp;czarną
+przetartą dziurą od wkładania tombakowych
+szpilek.</p>
+
+<p>Krawat ten zdradzał wiele, jakąś miłostkę
+łatwą do zawiązania w&nbsp;cieniu
+kulis, w&nbsp;tem bezustannem zbliżeniu mężczyzn
+i kobiet, w&nbsp;tym kodeksie moralności
+przenicowanym i&nbsp;ułatwiającym nieuprawnione
+związki. Krawat ten był
+tani, podszyty perkalem, kupiony z&nbsp;wystawy
+ubogiego sklepu na jakiejś oddalonej
+uliczce. Mężczyzna, który go nosił,
+był biedny i&nbsp;był bezwątpienia aktorem,
+bo na atłasowym węzie świeciły się żółtawo-różowo
+plamy szminki. Był trywialny
+i niewybredny w&nbsp;swych gustach, dowodził <span class="pagenum"><a name="Strona_261" id="Strona_261">[Str. 261]</a></span>
+tego kolor krawatu a&nbsp;brutalny
+i pełen namiętności, gdyż tkanina cała
+porwana była gwałtownie wyszarpywaną
+szpilką.</p>
+
+<p>Lecz żydówka, mrucząc gniewnie, zanurzyła
+dalej rękę. Z&nbsp;powodzi lichych
+szmat wydostała kilka fartuchów płóciennych,
+dużych, ordynarnemi nićmi widocznie
+na wsi uszytych. Na jednym z&nbsp;nich
+wisiała jeszcze gałązka uczepionego chmielu
+zeschła i&nbsp;zczerniała. Inny miał na sobie
+kilka uczepionych bodiaków. Nagle
+coś zaszumiało. Z&nbsp;jednej kieszonki wysypało
+się trochę pośladu dla kur. Widocznie
+dziewczyna, zerwawszy z&nbsp;życiem
+teatralnem, przyjęła służbę w&nbsp;jakimś
+wiejskim domu. Lecz niedługo tam była,
+może dowiedziano się, że dawniej „pokazywała
+komedyę” i&nbsp;wypędzono ją od razu.
+Tak często bywa. Panie ze wsi nie
+lubią aktorek...</p>
+
+<p>Jeszcze kilka par pończoch sztucznie
+pocerowanych wyrzuciła z&nbsp;kuferka żydówka,
+jakiś stanik ciemno granatowy
+przerobiony pod szyję, ze śladami huzarskich <span class="pagenum"><a name="Strona_262" id="Strona_262">[Str. 262]</a></span>
+galonów na plecach i&nbsp;na piersiach,
+wreszcie waporyzator rozbity
+z pękniętą gumą i&nbsp;zerwaną siatką, obrazek
+Matki Boskiej oprawny w&nbsp;blaszane
+ramki, kłębuszek włóczki z&nbsp;zaczętą szydełkową
+rozetką, patelkę całą czarną
+i spaloną od ognia, wreszcie pustą, wytłuszczoną
+portmonetkę. To było wszystko,
+lecz z&nbsp;tych smutnych gałganów trup cały
+odżywał i&nbsp;opowiadał gorzkie dzieje
+kobiecej doli. Dziewczyna ta żyła widocznie
+z jednym ze swych kolegów, była
+pracowitą i&nbsp;oszczędną. Pełniła przy
+mężczyźnie obowiązki kucharki i&nbsp;posługaczki.</p>
+
+<p>Miała jeszcze trochę wiary, którą musiano
+wpoić w&nbsp;nią w&nbsp;domu. Była nerwową
+i lubiła denerwować się sztucznemi
+zapachami. Miała grunt najuczciwszy
+i starała się po rozstaniu ze swym kochankiem,
+wywalczyć sobie jakieś stanowisko
+wśród ludzi. Pracowała i&nbsp;musiała
+czuć się bardzo szczęśliwą. Wypędzona,
+wpadła w&nbsp;nędzę i&nbsp;rozpacz bezdenną. Głód,
+opuszczenie, smutek, pchnęły ją w&nbsp;otchłań <span class="pagenum"><a name="Strona_263" id="Strona_263">[Str. 263]</a></span>
+zwątpienia, które kończy jedynie...
+śmierć.</p>
+
+<p>Młoda, lecz z&nbsp;ciałem zniszczonem nędzą
+i przedwczesną miłością&nbsp;&mdash;&nbsp;nie umiała
+iść dalej.</p>
+
+<p>Wśród nocy, w&nbsp;zaduchu i&nbsp;ochydzie żydowskiego
+zajazdu postanowiła skończyć
+to, co się nazywało życiem.</p>
+
+<p>Przepaliła sznur, bo przeciąć go czem
+nie miała, i&nbsp;bez łzy, bez żalu, z&nbsp;ustami
+nerwowo zaciśniętemi założyła go sobie
+na szyję.</p>
+
+<p>Ostatnie wrażenie, jakie ze sobą w&nbsp;dal
+ciemną uniosła, był żółty, drgający
+płomień dogasającej na środku izby
+świecy.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Żydówka kopnęła nogą kuferek.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ani gałgana nawet wybrać! Tego
+nawet handlarz za dwa grosze nie zechce!...</p>
+
+<p>Powstała powoli i&nbsp;do trupa się zbliżyła,
+oglądając zniszczoną sukienkę, w&nbsp;jaką
+dziewczyna była ubrana.<span class="pagenum"><a name="Strona_264" id="Strona_264">[Str. 264]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może ona w&nbsp;kieszeni co ma?</p>
+
+<p>Rękę wyciągnęła, ale prędko cofnęła ją
+i po za plecy ukryła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Marciński zobaczy!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie wolno!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Głupi Marciński jest.. jak się co
+znajdzie, to i&nbsp;Marcińskiemu się dostanie
+za usługę. Przecież Marciński na piwo
+nic nie dostał.</p>
+
+<p>Kelner pokręcił głową.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;no racya jest, zobaczę!</p>
+
+<p>Do kieszeni trupa sięgnął, lecz pustą
+była prawie zupełnie. Trup się zakołysał.
+Żydówka z&nbsp;rękami złożonemi na brzuchu
+przyglądała się niecierpliwie.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;nie „stłuknij ją”, Marciński.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wisi mocno! niech się pani nie
+stracha!</p>
+
+<p>Oswajali się powoli z&nbsp;tym trupem smutnym
+i stygnącym w&nbsp;zaduchu źle utrzymanej
+izby.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niema nic?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie.. ino blaszany naparstek.</p>
+
+<p>Żydówka znów zaklęła.<span class="pagenum"><a name="Strona_265" id="Strona_265">[Str. 265]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Daj pan Marciński naparstek! Salcia
+swój zgubiła, nie potrzeba kupić.</p>
+
+<p>Nagle zamilkła i&nbsp;bliżej do okna postąpiła.</p>
+
+<p>Trup, kołysząc się, odsłonił nogi.</p>
+
+<p>Nowe porządne buciki, zapięte na guziczki,
+ukazały się oczom właścicielki
+hotelu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pan Marciński zlezie!</p>
+
+<p>Lecz Marciński dotykał wiszącego warkocza
+i mlaskał językiem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Aj! aj! co za włosy!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Marciński musi zleść!...</p>
+
+<p>Kelner warkocz z&nbsp;żalem z&nbsp;ręki wypuścił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech pan Marciński pójdzie cicho
+do mojego mieszkania i&nbsp;przyniesie duże
+nożyce. Trzeba ją oderżnąć, może jeszcze
+żyje, to się ją potrze!</p>
+
+<p>Kelner spojrzał w&nbsp;oczy żydówki.</p>
+
+<p>Przez kilka chwil mierzyli się wzrokiem,
+a oboje mieli w&nbsp;źrenicach jakieś
+płowe, migocące światełka.<span class="pagenum"><a name="Strona_266" id="Strona_266">[Str. 266]</a></span></p>
+
+<p>Wreszcie, kelner ku wyjściu się skierował
+i, skrzypiąc drzwiami, znikł w&nbsp;głębi
+sieni.</p>
+
+<p>Żydówka, pozostawszy sama, obejrzała
+się kilkakrotnie, poczem wyciągnąwszy
+jaknajdalej ręce, na palcach do
+trupa podeszła i&nbsp;szybko guziki bucików
+rozpinać poczęła. Nos jej się zwęził
+ze strachu, usta zagięły się w&nbsp;półkole.
+Na czoło pot wystąpił. Ona, sapiąc,
+przechylona, ciągnęła dalej swą pracę,
+zdzierając ze zmarłej obówie, szarpiąc
+trupa, nie czując prawie chłodu nóg zesztywniałych,
+które pozbawione osłony,
+zabielały nagle jasną barwą szarych,
+pocerowanych ciemną bawełną&nbsp;&mdash;&nbsp;pończoch.</p>
+
+<p>Dokonawszy swego dzieła, właścicielka
+cofnęła się szybko, otworzyła drzwi
+i z&nbsp;siłą cisnęła daleko, w&nbsp;głąb korytarza
+buciki. Stuknęły o&nbsp;podłogę, jak
+uderzenie młotka o&nbsp;wieko trumny. Czas
+jednak był już wielki. Marciński powracał, <span class="pagenum"><a name="Strona_267" id="Strona_267">[Str. 267]</a></span>
+kryjąc pod połami kartki duże
+nożyce.</p>
+
+<p>Żydówka pot z&nbsp;czoła otarła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panna Salcia gra?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panna się bije z&nbsp;kucharką!</p>
+
+<p>Weszli znów do numeru i&nbsp;teraz już sam
+Marciński podszedł do okna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech się pani nie zbliża, ja ją sam
+obetnę.</p>
+
+<p>Wlazł na okno, posunął trupa i&nbsp;zasłonił
+sobą prawie całą postać zmarłej.</p>
+
+<p>Żydówka o&nbsp;drzwi oparta nie patrzyła,
+cała zajęta myślą, czy buciki samobójczyni
+będą dobre na nogi jej córki.</p>
+
+<p>Tymczasem nożyczki zgrzytnęły. Z&nbsp;cichym
+chrzęstem obsunął się wzdłuż pleców
+trupa obcięty warkocz. Marciński
+zwinął go zręcznie i&nbsp;schował do kieszeni
+kurtki.</p>
+
+<p>I znów niby chrzęst&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;głowa dziewczyny
+ukazała się teraz ostatecznie zeszpecona,
+z krótką nierówną linią rozsypujących
+się na karku włosów.</p>
+
+<p>Lecz Marciński ku drzwiom się zwrócił.<span class="pagenum"><a name="Strona_268" id="Strona_268">[Str. 268]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Lepiej nie ruszać, policya się wda
+i będzie kram, że my ją poruszyli. Jaką
+naszli, taką zostawmy!</p>
+
+<p>Żydówka skinęła głową.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ma Marciński „słusznie”! Teraz musi
+iść po strażnika! Aj aj!... jakie to
+zmartwienie!...</p>
+
+<p>Kelner z&nbsp;okna zeskoczył i&nbsp;ku drzwiom
+podążył.</p>
+
+<p>Wyszli oboje na korytarz i&nbsp;Marciński
+zaczął dobierać klacze.</p>
+
+<p>Żydówka, buciki niewidocznie podniósłszy,
+za chustkę ukryła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego Marciński ją zamyka?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytała
+kierując się do wyjścia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Prawda!&nbsp;&mdash;&nbsp;odrzekł kelner&nbsp;&mdash;&nbsp;przecież
+nie ucieknie!</p>
+
+<p>I roześmieli się oboje.</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_269" id="Strona_269">[Str. 269]</a></span></p>
+<h2><a name="X" id="X"></a>X.</h2>
+
+<h2>Papuzia.</h2>
+
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Minuśka porwała się z&nbsp;jego kolan i&nbsp;nagle
+w półcieniu, już z&nbsp;okien płynącem, zabieliła
+się jak zjawisko w&nbsp;swej masie białych
+zwiędniętych koronek i&nbsp;pomiętego
+batystu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... nie!... nie chcę!</p>
+
+<p>Ale on, nieubłagany&nbsp;&mdash;&nbsp;wyciągnął rękę
+i ujął nagie ramię dziewczyny w&nbsp;swe suche
+palce nerwowego blondyna.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ty wiesz, to dla mnie cholera to
+gwizdanie!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Ton jego mowy był rozkazujący, powolny, <span class="pagenum"><a name="Strona_270" id="Strona_270">[Str. 270]</a></span>
+mięki a&nbsp;przecież siekący jak uderzenie
+szpicruty.</p>
+
+<p>Dziewczyna próbowała się jeszcze opierać.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie!... wolę z&nbsp;tobą rozmawiać!</p>
+
+<p>On nieznacznie ramionami ruszył.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzył
+po raz czwarty.</p>
+
+<p>Stalowo niebieskiemi oczami spojrzał
+w drobną twarz Minuśki, która ledwie
+przeświecała przez całe kłęby pokręconych
+czarnych włosów.</p>
+
+<p>Oczy te, jakby wieczną łzawą mgłą pociągnięte,
+zużyte były i&nbsp;dziwnie rozwiązłe.</p>
+
+<p>Jakaś nabożna, dystyngowana rozpusta
+gnieździła się w&nbsp;tych źrenicach koloru
+dziewczęcej sukienki.</p>
+
+<p>Były to oczy westalki, powracającej ze
+schadzki do swej świątyni.</p>
+
+<p>Teraz już Minuśka, pod wpływem tego
+spojrzenia układała się powoli na kolanach
+mężczyzny, pochylając w&nbsp;tył głowę,
+tak że cała kaskada czarnych włosów
+spłynęła ku ziemi i&nbsp;kwiatów dywanu dosięgła.<span class="pagenum"><a name="Strona_271" id="Strona_271">[Str. 271]</a></span></p>
+
+<p>I tylko biust jej biały, foremny, jakkolwiek
+trochę w&nbsp;górze spłaszczony, rozciągał
+silnie cienki batyst szlafroka, związanego
+lekko białą w&nbsp;pasie wstążką.</p>
+
+<p>Reszta ciała zaznaczała się silnie wyraźnemi
+konturami i&nbsp;dobrze wygiętą linią
+od bioder odcinała się jasno od ciemnego
+obicia nizkiej tureckiej sofy.</p>
+
+<p>Z bosych stóp dziewczyny spadły małe
+pantofle z&nbsp;różowego atłasu, trochę brudne
+i zgniecione.</p>
+
+<p>Nogi te wyciągnięte z&nbsp;nieruchomością
+trupią, żółte były, wygięte silnie jak nogi
+tancerki, przecięte błękitnemi żyłami i&nbsp;cieniem
+czarnych włosów rosnących na zgięciu
+palców.</p>
+
+<p>W niewyraźnym mroku szarej godziny&nbsp;&mdash;&nbsp;objawiały
+się jak nogi kobiety zmęczonej,
+głupiej, nerwowej, kobiety bez
+silnego punktu oparcia a&nbsp;mimo to dobrej,
+miękiej, uległej&nbsp;&mdash;&nbsp;idącej ślepo za podmuchem
+losu.</p>
+
+<p>Cała wreszcie postać Minuśki, wyciągniętej
+na strzyżonej tkaninie oryentalnego
+mebla, miała w&nbsp;sobie to bierne poddanie <span class="pagenum"><a name="Strona_272" id="Strona_272">[Str. 272]</a></span>
+się fatalizmowi, to opuszczenie rąk
+w walce z&nbsp;życiem, to zagaśnięcie poczucia
+rozkoszy, temperamentu i&nbsp;kaprysów kobiecych.</p>
+
+<p>W nieruchomości swojej, w&nbsp;tej ulubionej
+pozie wyciągniętego w&nbsp;trumnie trupa&nbsp;&mdash;&nbsp;znać
+było dążenie bezwiedne ciała do
+spoczynku, a&nbsp;z pod długich rzęs przymkniętych
+migały tylko białka oczu. Wszystko
+w niej dążyło i&nbsp;rwało się ku ziemi razem
+z kaskadą czarnych włosów, razem
+z fałdami białego trenu, który ją obwijał
+zimną draperyą grobowego całunu.</p>
+
+<p>Siedzący w&nbsp;kącie sofy mężczyzna, smukły,
+correct, silnie wyczesany&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;brodą
+okrągłą zmysłowego samca opartą na
+sztywnych rogach lśniącego kołnierzyka,
+w kanciastych liniach ciała, w&nbsp;kolanach
+silnie złożonych, przypominał pozę Ozirysa
+wciśniętego w&nbsp;szeroki stalowo-granatowy
+garnitur angielskiego kroju. Nawet
+kurtka szczelnie na dwa rzędy zapięta,
+opinała silnie pierś zapadłą jak mogiłę
+wszystkich pragnień i&nbsp;porywów...<span class="pagenum"><a name="Strona_273" id="Strona_273">[Str. 273]</a></span></p>
+
+<p>Całe ciało, długie, złożone, jakby na
+zawiasach, przylegało doskonale do linij
+i zagięć sofy prostej, twardej, równej&nbsp;&mdash;&nbsp;pomimo
+banalnego kształtu naśladującego
+wschodnie stosy poduszek.</p>
+
+<p>Tylko kolana ostrym kantem wystawały
+brutalnie, podnosząc silnie szewiot
+spodni, które opinały długie,
+ledwo zaznaczone łydki, niekształtne,
+gubiące się bez silniejszego spadku, łydki
+kamiennego bożka cisnącego się do
+twardej swego tronu podstawy. Całe
+ciało&nbsp;&mdash;&nbsp;zakończone wydłużonemi a&nbsp;płaskiemi
+stopami, obutemi zimno w&nbsp;angielskie
+matowe obuwie równe było&nbsp;&mdash;&nbsp;ostro
+skrajane, kańciaste, podobne do wybornie
+spreparowane go szkieletu, osadzonego na
+doskonałych zawiasach.</p>
+
+<p>Tylko głowa okrągła i&nbsp;twarz pokryta
+mięsem, kłóciły doskonałą harmonię dalszego
+rusztowania.</p>
+
+<p>Był to kadłub angielskiego charta ze
+łbem obwisłego buldoga.</p>
+
+<p>Dolna warga trochę wilgotna i&nbsp;jakby
+niepewna, zwieszała się ku dołowi, odsłaniając <span class="pagenum"><a name="Strona_274" id="Strona_274">[Str. 274]</a></span>
+dolny rząd zębów żółtych i&nbsp;od
+tytoniu sczerniałych. Była to warga „viveura”,
+który lata całe musiał powoli
+nasycać namiętność swych podrażnionych
+zmysłów, zamykając oczy i&nbsp;otwierając
+usta. Maska jego nieruchomej twarzy
+urobiła się już w&nbsp;takie rozprzężenie bezwiedne
+muskułów, że choć młodość walczyła
+jeszcze z&nbsp;nałogiem, ściągając skórę ze
+skroni, to już cały dół twarzy a&nbsp;nawet
+skóra pod oczami fałdowała się w&nbsp;bezsilne
+bruzdy, zmysłowe, zwierzęco-apatyczne.</p>
+
+<p>Leżąca na jego kolanach kobieta miała
+w swej twarzy przyschnięty znów wyraz
+namiętności, nagle spieczonej i&nbsp;w ogniu
+strawionej. I&nbsp;u niej, tak jak i&nbsp;u niego
+ciało nie harmonizowało z&nbsp;głową.
+Tors jej miał pełne i&nbsp;doskonałe rozwinięcie
+kobiety doszłej do szczytu siły,
+biodra rozłożyste i&nbsp;podatne miały
+w sobie mięsistość hiszpanek, lecz już
+od silnych jeszcze ud począwszy, linia
+nóg zwężała się nagle, schła, drobniała
+brutalnie. Kończyny były słabe, anemiczne,
+wyschłe, obciągnięte trupią skórą.<span class="pagenum"><a name="Strona_275" id="Strona_275">[Str. 275]</a></span></p>
+
+<p>Tę samą anomalię przedstawiały
+i ręce.</p>
+
+<p>Przedramię wspaniałe, doskonale piękne,
+już od łokcia miało ważkość dziwną,
+niepewną, nieusprawiedliwioną a&nbsp;same
+dłonie i&nbsp;palce, długie i&nbsp;kościste, z&nbsp;pofałdowaną
+na zgięciach palców skórą; zwieszały
+się ku ziemi jak ręce rozpaczliwie
+smutnego szkieletu.</p>
+
+<p>Z karnacyą skóry przeświecającej
+przez oczka koronek i&nbsp;pajęczą tkaninę
+batystu, było to samo. Twarz blada,
+żółta&nbsp;&mdash;&nbsp;jakby pocentkowana sinemi podkowami,
+podkreślającemi przymknięte
+oczy i&nbsp;rozciągającemi się aż na silnie wyciągniętą
+skórę nosa, nie miała ani śladu
+purpury warg, które białe, wązkie,
+postrzępione, niknęły prawie w&nbsp;bladej
+masce.</p>
+
+<p>Lecz już szyja, tracąc zżółkłe tony,
+rozpływała się w&nbsp;różowawo lśniącej barwie
+piersi lekkiej, wiosennej, młodej&nbsp;&mdash;&nbsp;mającej
+w sobie doskonałą miękość
+pastelu.<span class="pagenum"><a name="Strona_276" id="Strona_276">[Str. 276]</a></span></p>
+
+<p>Pod bielą batystu, różowa ta barwa
+ciemniała coraz dalej, zagłębiała się, to
+znów tryumfalnie przechodziła w&nbsp;atłasową
+białość na wypukłościach bioder.</p>
+
+<p>To przeświecanie jutrzenkowej barwy
+przez delikatny deseń koronki, miało
+w sobie czar dziwnie ponętny, niepewny,
+pełen tajemniczej siły doskonałej piękności
+kobiecego ciała.</p>
+
+<p>Jakby pod cienką warstwą śniegu, rozsypane
+liście blado różowej kamelii, tak
+migotały szmaty ciała Minuśki w&nbsp;obramowaniu
+delikatnego desenia cienkich walansyenek.</p>
+
+<p>Lecz już&nbsp;&mdash;&nbsp;coraz dalej się posuwając&nbsp;&mdash;&nbsp;różowy
+ton bladł, siniał, zieleniał, żółkł
+na kolanach dwoma plamami i&nbsp;do stóp
+się zsuwając, w&nbsp;trupią barwę przechodził.</p>
+
+<p>Jedynie jeszcze podeszwy jakąś dziwną
+anomalią różowiły się lekko, trochę
+starte zbyt ciasnem obuwiem, zaznaczając
+się w&nbsp;przestrzeni barwniej lekką
+kroplą krwi, roztartą zdaje się na ich powierzchni.<span class="pagenum"><a name="Strona_277" id="Strona_277">[Str. 277]</a></span></p>
+
+<p>Cisza była dokoła.</p>
+
+<p>Cisza wielkiego miasta, które huczy
+w oddali a&nbsp;przecież do mieszkań ludzkich
+hukiem tym nie wpada, pozostawiając
+niemal grobowy spokój tym&nbsp;&mdash;&nbsp;którzy
+spokoju tego pragną.</p>
+
+<p>Przez białe zasłony okien słaniała się
+blado-błękitna, równa&nbsp;&mdash;&nbsp;nieprzecięta
+niczem barwa zachodzącego nad dachami
+domów wiosennego słońca.</p>
+
+<p>Barwa ta&nbsp;&mdash;&nbsp;wsuwając się do pokoju&nbsp;&mdash;&nbsp;jak
+elektryczny blask wykrawała kontury
+banalnych mebli, porozstawianych
+po kątach mieszkania. Oryentalna tkani
+na mebli mieniła się jaskrawemi plamami
+i żółtą pstrocizną frendzli. Duże,
+weneckie lustro&nbsp;&mdash;&nbsp;pochylone nad sofą&nbsp;&mdash;&nbsp;prezentowało
+się matowo szarym kwadratem,
+na tle trywialnego ciemnego obicia
+kryjącego ściany. Po kątach, na etażerkach
+wykrzywiały się japońskie lalki
+pod parasolami, które roztaczały ciemno
+szafirowe lub czarne koła, prawie
+pod samemi rogami trochę przybrudzonego
+sufitu.<span class="pagenum"><a name="Strona_278" id="Strona_278">[Str. 278]</a></span></p>
+
+<p>Po środku, jak ptak nagle nieruchomy,
+krwawiła się czerwonością szyb
+i stalowemi pokręconemi liniami obwodów
+wenecka latarnia, okapana stearyną,
+bielącą się na matowej płaszczyźnie podstawy.</p>
+
+<p>W jednym z&nbsp;kątów żółcił się duży
+makartowski bukiet, smutny, przypruszony
+pyłem, z&nbsp;lasem aksamitnych szyszek,
+sterczących wśród pęku traw połamanych.</p>
+
+<p>Niefroterowana, trochę brudna podłoga,
+pokryta zniszczonym dywanem,
+wystawała jasnemi plamami koło progów
+i okien, które krzywo zagłębiając
+znaczyły się wystającemi z&nbsp;po za
+białych zasłon blaszanemi rynienkami do
+zbierania rosy.</p>
+
+<p>I w&nbsp;tej banalności zimnej, bazarowej,
+pretensyonalnej, wciśniętej nagle w&nbsp;mieszczańską
+klatkę ciasnych, taniem obiciem
+oblepionych ścian starej, żydowskiej
+kamienicy&nbsp;&mdash;&nbsp;nie było nic z&nbsp;duszy kobiety
+zamieszkującej te ściany.<span class="pagenum"><a name="Strona_279" id="Strona_279">[Str. 279]</a></span></p>
+
+<p>Minuśka była ptakiem wędrownym
+i o&nbsp;klatkę nie dbała.</p>
+
+<p>Przez uchylone drzwi dostrzedz można
+było nieposłane łóżko&nbsp;&mdash;&nbsp;rozkopane,
+rozrzucone, w&nbsp;nieładzie jeszcze nocnym,
+ciemniejące pod stosem zrzuconych sukien
+i kołder.</p>
+
+<p>Okno, przysłonięte szczelnie szafirową
+zasłoną, nadawało całemu pokojowi pozór
+grobowej kaplicy.</p>
+
+<p>Reszta tonęła w&nbsp;cieniu.</p>
+
+<p>Tymczasem w&nbsp;saloniku błękitne światło
+okien zaczęło stopniowo szarzeć i&nbsp;bielić,
+jakby przez matowe a&nbsp;brudne szkło
+przepuszczone.</p>
+
+<p>Dwie białe takie smugi&nbsp;&mdash;&nbsp;jak charty
+potworne przypadły do podłogi, słały się
+po dywanie i&nbsp;ginęły w&nbsp;oddali, tuż
+pod stopami nieruchomie siedzącego mężczyzny.</p>
+
+<p>Końce palców u&nbsp;ręki Minuśki zwieszającej
+się z&nbsp;sofy, maczały się w&nbsp;tej
+martwej jasności i&nbsp;zżółkłe paznogcie, pocentkowane
+białemi plamkami, zdawały
+się być płatami tajemniczych nenufarów <span class="pagenum"><a name="Strona_280" id="Strona_280">[Str. 280]</a></span>
+z tafli stygnącej wody wyzierających.</p>
+
+<p>Dziewczyna przymykała powieki i&nbsp;z przechyloną
+w tył głową zdawała się tężyć
+w jakiemś odtrętwieniu.</p>
+
+<p>Lecz młody mężczyzna szarpnął ją
+znów za ramię.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!</p>
+
+<p>Dziewczyna westchnęła i&nbsp;cicho&nbsp;&mdash;&nbsp;powoli,
+jakby płynąc z&nbsp;oddali, rozległ się
+drżący menuet, gwizdany jakby dziobem
+papugi, niepewnie w&nbsp;dal rzucającej
+nuty.</p>
+
+<p>To Minuśka gwizdała, leżąc ciągle
+przechylona, nieruchoma w&nbsp;obramowaniu
+swych czarnych włosów, które się z&nbsp;przepychem
+po dywanie walały.</p>
+
+<p>Mężczyzna, zmrużywszy oczy, w&nbsp;gwizd
+ten się wsłuchiwał z&nbsp;dziwnym wyrazem
+koło ust obwisłych. Nareszcie rękę wyciągnął
+i zimnemi palcami po oczach Minuśki
+przesunął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie płaczesz?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał.</p>
+
+<p>Ona gwizdać przestała, brwi marszcząc.<span class="pagenum"><a name="Strona_281" id="Strona_281">[Str. 281]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cóż u&nbsp;dyabła, codzień nie mogę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Postaraj się!...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Poznał ją w&nbsp;Łodzi, w&nbsp;sali Selina, gdy
+złym akcentem francuzkim śpiewała jakąś
+piosnkę.</p>
+
+<p>W podrabianej tej francuzce odczuł odrazu
+łatwą i&nbsp;tanią zabawę i&nbsp;gdy otulona
+płaszczykiem zeszła z&nbsp;estrady do pustej
+i białej od gazu sali, zbliżył się, wiecznie
+nienasycony w&nbsp;tej pogoni za kobietą, jakkolwiek
+oddawna już niedoświadczał nic
+w dotknięciu nagich ramion, lub rozwianych
+włosów.</p>
+
+<p>Przez nałóg, przez przyzwyczajenie
+szedł już teraz, zaczepiał, wyciągał rękę,
+ciągle spragniony gorętszego wrażenia,
+czegoś, coby nim targnęło, coby zamieranie
+w nim rozkoszy wstrzymało choćby
+na krótką chwilę.</p>
+
+<p>Minuśka nie zajęła go więcej od innych.</p>
+
+<p>Była zepsutą, wesołą, pustą i&nbsp;trywialną.<span class="pagenum"><a name="Strona_282" id="Strona_282">[Str. 282]</a></span></p>
+
+<p>Mówiła „psia krew”, biła się po biodrach,
+pokazywała żydom na ulicach język
+i kłóciła się w&nbsp;restauracyi z&nbsp;kelnerami.</p>
+
+<p>Nie różniła się niczem od innych kobiet
+i drażniła w&nbsp;nim zamierającego trupa, lecz
+drażniła niemile, w&nbsp;bolesny, dokuczliwy
+sposób.</p>
+
+<p>Przez kilka dni, które bawił w&nbsp;Łodzi,
+widywał ją codziennie, coraz więcej zniechęcony
+i pół senny.</p>
+
+<p>Dziewczyna, sądząc że śmiechem i&nbsp;żartami
+zdoła rozchmurzyć to znużone czoło,
+roztrząsała przed nim całą torbę swych
+dowcipów, pozbieranych w&nbsp;chwilowych miłostkach,
+które prowadziła w&nbsp;swem życiu.</p>
+
+<p>Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągle milczący, zimny, kanciasty,
+siedział przed nią, wpatrzony w&nbsp;przestrzeń
+szklannemi oczyma trupa.</p>
+
+<p>Chwilami ramionami wzruszał i&nbsp;mówił
+jedno tylko słowo:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!</p>
+
+<p>Dziewczyna milkła, zdjęta nagłą jakąś
+trwogą przed tą ciszą nakazaną jej w&nbsp;ciasnej
+przestrzeni zasłoniętej lożki, po za<span class="pagenum"><a name="Strona_283" id="Strona_283">[Str. 283]</a></span>
+której czerwonemi firankami widać było
+jasną przestrzeń sali i&nbsp;ciemny otwór sceny.</p>
+
+<p>Raz jeden ośmieliła się powiedzieć:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;To głupie takie postępowanie!</p>
+
+<p>I uzbrajając się w&nbsp;odwagę, dodała:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Funta kłaków niewarte!</p>
+
+<p>On tymczasem patrzał na nią, skąpaną
+w jasnej powodzi gazu, płonącego w&nbsp;stłuczonej
+bani, zawieszonej u&nbsp;sufitu lożki.</p>
+
+<p>Klęczała przed nim na małej sofce obitej
+ciemną brokatelą, i&nbsp;podniósłszy obnażone
+ręce, wiązała swe czarne włosy długą
+białą wstążką.</p>
+
+<p>Była dnia tego ubrana już do pantominy,
+mającej kończyć przedstawienie, a&nbsp;w której
+grać miała rolę panny młodej.</p>
+
+<p>Długa, biała muślinowa suknia natykana
+kwieciem pomarańczowem dawała jej pozór
+umarłej dziewicy, którą lada chwila
+złożą na śmiertelnej pościeli. Twarz jeszcze
+nieubielona, żółta była i&nbsp;martwa w&nbsp;tej
+białej koronek powodzi.</p>
+
+<p>Opierała się biodrem o&nbsp;stół nakryty
+białym obrusem, na którym walały się
+resztki kanapek i&nbsp;kieliszki koniaku.<span class="pagenum"><a name="Strona_284" id="Strona_284">[Str. 284]</a></span></p>
+
+<p>Związała włosy i&nbsp;powoli, z&nbsp;pewnym leniwym
+wdziękiem na poduszki sofy upadła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Funta kłaków niewarte!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła
+przez zaciśnięte zęby.</p>
+
+<p>Z po za uchylającej się firanki dolatywał
+przenikliwy głos dziewczyny, śpiewającej
+na scenie drżącym sopranem:</p>
+
+<blockquote><p>„Demande aux lys, s'ils aiment la ros&eacute;e”.</p></blockquote>
+
+<p>On ciągle patrzył na nią, dziwiąc się
+i zazdroszcząc tej żywotnej sile, która
+kazała jej poruszać się, śmiać, denerwować
+i wyrzucać z&nbsp;siebie całą kaskadę słów
+i chęci.</p>
+
+<p>Wiecznie i&nbsp;ciągle od pewnego czasu
+obserwował tak wszystkich, sam ciągle
+bezsilny, pełen przewidzeń, halucynacyj,
+widząc koniec wszystkiego, nie mogąc
+zbudzić się z&nbsp;odrętwienia zmysłów, w&nbsp;jakie
+popadał z&nbsp;dniem każdym.</p>
+
+<p>Ogarniał go smutek bezdenny, z&nbsp;którego
+sobie sprawy zdać nie umiał, szukając
+w złem trawieniu przyczyny głównej tej
+zmiany, podniecając się fizycznie i&nbsp;moralnie,
+pragnąc rozpaczliwie wyjścia z&nbsp;tej nicości,
+w którą powoli zapadał.<span class="pagenum"><a name="Strona_285" id="Strona_285">[Str. 285]</a></span></p>
+
+<p>Spełniał automatycznie funkcye swego
+urzędowania w&nbsp;jednem z&nbsp;towarzystw kredytowych,
+lecz nocami, wybladły i&nbsp;z gałką
+swej laski przy ustach, zjawiał się jak
+mara blada i&nbsp;milcząca, z&nbsp;niemą skargą na
+swój zgon duchowy, w&nbsp;zadymionych lokalach
+restauracyjnych, w&nbsp;ochrypłych salach
+koncertowych, w&nbsp;zaułkach nocnej rozpusty&nbsp;&mdash;&nbsp;goniąc
+coś ciągle w&nbsp;milczenia szukając,
+trawiąc się, stygnąc od wnętrza.</p>
+
+<p>Bezwiednie lgnął do kobiet, jakby w&nbsp;nich
+szukając odrodzenia, lecz&nbsp;&mdash;&nbsp;te, do których
+miał przystęp łatwy i&nbsp;z góry zapewniony&nbsp;&mdash;&nbsp;wstrząsały
+nim swym śmiechem, banalną
+pieszczotą i&nbsp;coraz ciemniejsze koło tworzyły
+dokoła jego osoby.</p>
+
+<p>Od czasu do czasu, opowiadały mu historyę
+swego życia, zaczynającą się niezmiennie
+od tych słów:</p>
+
+<p>„Nie miałam jeszcze piętnastu lat i&nbsp;byłam
+zupełnie głupia, a&nbsp;tu..</p>
+
+<p>Słuchał chwilę, sądząc że coś się tam
+przewinie, co mu rysę w&nbsp;jego lodowej powłoce
+uczyni&nbsp;&mdash;&nbsp;lecz prędko myśl w&nbsp;inną
+stronę odwracał.<span class="pagenum"><a name="Strona_286" id="Strona_286">[Str. 286]</a></span></p>
+
+<p>Zawsze to samo!</p>
+
+<p>Jedna historya w&nbsp;milionowem wydaniu!</p>
+
+<p>Minuśka przecież nie opowiedziała mu
+swej „historyi”.</p>
+
+<p>Była banalną, trywialną jak inne&nbsp;&mdash;&nbsp;mówiła
+mu „mój kiziu”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;jadła rybę nożem,
+ale „historyi” swej nie opowiedziała
+do tej chwili.</p>
+
+<p>Nie opowiedziała i&nbsp;nie opowie&nbsp;&mdash;&nbsp;bo,
+oto on wyjeżdża jutro i&nbsp;ma jej właśnie
+to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta
+z po za zasłony śpiewać przestanie.</p>
+
+<p>Doszedł już do tego stopnia osłabienia
+i rozdrażnienia, że nie lubi i&nbsp;nie umie mówić,
+gdy kto śpiewa.</p>
+
+<p>Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek
+koniaku.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiecznie pan jesteś smutny jak
+sum&nbsp;&mdash;&nbsp;mówi, pijąc fałszowaną ohydę powoli,
+jakby z&nbsp;rozkoszą&nbsp;&mdash;&nbsp;dobrze że masz
+na smucenie się, to jeszcze pół szczęścia!</p>
+
+<p>Odstawia kieliszek i&nbsp;znów wciska się
+w poduszki sofki.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może to i&nbsp;taka moda być na smutno&nbsp;&mdash;&nbsp;ciągnie
+dalej, rurkując falbanki sukni <span class="pagenum"><a name="Strona_287" id="Strona_287">[Str. 287]</a></span>
+na palcach&nbsp;&mdash;&nbsp;znałam jednego pana od
+wyścigów, także się tak wiecznie gryzł
+i dręczył. Podobno coś kiedyś tam komuś
+ukradł, to go jadło!..</p>
+
+<p>Roześmiała się głośno i&nbsp;zastanowiła
+chwilkę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, to już było przez sumienie.
+Prawda? Ale pan? Co ci to brak!... Mój
+Boże! Żeby to mnie panem być! czybym
+ja kiedy się zasępiła, co?</p>
+
+<p>Po za zasłoną śpiewaczka umilkła i&nbsp;z sali
+dolatywał szmer pomieszanych głosów,
+odsuwanie krzeseł i&nbsp;szczęk kufli rozstawionych
+na stołach.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Masz pan co jeść, gdzie mieszkać,
+masz pewnie rodzinę, ojca, matkę a&nbsp;może
+i żonę&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;takiś pan skwaszony ciągle.
+Nie powiem, żeby to ja, co to jak ten
+psiak bez gniazda po świecie się tyram
+i już z&nbsp;rozpaczy do francuzów przystałam
+i oto się Falfandierowej wysługuję. Psia
+krew! dobrze że mnie trochę po francuzku
+nauczyli, to i&nbsp;co zarobię na to marne życie...
+oj! marne!<span class="pagenum"><a name="Strona_288" id="Strona_288">[Str. 288]</a></span></p>
+
+<p>Znów po kieliszek sięgnęła, z&nbsp;butelki
+nalała, wypiła.</p>
+
+<p>W pół drogi ręka jej w&nbsp;fałdy sukni
+opadła.</p>
+
+<p>Była już na wpół pijaną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Psia krew!&nbsp;&mdash;&nbsp;powtórzyła raz jeszcze
+i głowę w&nbsp;tył przechyliła.</p>
+
+<p>Ktoś drzwi w&nbsp;sali otworzył.</p>
+
+<p>Gaz w&nbsp;kuli zaczął migotać, chyląc się
+na obie strony.</p>
+
+<p>Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą
+przestrzeń lożki, jakaś grobowa pustka,
+pomimo tłumu poruszającego się po za
+firanką.</p>
+
+<p>Mężczyzna w&nbsp;swej automatycznej sztywności
+zastygły, siedział nieporuszony
+w kącie sofy, zdając się wydzielać z&nbsp;siebie
+ten chłód trupi i&nbsp;mrozić nim ożywioną
+jeszcze niedawno dziewczynę.</p>
+
+<p>Teraz było już ich dwoje smutnych,
+niemających dachu po nad duszą.</p>
+
+<p>I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając
+się swej maski sztucznego uśmiechu, odsłaniając
+nagle swój szkielet już pruchniejący <span class="pagenum"><a name="Strona_289" id="Strona_289">[Str. 289]</a></span>
+nieszczęśliwej, walczącej z&nbsp;życiem
+istoty.</p>
+
+<p>Leżała nieruchoma, z&nbsp;rękami obwisłemi,
+z ustami opuszczonemi w&nbsp;kącikach
+bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła
+nerwowym skurczem i&nbsp;lekko, cicho
+gwizdać zaczęła.</p>
+
+<p>Był to gawot popularny, łatwy do pochwycenia
+i ciągnący się cicho jak srebrna
+nitka pajęcza.</p>
+
+<p>W rozkołysaniu się gazu, gwizd ten leciuchny
+motał się z&nbsp;przejrzystością dokładną,
+wznosił się, opadał i&nbsp;znów rozpoczynał.</p>
+
+<p>Nagle umilkł, rozpływając się w&nbsp;urywanej
+nutce. Chwileczkę trwało milczenie.</p>
+
+<p>Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan wiesz, ja miałam dziecko!</p>
+
+<p>Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział
+ani słowa.</p>
+
+<p>Przygasłe oczy skierował jednak na
+leżącą kobietę, bo czuł że ma w&nbsp;niej trochę
+odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.<span class="pagenum"><a name="Strona_290" id="Strona_290">[Str. 290]</a></span></p>
+
+<p>Widział, że się nie krzywi uśmiechem.</p>
+
+<p>Oddychał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Miałam dziecko! a&nbsp;jakże! jak anioła
+taką dziewczynkę! <a class="ins" href="#tnote_35" name="tAnchor_35" title="Zebyś">Żebyś</a> ją pan był widział
+no&nbsp;&mdash;&nbsp;co to opowiadać! Królewna!
+Włosy czarne, oczy szafirowe&nbsp;&mdash;&nbsp;buzia
+maluchna. A&nbsp;mądra, a&nbsp;ucieszna. W&nbsp;dziesięcioro
+się krajałam, aby jej nic nie brakło!
+Pan nie ma dzieci?</p>
+
+<p>Nie było odpowiedzi.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci
+to wielka radość, ale co też to za smutek!
+Serce ledwo nie trzaśnie jak to ginie! Psia
+krew... co to za urządzenie na świecie!...
+Miała na imię Maryśka! Ja ją nazywałam
+Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już,
+chodziła, łydki miała grube, tak że ją tylko
+w skarpetki ubierać można było! I&nbsp;co pan
+powie! W&nbsp;trzy dni&nbsp;&mdash;&nbsp;ani się obejrzałam,
+już było po niej! słyszy pan!... po niej!...</p>
+
+<p>Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w&nbsp;obu
+kątach sofy, ona przechylona, z&nbsp;twarzą
+ginącą w&nbsp;tem skróceniu. Tylko podbródek
+drgał jej nerwowo, jak u&nbsp;kobiet blizkich
+płaczu.<span class="pagenum"><a name="Strona_291" id="Strona_291">[Str. 291]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nazywała mnie... Papuzią. A&nbsp;to ztąd
+widzi pan poszło: Posłyszała kiedyś pod
+balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę.
+Odejść nie chciała. Wzięłam ją na ręce
+i gwizdałam jej w&nbsp;uszko przez całą drogę.
+Później... ciągle prosiła&nbsp;&mdash;&nbsp;gwizdaj, Papuziu!
+ja gwizdałam! Ach Boże!... ja gwizdałam!</p>
+
+<p>Porwała się nagle, jakby ocucona.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja pana nudzę, co? Pan i&nbsp;tak smutny!</p>
+
+<p>Lecz on rękę wyciągnął.</p>
+
+<p>Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet
+koło jego warg pobladłych.</p>
+
+<p>Od tej nagle otwierającej się przed nim
+rany macierzyństwa, w&nbsp;rozpustnem otoczeniu
+zamkniętej lożki tingel-tanglu, płynęło
+ku niemu powolne uspokojenie i&nbsp;łagodne
+uczucie ledwo dostrzegalnego ciepła.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo to widzi pan, mężczyźni nie lubią
+skoro się im o&nbsp;takich rzeczach mówi. Tylko
+pan jakiś inny od wszystkich. Może to
+pana i&nbsp;bawi.</p>
+
+<p>Westchnęła, znów głowę przechyliła na
+poręcz sofki i&nbsp;oczy zmrużyła.<span class="pagenum"><a name="Strona_292" id="Strona_292">[Str. 292]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Widzi pan, to było dziecko takie...
+no, pan wie! ot takie, bez ojca. Więc to
+się chowało nie u&nbsp;mnie, ale ja zawsze co
+dnia przybiegałam, na ręce schwyciłam,
+wycałowałam gdzie mogłam. Jak już nic
+jej przynieść nie miałam, to choć pogwizdać
+przyszłam, a&nbsp;mała się już od progu
+rwała i&nbsp;piszczała: „gwizdaj, Papuziu!
+gwizdaj!...” Było to uciechy! Cholera muzykalna
+była! W&nbsp;dziadka się wdała!...</p>
+
+<p>Urwała, jakby przerażona zdradzeniem
+cienia tajemnic swego pochodzenia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;No, i&nbsp;kiedy przyszła ta ciężka godzina,
+że ją śmiertelna choroba schwyciła&nbsp;&mdash;&nbsp;ja
+po doktorów z&nbsp;gołą głową latałam
+po nocy, w&nbsp;aptekach dzwonki urywałam.
+Raz mnie stójkowy mało do cyrkułu
+nie zwlókł... Co pan chce! Dla dziecka to
+się w&nbsp;ogień skoczy! Nie pomogło! Chudła,
+sztywniała&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;już tylko na rękach
+nosić ją trzeba było dniem i&nbsp;nocą. Ja też
+nosiłam i&nbsp;jeszcze tylko to gwizdanie mogło
+ją uspokoić na trochę, na krótko! I&nbsp;ja
+też gwizdałam! Łzy mi jak groch leciały!...
+ale nosiłam i&nbsp;gwizdałam!<span class="pagenum"><a name="Strona_293" id="Strona_293">[Str. 293]</a></span></p>
+
+<p>Umilkła, i&nbsp;z pod przysłoniętych rzęs
+zamigotały nagle dwie lśniące krople łez,
+poczem z&nbsp;pochylonej w&nbsp;tył głowy spływały
+po skroniach, mocząc silnie pęki fryzowanej
+grzywy.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;I&nbsp;wiesz pan co? Umarła mi na rękach
+wtedy, kiedy chodziłam z&nbsp;nią po pokoju
+i gwizdałam jej cichutko, cichuteńko&nbsp;&mdash;&nbsp;prawie
+w samo uszko. Późno było,
+świeca się dopalała, w&nbsp;kącie chrapała kobieta,
+u której się ona chowała. Ja chodziłam
+boso, żeby nie wstrząsać rękami,
+gwiżdżę&nbsp;&mdash;&nbsp;ona oddycha, raz drugi oczki
+otworzyła&nbsp;&mdash;&nbsp;sina obrączka naokoło ust
+się rysuje. Jezus Marya! myślę sobie,
+dziecko!... gwiżdżę wciąż&nbsp;&mdash;&nbsp;ona już nie
+oddycha, ja głowę tracę... i&nbsp;ludzie mnie
+znaleźli z&nbsp;dzieckiem na ręku ciągle po pokoju
+chodzącą. Podobno nawet jeszcze
+gwizdałam!... Co pan chcesz!... Dostałam
+bzika. Niemiałam nic mego... ją jedną!...
+Oprzytomniałam później i&nbsp;czasem,
+kiedy sama jestem, mówię sobie: zagwizdaj,
+Papuziu!... gwiżdżę!... i&nbsp;płaczę!<span class="pagenum"><a name="Strona_294" id="Strona_294">[Str. 294]</a></span></p>
+
+<p>Rozpuszczoną masą włosów otarła strumień
+łez płynący jej z&nbsp;oczów.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_36" name="tAnchor_36" title="&mdash;&nbsp;Przepraszam pana, wykrztusiła">&nbsp;&mdash;&nbsp;Przepraszam pana&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusiła</a> wśród
+łkań&nbsp;&mdash;&nbsp;ja zaraz przestanę beczyć, to już...
+taki cholerny narów... ja zaraz będę...
+wesoła!...</p>
+
+<p>Lecz on&nbsp;&mdash;&nbsp;zbliżył się ku niej teraz
+i wyciągając ręce przyciągnął ją ku sobie.</p>
+
+<p>W gieście tym nie było śladu współczucia
+dla jej cierpienia, był tylko jakiś sybarytyzm
+dziwny, rozsmakowanie się w&nbsp;gorącości
+łez i&nbsp;w spazmatycznym skurczu
+wstrząsającym piersi kobiety.</p>
+
+<p>Melancholiczne zwierzę zbudziło się
+w nim i&nbsp;brutalnie, bezczelnie domagało
+się praw swoich.</p>
+
+<p>Sentymentalny samiec wyciągnął trupią
+rękę i&nbsp;na ranie serca kobiety-matki
+położył.</p>
+
+<p>Obwisła warga zadrgała mu rozkosznie.</p>
+
+<p>Oczy pokryła biała, wilgotna mgła.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>I od tej chwili żyli razem, we dwoje&nbsp;&mdash;&nbsp;schowani
+w kącie oddalonej ulicy, w&nbsp;mieszkaniu,<span class="pagenum"><a name="Strona_295" id="Strona_295">[Str. 295]</a></span>
+które on urządził z&nbsp;banalnym komfortem
+biurowego parweniusza. Wszystko
+naokoło nich było martwe, trupie, wystygłe.</p>
+
+<p>Dziewczyna z&nbsp;początku rwała się jeszcze
+do życia, walcząc z&nbsp;resztkami temperamentu.</p>
+
+<p>Wprędce jednak ciało zniszczone latami
+przymusowej rozpusty&nbsp;&mdash;&nbsp;zapragnęło
+grobowego spoczynku.</p>
+
+<p>Za ciałem poszedł duch.</p>
+
+<p>Minuśka zamierała wśród strzyżonej
+tkaniny mebli i&nbsp;zakurzonych parasoli,
+włócząc po otomanie swe bezsilne członki
+anemicznej kobiety.</p>
+
+<p>On&nbsp;&mdash;&nbsp;tryumfował, kąpiąc się teraz w&nbsp;tej
+cmentarnej atmosferze, którą włóczył
+w fałdach swej kurtki, ciągle milczący,
+ponury, ziejący niczem nieusprawiedliwioną
+rozpaczą, zwłaszcza w&nbsp;chwilach
+wiosennego rozkwitu.</p>
+
+<p>Czasem tylko dziewczyna wyrzuciła
+jeszcze z&nbsp;siebie „psia krew”&nbsp;&mdash;&nbsp;zebrane
+z ust towarzyszek łatwej zabawy i&nbsp;ciężkiej <span class="pagenum"><a name="Strona_296" id="Strona_296">[Str. 296]</a></span>
+pracy, i&nbsp;słowo to jak uderzenie szpicruty
+przecinało powietrze.</p>
+
+<p>Lecz on, nie ruszając się z&nbsp;miejsca,
+przez zaciśnięte usta szeptał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Cicho!...</p>
+
+<p>Kobieta milkła i&nbsp;siedzieli tak oboje
+w milczeniu, w&nbsp;rozpaczliwej melancholii
+dwojga zamierających organizmów, skutych
+ze sobą&nbsp;&mdash;&nbsp;ona, rozpamiętywając swą
+przeszłość, on&nbsp;&mdash;&nbsp;pławiąc się w&nbsp;lubieżności
+smutku i&nbsp;o trumny potrącającego
+wspomnienia.</p>
+
+<p>I gdy jasno błękitne światło od okien
+płynące z&nbsp;szarego tonu zmieniało się w&nbsp;złoto-rudy
+blask wycinający kontury mebli
+a coraz dalej ku głębi pokoju rozpływało
+się w&nbsp;czarniawo-szafirowym cieniu&nbsp;&mdash;&nbsp;on
+pochylał się nad martwiejącą w&nbsp;trupiej
+pozie dziewczyną.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+<p>Ona gwizdała, z&nbsp;początku niechętnie,
+potem coraz więcej zatapiając się w&nbsp;cichej
+nutce melodyi.</p>
+
+<p>Trup dziecka wyschły, zżółkły, biedny&nbsp;&mdash;&nbsp;zjawiał
+się przed nią w&nbsp;przepotędze<span class="pagenum"><a name="Strona_297" id="Strona_297">[Str. 297]</a></span>
+swego nieprawego pochodzenia, wspaniały
+bezimiennością swoją, doskonały w&nbsp;zrodzeniu
+z miłosnego tchnienia. Trup ten
+zimniał, sztywniał&nbsp;&mdash;&nbsp;tuż przy jej piersi&nbsp;&mdash;&nbsp;przy
+jej łonie, które go stworzyło i&nbsp;gniótł
+jej ciało strasznym ciężarem nieżyjącego
+potwora.</p>
+
+<p>I wtedy cała fala łez lała się z&nbsp;czarnych
+oczów kobiety i&nbsp;po przechylonej w&nbsp;tył
+głowie ku masie pokręconej grzywy spływała.</p>
+
+<p>Tymczasem mężczyzna trupie swe palce
+w kaskadzie tych łez maczał i&nbsp;leniwym
+głosem sentymentalnie powtarzał:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Zagwizdaj, Papuziu!...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_298" id="Strona_298">[Str. 298]</a></span></p>
+<h2><a name="XI" id="XI"></a>XI.</h2>
+
+<h2>Bydlę.</h2>
+
+
+<p>Zaturkotało i&nbsp;na drodze od miasta
+wiodącej podniósł się tuman kurzu.</p>
+
+<p>Niewielki koczyk zielony, ciągniony
+przez czwórkę w&nbsp;poręcz sprzężonych koni,
+stuknął silnie o&nbsp;belkę, położoną na
+poprzek, tuż przed chatą Hieronima i&nbsp;ku
+bramie dworskiej podążał.</p>
+
+<p>Na koźle, w&nbsp;szaraczkowy surdut ubrany
+stangret i&nbsp;lokaj w&nbsp;długim czarnym
+anglezie, zetknęli się gwałtownie ramionami,
+zaklęli i&nbsp;do równowagi wrócili.</p>
+
+<p>Z koczyka tymczasem, na obie strony,
+jak drogowskazy, sterczały dwa olbrzymie
+cybuchy, ciemne, z&nbsp;fajkami wypchanemi
+silnie tytoniem.<span class="pagenum"><a name="Strona_299" id="Strona_299">[Str. 299]</a></span></p>
+
+<p>Pan hrabia i&nbsp;pani hrabina palili
+w milczeniu, rzucając w&nbsp;jasność liliową
+wołyńskiej przestrzeni całe kłęby białego
+dymu.</p>
+
+<p>Pudełko z&nbsp;tytoniem stało na przedniem
+siedzeniu.</p>
+
+<p>Pani hrabina miała żółty płaszczyk
+i twarz lśniącą od nadużycia gliceryny.</p>
+
+<p>Pan hrabia miał prześliczne turkusowe
+oczy, wprawione w&nbsp;pożółkłą maskę zgryzionego
+wątrobiarza.</p>
+
+<p>Koczyk stanął przed bramą.</p>
+
+<p>Lokaj zlazł powoli i&nbsp;za wrota pociągnął,
+pasące się obok stado gęsi uciekło
+z przerażającym wrzaskiem.</p>
+
+<p>Koczyk próg bramy przestąpił, wstrząsając
+woźnicą, pudłem, panią hrabiną, panem
+hrabią i&nbsp;obydwoma cybuchami.</p>
+
+<p>Gęsi, ciągle drąc się, leciały wśród
+masy traw, łopocząc skrzydłami, i&nbsp;hen
+aż pod tajemnicze gąszcze ożyn się dostawszy,
+przypadły do ziemi, zdyszane
+i srodze zmęczone. Lecz już na ganku
+dworu powstał ruch i&nbsp;w kredensie Janek
+czytający „Resurecturi” w&nbsp;„Tygodniku<span class="pagenum"><a name="Strona_300" id="Strona_300">[Str. 300]</a></span>
+ilustrowanym”, otarł nos w&nbsp;znaczący
+sposób.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czort dyabła niesie!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+półgłosem.</p>
+
+<p>Z nad tapczana surdut zdjął, poślinił
+welwetowy kołnierz, na którym łupież
+silnie przylgnął, surdut nadział i&nbsp;powłócząc
+nogami na ganek podążył.</p>
+
+<p>Już pani sędzina pędziła od strony garderoby,
+pokrzykując cienko:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;Hati! hrabstwo z&nbsp;Hati!</p>
+
+<p>I szybko odwróciła się do Janka, który
+melancholijnie z&nbsp;pod spadającej hyry na
+swą panią spoglądał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;ty mi się nie upij, bo jak Boga
+kocham, tak już z&nbsp;tobą koniec zrobię!
+Słyszysz?</p>
+
+<p>Janek brwi zmarszczył i&nbsp;za poły surduta
+obydwoma rękami się schwycił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Słyszę, jaśnie pani!&nbsp;&mdash;&nbsp;odparł.</p>
+
+<p>Koczyk z&nbsp;głuchym szumem już przed
+ganek zajechał.</p>
+
+<p>Sędzina wpadła we drzwi prowadzące
+do głębi dworku, a&nbsp;Janek ze specyalnym
+giestem ze stopni ganku schodząc, <span class="pagenum"><a name="Strona_301" id="Strona_301">[Str. 301]</a></span>
+drzwi wchodowe hrabstwu ukazywał.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Państwo w&nbsp;domu?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał hrabia.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie państwo są!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiedział
+lokaj.</p>
+
+<p>Cybuchy i&nbsp;tytoń na rękach lokaja wędrowały
+już w&nbsp;głąb domu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;uważaj, kanalio, abyś cybucha
+nie przetrącił!&nbsp;&mdash;&nbsp;dodał w&nbsp;formie uwagi
+hrabia.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Nie, to było nad jego siły!</p>
+
+<p>Musi pójść do karczmy.</p>
+
+<p>Chodzi, chodzi naokoło stołu, pociąga
+obrus, karbuje sól w&nbsp;solniczkach, ustawia
+garnuszeczki ze śmietanką. Na środku
+piramida z&nbsp;poziomek krwawi się plamą
+purpury wśród zielonych liści. Po obu
+stronach na złoconych, porcelanowych
+koszyczkach rudym tonem znaczą się
+świeże obwarzanki, cukier miałki piętrzy
+się piramidką prawie skrzącą w&nbsp;promieniach
+zachodzącego słońca.<span class="pagenum"><a name="Strona_302" id="Strona_302">[Str. 302]</a></span></p>
+
+<p>Po przez okno na wpół otwarte płynie
+cała taka struga ognista, przecięta
+smukłością topoli, sterczących dokoła
+dworu.</p>
+
+<p>Jeszcze bydło z&nbsp;pola nie wraca.</p>
+
+<p>Nie słychać kołatek, ani hukania pastuchów
+po za wodą, hen po za stawem.</p>
+
+<p>Janek ręce po napoleońsku na piersiach
+założył i&nbsp;stanął koło okna.</p>
+
+<p>Włożył liliowy atłasowy krawat i&nbsp;włosy
+jasno blond, w&nbsp;których srebrne nici
+się bielą, olejkiem zlał i&nbsp;z czoła odgarnął.</p>
+
+<p>Czeka, aż kucharz kurczęta z&nbsp;przypadłej
+opodal dwora kuchenki do kredensu
+przyniesie.</p>
+
+<p>Wtedy samowar syczący w&nbsp;kredensie
+do jadalni wniesie, na stolika obok ustawi&nbsp;&mdash;&nbsp;otworzy
+drzwi do salonu i&nbsp;zaanonsuje
+niskim głosem:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Podano do stołu!</p>
+
+<p>Tymczasem przecież coś go we wnętrzu
+ssie jak wąż a&nbsp;ślin w&nbsp;ustach pełno.</p>
+
+<p>Janek wie dobrze, co to znaczy...</p>
+
+<p>Czczo mu; do karczmy go ciągnie.<span class="pagenum"><a name="Strona_303" id="Strona_303">[Str. 303]</a></span></p>
+
+<p>A jest ona tam po drugiej stronie stawu,
+ta karczma cała czarna, mimo czerwonej
+jasności słońca.</p>
+
+<p>Janek drogę tę od lat trzydziestu zna.</p>
+
+<p>Zmienił ją tylko od chwili ożenienia.
+Trzeba bowiem było ze dworu do karczmy
+właśnie koło chaty iść, chaty, którą
+mu jaśnie pani dała, kiedy Warkę z&nbsp;garderoby
+wziął i&nbsp;z „werczem” do dworu
+przyszedł.</p>
+
+<p>Pani chatę i&nbsp;Warkę dała, ale Warka
+darła się o&nbsp;wódkę z&nbsp;Jankiem i&nbsp;zaraz na
+próg chaty wypadała, za poły surduta
+chwytała i&nbsp;zawodziła het jak suka, gdy
+jej szczenię odbierają.</p>
+
+<p>Wiedziała Warka, że jaśnie pani ma
+tego pijaństwa Jankowego dosyć i&nbsp;lada
+chwila go z&nbsp;kredensu wygna precz.</p>
+
+<p>Tembardziej, że Janek nie pił całe
+miesiące i&nbsp;tylko gdy gość się zjawił,
+wnet do karczmy pędził i&nbsp;za siwuchę
+chwytał.</p>
+
+<p>A przecież trzydzieści lat już w&nbsp;Horodyszczu
+przetrwał, służąc wiernie,
+nieposzlakowanie uczciwy, pełen arystokratycznych <span class="pagenum"><a name="Strona_304" id="Strona_304">[Str. 304]</a></span>
+przesądów, właściwych
+wołyńskiemu chłopu, cerując dywany
+i szlafroki pana sędziego&nbsp;&mdash;&nbsp;obijając sofy
+w buduarze panny sędzianki&nbsp;&mdash;&nbsp;obszywając
+gościnne kołdry na trawie
+dziedzińca&nbsp;&mdash;&nbsp;kolekcyonując „Tygodnik
+ilustrowany”, bijąc Warkę i&nbsp;najstarszą
+córkę Paraskę, tyranizując chłopaków
+kredensowych i&nbsp;leżąc bez pamięci, od
+czasu do czasu w&nbsp;krzakach berberysu,
+które bukietem blaszanych liści i&nbsp;delikatnych
+jagód wznosiły się na środku
+dziedzińca.</p>
+
+<p>Pani sędzina nazywała go wtedy „bydlę”.
+Była to nazwa mniej wykwintna
+niż dosadna.</p>
+
+<p>Pani sędzina jednak była córką ekonoma.
+Ztąd miała dużo poczuć arystokratycznych
+wrodzonych...</p>
+
+<p>Lokaj&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;zwłaszcza pijany lokaj, był
+dla niej bydlęciem!</p>
+
+<p>Hrabia mówił na swoją służbę: „kanalia”.</p>
+
+<p>Pani sędzina mówiła: „bydlę”.<span class="pagenum"><a name="Strona_305" id="Strona_305">[Str. 305]</a></span></p>
+
+<p>Pani sędzina nie lubiła chłopów i&nbsp;nie
+wdawała się z&nbsp;nimi w&nbsp;bliższe stosunki.
+Tolerowała tylko chłopki, gdy jej
+przynosiły kury, albo jaja, związane
+w szmaty.</p>
+
+<p>Pan sędzia ciągnął namiętnie starkę
+rano i&nbsp;wieczorem a&nbsp;czasem i&nbsp;w nocy.</p>
+
+<p>Pani sędzina znajdowała to naturalnem.</p>
+
+<p>Co innego było z&nbsp;pijaństwem Janka!...</p>
+
+<p>Co wolno panu&nbsp;&mdash;&nbsp;niewolno bydlęciu...</p>
+
+<p>Pani sędzina mówiąc o&nbsp;pijaństwie męża,
+mówiła „słabość mego męża”.</p>
+
+<p>Pijaństwo Janka było zbrodnią, nie
+chorobą.</p>
+
+<p>Lokaj nie mógł być chory!</p>
+
+<p>Organizm jego nie mógł żądać alkoholu.</p>
+
+<p>Janek pijany&nbsp;&mdash;&nbsp;był bydlęciem.</p>
+
+<p>Pan sędzia pijany&nbsp;&mdash;&nbsp;był... słabym!</p>
+
+<p>Przekonanie to wpoiła pani sędzina
+w Warkę.<span class="pagenum"><a name="Strona_306" id="Strona_306">[Str. 306]</a></span></p>
+
+<p>Dlatego teraz Janek miał schowane
+w oczerecie czółno i&nbsp;drąg i&nbsp;po przez staw
+się do karczmy Szmula dobijał.</p>
+
+<p>Kiedy bowiem szedł przez wieś&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+Warka broń Boże „cupała” w&nbsp;ogrodzie,
+za chruściakiem przy burakach, albo
+tytoniu, to porywała się z&nbsp;wrzaskiem aż
+jej medaliki po piersiach dzwoniły.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;A&nbsp;doloć moja, dolo zatracona!...
+Krzyczała przez płot przełażąc, rozdzierając
+spódnicę, zapaskę, z&nbsp;„dolami” najeżonemi
+dokoła twarzy jak faworyty pana
+sędziego.</p>
+
+<p>I był to lament tak wielki, że wszystkie
+baby, jakie były w&nbsp;chacie, wypadały
+na drogę z&nbsp;koszulami zawiniętemi po
+kolana, z&nbsp;zapaskami ubielonemi mąką,
+ta od łatania świty, ta od przewijania
+dziecka. Wszystkie otaczały Janka
+i Warkę&nbsp;&mdash;&nbsp;łamały ręce, kiwały głowami&nbsp;&mdash;&nbsp;a&nbsp;
+dokoła podskakiwały dzieci
+w zgrzebnych koszulach, czasem zupełnie
+nagie z&nbsp;masą jasnych włosów na
+szpiczastych głowach, i&nbsp;kwiczały prosięta <span class="pagenum"><a name="Strona_307" id="Strona_307">[Str. 307]</a></span>
+zbiegłe ze źle domkniętych chlewików...</p>
+
+<p>Teraz&nbsp;&mdash;&nbsp;Janek potrafił już unikać tej
+gorącej łaźni. Wprost do stawu szedł,
+w czółno wskakiwał i&nbsp;wodę pruł aż szumiało.
+Potem do drugiego brzegu, gdy
+się dobił to już do Szmula było tylko kilkadziesiąt
+kroków&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;łatwo było się dobrać.
+Wracał jednak wolniej, nawpół
+przytomny&nbsp;&mdash;&nbsp;potrzebując mało do zupełnego
+upojenia, roztrojony zupełnie nerwowo&nbsp;&mdash;&nbsp;mając
+dziwną naturę wtłoczoną
+w smutne ciało dworskiego służalca, z&nbsp;fantazyą
+przepełnioną wizyami powieści
+i artykułów, których nie rozumiał setnej
+części, z&nbsp;tęsknotą straszną, wrodzoną
+wołyniakom, z&nbsp;tą tęsknotą, co serce
+z piersi wyrywa za czemś, czego określić
+na razie niepodobna, co szum sosen,
+zapach poziomek, krzyk spłoszonej gęsi,
+skrzyp wrót nagle budzi i&nbsp;potem jak
+druga dusza w&nbsp;ciele pokutuje, rwie, szarpie,
+nęka o&nbsp;zachodzie słońca i&nbsp;życia...</p>
+
+<p>Bydlę miało to wszystko w&nbsp;sobie, to
+wycie rozpaczliwe w&nbsp;pustkę, która się<span class="pagenum"><a name="Strona_308" id="Strona_308">[Str. 308]</a></span>
+powiększa z&nbsp;dniem każdym. Jak duch
+pokutujący, jak trup, któremu nie dano
+mogiły i&nbsp;domowinki uskąpiono&nbsp;&mdash;&nbsp;tak błąkał
+się Janek od karczmy do dworu
+z „Tygodnikiem” sterczącym brudną bielą
+druku z&nbsp;obciągniętej kieszeni surduta.
+Włosy mu posiwiały, twarz o&nbsp;delikatnych
+rysach nerwowego blondyna nabrzękła,
+oczy zmalały i&nbsp;z jasno błękitnych zrobiły
+się żółte. Plecy wygięły się w&nbsp;kabłąk,
+ręce jedne pozostały nerwowe, silne,
+suche, jakby cała siła woli lokaja skoncentrowała
+się w&nbsp;tych rękach, w&nbsp;których
+była potęga jego pracy. Gdy
+z krzaków berberysu podnosił się po
+peryodzie pijaństwa&nbsp;&mdash;&nbsp;zaciskał silnie
+pięści, jakby probując, czy cała wola
+pozostała w&nbsp;nim jeszcze, czy nie spływa
+razem z&nbsp;umysłem w&nbsp;ten cień niepochwytny,
+który go otoczył i&nbsp;do karczmy
+iść kazał.</p>
+
+<p>I&nbsp;&mdash;&nbsp;z&nbsp;pięściami jeszcze zaciśniętemi
+szedł prosto do kredensu, do swego tapczana,
+na którym wylegiwał się w&nbsp;czasie
+jego nieobecności Józiek.<span class="pagenum"><a name="Strona_309" id="Strona_309">[Str. 309]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Won bydlę!&nbsp;&mdash;&nbsp;mówił, chwytając
+chłopca za kołnierz,&nbsp;&mdash;&nbsp;„won! pan wrócił!”</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Kucharz nie dawał znaku życia i&nbsp;tylko
+z kuchenki dobywał się wązki pasek
+dymu, który się aż nad drzewa owocowe
+wznosił.</p>
+
+<p>Janek na lipę przed oknami patrzał,
+i przypominał sobie, którego to było roku,
+gdy piorun w&nbsp;nią uderzył.</p>
+
+<p>Pan sędzia wtedy do Żytomierza na
+wybory pojechał.</p>
+
+<p>Ale który to był rok, za nic przypomnieć
+sobie nie może.</p>
+
+<p>Nagle zakołatało na drodze.</p>
+
+<p>Ha! ha! a! a!...</p>
+
+<p>Bydło wraca do obór, pastuchy do
+chat.</p>
+
+<p>Nie widać ich z&nbsp;okna, tylko duża smuga
+po za stawem się ściele, biała, jak
+wielki kłęb nagle powstającej pary.<span class="pagenum"><a name="Strona_310" id="Strona_310">[Str. 310]</a></span></p>
+
+<p>I razem z&nbsp;tym jękiem chłopców goniących
+bydło, jakaś nieokreślona tęsknota
+spada na całą wieś.</p>
+
+<p>Słońce nie świeci jaskrawo.</p>
+
+<p>Żółte i&nbsp;jakby gasnące, zapada coraz
+niżej.</p>
+
+<p>Coś się nad ziemią snuje, coś, jakby
+widma z&nbsp;grobów wstające, szepczące tajemnicę
+mogił, trupich czaszek rozhowory.</p>
+
+<p>Janek określić tego nie umie, rwie się
+w nim tylko coś i&nbsp;w przepaść dąży.</p>
+
+<p>Obejrzał się jeszcze raz ku kuchni.</p>
+
+<p>Niewidzi nikogo.</p>
+
+<p>Zanim kurczęta podadzą, on przez staw
+przepłynie i&nbsp;powróci.</p>
+
+<p>Wypije tylko jeden kieliszek, jeden tylko,
+aby lepiej służyć do stołu...</p>
+
+<p>Czuje bowiem, że jest cały z&nbsp;waty i&nbsp;na
+nogach się nie utrzyma.</p>
+
+<p>Wyskoczył przez okno, wpadł w&nbsp;grządkę
+nasturcyj, zaklął i&nbsp;jak zając po przez
+trawniki pomykać zaczął.<span class="pagenum"><a name="Strona_311" id="Strona_311">[Str. 311]</a></span></p>
+
+<p>Do stawu dopadł, do oczeretu, w&nbsp;którym
+drzemało płaskie, z&nbsp;trochą lśniącej
+wody na dnie&nbsp;&mdash;&nbsp;czółno.</p>
+
+<p>W czółno wskoczył, za drąg porwał,
+splunął w&nbsp;garść i&nbsp;od brzegu się odepchnął.</p>
+
+<p>W tej chwili ciemny pas, jakby od żałobnego
+całunu na wodę padł.</p>
+
+<p>Janek w&nbsp;pas ten wpłynął i&nbsp;nawet białe
+smugi, które zwykle czółno po sobie
+zostawia, krepy tej rozjaśnić nie
+mogły.</p>
+
+<p>Od strony wsi kołatały wciąż drewniane
+dzwonki i&nbsp;wlokło się jękliwe zawodzenie.</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>Janek w&nbsp;głosy te wsłuchiwał się i&nbsp;czuł,
+że pod dworskim surdutem, z&nbsp;którego
+numer „Tygodnika” wystawał, w&nbsp;piersi
+rwały mu się całe przepaście ech na
+dźwięk tych chłopskich nut.</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>W tej samej chwili, z&nbsp;kuchenki Józik
+z półmiskiem kurcząt wypadł i&nbsp;ku dworowi
+dążył.<span class="pagenum"><a name="Strona_312" id="Strona_312">[Str. 312]</a></span></p>
+
+<p>Idąc, mimowoli dziecinnym głosikiem
+powtarzał:</p>
+
+<p>Ha!... a! a!...</p>
+
+<p>Bose zastępy ku sobie się rwały, ręce
+łączyły w&nbsp;tęsknocie nieokreślonej, co ku
+nim z&nbsp;pod ziemi płynęła.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>Gdy Janek wreszcie z&nbsp;krzaków berberysu
+powstał i&nbsp;do kredensu się powlókł,
+zastał tam, oprócz Józika, jakiegoś młokosa
+ubranego w&nbsp;szary surdut, bez wąsów&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;
+z miną wyćwiczonego złodzieja,
+nastawiającego samowar.</p>
+
+<p>Janek do intruza podszedł i&nbsp;ręce wyciągnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Czego to pan się do samowara
+miesza?&nbsp;&mdash;&nbsp;zapytał zaspanym i&nbsp;powolnym
+głosem.</p>
+
+<p>Lecz nowy lokaj zmierzył go od stóp
+do głów.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani kazała nastawić samowar!&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+i znów za stary but
+z cholewą schwyciwszy, koło samowara
+się krzątać zaczął.<span class="pagenum"><a name="Strona_313" id="Strona_313">[Str. 313]</a></span></p>
+
+<p>Janek odsunął się w&nbsp;kąt i&nbsp;na swym
+tapczanie przysiadł. Powoli jednak ręce
+jego namacały inną derkę, nie jego własną.
+Pochylił się i&nbsp;w ukośnym promieniu,
+idącym z&nbsp;okna, które lipy zaciemniały
+zupełnie&nbsp;&mdash;&nbsp;dostrzegł całą obcą pościel
+na swem łóżku. Poduszka była
+z irchy, druga gumowa, wypchana powietrzem,
+widocznie skradziona, lub otrzymana
+w prezencie. Tylko nad tapczanem
+rozkładał się jeszcze szmat gobelinu,
+na którym widać było zczerniałe, jak nogi
+topielca, nogi jakiegoś mitologicznego
+bohatera i&nbsp;plamę kobiecej, purpurowej
+sukni.</p>
+
+<p>Za obrębem gobelinu zatknięty obrazek
+wycięty z&nbsp;„Tygodnika”, kilka palm,
+fotografia pana sędziego, stara strzelba,
+profitka z&nbsp;różowych paciorek, służąca
+za pantofelek do zegarka&nbsp;&mdash;&nbsp;wszystko
+jeszcze było na swojem miejscu, nieruszone
+i jakby uszanowane.</p>
+
+<p>Janek podniósł się i&nbsp;do okna podszedł.<span class="pagenum"><a name="Strona_314" id="Strona_314">[Str. 314]</a></span></p>
+
+<p>Tam był zawsze szuwaks i&nbsp;szczotki
+do butów, ustawione we framudze razem
+z kałamarzem i&nbsp;gęsiemi piórami,
+które Janek dla pana sędziego temperował.</p>
+
+<p>Pióra znikły, kałamarz także, pomimo
+tego, że lat dwadzieścia stały na tem
+miejscu.</p>
+
+<p>Janka ogarnęło złe przeczucie. Powoli
+z podełba spojrzał na młokosa, który
+samowar już z&nbsp;ziemi podniósł i&nbsp;do pokoju
+podać się gotował.</p>
+
+<p>Janek kilka kroków postąpił.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ja zaniosę!</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Nie trza&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł ten drugi, nogą
+drzwi otwierając.</p>
+
+<p>Janek pozostał na środku kredensu,
+w którym zaczynał zapadać powoli zmrok,
+przez abażur lipowych gałęzi koło okien
+rozpostartych.</p>
+
+<p>Nagle, w&nbsp;bocznych drzwiach ukazała
+się pani sędzina.</p>
+
+<p>Miała usta silnie zaciśnięte i&nbsp;oczy
+zmrużone.<span class="pagenum"><a name="Strona_315" id="Strona_315">[Str. 315]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Niech Janek zabiera swoje rzeczy
+i idzie precz, zaraz... od dzisiaj!... Jaśnie
+pan za dwa dni wróci, to się z&nbsp;Jankiem
+obliczy! Trzeba się mi dzisiaj wynosić,
+mam już dosyć pijaków w&nbsp;kredensie!</p>
+
+<p>Ręką tłustą i&nbsp;żółtą drzwi ukazywała.</p>
+
+<p>Ręka ta w&nbsp;ciemności kredensu majaczyła
+przed Jankiem, jak plama jasna,
+obwiedziona dokoła błękitną obwódką.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wybełkotał wreszcie&nbsp;&mdash;&nbsp;ja...
+ostatni raz!...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Ta, ta, ta!... przerwała sędzina&nbsp;&mdash;&nbsp;już
+mam dosyć trzydzieści lat takich
+skandali!... Janek niech się wynosi, bo
+wyrzucić każę!</p>
+
+<p>Janek się wyprostował.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Jaśnie pani wyrzucać niema potrzeby.
+Ja sam pójdę, choć trzydzieści lat
+wierniem przy służbie warował!</p>
+
+<p>Sędzina parsknęła śmiechem.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Bo to psi wasz obowiązek! Za pensyę
+i ordynaryę jeszcze, każdy wierny
+będzie.</p>
+
+<p>Janek drżał cały, włosy mu na czoło
+spadły. Cofnął się w&nbsp;cień kredensu i&nbsp;milczał <span class="pagenum"><a name="Strona_316" id="Strona_316">[Str. 316]</a></span>
+chwilę, wreszcie, jakby chcąc upokorzyć
+sędzinę:</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;W&nbsp;konduktory pójdę!...&nbsp;&mdash;&nbsp;wyrzekł
+zdławionym głosem.</p>
+
+<p>Sędzina ku drzwiom zmierzała.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Z&nbsp;Panem Bogiem! Właśnie tam na
+pijaków czekają! A&nbsp;wynosić mi się dziś
+jeszcze!... won!... won!...</p>
+
+<p>Wyszła.</p>
+
+<p>Janek pozostał sam.</p>
+
+<p>Obejrzał się dokoła i&nbsp;nagle uczuł w&nbsp;sercu
+ból straszny.</p>
+
+<p>Trzydzieści lat przeżył w&nbsp;tych ciemnych
+ścianach kredensu, w&nbsp;którym zapach
+razowego chleba miesza się z&nbsp;wonią
+stygnących na półmiskach tłuszczów.
+W ciemnicy tej przeszedł życie całe,
+waląc się w&nbsp;nocy na tapczan, jak kłoda,
+smutny, wiecznie znękany, zniechęcony
+do życia, a&nbsp;mimo to bałwochwalczo do
+tych miejsc przywiązany.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_37" name="tAnchor_37" title="Chata, w&nbsp;której mieszkał jego żona,">Chata, w&nbsp;której mieszkała jego żona,</a>
+nie była mu domem, chodził tam w&nbsp;gościnę,
+w chwilach wolnych, nie pamiętając<span class="pagenum"><a name="Strona_317" id="Strona_317">[Str. 317]</a></span>
+i nie wiedząc nawet, jakie imiona miały
+jego dzieci.</p>
+
+<p>Od grzebania się w&nbsp;ziemi i&nbsp;mieszkania
+w izbie z&nbsp;uklepaną z&nbsp;gliny podłogą odwykł
+i tylko w&nbsp;kredensie żyć już mógł,
+w <i>tym</i> kredensie, pomiędzy szafą z&nbsp;ubraniami
+pana sędziego i&nbsp;kantorkiem, w&nbsp;którym
+chował roczniki „Tygodnika ilustrowanego”.
+Dziś mu każą iść precz, nie
+pamiętając, że on, Janek, ma religię
+ścian, wspomnień i&nbsp;sprzętów, że on się tu
+przekołatał całe lata, całe noce, całe jesienne
+wieczory obrębiając ścierki, wsłuchany
+w tony fortepianu, na którym
+uczyła się panna sędzianka i&nbsp;który dzwonił
+jak szklanna kołatka z&nbsp;po za stawu
+w smudze białej płynąca...</p>
+
+<p>Kazano mu iść „won” a&nbsp;przecież tam,
+przez ścianę, jest szafa, w&nbsp;której jest <i>jego</i>
+porcelana, <i>jego</i> srebro, <i>jego</i> szkło.</p>
+
+<p>Trzydzieści lat myje, ociera, czyści tę
+całą zastawę... to więc wszystko mu poprostu
+w duszę wrosło i&nbsp;on tego z&nbsp;siebie
+wyrwać nie może! nie może!...<span class="pagenum"><a name="Strona_318" id="Strona_318">[Str. 318]</a></span></p>
+
+<p>A piece? Te wielkie piece wszystkie
+schodzące się w&nbsp;jednej wielkiej izbie,
+w którą szedł wczesnym zimowym rankiem,
+za Józikiem, niosącym całe naręcze
+polan grubych, jak ludzkie nogi. On,
+Janek, niósł świecę. Stearyna kapała mu
+po rękach, a&nbsp;on przez trzydzieści lat nie
+oprawił nigdy świecy w&nbsp;lichtarz. Miał
+takich przyzwyczajeń mnóstwo, teraz
+wszystkie jak mary otoczyły go i&nbsp;za gardło
+chwytały.</p>
+
+<p>Nawet ta pani sędzina, która wygnała
+go tak bezlitośnie, nawet ten pan sędzia,
+który nieraz uderzył go w&nbsp;kark i&nbsp;„wysobaczył”
+po swojemu, nawet ta panna sędzianka,
+zatykająca nos, gdy przechodziła
+przez kredens, wszyscy oni byli mu
+teraz drodzy w&nbsp;chwili utraty.</p>
+
+<p>Kochał ich przywiązaniem psa, który
+niedość, że dobytku pana strzeże, jeszcze
+pana tego kocha i&nbsp;po rękach liże.</p>
+
+<p>Powiedział pani&nbsp;&mdash;&nbsp;„pójdę w&nbsp;konduktory”,
+ale teraz, w&nbsp;tej chwili, myśleć
+o tem nie mógł. Dławił się własną żałością.<span class="pagenum"><a name="Strona_319" id="Strona_319">[Str. 319]</a></span></p>
+
+<p>Nerwy tego chłopa zalkoholizowanego
+tańczyły piekielną sarabandę bezsilnej
+rozpaczy.</p>
+
+<p>Gdyby mógł się rozpłakać, byłoby ma
+lżej. Lecz nie, łzy go piekły, były w&nbsp;nim
+całym, rwały ma serce, paliły powieki,
+płynąć jednak nie chciały.</p>
+
+<p>Bydlę... cierpiało.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Po chwili przecież Janek ocknął się,
+zbliżył się do tapczanu i&nbsp;szalonym ruchem
+zdarł ze ściany gobelin. Profitka,
+fotografie upadły na ziemię. On schylił
+się, podniósł je, wetknął za pazuchę,
+potem&nbsp;&mdash;&nbsp;podszedł do kantorka, wyjął
+całą masę gazet i&nbsp;w gobelin zawinął.
+Czynił to machinalnie, gryząc wargi.
+Zwrócił się po ubranie, które wisiało
+na gwoździach wbitych w&nbsp;ścianę, lecz
+machnął ręką i&nbsp;tylko tłomok z&nbsp;gazetami
+pod pachę wziął, czapkę na głowę nasadził.</p>
+
+<p>Wreszcie z&nbsp;kredensu wyszedł.<span class="pagenum"><a name="Strona_320" id="Strona_320">[Str. 320]</a></span></p>
+
+<p>Przeszedł pod lipami i&nbsp;wydostał się na
+trawniki. Słońce znów zachodziło całe
+krwawe, na wiatr się znacząc. Staw
+w ciszy i&nbsp;obramowaniu oczeretu drzemał
+a nad jego brzegiem, na pagórku, brzoza,
+dziwaczna i&nbsp;pokręcona, długie gałęzie
+w wodzie rozpaczliwie moczyła.</p>
+
+<p>Janek machinalnie do stawu się skierował
+i, czółno odszukawszy, gobelin
+z książkami na dno czółna cisnął. Poczem
+sam w&nbsp;łódź wlazł i&nbsp;drąg schwycił. Zdawało
+mu się, że idzie gdzieś w&nbsp;daleką
+drogę a&nbsp;ten drugi brzeg nigdy nie trąci
+o drzewo czółna. Drżącemi rękami drąg
+pchnął i&nbsp;na staw wypłynął...</p>
+
+<p>Cisza była dokoła prawie kościelna.</p>
+
+<p>Janek szmer wody tylko słyszał, która
+się skarżyła cicho na ciężar, jaki jej nieść
+kazano.</p>
+
+<p>I nagle, z&nbsp;daleka, delikatny, jakby krepą
+przysłonięty, dał się słyszeć głos kołatek
+i przeciągły jęk pastuchów.</p>
+
+<p>Serce Janka, które było w&nbsp;tej chwili
+jedną raną, targnęło się jeszcze silniej
+i codzienna melancholia, tłocząca go<span class="pagenum"><a name="Strona_321" id="Strona_321">[Str. 321]</a></span>
+ku ziemi, wżarła się w&nbsp;boleść rozstania
+z tem, co już za swoje przywykł uważać,
+co się z&nbsp;nim zrosło, z&nbsp;czem umrzeć
+miał...</p>
+
+<p>Przed nim bielił się dwór, nieduży, silny,
+dobrze rozłożony na tle masy drzew.
+Z boku widać było ganeczek i&nbsp;wejście do
+kredensu. Do kredensu!...</p>
+
+<p>I nagle porwał Janka szał.</p>
+
+<p>Schwycił gobelin i&nbsp;cisnął go w&nbsp;wodę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szczeźnij!&nbsp;&mdash;&nbsp;zasyczał przez zęby.</p>
+
+<p>Gobelin zakołysał się na wodzie i&nbsp;pozostał
+tak rozciągnięty, prezentując
+w świetle krwawego słońca wypłowiałą
+barwę delikatnych linij.</p>
+
+<p>Janek drągiem gobelin w&nbsp;wodę zanurzać
+zaczął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Szczeźnij!...&nbsp;&mdash;&nbsp;syczał.</p>
+
+<p>Był cały teraz czerwony, z&nbsp;sinemi pręgami
+żył po obu stronach skroni. Z&nbsp;serca
+krew mu płynęła na mózg zatruty siwachą.
+Pijany był w&nbsp;tej chwili, pijany rozpaczą.</p>
+
+<p>Za nim wciąż kołatki grały.<span class="pagenum"><a name="Strona_322" id="Strona_322">[Str. 322]</a></span></p>
+
+<p>Teraz, pochylił się, porwał cały stos
+„Tygodnika” i&nbsp;w wodę wrzucił. Woda
+prysnęła białą masą, łódka zachybotała,
+Janek nogą w&nbsp;ścianę czółna kopnął.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Na pohybel ci!&nbsp;&mdash;&nbsp;zaklął.</p>
+
+<p>Nie dokończył, bo czółno się gwałtownie
+przechyliło a&nbsp;on z&nbsp;dziką radością,
+po raz pierwszy w&nbsp;życiu roześmiany serdecznym,
+gorącym śmiechem, w&nbsp;wodę
+skoczył, waląc się głową naprzód, tak jak
+zwyczajnie na swój tapczan w&nbsp;kredensie
+się walił.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Teraz kołatki tryumfalnie wypłynęły
+nad brzeg stawu i&nbsp;dzwoniły ciągle mistyczną
+litanię w&nbsp;obłoku białym, z&nbsp;ziemi
+się wznoszącym.</p>
+
+<p>Na stawie była cisza zupełna i&nbsp;kołysało
+się tylko próżne czółno, które powoli wróciło
+do swej równowagi...</p>
+
+
+
+<hr class="chapter" />
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_323" id="Strona_323">[Str. 323]</a></span></p>
+<h2><a name="XII" id="XII"></a>XII.</h2>
+
+<h2>Gołąbki.</h2>
+
+
+<p>Gwarno było w&nbsp;„gołębniku” podczas
+tego <i>fixu</i>.</p>
+
+<p>Rozgruchotały się „gołąbki”, rozchichotały,
+aż wstążki fruwały naokoło ramion
+i szyi, jak prawdziwe skrzydła gołębie.</p>
+
+<p>I wszystkie, jakby się umówiły&nbsp;&mdash;&nbsp;ubrały
+się biało, popielato, perłowo lub blado
+lila...</p>
+
+<p>Cała gama niepewnych barw, jak plama
+jasna lekko pocieniowana, rozkładała się
+tryumfalnie pod zielonemi liśćmi w&nbsp;kąt
+zbitych oleandrów.</p>
+
+<p>Pani domu, księżna... ukraińska&nbsp;&mdash;&nbsp;cztery
+kąty swego salonu ozdobiła oleandrami.<span class="pagenum"><a name="Strona_324" id="Strona_324">[Str. 324]</a></span></p>
+
+<p>Było to niekosztowne i&nbsp;dawało złudzenie
+szyku.</p>
+
+<p>Książę wzruszył ramionami, pociągnął
+zakrótką kamizelkę i&nbsp;poszedł do drzwi
+„robić honory”, chórem wchodzącym konceps-praktykantom
+z Namiestnictwa.</p>
+
+<p>„Księztwo” przybyli niedawno z&nbsp;dalekiej
+podróży i&nbsp;przywieźli z&nbsp;sobą spory zapas
+konfitur i&nbsp;czternaścioro dzieci, z&nbsp;których
+dwie dorosłe panny miały zamiar
+wydać się zamąż.</p>
+
+<p>Arystokracya lwowska, złożona z&nbsp;galicyjskich
+hrabiów i&nbsp;baronów, podejrzliwie
+patrzyła na ten tabor książęcy, rozbijający
+swe namioty w&nbsp;szerokich salonach żydowskiej
+kamienicy; powoli wszakże przekonano
+się do sumiastych wąsów księcia,
+nadzwyczajnych mantyl księżnej, długich
+warkoczy księżniczek i&nbsp;ich kurhanowego
+tytułu.</p>
+
+<p><i>Fixy</i> bywały liczne, księżna promieniała,
+księżniczki zdążyły zakochać się
+w dwóch „golcach”, o&nbsp;szerokich barach
+i wspaniałych frakach. Książę umierał
+z nudów, stojąc pod żyrandolem, z&nbsp;którego <span class="pagenum"><a name="Strona_325" id="Strona_325">[Str. 325]</a></span>
+kapała stearyna. Ciągnął kamizelkę
+i wzdychał do śniegu, który się białemi
+błamami, jak królewska szata wlókł daleko
+po wiejskich rozłogach.</p>
+
+<p>Dnia tego, <i>fix</i> miał niezwykłe ożywienie.</p>
+
+<p>Gołębnik aż dygotał od panieńskiego
+chichotu.</p>
+
+<p>Gołębnikiem nazywał się kąt pod piecem,
+pomiędzy pianinem, a&nbsp;czwartem
+oknem okrytem czerwonemi jak krew adamaszkowemu
+firankami.</p>
+
+<p>W kącie tym gromadziły się zwykle
+panienki i&nbsp;panny.</p>
+
+<p>W żółto-białem blasku lamp i&nbsp;świec, ta
+powódź jasnych sukien i&nbsp;biało-różowych
+plastrów twarzy, znaczyła się z&nbsp;jakąś impertynecką
+chęcią rzucania się w&nbsp;oczy
+każdemu, wchodzącemu do salonu.</p>
+
+<p>Były to trzy Minuśki, pięć Muszek,
+dwie Lole, jedna Gilda, jedna Lili, jedna
+Nini, dwie czy trzy Niusie.</p>
+
+<p>Całe Sacr&eacute; Coeur lwowskie nagle wypuszczone
+z po za krat klasztoru i&nbsp;wrzucone <span class="pagenum"><a name="Strona_326" id="Strona_326">[Str. 326]</a></span>
+w gorącą atmosferę niewyraźnego
+salonu książęcego.</p>
+
+<p>„Gołąbki”, tak słusznie nazwane od
+gołębiej niewinności okrągłych twarzyczek
+i białych fałd sukien, zdawały się być
+wykute z&nbsp;jednej sztuki marmuru, dłutem
+jednego rzeźbiarza.</p>
+
+<p>Wszystkie miały jedne i&nbsp;te same długie,
+płaskie z&nbsp;przodu i&nbsp;silnie w&nbsp;pasie ściśnięte
+figury.</p>
+
+<p>Wszystkie miały zanik bioder i&nbsp;piersi.</p>
+
+<p>Ręce obciśnięte w&nbsp;długie duńskie rękawiczki,
+przytrzymane po za łokciami podwiązkami
+z wstążek, podnosiły automatycznie
+do czoła, nagarniając grzywkę,
+pociągając rzęsy, aż do brwi uparcie sięgające.</p>
+
+<p>Każda z&nbsp;nich miała na wpół wycięty
+stanik i&nbsp;tuż pod szyją dwie głębokie „<i>solniczki</i>”,
+znaczące się ciemnawemi plamami,
+na żółtem tle skóry.</p>
+
+<p>Jedna Nini, córka wdowy po generale,
+panna bez posagu, ale za to zuchwale
+piękna i&nbsp;wspaniale zbudowana, prezentowała
+ze spokojem niezmąconym, przepyszny <span class="pagenum"><a name="Strona_327" id="Strona_327">[Str. 327]</a></span>
+biust pełny, okrągły, z&nbsp;niewielką fałdą
+tuż <a class="ins" href="#tnote_38" name="tAnchor_38" title="po pachami">pod pachami</a>, dyskretnie wysuwającą
+się z&nbsp;obramowania blado-liliowego
+tiulu.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est convenu! n'est ce pas?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytały
+„gołąbki”, jedna drugą.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;C'est convenu!&nbsp;&mdash;&nbsp;odpowiadała zapytana.</p>
+
+<p>Panienki te mówiły przeważnie po francuzku
+akcentem przerażającym, niemniej
+przeto dziwnie aroganckim. Gdy się rozszczebiotały,
+tworzyła się silna wrzawa,
+a chichot ich miał wszystko, oprócz inteligencyi.
+Każda z&nbsp;nich jednak była tr&egrave;s
+bien, i&nbsp;miała się za partyę. Każda wyobrażała
+sobie, że czyni <i>raważe</i> pomiędzy
+czarną kohortą mężczyzn, którzy w&nbsp;swych
+frakach, jak stado nagle spłodzonych karawaniarzy,
+stali w&nbsp;przeciwnym kącie salonu,
+lub włóczyli się po przyległych pokojach,
+obmawiając panny lub stambułki
+księcia pana, za olbrzymie podkowy drewniane,
+zamiast szpicrut i&nbsp;rajtpejczów zatknięte.<span class="pagenum"><a name="Strona_328" id="Strona_328">[Str. 328]</a></span></p>
+
+<p>„Gołąbki” jednak były niespokojne.
+Spoglądały ciągle ku drzwiom wchodowym,
+jakby oczekując na wejście.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Może nieprzyjdą?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przyjdą, przyjdą&nbsp;&mdash;&nbsp;uspokajały księżniczki.</p>
+
+<p><a class="ins" href="#tnote_39" name="tAnchor_39" title="&mdash;&nbsp;Powoli, salon napełniał się">Powoli, salon napełniał się</a> i&nbsp;już
+wysuwały się niewielkie grupy do przyległego
+małego pokoju, nazwanego salonikiem
+<a class="ins" href="#tnote_40" name="tAnchor_40" title="księżnej:&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się">księżnej.&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</a>
+ciężką i&nbsp;przesyconą całą masą różnorodnych
+perfum. Był to jakby bukiet najwonniejszych
+kwiatów, nagle rozdeptany
+i rozgnieciony w&nbsp;gorącej masie powietrza,
+leniwie ciążącego ku ziemi. Szczególniej
+z sukien starych kobiet płynęły całe smugi
+delikatnych zapachów, upartych jak
+wspomnienie, które zdawały się być wplątane
+pomiędzy oczka sinawych koronek.&nbsp;&mdash;&nbsp;Z&nbsp;
+gołębnika biła delikatna woń muguet'u
+i świeżego, dziewczęcego ciała. Była to
+jeszcze niezdecydowana nuta, coś błądzącego
+w przestrzeni nakształt płatków lipowego
+kwiatu. Płatek lipy na żelazo pada<span class="pagenum"><a name="Strona_329" id="Strona_329">[Str. 329]</a></span>
+i powiewny a&nbsp;biały&nbsp;&mdash;&nbsp;rdzy plamę na sztabie
+wygryza...</p>
+
+<p>Nagle u&nbsp;drzwi wchodowych zrobił się
+szmerek leciuchny i&nbsp;gospodyni domu, porwawszy
+się z&nbsp;fotela, posunęła naprzód.
+Książę podciągnął znów kamizelkę i&nbsp;przekręcił
+na bakier siwe, długie wąsy.</p>
+
+<p>Gołąbki zatrzepotały, zaszczebiotały radośnie:
+Les voila!... les voila!...</p>
+
+<p>Odedrzwi bramowanych czerwienią portyer,
+ku środkowi salonu w&nbsp;jasność płonącego
+żyrandola, szła grupa ludzi z&nbsp;trzech
+istot złożona.</p>
+
+<p>Przodem sunęła kobieta lat średnich,
+sur le retour, drobna, chuda, nadwiędnięta,
+trzymała się pochyło i&nbsp;ręce miała jakby
+wsparte na brykli silnie ściśniętego
+gorsetu. Za nią wlókł się tren jasno zielonej
+sukni, obrysowanej na dole wałkiem
+ciemno-miedzianego aksamitu. Olbrzymie
+stylowe rękawy, bufiaste, aksamitne wznosiły
+się po obu stronach głowy, małej,
+brzydkiej, nieforemnej, nastroszonej rzadką
+kępą, silnie przyczernionych włosów.
+Włosy te ściągnięte mocno na skroniach,<span class="pagenum"><a name="Strona_330" id="Strona_330">[Str. 330]</a></span>
+rwały ku tyłowi głowy skórę skroni i&nbsp;podnosiły
+w ten sposób łuk brwi i&nbsp;wykrój dołów
+ocznych na wzór japońskiej czaszki.
+Suknia głęboko wycięta, zapadała na piersiach
+smutnym całunem nicości. Szyję pokrywała
+szeroka aksamitka miedzianego
+koloru, na której rozkładały się cztery
+rzędy cudnych pereł, prawie różowawych
+w kontraście skóry żółtej, siatką drobnych
+zmarszczek pokrytej.</p>
+
+<p>Kobieta szła wolno, jak istota anemiczna,
+z pochyloną głową skończonej neurasteniczki.
+Oczy ciemno-szafirowe, spłowiałe,
+dobrze podkreślone tuszem, utkwiła
+w idącą ku niej księżnę i&nbsp;wyciągnęła rękę
+chudą, drewnianą, obciągniętą lapisową
+rękawiczką.</p>
+
+<p>Po za nią i&nbsp;za obramowaniem trenu,
+szło dwóch mężczyzn, niemal równym,
+sztywnym krokiem, jak dwóch na sznureczkach
+prowadzonych automatów. Jeden
+z nich&nbsp;&mdash;&nbsp;mąż, wysoki, prawie olbrzym,
+o szerokich barach i&nbsp;olbrzymich stopach,
+baron Mak von Maken, dźwigał na sobie
+mundur, cały błękitny, sznurami opleciony.<span class="pagenum"><a name="Strona_331" id="Strona_331">[Str. 331]</a></span></p>
+
+<p>Siwy, hałaśliwy z&nbsp;twarzą purpurową
+wiecznie grożącą kongestyą, z&nbsp;szyją wysuwającą
+się różowym wałkiem dokoła kołnierza
+munduru, szedł po za pochyloną
+i jakby przełamaną postacią żony, chrząkając
+i hałasując, jak w&nbsp;koszarach. Książę
+z uwielbieniem patrzył na tę postać c. k.
+Zagłoby, i&nbsp;z wytężeniem ścieżki sznurów
+na plecach Mak von Makena śledził. Lecz
+już druga postać, mężczyzna obok generała
+idący, rzucał długi jezuicki cień czarnego
+fraka, na jasną plamę mundura. Ten
+drugi szedł cicho, choć kroki jego stosowały
+się do szerokości kroków Mak von
+Makena. Był to wysoki, bardzo chudy
+mężczyzna, na którym frak wisiał jak na
+wieszadle a&nbsp;kamizelka, jakkolwiek starannie
+ściągnięta, ukazywała jeszcze pustkę
+pod klatką piersiową. Trzymał się pochyło,
+jak idąca przed nim kobieta, wyciągał
+spiczastą brodę silnie ogoloną i&nbsp;wytartą
+pudrem. Włosy siwe, przyklepane,
+otulały długą głowę angielskiego wyścigowca,
+oczy blado-błękitne, zmrużone, tonęły
+w setkach zmarszczek, któremi twarz<span class="pagenum"><a name="Strona_332" id="Strona_332">[Str. 332]</a></span>
+była pokrajana. Małe ciemnawe faworyty
+tworzyły ramę, z&nbsp;której wystawał nos
+silnie garbaty, duży, opuszczony na opadłe
+w podkowę wargi.</p>
+
+<p>Towarzystwo zebrane w&nbsp;salonie powitało
+„tych troje”, wesołym uśmiechem.
+Od lat piętnastu zaadoptowano milczącą
+ugodą ten m&eacute;nage Maken-Helding. Z&nbsp;początku,
+trochę szeptano po kątach, powoli,
+utarło się przecież; Makenowa z&nbsp;taką
+pokorną nieśmiałością zdawała się
+prosić o&nbsp;przebaczenie, Helding był tak
+nieznaczącym i&nbsp;już wysortowanym z&nbsp;liczby
+epuzerów, Mac von Maken tak wspaniały
+w swej bucie i&nbsp;dobrym humorze dobrze
+odżywianego generała, że szepty powoli
+ustały i&nbsp;z pewnem rozrzewnieniem
+zaczęto śledzić przebieg tego romansu.
+<i>Cette pauvre barronne</i> mogła rzeczywiście
+pragnąć więcej subtelności i&nbsp;delikatności
+w pożyciu, Mak von Maken, był
+<i>un homme charmant</i>, ale chwilami trywialność
+jego miała skrzyp drzwi stajennych
+a dowcipy&nbsp;&mdash;&nbsp;zapach koszarowej zupy.
+Makenowa, była <i>une mignonne</i>, delikatna, <span class="pagenum"><a name="Strona_333" id="Strona_333">[Str. 333]</a></span>
+chuda i&nbsp;pełna niezwykłych aspiracyj,
+było to małe bóstwo, które potrzebowało
+być adorowane cicho i&nbsp;dyskretnie.
+Helding z&nbsp;delikatnością starego kawalera,
+celibatora jadającego w&nbsp;domu i&nbsp;mającego
+pokój sypialny blado-błękitny, w&nbsp;którym
+niebyło ani jednego rejtpejcza, nadawał
+się szczególniej do roli takiego „uwielbiacza”.
+Że się później podobno z&nbsp;platonizmu
+wyrodził inny, mniej platoniczny stosunek,
+ha! to już rzecz Makenowej i&nbsp;Heldinga.
+Enfin, apr&egrave;s tout, nie można żądać
+od ludzi nadzwyczajności i&nbsp;wymagać, aby
+byli aniołami. Mak Maken zdawał się niedostrzegać
+nic i&nbsp;akceptował Heldinga jako
+przyjaciela domu. Skoro sam mąż przyjmował
+„uwielbiacza”&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;niejako sankcyonował
+go przed światem, mówiąc mu
+„mon ami”, to nie było rolą „towarzystwa”
+mieszać się w&nbsp;podobne rzeczy i&nbsp;czynić
+tej biednej Makenowej jakąkolwiek
+przykrość. I&nbsp;powoli ta trójka wsuwała się
+wszędzie, z&nbsp;początku nieśmiało, jakby
+macając grunt, śledząc wrażenie na twarzach,
+słuchając dźwięku głosów, witających <span class="pagenum"><a name="Strona_334" id="Strona_334">[Str. 334]</a></span>
+ją na progu salonów. Lecz wkrótce,
+uprzejmością ośmielone, m&eacute;nage Maken-Helding
+nabrało pewności siebie i&nbsp;wchodziło
+spokojnie, coraz więcej zabierając
+miejsca, rozdając uśmiechy, w&nbsp;których
+znajdowano nawet quelque chose de piquant.
+Deprawacya ta jawna, cudzołóztwo
+to wleczone w&nbsp;trenie jedwabnej sukni,
+w listkach gardenij Heldinga, w&nbsp;lazurowych
+barwach munduru Mak-Makena,
+drażniła nerwy i&nbsp;zmysły otaczających.
+W jasności świec kandelabrowych, posyłano
+sobie wzajemne uśmiechy i&nbsp;spostrzeżenia.
+Makenowa miała chwilami rumieńce
+nowozaślubionej, pod deszczem niedyskretnych
+spojrzeń, Helding lekkie uśmiechy
+zwycięzcy, Mak-Maken&nbsp;&mdash;&nbsp;dobroduszną
+pobłażliwość siwowłosego ojca oprowadzającego
+zięcia i&nbsp;córkę, pełnych zbyt
+jawnej miłości. I&nbsp;powoli, trójka Maken-Helding
+stała się ogniskiem, do którego
+zwracano się coraz chętniej po miłosne
+wrażenia, śledząc każde bardziej burzliwe
+widzenie się baronowej i&nbsp;Heldinga, każdą
+„scenę”, każde przeproszenie się w&nbsp;cieniu
+dyskretnej alkowy.<span class="pagenum"><a name="Strona_335" id="Strona_335">[Str. 335]</a></span></p>
+
+<p>I z&nbsp;latami razem, weszło zupełne zuchwalstwo
+w ujawnianiu tej miłości baronowej
+i Heldinga. Teraz, Makenowa wchodziła
+pewna siebie, tryumfalna&nbsp;&mdash;&nbsp;czując,
+że potęgą swej wielkiej miłości zwalczyła
+tę hydrę, pełną jadu, którą „światem” zowią.
+Czuła się w&nbsp;pełni urody i&nbsp;miłość dodawała
+jej blasku. Miała w&nbsp;gruncie serca
+wiele szlachetności i&nbsp;nie kłamała teraz,
+zwracając się otwarcie i&nbsp;śmiało do
+Heldinga. Nie przyznawała się jednak głośno,
+bo to było niepodobnem, ale w&nbsp;każdem
+jej spojrzeniu, ruchu, słowie&nbsp;&mdash;&nbsp;przebijała
+się bezgraniczna miłość i&nbsp;przywiązanie.
+Helding mimowoli zajął stanowisko męża
+kochanego i&nbsp;czuł się dobrze w&nbsp;tej roli.
+Nie zrozumiał jednak, jak w&nbsp;straszną grę
+grała Makenowa, narzucając tak światu
+swego kochanka. Nie czuł, ile istotnej potęgi
+miłości musiała mieć w&nbsp;sobie, aby
+tak dać „przełknąć” światu ten stosunek,
+kazać mu go przyjąć i&nbsp;niejako usankcyonować.</p>
+
+<p>Nie zastanawiał się nad tem, szedł zadowolony
+z tej roli jaką grał, podbudzony<span class="pagenum"><a name="Strona_336" id="Strona_336">[Str. 336]</a></span>
+w swej próżności, człowiek któremu
+żona generała, kobieta stanowiąca ozdobę
+salonów lwowskich, na szyję się rzuca.
+W kasynie mówił o&nbsp;Makenowej z&nbsp;rozrzewnieniem
+dobrego męża, jakkolwiek nigdy
+po za kadry gentelmańskiej przyzwoitości
+nie wyszedł. Inni „koniarze” nie blagowali
+nawet, poważni i&nbsp;pełni szacunku dla
+tej cudzołożnej żony.</p>
+
+<p>Powoli wszakże ta faza tryumfu zmieniła
+się w&nbsp;cichy i&nbsp;spokojny stan zaadoptowanego
+przez świat związku. Makenowa?
+Helding?&nbsp;&mdash;&nbsp;ależ to stare małżeństwo! Nie
+pojmowano jednego bez drugiego i&nbsp;tylko
+przy wejściu jeszcze witano ich uprzejmym
+uśmiechem. Później ginęli w&nbsp;tłumie.
+Inne pary potworzyły się, połączyły i&nbsp;promieniowały
+miłością i&nbsp;szczęściem wśród
+pragnących wrażeń tłumów.</p>
+
+<p>Makenowa starzała się i&nbsp;brzydła powoli.
+Jej maska japońskiej laleczki z&nbsp;latami
+ciemniała i&nbsp;osuwała się w&nbsp;głębokie
+bruzdy. Helding chylił się ku ziemi, oczy
+mu gasły powoli, tracąc barwę i&nbsp;płowiejąc
+w gorącu miłosnej ekstazy. Czuli, że byli<span class="pagenum"><a name="Strona_337" id="Strona_337">[Str. 337]</a></span>
+złączeni na zawsze, do śmierci i&nbsp;mieli
+w sobie spokój dobrze zawarowanego kontraktem
+małżeństwa. Skoro znaleźli się
+w salonie, pod rzęsistem światłem kandelabrów,
+szukali wygodnego miejsca, gdzie
+siadali we dwoje, zamieniając od czasu
+do czasu jakąś uwagę półgłosem. On trzymał
+jej wachlarz spokojnie, rozsuwając
+sennym ruchem koronki, lub gładząc delikatnie
+marabuty. Nikt już nie zwracał
+na nich uwagi, chyba ktoś świeżo przybyły
+i nieobznajmiony z&nbsp;istotnym stanem
+rzeczy. Często brano ich za małżeństwo
+wzorowe, przywiązane do siebie równem,
+nienerwowem uczuciem. Maken hałasował
+w fumoirach, nie psując jasnym swym
+mundurem i&nbsp;swą siwizną ciemnych i&nbsp;mistycznych
+sylwetek tych dwojga, którzy
+siedzieli prawie nieruchomo obok siebie
+z oczami wlepionemi w&nbsp;przestrzeń, jak
+widzowie na przedstawieniu znanej już
+dobrze sztuki. Oboje oni stanowili jedną
+całość. Jakiś krąg niewidzialny, a&nbsp;mimo
+to istniejący, otaczał ich i&nbsp;bramował, odsuwając
+od reszty towarzystwa. Było to<span class="pagenum"><a name="Strona_338" id="Strona_338">[Str. 338]</a></span>
+zapewne ich kilkunastoletnie uczucie, które
+z burzy miłosnej przeszło w&nbsp;mocne
+i zda się nierozerwalne przywiązanie.</p>
+
+<p>Kobieta szczególniej miała w&nbsp;swej zestarzałej
+postaci upór miłosny kobiety
+tryumfującej nad zmiennością męzką.</p>
+
+<p>Mężczyzna był już obojętny, trochę
+zawsze zalękniony i&nbsp;jakby uśpiony w&nbsp;tej
+stałości, w&nbsp;którą się sam spowinął przed
+tyloma laty!</p>
+
+<p>Ale „gołąbki” były innego zdania:
+Odebrać Makenowej Heldinga?</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Co?... jak myślicie!</p>
+
+<p>Projekt ten powstał w&nbsp;głowie jasno
+włosej Lili. Minuśki, Nuśki i&nbsp;Muszki
+zaadoptowały go w&nbsp;jednej chwili.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Tak! tak!... trzeba to zrobić. To
+ożywi <i>fix</i> i&nbsp;zabawi wszystkich dokoła.
+Trzeba Heldinga <i>zaakaparować</i> i&nbsp;patrzeć,
+jaką Makenowa będzie miała minę.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Przecież go reklamować nie będzie
+przez konwenanse.</p>
+
+<p>Rauty bywały nudne. Mężczyźni młodzi
+nie umieli poprowadzić porządnie rozmowy.
+Panienki nudziły się w&nbsp;swym gołębniku.
+Oglądały się za rozrywką.<span class="pagenum"><a name="Strona_339" id="Strona_339">[Str. 339]</a></span></p>
+
+<p>Błękitne oczy Lili padły nagle na dwie
+mistyczne sylwetki, siedzące nieruchomo
+obok siebie. Panienka skrzywiła się nagle.
+Stanowczo ta para działa jej na nerwy.
+Już trzeci karnawał przyjeżdża ze
+wsi do Lwowa i&nbsp;trzeci karnawał widzi
+tych dwoje „starych”, siedzących jedno
+obok drugiego w&nbsp;wierności chińskich bałwanów.
+I pochyliwszy się ku swym towarzyszkom,
+podsuwa im projekt flirtu
+z Heldingiem, tym samym tonem, jakim
+w Sacr&eacute;-Coeur podsuwała myśl przeciągania
+palcem po wywoskowanych brzegach
+pulpitu.</p>
+
+<p>Znudzone jednostajnością rautów, panienki
+przyjmują projekt z&nbsp;entuzyazmem,
+obierają dzień i&nbsp;miejsce i&nbsp;dziś zeszły się
+wszystkie u&nbsp;księżnej, z&nbsp;zamiarem wprowadzenia
+swych zamysłów w&nbsp;czyn,
+z okrutną energią istot, które nie wiedzą
+nawet, czy serce boleć może naprawdę
+i czy są łzy, które palą.</p>
+
+<p>Kampanię rozpoczyna księżniczka,
+młodsza, szatynka, o&nbsp;twarzy schorowanego
+anioła i&nbsp;długich warkoczach ukraińskiej <span class="pagenum"><a name="Strona_340" id="Strona_340">[Str. 340]</a></span>
+dziewki. Siada do fortepianu i&nbsp;rozkłada
+zeszyt nocturnów Chopina z&nbsp;najniewinniejszą
+pod słońcem minką.</p>
+
+<p>Chwilę ogląda się po salonie, jakby
+szukając kogoś.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Panie Helding!... proszę mi kartki
+przewracać!...&nbsp;&mdash;&nbsp;prosi wreszcie z&nbsp;czarownym
+uśmiechem.</p>
+
+<p>Helding otwiera szeroko spłowiałe źrenice.</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Pan taki muzykalny...&nbsp;&mdash;&nbsp;dodaje panienka.</p>
+
+<p>Stary kawaler wstaje z&nbsp;pośpiechem,
+pełen kurtuazyi i&nbsp;śpieszy do fortepianu.</p>
+
+<p>„Gołąbki”, śledzące tę scenę z&nbsp;niepokojem,
+oddychają swobodniej. Helding
+jest tuż, obok nich, na progu „gołębnika”.
+Wciągnąć go łatwo potrafią.</p>
+
+<p>Wciągną... i&nbsp;nie puszczą...</p>
+
+<p>Cicho i&nbsp;spokojnie płynie jeden z&nbsp;nocturnów
+Chopina.</p>
+
+<p>Helding przewraca kartki trochę zaniepokojony,
+zdenerwowany tą „rolą”,
+jaką odegrywa obok siedzącej przy fortepianie
+dziewczyny. Zeszedł już do<span class="pagenum"><a name="Strona_341" id="Strona_341">[Str. 341]</a></span>
+rzędu „widzów”, przyzwyczajony, że to
+inni defilowali przed nim, podczas gdy on
+spokojnie siedział obok Makenowej, bawiąc
+się jej wachlarzem. Długie, suche
+palce mężczyzny z&nbsp;pośpiechem przewracają
+kartki, klekocząc jak kastaniety.</p>
+
+<p>Księżniczka za każdą przegraną stronnicą
+spogląda na Heldinga i&nbsp;uśmiecha się
+łagodnie, Helding mimowoli dostrzega
+koło ust dziewczyny dwa ładne dołki..</p>
+
+<p>Wreszcie ostatni akord przecina powietrze.
+Helding pragnie wrócić na swe
+miejsce, lecz „gołąbki” otaczają dokoła
+księżniczkę i&nbsp;dziękując jej gorąco, posuwają
+go mimowoli w&nbsp;stronę „gołębnika”.
+Lili mówi coś do niego, śmieje się, szczebiocze;
+z drugiej strony Nini prezentuje
+swój przepyszny profil greckiej bogini.
+Śmiech, chichot, srebro głosu, woń konwalij
+i młodego ciała, jakiś szum jakby
+skrzydeł gołębich&nbsp;&mdash;&nbsp;i&nbsp;Helding znajduje się
+nagle w&nbsp;gołębniku, uwięziony ładnemi
+giestami drobnych rączek, giętkich figurek
+i młodych twarzyczek.<span class="pagenum"><a name="Strona_342" id="Strona_342">[Str. 342]</a></span></p>
+
+<p>Zmieszany, prawie pociągnięty, siada
+na taburecie i&nbsp;wszystkie panienki z&nbsp;szelestem
+opadają nagle ku ziemi. Całe stadko
+blado liliowe, różowe, białe, popielate
+przypadło do purpury dywanu i&nbsp;zaczajone,
+uśmiechnięte, wyciąga ożywione nagie
+dziobki.</p>
+
+<p>Helding doznaje ekstazy, olśnienia, wysadzony
+z siodła tą brutalną, a&nbsp;przecież
+na pozór delikatną taktyką panieńską.
+On, mężczyzna, siwiejący i&nbsp;zdeprawowany,
+czuje się przerażony, wyrwany ze
+snu, niepewny i&nbsp;jakby poszarpany nagle
+na strzępy.</p>
+
+<p>Pragnie się wydostać, czyni nieśmiałe
+usiłowanie, wyciąga kilkakrotnie szyję,
+ma oczy topielca zapadającego w&nbsp;bagno
+szmaragdowe, perłami wody lśniące...</p>
+
+<p>Lecz „gołąbki” zwartym szeregiem
+otaczają go coraz silniej jak „wodnice”
+o spłowiałych barwach, w&nbsp;niepewnym
+blasku księżyca się kąpiące. Jedwab szatni,
+iluzya pnie się pajęczą siecią, wstążki
+warkoczy mają zapach orzechów cokolwiek
+wilgotnych a&nbsp;młodość i&nbsp;ożywienie<span class="pagenum"><a name="Strona_343" id="Strona_343">[Str. 343]</a></span>
+zapala w&nbsp;oczach całe różańce iskierek. Aż
+szumi od chichotu, aż srebrzy się od białych
+zębów. Dziewczyny, pochylając się,
+mają giesta pokornych kotek. Nini wilgotnemi
+oczami patrzy prosto w&nbsp;twarz
+Heldinga. Atłas jej ciała mieni się podskórnemi
+róźowemi pręgami mory. Helding,
+osłupiały, wpatruje się w&nbsp;to bogactwo
+kształtów i&nbsp;śledzi wstążkę, wiążącą
+stanik na ramieniu okrągłem i&nbsp;doskonale
+pięknem.</p>
+
+<p>Nini wzrok ten czuje i&nbsp;prostuje się cała,
+dumna ze swej dziewiczej krasy, nieskalanej
+jeszcze dreszczem miłosnej chęci.
+Podnosi wysoko brodę i&nbsp;ukazuje cudną
+szyję o&nbsp;delikatnych, przezroczystych
+tonach ambry...</p>
+
+<p>Helding przymyka na chwilę oczy
+i osuwa się osłabły, ocierając pot
+z czoła...</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kącie Makenowa widzi ten cały
+manewr i&nbsp;dostrzegłszy Heldinga pomiędzy
+panienkami, doznaje nagłego ściśnięcia <span class="pagenum"><a name="Strona_344" id="Strona_344">[Str. 344]</a></span>
+serca. Zwalcza jednak ten ból
+przelotny i&nbsp;uśmiecha się jakby zadowolniona
+z tego powodzenia kochanka. Ma
+bowiem przeświadczenie, że Helding
+z grzeczności usiadł na chwilę w&nbsp;„gołębniku”
+i wprędce, znudziwszy panienki,
+powróci do niej, na dawne swe miejsce.
+Spokojnie więc śledzi ruchy dziewcząt,
+ot, jak żona uśmiechająca się pobłażliwie
+na niewinny żart ze strony męża.</p>
+
+<p>Wydarza się to wprawdzie pierwszy
+raz, bo zwykle panienki nie zwracały
+uwagi na Heldinga, jako na „starego kawalera”,
+niezabawnego i&nbsp;nie liczyły się
+z nim wcale. Pozostawała mu tylko ona,
+ona jedna i&nbsp;tak miało już być nazawsze.
+Tymczasem dziś nagle zmienia się dawny
+porządek rzeczy...</p>
+
+<p>To śmieszne a&nbsp;jednak te kilka minut
+zaczynają się jej wydawać wiekiem.</p>
+
+<p>Tem bardziej, że Helding nie zdaje się
+nudzić panienek, ani być znudzonym.
+Owszem, ożywienie panuje tam wielkie,
+całe snopy śmiechu wybiegają w&nbsp;przestrzeń
+salonu. Makenowa doskonale po<span class="pagenum"><a name="Strona_345" id="Strona_345">[Str. 345]</a></span>między
+tym chichotem rozróżnia głos
+Heldinga. Mówi coś, powoli, ot tak jak
+on zwykle, ale z&nbsp;trochą więcej energii
+i ożywienia. Słów Makenowa dosłyszeć
+nie może, dźwięk głosu dobiega do niej
+dokładnie.</p>
+
+<p>To dziwne, wydaje się jej, że ten głos,
+że sam Helding jest od niej bardzo, bardzo
+daleko i&nbsp;że niknie nagle w&nbsp;całym tumanie
+ironicznych akordów...</p>
+
+<p>Zagryza usta i&nbsp;doznaje wrażenia zupełnego
+osamotnienia.</p>
+
+<p>Czuje chłód przejmujący dokoła nóg
+i wsuwa je szybko pod suknię. Traci
+pewność siebie i&nbsp;staje się niezgrabną
+i jakby związaną. Przeczuwa... śmieszność
+i kurczy się przed tem ohydnem
+widmem. Nagle zaczynają jej dolegać
+rękawy sukni. Są zbyt ciasne w&nbsp;łokciu,
+a za wolne w&nbsp;ramieniu. Włosy ma zanadto
+ściągnięte i&nbsp;dreszcze przebiegają ją
+wzdłuż krzyża. Obronić się nie może, nie
+potrafi. Śmieszność jest tuż przy niej.
+Helding nie wraca.</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p><span class="pagenum"><a name="Strona_346" id="Strona_346">[Str. 346]</a></span></p>
+
+<p>Powoli w&nbsp;salonie zaczynają dostrzegać,
+co się dzieje w&nbsp;„gołębniku”. Po za wachlarzami,
+flirtujące pary z&nbsp;uśmiechem pokazują
+sobie szpiczastą głowę Heldinga
+pomiędzy jasnemi i&nbsp;ciemnemi fryzurami
+dziewczyn. Powoli od gołębnika oczy
+zaczynają się zwracać ku Makenowej.
+Wygląda ona tak, jak człowiek, który
+zgubił swój cień. Mruga szybko oczami
+i połyka ślinę. Wszyscy znajdują ją
+trochę śmieszną. <i>Au fond</i> musi być zazdrosną...
+Z bocznych salonów zaczynają
+schodzić się goście, i&nbsp;wszyscy
+z najobojętniejszemi napozór minami
+śledzą rozłączoną tak nagle i&nbsp;niespodziewanie
+parę. Tiens! tiens!... Helding pomiędzy
+panienkami? Flirtuje nie na żarty!
+A Makenowa? Siedzi i&nbsp;patrzy. Enfin...
+Helding zdobył się na trochę własnej woli.
+Bardzo naturalne! Mężczyzna!... powinien
+już skończyć tę śmieszną awanturę.
+Stary?... e! cóż znowu. To Makenowa
+stara&nbsp;&mdash;&nbsp;Helding jest niemłody, ale jeszcze
+nie stary. Zestarzał się przy niej. Ileż
+to lat już trwa ich romans? To nie ma
+sensu, to powinno się raz skończyć!...<span class="pagenum"><a name="Strona_347" id="Strona_347">[Str. 347]</a></span></p>
+
+<p>I nagle, razem z&nbsp;chichotem dziewczyn,
+w tę nudę rautową wpada brutalna chęć
+tłumu szarpania tej miłości adoptowanej,
+przyjętej, tolerowanej. I&nbsp;ci sami, którzy
+niedawno jeszcze z&nbsp;uśmiechem sympatyi
+spoglądali na dwie ciemne sylwetki, siedzące
+w tym nimbie nieugiętej wierności,
+ci sami teraz odsłaniali tajemnice tego
+stosunku, który przed laty promieniał
+i ogrzewał chłód konwenansem mrożonych
+salonów. Jakaś głucha niechęć zaczynała
+nurtować dokoła, coś nakształt
+zemsty za ten tryumf uczucia i&nbsp;doskonałej
+miłości, która lata całe przetrwała
+nienaruszona, skończona, nad wszystko
+silniejsza. Ludzka nędza, niemogąca
+znieść doskonałej harmonii, radowała się
+tym niespodziewanym dysonansem wśród
+zastygłego już w&nbsp;przestrzeni akordu.
+I ciepły, sympatyczny prąd szedł ku „gołębnikowi”,
+w którym widać już było
+tylko plecy dziewcząt, obciągnięte jedwabiem
+staników i&nbsp;połyskujące drabinkami
+silnie ściągniętych sznurowadeł. Dziewczyny
+pochylone ku Heldingowi, całe roz<span class="pagenum"><a name="Strona_348" id="Strona_348">[Str. 348]</a></span>weselone
+dobrą farsą, jaką baronowej
+robiły, bawiły się serdecznie, wpatrując
+w pomarszczoną twarz kochanka Makenowej.
+Jego długa szyja, po której przesuwało
+się owe „jabłko Adamowe”, była
+przedmiotem ich szczególnej obserwacji.
+Trącały się łokciami, dusząc się ze śmiechu.
+Ten stary był wspaniały! Usta miał
+w podkowę i&nbsp;rzadkie włosy, od lewego
+ucha nagarnięte ku prawemu. Teraz kosmyk
+jeden odczepił mu się nagle i&nbsp;powiewał
+jak siwiejące pióro tryumfalnie
+ponad uchem. Tego było nadto. Nusia
+Dobrojewska schowała się za plecy Nusi
+Małowiejskiej.</p>
+
+<p>Jeszcze chwila, a&nbsp;byłaby na głos parsknęła
+śmiechem.</p>
+
+<p>Tymczasem Helding, na wpół pijany
+tym zapachem blondynek, brunetek naokoło
+niego zebranych, cały zgorączkowany
+widokiem biustu Nini, błękitnych
+oczów Lili, i&nbsp;dołków naokoło ust księżniczki,
+odmładzał się w&nbsp;tej atmosferze
+młodości i&nbsp;niezwiędniętego ciała, jaką nagle
+poczuł dokoła siebie.<span class="pagenum"><a name="Strona_349" id="Strona_349">[Str. 349]</a></span></p>
+
+<p>Starzejąc się razem z&nbsp;Makenową, zapomniał
+niemal, że są jeszcze na świecie
+pełne ramiona, długie warkocze i&nbsp;lśniące
+oczy. Nagle otoczyła go orgia młodości,
+dziewczęcego wdzięku, dziecinnego prawie
+szczebiotu. Długi post w&nbsp;zeschniętych
+ramionach jednej kobiety, wyrobił
+w nim ascetę pozornego, pod którym
+drzemał wiecznie błądzący za nowością
+mężczyzna. Ręce mu drżały, uszy paliły
+go, całe czerwone na tle żółtej skóry
+i resztki włosów. Był śmieszny, nędzny,
+biedny, w&nbsp;obec tego flirtu, który zdawał
+się przedłużać w&nbsp;nieskończoność. Z&nbsp;początku
+nieśmiały, powoli rozzuchwalał się
+i jak zbudzony ze snu kilkunastoletniego
+królewicz, dobywał ze swej pamięci przestarzałych
+komplementów i&nbsp;dowcipów.
+Panienki znajdowały go zajmującym, widział
+to po ich ożywieniu, wymawiały mu
+jego odosobnienie się i&nbsp;widoczne unikanie
+„gołębnika”. Tłomaczył się powagą
+wieku, lękając się, aby nie zostawiły tej
+wzmianki bez zaprzeczenia. Lecz one
+protestowały gorąco.<span class="pagenum"><a name="Strona_350" id="Strona_350">[Str. 350]</a></span></p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Wiek? cóż to? czy jest starcem, aby
+się wiekiem przed niemi zastawiał? I&nbsp;coraz
+milsze, coraz weselsze, nacierały, otaczały
+go, rzucając od czasu do czasu
+przelotne wejrzenie na Makenową...</p>
+
+<p>&mdash;&nbsp;Oh! ma ch&egrave;re... co za mina!... spojrzyj
+na Makenową! elle est verte!...</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>Teraz już Makenowa uczuła, że pomiędzy
+Heldingiem i&nbsp;nią otwiera się przepaść.
+Całe lata wielkiej i&nbsp;gorącej miłości
+zapadały w&nbsp;przestrzeń, spychane szelestem
+gołębich skrzydeł i&nbsp;chichotów
+dziewczęcych. Makenowa instynktem kobiecym
+odgadywała cały proces obudzenia
+się Heldinga i&nbsp;zamierała sama z&nbsp;bólu,
+porównywając swój biust zapadły z&nbsp;przepysznym
+gorsem Niny, którą widziała dokładnie
+na tle ciemno czerwonego obicia,
+tryumfującą i&nbsp;całą różową w&nbsp;blasku płonących
+kandelabrów. Te głowy dziewczęce,
+pochylone, bogate w&nbsp;masy ciemnych
+lub jasnych warkoczy, te plecy giętkie,
+proste, impertynenckie, zwartym murem<span class="pagenum"><a name="Strona_351" id="Strona_351">[Str. 351]</a></span>
+otaczające Heldinga, przedstawiały się
+w jej oczach jak mur silny, straszny,
+wznoszący się nagle pomiędzy nią i&nbsp;jej
+kochankiem. Teraz już nie był od niej
+daleki, ale ten, który niedawno jeszcze
+był nią samą, oddzielał się od niej, odchodził,
+stawał się obcym, ciągnąc za
+sobą jej potłuczone i&nbsp;obolałe serce. Przez
+chwilę chciała powstać, podejść do fortepianu
+pod pretekstem przejrzenia nut
+i wmieszać się w&nbsp;to całe grono, ale czuła
+na sobie setki spojrzeń i&nbsp;pozostała na
+miejscu, zdjęta nieśmiałością, gładząc
+tylko powolnym ruchem pióra swego
+wachlarza. Nagle jednak zatrzymała
+rękę, sparaliżowana, z&nbsp;gardłem ściśniętem,
+z oczyma łez pełnemi, jak zwierzę
+tropione w&nbsp;legowisku, osaczone psiarnią,
+grającą przyszły tryumf i&nbsp;krwawą radość.
+Uczuła się starą, brzydką, śmieszną, spodloną.
+Była przedmiotem szyderstwa tej
+całej bandy, której przez lat tyle imponowała
+spokojem swego cudzołóztwa.
+Miała nóż w&nbsp;sercu i&nbsp;kamień wstydu nad
+głową. Po raz pierwszy może poczuła, że<span class="pagenum"><a name="Strona_352" id="Strona_352">[Str. 352]</a></span>
+Helding był tylko jej kochankiem, do
+którego nie miała żadnego prawa... Uciekał
+od niej, szedł pomiędzy młodsze, weselsze
+istoty...</p>
+
+<p>I bez kropli krwi na ustach siedziała
+zgarbiona, straszna, zmieniona, niemal
+zgrzybiała w&nbsp;tej niemej rozpaczy, którą
+się dławić zaczynała.</p>
+
+<hr class="in" />
+
+<p>W kilka godzin później Helding w&nbsp;ciszy
+swego błękitnego pokoju stał przed
+lustrem i&nbsp;z uśmiechem zadowolnienia spoglądał
+na swą twarz rozjaśnioną.</p>
+
+<p>Tak... bezwątpienia, nie jest jeszcze
+starym i&nbsp;byłoby szaleństwem z&nbsp;jego strony
+nie korzystać z&nbsp;tych warunków, które
+pozwalają mu spędzać od czasu do czasu
+tak miłe chwile, jak te dzisiejsze.</p>
+
+<p>Zapalił kandelabr na kominku i&nbsp;przyglądał
+się uważnie swej twarzy, oczom,
+zębom, włosom. Nucił coś pod nosem
+i postanowił myć się od jutra w&nbsp;benzoesie,
+oraz wprawić sobie trzy przednie
+zęby.<span class="pagenum"><a name="Strona_353" id="Strona_353">[Str. 353]</a></span></p>
+
+<p>Przymknął na chwilę oczy i&nbsp;uśmiechnął
+się radośnie, przypomniawszy sobie biust
+Niny, oczy Lili i&nbsp;dołki księżniczki. Co
+za dziewczyny!... seperlipopette!... gdzie
+on miał oczy, że do tej chwili nie dostrzegł,
+jakie to cacka są obok niego!
+Prawda, że wiecznie siedział obok Makenowej.
+Skrzywił się i&nbsp;wzruszył ramionami.
+Ta Makenowa zanadto go więzi i&nbsp;przy
+sobie trzyma!... To dobre było dawniej,
+ale dziś?... Przytem zauważył, że się
+bardzo posunęła i&nbsp;dziś, gdy wychodziła
+z rautu, miała minę zupełnie niemłodej
+kobiety. Chciała coś do niego przemówić,
+ale właśnie Nini i&nbsp;Lili podsunęły się
+i musiał im wyszukać ich zarzutek. Podając
+rotundę Nini, dotknął niechcący jej
+ramienia. Jeszcze teraz ukrop przebiega
+jego żyły. Myślał, że już jest niezdolny
+do podobnych wzruszeń... Przy Makenowej
+nie doznawał nic podobnego. Prawdopodobnie
+dawniej i&nbsp;ona tak na niego działała...
+Z latami wszakże przyszło przyzwyczajenie!...<span class="pagenum"><a name="Strona_354" id="Strona_354">[Str. 354]</a></span></p>
+
+<p>Zaczął rozbierać się powoli, wpatrując
+w płomienie świec, które odbijały się żółtemi
+gwiazdami w&nbsp;gładkiem tle lustra.</p>
+
+<p>Figlarne są te dziewczęta, miłe i&nbsp;młode!
+Bodaj-to młodość... ożywiła go! Czuje
+się sam odmłodniałym, odrodzonym!..
+Nie widzi swej brzydoty, chudości i&nbsp;siwych
+włosów. Zdaje mu się, że gdyby
+miał taką młodość świeżą i&nbsp;zdrową ciągle
+obok siebie, wróciłby do lat dawnych, do
+gorących namiętności trzydziestoletniego
+mężczyzny.</p>
+
+<p>I z&nbsp;zagadkowym uśmiechem wciąga na
+nogi pantofle, dar i&nbsp;pracę Makenowej.</p>
+
+<p>Kto wie jeszcze jak będzie. Jest niezależny,
+wolny, jeszcze młody, powodzenie
+ma u&nbsp;panien niemałe, może się zdecyduje...
+ożeni...</p>
+
+<hr class="dots" />
+
+<p>W panieńskich łóżeczkach, pod niebieskiemi,
+różowemi i&nbsp;białemi kołderkami,
+leżą „gołąbki” otulone, z&nbsp;włosami gładko
+splecionemi z&nbsp;tyłu, z&nbsp;przodu zakręconemi
+w papiloty. Niebieskie, różowe lub zielone<span class="pagenum"><a name="Strona_355" id="Strona_355">[Str. 355]</a></span>
+veilleuzy palą się blado przed obrazkami
+albo statuetkami Dziewicy. Panienki
+zasypiają spokojnie, wesołe, rozbawione
+jeszcze tą farsą, jaką urządziły Makenowej
+i staremu Heldingowi. Uśmiech
+rozjaśnia ich wpółsenne buzie, gdy myślą
+o kosmyku chwiejącym się nad uchem
+i o&nbsp;tem, że Helding wziął ten flirt zbiorowy
+na seryo a&nbsp;Makenowa z&nbsp;przestrachu
+i zazdrości pozieleniała.</p>
+
+<p>I doskonałe w&nbsp;swem okrucieństwie,
+spokojne w&nbsp;tej zbrodni, jaką wyrządziły,
+rozrywając silne jak śmierć uczucie, zasypiają
+jedne po drugiej, gołąbki białe
+niewinne, łagodne w&nbsp;mdławych światełkach,
+składając na piersiach ręce giestem
+pensyonarek śpiących w&nbsp;dortoirach Sacr&eacute;-Coeur,
+giestem aniołów otaczających fałdy
+błękitnego płaszcza przezroczystej
+wśród chmur Madonny.</p>
+
+<p class="center fin"><span class="spaced">KONIEC</span>.</p>
+
+
+
+
+</div>
+
+
+<hr style="width: 85%;" />
+
+<div id="tnotes" class="tnote">
+<h2><a name="UWAGI" id="UWAGI"></a>UWAGI DO WYDANIA ELEKTRONICZNEGO</h2>
+
+<p>Na początku dokumentu dodano numerację rzymskimi cyframi;
+numeracji tej nie było w&nbsp;tekście oryginalnym.
+Strony numerowane cyframi arabskimi pozostawiono bez zmian,
+poza przesunięciem ich na koniec wyrazu, jesli nowa strona
+przypadała w&nbsp;jego połowie.</p>
+
+<p>Zachowano oryginalną ortografię i&nbsp;interpunkcję, również w&nbsp;wypadkach,
+gdy odbiegały one od współcześnie przyjętych. W&nbsp;szczególności
+pozostawiono bez zmian <i>wstawki obcojęzyczne</i> (również w&nbsp;wypadkach,
+gdy nie były one poprawne gramatycznie, co zresztą zapewne nie jest
+bez znaczenia dla fabuły) oraz wielokropki (nie ujednolicano
+ich do postaci mającej jednakową liczbe kropek).</p>
+
+<p>Poprawiono natomiast omyłki, które wyglądały na błędy drukarskie.
+Pełna lista zmian wprowadzonych przy tworzeniu elektronicznej
+wersji tekstu znajduje się poniżej.</p>
+
+
+<h3>POPRAWKI wprowadzone do tekstu</h3>
+
+<table summary="Pełna lista zmian dokonanych podczas tworzenia wersji elektronicznej">
+<tr>
+ <th>Strona</th>
+ <th>Było</th>
+ <th>Poprawiono na</th>
+</tr>
+
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_1" href="#Strona_3" class="cor">3</a></td>
+ <td>pokręcał</td>
+ <td><a href="#tAnchor_1" class="cor">podkręcał</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_2" href="#Strona_9" class="cor">9</a></td>
+ <td>córkę na kolanach męża. Żabusia pójdzie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_2" class="cor">córkę na kolanach męża.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia pójdzie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_3" href="#Strona_9" class="cor">9</a></td>
+ <td>kobieta, uśmiechając się zalotnie&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia</td>
+ <td><a href="#tAnchor_3" class="cor">kobieta, uśmiechając się zalotnie.&nbsp;&mdash;&nbsp;Żabusia</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_4" href="#Strona_11" class="cor">11</a></td>
+ <td>bobieca</td>
+ <td><a href="#tAnchor_4" class="cor">kobieca</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_5" href="#Strona_12" class="cor">12</a></td>
+ <td>stalugi</td>
+ <td><a href="#tAnchor_5" class="cor">sztalugi</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_6" href="#Strona_16" class="cor">16</a></td>
+ <td>daleleko</td>
+ <td><a href="#tAnchor_6" class="cor">daleko</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_7" href="#Strona_22" class="cor">22</a></td>
+ <td>piędziesięciu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_7" class="cor">pięćdziesięciu</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_8" href="#Strona_25" class="cor">25</a></td>
+ <td>derce</td>
+ <td><a href="#tAnchor_8" class="cor">serce</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_9" href="#Strona_34" class="cor">34</a></td>
+ <td>z perełką, ba nawet medal od chrztu</td>
+ <td><a href="#tAnchor_9" class="cor">z perełką, ba, nawet medal od chrztu</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_10" href="#Strona_34" class="cor">34</a></td>
+ <td>mówił a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</td>
+ <td><a href="#tAnchor_10" class="cor">mówił, a&nbsp;wracał późno w&nbsp;noc, gwiżdżąc</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_11" href="#Strona_41" class="cor">41</a></td>
+ <td>O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</td>
+ <td><a href="#tAnchor_11" class="cor">&nbsp;&mdash;&nbsp;O, tak! bordeaux niepodobne do picia...</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_12" href="#Strona_51" class="cor">51</a></td>
+ <td>nauciela</td>
+ <td><a href="#tAnchor_12" class="cor">nauczyciela</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_13" href="#Strona_67" class="cor">67</a></td>
+ <td>podciągając</td>
+ <td><a href="#tAnchor_13" class="cor">pociągając?</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_14" href="#Strona_70" class="cor">70</a></td>
+ <td>powien</td>
+ <td><a href="#tAnchor_14" class="cor">powinien</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_15" href="#Strona_73" class="cor">73</a></td>
+ <td>przynajmiej</td>
+ <td><a href="#tAnchor_15" class="cor">przynajmniej</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_16" href="#Strona_79" class="cor">79</a></td>
+ <td>dumy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_16" class="cor">dumny</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_17" href="#Strona_86" class="cor">86</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_17" class="cor">&mdash;&nbsp;Łapcie mi się trzęsą! co?&nbsp;&mdash;&nbsp;pytał,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_18" href="#Strona_105" class="cor">105</a></td>
+ <td>bezutannie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_18" class="cor">bezustannie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_19" href="#Strona_114" class="cor">114</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko dziecku</td>
+ <td><a href="#tAnchor_19" class="cor">&mdash;&nbsp;A&nbsp;dajże spokój, Honorko, dziecku</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_20" href="#Strona_129" class="cor">129</a></td>
+ <td>słała</td>
+ <td><a href="#tAnchor_20" class="cor">stała</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_21" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>pozostawiają</td>
+ <td><a href="#tAnchor_21" class="cor">pozostawiając</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_22" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek</td>
+ <td><a href="#tAnchor_22" class="cor">Jest dziś piękniejszym niż kiedykolwiek.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_23" href="#Strona_135" class="cor">135</a></td>
+ <td>wygololona</td>
+ <td><a href="#tAnchor_23" class="cor">wygolona</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_24" href="#Strona_148" class="cor">148</a></td>
+ <td>zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”. którą nadawał</td>
+ <td><a href="#tAnchor_24" class="cor">zrzucił na ziemię pudełko „pate des prelats”, którą nadawał</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_25" href="#Strona_168" class="cor">168</a></td>
+ <td>szare i&nbsp;znużone: Czuł mimowoli jakiś</td>
+ <td><a href="#tAnchor_25" class="cor">szare i&nbsp;znużone. Czuł mimowoli jakiś</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_26" href="#Strona_181" class="cor">181</a></td>
+ <td>wymówiszy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_26" class="cor">wymówiwszy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_27" href="#Strona_182" class="cor">182</a></td>
+ <td>nieodpowienie</td>
+ <td><a href="#tAnchor_27" class="cor">nieodpowiednie</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_28" href="#Strona_189" class="cor">189</a></td>
+ <td>w ręku, uśmiechnął się blado:</td>
+ <td><a href="#tAnchor_28" class="cor">w ręku, uśmiechnął się blado.</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_29" href="#Strona_203" class="cor">203</a></td>
+ <td>zwykłe</td>
+ <td><a href="#tAnchor_29" class="cor">zwykle?</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_30" href="#Strona_204" class="cor">204</a></td>
+ <td>Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role. a&nbsp;wreszcie...</td>
+ <td><a href="#tAnchor_30" class="cor">Ależ tak&nbsp;&mdash;&nbsp;tylko role, a&nbsp;wreszcie...</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_31" href="#Strona_206" class="cor">206</a></td>
+ <td>nowe i&nbsp;dość miłe lecz dla człowieka,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_31" class="cor">nowe i&nbsp;dość miłe, lecz dla człowieka,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_32" href="#Strona_211" class="cor">211</a></td>
+ <td>ciemmno</td>
+ <td><a href="#tAnchor_32" class="cor">ciemno</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_33" href="#Strona_234" class="cor">234</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek ja</td>
+ <td><a href="#tAnchor_33" class="cor">&mdash;&nbsp;Bo to... widzisz Wicek, ja</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_34" href="#Strona_240" class="cor">240</a></td>
+ <td>porwawszzy</td>
+ <td><a href="#tAnchor_34" class="cor">porwawszy</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_35" href="#Strona_290" class="cor">290</a></td>
+ <td>Zebyś</td>
+ <td><a href="#tAnchor_35" class="cor">Żebyś</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_36" href="#Strona_294" class="cor">294</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Przepraszam pana,wykrztusiła</td>
+ <td><a href="#tAnchor_36" class="cor">&nbsp;&mdash;&nbsp;Przepraszam pana&nbsp;&mdash;&nbsp;wykrztusiła</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_37" href="#Strona_316" class="cor">316</a></td>
+ <td>Chata, w&nbsp;której mieszkał jego żona,</td>
+ <td><a href="#tAnchor_37" class="cor">Chata, w&nbsp;której mieszkała jego żona,</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_38" href="#Strona_327" class="cor">327</a></td>
+ <td>po pachami</td>
+ <td><a href="#tAnchor_38" class="cor">pod pachami</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_39" href="#Strona_328" class="cor">328</a></td>
+ <td>&mdash;&nbsp;Powoli, salon napełniał się</td>
+ <td><a href="#tAnchor_39" class="cor">Powoli, salon napełniał się</a></td>
+</tr>
+
+<tr>
+ <td><a name="tnote_40" href="#Strona_328" class="cor">328</a></td>
+ <td>księżnej:&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</td>
+ <td><a href="#tAnchor_40" class="cor">księżnej.&nbsp;&mdash;&nbsp;Atmosfera stawała się</a></td>
+</tr>
+</table>
+
+
+
+
+
+</div>
+</div>
+
+
+
+
+
+
+
+
+<pre>
+
+
+
+
+
+End of the Project Gutenberg EBook of Menazerya ludzka, by Gabriela Zapolska
+
+*** END OF THIS PROJECT GUTENBERG EBOOK MENAZERYA LUDZKA ***
+
+***** This file should be named 34635-h.htm or 34635-h.zip *****
+This and all associated files of various formats will be found in:
+ https://www.gutenberg.org/3/4/6/3/34635/
+
+Produced by Ewa "czupirek" Jaros and the Online Distributed
+Proofreading Team at http://dp.rastko.net (this file was
+created from images generously made available by CBN Polona
+- http://www.polona.pl).
+
+
+Updated editions will replace the previous one--the old editions
+will be renamed.
+
+Creating the works from public domain print editions means that no
+one owns a United States copyright in these works, so the Foundation
+(and you!) can copy and distribute it in the United States without
+permission and without paying copyright royalties. Special rules,
+set forth in the General Terms of Use part of this license, apply to
+copying and distributing Project Gutenberg-tm electronic works to
+protect the PROJECT GUTENBERG-tm concept and trademark. Project
+Gutenberg is a registered trademark, and may not be used if you
+charge for the eBooks, unless you receive specific permission. If you
+do not charge anything for copies of this eBook, complying with the
+rules is very easy. You may use this eBook for nearly any purpose
+such as creation of derivative works, reports, performances and
+research. They may be modified and printed and given away--you may do
+practically ANYTHING with public domain eBooks. Redistribution is
+subject to the trademark license, especially commercial
+redistribution.
+
+
+
+*** START: FULL LICENSE ***
+
+THE FULL PROJECT GUTENBERG LICENSE
+PLEASE READ THIS BEFORE YOU DISTRIBUTE OR USE THIS WORK
+
+To protect the Project Gutenberg-tm mission of promoting the free
+distribution of electronic works, by using or distributing this work
+(or any other work associated in any way with the phrase "Project
+Gutenberg"), you agree to comply with all the terms of the Full Project
+Gutenberg-tm License (available with this file or online at
+https://gutenberg.org/license).
+
+
+Section 1. General Terms of Use and Redistributing Project Gutenberg-tm
+electronic works
+
+1.A. By reading or using any part of this Project Gutenberg-tm
+electronic work, you indicate that you have read, understand, agree to
+and accept all the terms of this license and intellectual property
+(trademark/copyright) agreement. If you do not agree to abide by all
+the terms of this agreement, you must cease using and return or destroy
+all copies of Project Gutenberg-tm electronic works in your possession.
+If you paid a fee for obtaining a copy of or access to a Project
+Gutenberg-tm electronic work and you do not agree to be bound by the
+terms of this agreement, you may obtain a refund from the person or
+entity to whom you paid the fee as set forth in paragraph 1.E.8.
+
+1.B. "Project Gutenberg" is a registered trademark. It may only be
+used on or associated in any way with an electronic work by people who
+agree to be bound by the terms of this agreement. There are a few
+things that you can do with most Project Gutenberg-tm electronic works
+even without complying with the full terms of this agreement. See
+paragraph 1.C below. There are a lot of things you can do with Project
+Gutenberg-tm electronic works if you follow the terms of this agreement
+and help preserve free future access to Project Gutenberg-tm electronic
+works. See paragraph 1.E below.
+
+1.C. The Project Gutenberg Literary Archive Foundation ("the Foundation"
+or PGLAF), owns a compilation copyright in the collection of Project
+Gutenberg-tm electronic works. Nearly all the individual works in the
+collection are in the public domain in the United States. If an
+individual work is in the public domain in the United States and you are
+located in the United States, we do not claim a right to prevent you from
+copying, distributing, performing, displaying or creating derivative
+works based on the work as long as all references to Project Gutenberg
+are removed. Of course, we hope that you will support the Project
+Gutenberg-tm mission of promoting free access to electronic works by
+freely sharing Project Gutenberg-tm works in compliance with the terms of
+this agreement for keeping the Project Gutenberg-tm name associated with
+the work. You can easily comply with the terms of this agreement by
+keeping this work in the same format with its attached full Project
+Gutenberg-tm License when you share it without charge with others.
+
+1.D. The copyright laws of the place where you are located also govern
+what you can do with this work. Copyright laws in most countries are in
+a constant state of change. If you are outside the United States, check
+the laws of your country in addition to the terms of this agreement
+before downloading, copying, displaying, performing, distributing or
+creating derivative works based on this work or any other Project
+Gutenberg-tm work. The Foundation makes no representations concerning
+the copyright status of any work in any country outside the United
+States.
+
+1.E. Unless you have removed all references to Project Gutenberg:
+
+1.E.1. The following sentence, with active links to, or other immediate
+access to, the full Project Gutenberg-tm License must appear prominently
+whenever any copy of a Project Gutenberg-tm work (any work on which the
+phrase "Project Gutenberg" appears, or with which the phrase "Project
+Gutenberg" is associated) is accessed, displayed, performed, viewed,
+copied or distributed:
+
+This eBook is for the use of anyone anywhere at no cost and with
+almost no restrictions whatsoever. You may copy it, give it away or
+re-use it under the terms of the Project Gutenberg License included
+with this eBook or online at www.gutenberg.org
+
+1.E.2. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is derived
+from the public domain (does not contain a notice indicating that it is
+posted with permission of the copyright holder), the work can be copied
+and distributed to anyone in the United States without paying any fees
+or charges. If you are redistributing or providing access to a work
+with the phrase "Project Gutenberg" associated with or appearing on the
+work, you must comply either with the requirements of paragraphs 1.E.1
+through 1.E.7 or obtain permission for the use of the work and the
+Project Gutenberg-tm trademark as set forth in paragraphs 1.E.8 or
+1.E.9.
+
+1.E.3. If an individual Project Gutenberg-tm electronic work is posted
+with the permission of the copyright holder, your use and distribution
+must comply with both paragraphs 1.E.1 through 1.E.7 and any additional
+terms imposed by the copyright holder. Additional terms will be linked
+to the Project Gutenberg-tm License for all works posted with the
+permission of the copyright holder found at the beginning of this work.
+
+1.E.4. Do not unlink or detach or remove the full Project Gutenberg-tm
+License terms from this work, or any files containing a part of this
+work or any other work associated with Project Gutenberg-tm.
+
+1.E.5. Do not copy, display, perform, distribute or redistribute this
+electronic work, or any part of this electronic work, without
+prominently displaying the sentence set forth in paragraph 1.E.1 with
+active links or immediate access to the full terms of the Project
+Gutenberg-tm License.
+
+1.E.6. You may convert to and distribute this work in any binary,
+compressed, marked up, nonproprietary or proprietary form, including any
+word processing or hypertext form. However, if you provide access to or
+distribute copies of a Project Gutenberg-tm work in a format other than
+"Plain Vanilla ASCII" or other format used in the official version
+posted on the official Project Gutenberg-tm web site (www.gutenberg.org),
+you must, at no additional cost, fee or expense to the user, provide a
+copy, a means of exporting a copy, or a means of obtaining a copy upon
+request, of the work in its original "Plain Vanilla ASCII" or other
+form. Any alternate format must include the full Project Gutenberg-tm
+License as specified in paragraph 1.E.1.
+
+1.E.7. Do not charge a fee for access to, viewing, displaying,
+performing, copying or distributing any Project Gutenberg-tm works
+unless you comply with paragraph 1.E.8 or 1.E.9.
+
+1.E.8. You may charge a reasonable fee for copies of or providing
+access to or distributing Project Gutenberg-tm electronic works provided
+that
+
+- You pay a royalty fee of 20% of the gross profits you derive from
+ the use of Project Gutenberg-tm works calculated using the method
+ you already use to calculate your applicable taxes. The fee is
+ owed to the owner of the Project Gutenberg-tm trademark, but he
+ has agreed to donate royalties under this paragraph to the
+ Project Gutenberg Literary Archive Foundation. Royalty payments
+ must be paid within 60 days following each date on which you
+ prepare (or are legally required to prepare) your periodic tax
+ returns. Royalty payments should be clearly marked as such and
+ sent to the Project Gutenberg Literary Archive Foundation at the
+ address specified in Section 4, "Information about donations to
+ the Project Gutenberg Literary Archive Foundation."
+
+- You provide a full refund of any money paid by a user who notifies
+ you in writing (or by e-mail) within 30 days of receipt that s/he
+ does not agree to the terms of the full Project Gutenberg-tm
+ License. You must require such a user to return or
+ destroy all copies of the works possessed in a physical medium
+ and discontinue all use of and all access to other copies of
+ Project Gutenberg-tm works.
+
+- You provide, in accordance with paragraph 1.F.3, a full refund of any
+ money paid for a work or a replacement copy, if a defect in the
+ electronic work is discovered and reported to you within 90 days
+ of receipt of the work.
+
+- You comply with all other terms of this agreement for free
+ distribution of Project Gutenberg-tm works.
+
+1.E.9. If you wish to charge a fee or distribute a Project Gutenberg-tm
+electronic work or group of works on different terms than are set
+forth in this agreement, you must obtain permission in writing from
+both the Project Gutenberg Literary Archive Foundation and Michael
+Hart, the owner of the Project Gutenberg-tm trademark. Contact the
+Foundation as set forth in Section 3 below.
+
+1.F.
+
+1.F.1. Project Gutenberg volunteers and employees expend considerable
+effort to identify, do copyright research on, transcribe and proofread
+public domain works in creating the Project Gutenberg-tm
+collection. Despite these efforts, Project Gutenberg-tm electronic
+works, and the medium on which they may be stored, may contain
+"Defects," such as, but not limited to, incomplete, inaccurate or
+corrupt data, transcription errors, a copyright or other intellectual
+property infringement, a defective or damaged disk or other medium, a
+computer virus, or computer codes that damage or cannot be read by
+your equipment.
+
+1.F.2. LIMITED WARRANTY, DISCLAIMER OF DAMAGES - Except for the "Right
+of Replacement or Refund" described in paragraph 1.F.3, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation, the owner of the Project
+Gutenberg-tm trademark, and any other party distributing a Project
+Gutenberg-tm electronic work under this agreement, disclaim all
+liability to you for damages, costs and expenses, including legal
+fees. YOU AGREE THAT YOU HAVE NO REMEDIES FOR NEGLIGENCE, STRICT
+LIABILITY, BREACH OF WARRANTY OR BREACH OF CONTRACT EXCEPT THOSE
+PROVIDED IN PARAGRAPH 1.F.3. YOU AGREE THAT THE FOUNDATION, THE
+TRADEMARK OWNER, AND ANY DISTRIBUTOR UNDER THIS AGREEMENT WILL NOT BE
+LIABLE TO YOU FOR ACTUAL, DIRECT, INDIRECT, CONSEQUENTIAL, PUNITIVE OR
+INCIDENTAL DAMAGES EVEN IF YOU GIVE NOTICE OF THE POSSIBILITY OF SUCH
+DAMAGE.
+
+1.F.3. LIMITED RIGHT OF REPLACEMENT OR REFUND - If you discover a
+defect in this electronic work within 90 days of receiving it, you can
+receive a refund of the money (if any) you paid for it by sending a
+written explanation to the person you received the work from. If you
+received the work on a physical medium, you must return the medium with
+your written explanation. The person or entity that provided you with
+the defective work may elect to provide a replacement copy in lieu of a
+refund. If you received the work electronically, the person or entity
+providing it to you may choose to give you a second opportunity to
+receive the work electronically in lieu of a refund. If the second copy
+is also defective, you may demand a refund in writing without further
+opportunities to fix the problem.
+
+1.F.4. Except for the limited right of replacement or refund set forth
+in paragraph 1.F.3, this work is provided to you 'AS-IS' WITH NO OTHER
+WARRANTIES OF ANY KIND, EXPRESS OR IMPLIED, INCLUDING BUT NOT LIMITED TO
+WARRANTIES OF MERCHANTIBILITY OR FITNESS FOR ANY PURPOSE.
+
+1.F.5. Some states do not allow disclaimers of certain implied
+warranties or the exclusion or limitation of certain types of damages.
+If any disclaimer or limitation set forth in this agreement violates the
+law of the state applicable to this agreement, the agreement shall be
+interpreted to make the maximum disclaimer or limitation permitted by
+the applicable state law. The invalidity or unenforceability of any
+provision of this agreement shall not void the remaining provisions.
+
+1.F.6. INDEMNITY - You agree to indemnify and hold the Foundation, the
+trademark owner, any agent or employee of the Foundation, anyone
+providing copies of Project Gutenberg-tm electronic works in accordance
+with this agreement, and any volunteers associated with the production,
+promotion and distribution of Project Gutenberg-tm electronic works,
+harmless from all liability, costs and expenses, including legal fees,
+that arise directly or indirectly from any of the following which you do
+or cause to occur: (a) distribution of this or any Project Gutenberg-tm
+work, (b) alteration, modification, or additions or deletions to any
+Project Gutenberg-tm work, and (c) any Defect you cause.
+
+
+Section 2. Information about the Mission of Project Gutenberg-tm
+
+Project Gutenberg-tm is synonymous with the free distribution of
+electronic works in formats readable by the widest variety of computers
+including obsolete, old, middle-aged and new computers. It exists
+because of the efforts of hundreds of volunteers and donations from
+people in all walks of life.
+
+Volunteers and financial support to provide volunteers with the
+assistance they need are critical to reaching Project Gutenberg-tm's
+goals and ensuring that the Project Gutenberg-tm collection will
+remain freely available for generations to come. In 2001, the Project
+Gutenberg Literary Archive Foundation was created to provide a secure
+and permanent future for Project Gutenberg-tm and future generations.
+To learn more about the Project Gutenberg Literary Archive Foundation
+and how your efforts and donations can help, see Sections 3 and 4
+and the Foundation web page at https://www.pglaf.org.
+
+
+Section 3. Information about the Project Gutenberg Literary Archive
+Foundation
+
+The Project Gutenberg Literary Archive Foundation is a non profit
+501(c)(3) educational corporation organized under the laws of the
+state of Mississippi and granted tax exempt status by the Internal
+Revenue Service. The Foundation's EIN or federal tax identification
+number is 64-6221541. Its 501(c)(3) letter is posted at
+https://pglaf.org/fundraising. Contributions to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation are tax deductible to the full extent
+permitted by U.S. federal laws and your state's laws.
+
+The Foundation's principal office is located at 4557 Melan Dr. S.
+Fairbanks, AK, 99712., but its volunteers and employees are scattered
+throughout numerous locations. Its business office is located at
+809 North 1500 West, Salt Lake City, UT 84116, (801) 596-1887, email
+business@pglaf.org. Email contact links and up to date contact
+information can be found at the Foundation's web site and official
+page at https://pglaf.org
+
+For additional contact information:
+ Dr. Gregory B. Newby
+ Chief Executive and Director
+ gbnewby@pglaf.org
+
+
+Section 4. Information about Donations to the Project Gutenberg
+Literary Archive Foundation
+
+Project Gutenberg-tm depends upon and cannot survive without wide
+spread public support and donations to carry out its mission of
+increasing the number of public domain and licensed works that can be
+freely distributed in machine readable form accessible by the widest
+array of equipment including outdated equipment. Many small donations
+($1 to $5,000) are particularly important to maintaining tax exempt
+status with the IRS.
+
+The Foundation is committed to complying with the laws regulating
+charities and charitable donations in all 50 states of the United
+States. Compliance requirements are not uniform and it takes a
+considerable effort, much paperwork and many fees to meet and keep up
+with these requirements. We do not solicit donations in locations
+where we have not received written confirmation of compliance. To
+SEND DONATIONS or determine the status of compliance for any
+particular state visit https://pglaf.org
+
+While we cannot and do not solicit contributions from states where we
+have not met the solicitation requirements, we know of no prohibition
+against accepting unsolicited donations from donors in such states who
+approach us with offers to donate.
+
+International donations are gratefully accepted, but we cannot make
+any statements concerning tax treatment of donations received from
+outside the United States. U.S. laws alone swamp our small staff.
+
+Please check the Project Gutenberg Web pages for current donation
+methods and addresses. Donations are accepted in a number of other
+ways including including checks, online payments and credit card
+donations. To donate, please visit: https://pglaf.org/donate
+
+
+Section 5. General Information About Project Gutenberg-tm electronic
+works.
+
+Professor Michael S. Hart was the originator of the Project Gutenberg-tm
+concept of a library of electronic works that could be freely shared
+with anyone. For thirty years, he produced and distributed Project
+Gutenberg-tm eBooks with only a loose network of volunteer support.
+
+
+Project Gutenberg-tm eBooks are often created from several printed
+editions, all of which are confirmed as Public Domain in the U.S.
+unless a copyright notice is included. Thus, we do not necessarily
+keep eBooks in compliance with any particular paper edition.
+
+
+Most people start at our Web site which has the main PG search facility:
+
+ https://www.gutenberg.org
+
+This Web site includes information about Project Gutenberg-tm,
+including how to make donations to the Project Gutenberg Literary
+Archive Foundation, how to help produce our new eBooks, and how to
+subscribe to our email newsletter to hear about new eBooks.
+
+
+</pre>
+
+</body>
+</html>